Rankiem (ok.

Rankiem (ok. 6.00) znaleźliśmy się w miejscowości Korolewo. Był to punkt mający jednocześnie dwie zalety – jechał tamtędy pociąg z Lwowa i był stosunkowo niedaleko granicy ukraińsko-rumuńskiej. Poza tym jak się okazało miał też inne wspaniałości! Takiego wspaniałego wygwizdowa długo by szukać w naszej okolicy. Jako koneserzy klimatów pt „centralny środek d...” byliśmy zachwyceni... Takoż znajdujący się w pobliżu „dworca” bazar dostarczył nam wielu wrażeń – od proponowanego do sprzedaży asortymentu po ogólne warunki przeprowadzanych tam transakcji. Udaliśmy się we wskazanym przez przechodnia kierunku, do miejsca, z którego miał jechać autobus do granicy. Tam zaimprowizowaliśmy śniadanie, kawę, zabiegi toaletowe (każdy w innej kolejności). Oczekiwanie zdawało się coś za długie... Zagadnięta babuszka objaśniła nam, że powinniśmy udać się w inną stronę oraz że niestety do granicy to żadnego transportu publicznego nie znajdziemy. O kurrr..!!!
Ale siedząc też nie znajdziemy, więc mandżury na plecy i naprzód! Po kilkuset metrach trzeba było zarządzić odpoczynek koło sklepu i troszkę się ochłodzić. W międzyczasie Tomasz pokręcił się po okolicy szukając chętnego do podwiezienia nas na granicę. Okazało się, że znalazł ale „sekcja łódzka” (ja i Krzych), udała się dalej na piechtę... Hehehe, zrobiliśmy reszcie dowcip - czekaliśmy w sklepiku za zakrętem, jakieś 20 metrów... Sącząc zimne piwko słyszeliśmy ich z daleka, jak wyrażają swoje niezadowolenie. W końcu nas dostrzegli i już po chwili w dobrej komitywie siedzieliśmy razem. Podjechał zamówiony transport – jakiś T4 czy Transit – w każdym razie Ci z tyłu nie mieli siedzeń... Negocjacje i za 80 hrywien jedziemy do Diakowa. Przejście graniczne pogrążone było w sennej atmosferze nicnierobienia przez urzędujących tam funkcjonariuszy. Bez pośpiechu dokonali odprawy. Żabi skok przez ziemię niczyją i witamy w Rumunii!!! W tym kraju nawet zapach jest....charakterystyczny... Pogranicznicy udali się z naszymi paszportami do jakiejś budy, więc uciąłem pogawędkę z rozchełstanym celnikiem. Kiedy mu powiedziałem, że jesteśmy kolegami po fachu (bardzo podobała mu się legitymacja), natychmiast zatrzymał dwa pierwsze samochody i dokonując baaardzo pobieżnej kontroli „poprosił” żeby kierowcy zawieźli nas gdzie chcemy... Ot solidarność zawodowa... Kierowca naszego auta był bardzo rozmowny. Kiedy usłyszał skąd przybywamy rozgadał się na dobre. Był taksówkarzem i dość dobrze porozumiewał się po angielsku. Przy okazji dowiedzieliśmy się jaki ma stosunek do przystąpienia Rumunii do Unii Europejskiej. Zawiózł nas na dworzec kolejowy w Satu Mare i życząc miłej podróży odjechał w tumanie kurzu. Pozostała trójka nie miała tak miło – kierowca okazał się gburowaty i na koniec zażądał opłaty za podwózkę (6 dolców – niewdzięczny typ!).
Błyskawicznie dowiedzieliśmy się dlaczego Rumuni klną na swoje potencjalne przyszłe wstąpienie do Unii. Kasa biletowa i sklep, gdzie chcieliśmy kupić parę rzeczy „na drogę” (jak zawsze zresztą – podróż jest wtedy zdecydowanie przyjemniejsza) – zażądały od nas kwot dwu-trzykrotnie wyższych niż podczas ostatniego pobytu!!! Nie mówię, że było drogo – bo wciąż dla nas ceny były przystępne, ale nie tak się umawialiśmy
Tak więc kupiliśmy bilety i miejscówki na nocny pospieszny do Bukaresztu (cena 47,40 lei albo 47400 starych – mieli akurat denominację) i – mając kilka wolnych godzin – udaliśmy się do miasta. Generalnie miasto zupełnie bezpłciowe, nawet beż typowo rumuńskiego bajzlu. Eeee, kręciliśmy głowami, co zrobili z naszą dawną Rumunią???
Plastikują ją przed wejściem do Wspólnoty! Baru mlecznego też nie mogliśmy nigdzie namierzyć (a mamy z nimi jak najlepsze wspomnienia). Zadowoliliśmy się pizzą. Dopiero koło dworca znaleźliśmy odpowiedni przybytek, gdzie serwowano Ursusa w dobrej cenie i atmosferze... (1,7 lei)
Stuk, stuk, stuk... Koła pociągu miarowo wystukują rytm, a my stojąc przy oknach rozkoszujemy się podróżą... Pomaga w tym znakomite rumuńskie winko. Integrujemy się z miejscowymi. Mijamy dzikie, nieuprawiane przez nikogo pola, rozpadające się budynki zapomnianych stacyjek, podziwiamy pobliskie góry – a szczególne wrażenie po raz kolejny robią na nas tunele wykute w górach, przez które toczy się pociąg (nominalnie pospieszny, ale tempo ma takie jak nasz z Sanoka do Zagórza). Tego dnia udałem się na spoczynek wcześniej – wykorzystując fakt, że inni pasażerowie jeszcze bankietowali – mogłem przez chwilę podrzemać w pozycji leżącej. Oczywiście mój stan senności wykorzystali na swój sposób: na stacji Cluj-Napoca (brama do historycznej Transylwanii) nasz wagon zatrzymał się tuż obok kiosku – zostałem poproszony o uczestnictwo w zrzutce na piwo, które kurier kupił bez zbędnej zwłoki. Tyle że nie dane mi było go popróbować...