Pobudka, zbierać się prędko!

Pobudka, zbierać się prędko! Nasz wagon właśnie odczepili i trzeba wrócić do naszego „svilengradzkiego”. Nie wiadomo, kto wszczął alarm, ale naprawdę zrobił to w ostatniej chwili... Nasz przedział spodobał się komuś, więc rozłożyliśmy się w innym. Przyszedł konduktor (inny – nasz wysiadł z Starej Zagorze), obejrzał bilety i poszedł sobie. Dla niego były zupełnie ok. Uśmiechnęliśmy się wszyscy. Nie pierwszy raz próbowali różni naciągacze nas wyrolować, ale ten przeszedł wszystkich. Trzeba mieć tupet! Ale trafiła kosa na kamień! (trafiała tam zresztą jeszcze wielokrotnie...). Dojechaliśmy do Svilengradu. Szybko udaliśmy się do kasy kupić bilet do Edirne (4,54 BGL). Pośpiech był nieuzasadniony – pociągi (nasz i wracający z Turcji) stały tam jeszcze dwie godziny. Brak pośpiechu jest chyba wrodzoną cechą bałkańskich urzędników i funkcjonariuszy. W końcu szef celników ( w dziwnym mundurze przypominał raczej kuszetkowego) dał znak, że można się oddalić. Całe szczęście, bo wszyscy bardzo chcieli skorzystać z toalety. Pociąg powoli jechał przez ziemię niczyją, a my patrzeliśmy rozlatujące się wieżyczki obserwacyjne i płoty z kolczastego drutu. Brrrr, koszmarne wrażenie.
Kapikule. Ludzie wysiadają i ustawia się kolejka do okienka z wizami. 15 dolców albo 10 euro, potem jeszcze ostemplować w innym okienku i można spokojnie przyglądać się jak tureccy celnicy rozkręcają pociąg. Trwało to około trzech godzin. Tureckie przepisy pozwalają na wwiezienie 2 litrów mocnego alkoholu i 200 papierosów. Innych dupereli nie pamiętam. W każdym razie musiało mnie wtedy dopaść jakieś rozmiękczenie mózgu... Skoro tyle osób kłębi się przy wolnocłowych sklepach a celnicy są tak dokładni, to ceny używek w Turcji musza być wysokie! 2+2 =4! Ale nie kupiliśmy nic. Oczywiście okazało się że wyszliśmy na wałów, bo ceny na trunki były chore, a przecież mogliśmy się zaopatrzyć...
Szczególnie, że na nas plecakowiczów nikt nie zwracał uwagi – raczej „mocno opaleni” i ich przedziały były obiektem zainteresowania służb granicznych. W końcu ruszamy. Przekraczanie granicy trwało łącznie ponad 5 godzin! Szczęśliwa gwiazda jednak nas do końca nie opuściła! Litwa znalazła schowane za zasłoną i przygotowane do przemycenia 3 litry 47% bułgarskiego alko. Przez kilka dni poprawiał nam nastrój, choć do smacznych nie należał (chyba że ktoś lubi anyżowy smak). Po krótkiej podróży dojeżdżamy do Edirne.
Deja vu... Znów jesteśmy bez miejscowej waluty – nie możemy kupić biletów na dalszą podróż ani napić się piwa a upał miażdżący... Udajemy się więc do miasta. Oczywiście nie może być zbyt prosto. Kantoru (Doviz) w gąszczu uliczek i straganów znaleźć nie sposób. W końcu decydujemy się na wymianę pieniędzy w banku – kursem mniej korzystnym, ale mamy w końcu gotówkę. W lokancie zjedliśmy buły z mięsem ( taki kebab – kanapka) i tak pokrzepieni mogliśmy rozejrzeć się po okolicy. Atmosferę Orientu mogliśmy już poczuć podczas poszukiwań kantoru, ale dopiero teraz z wolną głową mogliśmy się w pełni nią napawać. Chaos, pokrzykiwanie przekupniów, klaksony i spaliny. Ale nam czas w dalszą drogę... Czeka Konstantynopol. Autobus w chorej cenie, więc wracamy na dworzec kolejowy. Po drodze zakupy w supersamie, Krzych dodatkowo sandały, bo z Polski nie zabrał. Bilet kolejowy za 10 YTL (studencki 8 YTL) i popołudniowy pociąg wiezie nas do Stambułu. Co ciekawe, wszystkie pociągi mają własne nazwy z rozszerzeniem >Ekspresi ....pociąg odjeżdżał!!! A my staliśmy z głupimi minami, patrząc jak zdumieni obserwują nas pozostali w wagonie towarzysze. A uśmiechnięci kolejarze przyjaźnie nam machali mówiąc „bye bye Istambul „. Co robić? Miałem dokumenty i pieniądze (brakowało mi tylko T-shirta) więc jakoś się do tego Stambułu dostaniemy, tylko jak się tam odnaleźć? Przy rozładowanym telefonie to nie będzie proste. Miałem tylko nadzieję, że będą na tyle domyślni, żeby czekać na nas na dworcu, czyli w najbardziej oczywistym miejscu. Natłok pędzących myśli przerwał pisk kół wjeżdżającego pociągu. A po chwili... wraca nasz pociąg i jest łączony z nowoprzybyłym. Ale sobie z nas zażartowali, nie ma co! Sytuacja może nie beznadziejna, ale mocno niewygodna. Wracamy do wagonu. Za cudowne ocalenie! Wir krąży i cudownie poprawia nastrój. Zapada zmierzch i powoli oglądamy przedmieścia Stambułu. Wjazd do miasta zajmuje prawie półtorej godziny! Daje to wyobrażenie o jego wielkości. Ciekawe jak długo idzie się z rogatek do centrum pieszo? W końcu dworzec Sirkeci, obsługujący podróżnych w stronę Europy. Wysypujemy się z wagonów i natychmiast jesteśmy nagabywani przez miejscowych naganiaczy, oferujących nam „wspaniały nocleg w niezapomnianym miejscu z niezliczoną ilością dodatkowych atrakcji wliczonych w cenę”.
Z doświadczenia wiemy, że należy do sprawy noclegów podejść spokojnie. To oni chcą na nas zarobić...Tymczasem idziemy z Litwą rozejrzeć się po okolicy i sprawdzić, czy jest nocleg w miejscu, o którym czytaliśmy w necie . Przyznam, że wędrówka po opuszczonych, ciemnych i zaśmieconych ulicach robiła na nas wrażenie. Indagowani o drogę nieliczni przechodnie bezradnie rozkładali ręce. I przestrzegali generalnie przed nocnymi wypadami w tej okolicy. Zrezygnowani skierowaliśmy kroki w stronę dworca, gdzie czekała reszta ekipy.
Odwiedziliśmy po drodze kilka hotelików. Każdy miał jakiś defekt – albo syf, albo drożyzna, albo akurat nie ma miejsc („będą jutro”). Już prawie wróciliśmy na dworzec, kiedy w bocznej uliczce zauważyliśmy „Yildiz Otel”. Okazał się strzałem w dziesiątkę! Zaklepaliśmy miejsca i poszliśmy po rzeczy i pozostałych. Znaleźliśmy ich objadających się kebabami i oganiających się od gościa, który proponował kwaterę za 10 €/osoba. Wariat!!! Pozbieraliśmy klamoty i poszliśmy do hotelu. Dostaliśmy 3 dwuosobowe pokoje ( w dwóch były łazienki), udało się nawet coś utargować, co poprawiło nam humory. Zapłaciliśmy 90YTL za 6 osób na 2 doby. To rozumiem. Teraz już tylko trzeba to oblać. Niestety mamy tylko jedynie tę podłą bułgarską raki, ale co tam! Hotelik dostarczył nam dużo radochy innego rodzaju. Wychodząc na papierosa palacze zwiedzali obiekt, odkrywając m.in. taras. Nic to, że był zawalony jakimiś gratami, piło i paliło się tam przyjemnie – jak to w letnią noc. Jeszcze lepszy okazał się mały pokoik na naszym piętrze. Był tak mały, że mieściło się tam tylko łóżko a okno wychodziło na korytarz! Ekstra miejsce. Do tego cukierkowo-ladrynkowa barwa ścian...Ubawieni i anyżowi poszliśmy spać.