RELACJE Z PODRÓŻY

Maroko - góry i zabytkowe miasta



Autor: Krzysztof Szuba
Data dodania do serwisu: 2010-02-11
Relacja obejmuje następujące kraje:

Oceń relacjęŚrednia ocenaIlość ocen
5.19 54
 Pomysł wyjazdu do Maroka przyszedł nam nagle do głowy, gdy nasz syn Grzegorz (student V roku) już zbierał się na półroczny wyjazd na stypendium do Malagi (południowa Hiszpania). Za główny cel zwiedzania podczas pobytu wybrał sobie Maroko. Już samo położenie Malagi niedaleko Cieśniny Gibraltarskiej, zachęca do wizyty w tym egzotycznym, afrykańskim kraju. Oglądając mapę Afryki łatwo zauważyć potężny łańcuch gór Atlas, przecinający ten kraj, z najwyższymi szczytami przekraczającymi 4000m n.p.m. Dla górołazów takich jak my to wyzwanie! Łatwość dolotu tanimi liniami do Malagi przekonała nas do wyboru Maroka jako celu wakacji. Już w lutym, dzięki pośrednictwu biura podróży, zakupiliśmy bilety na przelot Warszawa-Malaga tanimi liniami Norwegian na 3 lipca. Namówiliśmy do wyjazdu także dwóch kolegów: Przemka i Wojtka. Wojtek wyruszył kilka dni wcześniej, gdyż potrzebował więcej czasu na dotarcie do Maroka koleją (jako kolejarz ma bezpłatne bilety na podróże tym środkiem lokomocji). Przy okazji wziął z sobą parę pojemników z gazem do kuchenki, gdyż gazu nie wolno przewozić samolotami. Cały czas utrzymywaliśmy z nim łączność przy pomocy SMS-ów. A było o czym rozmawiać…


3 lipca stawiliśmy się w trójkę (ja, Grażyna i Przemek) na lotnisku Okęcie w Warszawie, prawie 3 godziny przed planowanym odlotem. I wtedy okazało się, że nasz lot został skasowany, a nas przeniesiono (bez powiadomienia) na lot o 7 godzin wcześniejszy. Jako nowicjusze w lataniu tanimi liniami nie wiedzieliśmy, że trzeba sprawdzać loty na Internecie do ostatniej chwili. Norwegian obiecał zwrócić pieniądze. Po powrocie do Krakowa kupiliśmy nowe bilety (za 2300 zł za dwie osoby, czyli droższe o 500zł) i odlecieliśmy w piątek rano (6 lipca) z Wrocławia do Malagi z przesiadką we Frankfurt-Hahn, bez Przemka, który zrezygnował. Zgodnie z informacjami od Grzesia z lotniska w Maladze pojechaliśmy autobusem do Marbelli, gdzie przesiedliśmy się na autobus do Algeciras. Niestety, rozkład jazdy w Internecie okazał się nieaktualny i długo czekaliśmy na przesiadkę. Na terminal promowy wpadliśmy punkt ósma wieczorem, kiedy prom do Tangeru właśnie odpływał. Kupiliśmy bilety na następny, tym razem z Tarify (dojazd do terminala zapewnia przewoźnik), ale ten z kolei odpłynął z dużym opóźnieniem i płynął dużo dłużej niż powinien z powodu dużej fali. Na ląd wysiedliśmy kilka minut po godzinie 23 (czyli 21 czasu miejscowego), kiedy właśnie odjeżdżał nasz pociąg do Marrakeszu. Nie pozostało nam nic innego jak wziąć taksówkę i pojechać do schroniska młodzieżowego (Rue el-Antaki 8). Było wyjątkowo podłe, na szczęście tanie i prawie puste. Pokoje bez drzwi, brak kuchni, a Grażynę pogryzło w nocy jakieś robactwo. Wiecie po co się bierze żonę na takie wyjazdy? Robaki zawsze wolą spróbować kogoś słodkiego i wtedy śmierdzących mężczyzn zostawiają w spokoju.

Według informacji recepcjonisty ranny pociąg do Marrakeszu odjeżdża o godzinie 10, co okazało się nieprawdą. Nie wiedzieć czemu, podał nam godzinę odjazdu według czasu europejskiego, mimo że staliśmy pod zegarem z czasem marokańskim (o 2 godziny wcześniejszym). Powinniśmy wysłać pytanie SMSem do Grzesia, który sprawdziłby godzinę odjazdu w Internecie.

Mając tak dużo czasu, rano wybrałem się na samotny spacer po mieście, raczej nieciekawym. Doszedłem na rozległy Plac Grand Socco, leżący tuż przy murach Medyny (Starego Miasta), skąd rozciąga się szeroki widok na miasto. Po powrocie udaliśmy się taksówką na odległy o 7 km dworzec kolejowy, gdzie przybyliśmy kilka minut po ósmej, 15 minut po odjeździe pociągu. Następny pociąg mieliśmy o 11, w dodatku z przesiadką w Sidi Kacem. Przyjeżdża on do odległego o około 700 km Marrakeszu o godzinie 20, a więc o zmroku. Nie ma wyjścia – trzeba czekać. Wojtek, który już kilka dni czekał w wiosce Aremd, obiecał że wyjdzie po nas o każdej porze. Dworzec jest nowy, sterylnie czysty, do środka wpuszczają tylko pasażerów. Jednak miejsc do siedzenia jest niewiele. Jedno z nich zajęła moja żona, a ja stałem obok. Arabowie patrzyli na to ze zgrozą – mężczyzna stoi, a kobieta siedzi!

9-godzinna podróż nowoczesnym, klimatyzowanym pociągiem (w 1 klasie) minęła szybko. Czytałem przewodnik Pascala po Maroku, wyglądając jednocześnie przez okno. Widoki niezbyt ciekawe – początkowo dominowały pola uprawne i wioski, większe miasta mijaliśmy jadąc przez przedmieścia. Prawdziwą Afrykę zobaczyliśmy dopiero zbliżając się do Marrakeszu, kiedy pojawiła się półpustynia. Zwróciły naszą uwagę ogrodzenia pastwisk w postaci gęstych szpalerów kaktusów. A w końcu pociąg wjeżdża na pustynię, z nielicznymi kępami roślinności. Wzdłuż linii kolejowej biegnie asfaltowa szosa. Gdzieś na niej zginął 24 lata temu Robert, pierwszy mąż mojej siostry, ojciec Moniki. W 1 klasie podróżują zwykle osoby bogatsze, a więc zeuropeizowane. Przed Marrakeszem chwilę rozmawialiśmy po angielsku z Marokańczykiem, który pracował w bankach europejskich i amerykańskich. Zdziwiło mnie, że wcześniej rozmawiał po francusku z kobietą czytającą arabską książkę.

Wysiedliśmy w Marrakeszu już po ciemku. Podjechaliśmy taksówką na dworzec „grand taxi”, czyli jakby naszych busów i po długim, zaciekłym targowaniu załatwiliśmy kurs do Imlilu, gdzie kończy się asfalt. Po około 2 godzinach jazdy starym mercedesem dotarliśmy wreszcie do Imlilu (1740m n.p.m.), gdzie czekał na nas Wojtek. Poprowadził nas w górę jakimiś ścieżkami przy świetle latarek, aż wyszliśmy nad wieś. Po pół godzinie dotarliśmy do pierwszych domów wioski Aremd (ok. 1900m n.p.m.), gdzie czekała na nas kwatera. Ponieważ dochodziła już północ po prostu poszliśmy spać.


ATLAS WYSOKI

Zdjęcia zrobione rano ukazują dokładnie kwaterę. Mieści się ona na parterze niewykończonego domu, stojącego na stromym stoku, do którego przylega północną ścianą, którą tworzy częściowo skała. Do wejścia schodzi się schodami z drogi. Do korytarza przylegają dwa małe pokoiki i kuchnia. Jedynym wyposażeniem pokoi są materace, na których spaliśmy we własnych śpiworach. Widać nasze rzeczy rozrzucone po pokoju. Noc była ciepła, więc okno było otwarte na oścież. Oprócz nas w pokoju nocowała cała grupa pająków – kosarzy. Grażyna znów obudziła się pogryziona, ale chyba przez inne owady. W kuchni był zlew z bieżącą wodą, jedyne miejsce gdzie można się było umyć (raczej tylko ochlapać). Gotowaliśmy na swoich maszynkach gazowych. Najciekawsza jest turecka toaleta za załomem korytarza, praktycznie niczym nie zasłonięta. Spłukuje się ją wodą z wiaderka (kran obok). Jak widać warunki były surowe, dobrze że to była tylko jedna noc. Jedynym plusem kwatery był wspaniały widok na góry, z widocznym w głębi najwyższym szczytem Atlasu – Tubkalem (4165 m n.p.m.), który był naszym głównym celem.
 

Wstaliśmy oczywiście późno. Po śniadaniu i przepakowaniu się (część rzeczy zostawiliśmy) ruszyliśmy dalej koło południa. Kwaterę zamknął nasz berberski gospodarz – Abdullah. Po opuszczeniu wsi przechodzi się przez szerokie, suche latem, rozlewisko rzeki płynącej spod Tubkala. Po chwili weszliśmy na zbocze, gdzie zaczyna się Park Narodowy Tubkal. Idzie się drogą dla mułów, która powoli wznosi się w górę. Był upał, mocno świeciło słońce, pionowo nad naszymi głowami. Jak stanąłem to mój cień chował mi się pod stopami. Może z tego upału zmyliliśmy drogę już na samym początku, przy wielkim kamieniu (nie ma żadnych oznaczeń, nie mieliśmy mapy, szliśmy w kierunku wskazanym przez Abdullaha). Całe szczęście ktoś nas zawrócił. Krótkie postoje tylko w nielicznych miejscach z cieniem. Wyruszyłem w grubych dżinsach, ale było tak gorąco, że wkrótce musiałem je przebrać na płócienne, do pół łydki. Mijały nas kilka razy muły obładowane zaopatrzeniem, idące w górę i w dół. W górę szły grupki młodzieży marokańskiej, jak się potem okazało do sanktuarium świętego męża. Mieszkańcy Maroka nie mogą zrozumieć, po co Europejczycy idą na szczyt Tubkala. Przypuszczają więc, że jest to rodzaj pielgrzymki religijnej, żeby być bliżej Boga. Moi koledzy też nie bardzo mogą to zrozumieć, wiec powiedziałem im na odczepnego, że: „Nie ma większej przyjemności niż iść pod górę”. I uwierzyli! Jeden z nich nawet próbował iść pod górę, ale żadnej przyjemności nie poczuł. Może szedł za krótko?

Dłuższy postój zrobiliśmy nad strumieniem pod malutką osadą Sidi Szamharusz, gdzie droga przechodzi na przeciwległe zbocze. Właśnie tam znajduje się otoczony czcią grób świątobliwego męża. Po odpoczynku kilka zakosów wyprowadziło nas wysoko nad dolinę, ale potem szło się długim trawersem bardzo przyjemnie, szczególnie, że się zachmurzyło. Nie było już tak gorąco. Roślinność wyżej jest uboga – kępki trawy i osty, a wśród nich kręcą się kozy (nikt ich nie pilnuje). Wreszcie daleko przed nami pokazało się schronisko, a obok niego rozbite namioty Berberów. Są to właściwie dwa schroniska – starsze francuskie i nowiutkie marokańskie, położone obok. Od razu spotykamy Polaków, którzy polecają nam schronisko marokańskie. Dostajemy osobny pokój z materacami na podłodze. W schronisku jest jadalnia, łazienki z bieżącą ciepłą wodą, sklep. Wszystko nowe, wszędzie idealnie czysto. Obiad przygotowujemy sobie przed schroniskiem, gdyż z obawy przed zatruciem nie żywimy się marokańskim jedzeniem. Przy stoliku na tarasie spotkali się wszyscy Polacy – nasza trójka, małżeństwo dziennikarzy z Poznania z córką i warszawiak. Urozmaiceniem były wizyty mułów – jeden z nich przywiózł nowe meble do schroniska. W starym schronisku (francuskim) wisi schematyczna mapa okolic, na której opatrzyliśmy drogę na szczyt, porównując mapę z widoczną nad schroniskiem ścieżką. W Maroku nie ma znakowanych szlaków. Poszliśmy spać o zmroku, czyli około 21 wieczorem miejscowego czasu.

Rano obudziłem się o 6, nie tylko wyspany, ale przespany (9 godzin snu). Moi współtowarzysze podobno źle spali z powodu wysokości (około 3200m n.p.m.). Wyruszyliśmy jako jedni z ostatnich około wpół do ósmej. I w dodatku po około 20 minutach zorientowaliśmy się, że idziemy w złym kierunku. Musieliśmy się wrócić prawie pod schronisko, gdyż trawers do naszej ścieżki uniemożliwiała głęboka rozpadlina ze strumykiem. Straciliśmy co najmniej pół godziny. Jedynie Wojtek miał z tego zgubienia jakąś korzyść, bo wrócił się po kurtkę, dlatego został z tyłu. Droga na szczyt prowadzi do wysoko zawieszonej dolinki, przez wielkie rumowiska kamieni. Nie wymaga właściwie użycia rąk (poza przejściem przez strumyk). Pomknąłem do przodu, żeby iść jak najdłużej w cieniu, o co Grażyna miała potem pretensje. Po stromym wyjściu na próg dolinki zobaczyliśmy maleńkie postacie, pełznące granią w kierunku niewidocznego jeszcze szczytu. Podejście na grań jest mozolne, bez trudności. Na grani urządziliśmy sobie postój na posiłek i odpoczynek. Widać stąd już szczyt, oznaczony jakąś budowlą. Ze wszystkich stron, za wyjątkiem jednej, obrywają się pionowe zbocza, ale ścieżka na szczyt nadal zmierza łatwą drogą. Po 4 godzinach marszu około 12 w południe osiągamy szczyt Tubkala (4165m n.pm.). Tylko Grażyna pobiła tu swój rekord wysokości, ja i Wojtek byliśmy już wyżej. W ciągu ostatniej pół godziny popsuła się pogoda i w chwili, gdy dotarliśmy na szczyt zaczął padać śnieg! Było stosunkowo ciepło, bo około 5 stopni powyżej zera, i śnieg natychmiast tajał po spadnięciu na ziemię. Ale mimo wszystko- śnieg latem w Afryce! Na szczycie panika – wszyscy obecni (w tym znajomi Polacy) uciekli w dół. Razem z nami na szczyt dotarł turysta z pieskiem i z przewodnikiem. Przewodnik natychmiast rozpoczął modły (12 w południe), pokłony kierując na wschód, w kierunku Mekki. Po chwili śnieg przestał sypać. Wtedy wyszliśmy na najwyższy kamień na szczycie oraz oglądnęliśmy widok ze szczytu. Widok jest rozległy, ale chyba mało ciekawy, gdyż był nieco zamglony. Widać tylko najbliższą okolicę, ale prawdziwą sensację wywołuje widok Aremd. Nawet można zobaczyć naszą kwaterę. Po półgodzinnym postoju nie pozostało nam nic innego, jak wrócić tą samą drogą. Kiedy nie trzeba już walczyć z wysokością schodziliśmy powoli, rozkoszując się widokami. Słońce nie świeciło tak ostro jak rano, co chwila chowało się za chmurami. Zwracaliśmy uwagę na szczegóły – jak na przykład niezapominajki alpejskie. Widać resztki śniegu, pozostałe po zimie. Na jednym ze zdjęć siedzę na skałce z arabskim napisem, może ktoś go odczyta? Kiedy widać już schronisko idzie się przyjemnie. Jeszcze tylko przeprawa przez wąwóz – trzeba tam podeprzeć się rekami. I już koniec! Po prawie 8 godzinach dotarliśmy do schroniska. Grażyna na zdjęciu ma bardzo zbolałą minę. Ja z Wojtkiem – uśmiechnięci. Nie ma jednak większej przyjemności w życiu, niż iść pod górę. Mimo, że wszyscy atakujący tego dnia szczyt poszli w dół, my zostaliśmy w schronisku na kolejną noc. Są tam bardzo dobre warunki, a na zejście do Aremd było chyba za późno. Dopiero widok pustych butelek Wojtka uświadomił nam, że wypiliśmy w drodze po 5 litrów picia na osobę.

Rano wyszliśmy późno (dopiero o 8), bo nie było gdzie się spieszyć. Grażyna i Wojtek znowu niewyspani. Schodzi się w dół tą samą drogą. Jest bardzo nudno, ale za to lekko. Z góry znakomicie prezentuje się osada Sidi Szamharusz – widać biały święty kamień i mostek d sanktuarium, za który wstęp niewiernym jest zabroniony. Przed mostkiem pełno kramów handlowych. W cieniu, pod wielkim kamieniem, czekałem na resztę. Na tej wysokości, w południe, był upał. Przed 13 dotarliśmy do naszej kwatery w Aremd. Zabraliśmy nasze rzeczy i po przepakowaniu się i rozliczeniu pożegnaliśmy się z Abdullahem i ruszyliśmy w dół do Imlilu. Po ponad pół godzinie drogi, około 14 dotarliśmy do postoju taksówek. Tym razem w targowaniu się przewaga była po naszej stronie – taksówek było kilka, a chętnych brak. Zapłaciliśmy za trzy osoby mniej niż za dwie osoby jadąc do Imlilu nocą, bodajże 300 dirham (około 100 złotych). Tym razem w czasie jazdy można podziwiać czerwone zbocza Atlasu i daleki, zamglony widok na Tubkal. Od Asni wyjeżdża się na nieciekawą równinę. Na przedmieściach Marrakeszu przesiadamy się na miejską taksówkę, która dowozi nas do centrum miasta – w pobliże placu Dżemaa el-Fna. Gdy wysiedliśmy to jakby w środku piekła – taki upał.
 


MARRAKESZ

Większość tanich hoteli znajduje się w zaułkach Medyny obok placu. Wybraliśmy na chybił trafił jeden z hoteli ze spisu w przewodniku Pascala i w ten sposób trafiliśmy do hotelu Essaouira. Dostaliśmy dwa pokoje z umywalkami na ostatnim piętrze, łazienki i ustępy są tam wspólne. Hotel posiada niewielki, kwadratowy dziedziniec otoczony drewnianymi gankami i robi dobre wrażenie. Cała dekoracja mieści się wewnątrz, z zewnątrz to prosta bryła z niewielkimi, zakratowanymi oknami. Po odświeżeniu się około 16.30 wyruszyliśmy na zwiedzanie tego baśniowego miasta. Marrakesz został założony w 1062 roku na pustyni i do 1247 roku był stolicą Maroka (ponownie w XVI-XVII wieku). Nazwa Maroka pochodzi zresztą od nazwy miasta. Do dziś zachowało ono berberyjski, rodzimy klimat. Wśród masy miejscowych giną nieliczni turyści. Przez plac Dżemaa El-Fna doszliśmy do najwybitniejszego zabytku Maroka – meczetu Kutubija z końca XII wieku. Zwraca uwagę wieżowy minaret meczetu o wysokości 70 metrów, wyraźnie wybijający się ponad niską zabudowę miasta. Sam meczet z zewnątrz jest nieozdobny, jak to zwykle w meczetach bywa, a do środka niewiernym wstęp jest wzbroniony. Zwracają uwagę ruiny sali modlitewnej od północy – wydaje się, że kiedyś meczet był dwa razy większy. Wokół meczetu rozciąga się duży kwiecisty ogród-park, założony razem z miastem, wspaniale utrzymany. Otoczona murami Medyna zajmuje olbrzymi obszar, więc zwiedziliśmy tylko niewielki jej fragment. Idąc w stronę Kazby (czyli twierdzy) wyszliśmy na chwilę poza mury miasta, wzniesione z czerwonego piaskowca w średniowieczu. Wzmocnione są one gęsto umieszczonymi niskimi wieżami. Zwracają uwagę ozdobne bramy miejskie, gęsto zasiedlone przez miejscowe bociany. W kazbie oglądaliśmy pięknie odnowiony meczet, ale Grobowców Sadrytów już nie zwiedziliśmy, gdyż zbliżała się godzina 18 i wszystko zamykano. Pobliskie pałace też już były zamknięte, a ponieważ są otoczone wysokimi murami, więc nic nie zobaczyliśmy. W pewnym momencie tak zabłądziliśmy w zaułkach, że dopiero dzieci (za drobną opłatą) wyprowadziły nas przez sklep na główną ulicę.
 

Pozostało nam tylko obserwowanie ludzi na ulicach. Wróciliśmy jeszcze do hotelu, żeby po zmroku (o 20) wyjść na plac Dżemaa El-Fna, gdzie zaczęła się wtedy fiesta. Plac zapełniają kramy, w których można dostać np. sok pomarańczowy, wyciskany ze świeżych pomarańczy na oczach kupującego, za jedyne 3 dirhamy (1 zł). Plac przesycają zapachy przygotowywanych egzotycznych posiłków, z których nie skorzystaliśmy. Wszędzie pełno zaklinaczy węży, treserów małp, bajarzy, muzyków i organizatorów innych zabaw. Zwróciła naszą uwagę dziewczyna walcząca z ochotnikami na ringu. Wszędzie tłumy ciekawskich, przeważnie miejscowych Arabów i Berberów. Rozrywki raczej prymitywne. Zwiedzanie miasta w upale ponad 40-stopniowym, jaki był nawet wieczorem, to paranoja. Było mi tak gorąco, że po powrocie do hotelu leżałem chwilę na kamiennej posadzce holu. Wieczór skończyliśmy w kawiarni na tarasie hotelu, próbując miejscowego piwa (dosyć podłego).

CASABLANCA, RABAT, FEZ


Rano pojechaliśmy pociągiem do Casablanki. W Maroku jest właściwe tylko jedna linia kolejowa z Tangeru do Marrakeszu z odgałęzieniem do Fezu i Udżdy (Oujdy). A więc wracaliśmy tą samą drogą, co przyjechaliśmy. Plecaki zostawiliśmy w hotelu koło dworca Casa Voyageurs (za opłatą) i taksówką podjechaliśmy pod główną atrakcję Casablanki – Meczet Hasana II. Ta wielka świątynia z 200-metrowym minaretem powstała z inicjatywy ówczesnego króla Maroka w latach 1980-1993 i jest jedynym meczetem dostępnym dla niewiernych w Maroku, za słona opłatą 100 dirhamów (33 złote). Meczet otwierają dla turystów dopiero o 14, więc mieliśmy prawie godzinę czasu. Poszliśmy nad pobliski Ocean Atlantycki. Jak ponad 50 lat żyję oceanu nie widziałem! Niebo było lekko zachmurzone, wiała lekka bryza, temperatura przyjemna, fale niewielkie. Wzdłuż marokańskiego wybrzeża Atlantyku płynie zimny Prąd Kanaryjski. Z tego powodu nad oceanem nie jest upalnie nawet latem, a niebo jest zwykle lekko zachmurzone. Dojście do oceanu zagrodzone jest betonowym murkiem, ale jakieś dzieciaki brodziły w wodzie. Do meczetu wchodzi się z przewodnikiem, oczywiście po zdjęciu butów. Przewodniczka coś tam mówiła po angielsku, głównie o religii muzułmańskiej, a myśmy się skupili na podziwianiu architektury i robieniu zdjęć. Wnętrze na 25 000 ludzi jest istotnie olśniewające, choć puste (jak to w meczetach). W dodatku odsuwany dach odsłonił niebo, co w połączeniu z lśniąca posadzką dało znakomite efekty świetlne. Dekoracja, nie nazbyt nachalna, łączy tradycję z surowością i elegancją nowoczesności. Potem jeszcze oglądnęliśmy umywalnie w podziemiach, gdyż religia muzułmańska nakazuje wiernym obmycie się przed modlitwą. Po zwiedzaniu poszliśmy kawałek w stronę centrum, ale po złapaniu taksówki dojechaliśmy wkrótce pod luksusowy hotel Hyatt Regency (ceny od 136 euro od osoby). Chcieliśmy oglądnąć jedyny w tym mieście nocny klub o nazwie „Casablanca”, nawiązujący do słynnego amerykańskiego melodramatu. Oczywiście z filmem nie ma on nic wspólnego, bo film w całości nakręcono w Stanach (rozgrywa się głównie we wnętrzach), ale chcieliśmy zakosztować tej atmosfery. Niestety, w czasie naszego pobytu klub był w renowacji. Spod hotelu jest niedaleko do ścisłego centrum miasta – na Plac Mohammada V. Otaczają go budynki w stylu art-deco: Prefektura z wieża zegarową, od wschodu budynek sądu (Trybunał), od północy Bank al.-Maghreb, niedaleko od zachodu poczta z 1919. Jeszcze wspanialsza jest grupa biurowców projektu Henri Prosta (z lat 1914-23) przy Avenida Hassana II, klasyczny przykład art.-deco: operowanie tylko bryłą i układem okien, bez dekoracji. Beton, szkło i stal. Ten styl zapoczątkował architekturę współczesną. Wojtek zrobił sobie pamiątkowe zdjęcia z kolorowo ubranymi Berberami z Atlasu, którzy poczęstowali go wodą (to taki zwyczaj saharyjski!). Po chwili złapaliśmy taksówkę, odebraliśmy bagaże i pociągiem podjechaliśmy do pobliskiego Rabatu -stolicy Maroka.

Taksówkarz spod dworca nie chciał nas zabrać do Medyny twierdząc, że to blisko. Może i blisko, ale iść trzeba z plecakami. No, ale trudno, co było robić. Za chwilę dowiedzieliśmy się, dlaczego nie chciał nas wziąć. Przy głównej ulicy, przed jakimś gmachem rządowym była manifestacja, odsunięta przez policję na drugą stronę ulicy. Stało kilka osób z transparentami i wykrzykiwali jakieś hasła. Policji było ze trzy razy tyle, nie licząc tajniaków. Przechodnie przemykali chyłkiem, a wśród nich my z wielkimi plecakami. Podobno ogłoszono w Maroku alarm terrorystyczny, chyba po to, aby można było użyć przeciw demonstrantom nadzwyczajnych środków. Wkrótce dotarliśmy do Medyny, gdzie zakwaterowaliśmy się w tanim Hotelu al Maghrib al Jadid przy Rue Sebbahi 2, prawie w samym środku suku czyli targu. Adres wzięliśmy jak zwykle z Pascala. Ten czysty hotelik mieści się w zwykłej kamieniczce, dostaliśmy pokój trzyosobowy o ścianach w kolorze ostrego różu. O 7 wieczorem poszliśmy jeszcze do Twierdzy (Kazby) Udaja, pochodzącej z XII wieku (olbrzymia brama główna pochodzi z 1195 roku). W gęsto zabudowanej twierdzy nie można się zgubić, bo przecina ją tylko jedna uliczka. Twierdza stoi na wysokim urwisku i z platformy nad oceanem rozciąga się wspaniały widok na rzekę Bu Regreg (Raghragh), nad którą widać pięknie oświetlony meczet Hasana, na położone za rzeką miasto Sale i na zachód słońca nad Oceanem. Zeszliśmy schodami do portu, do którego przylega plaża. Był odpływ, więc plaża była bardzo szeroka. Woda wyglądała na brudną, mimo to Wojtek postanowił się wykąpać. My tylko zanurzyliśmy nogi. O 8 wieczorem zaszło słońce, więc do hotelu wracaliśmy po ciemku, ale miasto jest dobrze oświetlone.

Rano obudziły nas odgłosy targu, a szczególnie jeden okrzyk: Yedi-Yedi-Yedi-Yedi – nie wiemy co to znaczy. Około 8 ruszyliśmy pieszo na zwiedzanie miasta. Pierwszym naszym celem były ruiny meczetu Hasana z końca XII wieku, do którego wejścia pilnowali efektowni strażnicy na koniach. Z meczetu, zniszczonego przez trzęsienie ziemi, ocalał tylko wieżowy minaret i rzędy kolumn. Obok mieści się Mauzoleum królewskie (wstęp bezpłatny) z grobami króla Mohammeda V, króla Hasana II i jego brata Mulaja Abdullaha ( pochodzi z lat 1961-71). Dużo skromniejsze mauzoleum żon królewskich jest niedostępne.
 

Do następnej atrakcji Rabatu – cytadeli Szella – udaliśmy się taksówką, gdyż znajduje się ona poza murami miasta. Otoczony murami i basztami obszar pokrywają w większości ruiny i gęsta roślinność. Mieszkańcy opuścili miasto w 1154 roku i zostało zamienione na nekropolię. Najpierw oglądnęliśmy nikłe resztki rzymskiego miasta Sala Colonia (do wewnątrz wstęp wzbroniony), a potem pozostałości meczetu z minaretem i zawiji, czyli muzułmańskiego klasztoru. W ruinach spotykamy wycieczkę z Polski. Przewodniczka bardzo rozwlekle opowiada, a uczestniczy smażą się w narastającym upale. My zwiedzaliśmy szybko. Zwracają uwagę miejscowe bociany i czaple. Małą czaplę spotkaliśmy w ruinach – do zdjęcia odwróciła się tyłem, ale patrzyła ciekawie, co robimy. W pobliżu kręciło się mnóstwo wychudzonych kotów. Duże wrażenie robi pięknie utrzymany ogród pełen kwitnących kwiatów, szczególnie rododendronów. Po wyjściu z Szelli złapaliśmy taksówkę i pojechaliśmy do hotelu zabrać rzeczy. Taksówkarz szerokim łukiem ominął ulicę, na której dzień wcześniej była demonstracja, tak na wszelki wypadek. Idąc z plecakami na dworzec kolejowy szliśmy tak jak dzień wcześniej – było spokojnie. Kupiliśmy bilety do Fezu, wyszliśmy na peron (gdzie nasz pociąg widniał na wyświetlaczu) i wsiedliśmy do pociągu, który przyjechał punktualnie. Dopiero po odjeździe pociągu okazało się, że to był spóźniony pociąg do Tangeru… W mieście Kenitra przesiedliśmy się na właściwy pociąg. Dobrym pomysłem na upał, było zwiedzanie rano i wieczorem, a w dzień jazda klimatyzowanym pociągiem.

W Fezie taksówką dojechaliśmy pod bramę Bab Bu Dżelad, prowadzącą do średniowiecznego miasta Fez el-Bali. Za namową Grażyny na miejsce noclegu wybraliśmy podły hotel Mauritania, tuż za wymienioną bramą (z przewodnika Pascala). Zwiedzanie miasta zaczęliśmy kilka minut po godzinie 16, od nadal czynnej Medresy (szkoły koranicznej) Bu Inania. Powstała ona w latach 1350-57 z fundacji władcy Bu Inana. Wnętrze zachwyca sztukateriami, majolikami i rzeźbionymi w drewnie dekoracjami. Dla turystów dostępny jest tylko dziedziniec, ale można zaglądnąć do sali modlitewnej. Naprzeciw medresy znajdują się pozostałości dziwnej konstrukcji, zwanej zegarem wodnym, ale nie wiadomo jak to urządzenie działało. Spod Bu Inani poszliśmy spacerem przez stary Fez w kierunku Dzielnicy Andalazujskiej, chłonąc atmosferę orientalnego miasta. Wąskie uliczki (z zakazem jazdy) wypełniają sklepiki, kramy i warsztaty rzemieślnicze, wszędzie tłumy ludzi, głównie miejscowych. Co chwilę słychać ostrzegawcze okrzyki – to towar jedzie na grzbiecie muła. Można się tam poczuć jak w średniowiecznym mieście. Kierowaliśmy się planem w przewodniku Pascala i mimo pewnych trudności trafiliśmy wszędzie, gdzie chcieliśmy. Słynny meczet Karawijjin jest właściwie niewidoczny, a wstęp do środka dla niewiernych wzbroniony. Z Meczetu Andaluzyjskiego można zobaczyć tylko ozdobną bramę. Najciekawszym obiektem Dzielnicy Andaluzyjskiej jest Medresa Es-Sahridż, może bardziej zaniedbana od Bu Inanii (pochodzi z tej samej epoki), ale za to dostępna w całości, gdyż jest nieczynna. Dzięki trikowemu oświetleniu możemy obserwować pewne złudzenie optyczne: obojętnie na którym końcu sadzawki na dziedzińcu stoi obserwator, zawsze wydaje mu się, że jest głębiej przed nim. Obsługa medresy demonstruje przy pomocy miarki, że sadzawka ma stałą głębokość. Wracając wstąpiliśmy do kawiarni na sok pomarańczowy, bo upał mocno dał się nam we znaki. Kawiarnia to malutkie pomieszczenie długości 2 metrów i głębokie na metr, gdzie mieści się tylko bar i zaplecze. Dwa malutkie stoliki stały na ulicy, rozszerzającej się nieznacznie w tym miejscu. Do drzwi kawiarni przylegały z obu stron otwarte drzwi dwóch sklepów. Takie zagęszczenie lokalowe jest w całym mieście.

Hotel mieliśmy najgorszy ze wszystkich na tym wyjeździe. Malutki pokoik z podwójnym łóżkiem (Wojtek miał osobny pokój) i niewielkim oknem. W nocy było bardzo duszno i pogryzły mnie jakieś robaki. Makabra!

Rano udaliśmy się na poszukiwanie punktu widokowego na miasto Fez el-Bali, na zewnątrz murów miejskich. Pierwszy znaleziony punkt koło dworca autobusowego nie był najlepszy, ale wypatrzyliśmy stamtąd dużo lepszy. Leżał on u stóp ruin Grobowców Marynidów, już w obrębie murów. A weszliśmy tam przez dziurę w murze… Widok na miasto doskonały. Wróciliśmy szybko, zabraliśmy rzeczy i taksówką pojechaliśmy na dworzec kolejowy.

Z Fezu wróciliśmy do Tangeru. Spod dworca wzięliśmy taksówkę i pojechaliśmy do Ceuty – hiszpańskiej enklawy na marokańskim wybrzeżu. Granicę przekroczyliśmy pieszo i miejskim autobusem dojechaliśmy do centrum. Ceuta to europejskie miasto, choć mieszka tam dużo Arabów. A następnego dnia promem przepłynęliśmy do Algeciras w Hiszpanii. Ale to już inna historia...



Wyjazd do Maroka w środku lata nie był najlepszym pomysłem. Było naprawdę gorąco... Za gorąco. Najlepszym terminem na podobny wyjazd jest jesień. Zimą i wiosną leży zwykle dużo śniegu w Atlasie, więc dużo trudniej tam się poruszać. Poza sezonem większość schronisk i hosteli jest nieczynna, a w górach nocą jest zimno. Z powodu wakacyjnych upałów nawet nie próbowaliśmy wypadu na Saharę. Trzeba będzie tam wrócić. W najbliższej przyszłości niektóre tanie linie planują loty do Marrakeszu, co ułatwi dojazd. Sam pobyt w Maroku, jeśli tylko będziemy wybierać tanie noclegi, nie jest drogi. Najdroższy jest dojazd, który pochłania ponad połowę kosztów wyjazdu i w tej dziedzinie najłatwiej zrobić oszczędności.
 

powrót do początku strony