Prolog
Projekt "Szczęście", czyli czas na zmiany
Zaczęło się niewinnie. Po kilku wolnych dniach męża i mnie dopadła pourlopowa depresja, objawiająca się problemami z wdrożeniem się w dotychczasowe obowiązki. Wszechobecna szara mżawka sprawiała, że Londyn wydawał się przybrudzony i zmęczony - co udzieliło się również mnie. "To niemożliwe, że wszyscy tak żyją..." - powtarzałam sobie każdego ranka, kiedy jechałam do biura, oraz pół doby później, wracając zasłanymi kośćmi z kurczaka ulicami do domu, gdzie miałam poświęcić kilka dodatkowych godzin na dokończenie rozpoczętych projektów albo z marszu udać się na umówione spotkanie. Byłam dziennikarką w magazynie ilustrowanym, a czułam się jak oszustka. Zapewniałam czytelniczki, że świat stoi przed nimi otworem: że mogą osiągnąć właściwą równowagę między pracą i życiem osobistym, odnieść sukces, nie odejść od zmysłów i uniknąć skrajności - a przy okazji paradować w najmodniejszych ciuchach i promieniować energią. Tymczasem sama spłacałam pożyczkę studencką, a na nogach trzymały mnie tylko pochłaniana w hurtowych ilościach kawa i sauvignon blanc, które popijałam na dobranoc.
W niedzielę wieczorem regularnie nawiedzało mnie znajome uczucie ucisku w klatce piersiowej zwiastującego rychły początek tygodnia, a z każdym mijającym dniem musiałam się coraz bardziej pilnować, żeby nie przedłużyć sobie porannej drzemki. Od ponad dekady mozolnie pięłam się po stopniach kariery zawodowej. Kiedy jednak zdobyłam stanowisko, na którym tak bardzo mi zależało, odkryłam, że nie przyniosło mi to satysfakcji, tylko więcej obowiązków. Moje aspiracje się rozmyły. Nawet kiedy osiągnęłam swój cel, "brakowało" mi czegoś jeszcze. Lista rzeczy, które chciałam, musiałam albo powinnam zrobić, ciągnęła się w nieskończoność. Ale na nic nie miałam energii. Moje życie rozsypywało się na kawałki. Choć nieustannie próbowałam robić kilka rzeczy naraz, ciągle miałam wrażenie, że z niczym nie nadążam.
Miałam 33 lata - tyle samo co Jezus, kiedy umarł, ale on do tego czasu zdążył, przynajmniej tak powiadają, przejść się po wodzie, uleczyć chorego na trąd i wskrzesić zmarłego. A już na pewno skupił wokół siebie grupę wiernych fanów, przeklął drzewo figowe i zmajstrował coś z weselnym winem. A ja? Miałam pracę. Fajne mieszkanie. Męża i grupkę przyjaciół. Oraz nowego psa - kundelka nieznanego pochodzenia, który miał nam pomóc spowolnić miejskie tempo życia i nadać mu lekko sielankowy posmak. Ogólnie rzecz biorąc, wiodło mi się nie najgorzej. Może pomijając bóle głowy, nieregularne ataki bezsenności, nawracające zapalenie migdałków, którego nie mogłam się pozbyć nawet po kilku miesiącach przyjmowania antybiotyków, oraz cotygodniowe przeziębienie. Ale to przecież normalne, prawda? Kiedyś napędzało mnie miejskie życie, a dynamiczny, pełen energii zespół współpracowników dostarczał nieustannych wrażeń. Mój kalendarz spotkań pękał w szwach, miałam grono bliskich przyjaciół, na których mogłam liczyć w potrzebie, i mieszkałam w jednym z najbardziej ekscytujących miejsc na świecie. Ale po 12 latach życia na pełnych obrotach oraz dwóch atakach nożownika, do których doszło w ciągu jednego roku w Północnym Londynie, gdzie mieszkaliśmy, ni z tego, ni z owego dopadło mnie uczucie pustki.
Ale to nie wszystko. Przez ostatnie dwa lata dzień w dzień przyjmowałam hormony - i miesiąc po miesiącu musiałam radzić sobie z uczuciem rozczarowania. Staraliśmy się o dziecko, choć na razie bez rezultatów. Mój żołądek zawiązywał się w supeł za każdym razem, kiedy po biurze krążyła kartka z życzeniami dla koleżanki odchodzącej na macierzyński. Po kilku latach marzeń o własnym dziecku i regularnych, cotrzytygodniowych wizyt w szpitalu człowiek przestaje się rozczulać na widok kolejnego bobasa w śpioszkach. W końcu zaczęły się żarty w stylu "pospiesz się", "nie jesteś już taka młoda" i sugestie, żebym przypadkiem nie "przegapiła swojego czasu". Od ciągłych uśmieszków rozbolała mnie szczęka, choć tak naprawdę miałam ochotę walnąć dowcipnisia w nos i wykrzyczeć "Odwal się!". Pogodziłam się z myślą o zabiegach in vitro w godzinach pracy i całej tej dodatkowej pracy, żeby ze wszystkim nadążyć. Musiałam dać z siebie wszystko, nie myśleć za dużo, walczyć o styl życia, którego - jak sądziłam - tak bardzo pragnęłam. Którego, jak mi się wydawało, oboje z mężem potrzebowaliśmy. Moja druga połowa również zmagała się ze stresem i zwykle wracała do domu wściekła na cały świat. Mąż narzekał na beznadziejnych kierowców albo korki w godzinach szczytu, przez które droga do pracy i powrót do domu zajmowały mu łącznie półtorej godziny. W końcu padał na sofę i włączał Top Gear albo jakiś inny program, który pozwalał mu dotrwać do momentu, kiedy kładliśmy się spać.
Mój mąż jest blondynem o poważnych rysach twarzy i z wyglądu przypomina trochę nauczyciela fizyki. W dzieciństwie ubiegał się o rolę w programie Milky Bar. Nie miał telewizora, więc nie do końca wiedział, o co z tym Milky Bar chodzi, ale jego rodzice wypatrzyli w "Guardianie" ogłoszenie o castingu i uznali, że to fantastyczny pomysł. Koniec końców producenci wybrali innego pseudoalbinosa, ale mąż do dziś wspomina to zdarzenie z rozrzewnieniem, ponieważ wtedy po raz pierwszy zagrał na przenośnej konsoli Nintendo, którą inny pełny aspiracji małolat przyniósł na przesłuchanie. No i mógł zjeść tyle czekolady, na ile miał ochotę - na co w domu nie mógł liczyć. Jego rodzice jak ognia unikali nowomodnych gadżetów i pokarmów i wychowali syna w duchu uwielbienia dla muzyki klasycznej, wypraw do muzeum i długich, orzeźwiających spacerów. Domyślam się, jak bardzo ich rozczarował, kiedy w wieku ośmiu lat oznajmił, że jego ulubioną lekturą jest katalog marketu Argos; grubaśne tomiszcze, nad którym spędzał długie godziny, zakreślając wymarzone sprzęty elektroniczne i zestawy klocków Lego. Już to powinno im dać do myślenia.
Pojawił się w moim życiu, kiedy znalazłam się na skraju wytrzymałości. A dokładniej mówiąc, w 2008 roku. Poprzedni chłopak rzucił mnie przed ołtarzem (serio), a na ostatnią randkę, na którą się wybrałam, poszłam z facetem, który obiecał własnoręcznie przygotować nam kolację, ale tak bardzo pochłonął go wyświetlany w telewizji mecz, że zapomniał kupić składniki. Zaoferował, że zamówi mi pizzę z Domino's. Odpowiedziałam, żeby sobie darował. Dlatego kiedy od przyszłego męża usłyszałam, że coś mi ugotuje, nie miałam wielkich oczekiwań. Ale kolacja udała się nadzwyczaj dobrze. Okazało się, że trafiłam na bystrego, zabawnego i pełnego dobroci mężczyznę, który wie, do czego służą kokilki. Zwłaszcza to ostatnie zaimponowało mojej mamie. "Skoro ten młody człowiek ma w domu kokilki, to musiał odebrać porządne wychowanie", stwierdziła. "I jeszcze wie, co z nimi zrobić!".
Ślub wzięliśmy trzy lata później. Głównie dlatego, że potrafił mnie rozbawić, wcinał moje eksperymentalne potrawy i nie narzekał, kiedy przeczesywałam mieszkanie w poszukiwaniu słodyczy. Bywał nieprawdopodobnie wkurzający - dzień w dzień gubił klucze, portfel, telefon albo wszystkie te rzeczy naraz, pojęcie punktualności było mu zupełnie obce, a jego skłonność do przesiadywania w toalecie bite pół godziny doprowadzała mnie do szału ("co ty tam robisz, łazienkę remontujesz?"). Ale ogólnie rzecz biorąc, wiodło nam się dobrze. Mieliśmy wspólne życie. I kochaliśmy się, no, może z wyjątkiem sytuacji, kiedy musieliśmy pojechać do szpitala, dopadała nas depresja/wypalenie/choroby lub, regularnie pod koniec każdego miesiąca, niepewność co do naszej sytuacji finansowej (bo na początku miesiąca znowu wydaliśmy za dużo).
Wyobrażałam sobie, że za kilka lat opuścimy Londyn, jeszcze trochę popracujemy, odwiedzimy przyjaciół, wyjedziemy na wakacje, a w końcu przejdziemy na emeryturę. Miałam być taką Jessicą Fletcher z serialu Napisała: Morderstwo - dzielącą wolny czas między pisanie i rozwikływanie tajemnic zbrodni doskonałych, popijającą herbatę z filiżanki do wtóru śmiechu publiczności. Super była ta moja wymarzona emerytura. Ale mąż nie wydawał się zachwycony taką wizją naszej przyszłości.
- I to tyle? - zdziwił się. - Przecież wszyscy to robią!
- Chyba nie słuchałeś, kiedy mówiłam o Jessice Fletcher - próbowałam wyjaśnić.
Zaczął tłumaczyć, że Napisała: Morderstwo to czysta fikcja, na co odparłam z drwiną w głosie, że to tak, jakby powiedział, że jednorożce nie istnieją. Ale największą niespodziankę sprawił mi, oznajmiając, że w przyszłości chciałby zamieszkać za granicą.
- Za granicą? - dopytałam, chcąc się upewnić, czy dobrze usłyszałam - Znaczy: nie w kraju? Nie w Wielkiej Brytanii?
- Zgadza się.
- Och.
Nie tęsknię za przygodami, ponieważ posmakowałam ich aż nadto w przeszłości. Teraz jedyną rzeczą, której pragnęłam, była stabilność. Kiedy na horyzoncie zamajaczy perspektywa awanturniczego wyzwania, automatycznie zamykam się w swojej strefie komfortu. Nawet w menu nie lubię innowacji. Za to mój mąż, jak się okazało, oczekiwał czegoś więcej. Do tego stopnia wystraszył mnie tą deklaracją, że zaczęłam się zastanawiać, czy jestem dla niego "odpowiednia". To wystarczyło, żeby zasiać ziarno niepewności. Wreszcie w którąś deszczową środę wyznał, że zaproponowano mu nową pracę. W innym kraju.
- Co takiego? Kiedy? - spytałam zdziwiona, podejrzewając, że ubiegał się o tę posadę w tajemnicy przede mną.
- Dzisiaj rano - odparł, pokazując mi mejla, faktycznie z dzisiejszą datą, w którym pytano go, czy byłby zainteresowany przeprowadzką do... Danii. Kraju ciastek, bekonu, silnych kobiet w literaturze i ulubionej zabawki męża z dzieciństwa. I to właśnie producent maleńkich plastikowych cegiełek szukał osoby o jego kwalifikacjach.
- Lego? - zapytałam z niedowierzaniem, doczytując mejla. - Mamy się przenieść do Danii, żebyś mógł pracować dla Lego?
To jakieś żarty? Trafiliśmy do drugiej części pokręconego filmu z Tomem Hanksem, w którym spełniają się marzenia dorosłych? I co jeszcze? Myszki z Sylvanian Families koronują mnie na swoją leśną królową? My Little Pony przyślą mi mejlem nominację na szefową wszystkich kucyków? Co tu się dzieje? I czyja to sprawka: dżina czy maszyny z wesołego miasteczka?
Mąż potrząsnął głową przecząco i wyjaśnił, że sam dowiedział się o wszystkim dzisiaj rano - najprawdopodobniej rekruter, z którym od wieków nie miał kontaktu, musiał przesłać jego CV gdzieś wyżej. Nie starał się o tę pracę, ale skoro nadarza się okazja, to chciałby przynajmniej wziąć ją pod rozwagę.
- Proszę? - wpadł w błagalny ton. - Dla mnie? Gdyby chodziło o ciebie, tobym się zgodził. Następnym razem przeprowadzimy się, jak ty będziesz zmieniać pracę - obiecał.
Oferta nie była do końca fair: dobrze wiedział, że z uśmiechem na ustach zamieszkałabym w miasteczku nieopodal autostrady M25, gdzie wprowadziłabym w życie projekt "Jessica Fletcher". W swoich marzeniach nigdy nie rozważałam wyjazdu do Danii. Ale tak bardzo mu na tym zależało. Przez następny tydzień nie rozmawialiśmy o niczym innym, a im więcej czasu poświęcaliśmy wyjazdowi, tym lepiej rozumiałam, jak wielkie nadzieje z nim wiąże. Gdybym odmówiła rok po ślubie, to jak rzutowałoby to na naszą wspólną przyszłość? Czy jestem gotowa zaryzykować, że do końca życia będziemy żałować złej decyzji? Albo że mąż będzie miał mi za złe mój opór? Kochałam go. Zgodziłam się więc wszystko przemyśleć.
W któryś weekend wybraliśmy się do Danii - a dokładniej mówiąc, do Legolandu - na rekonesans. Uśmialiśmy się z wolno jadących samochodów i zamurowało nas na widok ceny zwykłej kanapki. Plusy były oczywiste: czysto, duńskie słodkie bułki okazały się smaczniejsze, niż sądziliśmy, a piękne widoki zachwycały - choć nie porażały jak norweskie fiordy.
Pobyt w Danii sprawił, że zaczęłam rozważać nowe możliwości. Posmakowaliśmy innego stylu życia i przekonaliśmy się, jak bardzo ludzie, których tu poznaliśmy, różnią się od Brytyjczyków. Pomijając fakt, że wszyscy sprawiali wrażenie rodowitych wikingów - byli wyżsi zarówno ode mnie (160 cm), jak i od męża (180 cm) - oni po prostu inaczej wyglądali. Byli wyluzowani. Wolniej chodzili. Zatrzymywali się, żeby popatrzeć sobie na okolicę. Albo żeby wziąć głębszy oddech.
Wróciliśmy do domu, do codziennej harówki. I pomimo szczerych wysiłków nie potrafiłam wybić sobie tej Danii z głowy. Trochę przypominało to dobry kryminał, w którym kolejne tropy wiodą do rozwiązania zagadki. Nie potrafiłam się uwolnić od myśli, że moglibyśmy zmienić coś w naszym życiu, które do tej pory bezwarunkowo akceptowałam. Nagle perspektywa realizacji projektu "Jessica Fletcher" wydała mi się bardzo odległa i nie mogłam z pełnym przekonaniem powiedzieć, że wytrzymam kolejne 30 lat pracy na wysokich obrotach. I uświadomiłam sobie coś jeszcze: że czekanie pół życia na emeryturę (choćby najfajniejszą pod słońcem) to pomysł rodem ze średniowiecza. Przecież nie byłam jakąś chłopką, która miała przykazane uprawiać ziemię, dopóki nie padnie z wyczerpania. Pracowałam w Londynie w XXI wieku. Życie powinno być dobre. Przyjemne. Wręcz łatwe. A skoro już w wieku 33 lat marzy mi się emerytura, to wyraźny znak, że czas coś zmienić.
Nie pamiętałam, kiedy ostatnio czułam się wyluzowana. Ale tak naprawdę, bez potrzeby sięgania po proszki nasenne i alkohol. Może jeśli przeniesiemy się do Danii - myślałam sobie - to częściej będziemy "mniej zestresowani"... Zamieszkamy nad morzem. Będziemy codziennie chodzić z psem na plażę. Już nie będziemy potrzebować metra. Zresztą i tak go tam nie będzie.
Po weekendzie "innego życia" stanęliśmy przed wyborem. Mogliśmy pozostać przy tym, co znaliśmy, albo wykonać jakiś ruch, zanim na dobre zapuścimy korzenie. Jeśli naprawdę mieliśmy poszukać spełnienia, musieliśmy zacząć zmieniać nasze życie. I to już.
Mój mąż, wielki fan Skandynawii, zakochał się w Danii od pierwszego wejrzenia. Ja z kolei, jako osoba z natury ostrożna, potrzebowałam trochę czasu na podjęcie decyzji. Moja dziennikarska natura podpowiadała, że potrzebuję więcej informacji.
O Danii wiedziałam raczej niewiele - kojarzyłam Sarę Lund i jej swetry z Wysp Owczych, Birgitte Nyborg i jej kok oraz Adama Price'a, autora serialu Rząd, dzięki któremu widok polityka koalicji w godzinach największej oglądalności przestał wywoływać u mnie ból brzucha. Ze skandynawskich kryminałów dowiedziałam się dwóch rzeczy: że w krajach nordyckich nieustannie leje i często dochodzi do morderstw. Okazało się jednak, że Dania jest popularnym celem wycieczek - według portalu internetowego Visit Denmark liczba turystów wzrosła z roku na rok o 26 procent. Okazało się też, że ten maleńki skandynawski kraj nadzwyczaj dobrze radzi sobie w handlu, a wśród eksporterów można znaleźć takie firmy jak Carlsberg (prawdopodobnie najlepszy lager świata), Arla (siódmy co do wielkości producent nabiału, w tym masła lurpak), Danish Crown (główny dostawca bekonu na rynek brytyjski) oraz oczywiście Lego - największy producent zabawek na świecie. Nie najgorzej jak na kraj o populacji pięciu i pół miliona obywateli (mniej więcej tylu mieszkańców liczy Południowy Londyn).
- Pięć i pół miliona! - Czytając tę informację, wybuchnęłam rechotliwym śmiechem. Pomijając psa, byłam w domu sama, ale nawet on wyraził niedowierzanie ostentacyjnym prychnięciem. A może po prostu kichał.
- Czy z pięciu i pół miliona ludzi da się stworzyć kraj? - zapytałam mojego pupila. - To chyba raczej duże miasto? Naprawdę potrzebują osobnego języka? - Pies oddalił się chyłkiem, jakby dając mi do zrozumienia, że to pytanie go przerasta. Wróciłam do lektury.
Według irlandzkiego Central Statistics Office Dania wyróżnia się wśród pozostałych krajów Unii Europejskiej najwyższymi kosztami życia oraz porażająco wysokimi podatkami. No super! Pod koniec miesiąca będziemy jeszcze bardziej spłukani, niż zwykle... Ale w zamian państwo gwarantuje wszechstronną opiekę społeczną, darmowy dostęp do służby zdrowia i edukacji (w tym studiów wyższych na uniwersytecie), a także dopłaty do wychowania dzieci, zaś dzięki ubezpieczeniu od utraty pracy bezrobotny przez dwa lata otrzymuje co miesiąc 80 procent dotychczasowych zarobków. Jak się dowiedziałam, w Danii różnica między najbiedniejszymi a najbogatszymi jest bardzo mała. I choć nigdzie na świecie nie udało się jeszcze wywalczyć pełnej równości płci, Dania ma w tej dziedzinie znaczne osiągnięcia: urząd premiera oraz funkcję szefów wielu ważnych instytucji pełnią kobiety. Inaczej niż w Stanach Zjednoczonych i Wielkiej Brytanii, gdzie mówi się im, że powinny "włączyć się do gry" i ciężej pracować, w Danii można sobie poradzić, nie wkładając w to nadmiernego wysiłku. No i nikt nikomu nie wmawia, że w życiu trzeba mieć "wszystko". Miła odmiana, pomyślałam.
W USA i Wielkiej Brytanii kobieta walczy o lepsze wynagrodzenie; w Skandynawii liczy się czas - spędzany z rodziną i na wypoczynku - oraz równowaga między pracą a życiem osobistym. W Danii obowiązuje najkrótszy tydzień pracy, a według najnowszych statystyk (zaczerpniętych ze Statistics Denmark) Duńczycy przepracowują średnio 34 godziny tygodniowo. Dla porównania brytyjskie Office of National Statistics informuje, że mieszkańcy Zjednoczonego Królestwa pracują tygodniowo średnio 42,7 godziny. Duńczycy nie pracują na okrągło i nie wykorzystują zarobionych pieniędzy, żeby się odciążyć w innych sferach życia - na przykład gotowaniu, sprzątaniu, pracy w ogrodzie czy nawet woskowaniu; wolą to wszystko robić samodzielnie.
Przy okazji dowiedziałam się, że Dania w wielu dziedzinach jest rekordzistką - w Kopenhadze znajduje się najlepsza restauracja świata, Noma, Duńczycy są najbardziej ufnym narodem, a jednocześnie cechuje ich najniższa tolerancja dla hierarchii. Ale najbardziej zainteresował mnie fakt, że nasz potencjalny nowy dom uważany jest za najszczęśliwszy kraj na świecie. Według sporządzonego przez ONZ Raportu Szczęśliwości wpływają na to: wysokie PKB, długość życia, brak korupcji, wsparcie socjalne, wolność wyboru i ogólna szczodrość Duńczyków. Bardzo wysoko uplasowały się inne kraje skandynawskie, Norwegia i Szwecja, ale nawet na ich tle Dania znacząco się wyróżnia. Co więcej, zajęła również pierwsze miejsce na liście najszczęśliwszych narodowości sporządzonej przez UK Office of National Statistics oraz - czwarty rok z rzędu - na liście krajów o najwyższym standardzie życia i ogólnym zadowoleniu obywateli sporządzonej przez Komisję Europejską. Ni z tego, ni z owego perspektywa zamieszkania w Danii wydała mi się o wiele bardziej pociągająca.
Słowo "szczęśliwy" jest Świętym Graalem dziennikarzy lifestylowych. Każdy mój tekst w taki czy inny sposób nawiązywał do pogoni za ulotnym celem. A od kiedy w latach dziewięćdziesiątych wypisałam na moim gigantycznym wojskowym plecaku tekst piosenki zespołu REM, zawsze chciałam być jedną z tych "promiennych, radosnych osób" (no dobrze, może umknęła mi ironia piosenki naśmiewającej się z komunizmu, ale miałam wtedy tylko 12 lat).
Udowodniono, że szczęśliwi ludzie więcej zarabiają, są zdrowsi, tworzą bardziej stabilne związki, a nawet ładniej pachną. Wszyscy chcemy być szczęśliwsi, prawda? A na pewno poświęcamy temu celowi dużo czasu i pieniędzy. Kiedy ostatnio sprawdzałam, biznes poradnikowy wart był w USA 11 bilionów dolarów, a w Wielkiej Brytanii w ciągu pięciu ostatnich lat wydawcy zarobili na nim 60 milionów funtów. Przez ostatnich 15 lat częstotliwość stosowania środków antydepresyjnych wzrosła o 400 procent - obecnie jest to trzecia (po tabletkach na obniżenie cholesterolu i przeciwbólowych) najczęściej przepisywana kategoria leków. Nawet ta garstka szczęściarzy, którzy nigdy nie łykali SSRI* ani nie sięgnęli po żaden poradnik, i tak pewnie poprawiała sobie humor jedzeniem, alkoholem, kofeiną albo zakupami.
A co jeśli szczęścia nie da się kupić? Kiedy zadałam sobie to szokujące pytanie, oczami wyobraźni zobaczyłam, jak bogowie magazynów zdrowotnych posyłają mi nienawistne spojrzenia. Co, jeśli szczęście jest procesem, który wymaga zaangażowania z naszej strony? Czymś, do czego trenujemy umysł i ciało? I czego Duńczykom dane było posmakować?
Jednym z plusów zawodu dziennikarza jest to, że człowiek zarabia na wtykaniu nosa w nie swoje sprawy. Zasłaniając się "zbieraniem materiałów", mogę obdzwonić mnóstwo ciekawych ludzi, wypytując o ich opinię na jakiś temat. Skorzystałam z tej możliwości, kiedy natknęłam się na Christiana Bj?rnskova, duńskiego "ekonomistę szczęścia".
Mój rozmówca potwierdził to, co sama podejrzewałam: w krajach skandynawskich pieniądze szczęścia nie dają (co automatycznie oznacza, że jakieś 90% moich pomysłów na poprawienie sobie humoru ląduje w koszu).
- Duńczycy nie czerpią radości z kupowania - wyjaśnił Christian. - W Danii kupno większego samochodu oznacza tyle, że jego właściciel zapłaci wyższy podatek. A większy dom trzeba dłużej sprzątać.
Jak to ujął nieżyjący już Notorius B.I.G., wielki majątek to więcej powodów do zmartwień; moja nowa ulubiona aplikacja Tłumacz Google podpowiedziała mi, że po duńsku nie brzmi to już tak zgrabnie: mere penge, mere problemer.
Co zatem kręci Duńczyków? I dlaczego są tacy szczęśliwi? Z pewną dozą sceptycyzmu zapytałam Christiana, czy to możliwe, że jego rodacy uplasowali się tak wysoko w rankingach satysfakcji z życia, ponieważ mają mniejsze oczekiwania.
- Skądże znowu - zaprotestował. - Panuje powszechne przekonanie, że Duńczycy są tak szczęśliwi, bo niewiele im potrzeba do szczęścia, ale kiedy w jednym z europejskich badań zapytano o ich oczekiwania, okazało się, że są one bardzo wysokie, a zarazem możliwe do realizacji.
- Czyli są szczęśliwi nie dlatego, że ich realistyczne oczekiwania są realizowane, a dlatego, że realistyczne są nawet wysokie oczekiwania?
- Zgadza się.
Christian kontynuował:
- Duńczyków cechuje ponadto wysokie poczucie wolności osobistej. Dania jest uważana za kraj bardzo postępowy - to tam w pierwszej kolejności zalegalizowano małżeństwa homoseksualne i jest to pierwszy kraj w Europie dopuszczający zmianę płci bez konieczności sterylizacji.
- I nie ma tu znaczenia "skandynawskość" Duńczyków - opowiada Christian. - Przykładowo, w Szwecji wiele tematów dotyczących życiowych wyborów - jak homoseksualizm czy decyzja kobiety, by nie rodzić dzieci - uważanych jest za tabu. W Danii kobieta po trzydziestce, która nie zdecydowała się na rodzicielstwo, nie wywołuje sensacji. Skłonność do społecznego konformizmu jest znacznie niższa niż gdziekolwiek indziej.
Jak zaznaczył Christian, nie znaczy to, że Duńczycy nie ulegają wpływom.
- Jesteśmy bardzo do siebie podobni - wyznał. - W zależności od wieku i płci zakładamy określony kostium. - Kobieta przed czterdziestką nosi obcisłe dżinsy, luźny T-shirt, skórzaną kurtkę i apaszkę artystycznie owiniętą wokół szyi, a blond włosy upina w kok albo prostuje i rozpuszcza. Mężczyzna przed trzydziestką chodzi w obcisłych dżinsach, wysokich półbutach, T-shircie z nadrukiem i bomberce, a włosy zaczesuje gładko. Starszych mężczyzn i kobiety najczęściej zobaczymy w koszulce polo, praktycznych butach, luźnych spodniach i kurtce. Za to wszyscy noszą typowo skandynawskie kwadratowe okulary w czarnych oprawkach.
Christian wytłumaczył mi także:
- Kiedy zapytasz Duńczyka, jak się czuje albo jakie zachowania uważa za normalne, odpowiedzi bywają bardzo różne. W Danii niewiele jest rzeczy, które wzbudzają zdziwienie.
Dla zilustrowania, jak mało istotne są w Danii różnice społeczne, posłużył się przykładem klubu tenisowego, do którego należy. Wyobraźnia natychmiast podsunęła mi obrazek klubu dla elit w śnieżnobiałych koszulach, drinków Long Island Iced Tea i co gorszych filmów Woody'ego Allena, jednak Christian szybko wyprowadził mnie z błędu.- W duńskich klubach sportowych nie ma tradycji manifestowania swojej wyższości, ludzie zapisują się do nich, ponieważ chcą pograć. Takie kluby są bardzo popularne; ja regularnie grywam z nauczycielką, pracownikiem supermarketu, stolarzem i księgową. Wszyscy jesteśmy sobie równi. Hierarchia nie odgrywa tu żadnej roli.
Duńczycy przywiązują za to dużą wagę do zaufania.
- W Danii ufa się nie tylko rodzinie i przyjaciołom, ale też osobom, które spotykamy na ulicy - co ma duży wpływ zarówno na nasze życie, jak i poziom zadowolenia. Liczne ankiety potwierdzają wysoki stopień ufności mieszkańców Danii. Na pytanie "czy większości ludzi można ufać" ponad 70 procent Duńczyków odpowiada: "Tak, większości ludzi można ufać". Średnia dla reszty krajów europejskich wynosi nieco ponad 1/3.
To wprawiło mnie w osłupienie - ja nie ufam 70 procentom mojej bliższej i dalszej rodziny. Równie zaskakujący był dla mnie fakt, że Duńczycy do tego stopnia wierzą w bezpieczeństwo swoich dzieci, że powszechnym zjawiskiem jest zostawianie wózka dziecięcego przed domem, kafejką czy restauracją. Najwyraźniej rowerów też nikt nie przypina, podobnie jak nikt nie zamyka okien - tak wysoki jest poziom zaufania do współobywateli, rządu i systemu jako takiego.
Dania wydaje budżetowe minimum na obronę, jednak choć służba wojskowa jest obowiązkowa, szansa, że kraj zdołałby się obronić w sytuacji zagrożenia, jest znikoma. Ale Dania nie ma powodu obawiać się sąsiadów, ponieważ ze wszystkimi utrzymuje bardzo dobre stosunki. Jak to ujął Christian, "Życie staje się o wiele łatwiejsze, kiedy możesz zaufać innym".
- Duński system pomocy społecznej ma w tym swój udział? - zapytałam.
- Do pewnego stopnia. Kiedy wszyscy są traktowani równo i otrzymują jednakową pomoc ze strony państwa, ubywa powodów do nieufności.
Jak zmieniłaby się sytuacja, gdyby do władzy doszła prawica albo skończyły się budżetowe pieniądze? Co by się stało, gdyby państwo przestało dbać o obywateli i jak wpłynęłoby to na legendarnie wysoki poziom szczęśliwości Duńczyków?
- Dania nie jest tak szczęśliwym krajem wyłącznie dzięki pomocy państwa, rządom socjaldemokratów ani popularności naszych produktów - wyjaśnia mi Christian. - Duńczycy chcą, by ich kraj był postrzegany jako ostoja tolerancji, równości i szczęścia. To Dania pierwsza w Europie zakazała niewolnictwa i od dawien dawna promuje równość płci - pierwsze posłanki trafiły do parlamentu już w 1918 roku. Jesteśmy dumni z naszej reputacji i robimy wszystko, co w naszej mocy, żeby ją podtrzymać. W Danii szczęście jest procesem podświadomym, zakorzenionym w każdym aspekcie naszej kultury.
Po zakończeniu tej rozmowy wizja przeprowadzki na rok do Danii zaczęła mi się wydawać (niemal) pociągająca. Miło byłoby wsłuchać się we własne myśli. I po prostu pożyć. Tak przez jakiś czas. Kiedy mąż wrócił z pracy, powiedziałam cichutko, trochę jakbym to nie ja wypowiadała te słowa: "Yyy, no dobrze... myślę... że możemy się przeprowadzić".
Usłyszawszy to, Ludzik Lego, jak od tej chwili będę go nazywać, wykonał w kuchni całkiem uroczy taniec robota. Następnie chwycił za telefon i zadzwonił do swojego rekrutera, kwitując rozmowę okrzykiem radości. Następnego dnia wrócił do domu z butelką szampana i kółkiem na klucze z malutkim złotym ludzikiem Lego, które z namaszczeniem mi sprezentował. Podziękowałam na tyle entuzjastycznie, na ile pozwalało mi sumienie, i wznieśliśmy toast za wyjazd.
- Za Danię!
Od niejasnego pomysłu, który wydawał się niemożliwy do zrealizowania, a przynajmniej bardzo odległy w czasie, przeszliśmy do etapu planowania. Wypełniliśmy wszystkie konieczne formularze, porozmawialiśmy sobie z duńską agentką od przeprowadzek i wprowadziliśmy znajomych w nasze plany. Reakcje okazały się zaskakujące. Część nas wsparła. Sporo osób stwierdziło, że muszę być "bardzo odważna" (chociaż nie jestem). Kilkoro wyznało, że chciałoby pójść w nasze ślady. Nie brakowało też takich, których nasza decyzja zdziwiła. Kolega zacytował mi Samuela Johnsona, który stwierdził, że jeśli komuś znudził się Londyn, to musiało mu się też znudzić życie. Ktoś inny doradził nam - i to całkiem na poważnie - żebyśmy ogłosili, że wrócimy nie za rok, a za dziewięć miesięcy, w przeciwnym razie wszyscy znajomi dojdą do wniosku, że wyjechaliśmy na stałe i zerwą wszelkie kontakty. Super rada, nie ma co.
W pracy - na którą dotychczas nie miałam powodów narzekać, a do tego sporadycznie dostarczała mi wyjątkowych wrażeń - spotkałam się z równie niejednoznacznym odzewem. Najczęstsze komentarze brzmiały: "Zwariowałaś?", "Wylali cię?" oraz "Idziesz na emeryturę?". "Niewykluczone", "Nie" oraz "Na pewno nie", odpowiadałam. Wyjaśniłam współpracownikom, że zamierzam pracować jako wolny strzelec, pisać o zdrowiu, stylu życia, a także szczęściu i zostać brytyjską korespondentką ze Skandynawii. Kilka osób w tajemnicy wyznało, że też zastanawia się nad podobną zmianą. Inni nie potrafili sobie tego wyobrazić. Jedna ze znajomych określiła moje plany jako "zawodowe samobójstwo". Nawet jeśli wcześniej nie miałam stracha, to skutecznie temu zaradziła.
- Co ja w ogóle wyprawiam? - lamentowałam po kilka razy dziennie. - A co, jeśli się nie uda?
- Jeśli nie wyjdzie, to nie wyjdzie - pragmatycznie komentował moje niepokoje Ludzik Lego. - Pobędziemy tam rok i jeśli nam się nie spodoba, wrócimy.
W jego ustach brzmiało to tak prosto. Człowiek nabierał przekonania, że tylko głupiec zrezygnowałby z takiej szansy.
Pożegnałam pracę ze łzami w oczach, wróciłam do domu, spakowałam wszystkie sukienki, marynarki i buty na dziesięciocentymetrowych obcasach, w których przechodziłam ostatnie 10 lat, i odłożyłam je do szafy. Tam, gdzie się wybieraliśmy, nie były mi potrzebne.
W sobotę w naszym niewielkim mieszkanku w suterenie zjawiło się sześciu panów od przeprowadzek, domagając się kawy i czekoladowych ciasteczek. Nasz wspólny dobytek zajął łącznie 132 pudła, które zapakowane do kontenera, miały wyruszyć w podróż do duńskiej wioseczki, gdzie znajdował się nasz nowy dom. Stało się. Mieliśmy się przeprowadzić. I to bynajmniej nie do przytulnej, kopenhaskiej przystani emigrantów. Londyn to nie to samo, co Anglia, a Kopenhadze, jak się dowiedziałam, daleko do "prawdziwej Danii". Tam, gdzie się wybieraliśmy, nie będziemy potrzebować dokładnej mapy miasta, biletów do metra ani karty zniżkowej do sieci obuwniczej Kurt Gieger. Niezbędne będą za to kalosze i płaszcz przeciwdeszczowy. Zmierzaliśmy na skandynawski Dziki Zachód: do wiejskiej Jutlandii.
W położonym w południowej części półwyspu miasteczku Billund mieszka 6100 osób. Znam ludzi, którzy mają więcej kontaktów na Facebooku. W Billund mieści się siedziba Lego, Legoland i... to chyba byłoby na tyle, jak zdążyłam się zorientować.
- Jedziesz do miasta, które nazywa się "Bell End?**" - dopytywali rodzina i znajomi.
- "Billund" - poprawiałam ich do znudzenia. - To trzy godziny drogi od Kopenhagi.
Jeśli wyczułam w ich głosie choćby najlżejsze oznaki zainteresowania, opowiadałam im o cieśli nazwiskiem Ole Kirk Christiansen, który założył to miasto w latach trzydziestych XX wieku. Podobnie jak Hans Christian Andersen również był wdowcem wychowującym czwórkę dzieci, który zajął się pracą w drewnie, aby w ten sposób zarobić na utrzymanie rodziny. Z czasem zajął się produkcją plastikowych klocków, którym nadał nazwę "Lego" od duńskiego wyrażenia "leg godt", czyli "baw się dobrze". I dodawałam, że właśnie w tej firmie został zatrudniony mój mąż. Bardziej ciekawscy z moich rozmówców przeważnie mieli w rodzinie jakiegoś fascynata Lego. Bezdzietni dopytywali o sporty zimowe.
- Dania. Czyli pewnie będzie zimno, mam rację?
- Tak. To obszar morza Bałtyckiego. Dosłownie.
- A będziesz mogła pojeździć na nartach albo snowboardzie?
- Tak, oczywiście. Tyle że nie w Danii.
W tym momencie naszej rozmowy musiałam tłumaczyć, że najwyższy punkt w kraju wznosi się na wysokość 171 metrów nad poziom morza, a na narty trzeba jeździć do Szwecji.
- Ale to nadal Skandynawia, prawda? - brzmiała typowa odpowiedź osób liczących na możliwość skorzystania w moim domu z darmowej toalety, na co oznajmiałam, że niestety do najbliższego kurortu będziemy mieć 250 kilometrów.
Wielu z moich rozmówców nie potrafiło określić, do którego ze skandynawskich krajów zamierzamy się przeprowadzić - dowodem na to były kartki pożegnalne, w których życzyli nam "Powodzenia w Finlandii!"; zresztą nawet moja własna matka tłumaczyła znajomym, że wybieramy się do Norwegii. Na dobrą sprawę nie robiło nam to większej różnicy. Skoro zamierzaliśmy porzucić londyński styl życia na rzecz skandynawskiej wsi, tak czy inaczej musieliśmy przygotować się na wstrząs.
Kiedy panowie z ekipy przeprowadzkowej zrobili, co do nich należało, zostaliśmy z walizkami pełnymi ubrań i pełnym barkiem, którego zawartości nie mogliśmy zabrać ze sobą ze względu na przepisy celne. Mając to na uwadze, urządziliśmy okolicznościowe "osuszanie mieszkania", okazało się jednak, że picie trzyletniego limoncello z plastikowego kubeczka w zimnym, pustym pokoju, kiedy człowiek musi rano wstać, nie dostarcza takiej radochy, jak mogłoby się wydawać. Goście albo stali, albo przysiadali na podłodze, a głosy odbijały się od ogołoconych z mebli ścian. Nie bardzo było co świętować, a sama impreza w niczym nie przypominała spektakularnych pożegnań, jakie znaliśmy z filmów. Dla większości z zaproszonych nic się nie zmieniało. Naszym wyjazdem przejęła się tylko grupka najbliższych przyjaciół oraz rodzina. Parę osób postarało się bardziej niż inni. Jedna z koleżanek przyniosła ciasto battenberg i termos z herbatą (po spakowaniu rzeczy nie mieliśmy ani czajnika, ani tym bardziej herbaty w torebkach). Byłam jej tak wdzięczna, że prawie się popłakałam. I niewykluczone, że to zrobiłam. Ktoś inny przygotował kolaż ze zdjęć ilustrujących nasz pobyt w stolicy. Dostaliśmy też nadmuchiwany materac, na którym mieliśmy spędzić ostatnią noc w starym domu.
Pozbawione wyposażenia, wilgotne mieszkano w segmencie w stylu edwardiańskim jest zimą bardzo, ale to bardzo przygnębiającym miejscem. Leżeliśmy na nie-do-końca-dwuosobowym materacu, starając się pozostać w bezruchu, żeby nie zrzucić partnera na twardą, drewnianą podłogę. W końcu Ludzik Lego zaczął głębiej oddychać, co upewniło mnie, że zasnął. Ja nie mogłam, więc wpatrywałam się w przypominające znak zapytania pęknięcie na suficie, które mieliśmy usunąć już wieki temu. Czułam się trochę, jakbyśmy stracili cały dobytek, zajęli na dziko lokal albo właśnie się rozwiedli, choć przecież leżeliśmy obok siebie. Przez tę jedną noc nie mieliśmy nic. Przez kilka godzin - a przynajmniej tak mi się wydawało - wpatrywałam się w wyłaniający się spod zaprawy pytajnik, dopóki latarnia za oknem nie zgasła i nie spowiła nas całkowita ciemność.
Na następny dzień zaplanowaliśmy obiad z kilkorgiem najbliższych przyjaciół w restauracyjce nieopodal naszego mieszkania. Mieli krzesła! I talerze! Istny raj. Nie zabrakło łez (moich, mamy oraz przyjaciółki ze szkoły, której z powodu niedawnego urodzenia bliźniaków znacząco obniżyła się tolerancja na alkohol), piwa, ginu i podarunków w postaci kolekcji skandynawskich seriali, które miały nas wprowadzić w atmosferę. Parę godzin później podjechała taksówka, która zabrała nas na lotnisko. Naszła mnie ochota, żeby zostać w Londynie trochę dłużej, nacieszyć się szczególikami skąpanego w wieczornej poświacie miasta i zapamiętać wszystkie co do jednego światełka wzdłuż rzeki, by móc wracać do nich we wspomnieniach, nim nadarzy się okazja, żeby przyjechać z wizytą. Chciałam Uchwycić Chwilę. Ale nasz kierowca nie podzielał mojego sentymentalizmu. Włączył w radiu mocny, amerykański rap i powiesił nowy odświeżacz powietrza w kształcie choinki.
Jechaliśmy bez słowa. Powtarzałam sobie w myślach plan działania. Przez ostatnie 33 lata pozostawałam wierna filozofii życiowej graniczącej z niegroźnym szaleństwem: "Znajdź sobie zajęcie, a nie będziesz mieć czasu na bycie nieszczęśliwą!". A mój bliżej nieokreślony plan wyglądał następująco: możliwie jak najbardziej się zintegrować, żeby móc zrozumieć Danię i poznać powód szczęśliwości jej mieszkańców. Do tej pory moje postanowienia noworoczne ograniczały się do czegoś w stylu "ćwiczyć więcej jogi", "przeczytać książkę Stephena Hawkinga" czy "zrzucić trzy kilo". W tym roku miałam tylko jedno marzenie: "żyć duńsko". Tak jest, wymyśliłam nawet zupełnie nowy przysłówek. Przez kolejnych 12 miesięcy zamierzałam zgłębiać tajniki bycia Duńczykiem: rozmawiać z ekspertami z różnych dziedzin i prośbą, groźbą lub przekupstwem wyciągnąć od nich tajemnicę cechującej mieszkańców Danii satysfakcji z życia oraz opisać, co Duńczycy robią inaczej.
Przez ostatnie kilka dni pobytu w Londynie niemal co godzinę sprawdzałam pogodę w Danii, próbując odpowiedzieć sobie na pierwsze z dręczących mnie pytań - jak to możliwe, że Duńczycy są takimi optymistami, skoro temperatura w ich kraju wynosi około -10 stopni Celsjusza? Sporym szokiem było też odkrycie, z jaką częścią naszych zarobków wrócimy do Wielkiej Brytanii. Dlaczego ten 50-procentowy podatek nie stanął im jeszcze ością w gardle? W obliczu faktu, że w Danii może nas czekać życie w ubóstwie, Ludzik Lego zachował stoicki spokój i skoncentrował się na imponujących skandynawskich projektach wszechobecnych w weekendowych dodatkach do gazet. Czy to możliwe, że Duńczycy za wystarczający powód do szczęścia uważają fakt, że ich gusta zyskały międzynarodowy poklask? - spekulowałam. Czy może chodzi o chodzi zastrzyk dopaminy wywołany ciągłą konsumpcją duńskich ciastek?
Interesowała mnie każda dziedzina życia, która mogła się przyczynić do poczucia szczęśliwości Duńczyków - od edukacji po stosunek do środowiska naturalnego, od genetyki po krzesła w gabinetach ginekologicznych (serio) i od relacji rodzinnych po kuchnię (drogi Czytelniku, czy miałeś okazję spróbować świeżo upieczonej duńskiej słodkiej bułki? Są pyszne. Nic dziwnego, że Duńczycy tak się cieszą życiem). Zamierzałam każdego miesiąca przyswoić jakąś nową umiejętność i zacząć z niej korzystać. W trakcie czekającej mnie wyprawy - zarazem osobistej i zawodowej - miałam się dowiedzieć, dlaczego mieszkańcy Danii są tacy szczęśliwi. Zebrane informacje posłużą mi - a przynajmniej taką miałam nadzieję - do zagwarantowania sobie pełnej uśmiechów przyszłości. Projekt "Szczęście" czas rozpocząć.
Żeby się upewnić, że moi nauczyciele nie oszukują, postanowiłam poprosić każdego z ekspertów o wystawienie sobie noty - w skali od jednego do dziesięciu - odpowiadającej jego/jej poziomowi zadowolenia z życia, gdzie dziesięć odpowiada szczęściu absolutnemu, zero skrajnemu niezadowoleniu, pozostałe noty można zaś przełożyć na "jako tako". Uznałam to za ciekawy eksperyment, ponieważ przed wyjazdem do Danii oceniłam samą siebie na solidne sześć. Choć w kartkach, które dostałam przed wyjazdem, większość współpracowników podkreślała moje pozytywne, pełne radości nastawienie do życia, szybko przekonałam się, że syndrom miłej dziewczyny o niskich oczekiwaniach ma niewiele wspólnego z faktycznym samozadowoleniem. Kiedy podczas naszej pierwszej rozmowy telefonicznej poprosiłam Christiana o ocenę, odparł: "Samo bycie Duńczykiem nie rozwiązuje żadnych problemów", po czym dodał: "Oceniłbym się na osiem". Nieźle. A co sprawiłoby, że pan profesor od szczęścia podwyższyłby ocenę? "Znalezienie sobie dziewczyny", odparł bez chwili namysłu. Jeśli którejś z czytelniczek marzy się randka z pełnokrwistym Duńczykiem, to zachęcam do skontaktowania się z naszym wydawnictwem. A pozostałym polecam dalszą lekturę, z której dowiedzą się, jak posmakować duńskiego szczęścia.
* Selektywne inhibitory zwrotnego wychwytu serotoniny - grupa psychoanaleptycznych leków antydepresyjnych (przyp. tłum.)
** W języku angielskim bellend to wulgarne określenie oznaczające żołądź (część penisa) lub głupka (przyp. tłum.).