Data: 13 lipca 2006 Ruszamy wyjątkowo wcześnie. Mkniemy jak szaleni przez Holandie. Jeszcze tylko krótka przerwa na śniadanie (3-godzinna) i już jesteśmy w Belgii. Ścieżek rowerowych jest zdecydowanie mniej, a

Data: 13 lipca 2006

Ruszamy wyjątkowo wcześnie. Mkniemy jak szaleni przez Holandie. Jeszcze tylko krótka przerwa na śniadanie (3-godzinna) i już jesteśmy w Belgii. Ścieżek rowerowych jest zdecydowanie mniej, a większość tych co jest, posiada wiele dziur i nierówności. Zbliżając się do Antwerpii następują nieoczekiwane awarie. Radek robi dziure w oponie, a Magda łamie bagażnik. Jednak dla nas to żaden problem i szybko możemy jechać dalej docierając do Antwerpii. Miasto to nas zachwyciło. Na każdym kroku spotykamy ładne kamieniczki, kościoły i ciekawe wąskie uliczki. Każdy emeryt, który jest w Belgii, musi koniecznie odwiedzić to miasto.






Według planu za Antwerpią mieliśmy spędzić noc, ale wszyscy jednogłośnie postanowili, że jedziemy nocą do Brukseli (mimo, że proponowano nam po drodze nocleg z prysznicem). Kwadrans po północy docieramy do kolejnej stolicy. Jemy posiłek, a następnie podziwiamy nocne uroki tego miasta (spotykając przy tym podchmielonego Polaka, który za piwo oferował nam nocleg). Zobaczyliśmy jeszcze tylko pięknie oświetloną bazylikę, pare uliczek i mimo proponowanych nam wcześniej noclegów, zasneliśmy na ławkach pod Atomium.

Data: 14 lipca 2006

Dziś jest dzień zwiedzania Brukseli - miasta z klasą, jak na stolice Europy przystało. Podziwiamy m.in.: Grand Place (rynek), ratusz, Pałac Sprawiedliwości, katedre, Atomium, Parlament Europejski oraz wiele pomników, budynków i uliczek. Bruksela bardzo nam się spodobała. Nocleg spędziliśmy w lesie 10 km za miastem.

Data: 15 lipca 2006

Chociaż była to noc bez namiotu i tak było nam ciepło dzięki firmie "Pajak". Chwila i już jesteśmy w Waterloo. Próbujemy sobie wyobrazić jak Napoleon ponosi klęskę. Dzisiaj dłuuuuga droga. Do pokonania mamy 150 kilometrów w jak najkrótszym czasie. Częste podjazdy i zjazdy urozmaicają nam drogę, a wiatr, który wiejąc nam w plecy, niedość że pomaga nam w jeździe, to jeszcze chłodzi nasze ciała. Po 10,5 godzinie dojechaliśmy do karola brata. Miła atmosfera sprawia, że dzisiaj późno idziemy spać.

Data: 16 lipca 2006

Godzina 12 - wyjeżdżamy z Ernegem. Kierujemy się w kierunku Morza Północnego, w którym oczywiście nie omieszkaliśmy się wykąpać. Woda jest tu wyjątkowo słona, ale ciepła. Słońce nie daje nam zjeść na plaży, więc uciekamy do cienia. Zaraz po tym mijamy granice Belgijsko-Francuską. Dalej kierujemy sie na Calais, skąd zamierzamy przeprawić się do Anglii. Niestety w międzyczasie Bartek łapie gume, więc jesteśmy zmuszeni zatrzymać się na krótką przerwę. Na małym parkingu spotykamy Polaków, którzy wskazują nam bliższe i według nich lepsze miejsce skąd odpływają promy. Konkretnie chodzi o port w Dunkierce, w którym rządają od nas 47 Euro za przejazd z rowerem. Cena ta wydaje nam się wygórowana, więc idziemy na parking TIRów w poszukiwaniu polskich kierowców, którzy byli by nas skłonni zabrać za darmo. Karol jako pierwszy wypływa promem o godzinie 22:00, Bartek o 24:00, natomiast Magda z Radkiem płyną o 8:00.





Data: 17 lipca 2006

Wszyscy mieliśmy spotkać się w Dover, jednak gdy Karol (który czekał tam od godziny 12 w nocy na pozostałych) gdy dowiedział się, że Bartek pojechał 40 km pod Londyn, poszedł spać do Anglika, którego spotkał nad morzem. O godzinie 10 cała ekipa bez Bartka spotkała się przy terminalu. Od tego momentu podróż do Londynu kontynuowaliśmy w trzy osoby. Anglia już od początku robi pozytywne wrażenie. W Dover powitały nas wysokie klify i cudowny zamek na skale. Trudno nam jest się przyzwyczaić do lewostronnego ruchu, innych miar i waluty. Chociaż jest częste oznakowanie dróg, to jednak nie do końca zadawalające i już na początek mamy problem ze znalezieniem trasy. Z Dover jedziemy prosto do Londynu. Upały stały się chlebem powszednim na naszej wyprawie. Dodatkowo strome podjazdy uniemożliwiają szybką jazdę. Radka koło, które już od kilku dni było lekko scentrowane, tym razem odmuwiło współpracy. Nie byliśmy w stanie kontynuować jazdy, a brak sklepów rowerowych spowodował, że straciliśmy przez to 5 godzin (ponieważ Radek musiał jechać na Magdy rowerze do miejscowości oddalonej o 10 km). Z nowym kołem, lecz już tylko z jednym hamulcem, ruszamy dalej w strone Londynu. W naszych planach było dojechanie tam w nocy. Jednak zmęczenie po całym dniu spędzonym w słońcu spowodowało, że około 1:00 nie mieliśmy już sił. Postanowiliśmy więc chwile odpocząć przy głównej drodze do Londynu i mieliśmy przy tym niespodzianke. Po 10 minutach podjechali do nas policjanci i ostrzegli, że to jest niebezpieczne miejsce. Obiecaliśmy, że zaraz odjedziemy, lecz chwile po tym zasneliśmy za barierką od szosy (nie martwiąc się przy tym o rowery).

Data: 18 lipca 2006

Jako budzik posłużyły nam mknące samochody po szosie i przygrzewające słońce. Ruszamy w strone stolicy Wielkiej Brytanii. Przed Londynem zajeżdżamy do Greenwich, gdzie znajduje się zerowy południk. Zwiedzamy darmowe muzeum znajdujące się w historycznym obserwatorium oraz przechodzimy ze wschodu na zachód i odwrotnie. Wjeżdżając do Londynu odrazu kierujemy się na Tower Bridge. Mieliśmy się tam spotkać z Bartkiem (który dojechał do Londynu dzień wcześniej), ale go nie było i umówiliśmy się na następny dzień. Teraz już tylko śpieszymy się do Karola kuzynki, aby wreszcie dotrzeć na miejsce noclegu. Myjemy się, jemy i pierzemy, a pod wieczór ruszamy na miasto. Podziwiamy Parlament Square (znajduje się tam historyczny parlament z Big Benem oraz Katedra św. Pawła), Trafalgar Square, London Eye (największe na świecie diabelskie koło, wysokie na 150 metrów) oraz Buckingham Palace. Nareszcie możemy się wyspać.