Pożegnanie z Tarnowem było trudne, po wieczornych „rozmowach”.

Pożegnanie z Tarnowem było trudne, po wieczornych „rozmowach”. Jedynie Waldek szarpał na Przemyśl- nasz dzisiejszy cel. Ale po „małej czarnej”, już w formie, podziwiamy widoki traski, która nie jest oznaczona jako rowerowa, ale urokiem nie ustępuje chociażby tym z Austrii. Mijamy kolejka wąskotorową Donów –Przeworsk, podróżni machają nam, słowem sielanka. Janek jest zachwycony ziemia Dubiecką, ale plecak, który wiezie na plecach chce być widocznie sakwą i daje mu nieźle w kość. Perspektywa obiadu u teściowej Waldka pchała go naprzód pod górki o nachyleniu 11% z szybkością 20 km/h. Ubrani w nieprzemakalne ubiory niestety doprowadziliśmy do małych odparzeń wiadomej części ciała. Zasypki poszły w ruch.




Obiad okazał się uroczystym wypasem, bo trafiliśmy w środek urodzin wnuczki, a Waldek to chyba pupil rodziny. Góra Krzywiecka da wam popalić!- odgrażali się biesiadnicy, a przed nią jeszcze grill u Witka, kolegi Waldka, którego to są rodzinne strony. Witkowa gościnność tak nas rozbroiła, że ciężko się było stamtąd zabierać –tylko dziwne, że dawał nam ogromny nóż na drogę – ciekawe, po co?! Krzywiecka zdobyta!- hajda do Przemyśla na nocleg do bratowej-kogóż by jak nie Waldka. Docieramy na miejsce i załamka –tam gdzie było wejście do domu jest wejście do banku! Szybko jednak znajdujemy nowe wejście i już rowery lądują w piwnicy, a my na pokoje. Znowu nie było końca „rozmowom”, a umiejętności kulinarnych pani Krysi nie powstydziłby się kucharz renomowanej restauracji.