Recenzje:
Lusia oraz Wojtuś, Eliza i Wojciech Łopacińscy - "Zabrałam brata dookoła świata" - Wyd. BezdrożaCzy zdecydowalibyście się na wyprawę dookoła świata? Ja przyznam szczerze, że nie miałabym na tyle odwagi i zapału, aby objechać Amerykę Łacińską, Afrykę i część Azji. Książka, którą chcę Wam przedstawić, to niesamowita opowieść o prawdziwym życiu i o tym, co tak naprawdę w życiu jest ważne, piękne, trudne, a jednocześnie zachwycające. To także niesamowicie przeżyte przygody(jak z filmu), trochę przypominają mi wędrówkę ?Boso?-Cejrowskiego. Czteroosobowa rodzina: Eliza i Wojciech Łopacińscy, z synem Wojtusiem i córką Lusią wybrali się w podróż po Ameryce Północnej(Meksyk, Kuba, Gwatemala, Belize, Salwador, Honduras, Nikaragua, Kostaryka, Panama)i Południowej(Kolumbia i Ekwador). Ktoś powie: ale po co dzieci zabierać i narażać na niebezpieczeństwa? Państwo Łopacińscy dali dzieciom niesamowitą szkołę życia, a poprzez to dzieci poznały świat i innych ludzi. Widzieli, gdzie żyje się inaczej, inne są problemy np. ludzie czerpią wodę ze studni, nie używają papieru toaletowego i robią pranie nad rzeką na kamieniu. To była decyzja Państwa Łopacińskich i trzeba to uszanować. Rodzina przeżyła niesamowite przygody: spotkanie z wielorybami, zdobycie wulkanu w Gwatemali, audiencję u króla indiańskiego, i inne atrakcje, których nie sposób tu wszystkich wymienić. W ciągu 114 dni przejechali ponad 30 000 kilometrów, pięć razy spali w autobusach, 15 razy korzystali z couch-surfingu, wiele nocy także spędzili u księży lub w namiotach, najczęściej na plażach. Książka przepięknie napisana i zrelacjonowana przez całą rodzinę wraz z towarzyszącymi im emocjami. W Ameryce Łacińskiej rodzina Łopacińskich przeprowadzała także w szkołach tam panujących prezentacje i opowiadała o Polsce. Tańczyli poloneza, śpiewali hymn polski i częstowali dzieciaki toruńskimi piernikami. Książka ta to przede wszystkim niesamowita opowieść o kontakcie z nieznanym, o tym co najważniejsze w życiu - czyli o miłości i o wspaniałych relacjach dzieci z rodzicami. Zachęcam Was moi drodzy, właśnie teraz, podczas wakacji, gdy macie więcej czasu przeczytajcie tę wspaniałą książkę i przeżyjcie wraz z rodziną Łopacińskich przygodę życia. Książka zaopatrzona jest także w przepięknie zrobione przez rodzinę zdjęcia, nieraz trochę śmieszne, a nieraz przyprawiające o "gęsią skórkę?. Sam oceń!

DobreRecenzje.pl Dorota; 2017-07-16


W piątek 23 czerwca w ponad 27 tysiącach polskich szkół po raz ostatni wybrzmiał dzwonek, dając tym samym sygnał do rozpoczęcia letnich wakacji. Dla 4,5 miliona uciśnionych przez bezduszny system edukacji uczniów rozpoczął się okres błogiego odpoczynku, dorywczych prac oraz wakacyjnych wyjazdów. A gdyby tak rzucić szkołę i wybrać się z rodzicami w roczną podróż dookoła świata? "Szlifować" języki obce poprzez rozmowy z tubylcami? Uczyć się biologii nie w szkolnej ławie, ale na meksykańskiej plaży lub w honduraskim parku narodowym? Podziwiać zabytki Majów w rzeczywistości, a nie na zdjęciu w podręczniku? Zanim odpowiecie, że to kusząca, ale niemożliwa perspektywa sięgnijcie po książkę "Zabrałam brata dookoła świata. Ameryka Łacińska" autorstwa Lusi, Wojtusia, Elizy i Wojciecha Łopacińskich, która ukazała się nakładem wydawnictwa "Bezdroża". Książka stanowi relację z pierwszego etapu podróży dookoła Ziemi, jaką podjęła rodzina Łopacińskich z Torunia. W ciągu 114 dni pobytu w Ameryce Środkowej rodzice (Eliza i Wojciech) wraz z dziećmi (Lusią i Wojtkiem juniorem) przebyli ponad 30 tysięcy kilometrów, odwiedzając Meksyk, Kubę, Gwatemalę, Belize, Salwador, Honduras, Nikaraguę, Kostarykę, Panamę, Kolumbię i Ekwador. Oprócz oczywistych celów podróży, jakimi były poznawanie innych kultur i zwiedzanie najatrakcyjniejszych zabytków, rodzina Łopacińskich realizowała projekt "Szkoły świata", polegający na promowaniu Polski poprzez spotkania z uczniami miejscowych szkół, którym prezentowano informacje o naszym kraju, przybliżano polskie tradycje, a nawet wyświetlano "Bolka i Lolka" i częstowano toruńskimi piernikami. Największym atutem każdej książki podróżniczej jest różnorodność i bogactwo podejmowanych w niej tematów. Nie inaczej jest w przypadku "Zabrałam brata dookoła świata". Wielbiciele wędrówek po górach razem z rodziną Łopacińskich wejdą na wulkany San Pedro (3020 m n.p.m.), Pacaya (2552 m n.p.m.), San Salvador (1893 m n.p.m.), Masaya (635 m n.p.m.) oraz podejmą próbę zdobycia najaktywniejszego wulkanu Ekwadoru, czyli Tungurahua (5033 m n.p.m.). Wspinaczki to nie jedyne spotkania ze środkowoamerykańską fauną i florą. Na swoim szlaku Autorzy "zapoznali" się m.in. z żyjącymi na wolności tarantulami, krokodylami, manatami i żółwiami oraz mogli podziwiać piękno raf koralowych Belize, zażywać kąpieli w salwadorskich gejzerach, surfować w Kostaryce, a nawet nocować na kubańskiej plaży. Oprócz miejsc o niespotykanych walorach przyrodniczych, toruńscy podróżnicy odwiedzili również zabytkowe świadectwa pracy ludzkich rąk, wśród których znalazły się m.in. ruiny miast Majów, przepiękne kolonialne świątynie rozsiane po całej Ameryce Łacińskiej, najważniejsza morską drogę świata - Kanał Panamski oraz wioskę Indian Naso, gdzie czekała na nich audiencja u monarchy tego plemienia. W tym miejscu warto zaznaczyć, że Autorzy wybrali tzw. backpacking, czyli formę turystyki realizowaną przy minimalnym budżecie: niezbędne rzeczy nosili w plecakach, podróżowali najtańszymi środkami transportu, często jedli w ulicznych barach i nocowali u obcych, lecz życzliwych ludzi, którzy byli gotowi udzielić im wszelkiej pomocy. Historie gospodarzy, którzy gościli rodzinę Łopacińskich, ich zwyczaje, codzienne problemy, plany i marzenia są doskonałym obrazem społeczeństwa Ameryki Środkowej. Nie wolno jednak zapominać, że ten kontynent ma również drugie, mniej przyjazne oblicze. Rozdziały "Zabrałam brata dookoła świata" poświęcone sprawom polityczno - społecznym uważam za jedne z najlepszych fragmentów całej książki. W pamięć zapadają szczególnie opisy spotkania z "Las Damas en blanco" - kobietami w bieli, czyli matkami, żonami i córkami osób internowanych przez kubański reżim, a także skala przestępczości w Hondurasie, gdzie dzień zaczyna się od wiadomości ile osób zostało w nocy zastrzelonych. Najpoważniejszym zarzutem pod adresem "Zabrałam brata dookoła świata" jest zastosowana przez Autorów forma narracji. Książka jest podzielona na 13 rozdziałów, obrazujących kolejne etapy wędrówki po Ameryce Łacińskiej. Rozdziały są z kolei podzielone na relacje poszczególnych członków rodziny. W ten sposób czytelnik otrzymuje bardzo ciekawe, ale dość chaotycznie podane przygody rodziny Łopacińskim. Wiem, że taka forma narracji miała na celu zaprezentowanie różnych aspektów podróży, widzianych oczami córki Lusi, syna Wojtka juniora, mamy Elizy i taty Wojciecha, jednak w moim odczuciu zastosowana konstrukcja nie do końca się sprawdziła. Zawodzą również fragmenty autorstwa Wojtka juniora. "Młodzieżowe" sformułowania, które w założeniu miały być zabawne, pisanie o rodzicach per "starzy" oraz stwierdzenia trzynastolatka, że "studentki z Bogoty były niczego sobie" faktycznie mogą wywołać uśmiech, ale chyba nie o taki, o jaki nastoletniemu podróżnikowi chodziło. Bez porównania ciekawsze są relacje najmłodszej uczestniczki wyprawy, która z wrodzoną dzieciom naturalnością pisze o tęsknocie za domem, bólu z powstałego na jej kolanie czyraka oraz frajdy z zabawy z małym lwem. "Zabrałam brata dookoła świata" czyta się lekko i bardzo szybko. Książka jest znakomicie wydana i opatrzona ciekawymi zdjęciami, na których uwieczniono przygody rodziny Łopacińskich, wizyty w lokalnych szkołach, gościnę u latynoamerykańskich przyjaciół, zwiedzane miejsca oraz piękne krajobrazy. Pewną innowacją są również zamieszczone na kartach książki kody QR, które po zeskanowaniu odsyłają czytelnika do większej liczby zdjęć i filmów z podróży. Podsumowując, "Zabrałam brata dookoła świata. Ameryka Łacińska" jest bardzo przyzwoitą książką podróżniczą, która pokazuje tętniący życiem kontynent, ze wszystkimi jego wadami i zaletami. Jest to również obraz rodziny, która na przekór zdrowemu rozsądkowi i wbrew ostrzeżeniom odważyła się zrobić coś szalonego. W czasach, gdy rodzicie bezgranicznie poświęcają się pracy, a dzieci coraz częściej prowadzą życie w wirtualnej rzeczywistości takie rodzinne szaleństwo jest czymś wyjątkowym.

Sztukater.pl Brzoza


Czy można realizować marzenia o podróżach, mając na głowie dzieci i napięty budżet? Z książki dowiemy się, jak zmienić nastawienie i rozpocząć przygodę życia. Rodzina Łopacińskich swoją podróżą przez cztery kontynenty udowadnia, że nie ma rzeczy niemożliwych. Po dwóch latach przygotowań ruszają - rodzice z dwójką małych dzieci - z Ameryki Łacińskiej, by w rok pokonać 114 tysięcy kilometrów. Autostop, namioty, gościna u napotkanych mieszkańców, przyroda, lokalne przysmaki. Nic nie musi być przeszkodą w poznawaniu świata i siebie. Ta kronika podróży jest jednocześnie opowieścią o drzemiącej w każdym z nas sile sprawczej, którą wystarczy tylko uruchomić, by osiągać wielkie cele!

KONTYNENTY


Czasem odnoszę wrażenie, że teraz nie tylko wszyscy podróżują, ale i wszyscy piszą o tym książki. Jest ich naprawdę sporo, mnogość tytułów na księgarnianych półkach może wielu przyprawić o ból głowy.Jednak tę książkę przeczytałam z wyjątkową przyjemnością, pewnie dlatego, że słyszałam o tej wyprawie, zanim jej uczestnicy wsiedli do samolotu. Rodzina Łopacińskich postanowiła wyruszyć w podróż dookoła świata. Ich dzieci, Lusia i Wojtek, miały spędzić cały rok z dala od dotychczasowych koleżanek i kolegów i, co najważniejsze, z dala od szkoły! Perspektywa wydaje się bardzo kusząca, wielu pewnie chętnie chwyciłoby za plecak i ruszyło w podróż śladami sympatycznej rodzinki. Ale czy to na pewno taka miła i przyjemna wyprawa? Odkrywanie nowych miejsc to wielka frajda, ale co zrobić w sytuacji, kiedy osoba, która miała nas przenocować, nie odbiera telefonu, a na dworze zapada noc? A i takie przygody przydarzyły się bohaterom tej książki. Emocjonujących i nerwowych momentów w ich podróży nie brakowało. A to wysiedli na dworcu, na którym nikt z miejscowych nie odważyłby się postawić swojej stopy. A to podróżowali busami, którymi wszyscy bali się podróżować. Ostrzegano ich zawsze po fakcie. Ale zdarzało im się również podróżować pod eskortą policji. Tak było w Salwadorze, do którego przyjechali na zaproszenie tamtejszego ministerstwa turystyki. Policja pomagała im również w Nikaragui. Przez większość krajów Ameryki Łacińskiej podróżowali jednak na własną rękę, szukając noclegów na specjalnych portalach internetowych. Opierając się na przewodnikach, poleceniach innych turystów oraz korzystając ze wskazówek miejscowych, wybierali najciekawsze miejsca, które chcieliby w każdym kraju zobaczyć. Wspinali się na wulkany, kąpali w wodospadzie, jedli mango spadające wprost pod ich nogi. Przeżyli niesamowity czas, z dala od telefonów komórkowych, codziennych obowiązków. Poznawali nowych ludzi, pokazali dzieciom inny świat. A przy okazji promowali Polskę. Mieli przygotowaną specjalną prezentację poświęconą naszemu krajowi, częstowali miejscowych toruńskimi piernikami i uczyli podstaw polskich tańców ludowych. O ich przygodach czyta się jednym tchem. Książkę wyróżnia osoba narratora, a dokładniej mówiąc, narratorów. Bo jest ich czworo. Każdy członek rodziny Łopacińskich opisuje odwiedzane kraje ze swojej perspektywy. Każdy na wszystkie wydarzenia patrzy inaczej, dzieci lubią chwile beztroskiej zabawy, mama stara się zawsze zachować odrobinę zdrowego rozsądku, a tata nie boi się realizować absolutnie szalonych marzeń. Mimo różnicy charakterów, potrafili się porozumieć nawet w najbardziej ekstremalnych sytuacjach. Jedyną rzeczą, którą można tej książce zarzucić, jest brak kolorowych zdjęć. Czarno-białe fotografie nie oddają klimatu odwiedzanych przez bohaterów miejsc. Zapis przygód z Ameryki Łacińskiej to pierwsza część międzynarodowych wojaży rodziny Łopacińskich. Warto czekać na kolejne, w których zabiorą czytelników w nowe, fascynujące miejsca.

qlturka.pl Magda Kwiatkowska-Gadzińska


Rodzinna podróż przez kilkanaście krajów Ameryki Łacińskiej. Pełne energii i turystycznych marzeń małżeństwo z Torunia postanowiło zabrać dwójkę swoich dzieci w podróż dookoła świata i wcieliło ten plan w życie. Owocem pierwszych czterech miesięcy ich wyprawy jest książka wydana przez wydawnictwo Helion, przybliżająca czytelnikom miejsca, które rodzina Łopacińskich miała okazję odwiedzić. „Zabrałam brata dookoła świata. Ameryka Łacińska” to pięknie wydana opowieść czwórki miłośników podróży o tym wszystkim, co w czasie swojej wyprawy przeżyli, zobaczyli, ale również o tym, jak to jest jeździć po świecie z najbliższymi i co daje poszczególnym członkom rodziny takie wspólne wojażowanie. 114 dni w podróży, ponad 30 000 kilometrów. Gwatemala, Belize, Meksyk, Salwador, Honduras, Nikaragua, Kostaryka, Panama, Kuba, Kolumbia, Ekwador. Ich atrakcje, zabytki, przyroda, kuchnia, tradycje. Spotkania z mieszkańcami i promowanie Polski tysiące kilometrów poza jej granicami. Poszerzanie horyzontów i doświadczanie różnorodności świata na własnej skórze. Multum przygód i jeszcze więcej wrażeń. Lusia, Wojtuś, Eliza i Wojciech z Torunia dzielą się w publikacji swoimi doznaniami, wspomnieniami, emocjami. Warto wspomnieć choćby o spotkaniu z wielorybami, indiańskim królem, zdobyciu wulkanu w Gwatemali, dotarciu do „środka Ziemi” w Ekwadorze, zabawach z lwem, kąpielach w gejzerach. Nie brakuje jednak w książce także informacji statystycznych, mapek ani zdjęć z wyprawy. Piękna szata graficzna tej pozycji wydawniczej i wspaniale prowadzona narracja sprawiają, że „Zabrałam brata dookoła świata. Ameryka Łacińska” czyta się szybko i z przyjemnością, ciągle mając ochotę na więcej. Ogromnym walorem książki jest szczerość i autentyczność bijąca z publikacji oraz radość czworga Polaków z Torunia, z odkrywania coraz to innych zakątków naszego globu. Państwo Łopacińscy udowodnili swoją podróżą, że szalone fantazje nie muszą pozostawać tylko w naszych głowach. Pokazali także, że marzenia dorosłych można realizować, włączając do tego dzieci. Wystarczy tylko bardzo mocno czegoś pragnąć i odważyć się to zrealizować. „Postanowiłem pokazać dzieciom świat – aby go posmakowały, zamiast oglądać go w telewizji. Żeby rozkochały się w życiu i otaczających nas ludziach”. „Chciałem nauczyć ich patrzeć szeroko. Bardzo szeroko. I bardzo daleko”. Książka „Zabrałam brata dookoła świata. Ameryka Łacińska” jest najlepszym dowodem na to, że w kochającej się rodzinie drzemie ogromny potencjał i moc i że razem można osiągać naprawdę wyjątkowe cele np. objechać świat dookoła. W jeden rok. Bo marzenia to siła napędowa niezwykłych i niecodziennych zdarzeń, dla każdego z nas.

portal dlaLejdis.pl (DEPRECATED) Iwona Trojan; 2017-04-19


Tyle co skończyłam lekturę niezwykle pięknej książki niezwykle pięknie wydanej przez śląskie Bezdroża. „Zabrałam brata na koniec świata” to owoc prawie rocznej podróży czteroosobowej rodziny przez 10 krajów Ameryki Łacińskiej. Eliza, Łucja i dwóch Wojciechów czyli mama i córka, tata i syn Łopacińscy z Torunia i Gwatemala, Belize, Meksyk, Salwador, Honduras, Nikaragua, Kostaryka, Panama, Kuba, Kolumbia oraz Ekwador – 114 dni i ponad 30 tys. kilometrów przebyte i przeżyte pod hasłem: „Jechaliśmy poznawać świat i podpatrywać ludzi żyjących inaczej”. Zamiast wygodnego łóżka – śpiwór i karimata, zawartość szafy zredukowana do plecaka. Noclegi – u życzliwych lokalsów (o nich zaraz nieco więcej!), ale i na plażach, a także w starej chacie na zboczu wulkanu! Jedzenie – wyłącznie lokalne, czyli spożywane przez miejscową ludność. I wreszcie przemieszczanie się wyłącznie chicken busami – środkami transportu, które miłośnicy literatury podróżniczej znają z niemal każdej książki bądź z autopsji; stare i wysłużone ponad normę, („nawet tą bajkową”, tj. mające i 30 lat, i więcej!), z miejscami dla ponad setki kur i kóz i ich właścicieli i czwórki i gringo ze swym ruchomym dobytkiem. Po 30 godzinach podróży, bez łagodnej klimatyzacji wita podróżników Gwatemala, „która ma w każdym oknie kraty, faceci chodzą z nabitymi giwerami w kieszeni, a ogrody otoczone są drutem kolczastym pod napięciem” . Mocny początek, lecz jakby na przekór brutalnej rzeczywistości od pierwszego do ostatniego miejsca tej podróży, z jednym czy dwoma wyjątkami Łopacińscy napotykają ludzi o gościnnych sercach i przeogromnej życzliwości, którzy otwierają swe domostwa i zapraszają gości z dalekiej Polski do swego życia. „W czasach, gdy nie znamy naszych sąsiadów, gdzie mijają nas tysiące ludzi, pragnęliśmy stworzyć relację z drugim człowiekiem.(…) Nastawiliśmy się na totalne branie i na korzystanie z dobroci innych”. – pisze Wojciech ( tata). To i zminimalizowanie kosztów wielomiesięcznej podróży było możliwe dzięki couchsurfingowi, który z kolei jest możliwy dzięki Internetowi. Spotkania Łopacińskich z mieszkańcami Ameryki Łacińskiej to temat na osobną książkę! Moją pasją jest literatura podróżnicza , przeczytałam już morze książek – wspomnień i mimo zagrożeń, jakie niesie z sobą współczesny świat i podróże w dalekie strony ( często – w pojedynkę!), zawsze potwierdza się, że w człowieku jest ocean dobra i życzliwości, że podróżnik z dalekiego świata to nie „materiał” do oskubania, lecz ktoś, kto w naturalny sposób wyzwala potrzebę pomocy i opiekuńczości. „W Ameryce Południowej – wspomina Wojciech, tata – gdzie dla telefonu komórkowego potrafią zabić i strach jest chodzić wieczorem po ulicy”, kierowca chicken busa zawraca, by odszukać i oddać Łopacińskim zgubiony plecak z laptopem i projektorem multimedialnym, lekarz, obchodząc przepisy i samemu się narażając, bezinteresownie zaopatruje rodzinę w antybiotyk i niezbędne środki opatrunkowe, zaś gospodarze goszczący rodzinę z Polski biorą urlop, by obwieźć gości po swym kraju i pokazać to, co w nim najpiękniejsze. Dwadzieścia rodzin, nie zawsze bogatych, lecz zawsze ciepłych, serdecznych i ciekawych przybyszów z daleka, o których Eliza, mama napisze: „W tej podróży cały czas spotykamy wspaniałych ludzi”. Podróż Łopacińskich obfituje we wzruszające sytuacje; Lusia i Wojtuś ( córka i syn) są świadkami poruszającej demonstracji hawańskich Kobiet w bieli (Damas el Blanco) i niezwykłej odwagi ich ojca ( koniecznie przeczytać!!!!), co rusz widzą na ulicach dzieci od najmłodszych lat zarabiające na chleb i dociera do nich prawda, że poza Internetem i nowoczesnością wciąż istnieje świat, w którym „czerpie się wodę ze studni, nie używa papieru toaletowego i robi pranie na kamieniu w rzece”, że toaletą może być dziura w betonie, a kuchenkę stanowić taboret z jednopalnikową kuchenką! Ojciec Wojciech pisze: „Daliśmy dzieciom niesamowitą szkołę życia”, a ja dodam, że częścią tej „nauki” była realizacja projektu wymyślonego przez tatę Wojciecha , a zatytułowanego „Szkoły świata. Z dziećmi do dzieci”. W swą wielomiesięczną podróż Łopacińscy zabrali laptopy, projektor, flagi biało-czerwonej i toruńskie pierniki w ilościach których zupełnie się pogubiłam! J W miejscowościach, w których nocowali, Łopacińscy szli do szkół, a tam Lusia i Wojtuś - początkowo stremowani i tylko po angielsku, potem – po hiszpańsku i z dziecięcą spontanicznością, opowiadali swym rówieśnikom o dalekiej Polsce, wyświetlali filmy z Bolkiem, Lolkiem i Reksiem, tańczyli poloneza, śpiewali nasz hymn i częstowali toruńskimi piernikami. Pomysł – genialny w swej prostocie i nie do przecenienia , gdy idzie o jego wartość!!! Książka „Zabrałam brata na koniec świata” ma niecodzienną narrację. Jej autorami jest cała czwórka podróżników; pisze mama i tata, córka i syn. To ciekawy pomysł, zwłaszcza gdy jakiś epizod możemy ujrzeć z kilku perspektyw. Opisom wrażeń towarzyszą liczne i piękne zdjęcia i – nowość - tzw. QR-y, dzięki którym możemy obejrzeć filmiki z pobytu w każdym z odwiedzonych krajów. Przygodami i przeżyciami ze swej podróży Łopacińscy mogliby obdarować niezłą gromadkę chętnych! Na Belize pływali z rekinami ( czy wiedzieliście Państwo, że rekin potrafi wyczuć kroplę krwi w 115 litrach słonej wody?!), w Meksyku obserwowali poród żółwi i kupowali ser… na metry(!), a w Ekwadorze odbyli morską podróż na spotkanie z wielorybem. W Panamie obserwowali obchody 100 lecia Kanału Panamskiego i „wychodzili” audiencję u króla Indian Naso. W Hondurasie nie pozwoliły im zasnąć nocne porachunki narkotykowych gangów, a w Kostaryce –drgania skorupy ziemskiej ( ok. 30 w ciągu każdego dnia!). Poznali plantacje kawy i ananasów, kąpali się w gejzerach, zdobyli ( i zatknęli polską flagę!) na 6,5 wulkanach i poznali cztery główne ośrodki cywilizacji Majów. To nie wszystko! Po Hawanie podróżowali Lincolnem z …1949 roku i z rozdziawionymi buziami ( Wojtuś i Lusia) oglądali maluchy, duże fiaty i polonezy mknące po ulicach kubańskiej metropolii. Tu tata Wojciech udziela dzieciom cennej lekcji z socjalizmu, który z Polsce BYŁ, a na Kubie wciąż JEST, a którego atrybutem są puste sklepy, na półkach których królują wiadra, konserwy i… rum! A mimo to Kuba ( i książka!) potrafi zauroczyć, skoro czytam: „Zakochaliśmy się w Hawanie i raz jeszcze w sobie” J ( mama Eliza). Bezcenne spotkania z ludźmi, przygody, których nie da się wymienić za jednym razem i wreszcie lokalne przysmaki! To też rozdział, który mógłby rozrosnąć się do osobnej książki. Pupusa, owoce lulo, guajawy i sapote, babako czyli owoce szampańskie ( czemu takie – przeczytajcie Państwo sami J). Upieczona świnka morska, frytki z.. juki i juka gotowana, omlet z krabami, prażony banan z pastą z fasoli i ta ostatnia – fasola czyli frijoles - w każdej postaci, w każdym niemal posiłku! Łopacińscy jedzą absolutnie wszystko poza żywymi robakami, na które jednorazowo skusili się – najpierw Wojciech syn, a po nim – Wojciech ojciec! Wszystko – jak zapewniali-( poza robakami!) było smaczne, pachnące, niezwykłe. Nam wypada jedynie wierzyć i czekać z niecierpliwością na kolejne książki tej niezwykłej rodziny z Torunia. Lusia, najmłodsza podróżniczka, w ostatnich słowach zapewnia, że tytuł książki jest jak najbardziej uprawniony, skoro przed nią, jej bratem oraz rodzicami –„kolejna podróż w inne kraje Ameryki Południowej, a także Afryka i Azja”.

http://mumagstravellers.blogspot.com/ Majka Em; 2017-04-18


Nie należą do wyjątkowych wielomiesięczne, a nawet wieloletnie podróże przez świat. To także dowód globalizacji, którą wyraża dostępność transportu, jego przystęp-ność, łatwość komunikacji (internet), znajomość języków, wreszcie coraz więcej czasu, jaki możemy poświęcić sobie i swoim potrzebom. Potrzebą rodziny Łopacińskich była podróż dookoła świata. Przystępna, niedroga i popularna potrzeba. Trzeba tylko pomyśleć. Złapać promocje, umieć skorzystać z couchsurfingu i mieć trochę odwagi. Rodzinna wielomiesięczna podróż przez świat jest najbardziej niezwykłą lekcją, jaką rodzice mogą dać swym dzieciom. To nie tylko lekcja geografii, także szacunku wobec obcych, innych religii, kultury, obyczajów. To także lekcja pokory, gdy zdajemy sobie sprawę, jak bardzo jesteśmy do siebie podobni, niezależnie od naszego miejsca na Ziemi. Łopacińscy wyruszyli najpierw do Ameryki Środkowej i temu poświęcony jest pierwszy tom ich czterogłosowej relacji. Sprawozdanie jest bowiem wspólne i właściwie tylko to wyróżnia tę książkę spośród setek innych. Szczegółową opowieść toczą uczestnicy wyprawy: Wojciech i Eliza (rodzice) oraz Łucja i Wojtek (dzieci). Cztery perspektywy, z jakich opisano podróż, mogą zachęcić każdego, komu taka zachęta jest niezbędna do podjęcia decyzji o wyjeździe. Rodzina, planując niskokosztową wyprawę, opisuje zarazem technologię takiej podróży. Jak ją przygotować, jak korzystać z kontaktów i pozostawiać po sobie dobre wrażenie. Darmowe noclegi, tanie bilety lokalne, gościnność miejscowych. W zamian spotkania w szkołach, opowieści o Polsce, relacje, które trudno zapomnieć. Do tego wspomnienia na całe życie co najmniej dwóch pokoleń rodu: egzotyka Meksyku i Kostaryki, dreszczyk grozy w Hondurasie, rekiny w Belize, hawańskie cygara, pogrobowcy socjalizmu w Nikaragui, król Indian w Panamie... Polskie ślady z przeszłości i biel oceanicznych plaż.

Tygodnik Angora Ł.AZIK; 2017-04-16


Książkowe relacje podróżnicze ukazujące się u nas tylko w ostatnich latach, tworzą już sporą bibliotekę. Są wśród nich pozycje znakomite, świetnie napisane, pełne przygód, niezwykłych sytuacji i oryginalnych obserwacji.Mnóstwo mniej lub bardziej przeciętnych typu: byłam (-em), widziałam (-em), problemy z transportem, porozumiewaniem się z tubylcami, upałem (opadami), noclegami, niesmacznym lub powodującym problemy żołądkowe jedzeniem, niebezpieczeństwami, kolejną złapaną gumą rowerową, czy awarią silnika motocykla, samochodu itp. Trafiają się niekiedy również takie, których czytelnicy nic, albo niewiele, stracili by, gdyby nie zostały opublikowane. Najnowsza książka podróżnicza ?Bezdroży? jest ciekawa i warta przeczytania przynajmniej z kilku powodów. Przede wszystkim niezwykłego, i z powodzeniem zrealizowanego pomysłu, aby wybrać się w roczną podróż ?dookoła świata?, a konkretniej na cztery (licząc amerykańskie jako dwa) kontynenty, z dwójką dzieci. Przy czym na wyprawę plecakową, z założeniem nie nocowania w hotelach, przemieszczania się najtańszymi środkami transportu i jadaniem tak, jak niezamożni tubylcy. Oraz pisaniem ? i opublikowaniem ? relacji z tej wyprawy przez całą czwórkę. O tych samych miejscach i wydarzeniach, nierzadko zupełnie inaczej odbieranych przez członków rodziny. Ładnie opisywanych, z humorem i, pomijając kilka potknięć faktograficznych, które umknęły uwadze redaktorów wydawnictwa, bardzo ciekawych, a często dotyczących sytuacji niezwykłych lub wartych poznania przez czytelników. Jest to relacja z pierwszego etapu tej niezwykłej wyprawy, z krajów północnej części Ameryki Łacińskiej. Można więc oczekiwać, gdyż na pewno na to zasługuje, jej kontynuacji z dalszych etapów podróży. W wyprawie tej uczestniczyli rodzice, którzy postanowili przerwać, bądź zawiesić na rok pracę zawodową. I, odrywając dzieci na tak długi okres od szkolnej nauki, poznawać z nimi świat oraz inne kultury i obyczaje. A równocześnie, raczej nawet przede wszystkim, wspólnie to wszystko przeżywać rodzinnie i odkrywać samych siebie. Tata: Wojciech ? doświadczony menedżer, jak przedstawia go wydawnictwo, a także wykładowca uniwersytecki i szkoleniowiec. Mama: Eliza ? urzędniczka, z wcześniejszymi doświadczeniami samotnej podróży po Indiach. I dzieci: nastoletni Wojtek, prezentowany w różnych miejscach książki jako 12-14 ? latek. Oraz młodsza od niego o kilka lat Łucja, nazywana w rodzinie i pisząca swoje relacje jako Lusia. W pierwszym, trwającym 114 dni, etapie długo i solidnie przygotowywanej wyprawy opisanym w tej książce, przebyli ponad 30 tys. km, z czego 14 tys. km samolotami, resztę głównie najtańszymi autobusami, zwanymi chicken busami ? starymi amerykańskimi szkolnymi dożywających w Ameryce Łacińskiej ostatnich chwil i przeważnie bardzo zdezelowanymi. Zapełnianymi zgodnie z zasadą: ?ile jest miejsc? ? tyle ilu chętnych?. Nie tylko pasażerów, ale i ich bagaży. Podróżnicy byli, dwukrotnie, bo tak się złożyło, w Gwatemali. A także w Belize, Meksyku, Salwadorze, Hondurasie, Nikaragui, Kostaryce, Panamie, na Kubie, w Kolumbii i Ekwadorze. Najwięcej nocy spędzili w autobusach i śpiąc na podłogach dworców i przystanków czekając na przesiadki. 20 w namiotach, głównie na plażach. 15 korzystając z gościny przypadkowych ludzi poznanych przez Internet w couchsurfingu lub gdzieś na trasie. 12 u księży w parafiach. Poznali 20 rodzin ?tubylców?, w tym mieszkających w tamtych krajach Polaków i Polki, którzy zaprosili ich do swoich domów. Zobaczyli po raz pierwszy tamtejsze egzotyczne kraje, ich ciekawe miejsca ? zarówno światowej, jak i lokalnej klasy zabytków. Zetknęli się z wieloma ludźmi, ich zwyczajami i obyczajami, co stało się dla całej czwórki prawdziwą szkoła życia i poznawania świata, jego różnorodności i kultur. Weszli, jeżeli nie wszędzie wszyscy, to przynajmniej Tata, na kilka wulkanów, także czynne. Docierając na ponad 5-tysięczniku Tungurahua w Ekwadorze do wysokości 4456 m n.p.m., aż do oblodzonej, nie do pokonania bez odpowiedniego sprzętu, lodowej ściany. Nauczyli się, szybciej i lepiej dzieci, dzięki zabawom z rówieśnikami, języka hiszpańskiego. Na tyle, że prezentując w szkołach, bo jednym z celów wyjazdu była realizacja projektu ?Szkoły Świata?, Polskę i Toruń, w którym mieszkają oraz filmy o Bolku i Lolku, mówili tam, gdzie dzieci nie rozumiały angielskiego, z czasem coraz lepiej po hiszpańsku. Poznali z bliska egzotyczną florę i faunę. Np. mała Lusia nauczyła się przygotowywać kakao z jego owoców zerwanych z drzewa, wysuszonych i zmielonych na kamieniach. Kąpali się, lub przynajmniej widzieli je z bliska, z egzotycznymi rybami, rekinami, manatami ? krowami morskimi, żółwiami morskimi i wielorybami. Oglądali iguany i kajmany oraz wiele innych stworzeń. Lusia bawiła się, w ochronnych rękawicach, z 4-miesięcznym lwem ? sierotą, który wychowywany był przez właścicielkę mieszkania, w którym gościli w Meksyku, do momentu, aż będzie mógł samodzielnie poradzić sobie w rezerwacie. Obserwowali wielkie żółwice składające jaja w piasku plaży. Niekiedy były to spotkania zaskakujące. Np. w świętym mieście Majów ? Tikal w Gwatemali. ?Nagle na mojej drodze ? wspomina Lusia ? stanęło całe stado małp. Aż pisnęłam z radości. Zapragnęłam się z nimi pobawić i w pierwszej chwili myślałam, że one ze mną też. Niestety uznały, że chcę im zabrać śmieci. Zaczęły zbliżać się do mnie pokazując kły, jak złe psy.? Ale już w przypadku wielkich, groźnych z wyglądu pająków ? tarantul okazało się, że niektóre z nich można wziąć do ręki. Co dokumentuje, podobnie jak w przypadku zabawy z lwem, czy wielkimi żółwiami, zdjęcie. Natomiast ich przygody oraz wydarzenia w trakcie podróży ponad 250 innych zamieszczonych w książce. Zawartych w niej opisów ciekawych sytuacji są dziesiątki. Czytając ją zrobiłem ponad 20 stron notatek i odnośników do cytatów, z których tylko nieliczne jestem wstanie wykorzystać w tej recenzji. A każdy z nich, plus mnóstwo innych, zasługuje na to. Zainteresowanych nimi muszę jednak odesłać do źródła: tej książki naprawdę wartej przeczytania, a może i skorzystania z niej jako inspiracji do własnych podróży. Niekoniecznie tak długich i ekstremalnych. O niektórych sytuacjach, a także ich ocenach podróżników, muszę jednak wspomnieć. Chociażby o wielokrotnym przekraczaniu granic lądowych, i to zawsze pieszo, z bagażami, bo autobusy nie przejeżdżały na drugą stronę. A wyglądało to różnie, przeważnie jak przy przekraczaniu granicy Gwatemali i Belize: ?Jeszcze nie wiedzieliśmy, że przejścia graniczne (między państwami Ameryku Łacińskiej) to miejsca, gdzie panuje bezprawie, i że wszechwładny pogranicznik jest panem każdej podróży. Od jego widzimisię zależy, czy pojedziesz dalej, czy spędzisz na granicy kolejne godziny a nawet dni.? Większość krajów latynoskich, które odwiedzili, nie tylko uchodzi za bardzo niebezpieczne, ale naprawdę nimi jest. Opisy miejscowej gastronomii, zwłaszcza ulicznej i jarmarcznej, z której korzystali toruńscy podróżnicy, czytelnikom dbającym o higienę mogą zjeżyć włosy na głowach. Ale poza kilkunastoma zatruciami pokarmowymi i obstrukcjami żołądka, nic złego ich nie spotkało. Podobnie jak nie zostali napadnięci, ograbieni, czy w inny sposób poszkodowani. Kilka cytatów lub relacjonowanych sytuacji, zasługuje jednak na odnotowanie. ?? przywiozłem żonę i dzieci ? pisze Tata ? do świata (w tym przypadku Gwatemali, ale w niektórych odwiedzonych krajach sytuacja jest jeszcze gorsza ? uwaga cytującego) w którym każde okno ma kraty, faceci chodzą z nabitymi giwerami w kieszeni, a ogrody otoczone są drutem kolczastym pod napięciem?. ?Patrzyło na nas (w Belmopan, w Belize) zbyt dużo ciekawskich oczu, w których odczytywałem zainteresowanie nie nami, tylko naszymi torbami?Pierwszy raz podczas tej podróży poczułem się niepewnie i to bardzo niepewnie?. W Hondurasie uchodzącym za najbardziej niebezpieczne państwo świata, komunikacja funkcjonuje tylko w dzień, bo w nocy jest zbyt niebezpiecznie. W jej milionowej stolicy Tegucigalpie po zmroku rządzą grupy przestępcze, a na głównej ulicy stoi 4 przestraszonych policjantów. I chodzą krowy ora hordy bezpańskich krów. Tamże w dzień, w szkole w której prezentowali Polskę, dyrektor nie zgodził się aby sami wracali do odległego o 800 mieszkania, w którym zatrzymali się, lecz wezwał ?eskortę policjanta trzymającego palec na spuście?. Chociaż wspominając o tym autor relacji uspokajał się: ?Najczęściej zabijani są handlarze narkotyków, bukmacherzy, taksówkarze i biznesmeni, którzy spóźnili się z płaceniem haraczu lub zrezygnowali z płacenia ?za ochronę?. Najgorzej mają adwokaci, bo broniąc członka jednego gangu narażają się automatycznie jego przeciwnikom??. W Salwadorze, gdzie poznany na ITB w Berlinie urzędnik tamtejszego ministerstwa turystyki załatwił im możliwość zwiedzenia najciekawszych miejsc tego kraju i zapewnił noclegi, byli cały czas eskortowani przez policję. Ale w innych krajach i niebezpiecznych miejscach też nie spotkało ich nic złego. Wręcz przeciwnie! W Panamie, gdy pozostawili w nieznanym im, po kolejnej przesiadce, autobusie, jeden z plecaków, to kierowca wrócił na krańcowy przystanek, na którym wysiedli, aby ich odszukać i zwrócić zgubę. Co tak oceniła Mama: ?W Ameryce Południowej (faktycznie byli w Środkowej), gdzie dla telefonu komórkowego potrafią zabić i strach jest chodzić wieczorem po ulicy, nieznany mi kierowca oddaje plecak z komputerem i projektorem multimedialnym.? Podróżnicy nocowali często u zapraszających ich ludzi poznanych przez Internet, lub przypadkowo gdzieś na trasie. Bardzo rzadko w mieszkaniach luksusowych, przeważnie skromnych, nawet bardzo, na własnych karimatach rozłożonych na podłogach. Niekiedy w zaskakujących, a nawet szokujących miejscach. W San Pedro Sula w Hondurasie u studenta w jednym z nim małym pokoju bez kuchni. W Managui w Nikaragui u 5-osobowej rodziny mieszkającej w 2 izbach z przedsionkiem, bez mebli poza łóżkiem na którym spały dzieci i ?łazienką? z umywalką i dziurą w betonie. Najbardziej koszmarnie w Cali, w Kolumbii. Zacytuję: ?? trafiliśmy do brudasa, który mieszkał z 3 kotami i 2 wielkimi psami i nigdy ich nie wyprowadzał, Odchody swoich pupili zbierał tylko łopatą i wyrzucał na taras, więc cuchnęło tam niemiłosiernie?. Wybrałem szczególnie drastyczne przykłady, na szczęście nieliczne. Ale nawet w takich warunkach przyjmujący ich ludzie okazywali się gościnni. Podobnie było z jedzeniem. Znowu zacytuję: ?W małych ulicznych garkuchniach oddane przez gości brudne talerze tylko płukano zamiast zmywać i serwowano na nich posiłek kolejnym osobom. Panie nakładały wszystko rękoma, a dookoła latały muchy?. Szczególne problemy z wyżywieniem pojawiły się na Kubie, na którą polecieli z Panamy, gdyż trafiły się tanie bilety. Aby później drogą lotniczą dotrzeć do Kolumbii, gdyż między tymi, sąsiadującymi ze sobą krajami ? i w ogóle do Ameryki Południowej ? praktycznie nie ma dobrej drogi i komunikacji autobusowej. Na komunistycznej wyspie okazało się, że w sklepach są tylko wiadra, puszki z konserwami i rum. W cenie o równowartości 5 zł za 0.75 litra. A woda 4 zł za 1,5 l. Jadali więc pizzę ?za niecałe 2 zł?, pyszne bułeczki za grosze i to, co biedni Kubańczycy. A gdy na kilka dni rozbili namioty na pustej karaibskiej plaży na przedmieściach Varadero, to dogadali się z kucharzem pobliskiej knajpy. ??za 2 CUC (około 8 zł ? ?twarde? peso, otrzymywane w wymianie za dolary, peso kubańskie jest niewymienialna i niewiele można za nią kupić) dziennie jedliśmy całą rodziną 3 świetne posiłki. Socjalizm ma swoje zasady: wszystko należy do wszystkich więc kucharz chętnie dzielił się z nami dobrem narodowym.? Ich 10 ? dniowy pobyt na Kubie na własną rękę, bez zapewnionych noclegów, wyżywienia i przejazdów, to jeden z najciekawszych opisów w tej książce. Pełnych tamtejszych absurdów, ciekawostek i zaskoczeń. Z noclegami w parafiach lub na plażach. Udziałem w antykastrowskiej demonstracji ?Kobiet w bieli? ? ofiar lub członkiń rodzin ofiar reżymu. A także w dziwnych obyczajach sekt religijnych. Prezentacji Polski w szkole, po uzyskaniu zgody tamtejszego ministerstwa oświaty, z prewencyjną kontrolą slajdów i ich podmianą w trakcie spotkania z młodzieżą ?bo syn się pomylił?. I radykalną zmianą w trakcie pobytu wrażeń i ocen. Od pierwszych: ?Stare samochody, uśmiechnięci ludzie, brud, alkohol?. Po końcowe: ?Kuba okazała się jednym z najciekawszych miejsc, jakie odwiedziliśmy w czasie naszej podróży.? A przecież zobaczyli w tych 11 latynoskich krajach naprawdę wiele. Od sławnych zabytków odwiedzanych państw, poprzez ich plaże, góry, wulkany, jaskinie, jeziora itp. Chociaż akurat zabytki i muzea nie były ich priorytetem, zgodnie z podsumowującym stwierdzeniem Mamy: ?Gdy ograniczymy turystykę tylko do zaliczania kolejnych muzeów, aquaparków i hoteli, stanie się bardzo płytka i nudna, Podróżowanie powinno służyć nawiązywaniu nowych relacji z ludźmi.? I trudno nie zgodzić się tym. Przy czym sukcesów w nawiązywaniu relacji mieli mnóstwo. Także, a może przede wszystkim, dzieci, które z rówieśnikami szybko znajdowały wspólny język, jak najbardziej dosłownie. Przykłady tego, co w tej książce jest ciekawego, można mnożyć bez końca. Warto też zwrócić uwagę, że jest ona rzetelna w warstwie faktograficzno ? informacyjnej. Błędów lub nieścisłości znalazłem kilka, chociaż byłem w kilku krajach tego regionu świata, lub inne przytaczane fakty znam z naszego kraju. I tak: w Kanionie Sumidero w Meksyku nie pływają krokodyle, lecz kajmany, co miałem okazję osobiście sprawdzić i sfotografować. A chociaż są nieco do siebie podobne, tak jak i aligatory, to różnice między nimi można porównać do tej, jaka jest między wołami, bawołami czy jakami. Piękna kolonialna dzielnica Bogoty nazywa się Candelaria (od kościoła Virgen de Candelaria ? Matki Boskiej Gromnicznej), a nie Candelabria. Quito jest uważane za drugą, a nie najwyżej położoną stolicę świata. Nieścisła jest też uwaga przy informacji, że na Kubie ?nikt nie może skorzystać z noclegu w hotelu w swoim mieście, zupełnie jak z pokoju hotelu Orbis w Polsce przed laty?. Także u nas zakaz ten obowiązywał wszystkie hotele, również miejskie, a nie tylko ?orbisowskie?. I na koniec dwie uwagi krytyczne. Opisy zdjęć na marginesach tej książki wydrukowano zdecydowanie zbyt małą czcionką. Zaś druga część jej tytułu jest trochę myląca. Przecież dalsza część wyprawy toruńskich podróżników przebiegała również przez kraje latynoskie. Tyle, że nie północne i środkowe, lecz południowo amerykańskie. Są to jednak tylko drobne potknięcia. Gorąco polecam więc lekturę tej książki. I niecierpliwie czekam na następne części relacji z tej wyprawy: z Ameryki Południowej, Afryki i Azji.

Globtroter CEZARY RUDZIŃSKI