Około 4 dzwoni budzik w telefonie.

Około 4 dzwoni budzik w telefonie. Co jest k...wa? Aaaaa, nic jedziemy na wypoczyn i trzeba się przesiąść w Tarnowie na inny pociąg. W Tarnowie wita nas wspaniała – utrzymana w PRL-owskiej poetyce – reklama miejscowych zakładów mięsnychJ. Drugi pociąg i od razu drzemka. W Rzeszowie też nie ma czasu do zmitrężenia – czeka już piętrowiec do Przemyśla. Jedziemy!!! Jakiś szósty zmysł kazał mi rozejrzeć się po bagażach...
„Czy ktoś może wie gdzie jest namiot?” Wszyscy momentalnie się ocknęli. Po minach towarzyszy podróży poznałem, że nikt się nie zaopiekował tą częścią ekwipunku...
Co robić? Niezły początek! Padały różne opinie: „Pójdziemy w Przemyślu do Biedronki i kupimy jakiś złom za parę złotych a potem się go gdzieś zostawi”, „I tak będziemy mieszkać na plaży więc namiot nam niepotrzebny” i inne w tym stylu. Ale od czego są telefony komórkowe i znajomość kolejowych realiów? Krzych po kilku skomplikowanych operacjach skontaktował się w końcu z Dyżurnym Ruchu w Rzeszowie i ustalił, że namiot przyjedzie do nas następnym pociągiem udającym się do Przemyśla. Uffff!
Przemyśl. Mamy godzinę wolnego na stacji ( jak się później okazało nie pierwszy raz), więc można załatwić potrzeby (zachęcające zarośla w zasięgu wzroku), przebrać się w krótkie spodnie, wypić kawę, zapalić...Ustaliliśmy, że opiekunem naszego „domku” będzie na stałe jedna osoba. „Ślimakiem” został Krzysiek. Namiot w końcu przyjechał i ruszamy w drogę. Busikiem do przejścia granicznego i już stoimy w tłumku miejscowych, dla których bliskość granicy jest źródłem- czasem jedynym – egzystencji.... Jeszcze imigracyjne karteczki, które wypełniamy dokładnie i po ostemplowaniu chowamy głęboko (mając w pamięci poprzednie kłopoty z zawieruszonymi karteczkami). Po ukraińskiej stronie próbują jak zwykle „podać nam cygaro” sprzedawcy niepotrzebnych „strachowek”, twierdząc z grobową miną że bez nich nie możemy przebywać na Ukrainie. Centralnie ich zlewamy i....
....siadamy w barze, gdzie serwują nasz ulubiony repertuar: „Biłe”(niefiltrowane piwo – gorąco polecam), drinki typu „Rum-kola” i „Dżin-tonik” oraz Longiery (driki o różnych owocowych smakach o woltażu ok. 7-8%). Po zaspokojeniu pragnienia i zakupach „na drogę”
wsiadamy do marszrutki, która za 8,5 hrywny wiezie nas do Lwowa.
Znowu w naszym ulubionym Lwowie... Na dworcu jak zwykle mnóstwo ludzi, zbieramy zrzutkę na bilety i zajmujemy miejsce w kolejce. Przed nami stoi człowieczek z piwkiem i kurzący papieroska ignorując przechadzających się milicjantów. Oni ze swej strony odwzajemniają się tym samym. W końcu udało się dopchać do kasy (wciąż z boku dochodzili nowi, mówiąc że za chwilę odjedzie im pociąg, po czym... zamawiali bilety z terminem wyjazdu 10 dni). Tego było za wiele. Przywołani na pomoc Tomek i Krzysiek zastawili dostęp i mogłem spokojnie kupić bilety. Oczywiście na kultowy wagon plackartnyj (cena 18,20 hrywny) Z poczuciem dobrze spełnionego obowiązku udaliśmy się na relaks do niedalekiego baru....
Relaks był tak głęboki, że Krzyś zostawił pod talerzykiem pewną ilość miejscowej waluty, które w postaci banknotów wcześniej pięknie poukładał...
Wsiadamy do pociągu. Nasz kultowy pociąg nr 601. Wytworzyło się oczywiście pewne zamieszanie – 6 osób ze sporym bagażem, do tego dość wesołych i niekoniecznie cichych. Nie spodobało się to miejscowym. Jak wyczarowani z czarodziejskiej lampy pojawili się żołnierze i od razu do nas! Jakiś pieprzony kapuś musiał podać cynk, że w wagonie są „innostrancy”. Zaczęło się rutynowo – pytanie o paszport i karteczki. Otrzymali je i dość długo studiowali. Okazało się, że Monka nie zaznaczyła w odpowiedniej kratce, że jest kobietą (sic!). Bardzo się ucieszyli że wykryli „przestępcę”. Sugestię, że można zaznaczyć teraz (skoro WIDAĆ że jest kobietą) zbyli stwierdzeniem „tiepier niet rukopisa, tiepier dziengi” i kazali nam wysiadać! Ale ponieważ już mieliśmy doświadczenia z podobnymi próbami bezczelnego ograbienia nas, stwierdziliśmy, że nigdzie się nie ruszamy, a Oni skoro uważają nas za przestępców – to proszę niech nas wyprowadzą w kajdankach i zadzwonią do Konsula. Chyba nie mieli przetrenowanej takiej opcji, wież coś poburczeli pod nosem i szybko się zmyli. Też bym tak zrobił...Przedstawiciele siłowego resortu dostali cygaro od plecakowiczów! Niezły obciach przed ziomkami... Ciekawe, czy pochwalili się w jednostce swoimi „łowami”?
W każdym razie ruszyliśmy. Trochę się pośmialiśmy z bezczelności mundurowych, zjedliśmy kolację i powoli udaliśmy się na koje.