W końcu wyspaliśmy się w prawdziwych łóżkach!

W końcu wyspaliśmy się w prawdziwych łóżkach! Dlatego też nikomu się specjalnie na spieszyło z wstawaniem... Okazało się, że hotel znajduje się w znakomitej lokalizacji- niedaleko Złoty Róg i dworzec Sirkeci, do najważniejszych zabytków też niedaleko. Po lekkim śniadaniu i toalecie wyruszyliśmy do miasta.
Samochodem to bym się tu nie wybrał... Przecież oni nie mają pojęcia o cywilizowanych zasadach poruszania się po drodze. Każdy jest jej właścicielem i ma w dupie pozostałych uczestników ruchu ( o pieszych nie wspominając). Zanurzyliśmy się w ten chaos z rozkoszą. Włóczyliśmy się wąskimi uliczkami, gdzie nowe domy sąsiadowały z zupełnymi ruderami, chłodziliśmy nogi i kapelusze w ulicznych zdrojach, jedliśmy kebaby, wzdychaliśmy do zimnego piwa, kupowaliśmy pamiątki... Tak dotarliśmy do Wielkiego Krytego Bazaru. Całkiem spora ta hala targowa Wszędzie atakują sprzedawcy wszystkiego – może dywan? może kurteczka dla szanownego Pana? Może cygarko?. Spadamy stamtąd dość szybko. W następnych uliczkach odbywa się targ warzywny. Za 1 YTL kupujemy oliwki, za kolejny 1 – brzoskwinie. Dodatkowo biorę za 7 YTL mentolowe marlboro. Pogięło mnie zdrowo! Chwila oddechu obok sklepiku. Od razu zjawia się właściciel i zaprasza na zakupy. Nie chcieliśmy nic kupować, ale skusił nas zimnym piwem. Efes 0,5 l za 2,2 YTL owinął w gazetę i wystawił nam jakieś skrzynki, żebyśmy mogli usiąść. Ech, wypoczyn...
Po pewnym czasie kluczenia uliczkami dają znać pęcherze (piwko). Wchodzimy do pierwszej napotkanej knajpki. Bardzo fajny taras w widokiem na Bosfor, obsługa rozkłada białe obrusy na nasz widok, hehehe – nie domyślają się że my tylko na siku. Poza tym może byśmy tam i zostali, gdyby nie bandyckie ceny proponowane w karcie. Panowie kelnerzy ze smutkiem odprowadzają nas wzrokiem... Mijając obelisk Totmesa III docieramy na dziedziniec Błękitnego Meczetu. Korzystając z chwili nieuwagi pilnujących wejścia wślizguję się do środka. Pozostali nie mają tyle szczęścia i zostali obdarowani specjalnymi chustami (do zakrycia nóg i ramion). W środku – cóż, jak dla mnie kiczowaty przepych złoceń, tłum gapiów, dziwny zapach – „bizantyjskie wnętrze” w pełnej krasie. Dlatego też kolejna atrakcja - Hagia Sophia (kościół Mądrości Bożej) – został „zwiedzony” tylko na zewnątrz. Niektórzy co prawda mieli zamiar wejść do środka, ale cena biletu skutecznie ich zniechęciła. Jeszcze tylko jakieś muzeum dywanów i zdjęcie „z wielkim ananasem” i spadamy „na obiad”. W międzyczasie Marcelina dała się skusić na kupno dywanu. Nosiła go później przez cały wyjazd . Obiad zjedliśmy na dworcu (oczywiście kebaby). Przy okazji pobytu na dworcu zaopatrzyliśmy się przezornie w bilety na przejazd do Kapadocji (21 YTL za przejazd w kuszetce), po czym udajemy się do hotelu na krótki odpoczynek (sjesta). Po sjeście idziemy na spacer na wieżę Galata.
Nabrzeże, przy którym cumują różne statki i promy wita nas przyjemną bryzą. Niestety wrażenie jest krótkotrwałe- musimy udać się w stronę mostu, przeciskając się pomiędzy spieszącymi w różne strony ludźmi, sprzedającymi tandetę krzykaczami, gówniarzami szukającymi okazji... Właśnie kilku takich przypięło się do Monki i Tomasza. Kupowali sobie jakieś orzeszki czy małże, kiedy szczyle robiąc zamieszanie dobrali się do plecaka Monki. Błyskawiczna reakcja spowodowała, że oddali grzecznie fanty i rozpłynęli się w tłumie. Czujność nasza wzrosła pięciokrotnie. Spacer przez most w promieniach zachodzącego słońca. Dzielnica Galata to miejsce dość zaniedbane i zaśmiecone. Docieramy do wieży widokowej i co? Właśnie przed kilku minutami wejście na górę zostało zamknięte. Wrrr!!! Wracamy, po drodze sklepik z piwem (1,5 litrowy SKOL za 4,5 YTL), znów most i ładnie oświetlony meczet Sulejmana Wspaniałego. Teraz się troszkę spieszymy, bo przy Błękitnym Meczecie odbywa się jakieś przedstawienie typu „światło i dźwięk”. Niewiele co prawda z niego rozumiemy, ale iluminacja wygląda fajnie i piwko też nieźle smakuje. Po występach wracamy do hotelu, gdzie kończymy znaleziony bułgarski alkohol . Oczywiście było go za mało, więc zbierana jest zrzutka na piwo. Idziemy do sklepu w trójkę – ja, Krzych i Tomasz. Kupujemy z Krzychem zrzutkowe, natomiast Tomasz samodzielnie (nie chcieli z Monką uczestniczyć we wspólnych zakupach). Ta niechęć do kolektywu została ukarana. Okazało się, że ten syn bezimiennej kozy, który sprzedawał piwo, orżnął Tomasza na 9 YTL. (Na usprawiedliwienie można tylko podać, że w Turcji niedawno była denominacja
i w obiegu były pieniądze o starych i nowych nominałach, co doskonale pomagało oszustom, szczególnie wieczorem i w pośpiechu). Nie polepszyło to oczywiście nastrojów, ale też szybko powzięliśmy postanowienie „Nie pozwolimy dymać Orła Białego!”. Od tej pory każdy, kto próbuje podać nam cygaro jest karany natychmiast i bezlitośnie! Tak zmotywowani udajemy się na spoczynek.