W nocy lało i to porządnie.

W nocy lało i to porządnie. Pośpieszny rozbity namiot z powodu późnej pory zaczął solidnie przeciekać prosto na nos Janka. Waldka materac zaliczył dziurę, więc miał kolejne powody do narzekań. W dodatku nie rozbiliśmy się na płaskim ( co potem dopiero wyszło ) i ustawicznie wszystko zjeżdżało do jednego rogu. Pobudka, pozostawione rzeczy na dworze solidnie przemoczone. Zanim wydostaliśmy się z lasu przez pole na drogę, nasze rowery były tak oblepione gliną, że nie dało się jechać. Usuwanie błota zajęło nam chyba z godzinę. W końcu ruszamy dalej na Kotowsk.




Droga jest przepiękna, przez pola i lasy, cały czas lekko z górki, ruchu prawie nie ma. Tak nas zwiodła ta droga, że zamiast w Kotowsku lądujemy w Bałcie. Byliśmy brudni i zmęczeni, więc postanawiamy odpocząć w najbliższym mieście zwłaszcza, że nic nas nie goni. Znajdujemy kierunek na Kotowsk, znowu okrężną drogą dojeżdżamy do celu. Tu już wszędzie dominuje język rosyjski, a sprzedawczynie ceny mówią w rublach ( płacimy oczywiście w hrywnach). To pokazuje jak podzielona jest Ukraina, gdzie jedni mówią „Dobry din”, a drudzy „Zdrastwujcie”. Jednak kasy typu drewniane liczydła są tu rzadkością, no i po rusku łatwiej się dogadać. Hotel przynajmniej w okolicach recepcji wygląda obiecująco, ale na pokojach to już niski standard, ciepła woda od 19 wieczorem (trzeba się zameldować u pokojowej, która otwiera łazienkę na końcu korytarza), wyznaczony czas 15 minut na łebka. Hotel w przebudowie, więc nie natkniecie się już na drzwi w pokoju bez klamek i z trzy centymetrowymi szparami we framugach. Obowiązuje zakaz palenie — kara 50 hrywien, więc co chwilę ktoś przypadkiem zagląda do naszego pokoju.

Tu płacimy pierwsza łapówkę 10hr za zamknięcie rowerów w komórce. Posiłek wliczony w cenę ( 49,90 hrywny od osoby ) jest na miejscu, wzięliśmy oczywiście dokładkę. Na mieście polecam kawiarnię, gdzie są pyszne lody i ciastka. Humory dopisują zwłaszcza, że Odessa coraz bliżej. Wieczorem pękły dwa słoiki „Tuszonki”. Tu też usuwam trzeciego kleszcza, cholera tylko mnie atakują.