Połamani i niewyspani wysypaliśmy się na peron w Oradei.

Połamani i niewyspani wysypaliśmy się na peron w Oradei. Pogoda do tego wszystkiego pod psem, więc nastroje niezbyt wesołe. Za 8,20 lei kupiliśmy bilety na „personal” do Satu Mare, obiecując sobie trzygodzinną drzemkę w czasie jazdy. Niestety, uniemożliwiła nam to grupka miejscowej młodzieży. Wsiedli obok i puszczali z magnetu muzykę. Oczywiście miejscowe UmpaUmpa, przy którym spać nie sposób. Pogoda znów dosięgła nas swoimi mackami w Valea lui Mihai. Czyli „z powodu powodzi pociąg dalej nie pojedzie”. Po półgodzinie w strugach deszczu podjechały dwa autobusy, mające najlepsze lata za sobą. Najważniejsze jednak, że jechały i po kolejnej godzinie dowiozły nas do Satu. Czas pozostały do odjazdu (pociąg do Halmeu, 2,10 lei) spędziliśmy na śniadaniu, ostatnich zakupach oraz myciu i przebieraniu w pobliskiej knajpie. Zmęczenie, nerwowość ostatnich godzin w parze z paskudną pogodą doprowadzały do krótkich, acz gwałtownych spięć interpersonalnych...Ze stacji w Halmeu do przejścia granicznego ruszyliśmy polami na przełaj, zastanawiając się czy jakiś żołnierz nie wypali do nas z pepeszy. Odprawa po stronie rumuńskiej sprawna, natomiast wejście na Ukrainę... Jak zwykle karteczki (ciężko pisać w deszczu bez żadnej osłony), do tego „awaria terminala komputerowego”.( Hehehe, nic się nie zmienia, każdy sposób na wyciągnięcie kaski od naiwniaków jest dobry). Staliśmy tam jakieś dwie godzinki, czekając aż łaskawie zapiszą nasze dane do zeszytu, zadzwonią do centrali i dostaną potwierdzenie, że nasze skromne osoby nie zagrażają bezpieczeństwu państwowemu Ukrainy. Wszystko to znaliśmy i nie robiło na nas większego wrażenia. W przeciwieństwie do obywateli tzw „Starej Unii”, których spotkaliśmy na przejściu. Holendrzy w wypasionym aucie stali już kilkanaście godzin (rozłożyli nawet kołdry na siedzeniach) i nic nie wskazywało, że prędko odjadą... Pozostałych (Niemcy, Włosi) w osłupienie wprowadzała konieczność wypełniania karteczek. Niektórym nawet z nudów pomogliśmy je wypełnić...
Nareszcie można iść. Postanowiliśmy udać się do Winogradowa, które wg przewodnika dawało więcej możliwości niż Korolewo. Niestety, w pożądanym kierunku nie było żadnego autobusu. Niewesołość pogłębiały skąpe zasoby miejscowej waluty. Cóż było robić? Mandżury na plecy, przeciwdeszczowe kurtki na siebie i udajemy się pieszo. Próbujemy łapać na stopa przejeżdżające auta. Odprawiając różne gusła i czary (pocieranie oka Proroka) maszerujemy wypatrując oczy w pustą drogę. Czary chyba zadziałały, bo najpierw Tomasz, Monka i Marcelina wcisnęli się do jakiejś skody, po czym pozostali (Litwa , Krzych i Wasz ulubiony narrator) zostali zabrani przez rozklekotane Żiguli (bez hamulców). Po pełnej napięcia jeździe wylądowaliśmy przed dworcem. Nasz dobrodziej nie stanął jednak na wysokości zadania – zażądał od nas zapłaty (z reguły miejscowi są bezinteresownie życzliwi). Lekko niezadowolony przyjął od nas 4 dolary („więcej nie mamy”)i złorzecząc pod nosem odjechał. Po pewnym czasie dołączyli pozostali. Niestety do miasta był dość spory kawałek, na domiar złego Pani w kantorze miała już policzoną kasę i nie mogłem wymienić waluty. Ale na Wschodzie jest wiele możliwości... Pani wzięła ode mnie dolary i wymieniła u cinkciarza(!) po lepszym kursie niż kantor, w którym pracowała...Wróciłem z gotówką, można było więc kupić bilety i skoczyć do knajpy coś przekąsić i naładować telefony. Wracaliśmy naszym kultowym pociągiem nr 602. Bilety na plackartny były wyprzedane, więc w kasie zaproponowano wagon „zagalnyj” (obszczak). Zapłaciliśmy powalającą kwotę 8,70 UHR. Wagon okazał się zdeklasowaną plackartą – posiadał jeszcze górne prycze, które bez zwłoki zajęliśmy. Kolejna integracja z miejscowymi, kolejne ciekawe historie i anegdoty...