RELACJE Z PODRÓŻY

Po bezdrożach Europy Środkowo-Wschodniej i Bałkanów - relacja z rajdu Bezdroża Trophy 1-16 sierpnia 2009



Autor: Bezdroża Trophy
Data dodania do serwisu: 2009-07-17
Relacja obejmuje następujące kraje: Ukraina, Rumunia, Serbia, Czarnogóra, Bośnia i Hercegowina, Węgry, Słowacja, Polska

Oceń relacjęŚrednia ocenaIlość ocen
8.70 1442

1-16 sierpnia 2009 r. załogi rajdu Bezdroża Trophy mierzą się z przygodą, niepowtarzalnym klimatem i kulturą Europy Środkowo-Wschodniej i Bałkanów. 8 samochodów terenowych, 32 uczestników, w tym czwórka dzieci i blisko 4000 km fascynującej podróży! Czytajcie relacje z bezdroży przysyłane dzień po dniu z trasy.





16-08-2009, Węgry-Polska do góry

Na kemping w Kiskunhalas na Wielkiej Nizinie Węgierskiej przyjechaliśmy koło północy. Chwilę później siedzieliśmy w basenie termalnym. Taplaliśmy się dobrą godzinę, pochłaniając arbuza. Niezła frajda. Rano rozdzieliliśmy się na dwie grupy: Mariusz i Łukasz pojechali do Gorlic, a my na Kraków. Właśnie minęliśmy Budapeszt. Przygoda powoli dobiega końca. Jak wynikło z rankingu Lucyny, ludziom najbardziej podobała się przeprawa przez głazowisko w górach Ukrainy, nocleg na Transalpinie, jeziorko w górach Komovi oraz rafting. Ale i wiele innych chwil i zdarzeń będziemy wspominać. W końcu Rajd Bezdroża Trophy okazał się zgodnie z planem pasją, pięknem i przygodą!



15-08-2009, Do Sarajewa (Bośnia i Hercegowina) do góry

20:44
Zwiedziliśmy stare centrum Sarajewa, trochę zakupów, jakieś jedzonko. Team naszego Land Rovera zamówił sobie lokalny przysmak: tzw. burki, czyli placki z serem lub mięsem oraz naturalny jogurt. W Sarajewie nastąpiło pożegnanie z częścią ekipy. Rychu ruszył ku wybrzeżu, by przeprawić się potem do Włoch, Arek popędził Hiluxem do Polski, by jadąc szybciej niż reszta dotrzeć w niedzielę wieczór do Poznania, a Sebe skierował się na Split. Grupa czterech Land Roverów ruszyła na północ. Po drodze domy ze śladami serii karabinowych na ścianach, tablice ostrzegające przed minami. Granicę przekraczamy na Sawie i teraz zmierzamy na Nowy Sad. Dziś nocować będziemy na Węgrzech.

11:37
Wczoraj wieczorem po powrocie z Durmitoru mieliśmy pożegnalną kolację. Dziś pobudka po 6.00, przejazd granicy bośniackiej. Przywitały nas tablice "Dobro dosli u Republiku Srpsku" - to bowiem samozwańcza republika Serbów Bośniackich. Po drodze postój przed remontowanym tunelem. Lucyna korzystając z przerwy, przeprowadza ankietę na najciekawsze miejsce czy zdarzenie podczas wyjazdu. Wyniki jeszcze nie znane, bo czekamy na smsa od Jaśka. A tymczasem pędzimy na Sarajevo.



14-08-2009, Przez Durmitor - najwyższe pasmo Czarnogóry do góry

10:30
Dziś rano około 8.00 wyjechał samochód Jasia - ich ekipa musiała być wcześniej w kraju. Głośne trąbienie trąbki zakupionej w Guca towarzyszyło chwili odjazdu. Reszta grupy zebrała się powoli: za chwilę ruszamy w Durmitor.



13-08-2009, Rafting na Tarze do góry

Dziś przed południem plażowanie i kąpiele w lodowatej Tarze, potem gra w siatkówkę, a po południu rafting. Spływaliśmy 3 pontonami na odcinku 17 km. Były zawzięte walki na wiosła, abordaże, przytopienia i skoki do wody ze skał. Dzień był naprawdę przedni.







12-08-2009, Nad Boką Kotorską (Czarnogóra) do góry

20:00
Z Kotoru dojechaliśmy nad Pivno Jezero i potem na kemping nad Tarą. Było ognisko, kociołek i paraharcerskie nocne akcje składania namiotów tym, co już spali.



14:00
Zwiedziliśmy Kotor. Wspaniałe miasto. Stara część okolona murami tworzy kształt trójkąta. Nad miastem góruje twierdza, do której mury pną się po stromych zboczach. Część grupy ruszyła na pieszą wycieczkę na twierdzę, pozostali penetrowali uliczki i zakamarki starego miasta.

Z twierdzy rozpościera się wspaniały widok na Bokę Kotorską i całe miasto. Widoki warte wspinaczki w upale. W drodze na dół widzimy parę wchodzącą z dwójką malutkich dzieci w nosidełkach. Oczywiście znajomi. To Kamila i Darek, którzy po zwiedzeniu Bośni i Hercegowiny postanowili na parę dni wyskoczyć nad Adriatyk. Na co dzień redagują portal goryonlie.pl oraz uruchomioną ponad rok temu własną porównywarkę sprzętu outdoorowego ceneria.pl. Teraz urlopują się w sposób iście bezdrożowy. Miłe spotkanie na trasie nie trwało długo - na parking już dotarliśmy spóźnieni. A przed nami kręta trasa przez góry.

11:10
Pogoda znów upalna. Właśnie dojeżdżamy do Kotoru. Teraz 2 godziny zwiedzania tego ciekawego miasta położonego na zboczach nad Boką Kotorską i potem już w góry.



11-08-2009, Nad słonecznym Adriatykiem Montenegro do góry



Nad morze, na kemping Crvena Glavica w okolicach wyspy-hotelu Sveti Stefan, dojechaliśmy późnym popołudniem. Od razu ruszyliśmy do morza. Wieczorem stare miasto Budvy. Miło. Teraz plażujemy, snorkelingujemy. Oczywiście jest i pierwsza ofiara jeżowców - kilkanaście kolców pozostało w stopie. Reszta ekipy zachowuje teraz zdwojoną ostrożność. Ale pogoda wspaniała, więc pełen relaks.


10-08-2009, Góry Komovi do góry

16:46
Za Podgoricą mała awaria w aucie Maćka - wyciekł płyn od sprzęgła. Na holu do warsztatu w Podgoricy. Niebawem dołączymy do reszty. Trasa prowadzi bardzo widokowym odcinkiem nad zakolami jednego z dopływów Szkoderskiego Jezera. Dalej pojedziemy na Petrovac na Moru, a potem na kemping w pobliżu wyspy Sveti Stefan. Póki co klimaty warsztatowe...

14:51
Dziś niespiesznie zebraliśmy namioty, poprzedzając tę czynność kąpielą w jeziorze i śniadaniem, ruszyliśmy przez góry. Droga raz wspinała się stromo, to znów sprowadzała w obniżenia. Krajobraz surowy, kamienisty, ale przepiękny.


Po jakimś czasie zrobiliśmy postój w chatach pasterskich. Zastaliśmy tam kobietę z Podgoricy, która wraz z rodziną spędza tu 3 miesiące w roku na wypasie owiec. Rozmowa odbyła się po angielsku (kobieta odwiedza czasem Stany Zjednoczone) i pozwoliło to Tomkowi z Radia Vox przeprowadzić wywiad na temat wypasu. Był poczęstunek kawą, dwoma rodzajami sera (bundz i coś jakby feta) oraz cieplutkim jeszcze chlebem. Potem część osób zakupiła pyszny ser - takiego nad morzem to nie kupimy.

Trasa sprowadziła z gór, pejzaż zaczął się zmieniać, a upał wzmagać. Kierunek - na Podgoricę (dawny Titograd), a potem nad morze. Dziś już tam spędzimy wieczór.


Relacja Tomasza Waloszczyka z Radia Vox FM

W relacji znajdują się nagrania z wyjazdu, których Twoja przeglądarka nie obsługuje


9-08-2009, Znad Tary do PN Biogradska Gora do góry

Rano niezbyt pośpiesznie wyruszyliśmy z pola namiotowego, by skierować się w stronę Podgoricy. Dziś jednak nie mieliśmy tam dotrzeć. Plan był, by po przejechaniu pewnego odcinka asfaltem, wjechać znów w góry. Zapłaciwszy 2 euro od osoby opłaty parkowej wjechaliśmy na teren PN Biogradska Gora. Najpierw krótka wizyta nad położonem wśród lasów jeziorkiem, wokół którego biegnie ścieżka przyrodnicza. I stąd w góry bardzo krętą szutrową drogą.



Po godzinie byliśmy na szerokich połoninach. Tu postój przy bacówce, gdzie można zamówić ser z chlebem i mięsem. Na ławach wystawionych obok bacówki spożyliśmy posiłek. Potem dalej przez góry i postój w jednej z podgórskich miejscowości. Dalej trasa wiodła znów w góry - widoki zapierające dech w piersiach. Zwłaszcza ostatnie serpentyny sprowadzające do głębokiej doliny. Tu na wzgórkach zastaliśmy kilkanaście chatek. Sami zjechaliśmy jeszcze niżej - do położonego w końcu doliny wspaniałego jeziorka. Miejsce niesamowite - pusto, żadnych zabudowań poza małą, zamkniętą chatką, z trzech stron wysokie grzbiety i schodzące od nich skaliste zbocza. Natychmiast zażyliśmy orzeźwiającej kąpieli. Oj, brakowało tego przez ostatnie dni. Woda ciepła, przejrzysta.

Rychu tymczasem, po szybkim delfinie przez jeziorko, zaczął przygotowywać kociołek. Dziś postanowił zrobić poczęstunek dla wszystkich: austriacką zupę gulaszową. Zakupione w mieście ziemniaki, żółtą paprykę, boczek i inne składniki przygotowywał z pomocą Lucyny. Potem już podsmażanie mięsa nad ogniskiem i gotowanie zupy w kociołku. Grupa zasiadła do tej dodatkowej dziś kolacji i pochłaniała przesmaczną zupę z apetytem.

Ryszard doprawiał kolację opowieściami kulinarnymi z różnych zakątków świata. Wieczór spędzony przy ognisku nad jeziorem - czego więcej chcieć...

8-08-2009, Do Czarnogóry i kanionu Tary do góry

Trasa przebiegła bez przygód. Na granicy opłata ekologiczna 10 euro na auto. Potem dojechaliśmy do Pljevli, gdzie część grupy pojechała do centrum na zakupy, odwiedzenie tutejszego meczetu i lunch. Godzinę później wszyscy byliśmy nad Tarą. No cóż - tę noc spędzimy pod mostem... ;-) Pole namiotowe położone poniżej rozpiętego między wysokimi skałami mostu na Tarze zmieściło cały team. Była zamówiona kolacja, prysznice i sporo odpoczynku - całe popołudnie spędziliśmy w jednym miejscu (coś dotąd niespotykanego). Część grupy zasiadła nad planszą Osadników - gra, w którą Samolot (ksywka jednego z uczestników) wciągnął coraz większą ilość osób. Mariusz pokazał na laptopie film z rajdów do Maroka. Były i nocne Polaków rozmowy - tym razem Siddhatra, Wędrowcy Dharmy, 4 kategorie samców alfa wg teorii Arka oraz fizyka kwantowa - specjalność Sebastiana. Rumuńska cuica de prune umożliwiła dość łatwe przechodzenie pomiędzy tematami i wspinanie się na całkiem wysoki poziom abstrakcji.

11:20
Dragacewski Festiwal w Guca jest ważnym wydarzeniem dla zespołów muzycznych z całej Serbii. Trenują cały rok, by później walczyć o złotą trąbkę. Zdobycie głównej nagrody oznacza wielką sławę. Najsłynniejszy zespół serbski Boban Markovic Orkestar, dzisiaj gwiazda europejska, także zaczynał w Gucy.

Na małym placyku stoi pomnik trębacza. Zwykle podczas festiwalu oblegają go tłumy. Niektórzy wspinają się na pomnik wymachując znad głowy trębacza flagami lub pozując do zdjęć. Jeden z naszych uczestników też zabrał się za wspinaczkę. Skończyło się to dość kiepskim upadkiem z ponad 2 metrów. Poza chwilowym zamroczeniem - złamany obojczyk. Tak więc była nocna wizyta w szpitalu w Cacak, rentgen i usztywnienie barku. Rano zebraliśmy się mimo to,zgodnie z planem i teraz pędzimy w kierunku Czarnogóry.

7-08-2009, Karpaty Południowe, Dunaj i Festiwal Trębaczy w serbskiej Gucy do góry



O 19.30 dojechaliśmy do Gucy - rozbiliśmy obozowisko na łące w pobliżu rzeczki. Samochody rozstawiliśmy w półokrąg, namioty rozbijając wewnątrz. Stworzył się prawdziwy obóz rzymski. A Festiwal trębaczy w Guca świetny jak zawsze. Bałkańskie rytmy, ludzie tańczący na uliczkach wśród knajpek i straganów.
Wszędzie szaszłyki oraz pieczone na rożnach prosiaki i barany. Atmosfera szalonej zabawy. No i dużo kiczu i tandety - to zjawisko zawsze zawsze towarzyszące masowym imprezom. Czuje się silną manifestację serbskości z mocnymi akcentami nacjonalistycznymi: na koszulkach Milosevic, Vladko Mladic czy napisy "Kosovo to Serbia". Powiewają serbskie flagi. A dźwięk bałkańskiej trąbki, trochę jazzowy i mocno energetyczny jest tu wszechobecny i jak zawsze niezwykły.

Relacja Tomasza Waloszczyka z Radia Vox FM

W relacji znajdują się nagrania z wyjazdu, których Twoja przeglądarka (IE) nie obsługuje


16:35
Granicę przejechaliśmy bez dwóch aut - ich towarzystwa ubezpieczeniowe wystawiły błędne blankiety zielonych kart: zamiast Serbii była jeszcze Serbia i Czarnogóra. Wspomniane ubezpieczalnie czeka teraz zapłata 2 razy po 130 Euro. Póki co chłopaki za nie założyli i granicę opuścili. Spotkaliśmy się z nimi po minięciu pięknego odcinka przełomowego Dunaju - pod twierdzą Golubac. Nim jednak nasza część grupy tam dotarła, mieliśmy swoje przygody. Krótki postój w małym miasteczku, aby pobrać dinary z bankomatu, zakończył się mandatem. Kwestia była mocno dyskusyjna, ale policja ma tu zawsze rację. Teraz jedziemy na Gucze.

12:57
Jesteśmy na granicy z Serbią w Turnu Severin, za nami urokliwa trasa zjazdowa z gór i dojazd nad Dunaj, przed nami Guca. O ile uda nam się przejechać, bo właśnie nasi z przodu zgłosili przez CB, że są jakieś problemy z zielonymi kartami. No zobaczymy...

6-08-2009, Z Gór Zachodniorumuńskich w Karpaty Południowe do góry

Rankiem dnia 6-go popakowaliśmy zmoknięte namioty, by ruszyć dalej przez Apuseni. Po drodze zatrzymaliśmy się w chacie, którą Mariusz, szef wyprawy, odwiedził przed dwu laty. Kobieta pokazała nam swoje gospodarstwo. Wrażenie zwłaszcza robił 200-letni dom ze spadzistym dachem krytym strzechą. Strzechę co jakiś czas gospodarze muszą podłatać, ale dobrze izoluje, a spadzistość dachu powoduje, iż śnieg w zimie się na nim nie utrzymuje.
Wnętrze robiło duże wrażenie - zupełnie jak w skansenie: obrazy z obrusikami ozdobnymi, ołtarzyk, ozdobne kapy na łóżku. Gospodyni żartem pytała Martynkę, najmłodszą uczestniczkę rajdu, czy nie zechciałaby zostać u niej. Mała śmiała się do staruszki, wtulając na wszelki wypadek w mamę.

Niebawem zjechaliśmy z gór i podążaliśmy dalej drogą w kierunku Sebes [sz]. Na którejś stacji jakiś przechodzień wskazał flaka w kole auta Tomka - to efekt gwoździa, który kilka dni tkwił z boku opony. Czas byłby odwiedzić wulkanizatora. Poszło sprawnie i wkrótce jechaliśmy dalej.

Gór nie opuściliśmy na długo - po paru godzinach od zjazdu ze zboczy Gór Zachodniorumuńskich wjechaliśmy w nowe pasmo - tym razem Karpaty Południowe - ogromny masyw oddzielający Transylwanię od Wołoszczyzny. Nasza trasa, tzw. Transalpina, prowadziła na południe, przecinając przełęcze położone ponad 2000 m.n.p.m. Mija ona od wschodu Góry Parang [czyt. Paryng], a od zachodu Capatani [czyt. Kapacyni]. Daleko na wschód od naszej trasy przejazdu leży najwyższy fragment Karpat Południowych, Góry Fogaraskie (Muntii Fagarasului), a na zachód - wspaniałe Góry Retezat z kilkudziesięcioma jeziorkami.

My wspinaliśmy się krętą i rozkopaną drogą. Transalpina wkrótce będzie już inna: wszędzie droga jest poszerzana, budowane nasypy i mosty, kładziony asfalt. To ostatni czas, gdy można jeszcze przebyć ją w sposób bardziej offroadowy - wkrótce, na wzór sławetnej Trasy Transfogaraskiej, stanie się popularną trasą dla niedzielnych turystów i wycieczek autokarowych. Póki co jednak mogliśmy jechać wśród wspaniałych połonin, napawając się dziewiczymi widokami.

Przy dojeździe do położonego ok. 2000 m.n.p.m. grzbietu napotkaliśmy... Żuka na wrocławskich numerach. Jak się wkrótce okazało, jechał nim Jacek, nominowany do Kolosów za swą rosyjsko-mongolską podróż. Tym razem jechał do Bułgarii. Żuk z silnikiem mercedesa (300 litrów pojemności) sprawdzał się w trasie znakomicie: rozwijał, gdy trzeba szybkość ponad 130 km/h, zapewniał sporo miejsca podróżnym, a przy tym prezentował się z halogenami i licznymi naklejkami znakomicie.

Co prawda był pierwotnie plan, by uczcić 10-lecie Bezdroży szampanem na najwyższej przełęczy trasy, która była parę kilometrów dalej. Ale spotkanie z Jackiem było dobrą okazją by otworzyć szampany. 10 lat wydawnictwa zostało więc uczczone w pięknym plenerze Trasy Transalpejskiej, a przy okazji wypiliśmy za Polaków spotkania . Potem były zdjęcia w słonecznej górskiej scenerii. No i decyzja o tym, że - choć nieplanowane - to jest to idealne miejsce na nocleg i należy się tu rozbić. Na drugi dzień jednak wyjazd będzie już o 8-mej rano.

Wieczorny ziąb zagnał grupę dość szybko do namiotów. Zakończył się pokaz zdjęć z Mongolii i Syberii na laptopie Jacka, zakończyła gra w Osadników i inne wieczorne zajęcia. Poszliśmy spać, a w nocy, jak zwykle ostatnio, lunął deszcz.

5-08-2009, Przez Apuseni (Rumunia) do góry



Wczorajszy wieczór upłynął na deszczowej balandze pod roletą samochodową. Zmieściło się tam kilkanaście osób - trudne warunki sprzyjały integracji :) Rano już w miarę sucho. Obok obozowiska pasterze przegnali stado owiec. Psy pasterskie szły rozstawione po kilku stronach stada. Taki pies pasterski (kaine ciobanesc) potrafi świetnie radzić sobie ze stadem, ale też z potencjalnymi drapieżnikami. Często obroże nabijane są ćwiekami, by podczas walk z wilkami psy miały większe szanse na uratowanie gardła. Widuje się też niewielkie drewniane belki przyczepione u psich szyi - to ma hamować zapędy psów do polowań na drobną, leśną zwierzynę.
Towarzysząca stadu owiec sfora budziła respekt.

Po śniadaniu ruszamy dalej przez Góry Padis (jeden z ładniejszych fragmentów Apuseni). Szutrowe drogi prowadzą szczytami gór. Mijamy skupiska drewnianych chat, małe przysiółki, liczne tartaki na otwartym powietrzu.. Architektura w 100% drewniana. Po pewnym czasie dojeżdżamy w okolice Jaskini Pestera Ghetarul Scarisora. Pozostawiamy auta na trawiastej łące-parkingu i wędrujemy pieszo do jaskini. Odwiedzamy przepastną, położoną w sporym obniżeniu jaskinię. Wchodzi się przez przepastny wysoki na 24 metry portal. Udostępniona do zwiedzania jest tylko główna sala, choć sama jaskinia ma 700 m długości. Drewniane kładki nad lodową taflą pozwalają obejść wkoło wielką salę.

Pozostałą część dnia spędzamy na przemierzaniu Gór Apuseni. Scenerię tworzą wijące się po zboczach szutrowe drogi, liczne chaty z nieprawdopodobnie spadzistymi, strzechowymi dachami (typowe dla tego regionu) i połoninowe wzgórza. W pewnym momencie trafiamy na kamienisty, trudny do pokonania fragment drogi. Przeprawa przez ten kilkusetmetrowy odcinek zajmuje nam 2 godziny. Udaje się podważyć niektóre co bardziej wystające głazy. Nasypujemy w obniżenia dziesiątki kamieni. Idą w ruch wyciągarki. Choć nie wszystkie auta je posiadają więc czasem jedno ustawione tyłem do kierunku jazdy wyciąga inne. Ludziska ubłoceni, zasapani, ale zadowoleni. Akcja się udała. "Paparazzi" poustawiani na skałach i w zaroślach zebrali dobry materiał. Tomek, dziennikarz radia Vox, od razu przystąpił do wywiadów, by od ekspertów uzyskać opis tego, co się działo. I teraz po przejeździe ostatniego samochodu zaczęliśmy zjeżdżać w dolinę. Wkrótce jednak rozbiliśmy się nad rzeczką.

Relacja Tomasza Waloszczyka z Radia Vox FM

W relacji znajdują się nagrania z wyjazdu, których Twoja przeglądarka (IE) nie obsługuje


Pojawiła się też babulinka mieszkająca obok. Podziw budził sposób, w jaki radziła sobie z ogromnymi bykami z przepędzanego przez łąkę stada. Byk chwilę fuczał, patrzył spode łba, ale donośny krzyk i ogromny drąg w rękach małej kobieciny przywracał go do porządku.
Zapłaciliśmy miłej staruszce za nocleg na jej łące, choć wzbraniała się bardzo, a rano nawet przyniosła otrzymane pieniądze i próbowała nam oddać, argumentując, że w podróży nam będą potrzebne. Wzruszyła nas tym podobnie jak opiekuńczą postawą wobec Joasi, która rano poszła na pobliską łąkę ćwiczyć jogę. Głębokie oddechy jakie towarzyszą ćwiczeniom nasza gospodyni wzięła za oznakę astmy i czym prędzej pobiegła do chaty, by przynieść lekarstwa (jakie zapewne sama używa na podobne objawy) oraz kubek wody do popicia. Joasia długo musiała tłumaczyć, że nic jej nie jest i za lekarstwa bardzo dziękuje.

W ogóle podczas tego noclegu Joasia miała swój czas. Wieczorem bowiem, gdy wyruszyliśmy na spacer przez wieś (i teoretycznie w poszukiwaniu sklepu), jeden namiot pozostawiła niedomknięty, by się śpiwory przewietrzyły. Jednak wietrzenie to nie wyszło śpiworom na dobre, gdyż w pewnym momencie zaczęła się gwałtowna ulewa. Z nieba szła dosłownie ściana wody. Ekipy natychmiast przerwały kolację, by ratować dobytek upychając go po samochodach. My z kolei, grupa, która ruszyła na spacer, ukryliśmy się pod okapem opuszczonego domostwa. Z odsieczą przybył nam Arek upychając całą 6-osobową grupkę na tylnym siedzeniu i mnie na pace. Joasia zastała namiot zupełnie zatopiony: śpiwory i karimaty zanurzone w wodzie. Oznaczało to rozłożenie ich ekipy pomiędzy samochód a drugi ocalały namiot. Mariusz, szef wyprawy, dał im jakieś koce i noc przetrwali.

Humory jednak nikogo nie opuściły - od rana słychać było, poza rytmicznym chlupotem pod nogami, liczne wybuchy wesołości. Grupa dobrze się wpisała w charakter wyprawy.


Relacja Tomasza Waloszczyka z Radia Vox FM

W relacji znajdują się nagrania z wyjazdu, których Twoja przeglądarka (IE) nie obsługuje



4-08-2009, Maramuresz-Góry Apuseni (Rumunia) do góry

16:54
Mamy za sobą świetny przejazd przez zalesione wzgórza ciągnące się na południe od Doliny Cisy. Rano zwiedziliśmy Wesoły Cmentarz w Sapyncie (Sapanta) - fenomenalne miejsce i obowiązkowy punkt odwiedzin. Odwiedziliśmy też położoną po drugiej stronie wsi, niedawno wybudowaną, drewnianą, krytą gontem cerkiew ze strzelistą wieżą - najwyższą obecnie w Maramuresz. Takie cerkwie to znak rozpoznawczy Maramuresz.



Po drodze do Baia Mare znów drobna, acz niebezpieczna awaria: w jednym z samochodów wykręciły się śruby w kole. Magda prowadząca auto po wyjeździe z szutru na asfalt poczuła nagłe szarpanie kierownicy. Zatrzymała auto: na kole była jedna nakrętka na śrubę. Udało się odnaleźć w rowie koło drogi jeszcze trzy. Ktoś miał też zapas. Mogliśmy więc ruszyć dalej.
Teraz z Baia Mare jedziemy na Dei by spędzić noc w górach Apuseni.

9:00
Rano dnia 4-go wita nas piękne słońce :)


Relacja Tomasza Waloszczyka z Radia Vox FM

W relacji znajdują się nagrania z wyjazdu, których Twoja przeglądarka (IE) nie obsługuje


3-08-2009, Karpaty Ukraińskie-Dolina Cisy (Ukraina-Rumunia) do góry

19:09
Samochód naprawiony, jedziemy na granicę z Rumunią.
Awaria została usunięta: chłopcy pojechali do warsztatu, przywieźli nakrętki i ekipa ruszyła. Jaś pojechał jednak do warsztatu, gdyż dodatkowo musiał zorganizować sobie spawanie nadkoli - przy głębszych dziurach na trasie opony dobijały mu do blachy (sprężyny amortyzatorów okazały się zbyt krótkie).
Z Rachowa pojechaliśmy na granicę i tu po małych perypetiach i pewnym przepływie gotówkowym dotarliśmy na pole namiotowe w Sapyncie (Sapanta).



16:24
No był odcinek prawdziwie offroadowy. Wyciągarka poszła w ruch. Kilka aut się zakopało w leśnym błocie. A potem wspaniałe widoki podnóży Czarnohory z Rachowem w głębokiej dolinie. Ale nie dane nam było łatwo dojechać. Parę kilometrów przed miastem na gruntowej drodze sprowadzającej w dolinę - awaria: w jednym z aut wypadły tzw. polibusze wraz z nakrętką z mocowania wahacza. Część aut zjechała do miasta, jedno miało poszukać warsztatu. Drugie ruszyło w górę w poszukiwaniu na drodze zagubionej nakrętki. Czas mija. A my mieliśmy plan dotrzeć dziś za rumuńską miejscowość Sapanta.

Relacja Tomasza Waloszczyka z Radia Vox FM

W relacji znajdują się nagrania z wyjazdu, których Twoja przeglądarka (IE) nie obsługuje

11:20
Wczoraj wieczorem podwieźliśmy kilka kilometrów starszą kobietę wracającą leśnym duktem z pracy w polu. Grabie zawisły na lusterku i z tyłu pani trzymała je za oknem:) Obóz rozbiliśmy na rozległej polanie. Rano trochę deszczyku, ale nie na tyle by drogi szutrowe miały tonąć w błocie: za to opadł kurz i nie jest tak gorąco.



2-08-2009, Dolyna-okolice Rachowa (Ukraina) do góry

17:57
Dziś ruszyliśmy bez szefa wyprawy, bo rano pojechał na granicę polsko-ukraińską odebrać jeden z samochodów, który nie przebył wczoraj granicy z powodów formalnych. Cóż, ukraińska granica jest jak czyściec. Wszystko tu wyjdzie. Dziś auto udało się przetransportować i dołączyło do reszty. Zanim to jednak nastąpiło kolumnę zatrzymała milicja. Znalazł się paragraf (że kolumna, a bez oznaczeń), poszło 200 hrywien i byliśmy eskortowani przez milicyjną ładę do granicy rejonu. Teraz jedziemy offroadem w stronę Rachowa.


Relacja Tomasza Waloszczyka z Radia Vox FM

W relacji znajdują się nagrania z wyjazdu, których Twoja przeglądarka (IE) nie obsługuje


1-08-2009, Kraków-Dolyna (Polska-Ukraina) do góry

20:16
Za nami odcinek przez małe wioseczki pełne sielskich klimatów i dziurawych dróg. Już zachodzi słońce. Za godzinę rozbijamy pierwszy obóz nad rzeką.

17:53
Przejechaliśmy granicę w Krościenku. Były formularze, pieczątki. Teraz paliwo za 2,2 zł i pędzimy na Drohobycz.

09:40
Wyjechaliśmy. 7 aut. Ósme dołączy w Tarnowie. Pędzimy na Niepołomice, by ominąć korki na trasie tarnowskiej. Słoneczko pięknie świeci, humory dopisują. Jest miło :)


Start rajdu na Małym Rynku w Krakowie


Samochody czekają na odjazd w sercu Krakowa


Ostatnie pakowanie przed wyjazdem


Ekipa rajdu tuż przed odjazdem



Uczestnicy rajdu:
do góry

LR Discovery I

Mariusz Pietrzycki - szef wyprawy
Tomasz Waloszczyk
Przemysław Pajcz


LR Discovery I

Tomasz Budzioch
Paweł Stefaniuk
Magda Kołodziej
Maciej Dąbrowski


LR Discovery I

Maciej Drewniak
Tomasz Ostrowski
Monika Kucharska
Piotr Irzyk


Nissan Y 61

Sebastian Piekoszewski
Monika Piekoszewska
Milena Piekoszewska


Mitsubishi L 200

Lucyna Dyczek
Ryszard Dyczek
Aleksander Dyczek


LR Discovery I

Jan Zaborowski
Anna Czerska
Milena Suchecka
Sebastian Rogowski


Toyota Hilum - najmłodsza ekipa rajdu

Arkadiusz Chmielewski
Mariola Rozental
Martynka Chmielewska
Tobiasz Chmielewski


LR Discovery I:

Łukasz
Joanna
Szymon


Toyota Hilux: Marek Jaźwiecki - media



Rajd jest organizowany w ramach jubileuszu 10-lecia istnienia Wydawnictwa Bezdroża na rynku wydawniczym.

Organizatorzy rajdu: Bezdroża sp. z o.o., Akteon, Portal Podroze4x4.pl

Patroni rajdu: Interia.pl, Vox fm
Partnerzy rajdu: Topex, Neo Tools, Michelin

Rajd Bezdroża Trophy to pasja, piękno i przygoda!

do góry

powrót do początku strony