Zwycięzcy - Karol May
8.00 zł
6.88 zł
(6,88 zł najniższa cena z 30 dni)

Reflow text when sidebars are open.
Spoglądaliśmy przez chwilę za starym dzielnym a obecnie tak radośnie usposobionym kol-agasim. Żarliwa jego modlitwa a następnie podziękowanie wzruszyły mnie do głębi. Na twarzy Halefa znać było również wzruszenie. Po chwili powiedział:
- Otóż znowu jeden, któregoś uszczęśliwił, sihdi! Jam wszak najlepiej poznał, jak twoja miłość bliźniego niebezpieczną jest dla nas, wyznawców Proroka! Miast ciebie nawrócić na Islam, co było mojem najgorętszem pragnieniem, gdyż, sądziłem niemądry, iż przez to czeka cię szczęśliwość zbawienia, - ja sam, nie wiedząc kiedy, stałem się dzięki tobie prawie że jawnym wyznawcą Isa ben Marryam, Jezusa syna Maryi i, chwała Najwyższemu, osiągnąłem dopiero wtedy to, com sądził oddawna posiadać, mianowicie prawdziwe szczęście i pogodę ducha! Tak jest, sihdi! Przyznaję to chętnie, choć wyznanie moje zaszczytu Prorokowi nie przyniesie. - Powiedziałeś mi przedtem, iżeś przyobiecał po sto piastrów każdemu żołnierzowi, podoficerom zaś po dwieście; wyniesie to łącznie ponad sześć tysięcy. Sihdi, to huk pieniędzy! Skąd je weźmiesz? Czyżby z własnych zasobów? W tym wypadku portfel twój musiałby co najmniej parokrotnie być większy i głębszy, niż dotąd w wyobraźni, a może i w rzeczywistości, mi się przedstawiał. Jak więc temu zaradzisz?
- Mamy pieniądze, drogi Halefie, dużo, dużo pieniędzy! Więcej, niż nam potrzeba.
- Co takiego?!
- Tak. Pokażę ci je.
- Allah! Domyślam się! Czyś znalazł jakie w tych przeklętych ruinach?
- Coś w tym rodzaju.
- Czy dużo?
- Nie sprawdzałem. Wydaje mi się jednak, że to bardzo poważna kwota.
- Maszallah! Któż ją otrzyma?
- Mojem zdaniem, winniśmy pieniądze oddać paszy wraz z innemi znalezionemi tu skarbami.
- Paszy? Mnie się zdaje, że istnieje jeden tylko pasza, któremu te pieniądze się należą, - tym zaś ty jesteś!
- Dlaczegóż to, Halefie?
- Gdyż tyś je odkrył, a więc znalazł.
- Twój pogląd o znalezieniu nie zgadza się z moim.
- No, to, bądź co bądź, należy ci się znaleźne, a to ostatnie powinieneś jak najwyżej otaksować.
- Na to jestem rzeczywiście zdecydowany.
- Ślicznie, sihdi! Wiele więc zażądasz?
- Przedewszystkiem zażądam, aby nasz bimbaszi z Bagdadu otrzymał to z powrotem, co mu Sefir w swoim czasie zabrał.
- To dobrze to mnie cieszy! A dalej?
- Poza tem, ze znalezionych pieniędzy musi być wypłacona żołnierzom ta suma, jaką im przyrzekłem.
- I to również spotyka się z mojem uznaniem. Lecz dalej, sihdi!
- Dalej? Nic. zupełnie nic, drogi Halefie!
- Co? Jak? Nic? Zupełnie nic? Ani dla ciebie, ani dla mnie? O, sihdi, czyż mnie słuch nie myli?
- Tak, Halefie, nic!
- Słuchaj, effendi, to znowu to słynne miejsce w twoim mózgu, które zalepić i zreperować trzeba! Pomyśl nad tem, czegośmy wszystko dokonali, na cośmy się musieli ważyć, i jakie koleje przejść musieliśmy, zanim udało nam się tajemnice Bira Nimrudu poznać i zgłębić! I za to wszystko nie mamy nic otrzymać, nic, absolutnie nic?! Ni hamal, tragarz, ni szaggal biljomije, furman nie pracują za darmo, my więc jedynie, my, którzy nietylko całego państwa tureckiego, ale i wszystkich innych państw najdzielniejszymi bohaterami jesteśmy, my więc mamy naszą swobodę, nasze życie wielokrotnie narażać, nie otrzymawszy za to ani jednego para z pieniędzy, których odkrycie nam jedynie zawdzięczać można? O, sihdi, tyś stanowczo zbyt szlachetny, i rycerski! Smucisz mnie tem!
- Właśnie dlatego, żem ani hamal ani szaggal biljomije, zabrania mi mój honor żądać czegośkolwiek dla siebie. Mam nadzieję, że twoja cześć nie dozwoli także, aby cię potraktowano narówni z tragarzem.
- Jak tragarza? Słysz, sihdi, jam jest najwyższym szeikiem wszystkich Haddedihnów, z wielkiego szczepu Szammarów, i biada temu, ktoby spróbował odmówić mi tego poważania, jakiego stanowisko i osoba moja wymagają! Nie chcę nic więcej słyszeć o tych pieniądzach, nic! Żadnego, złamanego choćby para nie wezmę! Znajduję to za zupełne słuszne z twojej strony, i całkowicie się z tobą, zgadzam, że stoimy zbyt wysoko, aby ta odrobina znalezionych tu pieniędzy miała nas przez chwilę choćby absorbować - abyśmy mieli choć okiem rzucić na te piastry! Nie potrzebujemy ich. No, z tą więc sprawą jużeśmy się załatwili; coś innego jest teraz dla mnie ważniejsze.
- Cóż takiego?
- Przyrzeczenie, jakieś mi dał. Zamierzasz wywiązać się ze słowa, danego żołnierzom i byłemu kol-agasiemu a obecnemu bimbaszi, mam więc nadzieję, że i w stosunku do mnie obietnicy swej dotrzymasz.
- O cóż ci chodzi?
- Mój kurbacz niechaj zapachnie Sefirowi!
- No, temu życzeniu może się stać zadość.
- Kiedy, sihdi?! Dusza moja cała się rozpływa na myśl o tej rozkoszy!
- Jak go tylko wyciągniemy z podziemi. Teraz chodźmy do niego, aby zobaczyć, jak mu się wiedzie. Następnie rozejrzymy; się po sąsiednich izbach, poczem będzie go można wyprowadzić na światło Boże. Chodź, będziesz mi przyświecał.
- Ja? Czyż nie może raczej jeden z żołnierzy tego uczynić?
- Nie. Nikt, dopóki pasza nie nadjedzie, nie powinien widzieć podziemi Birs Nimrud. Dosyć, że znamy je ja, ty i Piszkhidmet-baszi.
- A więc niechaj on światło niesie!
- I on nie może, gdyż nie zabierzemy go do wnętrza. Widział i tak więcej, niż trzeba; lepiej niechaj teraz przysiądzie się do żołnierzy. Będzie zapewne rad, mogąc opuścić ciemny korytarz.
- Czy mam go sprowadzić?
- Dobrze.
Gdy razem wrócili, ochmistrz nie umiał ukryć swej radości, tak lekko zrobiło mu się na duszy, iż udało mu się już wydostać z szikem-i-charabe, z brzucha ruin, jak się wyraził. Głęboko raz i drugi pełną piersią odetchnąwszy, zawołał wesoło, a twarz tryskała zachwytem:
- Allah niechaj będzie błogosławiony, że dozwolił mi znowu ujrzeć światło dziennie! Leżałem w więzach ciemności i śmierci, lecz dobry Allah uratował mnie, gdyż Mu głęboko zaufałem, gdyż nie traciłem nadziei. Sefir chciał mnie zabić, nie śmiał jednak dotknąć, albowiem jam największy ulubieniec mego Władcy; obawiał się również mej znanej odwagi. Jestem wszak...
- Co? Jak? O czem to mowa? Coś powiedział? - przerwał mu Halef.
- Nie słyszysz mych słów?
- Wprawdziem słyszał twój głos, pojąłem nawet sens słów - lecz nie dowierzam swym uszom. Zaprawdę więc, nazwałeś się ulubieńcem szacha?
- Tak.
- I napędziłeś stracha Sefirowi?
- Tak.
- Więc jedynie lękowi przed władcą i swojej wybitnej dzielności zawdzięczasz ratunek?
- Tak, tak jest.
- I powiadasz to mi tak spokojnie, twarzą w twarz?
- Powiadam nietylko tobie; każdy, kto mnie spotka, dowie się tej prawdy!
- Tak! No, to dam ci dobrą szczerą, przyjacielską radę: nie waż się wspominać ni słowem o całej tej historji w mojej obecności!
- Dlaczegóż-to?
Mały Hadżi dobył kurbacza z za pasa i odparł podniesionym głosem:
- Gdyż grozi ci to natychmiastowem poczuciem kurbaczowych rozkoszy, a poznałeś je wszak! Obawa przed władcą! Jeśli twój pan więcej tak uzdolnionych, jak ty, poddanych, posiada, - żal mi go! Jest najnieszczęśliwszym człowiekiem na kuli ziemskiej. Twoja dzielność! Łotrze, tyś taki podły tchórz, że mogę śmiało i zgodnie z prawdą stwierdzić, iż nigdy w życiu nie napotkałem człowieka tak godnego pogardy! Tu oto stoi mój effendi, który cię uratował, li tylko sam! Żebrak, nędzarz dziękuje za najskromniejszy datek, pies nawet poliże rękę najnędzniejszą kość mu rzucającą; ty, ty natomiast, który się sądzisz wywyższonym być ponad tysiące zwykłych śmiertelników, ty okazujesz się nędzniejszym od żebraka, gorszym od psa, - nie raczyłeś bowiem ni słowem podziękować swemu wybawcy, wybawcy w ostatniej wielkiej potrzebie - w przedsionku śmierci. A więc uprzedzam cię: poważysz się raz jeszcze w mojej obecności wspomnieć o władcy swoim lub o odwadze, a wygarbuję ci skórę tak, że popęka na drobne kawałki! Jesteś dla mnie pogardzanym robakiem, obecność twoja mierzi mnie. Uczyń, abyś w tej chwili znikł mi z oczu, gdyż nie ręczę za siebie, czy już teraz nie zacznę cię okładać!
Podniósł kurbacz jak do uderzenia. Pers dłużej jednak nie czekał; odwaga, o której mówił tyle, tak go poniosła, że... wielkiemi susami zemknął co sił, nie dostrzegając nawet krawędzi ruin; lekkie poślizgnięcie i Piszkhidmet-baszi począł się osuwać po stoku rumowisk, które, raz poruszone, niby lawina obsunęły się, pociągając za sobą Persa. "Ułatwiło" mu to zapewne ochronę przed kurbaczem.
- Ot, jak mknie szybko, choć bez konia czy wozu! - zaśmiał się Halef. - Nie bierz mi tego za złe, sihdi, ale tak niewdzięcznego łotra nie mogłem ścierpieć. Zważ, że poważy zapewne domagać się jeszcze twej pomocy przy odzyskaniu zrabowanego mienia, - wiedz jednak, drogi effendi, jeśli choć wargą czy palcem poruszysz w jego sprawie, napiszę niezwłocznie do Diżanneh, ozdoby, twego haremu, list miesięcznej długości, w którym jej jasno wyłożę i dowiodę, że będzie najnieszczęśliwszą kobietą na świecie, jeśli nie postara jak najśpieszniej wydać się za mąż za jakiegoś innego Turka. A więc pamiętaj, sihdi, uczynię tak! Uczynię niezwodnie!
- Jeśli do tak radykalnych środków zamierzasz się uciec, drogi Halefie, to ujrzę się zmuszonym prośbę, czy wolę twoją za rozkaz uznać, za rozkaz, któremu bez najmniejszych zastrzeżeń trzeba się poddać.
- Tego też oczekuję od ciebie! Najgorszy gałgan to wszak chyba człowiek, który bliźniemu za pomoc nie dziękuje. Tak! No, złość moja znalazła już ujście - jestem znowu twój stary cichy spokojny, łagodny i dobry Halef!
- Cichy? Hm!...
- Hm? Dlaczegóż hm-kujesz? Powątpiewasz może w prawdziwość mego określenia: cichy, spokojny, łagodny charakter?
- Bynajmniej! Uważam to za zupełną prawdę, choć całkiem odmiennie ją ujmuję aniżeli myślisz.
- Jakto?
- Twój charakter tak jest pełen temperamentu, że inni muszą w twej obecności zachowywać zupełną ciszę.
- Inni? Tak, słusznie! I zaprawdę potrzebne to często, aby posiadać taki, a nie inny charakter! Effendi, tyś zbyt dobry, zbyt pobłażliwy, i gdyby nie może chwilowe interwencje, wówczas gdy braki te silniej w tobie występują, - Belad esz Szark, Wschód nie miałby z nas najmniejszej pociechy! Jam bowiem jest, i w tych smutnych nawet okolicznościach, twoim niezmordowanym obrońcą i przewodnikiem. - Chodźmy już jednak! Biedny Sefir gotów umrzeć tęsknoty, nie widząc nas tak długo.
Skierowaliśmy się zatem do korytarza podziemnego w kierunku niszy, w której widziałem lampy. Zapaliwszy światło, przeszliśmy przez korytarz, by po schodach dostać się do pokojów dolnych. Napotykanych po drodze worków z towarami nie oglądaliśmy teraz; chwilowo nas nie obchodziły. Można było wprawdzie przypuszczać, że znajdują się w nich drogocenne rzeczy, zrabowane u Piszhidmet-baszi, postanowiwszy jednak nie zajmować się więcej niewdzięcznym człowiekiem, uważaliśmy za całkiem zbyteczne wszelkie poszukiwania jego własności.
Weszliśmy do pokoju Nr. 1, lecz narazie zaniechaliśmy rewizji, aby czem prędzej udać się do Sefira, który znajdował się w komnacie Nr. 3. Zbir stał, a raczej wisiał w tej samej niewygodnej pozycji, w jakiej go zostawiliśmy u żelaznych ram kraty. Biedak musiał stać bez ruchu z głową bardzo wysoko podniesioną, albowiem przy jej pochyleniu zwężał się stryczek na szyi i groził mu zatamowaniem oddechu. Sefir drżał ze strachu przed śmiercią z uduszenia, zatem nic dziwnego, iż powitał nas jadowitą wściekłością:
- Nareszcie raczyliście się zjawić! Czy to taki zwyczaj wszystkich chrześcijan i sunnitów, aby w tem sposób postępować z ludźmi? Zdejmcie mi więzy i przywróćcie wolność, jeżeli życie jeszcze przedstawia dla was wartość choćby ołowianej kuli! Udam cię do sandszakiego i biada wam, gdy się dowie, na coście się poważyli! Tylko moje wspaniałomyślne wstawiennictwo może was uratować od najostrzejszej kary.
Halef podszedł doń bliżej i, rozstawiwszy szeroko nogi, zapytał:
- Ach! Chcesz zatem wstawić się za nami?
- Tak, lecz tylko w tym wypadku, gdy wasz wrogi stosunek do mnie natychmiast się zmieni.
- O, i my drżymy z niecierpliwości, aby ci nareszcie okazać całą naszą przyjaźń. Szkoda tylko, że ty wzamian nie będziesz w stanie nic dla nas uczynić, albowiem twoje wstawiennictwo tyleż może zdziałać, co i twój biedny sandszaki, który wypoczywa na miękkiej podłodze piwnicy więziennej, a żelazne branzoletki zdobią jego nadobne rączki.
- Łżesz, psie!
- Tylko grzecznie, kochanie! Nie zmuszaj mnie, abym harapem wpajał ci wiarę w prawdziwość moich słów! I to ty właśnie powinieneś odrazu mi uwierzyć, gdyż sandszaki tobie li tylko zawdzięcza swe uwięzienie.
- Mnie...?
- Tak, tobie! To było największe głupstwo, jakieś popełnił w życiu, żeś posłał do niego Peder-i-Baharata z pismem, które przy nim znaleziono i odebrano. Wiadomo nietylko, czego tu szukasz w Birs, ale są już nadto znane i pozostałe wasze tajemnice. Zresztą, nie będę sobie zawracał głowy twoją mizerną osobą! Jest tu więcej ciekawych rzeczy, aniżeli marny człek, niewart nawet mego spojrzenia!
Nie zwracałem mianowicie uwagi na rozmowę Halefa z Sefirem, i, ze światłem w dłoni udałem się do pokoju Nr. 2. Halef podążył teraz za mną. Obejrzeliśmy komnatę jedną i drugą. Nasz stary przyjaciel i gospodarz z Bagdadu doprawdy ani krzty nie przesadził o bogactwie nagromadzonych tu towarów. Wszystko było ułożone w jak najlepszym porządku, że możnaby myśleć, iż jakimś cudem zostaliśmy przeniesieni do pierwszorzędnego magazynu stolicy. Każda paczka czy pudło opatrzone było etykietą, która wyjaśniała wszechstronnie zawartość. Przechodząc więc od kartki do kartki i czytając, mogliśmy, stwierdzić, co się tu wszystko znajduje.
Tytuń z Raesztu, najlepsze opium, haszysz, miód tamaryszkowy, henna, marzanna, szafran, angur-i-ali-deresi-grona, suszone meletzu i gulab-i-szahi-gruszki, kiszmisz i savsa-rodzynki, gulab, woda różana i wspaniała droga atr-i-gul, esencja różnana - głosiły napisy. Dalej napotkaliśmy na mydła pachnące z Kum, siarkę z Demawendi, arszenik z Kaswinu; następnie ujrzeliśmy drogocenne przepyszne okazy skór jagnięcych z Buchary i Kum, dalej ciężkie wielkie paki maroquin'u, nazywanego w Persji "tszer-me-hamadahni" i saghri-chagrins przyrządzane ze skóry grzbietowej dzikich osłów. Szczególnie dobrze zaopatrzony był skład we wszelkie towary odzieżowe, jak aksamit, jedwab, wełna, bawełna i t. d. Również wielki był wybór szali i dywanów. Sefir musiał się czuć tutaj, w podziemiach Birsu, więcej niż zupełnie pewny, nie nagromadzałby bowiem takich bogactw w jednem miejscu. Jakiegoż uczucia doznawać musiał teraz, będąc świadkiem tego, jak, niczem nieskrępowani, bez najmniejszej przeszkody, ba, z wygodą nawet, rozglądaliśmy się wśród jego bogactw! Zachowywał się spokojnie, i długo, długo nie odzywał się nawet ni słowem; gdyśmy się jednak zbliżyli do wspomnianej już skrzyni i gdy wyjąłem zabrany mu klucz, by ją otworzyć, wykrzyknął donośnym i grzmiącym głosem:
- Stop! Nie ważcie mi się zbliżyć do skrzyni!
Wsadziłem, naturalnie, mimo ostrzeżenia klucz i obróciłem nim w zamku. Gdy usłyszał zgrzyt, ryknął:
- Zaklinam was na Allaha: nie tknijcie niczego! Kryje się bowiem wewnątrz "sihhr, czarów która doprowadza do ruiny każdego, kto się jej dotknie!
- To mnie cieszy nadzwyczajnie! - zaśmiał się Halef. - Twoje czary należą prawdopodobnie do dziedziny czarnej simijah, magii, a ponieważ znam się doskonale na białej simijah, więc mam najlepszą sposobność, by się przekonać, która jest potężniejsza, czarna czy biała.
- Czarna, czarna jest potężniejsza! Strzeż się! Nie tknij niczego!
- Jeżeli rzeczywiście jest prawdą, co mówisz, nie mamy potrzeby obawiać się, gdyż mój effendi jest mistrzem w niebieskiej, czerwonej, zielonej i żółtej simijah; a zatem przekonasz się, że twoja zwyczajna czarna magia nic nie zdoła wskórać wobec poczwórnej a różnobarwnej wiedzy! A więc otwieraj, sihdi, otwieraj odważnie!
Uniosłem pokrywę.
- Zamknij, zamknij z powrotem! - ostrzegał Sefir strwożonym głosem. - Czary śmierć na ciebie sprowadzą, pozbawia cię szczęścia!
- Nie bądź śmieszny! - odpowiedziałem teraz. - Czy rzeczywiście wierzysz, że Europejczyk, chrześcijanin, może być tak głupi, aby dać wiarę takim bzdurom, z których u nas każde dzieckoby się wyśmiało? Skrzynia otwarta i gdzież są twoje czary?
- Bądź przeklęty w życiu i potępiony na wieki!
Halef podskoczył ku niemu; światło lampy nie dochodziło tak daleko. Usłyszałem tylko uderzenie i okrzyk boleści, poczem wszystko ucichło. Hadżi powrócił i nie rzekł słowa. Gdyby zaś chciał przemówić, słowa by mu zamarły na ustach na widok tego, co go otaczało. Jak mały chłopiec, którego ogarnęło nagłe zdumienie, rozpostarł palce i zdumionym wzrokiem spoglądał na błyszczące złoto i srebro oraz na połyskujące drogie kamienie, które leżały przed nim. Widzieliśmy w rzeźbionych z drzewa czarach stosy krajowych i zagranicznych monet srebrnych i złotych, a złożone wachlarze połyskiwały masą szlifowanych i nieszlifowanych drugich kamieni. Znajdowały się tu także pierścienie, łańcuchy, naszyjniki, branzolety oraz mnóstwo innych ozdób. Skrzynia mieściła w sobie skarb, rzeczywisty skarb! A gdy usunąłem kilka wachlarzy, ujrzałem pod niemi drogocenne pistolety i sztylety, które wypełniały spodnią część skrzyni. Obok zaś tego wszystkiego znajdowały się dwie księgi. Otworzyłem je. Któżby to mógł pomyśleć! Były to księgi handlowe, latami sięgające w daleką przeszłość, które zawierały dokładny spis przychodów i rozchodów tego dziwnego interesu. To doprawdy było zdumiewające!
- Maszallah! - krzyknął wreszcie Halef. - Rozum mój milczy! Sihdi, stuknij mnie w żebra, ażeby go wprawić w normalny ruch.
- Jakżeż, więc on u ciebie znajduje się między żebrami?
- Gdzie tkwi, nie mogę w tej chwili wiedzieć; czuję jedynie, że jest tam, gdzie być nie powinien. Ile pieniędzy! Jaka wspaniałość kamieni! Nie jestem dżohardżi, jubilerem, nie mogę więc wiedzieć, jak się nazywają. Może ty znasz ich miana?
- I co z tego przyjdzie, jeśli ci je powiem? Kamienie przez to wszak nie staną się nasze!
- Tak, właściwie smuci to moją czułą duszę, że mogę je li tylko podziwiać, a nie napchać niemi kieszeni! Spójrz na tę wspaniałą, suwahri, bransoletkę. Cóż to za kamienie?
- Diament, szmaragd i rubin, a zakończone trzema turkusami.
- O, sihdi, jakżeby się uradowała moja Hanneh, najpiękniejsza wśród najpiękniejszych kobiet świata, gdybym jej przywiózł wszystkie te ozdoby i włożył na jej ukochane ramię. Czy doprawdy tak wysoko stoimy, że nie powinniśmy nic z tego zabrać?
- Tak.
- I czy nasza cześć jest rzeczywiście tak wzniosła; że możemy ją kilku takiemi kamieniami obrazić?
- Zapewne.
- A więc pomyśl o Dżanneh, brunatnej pani twego niewieściego namiotu! Czy ona nie lubi się zdobić?
- Najlepszą jej ozdobą, zarówno jak i moją, jest uczciwość, a wszystko, co tu leży, jest cudzą własnością. Rozważ to!
- Rozważam to! Ale jednocześnie rozważam również, że jest wstydem odkryć to bogactwo i nie zachować go przy sobie. Mam nadzieję, że przynajmniej wolno mi będzie dziesięcioma palcami objąć to wszystko.
- Przeciwko temu nie nie mam. Jeśli ma ci sprawić przyjemność, uczyń to!
- Zaraz, zaraz! Spójrz, jak ale to skrzy, jak promienieje!
Mój mały Hadżi był w gruncie rzeczy człowiekiem uczciwym, ale ten metal i te kamienie wywierały nań wpływ. Dlatego też rzekłem, podczas gdy grzebał się w skrzyni i przerzucał kamienie z jednej ręki do drugiej:
- Przyjazny promień z oczu twojej Hanneh jest piękniejszy i tysiąckroć więcej wart, aniżeli te wszystkie martwe i sztuczne błyskotki!
Cofnął na to szybko ręce, spojrzał na mnie ciepłym wzrokiem i odparł:
- To prawda, sihdi! W oczach, o których mówisz, mieści się światło miłości, wobec którego ten tutaj błysk jest prawdziwą ciemnością, niewidocznym nowiem. Jestem bogatszy,znacznie bogatszy, aniżeli biedny diabeł, do którego będą należały te pieniądze i kamienie. Nie zmieniłbym się z nim! Wesoły śmiech z ust mojej Hanneh, najpiękniejszej z kobiet, dźwięczy przyjemniej, niż brzęk tych monet. W jej oczach i jej uśmiechu jest dusza, natomiast w tych martwych skarbach niema... Na Allaha, a to co?!
Jakgdyby dla wyjaśnienia, sięgnął znów do skrzyni i wyciągnął stamtąd pierwszy lepszy kamień. Jego okrzyk zwrócił również mój wzrok na ten przedmiot.
- Obraz, sihdi, obraz! - wołał. - To należało zapewne do chrześcijanina, gdyż muzułmaninowi nie wolno dać się malować. A jednak ubiór tego mężczyzny i kobiety nie jest frankoński, lecz perski. Spójrz!
Podał mi mały portret, wysadzany brylantami. Gdy wzrok mój padł nań, omal nie wydałem okrzyku zdumienia. Znałem Persa, którego wizerunek miałem przed oczami. Nie chodziło tu o przypadkowe podobieństwo, lecz to był on, był nim bezwątpienia, a mianowicie ów Dżafar, z którym ongiś spotkałem się na Dzikim Zachodzie Stanów Zjednoczonych. Obok niego ujrzałem przedziwnie piękne wschodnie oblicze kobiety o tajemniczych ciemnych oczach z zimnemi nieubłaganemi ustami i o zagadkowych rysach - twarz, która natychmiast obudziła we mnie nietyle zaciekawienie człowieka, ile raczej psychologa. Oryginał tego kobiecego portretu nie był na pewno haremową osobistością psychicznie upośledzoną, przeciwnie, zdradzał wszelkie cechy duchowego wyrobienia. Przypatrując się uważnie, dostrzegłem pod obrazem dwa napisy, wyryte w złocie ramy.
Podpis, umieszczony pod podobizną mężczyzny, głosił: Dżafar Mirza, drugi zaś brzmiał: Szahzadeh-Khanum-Gul.
Należy wiedzieć, że wyraz "mirza" przed nazwiskiem jest ogólnym tytułem, nadawanym każdemu wykształconemu człowiekowi, w szczególności zaś uczonym, poetom i t. p., np. Mirza Szaffy. Znany przyjaciel Bodenstedta; jeżeli natomiast znajduje się za nazwiskiem, oznacza stopień książęcy. Książęta, bliscy i dalecy krewni szacha, otrzymują tytuł: "szahzadeh". Jeżeli wyraz "khanum", tyczący się kobiet, znajduje się za powyższem określeniem, oznacza on księżnę. - Połączenie obu obrazów nasunęło mi myśl bliskiego stosunku obojga osób, czego jednak nie byłem w stanie bliżej skonkretyzować. Z okoliczności, że pozwolili się wymalować, wbrew wyraźnemu zakazowi islamu, można było wnioskować, że stali ponad przeciętnym sposobem myślenia muzułmańskiego, co nie mogło dziwić u Dżafara-mirzy, który odbył szereg odległych podróży; w odniesieniu zaś do Szahzadeh-Khanum oznaczało to wedle wszelkiego prawdopodobieństwa, iż jest jedną z tych samodzielnych kobiet, przed któremi człowiek Wschodu odczuwa zgrozę. O ile u nas powiedzenie "emancypowana kobieta" wywołuje specyficzne wrażenie, o tyle na Wschodzie bardziej jeszcze uwydatnia się ten "gout hétérog?ne". Kto nie zważa na tradycje i obyczaje, i usiłuje zerwać pęta tak surowo odosobnionego w tamecznym świecie życia kobiet, jest bezsprzecznie wyposażony w wybuchowy temperament, albo też: - że pozwolę sobie użyć ulubionego wyrażenia niego małego Halefa - ma różne szejatin, diabły w ciele. Stąd też pochodzi niechęć człowieka Wschodu do wszelkich zmian, jakie mogą zajść w spokojnym jego haremie, zmian wprowadzanych przez te "djabły".
Nic nie było właściwie szczególnego w tem, że księżna nazywała się Gul a jednak, dziwna rzecz, pomyślałem o Gul-i-Sziraz. Może było to wynikiem wrażenia, jakie na mnie wywarł obraz. Sfinksowe rysy tej twarzy bowiem odpowiadały jakoś zagadkowości, jaką dla mnie miała tajemnicza "Róża z Sziraz".
Wszystkie te myśli szybko przesunęły mi się przez głowę, a jednak nie uszło uwagi Halefa, że portrety wzbudziły we mnie niezwykłe zainteresowanie.
- W szczególny sposób, sihdi, przyglądasz się tym obrazom - rzekł. - Może znasz tego człowieka albo kobietę, a może nawet oboje?
- Mów ciszej! - ostrzegłem go przyduszonym głosem, wsuwając obraz do kieszeni - Sefir nie powinien tego słyszeć.
- Na Allaha! Kładziesz do kieszeni! - szepnął. - Czy chcesz to schować?
- Tak.
- Wszak mówił, że te rzeczy są cudzą własnością!
- Nie widziałem przedtem tej podobizny.
- Mam wrażenie, że właśnie ściągnęła cię z wyżyn twojej czci. A jak sądzisz, czyby tak nie dać się zwabić piękności branzolety?
- To zupełnie co innego! W tym obrazie tkwi coś szczególnego, coś, czego ci w danej chwili wyjaśnić nie mogę. Nie powinienem go tutaj zostawiać, muszę tę podobiznę zabrać ze sobą. Może spotkam prawowitego właściciela, któremu obraz ten najprawdopodobniej ukradziono. Poza tem, wydaje mi się, że jest związany z jakąś tajemnicą, której wyświetlenie leży na naszej drodze. Nie popełniam kradzieży, ani żadnej nieuczciwości, gdyż mam nietylko prawo, lecz nawet obowiązek zatrzymać tę podobiznę. Chodź, pójdziemy!
- Dokąd?
- Do żołnierzy.
- Czy zostawimy tu Sefira?
- Nie, zabierzemy go ze sobą.
- A co z cięgami, które uradują jego grzbiet a moją duszę?
- Czy tak ci śpieszno?
- O tak, bardzo, sihdi! Niechętnie chowam to, co inni mają otrzymać, najwyżej tylko minutę dłużej, niż potrzeba, a więc to samo tyczy się cięgów. które oddawna już miały przejść w jego posiadanie. Chcę i muszę się ich pozbyć, gdyż im dłużej je noszę ze sobą, tem bardziej szkodzą mi na zdrowiu!
- A więc pośpieszmy się, abyś jak można najprędzej uwolnił się od gniotącego cię ciężaru.
Zamknąłem skrzynię z powrotem i schowałem klucz. Gdy następnie podeszliśmy do Sefira, i padło nań światło świecy, zauważyłem po prawej stronie jego twarzy opuchliznę. Był to skutek cięgów, otrzymanych uprzednio od Halefa za jego straszne przekleństwo. Odwiązaliśmy go od pręta i uwolnili mu nogi, ale tak mocno przycisnęliśmy łokcie do pleców, że, pomimo iż mógł nawet biegać, był jednak w naszej mocy. Poczem zaczęliśmy wchodzić na górę. Szedł z nami, nie ociągając się; nie rzekł też ni słowa. Wyglądał, jakby kipiący w nim gniew chciał go udławić. Kiedy znaleźliśmy się na górze, na wolnej przestrzeni, twarz jego przybrała inny wygląd, aniżeli na dole, przy migocącem świetle małej lampki. Do dawnej, już przedtem szpecącej go blizny po lewej stronie twarzy, dołączyła się teraz szybko wzrastająca i ciemno zabarwiona opuchlina strony prawej; do tego długa, rozczochrana broda, groźne spojrzenie zalanych krwią oczu i mocno zwisającą dolna warga. Ogarnęła mnie groza, cielesny i duchowy wstręt, kiedy ujrzałem przed sobą to bardziej niż odpychające stworzenie!
Chciał cofnąć się, rozkazałem mu jednak siąść, co też uczynił spokojnie, ale z takim wzrokiem, że byłby mnie zniszczył, gdyby to zależało od posiadacza tych oczu.
- Zamknijmy wejście - rzekłem do Halefa.
- Czem? - spytał.
- Cegłami, które tu leżą.
Gdy to Sefir usłyszał, chrząknął drwiąco. W odpowiedzi na te kpiny odparłem:
- To daje się bowiem dość łatwo uczynić, jeżeli naturalnie uzna się sposób. Wszak zapewne, kochany Halefie, przypominasz sobie pismo, które wyjąłem z kieszeni Peder-i-Baharata i które, po przeczytaniu, z powrotem mu zwróciłem.
- Tak, sihdi.
- Zawierało rysunek, odnoszący się do tego wejścia. Wprost nie do wiary, jak bezgranicznie głupi byli ci ludzie! Dzięki temu rysunkowi, została mi zdradzona tajemnica Birs-Nimrud. Była tam podana zupełnie dokładna droga z dołu aż do tego tu miejsca, i nawet było odrysowane pismo, dzięki któremu można poznać ostatni kamień - właściwą cegłę końcową. Było to babilońskie pismo klinowe, które znam; dlatego też łatwo było mi wyryć sobie w pamięci znaki, i nie zapomnieć ich. Ci ludzie natomiast nie znają tego pisma, i dlatego też muszą posługiwać się odrysowanemi znakami kamienia. Odnośne znaki oznaczaią słowa "...romen'a. Illai in tat kabad bad'a Illai" - "Ofiarować Bogu Najwyższemu dla okazania samej Chwały Bożej". Teraz sprawdzę, który kamień zawiera te słowa.
Cegły były tak skrzętnie ułożone w kolei, że trzeba było tylko spojrzeć, by odnaleźć tą, której szukałem. Wskazałem na cegłę i rzekłem:
- Ot tam leży. Zawiera zupełnie dokładnie te same znaki, które mi zostały zdradzone dzięki nieprzebaczalnej i niepojętej nieostrożności Peder-i-Baharata. Ta właśnie cegła jest tą ostatnią, którą należy tu wstawić. Z tego wynika, że muszę rozpocząć od cegieł, które leżą po przeciwnej stronie oznaczonego kamienia.
- Oby, Allah rozszarpał tego lekkomyślnego hultaja! - zgrzytnął Sefir. - Ciebie zaś aby przeklął na...
Połknął ostatnie słowa, gdyż Halef wyciągnął bicz i zamachnął się do uderzenia.
- Twoje szczęście, że cofnąłeś cybl, mierzwę którąś chciał wypowiedzieć, a która dopełnia twą duszę. W przeciwnym razie zmusiłbym cię przy pomocy harapa do uczynienia tego. Czy mam ci, effendi, dopomóc w spajaniu cegieł?
- Nie - odrzekłem. - Tę robotę muszę sam wykonać. W ten sposób pójdzie mi łatwiej i szybciej, niż chciałbym skorzystać z twej pomocy.
Gdy przyjrzałem się bardzo naogół ostrym, a jednocześnie wielokrotnie załamywanym i nieprawidłowo biegnącym brzegom wyjścia, które brzegi nie tworzyły równej linji, lecz zygzakowato skręcały we wszystkie kierunki, i gdy dopasowałem do nich kamienie, nie było mi trudno zasklepić dziury w tak krótkim czasie, jak gdybym robotę tę wykonywał nie po raz pierwszy. Potem, gdy wstawiłem ostatni kamień, przekonałem się, że byłoby rzeczą wprost niemożliwą dla człowieka niewtajemniczonego poznać, przy bacznem nawet obejrzeniu tego miejsca, że za niem kryje się przejście. Poszczególne kamienie tak szczelnie do siebie przystawały, jakgdyby nie były tknięte ręką ludzką od chwili wybudowania wieży babilońskiej. Ludzie, którzy odkryli to przejście i zamaskowali je, byli widać bardzo ostrożni.
O ile jednak udanie się pracy mnie zadowoliło, o tyle Sefira doprowadziło do wściekłości. Pomimo gęstej jego brody, widziałem, że usta mu drżały z niepohamowanego gniewu. Z przyjemmością chciałby zapewne ulżyć sobie odpowiedniemi wyrazami, ale Hadżi miał jeszcze ciągle w ręku bicz, i trwoga przed omm es sefa, matką rozkoszy, jak go Halef chętnie nazywał, zmusiła Sefira do pohamowania się.
Był już wielki czas opuścić wzgórze, więc zeszliśmy nadół. Halef szedł z przodu, ja za nim; Sefir, silnie przeze mnie strzeżony, musiał kroczyć pośrodku. Gdyśmy stanęli przed żołnierzami, świeży bimbaszi wstał z miejsca, na którem siedział, i zameldował:
- Effendi, wysłaniec do Hilleh wyruszył już kawał czasu temu, i rozkazałem mu pośpieszyć się możliwie. Czy mam sprowadzić tu konie?
- Tak. W międzyczasie przyprowadzę żołnierza, który towarzyszył nam w nocy.
- Może lepiej posłać po niego?
- Nie, nie znajdą go.
Poszedłem sam, gdyż uważałem za niewskazane wskazywać innym jeszcze miejsce, przez które wszedłem do wieży. Gdy odszukałem żołnierza, leżał w ruinach i spał. Obudziłem go i rozkazałem pójść za sobą. Przetarł oczy i zaczął za mną się wdrapywać, potykając i czołgając na czworakach, albo też posuwając się na grzbiecie. Z wyrachowania nie wyprowadziłem go wprost na powierzchnię, lecz poprzez resztki murów i po rumowiskach drogą okólną tak, że, wskutek ciemności, nie zdawał sobie zupełnie sprawy z tego, gdzie się znajduje, i gdy wreszcie mieliśmy już za sobą ruiny, przystanął, obejrzał się za siebie i, kiwając głową, rzekł:
- Ta powrotna droga była zła, effendi; droga w tamtą stronę zdawała mi się lepsza. Ale było ciemno; nic nie widziałem i nie słyszałem przez długi czas i dlatego też usnąłem. Gdzie właściwie byliśmy?
- To wszak chyba wiesz! - odrzekłem zadowolony z udanego podstępu.
- Nie wiem. Drapaliśmy się teraz przez taką gmatwaninę, że nie odnajdę na pewno miejsca, gdzie spałem, choćbym je miał szukać gorliwie.
- Nikt ci tego nie poleci. A więc bądź spokojny i chodź!
Gdyśmy ujrzeli zdala żołnierzy, spostrzegłem, zanim jeszcze ku nim podeszliśmy, że zaszło tam coś niezwykłego. Podwoiłem więc kroki. Zostałem zauważony, utworzone przez nich koło rozwarła się i Halef wyszedł mi naprzeciw.
- Pomyśl, sihdi, - zawołał - ten chłop chciał udusić kol-agasiego, który teraz jest bimbaszim.
- Jaki chłop? Sefir?
- Tak.
- Jakżeż to możliwe? Wszak jest związany i ma ciężko zranioną rękę!
- Z tą raną nie jest tak źle, jak sądziliśmy. Potrafi poruszać pięcioma palcami, a w każdym razie paroma z nich.
- Dobrze, ale miał przecież ręce związane na plecach, więc napad, o jakim mówisz, był w takich okolicznościach, według mnie, zupełnie niemożliwy.
- Tak, effendi, ale rąk już nie miał na plecach.
- Gdzież więc je trzymał?
- Były wolne.
- Znowu zatem popełniłeś jedną ze swych samowoli. Halefie, Halefie, nie będziesz już w życiu innym, niż byłeś dotąd i, niestety, teraz jeszcze nim jesteś!
- O, sihdi, nie życz sobie, bym się zmienił! Do ciebie należy całe me serce i, gdyby to się miało odmienić, musiałbym ciebie pozbawić miłości i przyjaźni, które tak upiększają nasze wspólne życie. Wierzaj mi, jestem takim, jakim być winienem. Jeżeli uważasz, że popełniłem błąd, mylisz się.
- Jednak, zdaje mi się, żeś mu ręce zwolnił!
- Tylko na chwilę.
- Dlaczego?
- Chciałem cię pomścić.
- To był błędny krok. Wiesz, jakiego jestem zdania o zemście. Chrześcijanin się nie mści.
- Słusznie! Nie chciałem też powiedzieć zemsta, lecz kara.
- Jeżeli człowiek ma być ukarany za wykroczenie przeciwko mnie, ja winienem o tem stanowić, nie zaś ty. Za cóżto chciałeś go ukarać?
- Za to, że cię w więzieniu tak mocno okuł w kajdany. To ci musiało przyczynić wiele bólu, który mu też teraz chciałem dać odczuć. Zgodzisz się ze mną, że na to zasłużył.
- Co się tego tyczy, całkowicie się z tobą zgadzam, ale nie należało mu tego zaszczytu udzielać bez mego zezwolenia.
- Ciebie tak długo nie było, a korciło mnie, by go przekonać o naszej wdzięczności. Dlatego też kazałem mu ręce uwolnić na chwilę, by tak właśnie je okuć, jak on to uczynił z tobą. A to wszak było wspaniałą myślą, którą ty musisz uznać i przeciwko której nie mieć nie możesz!
- Taki jest twój pogląd, a nie mój. Odwiązaliście ma zatem ręce i, naturalnie, zaraz uczynił z nich użytek?
- W samej rzeczy! Ten hultaj zdawał się nie wiedzieć o tem, że mu tego zabroniłem. Dotychczasowy kol-agasi a obecny bimbaszi powiedział mu podczas zwalniania rąk kilka słów, które mu nie poszły w smak; zacisnął też palce dokoła jego szyi, powalił go na ziemię i tak mu miętosił żyły, że twarz przybrała barwę burneta-el-kastar, cylindra, jakim Europejczycy upiększać zwykli swe głowy przy wielkich uroczystościach. Drżeliśmy o napadniętego, którego oddech stawał się coraz krótszy, albowiem Sefir tak mocno się go uczepił, jakoby pchła pustynna, co wpiła się w obnażony palec nogi wędrowca. Pomimo że jest ranny w rękę, z wielkim trudem udało nam się go oderwać od napadniętego. Natychmiast go też związano w taki sposób, jak postanowiłem; ale co się tyczy wyrazów, których musieliśmy przytem od niego wysłuchać, nie mogę ci ich powtórzyć, gdyż zawierały takie bluźnierstwa przeciw Allahowi i tak nas osobiście obrażały, że, gdybym ci je chciał podać, sambym bluźnił i obrażał. Jeszcze teraz klnie na całe gardło. Czy go słyszysz? Chodź więc ze mną! Spodziewam się, że mi zezwolisz wyjaśnić mu mój pogląd na tym jego słabym punkcie, na którym zazwyczaj siedzi. Czas najwyższy, by się dowiedział, że najmilsze są te wrażenia, które się otrzymuje na wymienionem przeze mnie miejscu!
Wymachiwał energicznie rękami, by mi wyjaśnić humanitarny sens swoich słów, i zaprowadził mnie tam, gdzie leżał, a raczej siedział Sefir.
Ten był mocno skrępowany, tak że można było pomyśleć, iż jest dlań rzeczą niemożliwą odetchnąć, mimo to jednak wył jak nieboskie stworzenie, klął i groził, co przy jego beznadziejnem położeniu było w najwyższym stopniu śmieszne. Ujrzawszy mnie, ryknął potężnym głosem i obrzucił przekleństwami, które mogły formalnie wzbudzić uczucie odrazy. Pienił się ze złości; nabrzmiałe krwią oczy nadawały jego i tak wstrętnej twarzy nietylko zwierzęcego, ale wprost bydlęcego wyrazu; miałem przed sobą nie człowieka, lecz niewymownie niską, podłą kreaturę, którą należało odpowiednio do tego potraktować.
- Wal go, Halefie, aż nie zamilknie! - krzyknąłem oburzony. - Wal go, gdziekolwiek trafisz!
- Hamdulillah! - odrzekł Hadżi. - Wreszcie, sihdi, wreszcie dochodzisz do rozumu! Twój rozkaz napełnia mnie nieziemską rozkoszą. Z największą przyjemnością cię usłucham! Tak mu przetnę nić jego mowy, że okruchy słów rozlecą się na wsze strony i nie będzie mógł ich odnaleźć nawet przy pomocy najsilniejszej naddara, lupa.
Zaledwie wypowiedział te słowa, uderzenia jego już tak silnie i gęsto padały, że bity, zamiast wydawania okrzyków gniewu, jęczał z bólu; mimo to Halef wpierw nie zaprzestał, aż jęki nie ustały. Następnie spytał mnie, głaszcząc miłośnie harap:
- Mamże zakończyć na tych przekonywujących argumentach, czy też nie?
- Wystarczy!
- Ale tylko narazie, tymczasowo, proszę cię!
- A ja nie proszę o to, lecz żądam tego! - wmieszał się Amuhd Mahuli. - Spójrz, effendi, jak mnie urządził! Miał poważne, mocne postanowienie, aby mnie udusić. Leżałem pod nim, jak jagnię w pazurach wściekłej pantery, a gdyby to nie było jeszcze dostateczną podstawą do największej kary, jego bluźnierstwa przeciw Bogu i ludziom powinny wprawić w ruch bicz tak, żeby padł trupem na miejscu.
Przy tych słowach wskazał na swoje rozwichrzone włosy, podarty uniform i podrapaną, szyję, która teraz jeszcze krwawiła.
- Oby mi się udało cię udusić, ty niegodziwy wspólniku przeklętego psa chrześcijańskiego! - syknął Sefir.
Halef szybko się zamachnął, zadał mu kilka razów i krzyknął nań:
- Czy zamilkniesz, łotrze?! Jeszcze jedno takie słowo, a zakatrupię cię!
Sefir, wijąc się w bólach, ryknął jednak:
- Nie ty mi będziesz rozkazywał! Jesteś śmierdzącym psem, którym gardzę. Wyście razem z twym po trzykroć przeklętym effendim gnijącą padliną. Jako świnie się urodziliście, należy wami jako świniami gardzić, i jako świnie skończycie!
Halef puścił natychmiast bicz w ruch. Powstrzymałem mocno jego ramię i rzekłem:
- Czekaj jeszcze! Może dobre słowo więcej tu wskóra, niż złe. Spróbuję.
- Próbuj, nie mam nic przeciwko temu, próbuj! - zawołał Sefir, śmiejąc się drwiąco.
- Tak, mimo twego śmiechu, uczynię jednak próbę, wszelako nie dla ciebie, lecz dla mnie. Wiem, że każde słowo będzie daremne; ale chcę sobie móc powiedzieć, że uczyniłem wszystko dla zbawienia twej duszy.
- Zbawienie mej duszy? Co ci do mojej duszy?! Niech sobie jedzie, gdzie chce, a nie twoja rzecz w to się mieszać! Może mi będziesz bajał o wiecznem życiu, o raju i piekle? Zbyteczne! Obejdę się bez tych głupstw! Co Muhammed i wasz Chrystus o tem mówią, jest śmieszne, albowiem po śmierci i tak jest po wszystkiem.
- Jesteś zaślepieńcem, któremu ja...
- Jest po wszystkiem! - powtórzył, przerywając mi.
- ...zaślepieńcem, któremu ja mojego...
- Po wszystkiem, po wszystkiem! - znów zawołał.
- ...któremu ja mojego współczucia nie odma...
- Po wszystkiem, wszystkiem, wszystkiem! - ryczał całą siłą swego głosu. - I to dla was szczęście, wy najbardziej pogardzani wśród psów świata! Dla was wolałbym nawet, żeby nie było po wszystkiem. Bądźcie przeklęci, jak jeszcze nikt przeklętym nie był! Oby wam na tamtym świecie...
Następne przekleństwa nie nadają się do powtórzenia. Pozwalałam tak siebie lżyć, nie przerywając mu, i doszedłem do przekonania, że okazanie mu cienia współczucia było nietylko bezużyteczne, lecz wprost śmieszne. Gdy wylądował cały swój gniew, plunął na mnie i na Halefa - staliśmy niedaleko niego - zakończyli i słowami:
- Tak, jak teraz, bądźcie opluci i wzgardzeni przez wszystkich ludzi na wieki. Teraz znasz cały mój pogląd i możesz zacząć pobożnie stękać. Więcej słowa nie powiem.
- Nikt ci też więcej nie będzie tu stękał; jeśliby zaś ktoś miał stękać, to ty nim będziesz. Mówiłeś o mękach, których nie uniknę. Gdzież je masz? Gdzież one są? Ja ci natomiast powiedziałem, że z nastaniem dnia rozpocznie się nad tobą sąd; słowo moje, z którego się śmiałeś, stało się ciałem. Przepowiedziałem ci jeszcze więcej - nie chcę jednak teraz tego powtarzać. Zaczekajmy do wieczora! Teraz zaś zostaniesz potraktowany łagodnie z twoim poglądem: ze śmiercią wszystko się kończy. Jeśli na tamtym świecie niema dla ciebie kary, nie wolno na tym świecie stracić ani chwili; otrzymasz więc, na coś zasłużył. Przedtem jednak odpowiedz mi, gdzie są zwłoki zamordowanych członków karwan-i-Piszkhidnet-baszi?
Nie odpowiedział nawet wtedy, gdy mu dwa razy pytanie powtórzyłem. Skierowałem je więc do Beduinów Ghazai, wziętych do niewoli; ale skutek był ten sam. Zwróciłem się przeto do tego, którego uważałem za ich wodza, gdyż kierował szacowaniem zdobyczy i zabierał pieniądze. Jedyną jego odpowiedzią było wykrzywienie twarzy.
- Każę ci otworzyć usta biczem! - zagroziłem.
- Odważ się! - zawołał. - Jesteśmy wolnymi Beduinami i nie wolno nas bić! Jesteśmy uczciwymi ludźmi i nie wiemy, dlaczego nas wzięto do niewoli i związano!
- Uczciwi ludzie?! A chcieliście uchodzić za Solaib-Arabów! I siedzieliście przy ogniskach i kłóciliście się przy każdej zdobytej rzeczy o swe wynagrodzenie za morderstwo!
- To kłamstwo!
- Ja sam to widziałem i słyszałem; to starczy! A więc mów, gdzie są trupy?
- Nie wiem nic o żadnych trupach! A jeżeli są trupy, to szukaj ich sobie sam!
Z jego drwiącej miny było widoczne, że przeświadczony jest o tem, że ich nie znajdę. Dlatego też odparłem:
- Dowiodę ci, że dla mnie jest bardzo łatwo je odkryć, ale wówczas też zmuszę cię do wyjaśnienia nam, gdzie je ukryliście. Bicz uczyni cię wymownym.
- Tego nie zrobisz! Całe moje plemię znajdzie cię i odda sto uderzeń za jedno!
- Każ go porządnie, oćwiczyć, dobrze oćwiczyć! - zawołał do mnie bimbaszi. - Wpierw jednak zarządź, by i Sefir otrzymał, co mu się należy!
- Nie mam nic przeciw temu, ale spodziewam się, że dotrzymacie warunku, który bezwzględnie muszę postawić.
- Mów!
- Bijcie go, ile chcecie, ale nie na śmierć! Musimy go dostawić paszy i jestem przeświadczony, że cofnąłby potwierdzenie twej nominacji i zdegradowałby cię do zwykłego żołnierza, gdyby Sefira otrzymał martwego, a nie żywego.
Ostrzeżenie to miało na celu zapobieżenie przejściu srogości w okrucieństwo. Oficer pośpieszył też, by, mnie upewnić:
- Bez obawy, effendi! Tego łotra zabić, toć byłoby dla niego niezasłużone dobrodziejstwo! Jego kara nie może trwać tak krótko.Ale wiesz wszak, że w mehkeme domagał się dla ciebie bastonady. Dlatego niechaj sam ją teraz otrzyma, ale jaką! Na to chyba zezwolisz?
- Tak, nic nie mam przeciw temu.
- Jedynie bastonadę? - spytał Halef. - A ja myślałem, że mój kurbacz z nim pomówi! Sihdi, dlatego że mu przepisujesz tylko bastonadę, spraw mi tę rozkosz, abym mógł mu pokazać, jak ściśle moja dusza jest związana z wrażeniami jego skóry!
Ująłem go za rękę, odprowadziłem na stronę i postawiłem pytanie:
- Powiedz, drogi Halefie, jakie jest najbardziej znane plemię Beduinów wzdłuż stepów, porosłych kwiatami?
- Wielkie plemię Szammer - odparł. - Wiesz to równie dobrze, jak ja. Dlaczego więc pytasz?
- A jakie jest najznakomitsze jego odgałęzienie?
- Oczywiście, moi Haddedihowie!
- Których ty jesteś wodzem?
- Naturalnie!
- Ty więc jesteś najznakomitszym i najwyżej postawionym człowiekiem całego plemienia Szammar?
- Sądzę. Jest to zresztą ponad wszelką wątpliwość!
- Ty więc zastępujesz to wielkie plemię swoją osobą i cześć tylu tysięcy wojowników swoją czcią?
- Bezwątpienia!
- Co ty czynisz, jest zaszczytem lub sromem dla każdego poszczególnego wojownika Szammarów czy Haddedihnów?
- Tak jest!
- Jak więc postąpisz, jeżeli ktoś nazwie wszystkich Szammarów i Haddedihnów oprawcami i katami?
- Wsadzę mu natychmiast nóż między żebra!
- A więc pchnij!
- Co...? Jak...? Kogo...? - spytał.
- Siebie samego!
- Siebie... samego?!
- Naturalnie, albowiem ty, przedstawiciel czci całego twego plemienia, oświadczyłeś mnie samemu, że masz zamiar zostać katem i oprawcą Sefira.
Spojrzał na mnie zdumiony. Odpowiadał na moje pytania z dumną pewnością siebie; teraz głos jego brzmiał zupełnie inaczej, gdy rzekł:
- Sihdi, jesteś bardzo niebezpieczny, a w stosunku do swego wiernego Halefa nawet złym człowiekiem!
- Jakżeż?!
- Znowu mnie zaszedłeś od tylu i złapałeś w potrzask! Dlaczego nie mówisz wprost do mnie, szczerze, bez żadnych ubocznych dróg, ubocznych myśli?
- Gdyż horyzont twego rozumu, o którym tak chętnie mówisz, jest z przodu szerszy, niż z tyłu.
- Tak! Przyznajesz więc, że nie masz odwagi stanąć wobec przedniej części mego rozumu, i że się jej boisz! To mnie powinno właściwie cieszyć; ale świadomość, że nie postępujesz ze mną uczciwie, psuje mi tę radość. Pytam cię jednak szczerze i otwarcie: czyś mi przyrzekł, że będę mógł Sefirowi sprawić łaźnię?
- Tak, uczyniłem to.
- A teraz nie chcesz dotrzymać przyrzeczenia?!
- Dotrzymałem!
- Jak...? Rzeczywiście...? Czyżby już...?
- Tak. Czy otrzymał od ciebie cięgi, czy nie?
- Hm. Prawda; tak.
- A więc pocóż te bezpodstawne zarzuty?
Potrząsnął z ubolewaniem głową i odparł:
- Oh, sihdi, sihdi, gdybyś wiedział, jak wiele jest ból rozczarowania, któryś mi zgotował! Sądziłem, że będzie mógł raz wreszcie puścić porządnie w ruch mój kurbacz, a teraz biedny bicz ma się zadowolić temi nędznemi cięgami, któremi w najdrobniejszej nawet mierze nie mógł się nasycić, przeciwnie, zaostrzył się tylko jego apetyt. Gdybyś tak wielkim przyrzeczeniom pozostawiał zawsze tak mało sposobności do ich spełnienia, musiałbym ciebie uważać za wielką, lecz pustą kiesę, z którą nie zrobić nie można. Nie po raz pierwszy hamujesz przyjazne ruchy mego bicza przypomnieniem o mojej sławie i czci. Czyż poto jedynie jest cześć, by pozostawiać w zapomnieniu wierny harap? Mój bicz należy do mnie, jak moja nęka do mnie należy, - jest częścią mnie samego. On także ma swoją cześć, jak ja mam swoją. Jakież więc ja mogę się przez to pozbawić czci, gdy jej jemu udzielam?
- Twierdzenie twoje jest z gruntu fałszywe, gdyż wywodzi się z fałszywych założeń.
- To ty się mylisz, gdyż, według mnie, Sefir otrzymać ma cięgi, a nie założenia.
- W tem miejscu horyzont twojego rozumu staje się tak wąski, że go wcale nie widać. Nie będziemy się sprzeczać, lecz załatwimy sprawę krótko: jeżeli uważasz za swe prawo oćwiczenie Sefira, nie chcę ci go odbierać. A więc ćwicz go! Ale nie dziw się, że nie będę cię już uważał za swego chabiba, przyjaciela, lecz za dżellda, kata, który nie może mieć miejsca w mem sercu a pozostaje zaledwie czemś dla mych oczu, mianowicie nieczułem narzędziem prawa. Idę!
Odwróciłem się od niego.
- Dokąd, sihdi? - spytał szybko, podążając za mną i ująwszy mnie za ramię.
- Chcę odszukać trupy zamordowanych. To jest zadanie pietyzmu, a nie robota katowska.
- Zabierz mnie ze sobą! Musimy pokazać Sefirowi i Ghazaiom, że nam nie trzeba ich wskazówek, lecz jesteśmy sami tak mądrzy, by się dowiedzieć, czego pragniemy. Spójrz! Zatykam swój harap za pas, zrzekając się tem samem wymalowania Persowi świadectwa jego nikczemności na grzbiecie. Dotychczasowy kol-agasi a obecny bimbaszi sam już będzie miał staranie o to, ażeby Sefirowi nie dostało się mniej, niż trzeba.
- Słusznie! - pochwaliłem go. - Teraz jesteś tym, kim być powinieneś.
- Kim?
- Hadżi Halef Omar Ben Hadżi Abul Abbas Ibn Hadżi Dawud al Gossarah, główny szeik Haddedihnów z wielkiego plemienia Szammarów.
Wyprostował swą małą postać tak wysoko, jak tylko to było możliwe, błysnął na mnie świecącemi oczyma i rzekł:
- Tak, jestem nim bezwątpienia! Ja jestem naczelnym regentem moich wspaniałych kochanych Haddedihnów, którzy są mi tak posłuszni, jak zaledwie nimi są Turcy wobec padyszacha albo Persowie wobec szacha-in-szacha. Nie zamieniłbym się z żadnym człowiekiem pod słońcem, a bicz mam do panowania, nie zaś do wykonywania roboty kata. Im sławniejszy człowiek, tem mniej mu trzeba samemu używać kurbacza! Idę z tobą, któryś jest równie znany, jak ja!
Zawiadomiłem bimbasziego, że się oddalamy, lecz powrócimy, niezadługo; w międzyczasie mógł nasycić się gnębieniem pokonanego Sefira. Dosiedliśmy koni i pocwałowali przed siebie.
* * *
Miałem wielką ochotę wybadać Piszkhidmet-basziego, przyszłoby mi to jednak z trudnością, przytem nie wiedziałem, czy zna dobrze okolicę, albowiem przyjechał nocą i został odrazu obezwładniony, tak że nie mógł zauważyć, dokąd zaniesiono zwłoki. Uważałem za najlepsze zdać się więc na samego siebie. Również Halef był mi zbyteczny, nie potrafił dobrze odczytywać śladów. Zabrałem go ze sobą tylko w celu odsunięcia od Sefira, bowiem lękałem się, iż za silnie da mu odczuć siłę swojego kurbacza.
Jechaliśmy wzdłuż ruin w kierunku północnym; oglądałem dokładnie ziemię w poszukiwania tropu. Szybko znalazłem ślady kopyt nietylko naszych koni, lecz i inne, nie te jednak, których szukałem. Skręciliśmy teraz na zachód, poprzez ścieżkę przemytników, która biegła od kanału. Znowu natrafiliśmy na ślady karawany Piszkhidmet-baszi. Zrozumiałem teraz, że napad miał miejsce nie tu na północy, lecz bardziej na południe od naszego obozowiska. Sefir wiódł bowiem karawanę poprzez miejsca, pod któremi znajdowały się komnaty podziemne; dziwiłem się jego nieostrożności; powinien był bowiem zrozumieć, że znajdziemy te ślady. Zawróciliśmy wierzchowce i niebawem stanęliśmy w obozie. Przywódca Beduinów przywitał nas ironicznem pytaniem:
- Gdzież są zamordowani, których poszukujecie? Wasza zadziwiająca mądrość zapewne już to wyjaśniła!
Odgadł zatem nasze zamysły. Sądził, że zrezygnowaliśmy z poszukiwań, i nareszcie wypoczniemy. Nie odpowiedziałem mu; biednego Halefa jednak zbyt wiele kosztowało milczenie. Wykrzyknął:
- Wróciliśmy wyłącznie poto, aby ci obiecać, że za każdego trupa, którego znajdziemy, wyliczę ci po pięć razów na piętach!
Było tak, jak sądziłem; ślady karawany wiodły stąd, dalej i łączyły się ze śladami rozbójników. Jeszcze kilkadziesiąt kroków i... natrafiliśmy na ociekające krwią miejsce napadu. Jak teraz mogłem skonstatować, choć było znać ślady stóp i kopyt, nie były to jednak ślady zaciętej walki. Persowie nie usiłowali nawet się bronić; tchórze, posiadali tyle odwagi, co i ich pan, który uważał się za mężnego wojownika!
Miejsce utarczki było oddalone zaledwie o jakieś dwieście metrów od ruin; wiodły tam ślady stóp, tak głęboko wyciśnięte, że zwróciłem się do Halefa:
- Trupy zaniesiono tam, za mury.
- Dlaczego tak sądzisz, effendi?
- Ślady stóp człowieka, idącego bez ciężarów, nie odciskają się tak głęboko. Te oto są głębokie, gdyż ludzie, którzy; je wycisnęli, dźwigali zwłoki.
- Czy znajdziemy trupy?
- Naturalnie! Cielesna powłoka człowieka nie rozpływa się w eterze, jak dusza. Chodź!
Doszedłszy do celu, zauważyłem, że trop kończy się na stosie cegieł koło muru, który składał się ze spojonych asfaltem kamieni. Zsiedliśmy z koni i dostrzegli, po usunięciu kilkunastu cegieł, szeroki, wysokości przeszło metrowej, otwór, który prawdopodobnie wiódł do wnętrza. Pochylony, wszedłem do środka; nozdrza moje uderzył specyficzny zaduch, zwiastujący bliskie sąsiedztwo trupów, choćby mających zaledwie parę godzin.
Szedłem naprzód powoli, ostrożnie, badając rękoma ściany. Korytarz wiódł coraz niżej i niżej. Pod odnogami miałem piasek, ściany i sufit stanowiły jednolity mur asfaltowy. Zatem był to kanał, którym doprowadzam do Birs wodę z Eufratu. Dlatego też leżał tu piach, którego ubywało, im głębiej posuwałem się wzdłuż ścian.
Zrobiłem zapewne około 40 metrów; nie miałem już piasku pod nogami, podłoga była gładka, i ubita. Nastąpnąłem teraz na coś twardego - nachyliłem się. Ręce moje dotknęły nagiego ciała. Przypominałem sobie, że posiadam świecę i kibritat, zapałki. Zaświeciłem i ujrzałem trupy jedenastu Persów, którym nie pozostawiono ani jednej sztuki odzieży. Aczkolwiek byłem przyzwyczajony do podobnych widoków, poczułem się wstrząśnięty do głębi. Stałem sam jeden w podziemnem kanale wieży babilońskiej, wobec nagich krwawiących trupów. Światło rzucało długie, ponure cienie, które załamywały się na strasznych obliczach. Nieznana głąb kanału wydawała się zamieszkana przez tysiące złych demonów. Przytem ten duszący, ckliwy, zabijający zapach! Nie mógł zresztą podchodzić od zwłok Persów, które były dopiero w początkowem stadjum rozkładu. Postanowiłem więc poznać przyczynę zaduchu. Przelazłem przez trupy, gdyż nie było wolnego miejsca obok, i udałem się na dalsze poszukiwania.
Znalazłem się teraz w wielkim pospólnym grobie. Kości ludzkie, czaszki i nawet szkielety całe leżały pomieszane. Za każdym krokiem nogi moje stąpały po szczątkach ludzkich. Zawróciłem szybciej, aniżeli szedłem naprzód. Zatem Ghazai-Beduini zawozili tutaj wszystkich pomordowanych przez się ludzi, aby ukryć ślady swoich zbrodni! Ogarnęła mnie wściekłość; postanowiłem spełnić pogróżkę Halefa.
Mój przyjaciel oczekiwał mnie z niecierpliwością u wylotu kanału. Ujrzawszy mnie, wykrzyknął przerażony:
- Jak ty wyglądasz, sihdi?!Jesteś blady, jak trup, pomimo swojej ogorzałej cery. Czyś znalazł zamordowanych?
- Znalazłem.
- I takeś się zląkł kilku nieboszczyków?
- Ja, bać się?! Nie zaznałem jeszcze strachu................................