Recenzje:
Rowerem przez Afrykę Wyczyn Kazimierza Nowaka znany jest nam od 80 lat, ale co szkodzi, by go powtórzyć Tym bardziej że zmieniły się czasy i zmieniła się Afryka. Reporterskie sprawozdanie polskiego cyklisty, który w towarzystwie kilkorga innych zapaleńców przebył szlak, pedałując 13 tysięcy kilometrów, od Kairu do Kapsztadu.

Relacja z ponad ośmiomiesięcznej wyprawy wciąga, szczegółowe obserwacje autora mogą być dla tysięcy młodych Czytelników interesujące i inspirujące, choć i tu nad wiedzą rowerzystów o Afryce kładzie się długi cień Sienkiewiczowskiej mocno już archaicznej powieści „W pustyni i w puszczy". Wyczynowcy, którzy skrzyknęli się przez internet, by spędzić ze sobą ponad trzydzieści tygodni, budzą podziw i szacunek samozaparciem i odwagą, irytują miejscami lekkomyślnością, graniczącą z bezmyślnością, która wynika z nieznajomości afrykańskiej przyrody i jej niebezpieczeństw. Na szczęście wyprawa kończy się szczęśliwie u stóp Góry Stołowej, a Czytelnik ma w miarę świeże obserwacje z egzotycznych zakątków, które widziane zza okien klimatyzowanych autokarów i luksusowych hoteli są czym innym niż te doświadczone z perspektywy siodełka i niewielkiego budżetu.

Cykliści do drogi, która w ich przypadku jest celem samym w sobie, startują w Kairze. Jadą wzdłuż Nilu do Sudanu, dziwiąc się nieznanemu światu niczym Marceli szpak. Z Sudanu wjeżdżają do Etiopii, którą zniesmaczeni brudem i chaosem opuszczają, by pedałować przez Kenię, Tanzanię, Zambię, Botswanę i wreszcie przejechać Republikę Południowej Afryki aż na jej południowy skraj - Półwysep Igielny. Poznają mnóstwo ludzi, przeżywają wiele uniesień i rozczarowań, pokonują dystans, ale też własne słabości. Lekturę dopełniają fotografie, ale przede wszystkim wypełnia ona przesłanie, by nie tracić czasu i ruszać w drogę...

Tygodnik Angora Ł. Azik, 2014-04-27


Afryka na rowerach? Znowu ta Afryka Nowaka? Otóż nie. Welocypedzi to coś innego. Welocypedzi to Welocypedzi. Zapraszam do Bardzo Osobistej Recenzji książki Afryka. Przekrój podłużny Macieja Czaplińskiego.

Tak się złożyło, że w końcu roku 2009 w Egipcie znalazły się aż dwie polskie rowerowe wyprawy. Pierwsi byli właśnie Welocypedzi. Afryka Nowaka, która wystartowała z Libii, była kilka miesięcy za nimi. Nieśmiało też nadmieniam, że przez czas jakiś pomiędzy nimi – goniąc Welocypedów, a uciekając przed Nowakami – pedałowałem ja.

O Macieju „Czapli” Czaplińskim i Welocypedach usłyszałem już jakoś w 2008, kiedy trafiłem na ich prelekcje z wycieczek rowerowych do Ziemi Świętej, i potem do Maroka. Nie przekonali mnie. Kierunki – ciekawe, i owszem, ale ich stosunek do egzotyki i tubylców odebrałem jako niestosowny i pełen wyższości.

– O, Boże, co za bufony – pomyślałem wtedy. I nie będę ukrywał – jakoś się do nich uprzedziłem. Może i dlatego, że już od roku 2004, kiedy to podczas włóczęgi po pustyniach Egiptu spotkałem w oazie Kharga grupę Olendrów na rowerach, sam przymierzałem się do takiej wycieczki po Afryce. No, może nie po całej Afryce, ale miałem nadzieję dotrzeć, jak Staś i Nel, do Omdurmanu, miasta Mahdiego. Niestety, trasa, którą początkowo zakładałem, wzdłuż wybrzeża z zahaczeniem o Trójkąt Halayb, okazała się trudna w przygotowaniu (przepustki, pozwolenia, etc.), a potem z różnych powodów wyjazd ten musiałem odkładać o kolejne lata.

Tymczasem już na początku roku 2009 z pewnym niepokojem usłyszałem, że Welocypedzi wybierają się właśnie tam, do tej prawdziwej Afryki. O, cholera, ukradli mi pomysł – pomyślałem, mając jeszcze nadzieję, że im się nie uda.

Welocypedowy wyjazd zapowiadał się na potężne przedsięwzięcie (o sztafecie Afryka Nowaka usłyszałem dopiero później). Lista sponsorów budziła niechęć pomieszaną z zazdrością. Jednocześnie skłaniała do komentarzy, że to jakiś wyścig Paryż-Dakar, a nie romantyczna afrykańska przygoda.

No i ta formuła wyjazdu. W trasę miał jechać cały peleton. Tak przynajmniej się zapowiadało. A zapisy na wyprawę nasuwały skojarzenia z komercyjnymi wycieczkami pod Everest. Ostatecznie, zapowiadany peleton skurczył się do rozsądnych w miarę rozmiarów – ośmiu osób.

A 1 listopada 2009 wyprawa Welocypedów do Afryki stała się faktem. Zmodyfikowałem więc plany, przyspieszyłem co mogłem, ale najbliższym możliwym dla mnie terminem wylotu była połowa grudnia. Do tego czasu nie pozostało mi nic innego, jak śledzenie bloga Welocypedów.

Blog, jak się okazuje, pisany na telefonie (szacun!) przez jednego z głównych filarów Welocypedów i współpomysłodawcę przedsięwzięcia, niejakiego Arona, był wprawdzie bardzo autentyczny, ale wyłaniał się z niego zgodny z moimi przewidywaniami obraz klasycznych białasów na wycieczce w egzotycznym kraju. Konflikty w grupie, kłopoty z tubylcami, do tego namolna egipska policja…

– Ha, ja wiedziałem że tak będzie – obserwowałem to wszystko ze złośliwą satysfakcją (jak Enzo w Wielkim Błękicie zawody nurkowe). Miałem wtedy jeszcze nadzieję, że cała wyprawa skończy się jeszcze w Egipcie, bo przecież w tym tempie oni pewnie nawet nie zdążą na prom z Asuanu do Wadi Halfa. W najgorszym razie dogonię ich gdzieś w Sudanie.

Nie doceniałem jednak determinacji przeciwnika. Kiedy 13 grudnia 2009 roku wsiadałem z rowerem w samolot do Egiptu, Welocypedzi dojeżdżali już do Chartumu…

* * * * *

Z tym większą ciekawością zabrałem się (z dużym opóźnieniem) za lekturę książki Afryka. Przekrój podłużny z welocypedowej wyprawy. Książkę pisał Czapla.

Nie znalazłem w niej za dużo opisów tych początkowych konfliktów wewnętrznych i zewnętrznych, które pamiętałem z bloga. Trudno powiedzieć, na ile to po prostu inny, niż aronowy punkt widzenia, a na ile zabieg piarowy… Być może na początku historia traci przez to na dynamice, na szczęście z rozdziału na rozdział Czapla się rozkręca.

Wyruszają z Egiptu w osiem osób, ale potem jest jak w tej historyjce o (nomen omen) Murzynkach w powieści Agaty Christie. W Etiopii z całego peletonu zostają tylko cztery, a następnie już tylko trzy osoby. I do tego tylko Czapla jest prawdziwym Welocypedem, bo pozostała dwójka, to przecież najemnicy z poza Klubu.

Ale to zmniejszenie się stanu osobowego wychodzi wyprawie na dobre. I samym uczestnikom również. Wreszcie mniej zajmują się sobą, a coraz bardziej interesują się tym, co widzą wokół siebie. Bo panowie nie tylko patrzą na liczniki, ale też starają się jak najwięcej z tej wyprawy wynieść. Z korzyścią dla siebie, dla książki i czytelników.

I z białasów nasi bohaterowie niepostrzeżenie zmieniają się w Wielkich Podróżników.

Nie wchodząc w szczegóły, zdradzę tylko, że ostatecznie rowerowi Trzej Muszkieterowie – Czapla, Mario i Rysio – po prawie dziewięciu miesiącach i przejechaniu 13 tysięcy kilometrów znaleźli się na Przylądku Igielnym, na południowym krańcu Afryki.

Kapuściński to może nie jest. Styl jest miejscami nierówny – czasem bywa nieco nieporadny, czasem znów całkiem dojrzały, ale czyta się to naprawdę nieźle. To żywa, autentyczna i bez zadęcia podana relacja z naprawdę fajnej, powiedziałbym nawet, wyjątkowej wyprawy. Bo wychodzi na to, że to Welocypedzi byli pierwszymi po Kazimierzu Nowaku Polakami, którzy przejechali na rowerach z Kairu do Kapsztadu. A i sposób w jaki to zrobili, wydaje mi się być bliżej oryginalnej idei Kazimierza Nowaka, niż w przypadku powszechnie znanej sztafety Afryka Nowaka.

Peron4.pl Marcin S. Sadurski, 2013-07-15


Wizja podróży przez Afrykę towarzyszy ludziom od lat. Egzotyczne widoki, inne kultury i religie, ludzie o hebanowym odcieniu skóry, upały pustyni, dżungla, to wszystko sumuje się w magiczną siłę przyciągania, która przywołuje ku sobie każdego łowcę przygód. Afrykę można zwiedzać również na rowerze. Może jazda na bicyklu, aczkolwiek sama w sobie przyjemna nie wywołuje ogromnych emocji, ale jeśli zrobić to wzdłuż afrykańskiego kontynentu robi się interesująco. W latach trzydziestych XX wieku dokonał tego Polak Kazimierz Nowak. Pod wpływem jego wspomnień grupa polskich podróżników postanowiła powtórzyć ten wyczyn. Drugim natchnieniem dla naszych bohaterów było …”W pustyni i w puszczy” Sienkiewicza, autor czasami porównuje swoje doświadczenia z przygodami Stasia i Nel.

Dla Maćka Czaplińskiego i większości jego kompanów to nie była pierwsza wyprawa rowerowa. Przemierzyli już wiele krajów na niejednym kontynencie. Jako doświadczeni turyści zwiedzający świat z poziomu rowerowego siodełka uznali, że podołają trudom wielomiesięcznej wyprawy. Co prawda ich wyprawa nie była ścisłą kopią trasy Nowaka i dodatkowo zajęło im to osiem miesięcy, a nie tak jak jemu pięć lat, to jednak jest to spory wyczyn i nie każdego stać na pokuszenie się na taką wyprawę.

Rowerowa podróż rozpoczęła się w egipskim Kairze, całkiem przyjemnym do zwiedzania. Następnie wyprawa w różnym składzie (bo nie wszyscy odbywali całość trasy) przemierzyła Egipt, Sudan, Etiopię, Kenię, Tanzanię, Zambię, Botswanę i RPA. Książka opowiada o kolejnych przygodach, które spotykały rowerzystów w podróży. Poznajemy wraz z nimi codzienność Afrykańczyków, ich zwyczaje wynikające z kultury, religii, przynależności do danego plemienia. Ich wyprawa to nie tylko piękne i niespotykane gdzie indziej widoki, to również oryginalne zachowania mieszkańców, różne w zależności od regionu i religii, czy powszechna bieda i bałagan.

Codzienność wyprawy to wbrew pozorom nie zwiedzanie pięknych miejsc, ale ciągłe zmaganie się z przeciwnościami losu. Zdobywanie jedzenia i picia, poszukiwanie noclegu, borykanie się z problemami finansowymi, wyprawa bowiem była organizowana głównie z własnych środków. Do tego oganianie się od dzieci, które w każdej wsi nachalnie zaczepiały podróżników domagając się pieniędzy.

Co zapamiętałem z książki? Policyjną eskortę w Egipcie, nowiutkie asfaltowe drogi budowane przez Chińczyków, wszechobecną biedę i brud w Etiopii, niesnaski między naszymi bohaterami, o których według mnie zbyt często wspomina Maciej Czapliński, co z kolei jest dowodem na to, że musiało być czasem naprawdę gorąco i to wcale nie tylko z powodu afrykańskich upałów. Do tego ciekawe rady dotyczące podróży, jak na przykład ta, że najtańsze noclegi można znaleźć w lupanarze. Co jeszcze? Czołgi rdzewiejące przy drogach, marzenie o szklance alkoholu w krajach muzułmańskich, zwiedzanie Kalahari.

Szczerze mówiąc uczucia z lektury wyniosłem mieszane. Z jednej strony jest niewątpliwa i oryginalna uroda zwiedzanych miejsc, odmienność ludzi i ich kultury, ciekawe przygody po drodze, to stanowi niewątpliwy plus książki. Do tego mnogość dobrych zdjęć ilustrujących opisy. Z drugiej jednak strony spięcia między bohaterami, wracające jak refren problemy finansowe zmuszające podróżników do oszczędzania nie tylko na noclegach i jedzeniu (co jeszcze jestem skłonny zrozumieć), ale i na zwiedzaniu ciekawych zabytków, co powodowało ich omijanie, czy oglądanie z daleka. Oczywiście argumentem za oszczędnościami może być ogromna chciwość miejscowych, którzy za wszelką cenę starali się wyciągnąć z turystów co się da (kwoty za zwiedzanie niektórych zabytków były przez Czaplińskiego ocenione jako wyższe od ceny biletu do – na przykład – Luwru). Jednak według mnie głównym problemem były bardzo niskie zasoby finansowe zabrane przez uczestników na wyprawę. Owszem, już na początku książki autor wspomina o problemach ze znalezieniem sponsora, co zmusiło uczestników do samofinansowania, ale jednak wspominanie o wiecznym braku gotówki pozostawiło we mnie pewien dyskomfort psychiczny. Wyprawa jednak zakończyła się sukcesem, i choć w dużo mniejszym składzie niż na początku, dociera do końca podróży. Bo najważniejsze, to mimo wszystko się nie poddawać.

lekturyreportera.pl Marek Bonarski, 2012-03-03


Pierwszym człowiekiem, który przejechał na rowerze, i to samotnie, Afrykę wzdłuż – z Kairu do Kapsztadu, był Polak, Kazimierz Nowak (18971937). Podróż tę odbył w latach Wielkiego Kryzysu na przełomie lat 20-tych i początku 30-tych XX wieku. Zajęła mu, ze zwiedzaniem oraz powrotem na północ kontynentu pieszo – bo rower odmówił posłuszeństwa, konno, czółnem i na wielbłądzie pięć lat.

Podobną – z tymi samymi miejscami startu i zakończenia, chociaż tylko częściowo tą samą trasą oraz znacznie krótszą podróż, odbyło w końcu 2009 oraz w 2010 roku trzech polskich turystów rowerowych. A jej inicjator opisał ją w obszernej, bogato ilustrowanej zdjęciami relacji wydanej przez „Bezdroża” w serii wydawniczej „Szlaki ludzi ciekawych”.

Celem tej wyprawy było nie tylko przejechanie na rowerach, jak się na mecie okazało, ponad 13 tys. kilometrów w ciągu 8,5 miesiąca, ale przede wszystkim poznanie tego regionu świata. Jego krajobrazów i przyrody, zabytków i współczesnych budowli, ludzi i ich zwyczajów oraz obyczajów, a także odszukiwanie, o ile znajdowały się na trasie lub w jej pobliżu, śladów Polaków i ciekawych ludzi innych narodowości.

Autor, który miał już doświadczenie z wielu wcześniejszych wypraw rowerowych po Europie, Bliskim Wschodzie i południowo – wschodniej Azji, przygotowywał się do podróży zaplanowanej na 9 – 10 miesięcy, przez dwa lata. Przeczytał do niej setki lektur. Ubiegał się – z bardzo mizernym skutkiem w postaci zniżki na zakup rowerowych sakw oraz bezpłatnego ubezpieczenia i przeglądu technicznego rowerów – o sponsorów medialnych, firmowych oraz samorządowych.

Problemem okazało się też skompletowanie uczestników. Nawet na poszczególne etapy tej wyprawy, bo i takie jej organizator proponował warianty. Ogromne wyzwanie jakim była ona, związany z nią wysiłek fizyczny, zdrowotny, psychiczny oraz wydatki, a także niemożliwość wygospodarowania przez wielu potencjalnych kandydatów aż tak długiego czasu spowodowały, że wyruszyli na nią w czterech. Cel zaś osiągnęło trzech, gdyż jeden wycofał się jeszcze przed afrykańskim półmetkiem.

Po drodze na krótko dołączali do nich inni, także kobiety, ale byli to tylko epizodyczni towarzysze podróży. Trzech, którzy pokonali całą trasę, chociaż też z indywidualnymi, krótkimi jej wariantami gdy rozdzielali się, przejechali przez Egipt i Sudan. Przez niemal dwa miesiące zwiedzali Etiopię. A następnie przez Kenię, Tanzanię, Zambię i Botswanę dotarli na kraniec afrykańskiego kontynentu – Przylądek Igielny oraz do Kapsztadu. Aby tam, w RPA wsiąść w samolot do Europy.

Było to przedsięwzięcie ogromne i ryzykowne. Opisy także niemiłych przygód, walki z terenem – góry, bezdroża, pustynie, ruch drogowy w którym nie liczą się słabsi jego uczestnicy, klimatem – od wielkich upałów poprzez tropikalne ulewy aż po temperatury poniżej zera i wichury, chorobami – na szczęście niezbyt licznymi jak na taki wysiłek, zostały ciekawie opisane. Podobnie jak kraje na trasie, ich mieszkańcy, zwyczaje, kuchnie, krajobrazy i przyroda, zabytki itd.

W trakcie lektury tej książki i oglądania zamieszczonych w niej zdjęcia czytelnik niemal uczestniczy w codziennym zmaganiu się podróżników z trudnościami. Szukaniem miejsc na rozbicie namiotów lub noclegu pod dachem. Żywności – najczęściej sami gotowali, zwłaszcza z dala od miast – o którą w bezludnych, biednych okolicach oraz przy bardzo ograniczonych środkach finansowych jakimi dysponowali było trudno. O zagrożeniach ze strony ludzi i dzikich zwierząt już nie wspominając.

Jak już wspomniałem, co najmniej równie ważnym, chociaż nie jednakowo dla wszystkich uczestników wyprawy jej celem, było oprócz przejechania tej trasy, także zwiedzanie. Już we Frankfurcie nad Menem czas oczekiwania na samolot do Kairu wykorzystali na wycieczkę do Moguncji. Bo miasto przesiadkowe i jego zabytki, zakładam, już znali. Dosyć dobrze zwiedzili Kair – łącznie z Gizą z którego rozpoczęli tę podróż. A także tamtejsze bazary i tanią gastronomią.

Z trasy, którą jechali, dobrze znam, chociaż nie z wysokości roweru, tylko odcinek egipski. Słabiej – bo nie wszędzie tam byłem – ostatni, południowoafrykański. A także niektóre inne miejsca na południe od równika. Trudno mi więc stwierdzić, na ile obserwacje, wrażenia i oceny tych, których nie znam, pokryłyby się z moimi. Sądząc jednak tylko na podstawie tych dwu wspomnianych krajów – znacznym.

Przez Egipt podróżowali w stałej asyście policji. Było to jeszcze przed tamtejszym rewolucyjnym zrywem 2011 roku, cudzoziemcy musieli być chronieni, nawet jeżeli o to nie tylko nie prosili, ale wręcz starali się takiej asysty uniknąć. Podróż na rowerach, na ile było to tylko możliwe bocznymi drogami, w towarzystwie policyjnego samochodu miała i plusy. Przede wszystkim chroniła przed natręctwem handlarzy i nieustannie wyciągających się rąk po bakszysz.

Równocześnie jednak podróżnicy nie zawsze mogli tam nocować, zwłaszcza w namiotach, gdzie chcieli. Często pozwalano im na to na terenach posterunków policyjnych, gdzie dodatkowo byli pilnowani, bądź klasztorach. I chociaż autor stwierdził w pewnym momencie, że „Egipt nie jest rajem dla rowerzystów”, to opisy tego, co tam widzieli, są ciekawe.

Zarówno Kairu i jego okolic, jak i klasztoru Panny Marii w Dajr al-Muharrak z przypomnieniem historii i liturgii koptyjskiej, czy Asuanu i jego okolic. Zaskoczony natomiast zostałem w trakcie lektury, że wymieniając pod tytułem rozdziału „Koptowie” przebytą trasę z tak ciekawymi i bogatymi w antyczne zabytki miejscowościami – a znam je wszystkie – jak Abydos, Dendera, Quena, Luksor, Esna, Edfu i Kom Ombo, autor nie napisał na ich temat ani słowa.

Z Asuanu do Sudanu uczestnicy wyprawy statkiem przez Jezioro Nasera, gdyż między tymi krajami brak w okolicach Abu Simbel drogi lądowej z przejściem granicznym. Podróż przez Sudan, to było pierwsze duże zaskoczenie zarówno dla kolarzy, jak i czytelnika relacji autora. Zamiast oczekiwanych niewyobrażalnych bezdroży – sieć nowych, wybudowanych w ciągu 2 lat przez Chińczyków, autostrad łączących wszystkie duże miasta.

A Sudan, przypomnę, ma powierzchnię ponad 2.500 tys. km kw. – ośmiokrotnie większą od Polski. Co nie znaczy, że poza autostradami nie ma tam i koszmarnych dróg. Nie potwierdziła się też opinia, że to bardzo niebezpieczny kraj. Autor podkreślał zaskakującą bezinteresowność i gościnność Sudańczyków. Czystość kraju w porównaniu z Egiptem, ale o to akurat nie tak trudno. Równocześnie jednak ubóstwo jeżeli chodzi o zabytki.

Nieliczne są słabo zachowane, źle konserwowane i fatalnie eksponowane. Uczestnicy wyprawy przez 2 dni szukali np. w piaskach pustyni – bo nie ma do nich drogowskazów, a GPS zabrał ze sobą ten czwarty, który postanowił wcześniej wrócić do Polski – ruin Starej Dongoli. A jak już coś znaleźli, bynajmniej nie pierwszej czy drugiej kategorii atrakcyjności, to ceny wstępu okazywały się niezwykle wysokie.

Kolejnym, tyle że negatywnym zaskoczeniem, okazała się Etiopia, którą zwiedzali niemal 2 miesiące. Dla mnie to co napisał autor o niej do tego stopnia, że planowaną na br. podróż do tego kraju chyba przesunę na dalsze miejsce na liście tych, które zamierzam zobaczyć. Zdaniem autora relacji jest to kraj bardzo ciekawy, z pięknymi, chociaż ciężkimi dla rowerzystów do pokonania wysokimi górami, terenami pustynnymi i koszmarnymi drogami.

Ze wspaniałymi zabytkami, ale równocześnie niemiłymi ludźmi. Agresywnym żebractwem – łącznie z rzucaniem kamieniami w nagabywanych, nie tylko przez chmary dzieciaków, gdy odmawiają dania pieniędzy tylko dlatego, że są biedni. Zdzierstwem cenowym za wstępy do świątyń i klasztorów, w czym przodują mnisi i kapłani. Koniecznością płacenia – i to słono, zwłaszcza na południu kraju, ludziom których się fotografuje.

Problemami ze zdobyciem żywności na etiopskiej prowincji oraz niezwykle małym wyborem jedzenia, o higienie w jakich jest przechowywane i przygotowywane, już nie wspominając. Niechęć autora do tego kraju narasta w miarę podróży po nim i jej opisywania. Najpierw „Etiopia to najgorsze miejsce jakie znam”. Później „Etiopii nienawidzę już z całego serca…”. Wreszcie „Nie sposób uciec przed ludźmi ( już nawet nie tylko dzieciakami ) którzy za wszelką cenę usiłują zwrócić na siebie naszą uwagę – wyją, gwiżdżą, piszczą, próbują dotknąć, czasami popchnąć albo tylko przestraszyć”.

To zupełnie inny obraz tego kraju, który znam z pełnych zachwytu ( chociaż na żebractwo i wymuszanie datków oraz płacenie za fotografowanie ludzi też skarżyli się ) relacji członków rodziny i przyjaciół, którzy tam byli. Może turyści zorganizowani mają inne doznania, niż samotnie podróżujący po bezdrożach i głębokiej prowincji biali rowerzyści?

W tejże relacji są jednak również piękne opisy widoków gór i dolin, procesji w Timkacie w kolejną rocznicę chrztu Jezusa w Jordanie. Jest historia Menelika i Arki Przymierza oraz bardzo ciekawe opisy etiopskich zwyczajów religijnych. Pozytywna ocena pracy misjonarzy w tym kraju. Znajduje się sporo ciekawostek. Np. w dobrej restauracji w Addis Abebie zamówionego wina czy potraw kelner nie przyniesie, o ile wcześniej mu się za nie nie zapłaci. Rozdziały poświęcone podróży przez Etiopię powinien, moim zdaniem, przeczytać każdy wybierający się do tego kraju. Chociaż lepiej całą książkę.

Mnóstwo ciekawych informacji, opisów i ciekawostek dotyczy także kolejnych krajów, przez które przebiegała trasa tej wyprawy. Nie zamierzam książki streszczać, gdyż trzeba ją przeczytać samemu. Wspomnę więc jeszcze tylko o Nygiri – miasteczku w Kenii, w którym ostatnie lata życia spędził i został tam pochowany twórca skautingu gen. Robert Baden – Powell. O bardzo ciekawym Muzeum Kolei w Mombasie.

Czy ciekawostce: to w tym mieście księżniczka, późniejsza i obecna królowa brytyjska Elżbieta II dowiedziała się o śmierci ojca, Jerzego VI. Interesujące i kompetentne są opisy przyrody, zwyczajów religijnych miejscowych katolików, trudności podróżowania rowerami po drogach, m.in. w Tanzanii, pełnych ciężarówek i autobusów nie zwracających uwagi na mniejsze pojazdy i wiele innych.

Ale również i o nudnych odcinkach np. w Zambii – „Droga nuży monotonią. Wszystkie kolejne dni są takie same. Krajobraz niezmienny przez setki kilometrów”. Czy minusach jazdy bez przewodnika – „który pozwoliłby ocenić co warto, a czego nie warto obejrzeć, to jest taka jazda po omacku, zupełnie bez sensu”.

Dodam, że była to jedna z wielu przyczyn konfliktów między uczestnikami wyprawy. Ale w ciągu wielu miesięcy trudnej podróży ludzi o trochę różnych zainteresowaniach, tempie jazdy, smaku czy wyboru miejsc do spania były one nieuniknione. Sporo jest ciekawych relacji z katolickich misji w tych krajach, zwłaszcza w Kapiri Mgoshi w Zambii.

Odszukiwania znajdujących się w pobliżu trasy grobów i śladów Polaków – także w księgach parafialnych – którzy jako dzieci ewakuowani byli podczas II wojny światowej z Syberii i znaleźli schronienie oraz opiekę ówczesnych koloniach brytyjskich w południowej części kontynentu afrykańskiego. Są w tej książce lokalne legendy, np. Buszmenów o tym, jak powstał pierwszy człowiek.

Opisy polowania z fotoaparatem na dzikie zwierzęta oraz zagrożenia ze strony tak groźnych jak słonie, hipopotamy, bawoły afrykańskie czy lwy, gdy podróżnicy nocowali w przygodnych miejscach w buszu. Ciekawa są relacje z kopalni diamentów w Botswanie, slumsów w RPA, gościnności ( wobec białych rowerzystów ) białych posiadaczy ziemskich w tym kraju. Spotkań z misjonarzami, noclegów w misjach lub na terenach kościelnych.

Czy z najdalej wysuniętego na południe kontynentu Przylądka Igielnego. Chociaż trudno mi zrozumieć, jak mając w zasięgu wzroku – przejeżdżali w jego pobliżu – Przylądek Dobrej Nadziei oraz dysponując czasem aby się nań wdrapać, nie zrobili tego. Chociaż jest on, nie tylko moim zdaniem, ciekawszy od Igielnego.

Znalazłem w tej książce – relacji z wyprawy również trochę błędów i nieścisłości. Podróżnicy zdumieni byli np., gdy od kenijskich funkcjonariuszy granicznych na wjeździe do tego kraju dowiedzieli się, że jedynym językiem oficjalnym w nim jest angielski. Ja natomiast byłem zdumiony, że można to było powtórzyć bezkrytycznie. Wystarczyło przecież otworzyć jakiś przewodnik po Kenii, lub encyklopedię, aby dowiedzieć się, że są tam dwa równorzędne języki oficjalne: suahili i angielski.

Musiało się też coś pokręcić autorowi, gdy pisał: „Jedziemy na północ ( podczas wycieczki z Nairobi nad Ocean Indyjski ), jakie to dziwne mieć zachód słońca po prawej stronie”. W Afryce, podobnie jak i w Ameryce Południowej, gdy jedzie się rzeczywiście na północ obojętne po której stronie równika, to zachód Słońca ma się zawsze po lewej stronie. Różnicę w kierunku jego pozornego ruchu wobec Ziemi na obu półkulach widzi się tylko, gdy się na nie patrzy.

Trudno mi też zrozumieć dlaczego autor opisując – fascynujące, z tym się zgadzam i też zostałem przez drobiny wody z nich przemoczony do kości – Wodospady Wiktorii – Victoria Falls na rzece Zambezi oraz granicy Zambii i Zimbabwe znajdujące się na Liście Dziedzictwa UNESCO, używa tylko ich lokalnej nazwy Mosi–oa–Tunya – „Grzmiący Dym”. Gdybym tam nie był i nie znał tej nazwy oraz nie zobaczył obok ich zdjęcia, nie wiedziałbym o które wodospady chodzi.

Ale to drobiazgi. Książka jest ciekawa, dobrze napisana, chociaż nie bez powtórzeń sytuacji w różnych miejscach i krajach – ale jest to dopuszczalne w relacji z podróży oraz czasami niezręczności językowych. I na pewno warta przeczytania. Jednych czytelników być może zachęci do zwiedzenia opisanych państw, chociaż niekoniecznie na rowerze. Innych do dalekich podróży na dwu kółkach, chociaż nie aż w tak ekstremalnych warunkach i długim czasie. Znaleźć w niej można bowiem mnóstwo informacji, obserwacji, spostrzeżeń, legend i opisów wzbogacających tradycyjne przewodniki po ciągle zbyt mało znanych u nas ( może poza Egiptem ) krajach Czarnego Lądu.

Globtroter Cezary Rudziński, 2012-01-03