Ale wszystko co dobre szybko się kończy.

Ale wszystko co dobre szybko się kończy. Zwijanie obozowiska i dalej na szlak. Jeszcze tylko spotkanie z właścicielem (opłata za dwa noclegi – 5 BGL/osoba), zakup pamiątkowych pocztówek i jedziemy do miasta. Ponieważ jest dość wcześnie, pozwalamy sobie na wizytę w knajpce, niektórzy chcą też w międzyczasie zobaczyć okolicę. Po posiłku, kilku drinkach i wygłupach kierujemy się na rogatki. Łapanie stopa idzie nam niesporo. W końcu zatrzymuje się zdezelowane renault. We czwórkę (Monka, Marcelina, Tomasz i Wojtek) jedziemy do Burgas. W aucie panuje miła atmosfera – żartujemy z kierowcą, popijamy miętówkę. Aż do chwili, kiedy zabrakło paliwa... Kierowca zostawił nas ze swoim wehikułem w lesie, a sam z plastikowymi butlami udał się na poszukiwanie stacji. Wrócił po półgodzinie i już nic nie przeszkodziło nam dojechać do dworca kolejowego w Burgas. Litwa i Krzych już tam czekali (pojechali autobusem). Pociąg był niebawem, więc kupiliśmy bilety (7,10 BGL z miejscówką/osoba) i byliśmy gotowi do podróży do Starej Zagory. Znaczy prawie gotowi. Litwa i Krzysztof też sobie podkręcili pijaność i smacznie drzemali na wielkiej kamiennej misce. A czas naglił, bo pociąg już pogwizdywał na peronie. Udało się w końcu zebrać towarzystwo i zalogować w wagonie. Nie obyło się bez strat – w misie na dworcu został przewodnik Pascala. Sam w sobie był dość słaby, ale było w nim – w charakterze zakładek – sporo pamiątek (pocztówki, bilety, nalepki z wypitych rodzajów piwa).