Recenzje:
Wyobraźcie sobie, że na terenie województwa Mazowieckiego zaplanowano stworzenie jeziora – zalanie lasów, miast, a w na ich miejscu utworzenie hodowli karpia. Po co? W myśl szczytnej idei zrobienia z Polski światowego lidera w hodowli karpi oczywiście. Głupie? No głupie jak nie wiem, ale jednak się wydarzyło. Nie w Polsce a w Uzbekistanie, nie zalanie a wysuszenie, nie Mazowsza a morza Aralskiego. I nie chodziło o karpie, lecz o Bawełnę.  Tak – ktoś kiedyś w ZSRR postanowił, że Uzbekistan zostanie największym na świecie producentem bawełny i dopiął swego. Jednak zamiast bawełnianego imperium mamy największą katastrofę ekologiczną XX wieku.
 
Książka poruszy każdego – nawet jeżeli nie jesteście miłośnikami Greenpeace a smutne oczy pandy z logo WWF nie robią na Was wrażenia i tak po nią sięgnijcie. Przynajmniej dowiecie się czegoś o Uzbekistanie – to arcyciekawe miejsce, totalna egzotyka. Warto dowiedzieć się o nim więcej. Wiecie na przykład, że aby przeliczyć pieniądze, najlepiej położyć je na wadze?  Warto dowiedzieć się dlaczego, prawda? Takich historii w tej książce jest mnóstwo. Głównym bohaterem pozostaje jednak morze Aralskie, którego historia powinna być przestrogą dla nas wszystkich. To najlepsza książka jaką przeczytałam w ciągu ostatnich miesięcy. 

PS. Dodatkowym atutem książki są fantastyczne zdjęcia -  m.in. powyższe. Robi wrażenie, prawda?

pozycjeobowiazkowe.blogspot.com Izabela Witorzeńć; 2015-12-06


Jestem po lekturze rewelacyjnej książki Bartka Sabeli, który zdał relację z podróży, jaką odbyłem dwa lata przed nim!

Przemierzyłem dokładnie ten sam szlak, przebijając się do resztek Morza/Jeziora Aralskiego. Stało się bardzo dobrze. Ograniczyłem się do reportażu z eskapady - TUTAJ, a Sabela znakomicie wszystko udokumentował i pomieścił w książce zatytułowanej przewrotnie, acz z nutką (bez)nadziei: MO(r)ŻE WRÓCI.

Na wstępie odpowiedzmy na pytanie kim Bartek Sabela jest? On sam pisze o sobie: „Nie jestem podróżnikiem. (...) Wyjazd do Uzbekistanu był moim pierwszym od wielu, wielu lat wyjazdem niezwiązanym ze wspinaniem”. Łodzianin z urodzenia, po warszawskich fakultetach, zakopiański ceper z wyboru. Architekt i szeroko rozumiany projektant, mocno rozmiłowany w rysunku. I właśnie rysunki są godne zauważenia: szkice przedstawiające sylwetki napotykanych Uzbeków przesądzają o atrakcyjności książki, nadając jej osobisty charakter.

MO(r)ŻE WRÓCI to pozycja wyjątkowa, poza encyklopedycznymi opisami miejsc naznaczonych ekologiczną tragedią, znajdujemy album autorskich fotografii, które odbiegają od podróżniczej sztancy, gdzie wszystko jest cacy podane na tacy. Sabela nie sili się na realistyczne odwzorowanie twarzy Uzbekistanu. Pokazuje fotografie swoiście spatynowane, wyzute z radości, która niejako przynależy do obrazków ukazujących podróżowanie ukierunkowane na poznawanie dalekich i pięknych krain. Po pierwszych kartach lektury można żywić wobec autora złość, podejrzewamy go bowiem o artystyczne efekciarstwo. Doczytanie ostatniego akapitu jednak wszystko wyświetla. Bartek Sabela nie mógł przedstawić kolorowej wizji państwa leżącego na Jedwabnym Szlaku. Kto Uzbekistan widział i podziwiał (tak jest!) nie ma prawa zadowolić się obrazem wielobarwnego Orientu. W przypadku tego państwa fotografia obnażająca katastrofę wywołaną «ludzką arogancją, głupotą i pychą» musi być spatynowana i... spustynniona. Pustynia - zatruta herbicydami i nadmiarem soli nicość, która połyka nurt Amu-darii uniemożliwiając rzece dotarcie do Aralu - jest postsowieckim Bogiem. Oto cała osnowa książki.

Dlaczego zachwycam się dziełem Bartka Sabeli? Nie tylko dlatego, że to laureat: BURSZTYNOWEGO MOTYLA, za najlepszą książkę podróżniczą 2013 roku. Autora podziwiam za wagabundzki upór, doskonale bowiem wiem (na własnym organizmie doświadczywszy), ile poświęcenia wymaga dotarcie do brzegu uciekającego morza.

Sabela - niepodróżnik - moim bratem. Tak jest. Zwłaszcza dlatego, że na wędrowniczej ścieżce napotyka wyłącznie życzliwych (eliminując uzbeckich taksówkarzy) ludzi: Uzbeków, Kazachów, Karkałpaków i Bóg jedyny wie kogo jeszcze. Bartek Sabela - całkiem młody człowiek - jest niedzisiejszy. Dlaczego? Zauważa i docenia ludzi opuszczonych, oszukanych, politycznie złupionych, którzy mimo ekologicznej apokalipsy nie zatracili serdeczności. Nieszczęśnicy pozostawieni sami sobie, zapomniani na peryferiach świata, którzy nic - poza beznadzieją - nie mają. Dosłownie. Podzielą się jednak ostatnim okruszkiem... lepioszki.

Ja tam byłem i tę gorycz piłem. Wielki dzięki Bartku!

Brzeg - Portal Miejski Leszek Tomczuk


Ale książka! – „Może (morze) wróci”

Historia powolnego znikania…. jeziora, miasteczek, uśmiechu. Katastrofa, która w ciszy odbywa się na naszych oczach. Ludzkie losy splecione z monumentalną naturą, która stała się polem doświadczalnym władz radzieckich.

Miejscowi mówią, że gdyby każdy odwiedzający jezioro ekolog przywiózł ze sobą wiadro wody, to Aral już dawno by powrócił. 60 lat temu czwarte co do wielkości jezioro na Ziemi, dziś słona pustynia. Klęska ekologiczna na skutek pewnej szalonej decyzji. Reportaż Bartka Sabeli to wzruszająca podróż przez współczesny Uzbekistan, sylwetki mieszkańców, opisy i fotografie pereł środkowoazjatyckiej architektury, słynnych na cały świat kobierców, czy charakterystycznych wyłącznie dla tej kultury bogato zdobionych drzwi… Potem ten piękny świat się kończy, piach, sól, umierające miasteczka, bezrobotni rybacy i tęsknota za wodą, która była całym życiem. Chińscy rybacy i miejscowi , gościnni Karakałpakowie zdani na siebie i ekstremalnie surową naturę a w sklepie przeterminowana puszka z rybą. Jezioro Aralskie skrywało od 1948 roku jeszcze jedną tajemnicę, tak straszną, że lepiej o niej nie wiedzieć, chyba, ze kogoś bardzo interesują imperialistyczne zapędy ZSRR. Niektórzy mieszkańcy Mujnaku, wspominając lata świetności miasta, obozy pionierów i tony ryb wierzą, że morze powróci.

nj24.pl (JJ)


Bartek Sabela wędruje po Uzbekistanie, by odkryć owianą tajemnicą, dramatyczną historię zanikającego Jeziora Aralskiego oraz ludzi, którzy od wieków byli z nim związani. Zabiera czytelnika w podróż na wyschnięte, spękane dno i każe się zastanowić, dokąd zmierzamy w swoim braku pokory. W maju publikację tę nagrodzono Bursztynowym Motylem im. Arkadego Fiedlera jako najlepszą książkę podróżniczą 2013 r.

Przegląd książki Agata Gogołkiewicz, 2014-06-16


Na szczęście nie jest to kolejna książka podróżnicza o globtroterze nie mającym grosza przy duszy, który postanawia odwiedzić jakieś „dzikie” i „nieznane” miejsce na krańcu świata. Nie znajdziemy w niej spektakularnych i nieprawdopodobnych przygód. Jej akcja nie jest wartka, a sam autor (Bartek Sabela) nie udaje Beara Gryllsa – ba, nie nazywa się nawet podróżnikiem, jest po prostu człowiekiem ciekawym świata. Może (morze) wróci to solidny reportaż o dramacie wysychającego Jeziora Aralskiego, nazywanego również lokalnie morzem, a także o ludziach, którzy jeszcze kilkadziesiąt lat temu wiedli spokojny żywot nad wodą, a teraz muszą zmagać się z trudami życia na pustyni.
Może (morze) wróci porusza bardzo ciekawą tematykę. Jako geograf, tragedią Jeziora Aralskiego, interesuję się już od kilku lat. Zagadnieniu temu poświęciłem jeden z pierwszych wpisów na Geociekawostach (Jak z morza zrobiono kałużę). Wiele czasu zajęło mi zgłębianie wiedzy o tej największej w dziejach ludzkości katastrofie ekologicznej. Myślałem, że wiem już o niej bardzo dużo, ale myliłem się. W książce Może (morze) wróci jest cała masa nowych informacji, do których nigdy nie dotarłem.


Autorowi należy się duży plus za wyjazd do Uzbekistanu i dotarcie do jego największego portu – Mujnaka. Większość osób jadących nad Jezioro Aralskie decyduje się na Kazachstan i Aralsk – największy port nad jeziorem. Całe szczęście Bartek złamał ten oklepany schemat, dzięki czemu możemy poznać „katastrofę aralską”  z drugiego, tego mniej znanego, brzegu.


Może (morze) wróci przenosi czytelników do owładniętej absurdami postradzieckiej Azji Środkowej. „Azjatyckie stany”* to bardzo skomplikowane twory państwowe borykające się z całą masą problemów. Oczywiście autor skupia się na Uzbekistanie. W bardzo interesujący sposób opisuje tajemnicę wyschnięcia Morza Aralskiego, przybliżając jednocześnie historię kraju.

Z książki dowiemy się m.in.:


- jak wygląda życie we współczesnym Uzbekistanie,


- czemu na terenach pustynnych Azji utworzono gigantyczne plantacje bawełny,


- co to Karakałpakstan,


- kim jest Leon Barszczewski,


- dlaczego prezydent Uzbekistanu odgradza metalowymi płotami stare dzielnice miast od nowych oraz całą masę innych ciekawostek.

Książce Bartka Sabeli należy się szczególna uwaga. Powinniśmy ją przeczytać, chociażby dlatego, że jest o morzu, którego za kilka-, może kilkadziesiąt lat prawdopodobnie już nie będzie. Polecam ją wszystkim, ale w szczególności miłośnikom podróżniczych reportaży, geografom oraz całej masie ludzi interesujących się ochroną środowiska. Naprawdę nie pożałujecie

geociekawostki Przemek


Szaroniebieska, przygaszona kolorystyka okładki i fotografii, niby powleczona kurzem barwa papieru i aura dziwności i absurdu, roztoczona przez reklamę publikacji… Z tych właśnie powodów, podczas lektury „Może (morze) wróci” Bartka Sabeli dopadł mnie ten rodzaj „sytuacji czytelniczej”, który charakteryzuje się przerzucaniem kartek z myślą: „czegoś brakuje”.

Nie potrafiłam przekroczyć progu słów, dać się zawładnąć obecnością idei, ludzi i krajobrazów, niesioną przez słowa. Obecnością ludzi, ponieważ miejscowa ludność znad Aralu wciąż próbuje utrzymać się przy życiu, z pokorą biorąc udział w zbiorze bawełny, dla uprawy której, w ramach rozumianego na sposób sowiecki postępu, zniszczono życie ich dziadków, rodziców i ich samych, „dla uprawy rośliny odbierając wodę ludziom”. Obecnością idei, bo pomimo zakazu przez rząd prowadzenia jakiejkowiek działalności na jego pustynnym dnie „Aral jeszcze nie umarł”, także dzięki tym, którzy kierują swe oczy i serce na jego tragedię. I obecnością krajobrazów – choćby opuszczonych fabryk na jałowej ziemi, z rysunkami rybaków, wyciągających sieci pełne ryb…

Wszelkie wymiary książki „Może (morze) wróci”- jej język, sposób wydania, rytm myśli autora – to wszystko składa się na spękany niczym dno Aralu i wyciszony obraz tragedii, obdarty zarówno z przerażenia, jak i z nadziei. Nie ma tu „poszumu wysychających fal” Jeziora Aralskiego, złudzenia zapachów, ciągnących od starych kutrów, zasypanych w piachu. Klimat tej książki, według mnie, oddaje raczej bezbarwna sól na dnie byłego „Morza”, jak miejscowi nazywają jezioro, i może jeszcze odgłos rozdeptywanych muszli, odsłoniętych przez cofającą się wodę.

Każdy indywidualnie musi ocenić, czy to autor nie potrafił oddać skutków zbrodni człowieka, czy też „tak przenikliwie nie ma już Jeziora Aralskiego”.

bookeriada.pl Joanna Roś


Wyobraźmy sobie wielką pustynię, a na niej rybackie kutry. Albo port, który oddalony jest od brzegu morza o sto kilometrów, a jeszcze niedawno był największym w Azji Środkowej ośrodkiem produkcji konserw rybnych. Wyobraźmy sobie rzekę, która kiedyś niosła życiodajne wody do wiosek i miasteczek, a dzisiaj jest smutną strugą wody płynącą pośród wyjałowionych krajobrazów. Ta pustynia to dawne Morze Aralskie, o którym jeszcze niedawno nauczano na lekcjach geografii, rzeka to słynna Amu-daria, a port to miasteczko Mujnak, kiedyś ważny port Morza Aralskiego w delcie Amu-darii, duma Republiki Karakałpackiej, dzisiaj zamieszkały przez kilkuset mieszkańców... O tych miejscach pisze Bartek Sabela w swojej reporterskiej, przejmującej książce pt. “Może (morze) wróci” wydanej przez Bezdroża.

Jest to opowieść o podróży w poszukiwaniu resztek Morza Aralskiego zamieniającego się w pustynię, znikającego z map Azji Środkowej. Poruszająca historia o tym jak w ciągu 40 lat ludzie doprowadzili do jednej z największych współczesnych katastrof ekologicznych świata. Wszystko zaczęło się od szaleńczej sowieckiej idei, by „dziewicze ziemie” Uzbekistanu, Turkmenistanu i Kazachstanu przekształcić w gigantyczne pola uprawy bawełny. „Genialny” plan gospodarczy samego Nikity Chruszczowa, rozpoczęty w latach 60. ubiegłego stulecia, zakładał, że wody Amu-darii nawadniać będą pola uprawne. Ciężki sprzęt budowlany wjechał w deltę rzeki, powstało ponad 40 tysięcy, w większości nieszczelnych, kanałów melioracyjnych i wiele innych inwestycji budowlanych, które doprowadziły do zniszczeń przyrody na niewyobrażalną skalę w bardzo krótkim czasie. Rzeka zaczęła szybko wysychać, dodatkowo zanieczyszczono ją nawozami, ściekami, gleby uległy zasoleniu... Poziom wody Morza Aralskiego, zasilanego m.in. przez Amu-darię, zaczął obniżać się o 60 cm rocznie, a jego brzeg odsunął się nawet o 100 km ...

To tak jakby ktoś z wielkiej wanny wyciągnął korek i spuścił wodę – pisze Bartek Sabela. „Statki na piasku. Śruby orzą pustynię, a dzioby łodzi rozbijają słone wydmy. Rdzawe burty płoną w świetle zachodzącego słońca. Sprawiają wrażenie jakby się lekko kołysały na piaskowych falach, zacumowane na wieki w pustynnym porcie.”... Przejmujący widok, tak plastycznie i sugestywnie oddany w książce Bartka Sabeli, działa na wyobraźnię. Ale książka ta jest nie tylko opowieścią o zagładzie przyrody. Dla mnie jest to także książka o ludziach, którzy mieszkają w tym zapomnianym zakątku świata. Karakałpacy, którym los odebrał prawie wszystko. Czy dzisiaj kogoś obchodzi dola półmilionowego narodu mieszkającego gdzieś na peryferiach Uzbekistanu, w autonomicznej Republice Karakałpackiej? Aral to było ich morze... Bartek Sabela w wymowny i piękny sposób potrafi pisać o zapomnianych przez świat Karakałpakach i ich małej ojczyźnie. Przez słowa przebija się szacunek i empatia dla nich. Ujmuje ogromna wrażliwość pisarza, potrzeba opowiedzenia światu o losie ludzi, o których prawie wszyscy już zapomnieli, albo nawet nigdy nie słyszeli. Bardzo życzę autorowi, żeby jego książka została przetłumaczona na inne języki, żeby przeczytali ją mieszkańcy tych krajów, gdzie żyje się w dostatku i wolności. Żeby cały świat dowiedział się o Karakałpakach i zwrócił uwagę na to miejsce świata, dał nadzieję, konkretną pomoc. „Może (morze) wróci” to nie tylko pięknie napisany reportaż literacki, ale także apel do świata, upomnienie się o los Karakałpaków i ich morza...

atitlan.pl Dominika Zaręba, 2014-03-06


Stoisz przed półką z książkami podróżniczymi i zastanawiasz się, którą wybrać. Teoretycznie książki nie ocenia się po okładce, ale praktycznie to ona daje jakiś punkt zaczepienia i pomaga podjąć decyzję. Sięgasz po kolejne egzemplarze. Na okładkach kolorowe zdjęcia, bajecznie rysowane mapki, fantazyjne etniczne wzorki. Tak, jeśli szukasz przygód i podróżniczego awanturnictwa, pewnie wybierzesz jedną z tych książek. W końcu jednak trafiasz na okładkę nudną, szarawą, bez zdjęć. Zastanawiasz się, czy treść książki Bartka Sabeli Może morze wróci jest taka sama, jak jej okładka…

Powiem tak. Jeżeli szukasz zapierających dech w piersiach fotografii krajobrazów i opowieści o mrożących krew w żyłach przygodach w podróży – to niekoniecznie sięgaj po tę książkę. Tego tutaj nie znajdziesz. Chociaż jak uświadomisz sobie, co stało się na przestrzeni ostatnich lat z Jeziorem Aralskim, to będziesz zszokowany. Jednak nie jest to ten oczywisty sposób mrożenia krwi w żyłach.

Może morze wróci jest książką… nie chcę pisać, że nudną, bo to nie jest dobre słowo. Opowieść w niej snuta jest interesująca i przerażająca jednocześnie. Co człowiek, w imię jakiegoś widzimisię, potrafi zrobić z naturą, a także życiem innych ludzi. Mamy możliwości techniczne zmieniać świat dowolnie, jak nam się podoba. Ale czy mamy do tego prawo? Bartek nie daje odpowiedzi, on tylko pokazuje skutki ludzkich decyzji i otwiera nam oczy. Niemniej jednak robi to w sposób dość nużący. To chyba jest dobre słowo.

Książka nie jest lekką do łyknięcia przygodówką. Ona porusza temat mało popularny – no bo kto słyszał ostatnio cokolwiek o Aralu, kto się interesował katastrofą ekologiczną spowodowaną przez człowieka? I trudny. Zabiera nas tam, gdzie mało kto ma ochotę się zabrać. I dlatego, moim zdaniem, jest wartościowa. Znajdziemy w niej mnóstwo danych, faktów, cytatów – widać, że autor naprawdę się napracował zbierając materiał o jeziorze Aralskim i o ludziach żyjących w jego okolicach.

Bo ta książka traktuje nie tylko o samym Aralu. Mamy tu też mnóstwo ciekawych spostrzeżeń i opisów kultury narodów zamieszkujących te okolice. Jest spora dawka historii. Jest zaglądanie za przygotowaną dla turystów kurtynę, oddzielającą to co piękne i historyczne od tego, co brzydkie i teraźniejsze. Jest dużo autentyzmu. I chociaż nie ma nagłych zwrotów akcji ani wariactw na szlaku – to ciężko momentami odłożyć Może morze wróci na bok.

Nie brakuje tu fotografii. Są one takie, jak cała książka – nieco przygnębiające, przygaszone, smutne. Ale dobre. To znaczy dobrze ilustrują tekst. Podobają mi się. Podobnie jak rysunki Bartka.

A zatem stoisz przed ta półką z książkami i obracasz w ręku Może morze wróci. Jeśli tylko jesteś gotowy na dużą dawkę wiedzy, trudny lecz interesujący temat i niełatwe pytania – nawet się nie wahaj! Bierz książkę i czytaj! Polecam!

dalekoniedaleko.pl Ewa


Jak długą drogę należy przebyć, by spełnić swoje marzenia? Odpowiedź na to pytanie nie jest jednoznaczna, ale w przypadku grupki pewnych dwudziestoletnich śmiałków brzmi: od Antarktydy do Alaski!

Sięgając po książkę opisującą przygodę życia grupki młodych żeglarzy nie do końca byłam pewna, czego się spodziewać. Ten typ prozy nigdy nie wzbudzał we mnie specjalnych uczuć, tym razem było jednak inaczej. Magnetyczna okładka prezentująca „Starego”, czyli jacht, na którym wybrali się w żeglugę nasi młodzi bohaterowie, ma w sobie to nieokreślone „coś”. Od samego początku wiadomo było, iż będzie to piękna opowieść o ich odważnym wyczynie. Jako najmłodsi Polacy w historii, opłynęli Amerykę Południową, a później, przez Horn, dotarli aż do Antarktydy. Po kilku latach tę historię o niezwykłej odwadze, ale też niejednokrotnie trudach, które należy pokonać, postanowiło opisać dwóch członków ekipy – Marcin Jamkowski i Jacek Wacławski. Oboje to ludzie sukcesu, bo tak mogą być określani ze względu na ich dokonania. Marcin jest m. in. niezależnym fotografem, filmowcem i dziennikarzem, współpracującymi z magazynami takimi, jak „National Geographic”, którego był też redaktorem naczelnym. Jacek poprowadził jacht na tę przeprawę, jako najmłodszy kapitan na świecie, dziś jest lekarzem kardiologii, osiągającym sukcesy także w wielu innych dziedzinach. Po skończonej lekturze coś mi mówi, że to właśnie ta „wyprawa życia”, odpowiedzialna jest za ich zdolność sięgania wyżej i wyżej, już w dorosłym życiu.

Książka „»Stary«, młodzi i morze” zawiera opis przeprawy, jakiej podjęli się ci młodzi ludzie, już od jej samych podstaw. Od pomysłu, przez zbieranie funduszy i żmudne przygotowania, aż do ekscytującej przygody. Jest to zarówno pochwała dla młodzieńczego optymizmu i ambicji, ale zarazem lekcja pokory i rezolutności. Mimo młodego wieku nasi bohaterowie nie pozwalali sobie na niepotrzebne szaleństwa czy ryzyko, co nie znaczy też, że zabrakło momentów, przy których adrenalina grała pierwsze skrzypce. Wiedzieli jednak, że nie ma miejsca na młodzieńczą głupotę podczas tak ważnej przygody, mogącej zmienić ich całe życie w ułamku sekundy. Podczas rocznej żeglugi jachtem młodzi poznawali bardzo ciekawych i zazwyczaj przyjaznych ludzi, mierzyli się ze swoimi słabościami. Weryfikowali teorię w praktyce. Uczyli się na błędach i nie poddawali podczas niepowodzeń. Cała historia jest bardzo motywująca, do tego zilustrowana pięknymi krajobrazami, przez co nawet jeśli jesteśmy typem kanapowca, zaczniemy mimowolnie puszczać wodze fantazji, zastanawiając się, co by było, gdybyśmy sami zdecydowali się na przygodę na tę skalę, czy nawet mniejszą.

Mimo bardzo wartościowych treści, przedstawionych w „»Stary«, młodzi i morze”, podczas czytania czułam spory niedosyt. Szkoda, że bohaterowie tej wyprawy, opisując ją, nie zdecydowali się skorzystać z pomocy kogoś bardziej doświadczonego w kunszcie literackim. Kogoś, kto pomógłby opisać ich wszystkie przeżycia, ubrać je w lepsze słowa, tworząc bardziej spójną treść, którą czytałoby się płynniej. Niestety, tutaj choć często przedstawione sytuacje bardzo mnie wciągały, to dość toporny język, czy brak narracji na odpowiednim poziomie, w wielu fragmentach znacznie odbierał mi przyjemność czytania, tej niezwykle ciekawej historii. Ciekawymi akcentami są fragmenty z pamiętnika kapitana i poniekąd żałuję, że większość, jeśli nawet nie całość tej historii, nie jest napisana w ten, lub bardziej sfabularyzowany, sposób.

Przy tego typu pozycji, nie sposób pominąć stron technicznych wydania, które jest absolutnie zachwycające. Piękny papier, wysokiej jakości zdjęcia, bogato ilustrujące całą wyprawę. Dodatkowo dołączono film, „W poszukiwaniu legendy”, który powstał na pokładzie „Starego”, podczas drugiej wyprawy. Ten niecodzienny dodatek do książki, jest bardzo ciekawym pomysłem, pozwalającym jeszcze raz przeżyć, wraz z ekipą jachtu, tą wspaniałą przygodę.

Choć nie obyło się bez minusów, to „»Stary«, młodzi i morze” jest niewątpliwie ciekawą lekturą, bardzo motywującą i optymistyczną. Idealna pozycja dla młodzieży, ludzi szukających aspiracji, czy pragnących zmiany w swoim życiu. Ekipa tych nieustraszonych dwudziestolatków udowadnia, że chęci i konsekwencja w swoich działaniach są kluczem do gwarantowanego sukcesu.

dlaLejdis.pl Joanna Złomańczuk, 2014-02-09


W przyrodzie nic nie pozostaje niezmienne. Zmieniają się poziomy wód, ukształtowanie terenu, topnieją lodowce, pustynnieją sawanny. Znaczne rozciągnięcie tych zjawisk w czasie sprawia, że są dla nas niezauważalne i tylko raz na jakiś czas w środkach masowego przekazu mądre głowy straszą konsekwencjami bezmyślnej ingerencji człowieka w środowisko. Są jednak miejsca, w których nietrudno dostrzec przerażające zmiany, jakie owa bezmyślność spowodowała. Jednym z nich jest Jezioro Aralskie, w latach sześćdziesiątych ubiegłego wieku, czwarte pod względem wielkości jezioro świata.

O problemach z zanikającym Jeziorem Aralskim, uczyłam się na lekcjach geografii. Od tego czasu minęło wiele lat, ale wciąż pamiętam zamieszczone w podręczniku mapki. Jedna ukazywała ówczesny zarys jeziora, druga jego kształt sprzed kilku może kilkunastu lat. Różnica była spora i niepokojąca. Później nie interesowałam się już tym tematem, aż w końcu trafiłam na książkę Bartka Sabeli Może (morze) wróci. Sabela z zamiłowania jest wspinaczem. We Francji nie spotkacie go w Paryżu, lecz na wapiennej ścianie Ceuse, w Hiszpanii wybierze raczej strome ściany wąwozu w okolicach El Chorro, niż spacer ulicami Barcelony. Wszyscy pytali, czy do Uzbekistanu też jadę się wspinać. Nie, jadę zobaczyć Morze Aralskie. Jadę zobaczyć coś, w co trudno uwierzyć, gdy się o tym czyta i gdy się to ogląda na zdjęciach. Jadę zobaczyć kawałek ziemi po katastrofie wywołanej ludzką arogancją, głupotą i pychą. Jadę zobaczyć, do czego zdolni są ludzie pozbawieni wyobraźni[1].

I pojechał. Może (morze) wróci jest relacją z tej wyprawy. Smutnym świadectwem tego, co Bartek Sabela zobaczył w Uzbekistanie, kraju Azji Środkowej, kraju autorytarnych rządów i bawełny.

Swoją podróż Sabela zaczyna w Taszkiencie, stolicy kraju, o którym już na początku pisze: w Uzbekistanie od pierwszych minut wiesz, czujesz, słyszysz, że jesteś w państwie autorytarnym[2]. Samo miasto prezentuje się imponująco. Widać efekty kolejnych inwestycji, powstają rządowe gmachy, pomniki, świadectwa potęgi władzy. Wszystko to przestaje robić wrażenie, gdy zajrzy się za blaszane płoty, podobne do tych, które u nas odgradzają place budowy. Taszkient za takim płotem prezentuje się z goła inaczej, ujawniając stare budynki, które szczęśliwie przetrwały trzęsienie ziemi z 1966 roku. Ta część miasta nie imponuje, nie robi wrażenia. Niedługo zniknie. Władza dba o miasto. Wyburzy domy, wysiedli mieszkańców do malutkich mieszkań w blokach na obrzeżach, postawi biurowce.

Wędrując przez Uzbekistan Bartek Sabela niejednokrotnie przekona się, jak wiele w tym kraju robi się na pokaz. Turystyczne dzielnice rażą blichtrem, a władza pilnuje, by podróżni nie zapuszczali się tam, gdzie kończy się świetność, a zaczyna bieda i szara codzienność. Władzę w Uzbekistanie czuć na każdym kroku: jesteś obserwowany, wiesz o tym[3]. W tym kraju absurdów, na przybyszy z zewnątrz co krok czekają niespodzianki. Choćby obowiązek meldunku przez przyjezdnych (ponadto z każdego miejsca noclegowego należy przechowywać kwit, który nocleg ten potwierdza) czy uzbecka waluta. W kraju nie funkcjonują banki, a karty płatnicze czy czeki są bezużyteczne. Trzeba mieć gotówkę, kilogramy gotówki, bo w najlepszym wypadku, po wymianie 100 dolarów, otrzymamy sumy uzbeckie wypłacone w 250 banknotach, po 100 sumów każdy. A co jeśli tę kwotę wypłacą nam w banknotach po 50 sumów? Po 25? Po 10? O denominacji nikt tam nie myśli, jej wprowadzenia prezydent nie ma w swych planach.

Podróżując z Taszkientu na północny zachód, Bartek Sabela zwiedza kilka urokliwych miast niegdyś leżących na trasie Szlaku Jedwabnego. Nie traci przy tym z oczu celu: chce dotrzeć do Arala, jak w skrócie nazywają Jezioro Aralskie miejscowi. Niegdyś był to akwen o powierzchni ponad 68 tys. km2, w 2009 roku zmniejszył się do zaledwie 3,5 tysiąca km2. To jedna z największych katastrof ekologicznych, świadectwo głupoty i bezmyślności ludzkiej. W pierwszej połowie ubiegłego wieku, Nikita Chruszczow pozazdrościł Amerykanom wielkich upraw bawełny. Zapragnął takich u siebie, miały one stanowić podstawę gospodarki leżących w pobliży Arala republik. Powstały plany budowy kanałów, które miały nawadniać uprawy wodą z Jeziora Aralskiego. W końcu po co taki bezużyteczny zbiornik wodny na środku pustyni? Efekt tego oderwanego od rzeczywistości pomysłu, najlepiej widać na zdjęciach satelitarnych. Powstały wymarzone pola uprawne, jednak z ogromnego jeziora nie zostało wiele, zniszczono mnóstwo gatunków zwierząt, tysiące hektarów lasów oraz życie tamtejszych społeczności. Przyroda nie ugięła się pod presją radzieckich władz, a ucierpieli jak zwykle niewinni. Jałowa pustynia, brak perspektyw, zdjęcia pustych przestrzeni, które chwytają za serce. Tyle zostało z dumnych planów władzy.

Bawełniany raj okazał się piekłem, ale w Uzbekistanie wciąż uprawia się białe złoto, do zbiorów zmuszając każdego obywatela. Dyktatura surowo karze opornych, w sezonie zbiorów kark zginają więc wszyscy: prawnicy, studenci, pracownicy biurowi, lekarze, nauczyciele. Zbierają ją ręcznie, każdy musi wyrobić określoną normę. Władza czuwa, a Uzbekistan do dziś znajduje się w czołówce eksporterów bawełny.

Cieszę się, że Bartek Sabela zszedł na chwilę z górskich zboczy, wyruszył w podróż do Uzbekistanu i postanowił podzielić się swoimi wrażeniami. Pisze bowiem tak, że książka wciąga od pierwszych stron, lekko, z humorem, ale i z dużą znajomością tematu. Plastyczne opisy działają na wyobraźnię, a całość uzupełniają zamieszczone w tekście fotografie pięknych budowli, ciekawych ludzi, przygnębiających pozostałości Arala. Sabela zagląda w różne kąty i rozmawia z miejscową ludnością, z czego wynikają niekiedy zabawne sytuacje, gdy nieznajomość języka utrudnia bezpośredni kontakt. Autor ujął mnie swoim poczuciem humoru, z dystansem podchodził do sytuacji, które tylko pozornie są śmieszne, bo podejrzewam, że mnie w podobnej sytuacji wcale do śmiechu by nie było.

Wchodzimy do pokoju. Kobieta niemal z dumą, pokazuje mi mój dwupokojowy apartament. Tak, dwupokojowy. Sypialnia oraz salon. W sypialni mam krzesło. Nie byle jakie, bo... elektryczne. Stare metalowe krzesło, podłączone do gniazdka i przerobione na grzejnik. Aha, czyli jest prąd przynajmniej.

- A woda jest?

- Da! - kobieta pokazuje wiaderko stojące obok krzesła. Zdejmuje pokrywkę: faktycznie wody całe wiaderko. Tylko raczej nie będę pierwszym, który będzie jej używał.

Łóżko wielkie, małżeńskie, king size co najmniej. Już kombinuję w głowie, jak by tu zrobić, żeby się wyspać i jednocześnie go nie dotknąć. Stoję z plecakiem na plecach, drugim w ręku, chyba boję się położyć bagaże na podłodze. Ale okej, może w salonie będzie lepiej. Są dwa fotele i stolik - pięknie, nawet można kogoś na herbatę zaprosić. Zwłaszcza że herbata jest na stole w szklankach. Ktoś musiał ją tu zostawić jakieś parę lat temu...[4]


Może (morze) wróci to ciekawy reportaż z wyprawy przez Uzbekistan, który łączy w sobie spostrzeżenia turysty i refleksje podróżnika. Bartek Sabela pokazuje nie tylko to co piękne, reprezentacyjne (niekoniecznie reprezentatywne), ale i to, czym bez wątpienia ten kraj pochwalić się nie może. Autor ma lekkie pióro, potrafi przykuć uwagę, zmusić do wyciągnięcia własnych wniosków, ale także rozbawić, żartem słownym, sytuacyjnym, sprawnie opowiedzianą anegdotą. Nie spodziewałam się, że wyprawa nad Jezioro Aralskie okaże się tak fascynująca. Mam nadzieję, że od czasu do czasu autor zejdzie na chwilę z górskich ścian i przełęczy, by podzielić się wrażeniami z kolejnych podróży.

Książka zaczyna się zabawnie, kończy smutnymi refleksjami i fotografiami kutrów stojących pośrodku niczego. Kiedyś to nic było olbrzymim jeziorem pełnym ryb. Nazywano je morzem. Morzem, które wbrew dającemu nadzieję tytułowi książki, już nie wróci...

Sztukater.pl AnnRK


Przed laty radzieckie władze postanowiły nawodnić pustynię. Nie, to nie jest dowcip, choć brzmi absurdalnie. Naprawdę w latach trzydziestych minionego wieku rozpoczęto budowę olbrzymiej sieci kanałów irygacyjnych, które rozprowadzały wodę z rzek Amu-darii i Syr-Darii. A wszystko to by można było rozwinąć dochodowe uprawy bawełny na pustynnych terenach Socjalistycznych Republik Radzieckich- Uzbeckiej, Kazachskiej i Turkmeńskiej. 


Plan się powiódł, może aż zbyt dobrze. W rezultacie Uzbekistan jest dziś największym eksporterem bawełny na świecie. Jednak tak poważna ingerencja w naturę przyniosła też inne, bardzo dotkliwe dla środowiska skutki. Jezioro Aralskie, pozbawione dotychczasowego zasilania wodami swych dopływów, zaczęło stopniowo zanikać. I właśnie o tej wielkiej katastrofie ekologicznej opowiada reportaż Bartka Sabeli.

"Może (morze) wróci" jest relacją z podróży do brzegu Jeziora Aralskiego, które było niegdyś tak duże, że miejscowi nazywali je Morzem. Teraz jednak umiera, a wraz z nim zagładzie ulega cały wcześniejszy ekosystem. Sabela pisze o tym, jak zmienia się życie ludzi, którzy kiedyś mieszkali nad olbrzymim zbiornikiem wodnym, gdy dziś otacza ich pustynia. W tej sytuacji nie sposób oprzeć się refleksji nad niszczycielską działalnością ludzkości. Zwłaszcza, że autor przypomina, iż potencjalne  skutki budowy kanałów nie były tajemnicą dla pomysłodawców tego przedsięwzięcia.

Ale przejmujące losy Jeziora Aralskiego nie są jedynym tematem tego reportażu. Autor dzieli się także spostrzeżeniami z podróży po Uzbekistanie, gdzie trwa nieustanna budowa, wszystko jest odnawiane i upiększane. Jeśli jednak zboczyć ze wskazanej ścieżki, można natknąć się na bardziej ponure oblicze byłej republiki radzieckiej. A skoro o reliktach przeszłości mowa, Sabela opisuje sporo takich, które w Uzbekistanie ciągle mają się dobrze. Wspomina na przykład o tym, że milicjanci mogą żądać od turystów pokwitowań za wszystkie noclegi i łatwo sobie napytać biedy, kiedy nie potrafi się udokumentować, gdzie spędziło się noc.

"Może (morze) wróci" to bardzo ciekawy reportaż, w którym można znaleźć trochę historii Azji Środkowej, sporo uwag na temat codziennego życia Uzbeków i Turkmenów, a przede wszystkim trafne spostrzeżenia na temat naszego podejścia do natury. Dużą zaletą tej książki są liczne fotografie i rysunki, które świetnie uzupełniają tekst. Największe wrażenie zrobiły na mnie zdjęcia satelitarne, bo na nich najdokładniej widać jak znikało Jezioro Aralskie.

Reportaż Bartka Sabeli to jedna z tych książek, które czyta się krótko, ale długo się o nich myśli. Przekonajcie się sami!

Ekruda Ekruda


Niechętnie sięgam po książki o podróżowaniu… choć sama uwielbiam podróżować. Byłam w wielu pięknych miejscach na świecie i dlatego wiem, że nawet najlepsze pióro nie zawsze jest w stanie oddać tego, co trzeba po prostu samemu zobaczyć. Sięgając po książkę „Może (morze) wróci” byłam nastawiona bardziej na opowieść geograficzno-historyczną. Nie spodziewałam się, że już od pierwszej strony autor zabierze mnie w niezwykłą podróż po bezdrożach Uzbekistanu, której towarzyszyć będą tumany kurzu i… opary absurdu.

Bartek Sabela wymarzył sobie, że na własne oczy zobaczy Morze Aralskie. Dla mnie było to małe zaskoczenie, bo, może jestem niedouczona, ale wydawało mi się, że takiego morza nie ma. Nie pomyliłam się za bardzo. Takiego morza JUŻ prawie nie ma bo … umarło. Morze Aralskie a w rzeczywistości Jezioro Aralskie (morzem nazwane przez miejscową ludność) było niegdyś czwartym co do wielkości jeziorem na świecie. Teraz jest jałową pustynią. Nasuwa się pytanie: Co takiego mu się przydarzyło? Momentalnie nasuwa się i odpowiedź: CZŁOWIEK. Człowiek nie byle jaki, bo I sekretarz KC Komunistycznej Partii Związku Radzieckiego. Nikita Chruszczow, w całym swym geniuszu, postanowił zrobić z ZSRR największego producenta bawełny na świecie. Bawełnę tę postanowił posadzić na… pustyni a wodę z Jeziora Aralskiego właśnie zużyć do nawadniania upraw. W obliczu jego master planu nic innego nie miało znaczenia, nawet to, że doprowadzi do totalnej ekologicznej zagłady.

Razem z Bartkiem wędrujemy od miasta do miasta, każdego dnia przybliżając się do celu naszej wyprawy. Poznajemy różnych ludzi, zaglądamy do miejsc niedostępnych dla turystów, ale dzięki temu odkrywamy prawdę. Widzimy piękne miasta okalane nowymi murami, za którymi w nędzy żyją prawdziwi ludzie. Uczymy się targować na miejskich bazarach a interesy związane z podróżą załatwiamy przy pomocy kilku butelek wódki. Bartek przekonuje nas - ludzi z zachodu, jak mylne jest nasze podejście na wschodzie. Namawia nas, byśmy porzucili wszystkie stereotypy, uprzedzenia, nieufność. Przestali się martwić, że ktoś nas chce bez przerwy oszukać, okraść albo naciągnąć. Wręcz przeciwnie. Nasz podróżnik jest zapraszany do domów rodowitych mieszkańców, które są warte mniej niż jego plecak z wyposażeniem. Jest goszczony przez uśmiechniętych ludzi, którzy częstują go wódką, oferują czaj a na drogę wciskają na siłę lepioszkę. Razem z naszym autorem przebywamy długą drogę, by na końcu ujrzeć wschód słońca nad tym, co kiedyś było Morzem Aralskim. Ten wschód słońca zmusza do refleksji. To wtedy zaczynamy rozumieć, że odbyliśmy podróż nie tylko w sensie dosłownym. Ale i wgłęb siebie. Ta książka doskonale rysuje obraz ludzkiej głupoty, chciwości i pychy w zakresie ingerowania w przyrodę. Pokazuje do czego my - ludzie jesteśmy zdolni. Ile złego wyrządziliśmy dla świata, w którym żyjemy a ile wciąż wyrządzamy.

Książkę polecam każdemu. Z każdej strony dowiadujemy się czegoś nowego z historii Uzbekistanu, a także ciekawostek z życia mieszkańców. Np. tego, jak odstraszyć z domu złe duchy albo po co na drzwiach wejściowych dwie różne kołatki. Lektura wzbogacona jest o fotografie z wyprawy. Zawiera też m.in. zdjęcia satelitarne NASA, na których dokładnie widać powolne umieranie Morza Aralskiego. Na ogromny plus zasługuje język, jakim posługuje się Bartek Sabela. Potrafi on w niesamowity sposób opisywać to, co widzi i czego doświadcza. Nie brak też zdrowej ironii. Czytelnik nieraz się uśmiechnie, ale i wzruszy. Mam nadzieję, że Bartek Sabela planuje kolejne podróże, które oczywiście opisze. Po jego książki od tej pory sięgam w ciemno.

lidiapiechota.pl Kamila Sadowska, 2013-11-07


Jak przez kilka dziesięcioleci „sowiecki czieławiek" zamiast morza wyhodował sobie pustynię Fascynującą historię opowiada w swej książce Bartek Sabela - łodzianin, który drugi dom odnalazł na Podhalu.

Książka, wydana niedawno przez „Bezdroża", opisuje proces degradacji potężnego akwenu wodnego w Uzbekistanie. Wciąż widać je na wszystkich mapach. Można je znaleźć w atlasach i na globusach. W rzeczywistości jednak już go nie ma. Przez 40 ostatnich lat Jezioro Aralskie, zwane przez miejscową ludność morzem, niegdyś czwarte pod względem wielkości jezioro świata, zostało zamienione w jałową, bezkresną pustynię. Wyniszczono dziesiątki gatunków zwierząt i tysiące hektarów lasów. A życie kilkudziesięciu tysięcy ludzi zamieniło się w wegetację. Wszystko w imię postępu. Sowieckiej, mate-rialistycznej wizji „wszechmogącego" człowieka.

Bartek Sabela w prosty, reporterski sposób snuje opowieść o jednej z największych zbrodni dokonanych przez człowieka. Osadza ją w realiach postso-wieckiego kraju, w którym ludzka gościnność nie pozwala zapomnieć tego, co jeszcze niedawno dominowało w lokalnej polityce. Za niszczejącymi miastami, dawnymi portami, statkami zacumowanymi na pustyni, po której przechadzają się wielbłądy, czuć ducha ludzkiej arogancji, niszczycielskich pomysłów. Bartek Sabela wędruje po Uzbekistanie i odkrywa przed nami owianą tajemnicą, dramatyczną historię zanikającego jeziora oraz ludzi, którzy od wieków byli z nim związani. A przy tym opisuje to, co widzi w sposób nie-pozbawiony poczucia humoru, zdobiąc książkę swoimi rysunkami i fotografiami. - Po podróży do Uzbekistanu, którą odbyłem na jesieni 2011 r, mój fotoreportaż wygrał główną nagrodę na festiwalu 3 Żywioły - mówi Bartek Sabela. - Po festiwalu wydawnictwo Bezdroża zaproponowało mi, bym wydał u nich książkę. I tak powstało „Może (morze) wróci", które okazało się niespodziewanym sukcesem, ale też ogromnie ważnym i ciekawym dla mnie doświadczeniem.

Autor przez 12 lat mieszkał w Warszawie, do której przybył spod Łodzi na studia. Został w stolicy, tam zaczął realizować projekty we własnej pracowni architektonicznej. - Nie wyobrażałem sobie życia poza dużym miastem -wspomina Bartek Sabela. - Aż do 2011 roku. Wtedy pod wpływem kilku osób i paru wydarzeń doszedłem do wniosku, że nie chcę już mieszkać w dużym mieście. W grudniu spakowałem auto, wynająłem swoje mieszkanie w Warszawie i przyjechałem do Zakopanego.

Nie znał tu nikogo. Zamieszkał w Domu Doktora. Inny świat, inne życie, inne wszystko. Dawny tryb życia biurowego odszedł w niepamięć. - Na szczęście. Tu odkryłem wiele nowych rzeczy, do innych wróciłem po latach. Tu mogłem sobie dysponować swoim czasem, jak tylko chciałem. Znów mogłem poświęcać więcej czasu mojej największej pasji, czyli wspinaniu. Równowaga między życiem „zawodowym" a „prywatnym" została przywrócona. Na nowo odkryłem zimę. W mieście była ona tylko utrapieniem. A tu nauczyłem się jeździć na snowboardzie i szybko ruszyłem z deską na plecach w góry, odkrywając nowy, wspaniały sport.

Bardzo dużo czasu poświęcał też innemu sportowi - slacklineowi - czyli chodzeniu po rozwieszonej między drzewami linie. Wrócił do rysowania i malowania. Podkreśla, że pod Giewontem poznał kilka wspaniałych osób. I przekonał się na własnej skórze, że na Podhalu, wbrew obawom i temu, co mówiło mu wiele osób, można się szybko odnaleźć i zaaklimatyzować. Podkreśla, że gdyby tu nie przyjechał, nie powstało by też „Może (morze) wróci". - Poza tym, jak miło jest widzieć za oknami coś innego, niż bloki i kamienice! - zaznacza Bartek Sabela.

Przygoda z pisaniem „Morza" zainspirowała go do kontynuowania dalekiej wędrówki i napisania kolejnego reportażu. W chwili, gdy czytelnik dostaje do ręki ten numer Tygodnika Podhalańskiego, Bartek Sabela będzie już znowu w Uzbekistanie. Tym razem planuje nakręcić film dokumentalny o Ka-rakalpakach, czyli rdzennej ludności brzegów Morza Aralskiego. - Ci ludzie zostali na brzegu morza, którego już nie ma. Całe ich życie wywróciło się do góry nogami. Mimo to pozostali na rodzinnej ziemi, choć ich morze odeszło - tłumaczy Bartek Sabela. Dodaje, że przedsięwzięcie obarczone jest sporym ryzykiem, bo w Uzbekistanie takich filmów kręcić nie wolno. To wciąż kraj mocno totalitarny. A Karakalpakowie są mniejszością narodową, gnębioną przez władze w Taszkencie. Pytany o dalsze pla-. ny podkreśla, że ma też kilka pomysłów na nową książkę. Pierwszy z nich zaczyna realizować jeszcze w tym roku. - W grudniu jadę w nowe miejsce z zamiarem napisania reportażu. Tym razem będzie to Jądro Ciemności, czyli Demokratyczna Republika Konga, a dokładnie jej wschodnia prowincja - Kivu, przy granicy z Ugandą i Rwandą - podsumowuje autor „Morza".

tygodnikpodhalanski.pl Rafał Gratkowski, 2013-09-19


Uzbekistan. Wstyd przyznać się, lecz przed lekturą tej książki niewiele wiedziałem o tym kraju. Jeszcze mniej wiedziałem o Jeziorze Aralskim, które często było nazywane Morzem Aralskim, a jest głównym bohaterem pozycji autorstwa Bartka Sabela „Może (morze) wróci”.
Autor książki wybiera się do Uzbekistanu na parę tygodni. Nie ma określonego planu. Po prostu włóczy się po kraju zmierzając powoli do Morza Aralskiego, czyli na pierwszy rzut oka zwykły wyjazd z plecakiem samotnego wędrowca. Jednak głównym celem podróży jest zobaczenie i próba zrozumienia tego, co się stało, z tym jeszcze niedawno czwartym na świecie pod względem powierzchni jeziorem, choć jest to szalenie trudne. Bo jak można zrozumieć czyjeś „szaleństwo”?

Książka opowiada w sposób bardzo prosty, bez zbędnego moralizowania, czy cudownych stylistycznych form, o katastrofie jaką, zdeterminowany sukcesu człowiek, zaplanował i zrealizował w przeciągu ostatnich kilkudziesięciu lat. Aspiracje do bycia pierwszym eksporterem bawełny na świecie doprowadziły do szybkiego kurczenia się olbrzymiego Morza Aralskiego. Żyjemy w XXI wieku i wydaje się, że taki „atak” na bogactwo naturalne, jakim był ten wodny akwen, który dawał pracę i jedzenie dla wielu ludzi, który był ostoją dla kilkudziesięciu gatunków fauny i flory jest nie do pomyślenia. A jednak.
„Może (morze) wróci” to książka, którą dzięki prostocie formy, czyta się doskonale. Autor nie skupia się na sobie, jest tylko obserwatorem, rozmówcą, kimś, kto prowadzi czytelnika za rękę, lecz tak właściwie nie ma go w tej książce. To nie jest arogancki i egocentryczny styl Pałkiewicza. Książka ukazuje kraj, serdecznych ludzi oraz absurdy władzy i chore pomysły ludzi znajdujących się u władzy. Całość daje czytelnikowi doskonałe tło do głównego tematu, czyli katastrofy ekologicznej, do której doprowadził człowiek. Komentarze ludzi, opisy zniszczeń środowiska naturalnego dokonanych powstaniem plantacji bawełny, a także tragedie ludzi, którzy utrzymywali się z Jeziora Aralskiego są bardzo proste, rzekłbym surowe, i to właśnie one najbardziej zostają w pamięci.

Lubię czytać książki opisujące historie, które zapadają mi w pamięci, które zmuszają do refleksji. „Może (morze) wróci” to doskonała pozycja, dla kogoś, kto wybiera się do Uzbekistanu, lecz przede wszystkim dla kogoś, kto chce przeczytać o tej jakże smutnej historii. Na koniec warto dodać, że książka jest przepięknie wydana na spulchnionym papierze, dzięki temu liczne zdjęcia z podpisami są matowe i doskonale ilustrują i oddają klimat opisywanych miejsc. Oprawa graficzna książki pięknie dodaje jej uroku. Gorąco polecam.

lkedzierski.com Łukasz Kędzierski, 2013-08-05


Pisałam wczoraj o postapokaliptycznej wizji świata, jaką przedstawiają nam pisarze zajmujący się fantastyką w ramach Uniwersum Metro 2033. Bartek Sabela nie przejawia zapędów do pisania powieści fantastycznych, a jednak czytając jego relację z podróży do Uzbekistanu człowiek ma wrażenie, że to nie dzieje się naprawdę, a wszystko to, o czym pisze Sabela, to tylko koszmarne zwidy i chora wyobraźnia.

Autor reportażu nie jest podróżnikiem, a przynajmniej nie był nim zanim wyruszył na wschód. W podróż do Uzbekistanu wyruszył zainspirowany artykułem i fotografią w prasie. Na zdjęciu, które tak poruszyło autora, widniało Morze Aralskie, a raczej to, co z niego pozostało. W pustynnym piachu stał wrak statku, a tuż obok niego pasły się wielbłądy. Pewnie wielu z Was wie, że na skutek idiotycznej i krótkowzrocznej polityki gospodarczej w Uzbekistanie doszło do katastrofy ekologicznej na niespotykaną skalę. Komunistyczni przywódcy ZSRR zamarzyli sobie o zbudowaniu ekonomicznej potęgi kraju opartej na uprawie bawełny. Nieważne, że to kraj pustynny, ubogi w rzeki i zbiorniki wodne. Aby nawodnić pola byle jak poprowadzono kanały odprowadzające wodę zasilającą jezioro zwane Morzem Aralskim. Ta decyzja doprowadziła do dramatycznego krachu - ludzie pracujący przy połowie i przetwórstwie ryb stracili miejsca pracy, miasta zaczęły się wyludniać, zniknęły ważne ekosystemy, wymarły liczne gatunki zwierząt. Sabela zastał w Uzbekistanie krajobraz po najprawdziwszej apokalipsie.

Autor nie skupia się jednie na Morzu Aralskim, lecz przedstawia także inne miejsca i ludzi, których spotkał podczas samotnej podróży przez bezkresne bezdroża Uzbekistanu. A droga wiodła go przez Taszkent - smutny, betonowy i na pokaz, Samarkandę, piękne zabytkowe miasto leżące na Jedwabnym Szlaku, Bucharę z jej licznymi medresami i meczetami. Im dalej jechał, im bliżej znajdował się tego, co pozostało po Morzu Aralskim, tym biedniejsze napotykał wsie, ale też serdecznych ludzi. Ich otwartość sprawiła, że z podróży przywiózł nie tylko piękne fotografie i wspomnienia, zmienił także sposób patrzenia na wschód.

Zaznaczyłam sobie taki oto fragment, który daje dużo do myślenia:

"Człowiek z Zachodu wrzucony we wschodnią rzeczywistość musi się pozbyć wszelkich stereotypów, uprzedzeń i przyzwyczajeń. I przede wszystkim pokonać swoją nieufność. Wyzbyć się tego paskudnego poczucia, że każdy na pewno chce go oszukać. Lub okraść. Albo co najmniej naciągnąć. O ironio, boimy się, że ktoś nas naciągnie na 2 zł 58 gr na bazarze, a w domu, w Europie, codziennie jesteśmy naciągani na grube tysiące przez banki, instytucje, korporacje. Boimy się zjeść szaszłyk na targu, bo brudno i niehigienicznie, a u siebie ze spokojnym sumieniem chodzimy do McDonalda. Obrazy Wschodu, zwłaszcza krajów islamskich, rozpowszechnianie przez media, napawają lękiem. (...) Wszystko to okazuje się oczywiście bzdurą. Nigdzie chyba nie doznamy tak wielkiej otwartości, bezinteresownej życzliwości i gościnności jak w tych krajach."

Pięknie się czytało tę książkę, ponieważ jest szczera. Refleksje na temat odwiedzanych miejsc, przeplatane są anegdotami i opowieściami wywołującymi uśmiech. Reportaż ilustrowany jest mnóstwem fotografii, które tak jak lubię, są podpisane i znajdują się przy fragmencie, który ilustrują. Ta książka otwiera oczy na wiele aspektów życia, począwszy od tego jakie lęki przed nieznanym drzemią w naszych głowach, po bogactwo kulturalne wschodu, aż po ubóstwo wyobraźni polityków pragnących wycisnąć z ziemi wszystko to, co może przynieść im korzyść. Chociaż nigdy nie byłam w okolicach Morza Aralskiego, odczuwam smutek, że już go nie ma i że tak piękne miejsce zostało potraktowane instrumentalnie i z najwyższym okrucieństwem.

Cudna książka! Pięknie wydana. Nie przegapcie!

agaczyta.blox.pl agnieszka_kalus, 2013-08-03


Bartek Sabela był gościem tegorocznej krakowskiej edycji Festiwalu Trzy Żywioły, podczas którego miała miejsce premiera jego książki Może (morze) wróci. Wstyd przyznać (może usprawiedliwieniem będzie fakt, iż naukę geografii, i to w dość mocno okrojonym zakresie, zakończyłam w pierwszej klasie szkoły średniej), ale do tego czasu nie miałam pojęcia o zbrodni dokonanej na Morzu Aralskim. Bo jak inaczej nazwać unicestwienie ogromnego zbiornika wody, będącego źródłem utrzymania okolicznej ludności, siedliskiem wielu gatunków zwierząt i - wydawałoby się - stałego elementu krajobrazu zapewniającego klimatyczną równowagę?

W zrozumieniu tej absurdalnej sytuacji ma pomóc wymowny wstęp, w którym autor książki zarysował analogiczną sytuację, która mogła się zdarzyć na naszym rodzimym gruncie. Program zalania i zarybienia jednej czwartej części powierzchni naszego kraju w pierwszej chwili wydaje się zbyt szalony i nierealny by mógł zostać zrealizowany, jak pokazuje przykład Morza Aralskiego nie jest jednak pozbawiony podstaw. Okazuje się bowiem, że można ot tak, po prostu, wymyślić kolosalną bzdurę i wcielić ją w czyn, nie zważając na ryzyko jakie niesie ze sobą takie przedsięwzięcie. Nie trzeba odpowiednich warunków - można je stworzyć samemu. Skoro jest tyle nie wykorzystanej wody, nic nie stoi na przeszkodzie aby stworzyć system kanałów nawadniających plantacje bawełny. Uzbekistan będzie potęgą w dziedzinie produkcji włókna! Niestety, do produkcji jednego kilograma surowca, czyli ilości wystarczającej na wyprodukowanie trzech bluz lub dwóch par spodni, potrzeba od 17000 do 30000 litrów wody. A żeby wszystko działało jak należy system nawadniający musi być odpowiednio zaprojektowany, w przeciwnym razie... Tę smutną historię już znamy.

Może (morze) wróci to nie tylko suchy opis geograficznej i ekologicznej katastrofy, ale także barwne losy Uzbeków i Karakałpaków oraz miejsca, które zmieniły się wraz ze zniknięciem morza. W opowieści nie brak również odautorskiej refleksji na temat wpływu człowieka na otoczenie oraz turystyki w ogóle. Znane powszechnie przewodniki Lonely Planet, będące dobrodziejstwem dla opierających się na nich leniwych turystów, pomijając niektóre miejsca mogą wyrządzać szkodę tubylcom, odbierając im tym samym szansę zarobku. Sabela pisze także o biedzie, która stała się atrakcją turystyczną i swoich obawach w związku z fotografowaniem ludzi w takich krajach jak Uzbekistan. Nie chce nikogo poniżać posiadaniem drogiego sprzętu, czasami wręcz przewyższającego wartością cały dobytek napotykanych na swojej drodze ludzi.

W tej książce wszystko jest piękne. Prosta, wręcz minimalistyczna okładka, wspaniałe fotografie i grafiki oraz wymowna opowieść bez happy endu doskonale ze sobą współgrają. Chyba nie muszę dodawać, że zostałam oczarowana?

poczytajka.blogspot.com Iwona Poczytajka, 2013-06-24


„Może (morze) wróci” to zapis podróży do Uzbekistanu w celu ujrzenia jednej z największych tragedii ekologicznych naszych czasów – wyschnięcia Morza Aralskiego. Opowieść to ciekawa, wartka, pouczająca, a przede wszystkim – dogłębnie smutna.

Przyznam szczerze: podszedłem z rezerwą do tej książki. Moja podejrzliwość pojawiła się po kilku pierwszych stronach, na których autor przyznaje się do nieznajomości rosyjskiego. Oczywiście, w podróżowaniu po świecie znajomość języków nie jest obowiązkowa. Trudno wymagać, by znało się języki wszystkich odwiedzanych krajów – nie każdy jest Robertem Stillerem. Co więcej, są kraje, gdzie w dużej mierze angielski wystarczy – jak Indie. Ale warto chociaż znać główny język danego regionu – np. hiszpański w Ameryce Południowej. I właśnie rosyjski na byłym obszarze radzieckim.

Z prostego powodu – poznawczego. Język jest zawsze bramą do kultury danego kraju, ale dzięki dziedzictwu kolonializmu możemy za pomocą kilku języków europejskich znaleźć klucze do większości kultur na świecie. Tak jest właśnie w Azji Środkowej, gdzie rosyjski wciąż jest (jedyną) lingua franca, a nie mówiąc w nim traci się rzecz bezcenną, czyli rozmowy z ludźmi. A z nikim nie ma tak wspaniałych rozmów o życiu, Bogu i wszechświecie jak z ludźmi na (postradzieckim) Wschodzie. Nieznajomość z kolei powoduje, że bardzo trudno jest zrozumieć dany kraj, zdając się tylko na obserwacje, rozmowy z tą garstką mówiącą po angielsku bądź dadaistyczną komunikację przy pomocy kilku najprostszych słów.

Przez ten brak możemy zobaczyć kraj i niewiele zrozumieć – tak jak Tiziano Terzani , który opisywał Azję Środkową , w tym i Uzbekistan, w momencie rozpadu ZSRR. Nie znał on rosyjskiego i nie pił. Nic nie zrozumiał. Pamiętam, że czytałem jego „Dobranoc panie Lenin” z mieszaniną irytacji i współczucia. Biorąc do ręki „może/morze” bałem się, że będzie podobnie, no może nie aż tak źle, bo autora jednak o niepicie nie podejrzewałem. Na szczęście nie było!

Pochłaniałem tę książkę z rosnącą przyjemnością. Dobrze się to czyta, widać, że autor ma lekkie, przyjemne pióro, zaś książka należy do tej kategorii nielicznych dzieł opisujących atrakcyjnym językiem trudne sprawy. A do tego, mimo iż jest laikiem w kulturze i tradycji tego kraju, ma oko. Przykładowo jego opisy dekoracyjnych drzwi są przykładem na świetną obserwację. Tak, drzwi są niezwykle istotnym elementem kultury tego kraju – i właśnie drzwiom jest poświęcony jeden z najsłynniejszych obrazów Azji Środkowej („Drzwi Tamerlana” Wierieszczagina). Takich przykładów jest w tej książce więcej, a jako wielką zaletę należy autorowi oddać odświeżenie postaci Leona Barszczewskiego. No i jakoś barierę językową udało mu się pokonać, co świadczy, że jednak można, a przynajmniej Polak może. Bo autor ma taką rzadką już cechę, że mimo iż komuny nie pamięta, to ją jednak czuje – a jest to zdolność zamierająca, zaś na zachodzie kompletnie nieznana. O tym zaś, że sowieckość on rozumie, świadczy chociażby historia z dyrektorem w Czimganie, z którym zbratał się – jak się domyślam – nie powtarzając błędu Terzaniego.

Tak więc jest ogólnie dobrze, choć nie idealnie. Mógłbym trochę pomarudzić: życzliwie by była jasność – bo mi się tak książka podoba. „Morze/może” jest dobre, ale to nie Kapuściński, którego opis „nożyc śmierci i piękna” Samarkandy pozostaje nieosiągalnym ideałem metafory ilustrującej zwiedzane miejsce. Można by się też powadzić o niektóre tezy. Krytykowanie zamordyzmu uzbeckiego reżimu jest zasadne, ale bez przesady. Przy sąsiednim Turkmenistanie Uzbekistan to istna oaza demokracji. Zaś plucie Uzbeków jest doprawdy wręcz niezauważalne (a przede wszystkim niesłyszalne) przy symfonicznym charkaniu Chińczyków. To wszystko jednak zależy od skali porównawczej, ale to też wbrew pozorom niekoniecznie zarzut, bo autor już we wstępie pisze, że nie jest podróżnikiem. Ta skromność jest zaiste ujmująca, szczególnie na tle wysypu podróżniczych przemyśleń ludzi, którym się niewzruszenie wydaje, że są współczesnymi Magellanami i Livingstone’ami.

Książka jest atrakcyjna i dobrze się ją czyta, a gdy autor dojeżdża w końcu do swojego celu, robi się dojmująco smutna – i mądra. Podsumowanie tematu wyschnięcia Morza Aralskiego jest najmocniejszą merytorycznie częścią całości. Jest dowodem na to, że autor nie tylko tam pojechał, fajnie spędził czas i się dobrze bawił, ale jeszcze wiele zrozumiał. Dzięki temu Sabela jest potwierdzeniem tezy Konfucjusza, iż „lepiej raz zobaczyć, niż sto razy przeczytać”. „Morze/może” jest dowodem na to, jak należy mówić o trudnych sprawach w atrakcyjny sposób. Warto po nią sięgnąć, by usłyszeć historię ludzkiej pychy, najlepiej symbolizowanej przywoływanymi przez autora słowami Chruszczowa o Morzu Aralskim. „Nie wyschnie. A nawet jeśli, to trudno”. Dzięki książce Sabeli poznamy przerażające skutki takiej postawy. Ujrzymy ludzi, którzy wciąż wierzą, że „Morze wróci”. I zrozumiemy, dlaczego nie wróci.

mojeopinie.pl Michał Lubina


Tylko tego morza żal

Po nas choćby potop – to słynne powiedzenie, przypisywane Madame de Pompadour, kochance Ludwika XV, doskonale pasuje również do Nikity Chruszczowa i jego światłych planów przemiany Uzbekistanu w kraj rolnictwem stojący. Zapoczątkowany w latach trzydziestych XX wieku program Ziemie dziewicze zakładał wykorzystanie dwóch dopływów Jeziora – Amu-darii na południu oraz Syr-darii na północy, do irygacji pól.

Kolonizację stepów Azji Środkowej, szczególnie Kazachstanu w celu przemiany ich w pola uprawne, a także kolejny pomysł władzy – uprawę bawełny na niespotykaną skalę na terenach Uzbekistanu, Turkmenistanu i Kazachstanu nie tylko można nazwać przejawem krótkowzroczności, ale wręcz głupoty. W wyniku tych działań jezioro, nazywane „Morzem Aralskim”, w czasach świetności liczące sobie 428 km długości i 234 km szerokości, stało się tylko wspomnieniem. Zniszczenie całych ekosystemów, dziesiątek gatunków zwierząt i złamane życie ludzkie - oto efekt działań, uznawanych za przyczynę największej katastrofy ekologicznej na świecie.

Dziś ten pomnik ignorancji władzy, przestrogę dla potomnych oraz dowód na to, do czego może doprowadzić prymitywny sposób melioracji, odwiedzamy dzięki autorowi wciągającej książki podróżniczej Może (morze) wróci, opublikowanej nakładem wydawnictwa Bezdroża. Bartek Sabela zawodowo zajmuje się architekturą i – jak sam zastrzega – nie jest podróżnikiem. Przed wizytą w Uzbekistanie celem jego wypraw była wspinaczka i dopiero intrygujące zdjęcie w jednym z magazynów - wielbłąd spacerujący obok kutra rybackiego, stało się bodźcem do tego, by wyruszyć w niezapomnianą wyprawę do kraju, gdzie egzotyka Jedwabnego Szlaku styka się z dziedzictwem radzieckiej myśli technicznej. W książce nie została zachowana chronologia całego przedsięwzięcia, ale też i nie ona ma tu znaczenie. Otrzymujemy bowiem pozycję, która ujmuje esencję tego niezwykłego i nieodkrytego jeszcze przez turystów kraju. Kraju, w którym wspaniałe zabytki stykają się z betonowymi placami i monumentalnymi „budynkami w służbie władzy”, a za ozdobnymi fasadami, iluzją wielkich i kosmopolitycznych miast z butikami Dolce Gabbana, czają się slumsy i skrajna bieda.

(…) Jadę zobaczyć Morze Aralskie. Jadę zobaczyć coś, w co trudno uwierzyć, gdy się o tym czyta i gdy się to ogląda na zdjęciach. Jadę zobaczyć, do czego są zdolni ludzie pozbawieni wyobraźni – pisze autor, zabierając czytelników w podróż, podczas której przemieszczał się na północny Zachód w kierunku Morza Aralskiego, przez miasta dawnego Szlaku Jedwabnego oraz miasta-widma.

Swoją literacką przygodę rozpoczynamy w Taszkencie, chociaż w rzeczywistości był to ostatni przystanek autora. Podziwiamy spektakularny „sowiecki” styl zabudowy, który zepchnął w niepamięć stare uzbeckie miasto z typową zabudową. Trzęsienie ziemi w 1966 roku ułatwiło działania nowej władzy, lubującej się w modernistycznych gmachach. Odwiedzamy kolejne miasta, stanowiące kolebkę historii, którą siłą próbuje usunąć nowoczesność. Tropimy również absurdy Uzbekistanu, takie jak (występujący również w innych krajach regionu) obowiązek meldunkowy, tzw. registracja. Przeliczać będziemy także niezliczone ilości obowiązującej waluty (sum uzbecki) na dolary, rozgościmy (choć to za dużo powiedziane) się również w jednym z hoteli w Czimgan, leżącym 100 km na wschód od Taszkentu, gdzie będziemy jedynymi gośćmi!

Przekonamy się również, jak życzliwi potrafią być rdzenni mieszkańcy i jak zabawne sytuacje mogą wyniknąć, kiedy do Uzbekistanu jedzie Polak znający język angielski, niemal nieznany wśród miejscowych. Odwiedzimy z autorem również okoliczne bazary. Chcesz zobaczyć prawdziwych Uzbeków, przekonać się, jak żyją, jak rozmawiają, jacy naprawdę są? Zapomnij o zabytkach, zostaw mauzoleum Szach-i-Zinda (…) i idź na bazar kupić choćby arbuza – pisze Bartek Sabela, wspominając swoje wizyty na bazarze Siab (Samarkanda), gdzie przeszedł prawdziwą „próbę ognia”, na bazarze Czorsu (Taszkent) oraz na bazarze w Nukusie.

Może (morze) wróci to pozycja, którą pochłania się łakomie, sycąc oczy zamieszczonymi zdjęciami i puszczając wodze wyobraźni. Autor, ukazując różnice (ale i podobieństwa) pomiędzy Wschodem a Zachodem, zwraca uwagę czytelników na rzeczy warte zobaczenia, poznania, na fasadę, wytrwale utrzymywaną przez aparat władzy, za którą kryją się wstydliwa bieda i brud, a także na kwestie związane z ekologią. Wszystko to sprawia, że podróż z Bartkiem Sabelą jest tą, którą chce się powtórzyć w rzeczywistości. I tylko tego morza, morza żal…

granice.pl Justyna Gul


Uzbecki Aral-kum oznacza “pustynię aralską”. Niby nic dziwnego, przecież w tym rejonie są również inne pustynie jak Kyzył-kum i Kara-kum. Cały ambaras jednak w tym, że słowo “Aral” powinno się raczej kojarzyć z wodą niż z piaskiem.

Aral-kum powstał przy niechlubnym udziale ludzi, którzy czwarte największe jezioro Ziemi zamienili w pustynię. A wszystko zaczęło się w czasie zimnej wojny i wielkiej rywalizacji między ZSRR a USA. Ci pierwsi postanowili, że z pustynnego Uzbekistanu uczynią największego producenta bawełny na świecie. Udało im się pomimo tego, że bawełna jest rośliną dość wymagającą, jeśli chodzi o wodę. No a skąd wziąć wodę na pustyni? Z rzeki oczywiście. No a jak nie ma rzeki na pustyni, to trzeba ją przetransportować kanałami i już.

Aby nawodnić ogromne obszary uprawne, radzieccy inżynierowie zbudowali kilometry kanałów irygacyjnych, ale jak to w sojuzach, były one robione w pośpiechu i bez odpowiedniego uszczelnienia. Każde dziecko wie, że doprowadzi to do ogromnego marnotrawstwa wody – tylko kto by się tym przejmował, gdy trzeba wykonać plan i stać się największym producentem bawełny na świecie (do dzisiaj w Uzbekistanie są powszechne obowiązkowe zbiory bawełny, w okresie których brakuje nawet połączeń autobusowych, gdyż wszystkie pojazdy są zmobilizowane do dowożenia ludności na pola uprawne).

Nim ktokolwiek się obejrzał, Morze Aralskie zniknęło, ponieważ wody z Amu-darii oraz z Syr-darii docierającej do celu było po prostu zbyt mało – bawełna była priorytetem. Pustynnienie w takim klimacie przebiegało w ekspresowym tempie, a silne wiatry roznosiły po całej okolicy używane w uprawach pestycydy. To co zostało z Arala jest więc dodatkowo zanieczyszczone i zasolone.

Ludzie – tysiące straciły pracę, bo brzeg jeziora przesunął się o setki kilometrów. Ryby – zniknęły. Miasta – wyludniły się.

Czy może być gorzej? Otóż może. Radzieccy wojskowi upatrzyli sobie bowiem Wyspę Odrodzenia (Wozrożdienija) jako idealne miejsce na poligon broni biologicznej – testowano tam najtajniejsze z tajnych i najstraszniejsze ze strasznych techniki unicestwienia USA przy pomocy dżumy lub wąglika. Gdy ZSRR się rozpadł, poligon popadł w zapomnienie. Do czasu, gdy na początku 2000 roku Wyspa Odrodzenia nie połączyła się z lądem i na wszystkich padł blady strach, bo przypomniano sobie o pierwotnym przeznaczeniu tego miejsca. Koniec końców trzeba było zabezpieczyć i zneutralizować ponad 100 ton pozostawionego tam wąglika…

Ta smutna historia kryje się w pięknie wydanej książce Bartka Sabeli. Szczególną uwagę warto w niej zwrócić na interesujące zdjęcia, których jest tutaj pod dostatkiem i które sprawiają, że pomimo wszystko chce się obrać kierunek na Samarkandę.

www.obuszki.wordpress.com obuszki, 2013-06-02


Na większości map na granicy Kazachstanu i Uzbekistanu znajduje się duża niebieska plama. Morze Aralskie. Jeszcze pięćdziesiąt lat temu było dumą tamtego regionu, popularnym miejscem wakacji i źródłem utrzymania dla okolicznych mieszkańców.

Niestety pojawił się Nikita Chruszczow. Typowy cwany, ale głupi i prymitywny chłop, jakich w Rosji na pęczki. Niestety ten konkretny był przywódcą wielkiego supermocarstwa, którego władza sięgała również nad Morze Aralskie. Ten oto Chruszczow podczas wizyty w USA zachwycił się wielkimi polami bawełny w USA i postanowił stworzyć takie u siebie. Nic to, że na pustyni. Nic to, że bawełna to jedna z roślin uprawnych, które wymagają najwięcej wody. W końcu w Morzu Aralskim marnują się hektolitry wody. A skoro partia każe, trzeba robić.

Nieudolne systemy irygacyjne, które marnowały więcej wody niż dostarczały, stworzyły w Uzbekistanie wielkie pola uprawne. Jednak Morze Aralskie, odcięte od dopływającej wody, zaczęło się zmieniać w zasoloną pustynię. Dziś na zdjęciach satelitarnych z Google Maps możemy zaobserwować trzy karłowate zbiorniki wodne i wielką białą plamę, martwą skorupę soli, w którą zmieniło się dawne morze.

Morze Aralskie jest motywem przewodnim książki Bartka Sabeli. Autor, jak sam przyznaje, jest fanem wspinaczki i wyprawa do Uzbekistanu była jego pierwszą podróżą od wielu lat, której celem nie było pokonywanie kolejnych ścian skalnych. Celem jego podróży jest właśnie Morze Aralskie, ale książka "Może (morze) wróci" opisuje całą jego drogę po Uzbekistanie, której wizyta nad słoną pustynią Aralską jest kulminacją.

Sabela zręcznie maluje przed nami obraz kraju egzotycznego i pełnego kontrastów. Z jednej strony sąsiad Afganistanu, państwo policyjne, dyktatorskie, ubogie. Z drugiej pełni optymizmu, przyjaźni ludzie. Kraj sztuczny, utworzony przez sowieckich planistów, w którym żyją często skonfliktowane narody. A przy tym złączony islamem, choć zupełnie odmiennym od fanatycznego i nieprzyjaznego islamu rodem z sąsiedniego Afganistanu.

Sabela nie zna rosyjskiego, a większość Uzbeków angielskiego. Często więc opisywane przez niego spotkania z Uzbekami są dość komiczne. Jednak wystarczy powiedzieć, że jest się z "Polszy", a miejscowi od razu się rozpromieniają. Świetnie znają polskie słodycze, "Czterech Pancernych i Psa", a nasi rodacy, których rzuciła tam zawierucha II wojny światowej zostawili po sobie dobre wspomnienia.

Opisy Uzbekistanu fascynują i wciągają. Zupełnie inna mentalność, przejawiająca się choćby w zupełnym braku pośpiechu, kompletnym lekceważeniu porządku czy specyficznym podejściu do bezpieczeństwa transportowego często są dla Europejczyka po prostu nie zrozumiałe. Kolorytu dodają książce liczne znakomite zdjęcia oraz własnoręczne szkice autora, z zawodu architekta i grafika.

Kulminacją jest właśnie Morze Aralskie. Historia ludzi, którzy niegdyś byli rybakami, a teraz mieszkają setki kilometrów od brzegu. Zdjęcia wielkich statków leżących na burcie w głębi lądu. I niepokojące opowieści o odizolowanym tajnym laboratorium mikrobiologicznym na jednej z wysp z czasów sowieckich, która wyspą już być przestała.

Szkoda tylko, że opowieść Sabeli jest taka krótka. Odliczając zdjęcia i rysunki ma zaledwie ok. 150 stron. Warto jednak dać się porwać autorowi na podróż po stepowym, ale jakże kolorowym Uzbekistanie. Ja dzięki tej książce uświadomiłem sobie jak mało w gruncie rzeczy wiem o ogromnym obszarze świata. I jak niewiele widziałem. Aż ma się ochotę zacząć pakować plecak.

Lubimy Czytać Krzysztof Krzemień, 2013-05-28


Jakiś czas temu Bartek Sabela przeczytał w gazecie krótką notkę o skutkach uprawy bawełny w Uzbekistanie. Zainspirowało go to do podróży, na końcu której odkryje co zostało z morza Aralskiego - kiedyś czwartego co do wielkości jeziora na ziemi.

Zabiera nas w podróż po kraju-atrapie, gdzie życie kryje się za lśniącą fasadą. Kraju, w którym bogactwem były ryby ale podczas zimnej wojny Chruszczow zdecydował, że będzie na uzbeckiej pustyni sadzić bawełnę – żeby prześcignąć Stany. Kraju, który przez setki lat nie istniał, pomimo tego, że przez jego teren prowadził jedwabny szlak. Historia jest tu tylko tłem do opisu samej podróży. Sabela, jak sam przyznaje, do tej pory jeździł się wspinać: to chyba jego pierwsza podróż z plecakiem, w którym zamiast raków jest Lonely Planet (co autor zresztą potrafi dobrze skomentować). Książka świetnie oddaje pierwsze zetknięcie ze światem Azji: jej inną logiką, odmiennym spojrzeniem na świat, które może prowadzić do nieporozumień, ale które równie dobrze może pozwolić odkryć coś nowego, ciekawego, jakiś mały podróżniczy skarb. Od początku wiemy, że morze znika. Że przez kanały nawadniające pola bawełny wyschło 4/5 powierzchni jeziora (z czwartego miejsca pod względem powierzchni spadło na szesnaste). Że, kiedyś pełne życia, wioski rybackie dziś stoją na pustyni, a kutry brzuchami rysują piasek. Ale czytamy, bo chcemy wiedzieć, jak to się stało. I czy to się ‶odstanie” Na samym końcu autor zdradza jeszcze jedną tajemnicę morza Aralskiego – o niej samej można by napisać oddzielną książkę.

Bardzo dużo w tej książce zdjęć, ale największe wrażenie i tak robią zdjęcia satelitarne sprzed pięćdziesięciu lat porównane z tymi sprzed roku. Ludzka pazerność naprawdę nie zna granic.

Oprócz samej historii morza interesowało mnie, jak architekt będzie opisywał architekturę. Nie rozczarowałam się – opisy miast i ich zabudowy są bardzo plastyczne, od razu budują w głowie obraz miejsca. Kiedy czytam o zachodzie słońca nad glinianą Chiwą, czuję że to ja siedzę na rozgrzanych murach i patrzę, jak pustynia zamienia się w złoto. Dużo tu wrażliwości na szczegóły i detale – nie tylko w architekturze.

Sabela ma lekkie pióro: książkę dobrze się czyta (i nawet powtórzenia całych tematów i opisów obrazów aż tak bardzo nie przeszkadzają). Dużo tu też szczerości i dystansu do samego siebie. Ale największe wrażenie zrobiła na mnie właśnie wrażliwość autora. Wyczulenie na to, co kryje się pod spodem, na nierówność, na sztuczność. I spostrzegawcze oko, które prowadzi za mury.

Jedyne czego brakuje to więcej rozmów z ludźmi. Autor od początku podkreśla, że nie mówi po rosyjsku (choć to się zmienia z każdym dniem), więc rozmowy są sporadyczne, przypadkowe. Ale gdyby znalazło się trochę więcej głosów odnośnie samego Arala to książka byłaby jeszcze silniejsza. Aż się prosi, żeby zrobić z tego tematu książkę reporterską.

smakpodrozy.com 2013-05-28


Bartek Sabela zabiera czytelników w podróż do Uzbekistanu - kraju, o którym wiemy niewiele lub prawie nic. Natomiast mieszkańcy tego kraju darzą Polaków wielką sympatią, o czym przekonał się autor książki, podróżując po tych rozległych, pełnych historii miejscach.

Ale nie była to wycieczka krajoznawcza. Autor pojechał tam, by zobaczyć resztki cofającego się Morza Aralskiego, które tak naprawdę było gigantycznym jeziorem – trzecim co do wielkości na świecie. Teraz pozostało po nim niewielkie, nieporównywalne z monumentalnym morzem, jeziorko. Oczywiście naturalnym zjawiskiem w przyrodzie jest to, że rzeki zmieniają swój bieg, jeziora znikają, morza powiększają swoją linię brzegową. W przypadku jednak Aralu zadziałała ludzka pycha, chęć zysku, brak umiejętności przewidywania i jakichkolwiek odruchów proekologicznych. Za ekologiczną klęskę odpowiedzialny jest sam Nikita Chruszczow, który po odbytej w latach pięćdziesiątych podróży po Stanach Zjednoczonych powrócił z ideą przekształcenia południowej, słabo zaludnionej prowincji swojego imperium w zagłębie bawełny. "Białe złoto", bo tak nazywa się bawełnę, miało płynąć z Uzbekistanu na cały świat. Tylko jak zasadzić uwielbiającą wodę roślinę na środku pustyni? Cóż za problem - weźmy wodę z Aralu! Po co komu gigantyczne jezioro, nazywane morzem? Niech zasila uprawy.

W ciągu kilku lat przesiedlono mieszkańców z rybackich miejscowości, wykarczowano lasy, zbudowano kanały nawadniające, wyrównano teren. Wszystko pod złotodajne uprawy. Z czasem faktycznie produkcja bawełny zaczęła rosnąć. Pochłaniała ona, co prawda, hektolitry wody, ale któż by się tym przejmował? Wszyscy obywatele w okresie zbiorów zostali zobowiązani do pomocy. Rekwiruje się do dziś autobusy i ciężarówki do przewozu bawełny, którą zbiera się ręcznie, by uniknąć zanieczyszczeń.

Tymczasem do Morza Aralskiego trafiało coraz mniej wody z zasilających je rzek. Woda wsiąkała w pustynię, zasalając ją i czyniąc tym samym jałową. W miejscu tętniącego jeszcze trzydzieści lat temu życiem morza jest teraz martwa pustynia. Wielbłądy przechadzają się pomiędzy opuszczonymi wrakami kutrów rybackich.

Książka Bartka Sabeli pokazuje, że nasza działalność, "branie ziemi w posiadanie", nie zawsze odnosi pożądany skutek. Autor pyta na koniec: Czy w naszej pysze i arogancji nie pogubiliśmy się nieco, planując tę "ziemską inżynierię", bawiąc się w stwórcę? Czy jesteśmy w stanie przewidzieć konsekwencje tak znaczących ingerencji w naturę? Stawka w tej grze jest bardzo wysoka.

Autor stara się także pokazać swoiste różnice między Wschodem i Zachodem. Uzbekistan jest doskonałym przykładem tego, że człowiek z Zachodu wrzucony we wschodnią rzeczywistość musi się pozbyć wszystkich stereotypów, uprzedzeń i przyzwyczajeń. I przede wszystkim pokonać swoją nieufność. Szczególnie zabawne (w naszym, zachodnim mniemaniu) są opisy uzbeckich hoteli i sposobów załatwiania spraw w urzędach. Zdumienie budzi kompletne ignorowanie przez rząd zjawiska inflacji, co powoduje, że banknoty liczy się niemalże na wagę. Wymiana kilku dolarów na uzbeckie sumy wiąże się z noszeniem całego plecaka wypełnionego banknotami. Bartek Sabela zauważa także, że nowe, liczące zaledwie dwadzieścia lat państwo, z uporem stara się wyglądać na piękne i nowoczesne poprzez budowanie monumentalnych budowli, do których nie można wchodzić i które mają zasłaniać slumsy.

Dzięki licznym zdjęciom i sprawnej narracji książkę czyta się z wielką przyjemnością, dowiadując się przy tym wielu nowych, interesujących rzeczy o tym odległym i niezmiernie ciekawym, jak się okazuje, kraju.

granice.pl Katarzyna Krzan


Można nie być podróżnikiem, a wyprawić się w odległe miejsca. Można nie być dziennikarzem ani pisarzem, a napisać piękną książkę o niezwykłych wydarzeniach. Takie rzeczy się zdarzają, potwierdzając tezę, że i w podróżowaniu, i w tworzeniu najważniejsze są odwaga i wrażliwość.

Historia Morza Aralskiego jest jak bajka o żelaznym wilku. Trudno uwierzyć, że byto morze (a właściwie ogromne jezioro) i zniknęło. W dodatku z powodu ludzkiej głupoty i bezpowrotnie. Los tego położonego w Uzbekistanie zbiornika symbolizuje szaleństwo XX wieku: jest w tym bezmyślna działalność ludzi w systemie totalitarnym, nieliczenie się ze społeczeństwem, poczucie wszechmocy władców i bezradność narodów, bezkarna mania wielkości i bezsensowna ofiara z przyrody. A wszystko gdzieś na krańcu świata, w głębi dawnego sowieckiego imperium, w otchłani postradzieckich państw Azji Środkowej, gdzie dyktatura funkcjonuje w demokratycznej masce. Tak daleko, że wydaje się nas nie dotyczyć. A jednak ta historia, wstrząsająca i magiczna zarazem, szczęśliwie zafascynowała Bartka Sabelę, architekta, projektanta, wspinacza. Do tego stopnia, że postanowił pojechać i sprawdzić, jak wygląda morze zamienione w pustynię i jak żyją ludzie, których świat zniknął w efekcie kaprysu władcy. Dzięki tej podróży powstała piękna książka, i to piękna na wielu poziomach. Uwodząca spokojną narracją i łotrzykowskim poczuciem humoru. Poruszająca wrażliwością na spotykanych ludzi i miejsca. Wciągająca intelektualną ciekawością wydarzeń, procesów, historii. Świeża, autentyczna i bezpretensjonalna. A w dodatku sprawiająca przyjemność formą: projektem graficznym i zdjęciami. Po jej lekturze zapewne tłumy nie ruszą nad Morze Aralskie, do Uzbekistanu, ale nie o to chodzi. Już lektura „Może mo(R)że wróci" Sabeli jest wspaniałą podróżą.

Voyage 2013-06-01


Do czytadeł podróżniczych mam dwojaki stosunek - z jednej strony jest to obok klasyki czy książek kulturoznawczych podstawowa moja lektura. Przyznam się, że jeśli chodzi o inne gatunki mam dość marne pojęcie, co ostatnio jest na topie, wstyd, wstyd, magister polonistyki powinien mieć trochę lepsze pojęcie, co się dzieje w światku literackim... W każdym razie literaturę podróżniczą śledzę z nastawieniem do niej bardzo różnym, bo z jednej strony bardzo lubię czytać o poznawaniu i przeżywaniu podróży, z drugiej - odrobinę jestem ostatnimi czasy zmęczona książkami w stylu: "Byłem, zrobiłem, dokonałem, zrobiłem kilka fotek, pojechałem stąd tam". Literatura podróżnicza jest w ogromnym stopniu egocentryczna, co toleruję w dużym stopniu (jako autor podróżniczego bloga nie mam w sumie nic do gadania), ale często brak w niej czegoś więcej niż "Poszedłem, zobaczyłem, ja zrobiłem, ja pojechałem, ja zjadłem".

I tu miła niespodzianka. Czytadło niewątpliwie, książka, która nie jest i raczej nie będzie klasyką, ot, miło się ją wchłonęło. "Może (morze) wróci" miałam w rękach już tu, w Niemczech, i to w wersji elektronicznej, a wersje elektroniczne z reguły raczej ciężko mi się wchłania. Tymczasem ten krótki kawałek o Uzbekistanie przeczytałam bardzo szybko i z dużą sympatią do autora.

To chyba podstawowa kwestia, która bardzo rzadko mi się zdarza przy czytaniu tego typu książek - stwierdzenie, "No żesz, lubię gościa, który to napisał". Pokora wobec własnej podróżniczej nieporadności, zachwyt nad otaczającą rzeczywistością i tym podobne odczucia są być może czasem odrobinę przerysowane, ale ogólne nastawienie autora do tego, co widzi, słyszy i czuje są mi bardzo bliskie. Scena, w której zastanawia się, czy wypada robić zdjęcia biedakom na uzbeckiej ulicy przypomina mi wiele scen, kiedy z niepewnością wyciągałam aparat wśród Romów kosowskich (i nigdy nie zapomnę przedstawiciela szwajcarskiej ambasady, który owych Romów ustawiał do zdjęcia niczym małpki w cyrku). Materiał informacyjny podany w nieco encyklopedycznej formie, ale - jak mówiłam - wciągnęłam książkę dość szybko, więc aż tak bardzo to nie przeszkadza. I cudowne wtręty o niewolnictwie wobec Lonely Planet. Przyznać muszę, że wciąż zdarza mi się korzystać z tego vademecum turysty "alternatywnego", ale staram się to robić w jak najbardziej ograniczonym stopniu, żeby nie wpaść w te same pułapki, co autor.

Tymczasem książka jest o Morzu Aralskim i katastrofie ekologicznej tamże. Ale tak naprawdę jest o wyprawie nie-podróżnika do Uzbekistanu. Fajnie przeczytać książkę podróżniczą napisaną przez kogoś, kto przyznaje otwarcie, że podróżnikiem nie jest, bo, cóż, dość często powtarzam otwierający cytat ze "Smutku Tropików" - Nienawidzę podróży i podróżników. Przyjemne coś innego. Przyjemne, bo nienapuszone i nieudające niczego, czym ta książka nie jest. Na całe szczęście nie epatuje ekologicznym podejściem, nie narzuca niczego, ot, wspomnienia gościa, którego zaciekawił kraj, ludzie i historia umierającego jeziora.

Inna rzecz, że Uzbekistan jest gdzieś tam na mojej liście "chciałabym zobaczyć". Jakoś nie spieszy mi się w tamte strony mimo magii nazwy Samarkanda, bo wciąż przerażają mnie wizy, meldunki i inne formalności związane z tego typu podróżami, które ciężko odbyć spontanicznie. Od czasu do czasu mi się to zdarza, a że mam tam znajomą, to kiedyś trzeba się pewnie wybrać...

swojadroga.blogspot.com Gosia Drewa, 2013-04-30


Natura zgadnie z definicją nie uwzględnia działania ludzkiego. Wszelkie jej twory pozbawione są ludzkiej ingerencji, od wieków radząc sobie w naturalny sposób. Ludzie jednak mają się za istoty wszechwiedzące i często zakłócają to, co od wieków idealnie funkcjonuje, nie zważając na możliwe konsekwencje swych działań. Taka właśnie ingerencja spotkała Jezioro Aralskie. Na skutek ludzkiej chciwości i chęci udowodnienia potęgi ZSRR, szóste co do wielkości jezioro na świecie zaczęło powoli znikać, doprowadzając do jednej z największych katastrof ekologicznych naszych czasów. Od lat 60tych poziom wody w Aralu zaczął systematycznie opadać, a jezioro znikać, aby w 2009 roku osiągnąć zaledwie 1/5 swojej pierwotnej wielkości. Wszystko za sprawą "białego złota" - bawełny i chęci stworzenia na terenie Uzbekistanu ogromnych pól uprawnych tego drogocennego surowca. Dwie rzeki zasilające Aral, czyli Amu-daria i Syr-daria zaczęły służyć jako główne źródło wody dla kanałów irygacyjnych, nawadniających pola uprawne. Kanały budowane naprędce okazały się w wielu miejscach nieszczelne, dlatego duży procent wody, zamiast rzeczywiście nawodnić, bądź też trafić do jeziora po prostu wyparowywał. W ten sposób człowiek bezpowrotnie zniszczył to, co natura stworzyła, pozbawiając życia tysiące stworzeń żyjących w wodach Aralu oraz skazując ogromną liczbę ludzi trudniących się rybołówstwem i żyjących z tego co morze przyniesie na biedę i żywot bez nadziei.

"Coś jest nie tak, coś dziwnego unosi sie w powietrzu. To ten zapach. Morze Aralskie... śmierdzi. Stężenie soli w samej wodzie, powietrzu i błocie jest tak ogromne, że czuć je w nozdrzach. Dziwna, niepokojąca, martwa, trupia wręcz woń. Patrzę na ogromne cielsko umierającego organizmu rozłożone przede mną. Chyba nigdy w życiu nie widziałem niczego bardziej martwego i pozbawionego nadziei. To przerażające. Stoję po kolana w wodzie i jest mi głupio. Nas, ludzi, nie powinno tu być."

Historia Morza Aralskiego dla autora staje się pretekstem do podróży po Uzbekistanie, kraju z pozoru demokratycznym, jednak od lat rządzonym z dyktatorskim zapędem przez Isloma Karimova. Wraz z Bartkiem Sabelą zwiedzamy więc kolejne miasta. Stolicę Taszkent, gdzie piękne fasady stworzone aby cieszyć oczy potencjalnego turysty i prezydenta, zasłaniają biedę i ubóstwo przeciętnego mieszkańca. Samarkandę, czyli jedno z najważniejszych miast dawnego jedwabnego szlaku, z przepiękną zabudową sięgająca XIV wieku, jednak podobnie jak w przypadku Taszkentu, władze pozwalają turystom zobaczyć tylko to co w ich mniemaniu nadaje się do pokazania. Trochę inaczej jest w Bucharze, gdzie zabytki w naturalny sposób mieszają się z tradycyjnymi zabudowaniami. Bartek Sabela powoli przemieszcza się w kierunku umierającego morza, ukazując nam Uzbekistan o jakim pewnie wielu z nas nie miało pojęcia, gdzie zarówno miejsca jak i ludzie warci są odwiedzenia i poznania.
"Może (morze) wróci" to pozycja, która wciąga czytelnika od pierwszych stron. Genialna okładka, prosta kolorystycznie z powoli znikającymi literami, świetne jakościowo zdjęcia obrazujące trasę podróży autora i bardzo dobry tekst, to tylko niektóre czynniki powodujące, że książka Sabeli okraszona w wielu miejscach dużym poczuciem humoru nie pozwala nam się od siebie uwolnić. Jednocześnie budzi refleksję, nad tym jak ludzka bezmyślność i bawienie się w stwórcę może bezpowrotnie zniszczyć to, co od lat funkcjonowało zgodnie z zegarem natury.

Gorąco polecam!

magiaksiazki.blogspot.com Isabelle, 2013-04-16


Dziwna, niepokojąca, martwa, trupia wręcz woń. To przerażające. Stoję po kolana w wodzie i jest mi głupio. Nas, ludzi, nie powinno tu być-tak Bartek Sabela opisuje w „Może (morze) wróci" pierwsze spotkanie z Jeziorem Aralskim. W miejscu tym powinno być głębokie morze. Ale go nie ma. Dlaczego Bo wyparowało! Nie samo jednak. Pomógł mu w tym chory pomysł człowieka, wizja gigantycznych plantacji bawełny nawadnianych wodą- płynącą kilometrami kanałów-z Amu-darii i Syr-darii. - Nie wyschnie. A jeśli wyschnie, to trudno - miał rzec Chruszczow, gdy przyjechał do Mujnaku, wtedy portu nad Aralem. Partactwo budowniczych sprawiło, że tylko niewielka część wody docierała do plantacji bawełny, białego złota Uzbekistanu. Ziemia stawała się jałowa, zatruta pestycydami, zaś morze, pozbawione dopływu wody, ginęło. Wiatry, które niosą pył z nowej pustyni, mogą nieść także zagładę. Na Wyspie Wozrożdienija Armia Czerwona testowała bowiem śmiercionośną broń biologiczną... Wstrząsający opis skazanego na zagładę morza to część uzbeckiej rzeczywistości. Z Sabelą zaglądamy też do Taszkentu, Samarkandy, Bucha ry, Chiwy, a także Nukusz niezwykłym Muzeum Sztuki. Warto również zwrócić uwagę na piękne zdjęcia, także Jeziora Aralskiego z lat 1960 i 2012 (dają obraz katastrofy) oraz interesujące rysunki autora. I tylko pomyśleć, że nie byłoby wspaniałego reportażu, gdyby nie fotograf ia -inspiracja dla Sabeli do podróży-wielbłąda przechodzącego w pobliżu zatopionego w piasku kutra rybackiego. „Może..." czyta się doskonale.

Dziennik Polski DMA, 2013-05-04


Na mapach wciąż widnieje, choć w rzeczywistości zamieniono je w jałową pustynię. Co stało się z Jeziorem Aralskim Do czego prowadzą niszczycielskie pomysły człowieka Bartek Sabela opisuje dramatyczną historię miejsca i żyjących tam ludzi.

PODRÓŻE 2013-05-01


Wielu wędrowców poznających świat szlakami dalekimi od masowej turystyki zagląda nad brzegi największego jeziora świata. Kiedyś największego, bo po najgłupszych eksperymentach gospodarczych, jakie na trwale pokaleczyły ziemię, Jezioro Aralskie znika. Jest bolesnym dowodem bezmyślności człowieka, któremu zdaje się, że jest w stanie bezkarnie zmieniać nurty rzek i przekształcać pustynię w złotonośne pola bawełny. Człowiek jest w stanie to zrobić, ale nie bezkarnie.

Relacja z wyprawy do Uzbekistanu, środkowoazjatyckiej satrapii z radzieckim rodowodem nie zapowiadała się najlepiej. Autor, człowiek o talentach wielu, nie znając języka (tu: rosyjskiego) z dużą beztroską potraktował swą podróż. Jednak niemal z każdym rozdziałem rośnie szacunek do jego inteligencji, rzeczowości opisu, spostrzegawczości godnej najlepszych reporterów oraz fachowości. Będąc z wykształcenia architektem, zwracał uwagę w opisie i znakomitych fotografiach na detale, które zwyczajny wędrowiec zignoruje. Książka opowiada o wędrówce po ciekawych uzbeckich zakątkach (m.in. Samarkanda, Buchara, Chiwa). Aral jest „bohaterem" opisu ledwie dwudniowej wycieczki setki kilometrów w głąb pustyni, jednak wrażenie tego czasu spędzonego nad wysychającym morzem wywiera w Czytelniku efekt głęboko poruszający.

Autor, mimo pozornie „luzackiej" konwencji, przygotował się do podróży solidnie, czemu dał wyraz w rozdziałach gęstych od informacji, przybliżających polskiemu Czytelnikowi podstawową wiedzę na temat Uzbekistanu, jego dziejów i współczesności, a także stosunku do Polaków, religii i życia codziennego. Rysunki własne i liczne własne fotografie czynią z tego reportażu swoisty, subiektywny diariusz podróży po środkowoazjatyckich bezdrożach. Spora dawka humoru, sprawny język i dynamiczna narracja czynią z książki atrakcyjnego partnera w lekturze, zaś aktualne informacje związane z planowaną podróżą do Uzbekistanu pomogą w fachowym jej przygotowaniu.

Tygodnik Angora Ł. AZIK, 2013-04-28


Na tę książkę czekałam z ogromną niecierpliwością, od momentu gdy wysłuchałam prelekcji Barta Sabeli, na Festiwalu Slajdów Podróżniczych w Katowicach.

Ilość wrażeń i emocji, jakie towarzyszyły mi podczas lektury, były tak potężne, że właściwie chciałabym zakończyć moją recenzję w tym momencie i poprosić każdego z Was o przeczytanie wyjątkowej pozycji jaką jest „Może morze wróci”.

(…) mija tydzień (…)

Spoglądam na jedną z piękniej wydanych książek podróżniczych jakie czytałam do tej pory (opracowanie graficzne, papier, odcienie, zdjęcia w całkowitej harmonii z tematyką) i mam wyrzuty sumienia, że nadal nie udało mi się napisać recenzji.

W odpowiedzi trafiam na niedzielną audycję radiową z Bartkiem Sabelą!

Ponownie przenoszę się do Uzbekistanu- dźwięki, krajobrazy, smak soli, pomieszany z ziarenkami piasku w moich ustach.
Momenty śmieszne, wzruszające, spotkania z wyjątkowymi ludźmi, widoki, które trudno objąć wyobraźnią, ale także świadectwo ludzkiej pychy, władzy i gwałtu dokonywanego na przyrodzie.

Podążam w kierunku morza Aralskiego, niejako zapominając o celu podróży, rozsmakowuję się w języku, narracji- zagłuszając w sobie intuicyjne przeczucie katastrofy.

To nie jest typowa książka podróżnicza, po lekturze której rozpiera nas energia i chęć by ruszyć w drogę, a zasypiając przed oczami miga nam kalejdoskop kolorowych stop klatek.
Zarówno po obejrzeniu pokazu na Festiwalu, jak i po lekturze, słowa więzną w gardle.
Książkę trudno odłożyć na półkę, a w notesie odhaczyć, jako „przeczytaną”.

Gigantyczne plantacje bawełny, niemal na środku pustyni, bezmyślne łamanie wszelkich zasad przy budowie kanałów nawadniających, w efekcie przyzwolenie na to, by większość wody wyparowała, a morze oddalało się od swych brzegów, od ludzi, od życia.

Ta książka jest poruszająca, potworna, porażająca.

Wytrąca z komfortu psychicznego, każe inaczej spojrzeć na znoszony tiszert, który mamy ochotę wyrzucić, wymienić na nowy.

Tak jak nie wyobrażam sobie roku 2012 bez „Tysiąca szklanek herbaty”, tak roku 2013 nie wyobrażam sobie bez refleksji nad tym czy „Morze może wróci”.

„Morze. Jest coś dziwnego w tym spotkaniu. Jakbym widział przed sobą ogromne, piękne, konające zwierzę, wieloryba lub słonia. Już nic nie można zrobić, można tylko spojrzeć mu w oczy.
Coś chrupnęło mi pod nogami- to muszelki. Takie niewielkie, wszystkie takie same, białe, dość zwykłe. Ale za to jaka ilość. Tony. Leżą wszędzie dookoła na pomarańczowym piasku. Gdzieniegdzie między nimi szczątki innych żyjątek. Przez kilka metrów idę po samych muszlach. Potem ciemnopomarańczowy kolor przechodzi w biały. Sól. Sama sól. Gruba pokrywa twardej soli. Gdy zbliżam się do wody, sól robi się coraz bardziej miękka, by w końcu przerodzić się z błotne grzęzawisko. Nie da się iść., Ciekawe, że zawsze, kiedy jest się nad morzem czy jeziorem, ma się ochotę dotknąć wody, choćby zanurzyć w niej rękę czy stopę. Zdejmuję buty, ściągam koszulkę. Patrzę na leżące na solnej skorupie ubrania, rzuca mi się w oczy metka z durnym w tych okolicznościach napisem „100% bawełny”. Tak, faktycznie… 100%”. (str.195)

http://mumagstravellers.blogspot.com/ 2013-04-15


Co może zainspirować człowieka do dalekiej podróży? Dla Bartka Sabeli wystarczającym natchnieniem było zdjęcie przedstawiające wielbłąda przechadzającego się obok wraku kutra rybackiego. Za sprawą tej intrygującej fotografii, postanowił na własne oczy zobaczyć resztki wysychającego Morza Aralskiego.

Książka "Może (morze) wróci!" to reportaż z podróży Bartka Sabeli nad wysychające Morze Aralskie. Aby dotrzeć do celu swej wyprawy i na własne oczu ujrzeć statki i kutry rybackie stojące na pustyni, autor podróżuje przez Uzbekistan. Poza tragicznymi losami Morza Aralskiego, czytelnik poznaje także piękno miast należących niegdyś do Jedwabnego Szlaku, jak i absurdy uzbeckiej rzeczywistości.

Historię Morza Aralskiego, Sabela przeplata z relacjami ze swojej wyprawy, by na koniec opisać to, co ujrzał na własne oczy. Niegdyś czwarte największe jezioro świata, zwane również morzem, w ciągu ostatnich 40 lat zostało niemal całkowicie zmienione w pustynię. Najbardziej przeraża zaś fakt, że za unicestwienie tego akwenu, nie odpowiadają zmiany klimatu, a ludzka głupota i ignorancja. Władze rosyjskie, które zapragnęły stworzyć na pustynnych terenach byłego ZSRR plantację bardzo wymagającej rośliny, jaką jest bawełna, wykorzystały do tego celu wodę z rzek zasilających Aral. Okoliczności i tragiczne nie tylko dla przyrody, ale i mieszkańców skutki tego przedsięwzięcia, Sabela przedstawia w swojej książce. Z jego reportażu wybrzmiewa także pogarda i krytyka dla arogancji, jaką w tej historii człowiek wykazał się wobec natury.

"Może (morze) wróci" to znakomity, wciągający i ciekawy reportaż poświęcony nie tylko Morzu Aralskiemu, ale także krajobrazom i mieszkańcom Uzbekistanu. Autor jest bacznym obserwatorem, który z łatwością wychwytuje prawdziwe oblicze miejsc do których podróżuje. Jego relacje intrygują, a niekiedy nawet bawią czytelnika. Nie ulega jednak wątpliwości, że wydźwięk opowiedzianej przez niego historii jest wstrząsający.

Dziennik Gazeta Prawna; WPROST Anna Sobańda, 2013-04-16


Z ogromnym zainteresowaniem zabrałem się do czytania tej książki. Blisko pół wieku temu Uzbekistan był bowiem jednym z pierwszych egzotycznych krajów jakie zwiedziłem.

Jako pierwszy zagraniczny dziennikarz - tak mnie zapewniali ludzie którzy wiedzieli o czym mówią, otrzymałem wówczas, w 1966 roku w Moskwie, zgodę na samotną podróż do zburzonego przez wielkie trzęsienie ziemi Taszkientu oraz innych miast Uzbekistanu. I to bez obowiązkowego „tłumacza” dbającego o to, aby cudzoziemiec nie zobaczył czegoś „niestosownego” lub nie nawiązał „podejrzanych” kontaktów. Znając biegle rosyjski, płacąc za wszystko z własnej kieszeni i posiadając legitymacje dziennikarskie agencji prasowej „bratskoj Polszy”, Stowarzyszenia Dziennikarzy Polskich oraz Międzynarodowej Organizacji Dziennikarzy – chociaż była to, ale tym się już nie chwaliłem, podróż prywatna w ramach urlopu, a przede wszystkim mając odpowiednie znajomości w Zarządzie Związku Dziennikarzy Radzieckich, zdołałem uzyskać taką zgodę i niezbędne dokumenty podróży.


Budząc tym zdumienie zarówno w Uzbekistanie przy każdym meldunku w hotelu oraz w innych sytuacjach, jak i kolegów dziennikarzy akredytowanych na stałe w Moskwie. Podróż zaplanowałem częściowo śladami „Szalejącego reportera” Egona Erwina Kischa (1885-1948), jednego z najznakomitszych światowych reporterów I połowy XX wieku i jego głośnej książki „Asien gründlich verändert” („Azja odmieniona”) wydanej w 1932 roku. Chciałem, z powodzeniem, porównać w jakim stopniu zmieniły się miejsca opisane przez niego oraz dotrzeć do wielu innych.

Niedawno objechałem ponownie najciekawsze miasta, miejsca i zabytki Uzbekistanu mając możliwość zobaczenia zmian, jakie zaszły w tym kraju w ciągu kolejnych ponad czterech dekad. Lektura książki „Morze (może) wróci” zapowiadała się tym ciekawiej, że pozwalała na porównanie jak kraj ten widział człowiek młodszy ode mnie o dwa pokolenia. Który ponadto dotarł w okolice jeziora Aralskiego, gdzie nigdy nie byłem oraz opisał w sposób niezwykle sugestywny zawinioną przez ludzi śmierć tego wielkiego niegdyś i ważnego zbiornika słodkiej wody na środkowoazjatyckich pustyniach.

Lektura spełniła moje oczekiwania, a książka okazała się niezwykle ciekawa, w znacznych częściach wręcz pasjonująca. Chociaż w trakcie czytania parokrotnie zadawałem sobie pytania: czy my rzeczywiście byliśmy, i to niemal równocześnie, w tym samym kraju Autor bowiem już na wstępie, zaraz po wylądowaniu w Taszkiencie nie miał wątpliwości, że „ w Uzbekistanie od pierwszych minut wiesz, czujesz, słyszysz, że jesteś w państwie autorytarnym”.

Przyznając zarazem, że o autorytaryzmie pojęcie ma raczej mgliste. W przypadku „naszego – jak napisał – polskiego socjalizmu” wiedzę na podstawie opowieści rodziców i dziadków, filmów, książek i tekstów piosenek. Pod tym względem mam nad nim przewagę nie tylko pokoleniową. Żyłem bowiem w dwu najstraszliwszych systemach totalitarnych XX wieku: hitlerowskim i stalinowskim, poznając je dosłownie na własnej skórze także z ich najbrutalniejszych stron.

Podróżowałem zaś po wielu współczesnych nam krajach autorytarnych, że przykładowo wspomnę o Libii Kadafiego, Birmie pod władzą junty, czy Syrii Asada i partii BASS. Oczywiście podzielam opinię autora, że Uzbekistan nie jest państwem demokratycznym. Jest rządzony twardą ręką bez oglądania się na społeczeństwo, o zdanie którego rzeczywiście nikt nie pyta, a niepokornych „neutralizuje się”. Tylko, o czym autor nie wspomina, bo trudno mi posądzać go o niewiedzę, ludność tego kraju, podobnie jak sąsiednich w po sowieckiej Azji Środkowej, ale także i Wschodniej oraz wielu innych regionach świata, zawsze żyła pod jakąś autorytarną władzą.

Cesarzy, królów, kalifów, sułtanów, emirów, później komunistycznych sekretarzy i pomniejszych kacyków. O demokracji ma ona w najlepszym razie pojęcie mgliste. A więc i odczucie jej braku jest tam inne. I chociaż autorytaryzm władz jest w tym oraz wielu innych krajach faktem, dla zagranicznych turystów i podróżników którzy przyjeżdżają na krótko aby poznać miejscowe zabytki, kulturę, zwyczaje, ludzi itp., ma i musi mieć znaczenie on drugorzędne. Podobnie jak wszechobecna w wielu regionach świata nędza, na którą goście również nie mają wpływu.

Przy innym podejściu do tych spraw poznawanie ogromnych obszarów naszego globu byłoby niemożliwe. W ocenie pod tym kątem Uzbekistanu nie bez znaczenia zapewne były, oprócz różnego życiowego doświadczenia mojego i autora, także jego pech lub moje niebywałe szczęście. W odróżnieniu od niego nikt mi bowiem co chwila nie sprawdzał paszportu, żaden milicjant nie przeglądał notesu z notatkami, czy nie chwytał za gwizdek aby zabronić robienia zdjęć.

Wręcz przeciwnie. W Taszkiencie, Samarkandzie, Szachrisabzie, Bucharze, Chiwie, na pustyni Kyzył – kum czy wśród rybaków nad Amu – Darią czułem się z polskim paszportem w kieszeni pewnie i bezpiecznie. Chodziłem gdzie chciałem w dzień i w nocy. Fotografowałem bez przeszkód to, co (lub kto) zwróciło moją uwagę. Także, a byłoby to raczej niemożliwe w większości krajów świata, np. takie rarytasy jak Koran Achmana – jeden z czterech najstarszych (VII w.) egzemplarzy tej świętej księgi spisany na pergaminie i przechowywany w bibliotece Muzeum Piątkowego w Taszkiencie.

Czy cenne eksponaty w innych muzeach, meczetach, pałacach i twierdzach. Rozmawiałem z kim i o czym chciałem, o ile rozmówca miał na to również ochotę, bez bariery językowej. Uzbeckiego nie znam, ale rosyjski jest tam nadal w powszechnym użyciu. Spotykając się, podobnie jak autor, z zainteresowaniem i życzliwością tubylców. Jak już wspomniałem, opisy miast, miejsc i obiektów w których autor był, warunków podróży, noclegów, a także ludzi i sytuacji z którymi zetknął się, są przeważnie doskonale napisane, w wielu miejscach wręcz znakomicie.

Przykładowo wspomnę o Taszkiencie, Samarkandzie, Bucharze czy Chiwie. Jak również o bazarach w różnych miastach, uzbeckiej muzyce i instrumentach muzycznych, dywanach, monokulturze bawełny, poszczególnych zabytkach itp. No i o stanowiącej jedną trzecią powierzchni kraju, zaniedbanej – wytwarza się tam tylko 7% PKB – autonomicznej Karakałpakii. Oraz jej pustynnych obszarach, wśród nich wyschniętego już niemal całkowicie w rezultacie błędów popełnionych świadomie przez władze Jeziora Aralskiego zwanego też morzem i mieszkańcach tamtego regionu.

O dogorywającym, zasypywanym przez piaski pustyni, niegdyś portowym mieście i uzdrowisku Mujnak nad Aralem z – w niedalekiej przecież przeszłości – własnym lotniskiem, stacją radiową, dużym kombinatem rybnym, teatrami itp. Ze wspaniałymi opisami podróży nad Aral przez płaskowyż Ustiurt oraz pustynię, która jeszcze niedawno stanowiła dno, głębokiego nawet na 30 metrów i bogatego w kilkadziesiąt gatunków ryb, jeziora wielkiego jak morze. Z satelitarnymi zdjęciami z lat 1960, 1989, 2000 i 2012 pokazującymi jego zanikanie. I wstrząsających relacji z tego, kwitnącego parę dekad temu, regionu wielkości Litwy.

Chociażby takiej: „Płasko. Nieskończenie płasko. I tak samo w każdą stronę, po horyzont. Jedziemy przez Ustiurt. Z Urgi nad brzeg południowo-zachodniego zbiornika jest około 150 km. Mercedes (terenowy) sunie przez księżycowy krajobraz, wzbijając tumany kurzu. Choć szyby mamy zamknięte, wszystko powoli pokrywa się warstwą pyłu. Piasek na ubraniach, piasek na aparacie, piasek w ustach. Z koszulki robię sobie osłonę na twarz. Czasami wydaje mi się, ze jedziemy przez szarobrunatną chmurę i tylko przez małe kawałki szyby, przetartej właśnie wycieraczką, na chwilę ukazuje się jakiś widok. Ezoteryczny krajobraz przesuwa się nam za oknami. Jednostajny. Abstrakcyjny. Posępny.”

Gdy to czytałem przypomniała mi się burza piaskowa, która ogarnęła nas niespodziewanie na Saharze. Ale ona, w odróżnieniu od tych karakałpackich pustkowi, nie była dziełem człowieka. Za bardzo ważne w tej książce uważam przypomnienie postaci i dorobku naukowego oraz zdjęć – opublikowanych częściowo w tej książce – Leona Barszczewskiego (1849-1910), polskiego badacza i fotografa, oficera w służbie carskiej. Podobnie kolekcji wschodnich dywanów prof. Akademii Weterynaryjnej we Lwowie Włodzimierza Kulczyckiego (1862-1936), której część znajduje się obecnie na Wawelu, a reszta w Muzeum Tatrzańskim w Zakopanem.

Chociaż autor zdaje się nie wiedzieć, że określenie „dywany bucharskie” pochodzi nie od miejsca ich wytwarzania, lecz sprzedaży na tamtejszych bazarach. Powstawały one bowiem nierzadko w odległości setek i tysięcy kilometrów od Buchary. Ciekawa i ważna jest również relacja z Muzeum Sztuki im. Igora Sawickiego w Nukusie, mieście niegdyś leżącym nad Aralem, obecnie jednym z trudniej dostępnych miejsc w Uzbekistanie. A posiada ono jeden z dwu największych na świecie (kilkanaście tysięcy obrazów!) zbiorów malarstwa odrzucanej i tępionej jako „niesocjalistyczna” rosyjskiej awangardy lat 20-40 XX w. Ponadto cenną kolekcję poświęconą kulturze i sztuce Karakałpakii.

Dramat Jeziora Aralskiego, chociaż jest głównym, tytułowym tematem książki, zajmuje wraz z rozważaniami autora na temat szans jego odrodzenia, o czym za chwilę, tylko około jednej trzeciej jej objętości. Reszta poświęcona została innym wybranym miejscowościom i miejscom Uzbekistanu oraz dziejom tego regionu świata. Bardzo zresztą uproszczonym. Z denerwującym nazywaniem najwybitniejszego i najbardziej znanego władcy tych ziem Amirem Timurem. Nie wiem czym w tym przypadku kierował się autor i dlaczego nie zwrócono na to uwagi w wydawnictwie.

Niezbyt znający historię czytelnik może nawet sądzić, że Timur miał na imię Amir. Tymczasem chodzi chyba o tytuł władcy – emir. Chociaż jeżeli już, dlaczego nie w jego poprawnej wersji polskiej Sporo przeczytałem na temat jego i ziem Azji Środkowej, ale nigdy nie spotkałem się (poza nazwą muzeum: Emira Timura w Taszkiencie) z poprzedzaniem tym tytułem imienia Timura. Pochodzącego z języka mongolskiego i oznaczającego Żelazo. Stosowano je i używa się go nadal ewentualnie z przydomkiem Chromy, lub bardziej pogardliwym, nadanym mu przez Persów, Timur–eLenk – Kulawy.

Od którego zresztą pochodzi jego drugie, zniekształcone i używane zwłaszcza przez Europejczyków imię: Tamerlan. Skąd i po co ten Amir Przecież do najbardziej znanych imion władców nie dodaje się ich tytułów. Nie pisze się Cesarz Cezar, Wódz Hannibal czy (tfu!) Führer Hitler. Jeżeli chodzi o znajdujące się w książce relacje z poszczególnych uzbeckich miast, to są one różne, niekiedy dosyć powierzchowne. W jednych autor przebywał bowiem dłużej, w innych, np. w Bucharze, krócej. Zwracał zaś uwagę na to, co dla niego było w nich najważniejsze czy najciekawsze.

Nie podzielam np. jego z opinii na temat Taszkientu. Dla mnie i wielu osób z którymi na ten temat rozmawiałem, jest to najmniej ciekawe z głównych miast Uzbekistanu. Pamiętam jego ruiny po tragicznym trzęsieniu ziemi w 1966 roku. W centrum ocalał gmach Teatru Opery i Baletu oraz stojący vis a vis niego, po drugiej stronie dużego skweru, hotel „Taszkient” (obecnie „Tashkent Palace”) w którym wówczas nocowałem. Obok stał, z już wstawionymi szybami, Uniwermag – centralny dom towarowy. Dookoła zaś, na przestrzeni setek metrów, była tylko pusta ziemia po uprzątniętych ruinach gliniano-drewnianych domków.

Poprzecinana głębokimi rynsztokami dawnych ulic, zbierającymi wodę podczas gwałtownych opadów. Większość zabytkowych meczetów, medres i innych budowli leżała w gruzach. Socrealistyczne miasto, które podobnie jak mnie, nie podoba się autorowi, to efekt odbudowy. Poszczególne sowieckie republiki budowały w Taszkiencie w ramach „bratniej pomocy” całe dzielnice zaprojektowane przez własnych architektów, oczywiście „słusznego” wówczas kierunku. Zaś „monumentalne” budowle ostatniego 20-lecia odzwierciedlają tylko gust ich inwestorów i budowniczych.

„Jako jedno z niewielu miast byłego Sowietlandu – pisze autor – Taszkient posiada metro”. Ale w ZSRR obowiązywała zasada, że ten środek komunikacji przysługuje miastom co najmniej milionowym. Stąd nie było go i nie ma nadal w stolicach republik nadbałtyckich, a najwięcej zbudowano w Republice Rosyjskiej. A jeżeli chodzi o inne obiekty, to z zaskoczeniem stwierdziłem, że autor nie zauważył w Taszkiencie „polskiego” kościoła (katolickiego, zbudowanego w 1912 roku i odnowionego, po zwróceniu wiernym, w 2000 r.) oraz stojącego w jego pobliżu pomnika poświęconego żołnierzom Armii Polskiej na Wschodzie (gen. Władysława Andersa).

W Samarkandzie grubo przesadził pisząc, iż „ilość świątyń jest nie do objęcia”. W rzeczywistości naprawdę cennych i wartych uwagi jest ich tam – łącznie z medresami i mauzoleami, także w historycznej nekropolii Szach–i–Zinda, zaledwie kilkanaście. Bo na oglądanie współcześnie budowanych meczetów szkoda czasu. Znajduje się tam natomiast obiekt naprawdę wart zobaczenia – Muzeum Afrasjab. Co prawda w książce jest wzmianka o tym wzgórzu kryjącym najstarsze ruiny antycznej Marakandy – tak w odległej przeszłości nazywało się to miasto – oraz odkryciu ich przez Leona Barszczewskiego.

Ale bez dalszego ciągu. Tymczasem prawdziwe wykopaliska prowadzono tam w latach 1874, 1885, 1904-1931, a największe odkrycie tamtejszych skarbów, m.in. fresków z VII w. uszkodzonych (wydłubane oczy, porysowane i poniszczone twarze) przez późniejszych muzułmańskich najeźdźców, nastąpiło w latach 60-tych XX w. Przez badaczy z Instytutu Historii i Archeologii Uzbeckiej Akademii Nauk, którymi kierował prof. Szyszkin. Archeolog o niebywałym szczęściu – wcześniej odkrył m.in. w 1938 r. antyczne freski w Warachszy k/ Buchary, w 1947 r. w Pendżykencie, a następnie w Bałałyk–Tepe k/ Termezu – dojeżdżający na teren wykopalisk z Taszkientu co 2-3 miesiące.

Gdy pojechałem na to wzgórze w 1966 roku, freski już były odkryte, ale szybko ponownie zostały zasłonięte, gdyż zaczęły rozpadać się pod wpływem światła. Miałem jednak szczęście, gdyż przy mnie odkopano gliniany garnek pełny srebrnych sogdyjskich monet z IX w. n.e. Zobaczyłem je ponownie, a także część zachowanych fresków, podczas niedawnego tam pobytu. Po zakończeniu prac wykopaliskowych teren nakryto bowiem kopułą i budynkiem muzeum. Wykopaliska te pozwoliły przesunąć dzieje miasta o kilkaset lat wstecz.

Na krótko przed moim pierwszym pobytem w Samarkandzie odbyły się obchody jej 2500–lecia istnienia. A zaledwie po kilku dekadach kolejne: 2750-lecia, odkryto bowiem starsze dowody istnienia miasta. I to zapewne jeszcze nie koniec cofania się tam w przeszłość. Wrócę jednak jeszcze do tamtego pobytu w Samarkandzie. Od pracującego na terenie wykopalisk na wzgórzu Afrasjab archeologa Michaiła Fiodorowa, prawnuka polskiego zesłańca – powstańca 1863 r. Aleksandra Koczanowskiego dowiedziałem się, że kierownik badań prof. Szyszkin jest właśnie w mieście, ale z zasady nie rozmawia z dziennikarzami.

Zaryzykowałem, zadzwoniłem do hotelu, w którym mieszkał. I chociaż początkowo odmówił, to gdy dowiedział się, że jestem polskim dziennikarzem zgodził się poświęcić mi 15 minut. Przegadaliśmy ponad 5 godzin, wyszedłem od niego z kilkoma książkami poświęconymi prowadzonym przez niego pracach i odkryciach. Z dedykacjami oraz sporą wiedzą na temat skarbów Azji Środkowej. Nieznajomość przez autora książki języka rosyjskiego oraz korzystanie tylko z przewodnika Lonely Planet stało się zapewne źródłem popełnienia przez niego paru nieścisłości.

Najpoważniejsza, która zwróciła moją uwagę, to stwierdzenie, że w Chiwie, jednym z trzech, obok Samarkandy i Buchary, najwspanialszych zabytkowych miast Uzbekistanu, znajduje się rzekomo jakiś „zamek wewnętrzny” Iczan Kale. W rzeczywistości jest to średniowieczne miasto otoczone wspaniale zachowanymi (i ładnie przez autora sfotografowanymi) murami obronnymi o długości 2100 metrów, z czterema bramami wychodzącymi na 4 strony świata. A w nim stoi, sąsiadujący z tymi murami od strony zachodniej, dawny zamek chanów, Kunja Ark.

Nie udało się autorowi uniknąć nieścisłości również w przypadku ciekawie opisanej historii tamtejszych plantacji i zbiorów bawełny. Których absurdalnie wielki i nie liczący się z brakiem wody rozwój doprowadził do zniszczenia Jeziora Aralskiego. Zbiory bawełny są tam okresem powszechnej mobilizacji i… patologii, które już w 1932 roku opisał E.E. Kisch. Odrywania ludzi od normalnej pracy, w tym o wiele cenniejszej, młodzieży od nauki, przerywania funkcjonowania transportu miejskiego i międzymiastowego, oszustw i nadużyć. M.in. fałszowania danych o ilości zebranej bawełny, byle tylko „zasłużyć się” władzom.

Pisząc w 34 lata później reportaż na ten temat mógłbym powtórzyć niemal dosłownie relację „Szalejącego Reportera” aktualizując tylko nazwy sowchozów i kołchozów, tytuły gazet oraz nazwiska „przodowników pracy” i aferzystów. Ale natrafiłem i na inny absurd, z którym nie zetknął się Kisch. Gdy zmarł jeden z emerytowanych dziennikarzy bucharskiej gazety, w której poznałem sympatycznego sekretarza redakcji, to koledzy musieli na cmentarzu… wykopać mu grób. Grabarzy bowiem również zapędzono do zbioru bawełny. Napisałem i o tym, a gdy mój reportaż ukazał się także w języku rosyjskim, stałem się wrogiem i paszkwilantem „psującym dobre imię Uzbekistanu”.

Autor przedstawiając w sposób poruszający historię zagłady Aralu oraz pisząc o tamtejszym niegdyś ściśle tajnym ośrodku testowania radzieckiej broni biologicznej (w 2001 r. przy pomocy US Army zneutralizowano ponad 100 ton wąglika, znaleziono też zarazki dżumy i innych zabójczych chorób) wspomniał również o innych pomysłach jakie narodziły się w sowieckim Imperium Zła, głęboko ingerujących w prawa przyrody. W tym o „Osiemnastoletnim Stalinowskim Planie Przebudowy Przyrody”. Jego nazwy co prawda nie wymienił, gdyż pamiętają ją już tylko nieliczni, którzy żyli w tamtych czasach lub interesują się tą tematyką, a na szczęście nie został on wprowadzony w życie.

Zamierzano„odwrócić bieg” syberyjskich rzek i ich wodami nawodnić środkowoazjatyckie pustynie. Na takie szaleństwo nawet ZSRR było jednak za słabe. Patron tego pomysłu wkrótce zresztą trafił najpierw do mauzoleum na Placu Czerwonym w Moskwie, a po XX Zjeździe KPZR zaś pod kremlowską ścianę. Idea ta podobno odradza się ponownie, chociaż w nieco innej postaci. Książka „Może (morze) wróci” stanowi poważne ostrzeżenie przed podobnymi nieodpowiedzialnymi działaniami, grożącymi katastrofalnymi konsekwencjami nie tylko lokalnymi.

Natomiast to, co autor napisał o próbach odradzania Aralu, częściowo udanych na jego kazachskim fragmencie stanowiącym jednak tylko 5% dawnej powierzchni jeziora, niestety nie stanowi realnej szansy odrodzenia tego wielkiego, naturalnego zbiornika wodnego. Wymagałoby to bowiem drastycznego ograniczenia upraw bawełny, będącej głównym źródłem dochodów Uzbekistanu. Ponadto wspólnych, niezwykle kosztownych działań pięciu skłóconych ze sobą i mających sprzeczne interesy po radzieckich republik w Azji Środkowej.

No i współdziałania Federacji Rosyjskiej, która swoje interesy w tamtym regionie też widzi inaczej. Trudno nie zgodzić się z autorem, który napisał: „Rosja w żaden sposób nie czuje się odpowiedzialna za tę największą, widoczną z kosmosu, gospodarczą i ekologiczną zbrodnię komunizmu i nikt do tej odpowiedzialności nie próbuje jej pociągnąć.” Jest to więc książka ciekawa, ważna i dobrze napisana. Mimo opisywania przez autora także ciemnych stron Uzbekistanu oraz panującego w nim systemu politycznego, zachęcająca do poznawania tego kraju.

Mogę tylko potwierdzić, że naprawdę warto. Na uzbeckim odcinku historycznego Wielkiego Jedwabnego Szlaku zachowało się bowiem wiele niezwykle cennych i pięknych zabytków. Są też liczne obiekty i miejsca warte poznania z innych powodów. No i ludzie. Gościnni, życzliwi oraz darzący nas – Polaków, szczerą sympatią. Dodatkowym plusem tej książki są liczne i ciekawe zdjęcia, także archiwalne i satelitarne oraz rysunki typów ludzkich i architektury wykonane przez autora, z zawodu architekta. Zachęcam więc zarówno do jej lektury, jak i podróży do Uzbekistanu.

Globtroter Cezary Rudziński, 2013-04-03


„Wyobraźmy sobie następującą historię. W latach 50. XX w., w ramach planu pięcioletniego, Komitet Centralny PZPR postanawia uczynić z Polski światową potęgę w produkcji... karpia. (...) Kłopot tylko jest jeden: nie mamy aż tak ogromnych hodowli. Ależ, jaki to kłopot?! Zróbmy je! (...) Wybór pada na Mazury, bo tam już przecież trochę jezior jest – połączy się je w jedno duże. (...) A lasy? A zwierzęta? Nieważne. Liczy się Karp. (...) Pod wodą znikają kolejno Ciechanów, Ostrołęka, Łomża, Szczytno, Pisz. Tonie Olsztyn, toną Ełk i Giżycko. (...) Nonsens? Takie rzeczy się nie dzieją, rzekłby każdy. A jednak! Taki scenariusz został już zrealizowany, to już się wydarzyło. Tylko w drugą stronę. Jezioro zostało wysuszone, a nie utworzone, karpiem zaś była bawełna. Poza tym prawie bez zmian.”

Morze (może) wróci to opowieść o białej plamie na mapie. Nie tej z napisem hic sunt leones, ale takiej stworzonej ręką „wszechmogącego” człowieka. Morze Aralskie oczywiście nadal możemy znaleźć na starych mapach czy globusach, ale w rzeczywistości to już tylko kilka centymetrów kwadratowych wyblakłego błękitu na papierze, nic więcej. Katastrofa ekologiczna na miarę Związku Radzieckiego. Epicka, z fanfarami, praktycznie nieodwracalna. Dzisiaj fanfary już ucichły i mało kto pamięta, że jeździło się na wczasy nad Aral a z Muynaku wypływały statki wycieczkowe. Od czasu do czasu wojujący ekolodzy podnoszą jazgot a internet zalewają nowe artystyczne zdjęcia statków pozostawionych na środku pustyni, ale poza tym...?

Książka Bartka Sabeli to, wbrew pozorom, żaden ekologiczny pamflet, ale niezwykła opowieść o Uzbekistanie. Od Taszkentu, przez miasta Jedwabnego Szlaku, aż po Karakałpakstan i jego zapomniane miasta-widma. Chociaż głównym celem wyjazdu jest dotarcie do pozostałości Morza Aralskiego, ocalenie od zapomnienia jakiejś niezwykle ważnej cząstki historii, to cała podróż staje się dla autora pretekstem do opowiedzenia o przeszłości i teraźniejszości barwnej mozaiki kulturowej Uzbekistanu. Suchych, jałowych opisów u Sabeli nie znajdziemy. Wręcz przeciwnie, autor ożywia na kartach swojej książki miasta i ludzi, a niesamowita wrażliwość, która przebija z pod świetnego, reportażowego stylu wywiera na czytelniku niemałe wrażenie. W Morze (może) wróci każde miejsce zdaje się mieć własne, niepowtarzalne oblicze i własną historię, a autor chętnie zbacza z wydeptanych ścieżek Lonely Planet i przemierza „szarą strefę”, już nie turystyczną, ale tę bliższą mieszkańcom. Mamy tu więc opisy niekończących się targowisk, które zdają się dalej zawierać nutkę orientu z czasów Jedwabnego Szlaku, mamy historię rzeźbionych drzwi, dywanów, a autor z chęcią przybliża nam też historie Polaków, których los nierozłącznie związał właśnie z Uzbekistanem.

Wydawać by się mogło, że Morze (może) wróci w ostatecznym rozrachunku będzie smutną historią. W końcu Morze Aralskie to nie tylko katastrofa ekologiczna, ale i ogromny dramat setek tysięcy mieszkańców. Książce Sabeli brak jednak męczącej ckliwości i załamywania rąk nad nieszczęsnym żywotem Karakałpaków. W jego oczach Uzbekistan to miejsce zetknięcia zupełnie różnych kultur, okraszone absurdem totalitaryzmu (na przykład „makulaturowa” waluta), które ma jednak swój niezwykły potencjał. Morze (może) wróci to też książka pełna nadziei wyrażonej w słowach Sailau, kustosza nieistniejącego muzeum: Czekamy, kiedy wróci nasz Aral. Mam nadzieję, że wróci. Prędzej czy później.

monoloco.pl Ania Wyszyńska, 2013-04-08


Opowieść o jednej z największych zbrodni dokonanych przez człowieka - o ludzkiej arogancji, niszczycielskiej sile naszych pomysłów. Autor, wędrując po Uzbekistanie, odkrywa przed nami dramatyczną historię zanikającego Morza Aralskiego i ludzi, którzy od wieków byli z nim związani. Zabiera Czytelnika w poruszającą i wstrząsającą podróż do wyschniętego, spękanego dna morza, i każe zastanowić się nad tym, dokąd zmierzamy w swojej nieomylności i braku pokory.

21. wiek 2013-05-01


Kolejne „bezdroża" wciąż znajdujemy na mapach, w atlasach i na globusach, ale w rzeczywistości miejsca tego już nie ma - umarło. W ciągu 40 lat Jezioro Aralskie, zwane przez miejscową ludność Morzem, niegdyś czwarte największe jezioro świata, zostało zamienione w jałową, bezkresną pustynię. Bezpowrotnie zniszczono dziesiątki gatunków zwierząt, tysiące hektarów lasów i życie kilkudziesięciu tysięcy ludzi. A stało się to w imię rozumianego w sowiecki sposób postępu, napędzanego materialistyczną wizją „wszechmogącego" człowieka. Ten obraz po historycznej burzy znajdujemy w jeszcze gorącym wydawnictwie „Może morze wróci" Bartka Sabeli.

To opowieść o jednej z największych zbrodni dokonanych przez człowieka - o ludzkiej arogancji, niszczycielskiej sile urojonych pomysłów. To opowieść fascynująca, ale przede wszystkim przerażająca. Autor, wędrując po Uzbekistanie, odkrywa owianą tajemnicą dramatyczną historię zanikającego morza i ludzi, którzy od wieków byli z nim związani. Zadaje wiele pytań, pozostających bez odpowiedzi.

POLSKA - DZIENNIK ŁÓDZKI .N, 2013-04-06


- "Może (morze) wróci" to opowieść o szaleństwie jednego człowieka, które zmieniło w piekło życie tysięcy ludzi i doprowadziło do jednej z największych katastrof ekologicznych na świecie - mówił w "Trójkowym znaku jakości" Michał Nogaś.

Nikita Siergiejewicz Chruszczow, bo o nim mowa, jako sekretarz generalny komunistycznej partii ZSRR podczas swojej wizyty w USA zachwycił się tamtejszymi bezkresnymi polami bawełny i kukurydzy. I postanowił, że w Związku Radzieckim powstaną jeszcze większe... W tej chwili Uzbekistan jest jednym z największych producentów bawełny na świecie. W październiku, kiedy przypada czas żniw, wszyscy mieszkańcy Uzbekistanu niezależnie od zawodu, muszą porzucić swoje zajęcia i jadą zbierać bawełnę. Jest ona zbierana ręcznie, więc potrzebna jest każda para rąk.

Bartek Sabela swoją opowieść rozpoczyna w Taszkiencie, gdzie wylądował jego samolot. Stamtąd wędrujemy przez kolejne miasta aż do Karakałpakstanu, autonomicznej republiki. To tam znajdowało się Jezioro Aralskie, zwane przez miejscową ludność Morzem, niegdyś czwarte największe jezioro świata.

Morze zniknęło w wyniku stworzenia kanałów nawadniających pola bawełny wymarzone przez Chruszczowa. Czerpały one bowiem wodę z rzek zasilających jezioro. W latach 60. poziom morza obniżał się o 20 cm rocznie, w latach 80. o 60 cm, a w 90. już o metr... przestały pływać statki, wyginęły zamieszkujące jezioro gatunki zwierząt. Do roku 2012 morze utraciło 90 procent swojej powierzchni zamieniając się w pustynie.

Podróżując z Bartkiem Sabelą docieramy do wielkiego cmentarzyska statków na piasku. W mieście Mujnak spotkamy "kustosza" tego niezwykłego muzeum, który opowiada o morzu - sercu, tego tętniącego kiedyś życiem regionu. - Czy Morze wróci? Odpowiedź znów zależy od polityków, bo woda staje się jednym z najważniejszym zasobów o które toczy się walka w Azji środkowej - mówi Michał Nogaś, zapraszając na spotkanie z autorem "Może (morze) wróci) w niedzielnym "Z najwyższej półki".

Polskie Radio Pr.3 (Trójka) 2013-04-05


Oto historia, która dzieje się na naszych oczach. Historia gospodarczej i ekologicznej zbrodni, jakiej dokonał człowiek. Zbrodni, która pozostawiła na jego dłoniach ślady krwi i soli. Oto historia Morza Aralskiego – niegdyś jednego z największych jezior na świecie, dziś w 90% zamienionego w słoną, pylistą pustynię. Wraz z wodą zabrano stąd życie, pozostawiając dystopijny, księżycowy krajobraz pełen dryfujących po piaskach wraków okrętów i bezkresnego horyzontu.

Bartek Sabela wyruszył do Uzbekistanu w poszukiwaniu Morza, którego już nie ma. Sukcesywnie od 50 lat wysuszano je, by zwiększyć powierzchnię upraw bawełny na pustynnych obszarach Azji Środkowej. Zabrano naturze jej odwieczny rytm, udowadniając, że władza człowieka nie zna granic.

Autor dokumentuje wszystko – opuszczone kurorty, posępne, socrealistyczne hotele, pustynne cmentarze. Tworzy mozaikę wypełnioną klęską i cierpieniem. Zbiera pocztówki – fotografie, których nie chcielibyście zobaczyć w swoich skrzynkach pocztowych. Popękana ziemia, jałowa i sucha, pozostawiona samej sobie na powolne umieranie. Płaski pejzaż niczym narysowany jedną linią – przeraża swą obcością, ale też ciekawi. Autor podąża wyschniętymi korytami rzeki Amu – darii do samego serca Karakałpakstanu – autonomicznej, uzbeckiej republiki, którą nazywa „Jądrem Ciemności”. I rzeczywiście – wszystko tu przywołuje apokaliptyczny krajobraz. Z jednej strony śmiercionośna, niosąca trujące związki chemiczne pustynia – z drugiej – przymusowa, coroczna praca mieszkańców Uzbekistanu przy zbiorach bawełny. Sabela nie pozostawia cienia wątpliwości – pokazuje apokalipsę, którą człowiek zgotował naturze, a także samemu sobie.
Brak tu wody, tak samo jak brak tu nadziei. Nawet tytuł przewrotnie igra z jej resztkami. Na opustoszałych terenach dawnego jeziora nie da się żyć. Wysychanie Aralu doprowadziło do trwałych zmian klimatycznych. Pustynne wiatry roznoszą toksyczne związki chemiczne wypłukane z plantacji bawełny. Niosą ze sobą choroby, pragnienie, głód i śmierć.

Ludzie pozostali.

To właśnie ich świadectwo autor zestawia z własnymi obserwacjami. Zagląda w ich przepełnione łzami oczy, wdziera się pod wypełnione solą paznokcie. Fotografuje ich, wysłuchuje historii, które zapisuje poniekąd na pamiątkę. Aby nie wyschnęły. Woda jest podstawowym dobrem i potrzebą każdego człowieka. Człowiek jest w stanie przeżyć bez wody zaledwie 3 dni. Niemal połowa rzek na świecie jest zatruta lub zagrożona wyschnięciem. Azja jest domem dla 60% ludności świata, a posiada tylko 1/3 zasobów wodnych.

Przeczytanie tej recenzji zajmuje średnio 150 sekund. W tym czasie z powodu braku wody lub jej niskiej jakości zmarło 7 dzieci.

Opętani Czytaniem Danny Moore


To jedna z naj­więk­szych ka­ta­strof eko­lo­gicz­nych w dzie­jach ludz­ko­ści. Zda­rzy­ła się w miej­scu za­po­mnia­nym przez świat. Dziś nawet w sto­li­cy jed­ne­go z kra­jów naj­cię­żej do­tknię­tych tą tra­ge­dią mało kto o tym wie. Oko­li­ce Morza Aral­skie­go od wie­ków były zie­lo­ną wyspą pu­styn­nej Azji Środ­ko­wej. Rosło tam 90 pro­cent lasów re­gio­nu, żyło ponad 170 ga­tun­ków zwie­rząt. W la­tach 50. wła­dze ZSRR pod­ję­ły de­cy­zję o roz­bu­do­wie sys­te­mów iry­ga­cyj­nych na pu­sty­niach Ka­ra­kum i Ky­zył­kum, by po­więk­szyć te­re­ny pod upra­wę ba­weł­ny. Pre­zen­ta­cji to­wa­rzy­szyć bę­dzie pre­mie­ra książ­ki „Może (morze) wróci”, która uka­zał się na­kła­dem wyd. Bez­dro­ża (2013 r.). Bar­tek Sa­be­la – lat 30, ło­dzia­nin. Ar­chi­tekt, pro­jek­tant wnętrz oraz rze­czy wszel­kich. Z za­mi­ło­wa­nia wspi­nacz, mi­ło­śnik mu­zy­ki, zwłasz­cza tej gra­nej na żywo. W wol­nych chwi­lach jeź­dzi na ro­we­rze, cho­dzi na slac­ku, ry­su­je, ma­lu­je, a cza­sa­mi nawet gra na pia­ni­nie. Wiel­bi­ciel kuch­ni orien­tal­nej, lubi także sam go­to­wać, zwłasz­cza curry. Je­sie­nią 2011 odbył po­dróż po Uz­be­ki­sta­nie, któ­rej celem było do­tar­cie do brze­gów wy­sy­cha­ją­ce­go Morza Aral­skie­go. Ma za­miar tam wró­cić by zre­ali­zo­wać peł­no­me­tra­żo­wy do­ku­ment o miesz­kań­cach Ka­ra­kal­pak­sta­nu i o tym jak za­adap­to­wa­li się oni do nowej tra­gicz­nej rze­czy­wi­sto­ści.

Podroze.onet.pl .


Polityka ma wpływ nie tylko na ludzi, ale także na środowisko naturalne, w którym żyją. Bartek Sabela przekonał się o tym, podróżując do Uzbekistanu, jak kiedyś Ryszard Kapuściński.

Sabela jest z zawodu architektem, projektantem wnętrz. A jego pasją są wspinaczki wysokogórskie. Ale przed dwoma laty zamiast w góry, wybrał się nad ... morze. Nad Jezioro Aralskie zwane Morzem Aralskim lub po prostu Aralem, które znika na skutek katastrofy ekologicznej, spowodowany przez arogancję totalitarnej władzy i gospodarkę byłego ZSRR.

Jeszcze w latach 60. XX wieku jezioro było czwartym, co do wielkości na świecie, po Morzu Kaspijskim, amerykańskim Jeziorze Górnym i afrykańskim Jeziorze Wiktorii. Miało powierzchnię 68 478 km kw. prawie tyle, ile zajmuje cała Republika Czeska. Okolice Aralu były zieloną wyspą Azji Środkowej, zasilaną rzekami – Amu-Darią i Syr-Darią. Rosło tam 90 procent lasów regionu i żyło ponad 170 gatunków zwierząt.

Trudno uwierzyć, że pół wieku później Jezioro Aralskie skurczyło się do 90 proc. powierzchni, zamieniając w apokaliptyczną słoną pustynię. Zaczęło od planu Chruszczowa kolonizacji stepów. Założono na nich plantacje bawełny. Sowieccy planiści uznali, że morze na środku pustyni nie jest potrzebne i rozpoczęli rozbudowę systemów irygacyjnych na pustyniach Karakum i Kyzyłkum.

Źle zaplanowane i wykonane kanały sprawiły, że 70 procent wody z rzek wsiąkało w glebę, nie docierając ani do upraw, ani do morza, które zasilały. W efekcie Amu-daria i Syr –daria rozpływają się w piaskach pustyni. A resztki jeziora dzielą się dziś na dwa niewielkie zbiorniki, w których nie ma już żadnego życia, bo dramatycznie wzrosło zasolenie wody. Kutry rybackie już nie pływają po Aralu. Z pobliskich miast ludzie uciekają, jak z Mujnaku, który na przełomie lat 80/90. liczył jeszcze ponad 120 tys. mieszkańców (wówczas był tam Ryszard Kapuściński). Teraz zostało kilkuset mieszkańców.

Odpowiedź, co należałoby zrobić, żeby uratować Morze Aralskie z pozoru wydaje się prosta. Zracjonalizować gospodarkę wodną, uszczelniając kanały irygacyjne i modyfikując uprawy bawełny tak, by potrzebowały mniej wody. Niestety, znów wtrąca się polityka. Problemem państw Azji powstałych po rozpadzie ZSRR są konflikty i rywalizacja. Aby ratować system hydrologiczny potrzebna byłaby współpraca Turkmenistanu, Uzbekistanu, Kazachstanu, Kirgistanu i Tadżykistanu.

Książka Sabeli to połączenie dwóch gatunków: świetnego reportażu, gdy pisze o Morzu Aralskim i nieocenionego przewodnika, kiedy prowadzi nas po innych terenach Uzbekistanu, od Taszkientu, przez miasta dawnego Szlaku Jedwabnego – Samarkandę, Bucharę do stepu i delty Amu-darii, gdzie życie, jak krajobraz, jest o wiele surowsze. Autor podróżował sam, co zbliżało go do mieszkańców. Jak zresztą zauważa, Uzbecy czują dużą solidarność z Polakami ze względu na trudną historię z Rosją.

A tym, którzy chcieliby się porwać na podobną przygodę radzi:

- Człowiek z Zachodu wrzucony we wschodnią rzeczywistość musi się pozbyć wszystkich stereotypów, uprzedzeń i przyzwyczajeń. I przede wszystkim pokonać swoją nieufność....

Rzeczpospolita Monika Kuc, 2013-03-23