Recenzje:
Indonezja - 17 tysięcy wysp otoczonych błękitną wodą, które przyciągają turystów i pseudoeksplorerów z całego świata. Nawet nasza mała, dzielna reporterka Nela, swego czasu z pasją godną autorki kanonu lektur ósmoklasisty szukała na tamtejszej plaży "muszelek i zwierzątek".Po szybkim internetowym researchu pozostaje wrażenie, że Indonezja została stworzona przez Naturę, tylko po to, by dziesiątki tysięcy blogerów i vlogerów odnalazło sens życia w opisywaniu, jak cudowna jest Indonezja, jak mili są tamtejsi mieszkańcy i jak fajowsko być prawdziwym podróżnikiem, który z kilkoma banknotami w portfelu żyje niczym król, odkrywając jednocześnie mądrość Dalekiego Wschodu.

O wspaniałym życiu na archipelagu nie opowie nam blisko milion jego mieszkańców, podejrzewanych o lewicowe sympatie, którzy w 1965 zostali wybici w pień przez swoich przemiłych rodaków. Nie wchodźmy jednak w szczegóły, by dzięki wydawnictwu Bezdroża rozpocząć pełną wrażeń lekturę.

Archipelag znikających wysp to fascynująca podróż przez jeden kraj rozciągający się na przestrzeni rozległej niczym od Irlandii po Kaukaz. Nie sposób nie patrzeć na ten kraj, jak na ?zlepek kultur połączonych wspólną administracją i językiem indonezyjskim?. Mamy bowiem do czynienia z kilkoma setkami grup etnicznych. Dodajmy do tego holenderskie, chińskie, indyjskie i muzułmańskie wpływy, a otrzymamy niezwykle ciężko zrozumiałą dla przybysza z zewnątrz mieszankę kulturową. Wraz z autorami odwiedzamy m.in. ?Wyspę Duchów?? Bali, gdzie znajduje się około tysiąca hinduskich świątyń, Dajaków-łowców głów z Borneo, Celebes- raj dla nurków oraz poszukiwaczy złota z Lombok. Szczególnie cenne dla książki, odróżniające ją od innych pozycji tego gatunku są antropologiczne obserwacje dotyczące turystyki masowej, kultury podróży, różnicy między rzeczywistością, a jej reprezentacją.

Ma to jedną diabelną wadę. Przez takie podejście zaciera się granica między prawdziwym światem, a sztucznym. Już teraz przychodząc do wiosek Papuasów można zauważyć, jak kobiety zwinnie zdejmują ubrania i ściągają t-shirty, aby pokazać się w pełnej okazałości z nagimi piersiami. Dobrze wiedzą, że turyści oczekują nagich papuaskich sutków i wiedzą, co dostaną w zamian. Pieniądze. Magiczne papierki, dzięki którym mogą kupić sobie lepsze, szczęśliwsze życie.

Sergiusz Prokurat i Piotr Śmieszek to nietypowy pisarski duet. Solidnie wykształceni przez większość życia zarabiali na chleb zajmując się handlem pomiędzy Azją a Polską. Od ekonomii do literatury podróżniczej daleka jednak droga, dlatego szanse na to, że autorzy popełnią więcej niż "kolejną ciekawą książkę" były niewielkie. Tymczasem do rąk czytelników trafiła rzecz niebywała, pełna ciekawostek, absorbująca pozycja, wzbogacona ponadto o świetne zdjęcia ukazujące życie codzienne archipelagu. Momentami wykraczająca poza typową książkę podróżniczą, pełna refleksji na temat styku świata Zachodu ze Wschodem. Chapeaux bas dla autorów i wydawnictwa Bezdroża, które po raz kolejny udowadnia, że nie zawodzi.

Opętani Czytaniem MACIEJ KUHNERT


Jeśli jeszcze tam nie byliście a planujecie podróż do niej, to polecana przez nas książka powinna znaleźć się na liście przed wyjazdowych "to do's". Książka nie jest przewodnikiem ale świetnym uzupełnieniem przewodnikowej wiedzy, jaką staramy się posiąść przed wyjazdem w nieznane nam rejony.Być może sprawi, że zrewidujemy nasz plan podróży i wybierzemy inną trasę.

Autorami książki wydanej w ramach serii Bezdroża jest dwóch panów, Sergiusz Prokurat i Piotr Śmieszek, którzy Indonezję znają od podszewki. Jeden z autorów od lat mieszka w Indonezji, w której pracował, założył tam rodzinę, drugi studiował i prowadził interesy, jednak ich książka to nie opowieść o ich losach tym niezwykłym kraju (choć pewnie byłaby arcyciekawa) ale zbiór tekstów odnoszących się do subiektywnie wybranych aspektów życia archipelagu.

Indonezja to archipelag 17 000 wysp (tak, sukcesywnie znikają ? przeczytajcie, dlaczego). Oczywiście, nie wszystkie są zamieszkałe, nie wszystkie dostępne dla zwykłego turysty/podróżnika, no a gro osób, które miały okazję odwiedzić ten kraj większość swojego czasu spędza na Bali. Jest to dość oczywiste, ponieważ Bali jest najpopularniejszą destynacją urlopową Indonezji, oferuje najwięcej atrakcji ?turystycznych?, a urlopy osób związanych pracą etatową na tyle krótkie, że nie zawsze dają możliwość niespiesznej eksploracji większej ilości miejsc. Autorzy chętnie zaglądają pod podszewkę turystycznego oblicza wyspy zachęcając nas do tego samego ale też proponują poznanie innych wysp, nie obarczonych jeszcze w takim stopniu ciężarem sprostania oczekiwaniom zachodniego turysty. A jest w czym wybierać.

Książka zawiera wiele fragmentów rozmów z lokalną ludnością (relacje z pierwszej ręki, bo autorzy znają język indonezyjski), odnajdujemy w niej sporą dawkę wiedzy etnograficznej, która uświadamia nam z jak różnorodnym i złożonym tworem mamy do czynienia. Wszystko wiarygodne, aktualne, z pierwszej ręki.

Osoby planujące wyjazd do Azji Południowo-Wschodniej, lub konkretnie do Indonezji gorąco zachęcamy do sięgnięcia po ?ARCHIPELAG ZNIKAJĄCYCH WYSP?. Szczerze mówiąc my czujemy się bardzo zachęceni ale gdyby ktoś nas zapytał o wybór konkretnych wysp, no cóż, ponoć od przybytku głowa nie boli a jednak...

republikapodrozy.pl


Indonezja. Dla mnie nie odkryty jeszcze ląd. Kolejne miejsce na liście podróżniczych marzeń. Autorzy książki: Sergiusz Prokurat oraz Piotr Śmieszek już na wstępie podkreślają, że nie jest to reportaż czy klasyczna książka podróżnicza. Bardziej stawiają na kompendium wiedzy, której czytelnik nie będący wcześniej w Indonezji mógł nie zaznać. 
Autorzy mieli okazję pomieszkać trochę w Indonezji i twierdzą, że mają całkiem inny pogląd niż podróżnicy. Zapewne jest w tym wiele racji, gdyż inaczej spoglądamy na dane miejsce, gdy zaczyna się ono – nawet na krótki czas – stawać naszym „ruchomym domem”.
Wszystkie zawarte opisy w książce „Archipelag znikających wysp” to zbiór obserwacji. Przeciętny „Kowalski” jak słyszy o Indonezji, to wyobraża sobie piękne wyspy, różnorodne miejsca, zadziwiające religie oraz egzotyczność. Zgadza się, ale za tym wszystkim kryje się gospodarka, życie codzienne, korupcja, handel i biznes, migrowanie. Nagle okazuje się, że zlepek wysp tworzy zlepek różnych religii i narodowości, poglądów a także zwyczajów.
Ta książka nie jest wydana dla turysty. Nie znajdziemy tu „folderowego” opisu danego miejsca. Dowiemy się jednak, jak wygląda codzienność na wyspach. Jest tu wiele subiektywnych przemyśleń autorów. Oczywiście jako czytelnik możemy mieć inne odczucia. Ba! Spoglądając na inne recenzje, niektórzy bardzo negatywnie wypowiadali się na temat tej książki, ale czy to znaczy, że nie można mieć swojego zdania?
Autorzy zebrali swoje myśli w krótkich rozdziałach. Każdy z nich dotyczy innego tematu „tu i teraz” w Indonezji. Gospodarka, korupcja, uprawa oleju palmowego, relacje z sąsiadami czy zasady w piłce nożnej. To niektóre zagadnienia tu poruszone.
Wyspiarskie państwo można podziwiać w nieskończoność. Przyciąga wielu turystów, a także osób, które lubią „przygodę na krawędzi”. Bo miejsc dzikich jest tu wiele, odwiedzić je należy z rozsądkiem. Trzeba się zastanowić jak napływ turystów oraz globalizacja wpłyną na wyspy? Autorzy mają swoje zdanie na ten temat.

kirzenska.wordpress.com Katarzyna Irzeńska


Indonezja nigdy mnie nie interesowała. Nie jest to miejsce, które znajduje się na mojej liście krajów do odwiedzenia. Nigdy też nie byłam zainteresowana bliższym poznaniem kultury czy historii wysp, o których wiedziałam do tej pory jedynie tyle, że są położone gdzieś niedaleko Australii. Stanowczo nie mój kierunek. A jednak z niemałym zainteresowaniem sięgnęłam po książkę Sergiusza Prokurata i Piotra Śmieszka „Archipelag znikających wysp". Po pierwsze dlatego, że zaintrygował mnie tytuł. Coś kiedyś obiło mi się o uszy, że są na świecie wyspy, które w wyniku globalnego ocieplenia mogą zostać zalane, ale wydawało mi się, że chodziło o inny kraj. Po drugie zaintrygowała mnie okładka. Jeden rzut oka pozwolił stwierdzić, że to nie będzie typowa książka podróżnicza, literacki przewodnik. Po trzecie wreszcie przekonały mnie osoby autorów. To nie przygodni podróżnicy, którzy postanowili opisać swoją podróż w egzotyczny zakątek świata. Sergiusz Prokurat i Piotr Śmieszek to ludzie, którzy Indonezję poznali od podszewki, żyjąc tam przez wiele miesięcy i wracając po kilka razy. Do dziś związani są z tym zakątkiem świata i często tam bywają. Ten fakt przekonał mnie, że książka może być nie tylko interesująca, ale może też zawierać informacje godne zaufania.
 
Po lekturze mogę powiedzieć, że się nie zawiodłam. „Archipelag znikających wysp" to prawdziwe kompendium wiedzy o Indonezji. Nie znajdziemy tu co prawda opisów wszystkich atrakcji turystycznych, hoteli, lokalnego jedzenia i innych informacji typowych dla przewodników. Ale autorzy też od razu podkreślili, że ich celem nie było stworzenie podręcznika, ale książki o Indonezji, tej prawdziwej, widzianej z okna miejscowego autobusu bez klimatyzacji i wszelkich wygód, a nie tej widzianej z okien luksusowych hoteli.
 
Autorzy w książce przedstawili bardzo realny obraz współczesnej Indonezji. Bez upiększania, za to z głęboką refleksją. Książka „Archipelag znikających wysp" to bowiem nie tylko opis miejsca, ale też głęboka refleksja nad kondycją współczesnej turystyki. Autorzy podkreślają tutaj, jak bardzo świat, w tym przypadku szczególnie Indonezja, zmienia się pod wpływem masowego napływu turystów, szukających odrobiny egzotyki, a jednocześnie zadowalających się zafałszowanym i przygotowanym wyłącznie na ich potrzeby spektaklem. Szczerze mówiąc właśnie te fragmenty dotyczące współczesnej kultury i wpływu, jaki na uznawane wciąż za dzikie miejsca, do których niewątpliwie należy Indonezja, ma masowa turystyka, były dla mnie najciekawsze. Muszę jednak przyznać, że i fragmenty dotyczące stricte Indonezji, jej mieszkańców, jej geografii czy kultury były niezwykle ciekawe.
 
Książka jest zbiorem wielu krótkich tekstów, które łączy temat Indonezji. W przypadku niektórych można mówić o esejach podróżniczych, inne swoim stylem i budową przypominają raczej felietony, w których jakieś miejsce czy spotkanie stają się punktem wyjścia do dalszych rozważań już niekoniecznie o samej tylko Indonezji. To sprawia, że książka jest idealna do czytania, gdy nie ma się czasu, by zatopić się w lekturze. Można też wybrać te najbardziej interesujące fragmenty, a inne zostawić sobie na później.
 
Język, jakim książka jest pisana jest zrozumiały, choć niektóre fragmenty wydawały mi się troszkę przydługie. Jednak wtrącane tu i ówdzie anegdotki wywołujące uśmiech sprawiały, że czytało się przyjemnie.
 
Lektura może nie tyle rozbudziła we mnie chęć pojechania do Indonezji, co raczej bliższego zainteresowania się tą częścią świata. Nie wykluczam, że być może kiedyś zacznę planować podróż na Borneo czy inne indonezyjskie wyspy. Na razie jednak wystarczy mi ta literacka wycieczka, którą z resztą polecam wszystkim lubiącym książki o odległych zakątkach, obcej kulturze. Bo książka Prokurata i Śmieszka jest niewątpliwie pozycją dobrą i ciekawą. Warto po nią sięgnąć.
 
Za możliwość przeczytania dziękuję wydawnictwu Bezdroża.

Sztukater.pl Sonrisa


Indonezyjski archipelag można podziwiać bez końca. Od Jawy przez Bali, mroczny Lombok, Sulawesi zwaną „wyspą orchidei", dzikie Borneo, Komodo - ojczyznę ostatnich smoków naszych czasów, aż po Papuę-Mową Gwineę... Kraj tysięcy wysp jest nieprzewidywalny.

Przegląd książki Agata Gogołkiewicz 25/2015


Niezwykle trudno pisać o tak zróżnicowanym kraju jak Indonezja. Rozsiana jest na 17 tys. wysp (z czego zamieszkanych jest 6 tys.), a każda z nich ma odrębną kulturę, język, tradycję i historię. Autorzy podróżują zarówno po tych znanych, jak Jawa, Borneo, Bali, Komodo czy Sumatra, ale też mniejszych i równie ciekawych. Znajdują nowoczesne miasta i dziewicze tereny, wulkany, dżungle, plaże, a nawet kanibali i smoki. 

FOCUS 05/2015


Bezdroża – śląska oficyna wydawnicza  specjalizująca się we wspomnieniach z podróży coraz liczniejszej rzeszy eksploratorów naszej planety, tym razem wydała  pozycję, która zapisem odbytej podróży nie jest. Mimo to stanowi  najpełniejszy  bodaj na polskim rynku zbiór informacji o Indonezji.

Jej Autorami są panowie  Sergiusz Prokurat i Piotr Śmieszek.  Nic o sobie nie piszą, żeby więc dowiedzieć się, skąd  tak znakomita  ich wiedza o tym rozległym azjatyckim kraju ( jak czytam: Indonezja to 17 tysięcy wysp rozciągniętych na długości 5 tysięcy kilometrów, czyli mniej więcej jak od Irlandii po…Kaukaz!), trzeba zajrzeć do internetu.

Sergiusz Prokurat, jak sam o sobie pisze, ma kilka pasji – wśród nich znajdują się ekonomia, zarządzanie, podróże (Azja, Ameryka Południowa), rynki finansowe oraz słowo pisane. Między innymi jest ekspertem i dyrektorem Centrum Studiów Polska Azja (CSPA), gdzie  zajmuje się Azją Południowo-Wschodnią (w tym m.in. Indonezją, Malezją i innymi krajami azjatyckimi).

Piotr Śmieszek od kilku lat mieszka w Yogyakarcie, stolicy Jawy, jednej z indonezyjskich wysp. Pisze, iż „życie na Archipelagu zainspirowało i popchnęło go ku idei, by dzielić się Indonezją z rodakami znad Wisły, co też czyni między innymi organizując  wraz z żoną „Wakacje w Indonezji".

Teraz już zatem wiadomo, skąd tak perfekcyjna i detaliczna znajomość tej części świata. Jesteśmy w najbardziej kompetentnych rękach!

Bali, Jawa, Sumatra, Borneo, Lombok, Komodo, Papua – to zaledwie  ułamek, promil z przeogromnego terytorium  państwa indonezyjskiego, które Autorzy próbują nam przybliżyć. 240 milionów mieszkańców, mozaika grup etnicznych, języków, religii i kultur. Przeciętny Polak kojarzy Indonezję  z bajkowymi plażami  Bali reklamowanymi przez biura podróży.  Przeciętny Europejczyk, Amerykanin, Australijczyk – z seksturystyką. Wszak śliczne niczym lalki Indonezyjki to „temat wdzięczny, sympatyczny i pod każdym względem ciekawy” – jak piszą Autorzy. (Nawiasem mówiąc: indonezyjskie kobiety to „gigantyczna armia kobiet, trzykrotnie  liczniejsza  od całej populacji kraju nad Wisłą” – czytamy!)

Chwała panom - Prokuratowi i Śmieszkowi, że z tymi i innymi, często krzywdzącymi, stereotypami rzeczowo, metodycznie i kompetentnie walczą  analizując  i pokazując fakty.

Dla przeciętnego  Europejczyka ( Europejki) wiedza o życiu w tej odległej części kuli ziemskiej  jest często trudna do zrozumienia i akceptacji. Co rusz przykładamy nasze standardy myślowe i oczekiwania  i zdumiewamy się egzotyką i innością made in Indonesia. Sergiusz Prokurat i Piotr Śmieszek radzą: „Nie oczekuj niczego. Wtedy się nie zawiedziesz” i wraz z nami, czytelnikami,  podróżują po tym rozległym kraju.

Uczestniczymy w ceremoniach zaślubin na wyspach: Bali, Lombok i na Jawie, mamy niepowtarzalną okazję przeżyć  pogrzeb na Papui, w trakcie którego papuaskie kobiety obcinają sobie palce, by bólem fizycznym zagłuszyć ból po śmierci kogoś bliskiego.

Smakujemy ( och, jaka szkoda, że tylko wyobrażeniowo) indonezyjską  kuchnię i przyglądamy się ciężkiej pracy w kopalni złota.

Czy wiedzieliście, drodzy Czytelnicy, że europejski krok w dorosłość  na indonezyjskiej Bali zastępuje… spiłowanie zębów, zaś spłodzenie potomka zmazuje wszystkie dotychczasowe  winy rodziców?

Ale nie tylko egzotyka jest celem książki  „Archipelag znikających wysp”.  W kolejnych rozdziałach  mamy okazję poznać  skrawki historii i burzliwe dzieje wyzwalania się Indonezji spod holenderskiego kolonializmu.  Autorzy analizują wspólne dziedzictwo  historyczne, językowe, kulturowe i religijne   biednej Indonezji i bogatej Malezji, które mimo tylu miejsc wspólnych charakteryzują  nieustanne animozje i napięcia.

Także ekologia  i stan środowiska  naturalnego oraz zagrożenia, jakie niesie  zachodnia cywilizacja i XXI wiek znajdują  swe miejsce w „Archipelagu znikających wysp”.

Wraz z Autorami  podróżujemy na Borneo, trzecią co do wielkości wyspę ziemi o powierzchnio ponad 2 razy większej od Polski, której 75% terytorium należy do Indonezji. Borneo porasta (jeszcze!!!) pierwotna dżungla, którą zamieszkują rdzenni jej mieszkańcy, Dajakowie. Jednak ich przestrzeń  życiowa kurczy się „wraz z wycinaniem lasów, podobnie jak kurczy się świat gibonów, orangutanów i innych stworzeń tam żyjących”.

Autorzy pozwalają  czytelnikowi poznać też  okoliczności i przyczyny produkcji oleju palmowego, co – podobnie jak rabunkowa wycinka dżungli – niszczy i degeneruje  środowisko naturalne w imię pogoni za zyskiem.

„Azja południowo – wschodnia jest piękna, chaotyczna, dzika, gorąca, pokryta kurzem i przysłonięta monsunem w porach deszczowych oraz zadziwiająco różnorodna” – czytamy, jednak europeizuje się i amerykanizuje w tempie i w sposób, który każe ze smutkiem myśleć o jej przyszłości.

Jeden z Autorów  pisze: „Piąta co do wielkości wyspa świata umiera. Liczba pierwotnych mieszkańców wysp topnieje szybciej niż śnieg na papuaskim Puncak Jaya. Niszczy ich i korumpuje obecność takich jak ja. Ja i mój telefon komórkowy”.

„Archipelag znikających wysp”  to  kompetentny i wyczerpujący obraz  kultury i tradycji, egzotyki, historii i stanu środowiska, ale to także codzienność.

W trakcie lektury  dowiemy się, dlaczego becaki  wpisane w krajobraz azjatyckich metropolii  z indonezyjskich miast są systemowo przez władze rugowane? Poznamy islam  made in Indonesia.  Dodajmy – islam specyficzny i w wielu aspektach kompletnie różny od  tego, który znamy choćby z programów informacyjnych z telewizji. 

Czy wiedzieliście Państwo, że na indonezyjskiej Sumatrze  kobiety mogą zostać islamskimi duchownymi? Że dziedziczą  cały majątek, a mężczyzna, gdy chce kupić  – np. – motor, musi uzyskać zgodę matki,  żony?

Szczególnej uwadze panów polecam dwa rozdziały; oba poświęcone są  trzem największym namiętnościom Indonezyjczyków – piłce nożnej, hodowli ptactwa i hazardowi.

Sepak bola  czyli piłka nożna, podobnie jak w pozostałych częściach świata rozgrzewa emocje kibiców  do czerwoności, a mimo to czytelnik przeżyje szok czytając, do czego zdolni są rozfanatyzowani i rozemocjonowani kibice indonezyjscy!

Niedawno obiegła nasz kraj informacja o korupcji w PZPN, o sprzedawanych i kupowanych meczach. Nic to w porównaniu z realiami indonezyjskimi! Otóż  długoletni prezes  władz piłkarskich kierował związkiem przez lata za pomocą…telefonu, z więzienia, skazany  za korupcję i matactwa! Trener reprezentacji, by zobaczyć się z prezesem, musiał odwiedzać go…w więziennej celi!

Drugą narodową namiętnością jest hodowla ptaków i związany z nimi hazard. Sergiusz Prokurat i Piotr Śmieszek piszą: „Kiedyś na ptasich walkach rodziły się i upadały fortuny. Ptaki stawały się powodami samobójstw, rozpaczy, rozpadu małżeństw i sąsiedzkich waśni. I mimo że od 1981 roku kolejne rządy próbują to zmienić, w Indonezji nie jest to możliwe”. Póki więc nierówna walka kolejnych rządów z „hodowcami”  trwa,  mamy wraz z autorami możliwość uczestniczyć  w zawodach gołębi wartych fortuny i w krwawych pojedynkach kogutów.  I trudno oprzeć się  wrażeniu, że  przeciętny  Indonezyjczyk bardziej kocha swego ptaka niż matkę, żonę czy dziecko!

Z absolutną pewnością polecam lekturę „Archipelaguznikających wysp” - Sergiusza Prokurata i Piotra Śmieszka. Dla tych, którzy z racji ograniczonych możliwości finansowych nigdy nie postawią swej  białej stopy na jednej z indonezyjskich wysp będzie to jedyna i niepowtarzalna  okazja, by poznać ten ciekawy i odmienny  kraj.

Dla tych, którzy przygotowują się  do podróży w ten odległy rejon świata, to podstawowe kompendium wiedzy, znacząco poszerzające folderowo – rajski zakres informacji o Indonezji.

http://mumagstravellers.blogspot.com/ Majka Em


Niedawno na rynku wydawniczym ukazała się pozycja przybliżająca Indonezję. Okazało się, że nie miałam wcześniej pojęcia, że archipelag indonezyjski liczy sobie aż 17 tysięcy wysp, a większość mieszkańców nigdy nie wyściubiła nosa poza swoje domostwo. Każda wyspa to jakby "inny" świat. Inna kultura, język, zwyczaje, tradycje i historia. "Indonezyjczycy" szanują przyrodę i niezbyt są zainteresowani sprawami wielkiego świata. Nieraz próbują sobie tłumaczyć, że sławni, bogaci ludzie z Zachodu są tylko wytworem ich wyobraźni, aby zachować równowagę psychiczną. Dlaczego? Ponieważ sami miesięcznie zarabiają tylko 100 dolarów...

Wiele miejsc jest tu wartych odwiedzenia i ujrzenia. Tylko czy europejski podróżnik jest w stanie zobaczyć, zachwycić się i nie zniszczyć tych dziewiczych terenów. Właśnie te jeszcze nietknięte miejsca przyciąga turystów wyposażonych w technologiczne cuda, pragnących zastać tam to, czym karmią ich zachodnie media. A wraz z nimi powoli dociera do najodleglejszych zakamarków globalizacja. Młodzi szybko się nią zachłystują i ruszają w poszukiwaniu zachodniego świata do większych miast gubiąc po drodze swoje korzenie, zatracając pamięć o tradycjach przekazywanych z ojca na syna od wielu pokoleń. Nie wiadomo kiedy, ale z pewnością za jakiś czas całkowicie zanikną kultywowane od dawna rytuały czy obrzędy. A co wtedy pozostanie?

Egzotyka kusi. Coraz więcej europejczyków jedzie na archipelag indonezyjski aby doświadczyć czegoś, czego nie są w stanie przeżyć w domowych pieleszach. Jednak my jako przedstawiciele Europy nie jesteśmy w stanie wyzbyć się eurocentryzmu. To powoduje, że niestety nie widzimy tego, co nam archipelag indonezyjski oferuje. A niestety jego wyjątkowość, różnorodność niedługo zniknie pod wpływem unifikacji, która nadciąga z Zachodu. Zresztą sami przybywamy tam i oczekujemy pewnych stereotypów, które zostały wykształcone w nas przez nam podobnych. A tubylcy już poznali nasze potrzeby i najczęściej widzimy tylko sztuczne, zainscenizowane występy. Przygotowane specjalnie dla mas.

Publikacja obfituje w kolorowe fotografie. Dla tych, którzy nie mogą odwiedzić tamtych miejsc to bezcenne. Zdjęcia zajmują dość sporo jej objętości, więc czyta się ją jakby miała około 100 stron. Dosłownie chwila i już ją skończyłam. W trakcie lektury natrafiłam na kilka powtórzeń, ale nawet one nie były w stanie zepsuć mi humoru. Tak. Ta feeria barw towarzysząca "Indonezyjczykom" na każdym ich kroku wprawiła mnie w bardzo dobre samopoczucie. Na stronie wydawcy można pobrać fragment książki - KLIK. Dodatkowo odwiedziłam stronę domową tej publikacji - KLIK. Dzięki niej jeszcze bardziej poszerzyłam swą wiedzę o Indonezji. Polecam.

hugekultura.blogspot.com 2015-04-17


Indonezja, archipelag 17 tys. wysp rozciągających się na przestrzeni ponad 5 tys. km wzdłuż równika, zamieszkany przez około 240 mln ludzi, w większości muzułmanów, ale także chrześcijan i hinduistów, mówiących ponad 600 językami i niezliczonymi dialektami, ciągle stosunkowo rzadko jest celem podróży polskich turystów.


Przede wszystkim ze względu na odległość i czas potrzebny do tego, aby jako tako poznać ten kraj. Zainteresowanie nim rośnie jednak dzięki wycieczkom organizowanym przez kilka naszych biur podróży, indywidualnym wypadom polskich globtroterów oraz publikacjom.

Nie tylko relacjom z podróży pisanym przez przebywających w nim krótko autorów, ale również rodaków osiadłych w Indonezji na dłużej, lub przynajmniej podróżujących po niej miesiącami czy latami. I znających tamtejszy podstawowy, urzędowy język indonezyjski, dziedzictwo kulturalne oraz chociażby główne obyczaje mieszkańców najważniejszych wysp. A takimi są autorzy nowej książki „Bezdroży" o współczesnej Indonezji wydanej przez gliwickie Wydawnictwo Helion pod tytułem „Archipelag znikających wysp". Ludzie zafascynowani tym krajem i potrafiący zainteresować nim czytelników. Co zapewne przełoży się na wzrost liczby odwiedzających go polskich turystów.

Kraj zasługujący bez wątpienia na poznanie. Co mogę stwierdzić nie tylko na podstawie lektury egzemplarza recenzyjnego „Archipelagu" przysłanego mi przez wydawnictwo, ale i podróży, które pozwoliły mi chociaż trochę „liznąć" fragmenty Indonezji. „Spośród 17 tysięcy wysp – czytam o niej na tylnej stronie okładki – zamieszkanych jest 6 tysięcy. Każda ma odrębną kulturę, inny język, odmienne zwyczaje, tradycję, historię. Ludzie żyją tutaj lokalnie, sprawami swojej wyspy, w sojuszy z przyrodą, w izolacji od całego świata, którym zbytnio się nie interesują. I nawet nie zdają sobie sprawy z tego, jak piękny jest ich kraj i ile w nim fascynujących miejsc."

I dalej: „Indonezyjski archipelag można podziwiać bez końca. Od Jawy z więcej niż setką wulkanów, przez Bali z tysiącem świątyń, mroczny Lombok, Sulawesi, wyspę przypominająca kształtem orchideę, dzikie Borneo, Komodo, która jest ojczyną ostatnich smoków naszych czasów, aż po zamieszkiwaną niegdyś przez kanibali niebezpieczną Papuę Nową Gwineę... Kraj tysięcy wysp zadziwia, urzeka, a przede wszystkim jest nieprzewidywalny. Przyciąga jak magnes miłośników przygód szukających szczęścia w podróży oraz odskoczni od zachodniego stylu życia. Powstaje jednak pytanie: czy masowy napływ turystów – z ich technologią, procesami globalizacyjnymi i logiką – na te dziewicze tereny nie sprawi, że tradycyjne rytuały, obrzędy odprawiane na indonezyjskich wyspach znikną zupełnie?".

I o tych zwyczajach, tradycjach, kulturze i codziennym życiu, ale również zagrożeniach, jakie stanowi dla nich współczesna masowa turystyka, jest ta książka. Jej czytelnik może być zaskoczony, że nie znajdzie w niej opisu ani jednego, przynajmniej liczącego się zabytku. A są ich tam przecież tysiące, w tym wiele wpisanych na Listę Dziedzictwa UNESCO. Nie jest to także relacja z konkretnej podróży po indonezyjskich wyspach. A jednak książka ta zasługuje na uważną lekturę. Każdy z jej 24 rozdziałów, to osobny temat. Niektóre, jak np. dwa szalenie ciekawe z Papui – Nowej Gwinei, a także z Bali, Borneo czy Lomboku napisane w formie reportaży. Inne artykułów z mnóstwem informacji i ciekawostek oraz sporą dawką ilustrujących teksty zdjęć.

Dwaj autorzy napisali je przeważnie w pierwszej osobie, chociaż brak informacji, który o czym. W wielu miejscach zwracają jednak uwagę na wspomniane już zagrożenia dla tego kraju. Stwierdzając wręcz: „Niebawem Indonezja, jaką znamy, może przestać istnieć". Bo jej wyspy zmieniają się wskutek globalizacji. I udowadniają to na dziesiątkach przykładów. Pisząc m.in. o pułapkach czyhających tam – chyba nie tylko – na masowych turystów. Oglądających spłycony obraz kraju i życia w nim, dopasowany do możliwości percepcyjnych gości niewiele rozumiejących lub nie zadających sobie trudu, aby zrozumieć to co poznają. Ale na tej podstawie „wyrabiających sobie opinie, które następnie przekazują innym".

Jako najbardziej wymowny przykład wskazując wyspę Bali. Jak czytam „prawdopodobnie najbardziej przereklamowane miejsce na świecie". „Raj, w którym króluje pizza, piwo i język australijski. Bo mało kto zawraca sobie głowę unikalną kulturą czy niezwykłą kuchnią." Nie do końca zgadzam się z autorem tych opinii, bo wywiozłem z tej wyspy nieco inne wrażenia. Ale może znając ją lepiej, ma rację? Opisuje zresztą bardzo ciekawie tamtejsze zwyczaje, wierzenia i rytuały. Zwłaszcza niezliczone święta – 108 w ciągu liczącego 210 dni księżycowego roku kalendarzowego. Podkreślając, że rytuały religijne dla Balijczyków są ważniejsze od pracy.

Oficjalnie mają oni zresztą prawie 40 dni wolnych od niej, a faktycznie około 3 miesięcy w roku. Otrzymując za ten czas przeważnie normalne wynagrodzenie. I nie widząc – to już moja uwaga – związku takiej „wydajności pracy" z nędznymi zarobkami i dosyć powszechnym ubóstwem. Świetne są również, wspomniane już, reportaże z Papui – Nowej Gwinei, drugiej pod względem wielkości wyspy świata, której zachodnia część należy do Indonezji. Z szalenie ciekawym opisem trekkingu w głąb krainy Papuasów, ich zwyczajów, m.in. mumifikowania nieboszczyków poprzez ich wędzenie, chociaż obecnie już głównie kremację.

Autor zaproszony został na taką uroczystość, wnosząc zwyczajowo świnkę – główną walutę i najważniejsze zwierzę w papuaskich wsiach – na stypę, w której uczestniczyli liczni krewni, miejscowi mieszkańcy i przybysze nawet z odległych stron. Wspomniał, ilustrując to zdjęciami, bo jest ich w książce sporo, że na znak żałoby kobietom najbliższym zmarłemu czy zmarłej obcina się fragmenty palców rąk. Od jednego do kilku. Równocześnie stwierdzając, że w mówiącej około 800 (!) dialektami społeczności Papuasów, z dawnej kultury, pozostały po latach ich chrystianizacji (65 proc. to protestanci, trochę katolików) i islamizacji, już tylko strzępy tego, co udało się zachować z tradycji, „ale to jest już tylko karykatura życia ich przodków".

Niemal na każdej stronie tej książki znaleźć można ciekawe, nierzadko wręcz fascynujące fakty, obserwacje, opisy obyczajów, spotkań z ludźmi i legendy. Chociażby o walce bawoła – bestii z cielakiem, któremu lud Minangkaban na środkowej Sumatrze przywiązał do rogów noże. A ten, szukając wymienia matki, zabił nimi byka rozcinając mu brzuch. Dzięki czemu lud uniknął wojny z groźnym przeciwnikiem. O niezwykłej wersji islamu indonezyjskiego, który zresztą przyjął autor opisując ceremonię w detalach. W którym to kobiety, a nie mężczyźni, dziedziczą wszystko, rządzą i są także duchownymi. Czy o mitycznym ludzie Wetu Telu – muzułmanach świętujących np. urodziny Mahometa z alkoholem i zajadających wieprzowinę oraz modlących się nie 5, jak wymaga Koran, lecz tylko 3 razy dziennie. Chociaż nie brak tam również muzułmańskich fundamentalistów.

Szalenie interesujące są również informacje o korupcji, nie tylko w poświęconym jej rozdziale. Jest ona niekiedy wyrafinowana, ale powszechna. Łapówki trzeba dawać dosłownie za wszystko. Od przyjęcia do szkoły, za stopień, świadectwo, wydanie na coś zgody przez urzędnika, chociaż należy to do jego obowiązków itp. Najbardziej skorumpowana jest policja i sądownictwo. Za przyjęcie do szkoły policyjnej - pisze autor - trzeba zapłacić 10 tys. USD, przy później przeciętnych miesięcznych zarobkach policjantów około 100 $. Na łapówkę składa się pół wsi, ale jest to inwestycja szybko zwracająca się. Przy czym - zdaniem autora - korupcja w Indonezji nie zawsze oznacza coś złego.

Traktowana jest tam przede wszystkim jako... dowód zaradności lub łut szczęścia, że trafił się ktoś, gotów płacić. Stanowi część miejscowej kultury, często efekt omijania nieżyciowych przepisów ustanowionych przez biurokratów. Ale przynosi ogromne straty gospodarce. Przy czym korupcję przywieźli na indonezyjskie wyspy i rozpowszechnili... holenderscy kolonizatorzy. Z dużym zainteresowaniem czytałem także o problemie narkotyków, których posiadanie zagrożone jest nawet, wykonywaną, karą śmierci. Ale i o „polowaniach" na zagranicznych turystów przez ich dilerów i... współpracujących z nimi policjantów, aby gości doszczętnie ograbić. Kto nie płaci, bardzo słono, trafia pod sąd i policja odnotowuje „sukces".

Podobnie ciekawych rozdziałów i tematów jest o wiele więcej. O dziewczętach i kobietach indonezyjskich. Ślubach – z ich różnymi tradycjami i obyczajami na Jawie, Lomboku i Bali. O piłce nożnej przeżartej korupcją, niesportowych zagrywkach piłkarzy, meczach, na które 75-80 proc. ludzi wchodzi bez biletów, a kluby finansowo „robią bokami". Czy meczach zamieniających się w bokserskie rękoczyny. Trudno w tym wyliczaniu najciekawszych fragmentów książki pominąć sławne „smoki" – warany na wyspie Komodo i historię ich odkrycia. Chociaż nie mogę zgodzić się z twierdzeniem autorów, że warany występują tylko w Indonezji „na zachód od wyspy Flores". Bo widziałem je i fotografowałem - co prawda mniejsze gatunki - na Cejlonie (Sri Lanka) i w Laosie.

Do najciekawszej tematyki książki dodać trzeba jeszcze opisane zamiłowanie Indonezyjczyków do ptaków. Wywodzi się ono z kultury hinduistycznej, a szczególnie popularne jest, zwłaszcza na Jawie, hodowanie ptaków śpiewających, gołębi pocztowych oraz ozdobnych kogutów. Walki tych ostatnich, poza wyspą Bali pod pretekstem rytuałów religijnych, są zabronione, ale różnie bywa z przestrzeganiem tego zakazu. Bo związany jest z tym hazard, czyli duże pieniądze. Przy czym udokumentowane walki kogutów na Bali liczą już 300 lat. Jest też rozdział o stołecznej, „śmierdzącej" Dżakarcie, w której trudno, jak pisze autor, wytrzymać bez maski. Oraz o tamtejszej koszmarnej (chyba nie tylko takiej?) kuchni.

Z daniami w postaci smażonej jaszczurki, pieczonego nietoperza, gotowanego psa czy głowy małpy, z której łyżeczką je się jej mózg. Autorzy potrafią więc również szokować czytelników. Dodając, że takie „potrawy" przegryza się owocami durianu. Który autorowi „przypomina w smaku sos ze zjełczałego masła, mleka i jajek". Oczywiście śmierdzący. Tylko z tym ostatnim stwierdzeniem mogę zgodzić się z autorem. Smród podczas otwierania skorupki tych owoców jest rzeczywiście na tyle wielki, że nie wolno wnosić ich np. do hoteli. Ale nie tylko dla mnie są bardzo smaczne i pożywne. Jadałem je nie tylko w Indonezji, również w krajach południowowschodniej Azji.

To tylko niektóre z faktów i opisów, które szczególnie zwróciły moją uwagę podczas lektury tej książki. Naprawdę warto ją przeczytać, może okazać się ważną inspiracją do „podróży życia" do kraju „znikających wysp". Pora na wyjaśnienie tej części tytułu „Archipelagu". Od 2005 roku – piszą autorzy – Indonezja utraciła bowiem 24 wyspy. Po prostu zostały one... rozkradzione, w czym nie bez znaczenia była również korupcja, przez ludzi dostarczających piasek i żwir jako materiały budowlane do Chin, Hongkongu, Singapuru i Tajlandi.

kurier365.pl Cezary Rudziński


Próba zrozumienia

Relacje z dalekich krajów, w których mieszkało się dłuższy czas, nacechowane są pokorą nieobecną w artykułach o książkach pisanych przez autorów niemających czasu ani na pobyt, ani na refleksję. Chociaż to oni piszą autorytatywnie i obszernie. Takich dzieł trzeba unikać. Dwóch autorów spędziło w Indonezji na tyle dużo czasu, że zrozumienie przez nich widzianych zjawisk i postaw może być tylko próbą. Tym cenniejsza jest ich książka, bo zebrane doświadczenie może autentycznie przyczynić się do zrozumienia indonezyjskiej złożoności. 17 tysięcy wysp, dziesiątki języków, mnogość kultur, religii, obyczajów, niekiedy całkowicie od siebie odmiennych, ale mimo to wchodzących między sobą w interakcje.

Książka nie jest przewodnikiem turystycznym ani typowym dziełem krajoznawczym, jednak daje Czytelnikowi rzetelne sprawozdanie złożone głównie ze znaków zapytania. Ale pytać, to znaczy odnosić sukces. Kto nie pozna odpowiedzi na inność, jaką zastanie na Sumatrze, Bali czy Lomboku, wszędzie będzie skazany na porażkę. Szczególnie w Azji. Utonie w kiczowatej atmosferze Disneylandu, jaki czeka tam masowego, niechcącego myśleć, turystę, który będzie jeździł na słoniu tam, gdzie nigdy dotąd nie było słoni. Będzie podziwiał nagie piersi wieśniaczek, które błyskawicznie ściągają T-shirty, gdy tylko pojawia się grupa turystów. Zarazem Czytelnik otrzymuje dawkę świeżej wiedzy o egzotycznym kraju, który idzie w przyszłość własną drogą. Kraju rozpiętego między Malezją i Borneo, między ultranowoczesnością Singapuru i animizmem Papuasów, marzących, by uciec spod władzy Dżakarty. Opowieść pełna jest ciekawostek, epizodów i osobistych przeżyć, mówiących więcej prawdy o regionie niż najobszerniejsza publikacja „Lonely Planet". Książka przyda się nie tylko globtroterom i wytrwałym trampom, ale także biznesmenom i urzędnikom planującym interesy na archipelagu.

Tygodnik Angora Ł. AZIK 13/2015