Recenzje:
„Wielokrotnie zastanawiałem się, czemu muszę chodzić. Być może impulsem – jak zdiagnozowałby Freud – była choroba mojego Ojca. Gdy śmiertelnie chory leżał w szpitalu, wolałem iść, by odwlec chwilę patrzenia na jego cierpienie” – napisał Szymon Augustyniak we wstępie do swojej książki Mimochodem. To najbardziej osobiste wyznanie autora, ale takimi dzieli się niezwykle oszczędnie, rozbudzając apetyt czytających na poznanie człowieka, który wznosi pochwalną pieśń do stóp, kilometrów, marszów i świata pozostającego w nieustannym ruchu. Don Kichot mawiał, że „trzeba wędrować po świecie, wystawiać się na próbę, szukając przygód”. Augustyniak sięga w mniej spektakularne, ale głębsze rewiry, pisząc, że „człowiek maszerujący, zwłaszcza dłużej, staje się bezdomny. Wszystko dane jest na chwilę”. Jeśli za początek wędrówki uznać narodziny, a za jej koniec śmierć – najrozsądniejszym wyjściem okaże się wędrówka. Chociaż prawdopodobnie nie jest to najdoskonalsze słowo. W swoim kompendium, które zahacza również o biografie (znanych, którzy chodzili), wspomnienia i reportaż, Augustyniak precyzyjnie klasyfikuje rodzaje chodzenia. Za najniższą kategorię uznaje przechadzkę. „Odbywa się ją powoli, leniwie, często dla zabicia czasu i złapania oddechu”. Kolejny jest spacer, bardziej aktywna forma przemieszczania się na dłuższym dystansie. Wycieczka łączy w sobie niejeden spacer i często wymaga konkretnego planu, programu i ekwipunku. Za najszlachetniejszą formę chodzenia autor uznaje marsz, który „musi być miarowy i męczący, dlatego najlepiej iść w samotności, bez oglądania się na innych. Marsz bywa częścią składową wędrówki (i jej siostry włóczęgi)”. Mimochodem to książka, która w swojej formie przypomina marsz, a na pewno świetnie zorganizowaną wycieczkę. Autor nieinwazyjnie namawia, kusi i uwodzi, zdaje się posiadać moc poderwania z kanapy (czy sprzed telewizora) najbardziej udomowionych, najbardziej zasiedziałych. Zaczyna od czubków swoich butów, które dobrze zna i przechodzi do opisu stóp, kości stóp, historii butów i samego chodzenia. Nie brakuje historycznych i antropologicznych doniesień, zresztą bardzo rzetelnie udokumentowanych w bibliografii zamykającej każdy rozdział. Czytelnicy poznają Ötziego, człowieka lodu, który żył ponad 5 tys. lat temu (jego zwłoki odkryto w 1991 r. w Alpach), oraz przeczytają o pierwszych śladach stóp odkrytych w 1976 r. w Afryce, w Laetoli. „54 kroki odciśnięte w pumeksie pozostawiła około 3,6 miliona lat temu para dwunożnych istot uważanych za przedstawicieli gatunku Australopithecus afarensis”. Augustyniak opowiada również o tym, jak wstaliśmy z kolan, jakie odciski stóp pozostawiliśmy i wciąż pozostawiamy w kulturze oraz o tym, jakie znaczenie miało chodzeniu w życiu Jezusa Chrystusa i Buddy. To bardzo ciekawie ukazane ścieżki do zbawienia czy też nirwany. Sporo miejsca zajmują skrócone biografie chodzenia znanych myślicieli, filozofów i świętych. Na uwagę zasługują losy Sørena Kierkegaarda, który pisał: „Nie znam tak uciążliwej myśli, od której nie dałoby się uciec, idąc”. Cytatów dotyczących chodzenia nie brakuje. Friedrich Nietzsche w Ecce homo wyznał: „Jak najmniej siedzieć; nie wierzyć żadnej myśli, która się nie urodziła na wolnem powietrzu i przy swobodnym ruchu – jeśli i mięśnie przy tem święcie nie uczestniczą”. Zarówno Kierkegaard, jak i Nietzsche korzystali z chodzenia jako lekarstwa na bóle ciała, chociaż każdy z nich chodził inaczej – a jak, to już proszę doczytać. Mimochodem to lekka, ale bogata pozycja, obowiązkowa dla wszystkich rozmiłowanych w wędrówkach. Nie sposób wyczerpać tak obszernego tematu w jednej książce, czego autor zdaje się być świadomy, sugeruje zresztą, by wiedzę zdobywać samemu: książkę należy zabrać na spacer i czytać, idąc. Na koniec zostawię Państwa ze zdaniami rozpoczynającymi trzeci rozdział zatytułowany O co chodzi: „Gdy ludzie słyszą, że większość odległości pokonuję na piechotę, co zabiera (złe słowo, bo nie zabiera, ale daje) od dwóch do trzech godzin w ciągu dnia, patrzą na mnie z pobłażliwym niedowierzaniem. Stwierdzenie, że chodzę średnio 10 kilometrów dziennie (poza miastem są to odcinki dużo dłuższe), brzmi dla nich tak absurdalnie, jakbym mówił, że mieszkam w szafie. Gdy zdziwienie rozmówcy mija, słyszę zazwyczaj: »Podziwiam, że ci się chce« – co zawsze wprawia mnie w rozbawienie, bo taki dystans nie jest przecież niczym imponującym. W chodzeniu – tak jak w ziewaniu czy machaniu ręką – nie ma niczego nadzwyczajnego. Zadziwiające jest raczej to, że ta elementarna i najbardziej podstawowa ludzka aktywność została zdegradowana do bezsensownego wysiłku”.

Przekroj.pl Katarzyna Tyszkiewicz-Borawska


"Poruszanie się o własnych nogach większość z nas traktuje jako czynność tak oczywistą, że w zasadzie się nad nią nie zastanawiamy (...). Kiedy i jak staliśmy się dwunożni ze wszystkim zaletami i wadami takiego stanu rzeczy? Jaką funkcję spełnia maszerowanie w wojsku i religiach? Czym i jak od wieków chroniono i upiększano stopy? Dlaczego lenistwo nieustannie odciąga nas od chodzenia? Którego ze znanych artystów, myślicieli, pisarzy czy filozofów owładnęła mania wędrowania? I w końcu: co jest tak pociągającego w chodzeniu, że już w trakcie lektury tej książki będziesz chciał rzucić wszystko i ruszyć w drogę?" Nie wiem jak Wy, ale ja chodzę bardzo dużo. Znajomi z pracy śmieją się, że mam płacone od kilometra. Nie moja wina, że muszę kilka razy dziennie biegać w tę i z powrotem, żeby coś podrzucić grafikom. Nie miałam żadnych oczekiwań w stosunku do tej publikacji. Przyznam, że nawet się jej nieco obawiałam, bo co ciekawego można powiedzieć o chodzeniu? Szymon Augustyniak pokazał mi jednak, że można opowiedzieć o nim w ciekawy sposób. Zwrócił przy okazji uwagę na to, że chociaż na świecie jest wiele par butów, człowiek chodzi coraz mniej i trudno nie przyznać mu racji. Wielu z nas woli posiedzieć, niż gdzieś wyjść. Na własnych nogach, a nie pojechać samochodem czy autobusem. Ta książka nie nauczy Was tego, jak chodzić. Pokaże za to historię szeroko pojętego chodzenia. Czy to przez pryzmat pielgrzymek, czy zwykłej ciekawości świata. Przecież kiedyś nie było samolotów, samochodów i komunikacji miejskiej, więc jeśli człowieka nie było stać na konia czy osła, podróżował pieszo. Przez wiele dni i w trudnych czasem warunkach atmosferycznych. A my dziś kręcimy nosem, gdy musimy przejść kilka metrów w deszczu. Mamy tutaj całkiem niezłą lekcję historii. Autor pokazuje bowiem, jakie znaczenie miało chodzenie na przełomie wieków. Coś dla siebie znajdą także mole książkowe. Co takiego? Tego nie zdradzę, ale być może to, co przeczytacie, zachęci Was do chodzenia. A, i dla rodziców małych dzieci coś też się znajdzie. Nie musicie obawiać się tego, że autor posługuje się niezrozumiałym językiem i prowadzi wykład, nic z tych rzeczy. Szymon Augustyniak urzekł mnie swoim poczuciem humoru. Nie spodziewałam się, że o zwykłych butach można mówić w taki sposób.

http://czytelnia-mola-ksiazkowego.pl Maria Derejczyk-Zwierzyńska