Rozdział 1 Historia Afganistanu
Rejon dzisiejszego Afganistanu, mimo że trudno dostępny ze względu na górzysty charakter terenu, od czasów prehistorycznych miał duże znaczenie strategiczne. Tędy przebiegały ważne szlaki komunikacyjne i handlowe, które łączyły ziemie afgańskie z krajami Bliskiego i Dalekiego Wschodu. Wśród nich najważniejszy był Jedwabny Szlak, który znajdował się w centrum zainteresowania wielkich mocarstw. Poprzez stałą penetrację obcych państw dochodziło do mieszania się różnych kultur, języków, religii. Historia Afganistanu na przestrzeni wieków była i jest znaczona śladami licznych wojen, agresji i przemocy.
Czasy starożytne
Około 2000 lat p.n.e. na tereny Afganistanu zaczęły napływać ludy indoirańskie, których potomkami są dzisiejsi Pasztunowie i Tadżycy. Część z ówczesnych plemion aryjskich (Ariów) osiedliła się w dolinach Hindukuszu, część zaś na Wyżynie Irańskiej i w dorzeczu Indusu. To za ich czasów, w miejscu, gdzie dzisiaj jest położony Kabul, powstał duży ośrodek miejski. W połowie VI wieku p.n.e. tereny afgańskie zostały podbite przez króla Persji Dariusza I Wielkiego i weszły w skład imperium Achemenidów. Utworzono na nich wschodnie satrapie, które płaciły daniny królowi perskiemu oraz wystawiały pododdziały wojowników biorących udział w wyprawach wojennych na rzecz Persji. Perscy władcy musieli jednak borykać się z ciągłymi rebeliami, do których dochodziło w okolicach dzisiejszego Kandaharu i Kwetty.
W IV wieku p.n.e. imperium Achemenidów zostało rozbite przez armię Aleksandra Macedońskiego, zwanego Wielkim, który dotarł na tereny dzisiejszego Afganistanu w 329 roku p.n.e. Na podbitych ziemiach, które przez następne stulecia znalazły się w zasięgu kultury greckiej, założył szereg obozów wojskowych, które dały początek przyszłym ośrodkom miejskim, istniejącym współcześnie (Aleksandria Arion - obecnie Herat, Aleksandria Acharosia - Kandahar, Aleksandria Antiochia - Termez). Po śmierci Aleksandra Wielkiego w 323 roku p.n.e. północ i zachód dzisiejszego Afganistanu znalazła się pod panowaniem greckich Seleucydów, spadkobierców potęgi macedońskiego władcy, z kolei wschód i południe (z Kabulem i Kandaharem) weszły w skład cesarstwa indyjskich Maurjów. Za panowania cesarza Aśoki, w połowie III wieku p.n.e. z Indii na ziemie afgańskie zaczął przenikać buddyzm. Około 250 roku p.n.e. jedna z seleucydzkich satrapii (Baktria) przekształciła się w niezależne państwo, które na południe od Hindukuszu i w północnych Indiach krzewiło kulturę grecko-baktryjską. W latach 170-160 p.n.e. znaczną część Afganistanu opanowali Partowie.
W I wieku n.e. plemiona Yuezhi - potomkowie irańskich ludów koczowniczych - utworzyły państwo Kuszanów, które rozciągając się w Azji Centralnej przez Afganistan i Indie, stało się jednym z największych imperiów ówczesnego świata. W tym czasie nastąpił szybki rozwój gospodarczy i kulturalny regionu. Powstały wielkie kanały irygacyjne, rozwijał się handel wzdłuż Jedwabnego Szlaku i drogi morskiej z Chin do Indii, a stamtąd do Aleksandrii i Rzymu. W czasach Kuszanów, na terenach Afganistanu wiodącą religią był buddyzm. Najważniejszymi ośrodkami kultu religijnego były Bamjan, Hadda, Guldara, gdzie powstawały liczne świątynie i stupy buddyjskie. Imperium Kuszanów od III wieku n.e. zaczęło rozpadać się na wiele niezależnych księstw, które stopniowo ulegały sąsiednim mocarstwom, głównie perskim Sasanidom.
Czasy średniowieczne
W VII wieku na mapie Afganistanu pojawiła się nowa światowa potęga, Arabowie, którzy najpierw pokonali w kilku bitwach Sasanidów, by następnie rozpocząć swoją ekspansję na wschód. Na początku VIII wieku przyłączyli do swojego imperium zachodnią część Afganistanu (Chorasan). We wschodniej części kraju (prowincja Kabul) w tym czasie nadal rządzili Hindu-Szahowie, spadkobiercy Kuszanów, którzy ulegli stopniowej islamizacji w okresie panowania Ghaznawidów. Z kolei na północy Afganistanu największy rozwój przyniosły rządy Samanidów (874-999), wywodzących się z irańskiej szlachty. Ich stolica, Buchara (dzisiejszy Uzbekistan), stała się wówczas ważnym ośrodkiem naukowym i kulturalnym Azji Centralnej.
Wielki rozwój Afganistanu nastąpił za panowania dynastii Ghaznawidów (977-1186), wywodzących się z tureckich gulamów (żołnierzy niewolników). Największy spośród ghaznawidzkich władców, Mahmud (997-1030) uczynił z kraju regionalne imperium, ze stolicą w Ghazni. Nie tylko zjednoczył całe afgańskie terytorium, ale powiększył swoje państwo o część ziem sąsiedniego Iranu, Chorezmu i Indii. Po śmierci Mahmuda imperium Ghaznawidów zaczęło się chylić ku upadkowi. Ostatecznie zostało podbite przez byłych wasali, Ghorydów, którzy kontrolowali terytorium Afganistanu aż do XIII wieku, kiedy kres ich dynastii położył najazd Mongołów pod wodzą Czyngischana (1206-1227). Większość kraju została spustoszona i zniszczona, pozostając pod kontrolą mongolskich władców do XIV wieku. Mongołowie stosowali politykę spalonej ziemi, zniszczyli większość afgańskich miast oraz system irygacyjny, który zapewniał Afgańczykom dobre plony. Ich głównymi bazami wojskowymi były Kabul i Ghazni, skąd wyruszali na podbój Indii. Po śmierci Czyngis-chana jego imperium zostało podzielone, a Afganistan stał się jedną z prowincji wielkiego państwa Ilchanidów (sprawujących władzę w Persji), zarządzaną przez lokalną dynastię Kartów, ze stolicą w Heracie. Kres ich panowaniu położył Timur, który podbił Afganistan i uczynił z niego swoją bazę wypadową do najazdu na Indie. Po śmierci Timura w 1405 roku Afganistan został podzielony między jego synów. Kabul, Kandahar i Ghazni przypadł w udziale Pir Mohammadowi, a Chorasan ze stolicą w Heracie - Szah Ruhowi. Rządy potomków Timura wprowadziły pewne ożywienie gospodarcze, odbudowano infrastrukturę zniszczoną w okresie panowania Mongołów.
Pod koniec XV wieku ziemiom afgańskim zaczęli zagrażać najeźdźcy z północy, Uzbecy z dynastii Szajbanidów, którzy zajęli Chorasan. Dalszą ich ekspansję zahamowała inna potęga Azji Centralnej, Persja. Persowie z dynastii Safawidów pokonali Uzbeków i przyłączyli zachodnie prowincje Afganistanu do swojego imperium. Podczas kiedy część zachodnia znajdowała się pod panowaniem perskim, na wschodzie wzrastało znaczenie plemion afgańskich. W XV wieku zamieszkiwali oni prowincje Kabulu i Kandaharu. Władcy afgańskiego plemienia Lodi zasiadali w tym czasie na tronie w Delhi. Zostali pobici przez potomka Timura, Babura, który uciekając przed Uzbekami z rodzinnej Fergany w 1504 roku, osiadł w Afganistanie, wybrawszy Kabul na stolicę swojego nowego państwa. Stąd wyruszył w zwycięski marsz w kierunku Indii, gdzie w bitwie pod Panipatem w 1526 roku pokonał afgańskiego sułtana z Delhi, Ibrahima Lodiego. Zwycięstwem tym Babur rozpoczął panowanie w Indiach, dając początek dynastii Mogołów, których imperium rozciągało się od Kandaharu na zachodzie po Bengal na wschodzie. W połowie XVI wieku Afganom udało się jeszcze raz odzyskać władzę w Indiach, ale był to zaledwie krótki epizod w historii.
Czasy nowożytne
Do XVIII wieku terytorium Afganistanu było podzielone pomiędzy trzy ówczesne mocarstwa: perskich Safawidów (Herat, później również Kandahar), Mogołów (Kabul) i Uzbeków (Balch). Ich władza nie sięgała jednak w głąb rejonów górzystych, gdzie niepodzielnie panowali afgańscy wodzowie plemienni. Plemiona afgańskie coraz bardziej rosły w siłę, by ostatecznie sięgnąć po władzę nad całym krajem.
Sposobność ku temu nadarzyła się w 1747 roku, po śmierci perskiego władcy Nadir Chana, kiedy wielkie imperium Safawidów zaczęło chylić się ku upadkowi. Trzon perskiej armii stanowili wówczas Afgańczycy, członkowie pasztuńskiego plemienia Abdali. Wykorzystując chaos w imperium po śmierci władcy, ogłosili oni niepodległość Afganistanu. Wyboru szacha, głowy państwa, dokonała międzyplemienna Wielka Rada, Loja Dżirga. Szachem został wybrany Ahmad Chan (1747-1773) z rodu Sadozaj, który przyjął tytuł Durr-e Durran (perła pereł). Plemię Abdali z kolei przyjęło nazwę Durrani. Od tego momentu po raz pierwszy w historii Afganistan zaczął funkcjonować na scenie politycznej jako samodzielne, niezależne państwo, z królem (szachem) na czele. Stolicą kraju stał się Kandahar, zwany wówczas Ahmadszahi. Ahmad Szah Durrani objął swoim zwierzchnictwem nie tylko tereny zamieszkane przez plemiona afgańskie, ale również przez Uzbeków, Hazarów, Turkmenów i Beludżów. Stworzył wielkie państwo, rozciągające się od Chorasanu na zachodzie po Pendżab i Kaszmir na wschodzie, Amu-darię na północy i Beludżystan na południu. Państwo to było jednak słabe, oparte na federacji plemion, od których szach był w dużym stopniu zależny. Władza w Afganistanie znajdowała się w tym czasie niepodzielnie w rękach plemion pasztuńskich.
Pasztunowie, społeczność w dużym stopniu koczownicza, oparta na wspólnocie plemiennej, funkcjonowali poprzez instytucję hamsaja, która odnosiła się zarówno do całej społeczności plemiennej, jak i do pojedynczych jej członków. Opierała się na układzie pana (patrona) i podległego klienta (niektórzy autorzy określają ten układ mianem klientelizmu), w którym obie strony zobowiązywały się do przestrzegania określonych zasad. Klientela zapewniała swojemu patronowi odpowiednią pozycję materialną, a tym samym społeczną. Patron zaś był zobowiązany do zapewnienia swoim klientom bezpieczeństwa, ochrony przed przemocą. W dzisiejszych czasach, taka forma relacji przypomina nieco układ między mafią a zamożną osobą płacącą dobrowolnie haracz za poczucie bezpieczeństwa, ale kilka wieków temu na gruncie afgańskim, w sytuacji, kiedy jedynym prawem było prawo silniejszego, pozostawanie bez opieki protektora i liczenie wyłącznie na siebie było nie do pomyślenia. Klientelizm funkcjonował w Afganistanie oficjalnie i stanowił pewnego rodzaju tradycję przechodzącą na następne pokolenia. Tak więc plemiona silniejsze miały obowiązek bronić słabszych, jeśli te znajdowały się z nimi w układzie hamsaja. Również organizacja państwa afgańskiego w czasach Ahmada Szaha opierała się na instytucji hamsaja. Najważniejszymi jednostkami administracyjnymi państwa afgańskiego były prowincje. Prowincje niepasztuńskie znajdowały się pod bezpośrednią kontrolą szacha, sprawowaną przez podległego mu namiestnika (hakima). Prowincje pasztuńskie znajdowały się we władaniu chanów, którzy reprezentowali interesy swoich plemion i rodów. Do najważniejszych dostojników na dworze szacha należeli: wezyr, kontrolujący wszystkich urzędników państwowych, wysoki dywan, zarządzający finansami państwa, wielki koniuszy, odpowiadający za stajnie szacha, juczny transport i pastwiska, a także za pocztę i system informacji. Władza szacha była ograniczona i zależała w dużym stopniu od poparcia i siły militarnej pasztuńskich chanów.
Ahmad Szah, uważany za ojca narodu afgańskiego, zmarł w 1773 roku. Po jego śmierci doszło do wybuchu wojny domowej, która doprowadziła do powstania czterech niezależnych księstw: Kabulu, Kandaharu, Peszawaru i Heratu. Afganistan stopniowo zaczął tracić podbite wcześniej ziemie. Niezależność uzyskały Pendżab, Kaszmir, część Beludżystanu, Sindh, Balch i część Turkiestanu. Afgańskie księstwa zostały ponownie zjednoczone przez Dost Mohammada Chana, który w 1826 roku opanował wschodni Afganistan, stopniowo zwiększając swoją władzę na pozostałych obszarach. Za jego panowania o kontrolę nad Afganistanem zaczęły rywalizować Wielka Brytania i Rosja. Dost Mohammad Chan przyjął tytuł emira, zreorganizował armię, widząc ówczesne potrzeby kraju, zaczął wprowadzać reformy zmierzające do umocnienia afgańskiej państwowości. Brytyjczycy, widząc rosnące wpływy Dost Mohammada w Indiach oraz obawiając się coraz silniejszej pozycji Rosji w Azji Centralnej, zaatakowali Afganistan w 1838 roku, wywołując pierwszą wojnę brytyjsko-afgańską. Rok później zdobyli Kandahar i Kabul, detronizując Dost Mohammada Chana, i osadzając na tronie swojego faworyta Szaha Szudżę (1839-1842). Silny opór Pasztunów, nieustający mimo ponoszonych przez nich klęsk, spowodował wycofanie się Brytyjczyków z Afganistanu i rezygnację z terytorialnych zdobyczy. Na tron w 1843 roku ponownie powrócił Dost Mohammad. Afganistan otoczony przez dwa mocarstwa walczące o strefy wpływów, dodatkowo atakowany od zachodu przez Persów, z trudem bronił swojej niepodległości i jedności narodowej. Wojny domowe i walki z brytyjskim najeźdźcą doprowadziły do postępującego upadku i izolacji ekonomicznej kraju. Kontakty handlowe ze światem zewnętrznym utrzymywały wówczas jedynie trzy obce etnicznie grupy: Hindusi, Żydzi i Ormianie. W 1855 roku Dost Mohammad podpisuje porozumienie pokojowe z Indiami Brytyjskimi, ale już w cztery lata później Brytyjczycy odbijają Afgańczykom prowincję Beludżystan, wskutek czego Afganistan traci bezpowrotnie dostęp do morza. Po śmierci Dost Mohammada Chana w 1863 roku i krótkiej wojnie domowej, nowym władcą kraju został jeden z synów zmarłego emira, Szer Ali Chan (1863-1878), który podjął próby zreformowania i wzmocnienia państwa. Przerwała je jednak druga wojna brytyjsko-afgańska (1878-1880), w wyniku której Wielka Brytania nie tylko uzyskała pełną kontrolę nad polityką zagraniczną Afganistanu, ale również w dalszej konsekwencji, w 1893 roku zmusiła afgańskiego władcę do oddania Indiom Brytyjskim znacznego obszaru zamieszkiwanego przez Pasztunów (dzisiejszy północno-zachodni Pakistan) i uznania za granicę państwową tzw. linii Duranda (pokrywającej się ze współczesną granicą afgańsko-pakistańską). Zanim do tego doszło, w 1879 roku w Gondamak został podpisany traktat między Brytyjczykami a nowym emirem Afganistanu, Jaghubem Chanem, który zdetronizował swojego ojca, Szer Ali Chana. Konsekwencją tego traktatu było wyznaczenie strefy wpływów między Afganistanem a Indiami Brytyjskimi oraz rozdzielenie plemion pasztuńskich, co zapoczątkowało trwający do dnia dzisiejszego spór o przynależność państwową ziem zamieszkiwanych przez Pasztunów i idee utworzenia Pasztunistanu.
W 1880 roku emirem Afganistanu został Abdur Rahman Chan, wnuk Dost Mohammada, który podjął się obrony państwowości afgańskiej przed obcymi interwentami. Za cenę uznania linii Duranda udało mu się kontrolować kraj i utrzymać jego niepodległość. Ideologię swojej władzy oparł na islamie, w polityce zagranicznej stosował zasadę izolacjonizmu. Nie zgodził się na obecność obcych wojsk ani zagraniczne inwestycje na terytorium Afganistanu. Kiedy w innych krajach regionu zachodni inwestorzy budowali linie kolejowe i telegraficzne, Afganistan pozostawał bez tych atrybutów nowoczesności. Abdur Ramanowi, zwanemu Żelaznym od bezwzględnych rządów, które sprawował, udało się ujarzmić skłócone plemiona pasztuńskie, zorganizować centralną administrację oraz silną, regularną armię (przy wydatnej pomocy finansowej Brytyjczyków, którzy zrozumieli, że Afgańczyków nie można zwyciężyć, ale można ich kupić i mieć przez to wpływ na politykę wewnętrzną kraju). Abdur Rahman przeprowadzał czystki etniczne wśród Hazarów i Uzbeków, przesiedlając ich na ziemie osadników pasztuńskich, aby w ten sposób osłabić jedność mniejszości. Utworzył tajną policję, która bezwzględnie rozprawiała się z przeciwnikami politycznymi. Dzięki kontroli państwa nad wymianą handlową (głównym towarem eksportowym Afganistanu były karakuły i słynne lazuryty, lapis lazuli, wydobywane do dnia dzisiejszego w prowincji Badachszan), zwiększał dochody skarbu państwa. Za jego panowania zostały wyznaczone ostateczne granice Afganistanu. Abdur Rahman Chan zmarł w 1901 roku, a tron objął jego syn Habibullah (1901-1919), który znacznie spowolnił i ograniczył reformy wprowadzane przez swojego ojca. W 1903 roku z wygnania powrócił do Afganistanu Mahmud Beg Tarzi, który został doradcą emira Habibullaha, mając znaczący wpływ na kształtowanie się ruchu na rzecz konstytucji (została przyjęta w 1923 roku) i reform społecznych oraz powstanie wykształconej elity Afgańczyków.
W 1907 roku w Sankt Petersburgu zostało zawarte porozumienie między Rosją a Wielką Brytanią o podziale stref wpływów w Azji Centralnej. Rosja złożyła deklarację, że nie ma żadnych roszczeń w stosunku do państwa afgańskiego. Porozumienie gwarantowało niepodległość Afganistanu, z jednoczesnym zastrzeżeniem brytyjskiej kontroli nad jego polityką zagraniczną.
Wybuch I wojny światowej zmienił sytuację polityczną Afganistanu. Rosja i Wielka Brytania, uwikłane w wojnę, zaczęły zabiegać o jego neutralność. Wśród inteligencji afgańskiej dominowały w tym czasie sympatie dla Niemiec i muzułmańskiej Turcji. Zaczęły narastać nastroje antybrytyjskie, potęgowane przez bractwa muzułmańskie. Mimo to emir Habibullah, przeciwny wojnie z Wielką Brytanią, w sierpniu 1914 roku ogłosił neutralność Afganistanu. W lutym 1919 roku Habibullah ginie z rąk zamachowca, a na tron zostaje wyniesiony jego syn, Amanullah (1919-1929), znany ze swoich antybrytyjskich poglądów. Wkrótce po przejęciu władzy, w maju 1919 roku nowy emir ogłosił niepodległość Afganistanu oraz wypowiedział wojnę niewiernym. Przekraczając linię Duranda, wkroczył na tereny zamieszkiwane przez Pasztunów, co zapoczątkowało trzecią wojnę brytyjsko-afgańską. Efektem wystąpienia zbrojnego przeciw Brytyjczykom było odebranie im kontroli nad polityką zagraniczną państwa, a w sierpniu 1919 roku w Rawalpindi doszło do podpisania traktatu, którego efektem było uzyskanie przez Afganistan całkowitej niezależności. W dwa lata później dwustronne układy z Wielką Brytanią i Rosją Radziecką przypieczętowały niepodległość kraju. Amanullah (zmienił tytuł emira na padyszacha), wzorując się na doświadczeniach tureckich, z dużą energią zaczął wprowadzać postępowe reformy, które spotkały się z dużym oporem sił konserwatywnych, zwłaszcza duchowieństwa. Uchwalona w 1923 roku konstytucja przewidywała podział władzy na ustawodawczą, sądowniczą i wykonawczą. Prawo świeckie otrzymało rangę równą szariatowi, a rola duchowieństwa ograniczała się do funkcji religijnych i prawnych, bez jego udziału w sprawowaniu władzy. Radykalne reformy Amanullaha wprowadzane w iście ekspresowym tempie okazały się jednak niemożliwe do zrealizowania. Opór starszyzny plemiennej i duchowieństwa był tak silny (powstania antykrólewskie przekształciły się z czasem w wojnę domową), że w styczniu 1929 roku Amanullah został zmuszony do abdykacji i ucieczki z kraju. Władzę przejmuje jego brat, Inajatullah, który jednak sprawuje ją tylko przez 3 dni, po czym również ucieka z kraju. Kolejne dziewięć miesięcy w historii Afganistanu to okres anarchii i krwawej wojny domowej. Władza w tym czasie trafia w ręce Tadżyka z Kohistanu, zwanego Bacza-je Saghao, czyli "syna nosiwody" (przybrał imię Habibullaha II Kalakaniego). Okres chaosu zostaje przerwany we wrześniu 1929 roku, kiedy przy wsparciu duchowieństwa na nowego króla zostaje wybrany Nadir Szah z pasztuńskiego rodu Mohammadzaj. Prowadzi on bardzo ostrożną politykę, przywracając do łask zarówno duchowieństwo, jak i starszyznę plemienną. Nowa konstytucja uchwalona w 1931 roku (obowiązywała do 1964 roku) przyznawała klerowi niemal całkowitą kontrolę na prawodawstwem afgańskim, z kolei wodzowie plemienni poprzez instytucję Wielkiej Rady (Loja Dżirga) mieli decydujący głos w sprawach politycznych i gospodarczych kraju. W 1930 roku wybucha powstanie reformatorów na rzecz powrotu Amanullaha na tron, zostaje jednak krwawo stłumione przez króla Nadir Szaha.
W 1933 roku Nadir Szah zostaje niespodziewanie zamordowany. Władzę po nim przejmuje syn, 19-letni Mohammad Zahir Szah (1933-1973). W rzeczywistości jednak, przez następne 20 lat krajem rządzili regenci, stryjowie Zahir Szaha, Haszim Chan (1933-1946) i Szah Mahmud Chan (1946-1953). Lata 30. przynoszą stabilność w polityce wewnętrznej i aktywność Afganistanu na forum międzynarodowym. W 1934 roku Afganistan przystępuje do Ligi Narodów. Rozwija się współpraca zagraniczna z Niemcami, Japonią i Włochami. W czasie II wojny światowej Afganistan ogłasza neutralność. Brak pomocy zagranicznej prowadzi w tym czasie do zahamowania rozwoju gospodarczego kraju. W 1946 roku Afganistan zostaje członkiem ONZ. W sierpniu 1947 roku powstają dwa nowe państwa na politycznej mapie świata, Indie i Pakistan. Jeszcze przed ich utworzeniem władze afgańskie wysyłają notę do brytyjskiego gubernatora Indii oraz zainteresowanych stron, wzywającą do przeprowadzenia referendum na ziemiach zamieszkanych przez Pasztunów, którzy sami mieliby zadecydować, czy chcą zostać przyłączeni do Pakistanu czy Afganistanu. Propozycja została odrzucona przez władze Wielkiej Brytanii i przyszłego Pakistanu. Indie nie były przeciwne przeprowadzeniu referendum. Stosunki afgańsko-pakistańskie od samego początku stają się napięte. Afganistan na forum ONZ zgłasza weto w sprawie przyjęcia Pakistanu do tej organizacji. W 1949 roku parlament afgański nie uznaje tzw. linii Duranda i kwestionuje granicę z Pakistanem. W latach 1950-51 dochodzi do walk na terenach przygranicznych po stronie pakistańskiej. Walczące plemiona pasztuńskie domagają się przyłączenia do Afganistanu lub powstania niepodległego Pasztunistanu.
W 1953 roku dochodzi do bezkrwawego przewrotu pałacowego, w wyniku którego władzę w kraju - jako premier rządu - przejmuje kuzyn króla Zahir Szaha, Mohammad Daud. Król nie zostaje zdetronizowany, utrzymując się na tronie jeszcze przez kolejnych 20 lat. W 1955 roku w Pakistanie dochodzi do kolejnych walk pomiędzy domagającymi się autonomii separatystami pasztuńskimi a pakistańską armią. Prowadzi to do zbrojnego konfliktu między obydwoma krajami i zamknięcia granicy na okres kilku miesięcy. Daud, chcąc unowocześnić gospodarkę kraju, podejmuje starania o pomoc finansową z USA. Nie otrzymując jej w zadowalającej wysokości, zwraca się o pomoc do ZSRR. Nie musi długo czekać. W latach 1955-56 Związek Radziecki przekazuje 100 milionów dolarów, dostarcza broń i modernizuje armię za kolejne 25 milionów dolarów. Afganistan odwiedza z oficjalną wizytą I sekretarz KC KPZR Chruszczow i premier ZSRR Bułganin. W 1956 roku Rosjanie budują wielką bazę lotniczą w Bagram, na północ od Kabulu. Amerykanie w tym czasie odmawiają swojej pomocy w kwestii reorganizacji i wyposażenia armii ze względu na interesy Pakistanu. Są skłonni udzielić pomocy militarnej w tworzeniu afgańskiej armii, jednak stawką ma być powstanie amerykańskich baz wojskowych na terenie Afganistanu. Rząd afgański natychmiast odrzuca tę propozycję. Dzięki umiejętnym staraniom o pożyczki z zagranicy, Afganistan w latach 50. staje się jednym z najlepiej dofinansowanych krajów azjatyckich. Ze względu na rosnący wpływ ZSRR na gospodarkę Afganistanu, obserwatorzy zagraniczni zaczęli nazywać Dauda Czerwonym Księciem. Mohammad Daud w czasie swoich 10-letnich rządów (1953-1963) przeprowadził w kraju szereg reform społecznych, politycznych i obyczajowych. Najbardziej rewolucyjne zmiany dotyczyły zniesienia izolacji kobiet, tj. obowiązku ograniczenia kontaktów z mężczyznami do najbliższych krewnych, obowiązku noszenia zasłony zakrywającej włosy (czadri) lub całą sylwetkę (burka). Kobiety zostały dopuszczone do sprawowania funkcji społecznych, otworzono przed nimi nieograniczone możliwości podejmowania nauki i pracy. Daud, jak się należało spodziewać, został oskarżony przez kręgi religijne o wrogość wobec islamu. Do ustąpienia jego rządu doszło jednak na tle innego konfliktu. W 1961 roku atmosfera wokół Pasztunistanu uległa zaostrzeniu. Władze Afganistanu po raz kolejny domagały się przeprowadzenia referendum w sprawie przynależności Pasztunów w Pakistanie. Wojska afgańskie i pakistańskie zaczęły przygotowywać się do wojny. Pasztunowie pakistańscy wzniecili powstanie, które zostało stłumione przez siły zbrojne Pakistanu. Oba kraje zamknęły wzajemnie swoje placówki dyplomatyczne. Pakistan poszedł jeszcze dalej, zamykając granicę z Afganistanem i odcinając w ten sposób swojego sąsiada od zaopatrzenia. W Afganistanie doszło do kryzysu ekonomicznego, spowodowanego zamknięciem najtańszej drogi tranzytowej przez port w Karaczi. Premier Daud, będący zwolennikiem idei niepodległego Pasztunistanu, na skutek trwającego impasu, w 1963 roku podał się do dymisji. Nowym premierem Afganistanu mianowano Tadżyka, Mohammada Jusufa, wykładowcę fizyki na Uniwersytecie Kabulskim, byłego ministra przemysłu i górnictwa. Mimo że Daud wycofał się z bezpośredniego życia politycznego, jego wpływ na dalsze losy kraju był niepodważalny. Przedstawił on mianowicie królowi propozycje reform społeczno-politycznych, mających na celu stworzenie państwa demokratycznego, opartego na konstytucji i rządach parlamentarnych. Propozycje Dauda zostały zaakceptowane i stanowiły pewnego rodzaju wytyczne dla nowego premiera, wyznaczając kierunki polityki jego rządu. Daud skupił się głównie na opracowaniu nowej konstytucji i ordynacji wyborczej. Nowa konstytucja przyjęta w 1964 roku zabraniała członkom rodziny królewskiej udziału w partiach politycznych oraz pełnienia funkcji premiera, ministra, członka parlamentu, sędziego Sądu Najwyższego. Daud, jako przedstawiciel rodziny królewskiej, przyjmując taką propozycję zmian konstytucyjnych, podcinał gałąź, na której sam siedział. Zwolennicy tego zapisu utrzymywali, że wykluczenie rodziny królewskiej z życia politycznego i przekazanie władzy w ręce elit wywodzących się spoza królewskiego rodu jest korzystne dla monarchii ze względu na to, że zwalnia ją w znaczący sposób z odpowiedzialności za sytuację polityczną i gospodarczą kraju. Wprawdzie proponowane zmiany w dalszym ciągu utrzymywały silną pozycję króla (mógł wprowadzić stan wyjątkowy), jednak zapis o odsunięciu królewskiego dworu od bezpośredniego rządzenia krajem budził jego naturalny sprzeciw. Zatwierdzenie nowej konstytucji było warunkiem rozpisania nowych wyborów do parlamentu afgańskiego. Te z kolei miały być poprzedzone utworzeniem partii politycznych, których członkowie mieliby się ubiegać o mandaty poselskie. Założenia o powstaniu partii nie zostały zrealizowane. Ze względu na ich brak, każdy z kandydatów do parlamentu sam finansował swoją kampanię wyborczą, co spowodowało, że wielu wykształconych mieszkańców kraju, nie posiadających zaplecza finansowego, nie mogło sobie pozwolić na wzięcie udziału w życiu politycznym. Wybory do dwuizbowego parlamentu przeprowadzone w 1965 roku spotkały się z niewielkim zainteresowaniem społeczeństwa (wzięło w nich udział zaledwie 15% ludności zdolnej do głosowania, a w niektórych rejonach wiejskich zaledwie 2%). Po raz pierwszy prawo głosu uzyskały kobiety. Odbyły się wybory do Izby Wyższej (Meszrano Dżirga) i Izby Niższej (Wolesi Dżirga). Już pierwsze sesje parlamentu pokazały, że demokratyzacja Afganistanu będzie przebiegała z olbrzymimi problemami, głównie za sprawą sił konserwatywnych, które nie były zainteresowane szerokim udziałem społeczeństwa w przemianach politycznych i gospodarczych kraju. Ich przeciwnikami politycznymi byli członkowie lewicowej Ludowo-Demokratycznej Partii Afganistanu (LDPA), założonej w styczniu 1965 roku. W afgańskim parlamencie stanowili oni niewielką, ale bardzo aktywną grupę. Główną sceną walki politycznej były jednak nie parlamentarne posiedzenia, ale ulice stolicy. Dochodziło do demonstracji i zamieszek ulicznych, nastąpiły zmiany w rządzie, również na stanowisku premiera (Haszim Majdwandwal 1965-1967). Coraz bardziej widoczna była słaba pozycja rządu na scenie politycznej, a król i jego rodzina, nie mogąc zajmować się bezpośrednio polityką kraju, coraz częściej wpływali na decyzje podejmowane przez konserwatywnych członków rządu i parlamentu. O słabości afgańskiego rządu może świadczyć chociażby fakt, że w latach 1963-73 dochodziło pięciokrotnie do zmiany premiera oraz siedmiokrotnie do zmian jego gabinetu. Rządy przedstawicielskie, za jakimi opowiadał się Daud, za sprawą braku partii politycznych nie miały racji bytu. O losach kraju decydowała wąska grupa elit arystokracji afgańskiej i dworu królewskiego. Sytuacja ekonomiczna kraju systematycznie się pogarszała. Znaczna część pożyczek udzielanych przez zagranicę była przeznaczana na spłatę zaległych zobowiązań. Stan państwa uległ katastrofalnemu pogorszeniu szczególnie w latach 1969-72, kiedy kraj nawiedziła susza, a śmierć z głodu poniosło około pół miliona ludzi. Ogromne straty odnotowano wówczas w pogłowiu bydła, głównie owiec karakułowych, stanowiących główne źródło dochodów państwa. Wybuch społeczny w kraju pogrążającym się w politycznym i gospodarczym chaosie był tylko kwestią czasu. Król Zahir Szah okazał się bezsilny wobec narastającego kryzysu.
Zamach stanu, który nastąpił 17 lipca 1973 roku, dla obserwatorów afgańskiej sceny politycznej nie był zaskoczeniem. Przywódcą zamachu był Mohammad Daud, który po dziesięciu latach wrócił do politycznej gry. Przewrót miał wybitnie bezkrwawy charakter (zginęło zaledwie kilka osób, w tym część na skutek nieszczęśliwych wypadków). Król Zahir Szah, który w tym czasie przebywał na leczeniu we Włoszech, pozostał tam na emigracji. Z pomocą armii, która opowiedziała się po stronie Dauda, w ciągu zaledwie jednej nocy opanowano najważniejsze punkty strategiczne stolicy, budynki rządowe, lotnisko międzynarodowe, budynki radia i poczty oraz domy potencjalnych przeciwników. W godzinach rannych Mohammad Daud wygłosił przez radio orędzie do narodu, w którym proklamował Republikę Afganistanu, ogłaszając tym samym koniec monarchii. Władzę w kraju przejął Komitet Centralny Republiki na czele z Daudem, któremu powierzono funkcje prezydenta i premiera. Na mocy wprowadzonych dekretów została zawieszona konstytucja z 1964 roku, rozwiązano parlament, a prezydent Daud otrzymał wszystkie pełnomocnictwa króla. Początkowo w rządzie uczestniczyli przedstawiciele lewicy, jednak stopniowo zaczęli być eliminowani z rządu oraz armii. Daud powrócił do planów rozwoju gospodarczego kraju, opartych na pomocy zagranicznej. Zacieśnił współpracę z Iranem, krajami arabskimi oraz Stanami Zjednoczonymi. Przygotował podwaliny świeckiego państwa ze znacznie ograniczonym wpływem duchowieństwa. Wypowiedział wojnę rodzącemu się fundamentalistycznemu ruchowi islamskiemu, kierowanemu przez Burhanuddina Rabbaniego, Gulbuddina Hekmatjara i Ahmeda Szaha Masuda. W 1975 roku liderzy muzułmańskich fundamentalistów zbiegli do Peszawaru w Pakistanie, gdzie schronienia udzielił im premier tego kraju, Ali Bhutto. W 1977 roku została uchwalona nowa konstytucja Afganistanu, która przyznała prezydentowi i jednocześnie premierowi kraju szereg innych stanowisk i uprawnień. Daud został także ministrem spraw zagranicznych, głównodowodzącym armii, przywódcą Partii Rewolucji Narodowej. Wprowadził zakaz działalności innych organizacji politycznych, co rodziło naturalny sprzeciw rosnącej w siłę afgańskiej lewicy. W 1977 roku dwie frakcje Ludowo-Demokratycznej Partii Afganistanu, Parczam Babraka Karmala oraz Chalq Mohammada Tarakiego i Hafizullaha Amina, połączyły się, konsolidując lewą stronę sceny politycznej.
27 kwietnia 1978 roku dokonano krwawego zamachu stanu, którego zarzewiem było aresztowanie przywódców LDPA - Tarakiego, Karmala, Amina i innych. Prezydent Daud i około 30 członków jego rodziny zostało zamordowanych. W walkach śmierć poniosło około 1000 osób. Wszyscy, którzy zginęli w pałacu prezydenckim, zostali w tajemnicy pochowani w zbiorowym grobie. Zamach został przeprowadzony przez lewicowych oficerów, z których część pomagała Daudowi dojść do władzy 5 lat wcześniej. Przewrót położył kres panowaniu plemienia Durrani, rządzącego krajem od początku afgańskiej państwowości w 1747 roku. Władzę w Afganistanie przejęli Pasztunowie Ghilzajowie należący do lewicy afgańskiej. Na czele państwa, które przyjęło nazwę Demokratyczna Republika Afganistanu, stanął Nur Mohammad Taraki, sekretarz generalny LDPA i przewodniczący Rady Rewolucyjnej. W zaledwie kilka tygodni po przejęciu władzy przez komunistów w wielu regionach kraju doszło do ataku na przedstawicieli partii rządzącej, podejmowanych przez ugrupowania islamskie, złożone z bojowników nazywających siebie mudżahedinami oraz przez zwolenników obalonego prezydenta Dauda. Problemem komunistów od samego początku sprawowania przez nich rządów było to, że nie potrafili zrozumieć złożonej struktury plemiennej społeczeństwa afgańskiego, co w szybkim czasie doprowadziło do niezadowolenia i wystąpień przeciwko komunistycznej dyktaturze. W grudniu 1978 roku Taraki podpisał w Moskwie układ o przyjaźni i współpracy z ZSRR, który między innymi przewidywał udzielenie pomocy wojskowej w przypadku zagrożenia integralności terytorialnej którejkolwiek ze stron. Rok później na podstawie tego właśnie zapisu Związek Radziecki uzasadnił decyzję wprowadzenia swoich wojsk do Afganistanu. Rok 1979 przyniósł szereg sukcesów militarnych przeciwników komunistycznego rządu, którzy opanowali większość kraju, zagrażając przejęciem Kabulu. Jednocześnie w samej LDPA na skutek wewnętrznych konfliktów doszło do ponownego podziału na frakcje Parczam i Chalq. We wrześniu Taraki zostaje zamordowany, a władzę po nim przejmuje dotychczasowy premier i współtowarzysz partyjny, Hafizullah Amin. Jego rządy oparte na falach represji wobec przeciwników politycznych wywołały wybuch niezadowolenia społecznego i pogłębiły chaos na afgańskiej scenie politycznej.
Radziecka okupacja i wojna domowa
Moskwa zaniepokojona biegiem wydarzeń zdecydowała się na interwencję zbrojną, która rozpoczęła się w nocy z 24 na 25 grudnia 1979 roku desantem wojsk powietrzno-desantowych na lotniska w Bagram i w Kabulu. Wkrótce granicę rosyjsko-afgańską przekroczyły dwie dywizje 40 Armii, kierując się na Kabul, Herat i Kandahar. Wkroczenie wojsk radzieckich odbywało się za aprobatą afgańskiego rządu, a Amin do końca nie zdawał sobie sprawy z rzeczywistych intencji Rosjan. 27 grudnia żołnierze radzieckiego Specnazu opanowali Kabul i zaatakowali pałac Tappa Tadżbegi, gdzie swoją siedzibę miał Amin, sekretarz generalny LDPA i przewodniczący Rady Rewolucyjnej. Hafizullah Amin został zastrzelony, a jego miejsce zajął wyniesiony przez Kreml Babrak Karmal z frakcji Parczam. Agresja ZSRR spotkała się z potępieniem światowej opinii międzynarodowej, a Afganistan znalazł się pośrodku zimnej wojny między ZSRR a USA. Mudżahedini, których liderami byli przywódcy islamskiego ruchu fundamentalistycznego zbiegli do Pakistanu za czasów rządów Dauda, rozpoczęli wojnę partyzancką z regularnymi oddziałami radzieckiej 40 Armii. Dla afgańskich bojowników z wielu państw świata, głównie z USA, Chin i państw arabskich, zaczęła spływać pomoc międzynarodowa w postaci pieniędzy i broni,. Główną bazą mudżahedinów stał się pakistański Peszawar. Zimą i wiosną 1980 roku dywizje radzieckie przystąpiły do szeroko zakrojonej ofensywy wzdłuż granicy z Pakistanem, której celem było powstrzymanie napływu mudżahedinów przybywających masowo z pakistańskich obozów szkoleniowych na świętą wojnę z niewiernymi. Już sam początek działań podejmowanych przez Rosjan, mających na celu zahamowanie przenikania bojowników islamskich w głąb Afganistanu oraz utworzenie strefy bezpieczeństwa wokół dużych miast i wzdłuż głównych szlaków komunikacyjnych, uświadomił Moskwie, że jest to zadanie praktycznie niewykonalne. Mimo to, realizowana z całą stanowczością tzw. doktryna Breżniewa nie przewidywała rezygnacji z nadarzającej się okazji do poszerzania swojej strefy wpływów. O ile jednak podczas konfliktów w Angoli, Etiopii czy Nikaragui ZSRR ograniczał się do pomocy militarnej w postaci uzbrojenia i wysyłania doradców wojskowych, o tyle w przypadku Afganistanu wkroczenie wojsk radzieckich było ewidentnym przykładem ekspansji sowieckiej przy użyciu wszelkich dostępnych środków, z wyjątkiem broni jądrowej. Rosjanie po pierwszych niepowodzeniach związanych z prowadzeniem działań przystąpili do reorganizacji wojsk 40 Armii, nazywanej Ograniczonym Kontyngentem Wojsk Radzieckich. Przede wszystkim zdano sobie sprawę z nieprzydatności sprzętu ciężkiego w warunkach górskich, co bezwzględnie wykorzystywali partyzanci afgańscy w licznych zasadzkach. Metodą walki stosowaną przez Rosjan były operacje pacyfikacyjne. W odpowiedzi mudżahedini przeprowadzali ataki na bazy wojskowe, miasta i ważne trasy komunikacyjne, znajdujące się pod kontrolą wroga. Walki toczyły się na obszarze niemal całego kraju, jednak szczególnego znaczenia nabierały działania wojenne w Dolinie Panczsziru, ze względu na jej strategiczne położenie. Rozciągająca się na niespełna 200 km i szeroka na 2-3 km dolina stanowi swoistą bramę wjazdową do Kabulu. Stąd mudżahedini dokonywali wypadów na główną bazę lotniczą wojsk radzieckich w Bagram oraz na kluczowy fragment trasy komunikacyjnej, tunelu na przełęczy Salang, którędy transportowane było zaopatrzenie dla radzieckiego okupanta. Rosjanie wielokrotnie zapuszczali się do doliny wzdłuż rzeki Panczszir, jednak nigdy nie udało im się spacyfikować tego kluczowego dla przebiegu działań wojennych miejsca. Stało się tak głównie za sprawą geniuszu wojskowego Ahmeda Szaha Masuda, który ze swoimi partyzantami panował niepodzielnie w dolinie, a z powodu licznych sukcesów w walce z wrogiem otrzymał przydomek Lew Panczsziru. Rosjanie prowadzili skoordynowane uderzenia z jednoczesnym wykorzystaniem sił lądowych i powietrznych, wspartych desantem śmigłowcowym lub spadochronowym. Organizowali również zmasowane naloty dywanowe z zastosowaniem bombowców Tu-16 i Su-24. Z kolei mudżahedini, którzy nie mieli szans w otwartym starciu z Rosjanami, opierali się na ruchomych grupach o strukturze kompanijnej, operujących w określonych sektorach odpowiedzialności. Uprzedzani przez licznych informatorów uciekali w wysokie góry, gdzie przeczekiwali radzieckie ataki. Potem wracali i organizowali kolejne zasadzki, w które wpadali rosyjscy żołnierze. Z czasem jednak, dzięki zaopatrzeniu w nowoczesną broń przeciwlotniczą np. słynne rakiety ziemiapowietrze Stinger i Blow-pipe, mudżahedini zaczęli zadawać Rosjanom wysokie straty w ludziach i sprzęcie. Determinacja obu walczących stron była tak wielka, że walki prowadzone były często do ostatniego żołnierza. Brania jeńców nie praktykowali ani Rosjanie, ani mudżahedini. Pojmani przez Rosjan mudżahedini przekazywani byli w ręce tajnej policji afgańskiej KhAD, która po okrutnych przesłuchaniach rozstrzeliwała ich lub wieszała. Mudżahedini również nie pozostawali dłużni. Rosjan wziętych do niewoli zabijali na miejscu z braku możliwości ich transportowania i żywienia. Robili to często w okrutny sposób. Do stałych praktyk należało rozcinanie brzucha pojmanemu i pozostawianie konającego własnemu losowi. Żołnierz radziecki schwytany w okolicy wioski najczęściej był kamienowany przez jej mieszkańców. Obie strony nie zostawiały też rannych na polu walki, dobijając nie tylko przeciwników, ale czasami również swoich towarzyszy.
W czasie kiedy w Afganistanie toczyła się okrutna wojna, w Związku Radzieckim rozpoczęły się znaczące zmiany w polityce wewnętrznej i zagranicznej państwa, które ostatecznie doprowadziły do wycofania wojsk okupacyjnych. W 1986 roku nowy przywódca ZSRR, Michaił Gorbaczow nazwał Afganistan "krwawiącą raną" i ogłosił konieczność zakończenia wojny. Okupacja radziecka obnażyła niewydolność gospodarki ZSRR i małą wartość bojową armii uważanej za niezwyciężoną. Wojna w Afganistanie wryła się tak głęboko w psychikę wojsk interwencyjnych, że do dnia dzisiejszego w społeczeństwie rosyjskim mówi się o "syndromie afgańskim". Z jednej strony wiąże się to z haniebną porażką i nadszarpnięciem wizerunku radzieckiego supermocarstwa, z drugiej zaś z dalszymi losami kombatantów tej wojny, popadających w alkoholizm i narkomanię, żyjących na marginesie życia społecznego. Siły zbrojne ZSRR prowadziły wojnę nie do wygrania. Społeczeństwo rosyjskie niewiele wiedziało, co naprawdę działo się z ich żołnierzami w górach Afganistanu. Jedynym źródłem informacji były zawiadomienia o śmierci oraz ewakuacje medyczne rannych i chorych. Radziecka armia operująca w jednym czasie osiemdziesięcioma, a okresowo nawet stu pięćdziesięcioma tysiącami ludzi, w okresie okupacji afgańskiej (w której uczestniczyło łącznie około miliona żołnierzy) straciła 14 453 zabitych i zmarłych oraz 469 685 rannych i chorych. Oczywiście po stronie afgańskiej straty były znacznie wyższe. Zginęło około 1,5 miliona Afgańczyków, z czego 80% stanowiła ludność cywilna. Do tego dochodziła jeszcze olbrzymia liczba rannych, ofiar eksplozji min, które pozostawili po sobie radzieccy okupanci. Z kraju wyemigrowało około 5 milionów ludzi, głównie do Pakistanu i Iranu, natomiast tzw. uchodźstwo wewnętrzne dotknęło kolejne 2 miliony osób. Zniszczona została infrastruktura gospodarcza kraju. Funkcjonowanie struktur rodowo-plemiennych uległo zachwianiu, co w konsekwencji doprowadziło do kolejnych konfliktów na podłożu etnicznym, będących zarzewiem wojny domowej.
Babrak Karmal namaszczony przez Kreml na stanowisko prezydenta kraju zupełnie nie nadawał się do pełnienia tej funkcji. We wszystkim wyręczał się Rosjanami, oddając im we władanie cały kraj, ogarnięty nabierającą coraz większego rozpędu wojną domową. Moskwa, widząc, że przez tego nie mającego żadnej charyzmy alkoholika grzęźnie coraz bardziej w afgańskiej wojnie, zdecydowała się zdetronizować go i wystawić swojego kolejnego kandydata. W maju 1986 roku nowym sekretarzem generalnym Ludowo-Demokratycznej Partii Afganistanu został doktor nauk medycznych Mohammad Nadżib, dotychczasowy szef okrytej złą sławą policji politycznej KhAD. 30 września 1987 roku objął urząd prezydenta kraju, przyjmując nazwisko Nadżibullah. Ze względu na okrucieństwo, jakim się wykazywał podczas kierowania tajną policją, zyskał przydomek "Rzeźnik". Na jego rozkaz rozstrzelano prawie sto tysięcy Afgańczyków uznanych za wrogów państwa. Pod jego kierownictwem, dzięki nieograniczonym uprawnieniom, KhAD stała się jedną z najgroźniejszych organizacji terrorystycznych na świecie. Za wspieranie mudżahedinów przez Pakistan, agenci Nadżibullaha podkładali bomby w pakistańskich meczetach, na bazarach i dworcach kolejowych. Do władzy wyniósł Nadżibullaha nowy gospodarz Kremla, Michaił Gobaczow, któremu zależało, żeby dzięki afgańskiemu przywódcy nie tyle wygrać wojnę, ile w zręczny sposób, z twarzą, wycofać się z Afganistanu, zachowując w Kabulu swoje wpływy.
W kwietniu 1988 roku w Genewie zostało zawarte porozumienie o wycofaniu wojsk radzieckich z Afganistanu. Operacja wycofywania rozpoczęła się w miesiąc później, natomiast ostatni żołnierz sowiecki opuścił Afganistan 15 lutego 1989 roku. Po wyjściu Rosjan rozpoczęła się walka o władzę między reżimem komunistycznym Nadżibullaha a mudżahedinami, wśród których doszło do rozłamu i walk wewnętrznych. W Peszawarze powstał afgański rząd tymczasowy, który jednak nie został uznany przez walczących w kraju mudżahedinów. Wojna z radzieckim okupantem ukształtowała zasadnicze ugrupowania polityczno-militarne, które już wkrótce, w okresie wojny domowej, zaczęły odgrywać znaczącą rolę w życiu politycznym Afganistanu. Należało do nich Jami'at-e Islami (Stowarzyszenie Islamskie) kierowane przez Burhanuddina Rabbaniego, przyszłego prezydenta kraju, którego oddziały zbrojne, liczące 20 tysięcy mudżahedinów, dowodzone były przez Lwa Panczsziru, Ahmeda Szaha Masuda. Kolejnym znaczącym ugrupowaniem było Hezb-e Islami (Partia Islamska), kierowane przez Gulbuddina Hekmatjara, mającego pod swoją komendą 35 tysięcy mudżahedinów. Taką samą nazwę (Hezb-e Islami) przyjęło również ugrupowanie kierowane przez Junisa Chalisa, mającego pod bronią 10 tysięcy bojowników. Wyżej wymienione trzy formacje miały wspólny, religijny mianownik, mając w swoich szeregach muzułmanów - sunnitów. W zdecydowanej mniejszości byli z kolei szyici, skupieni w tzw. Sojuszu Ośmiu, w skład, którego wchodziło wiele małych partii. Największym ugrupowaniem szyickim, reprezentowanym przez bojowników należących etnicznie do Hazarów, była partia Hezb-e Wahdat.
Większość ugrupowań otrzymywała stałą pomoc ze strony Pakistanu (na jego terytorium mieli swoje bazy) oraz Stanów Zjednoczonych, które na uzbrojenie mudżahedinów wydawały corocznie około 100 milionów dolarów. W czasie walki z radzieckim okupantem poszczególne partie i oddziały wchodziły w kruche koalicje, wymuszane sytuacją wewnętrzną kraju. Jak niestabilne były to sojusze pokazała niedaleka przyszłość, kiedy Rosjanie wyszli z Afganistanu, a niedawni sprzymierzeńcy rozpoczęli zażartą walkę o władzę. Namiastką współodpowiedzialności za losy kraju było powołanie do życia tzw. Sojuszu Siedmiu, tj. islamskich ugrupowań stanowiących główną siłę polityczną i militarną Afganistanu.
Nadżibullah, utrzymujący się u władzy po wyjściu Rosjan, mimo że zdecydowanie bardziej dynamiczny od swojego poprzednika Karmala oraz otrzymujący stałą pomoc z ZSRR, nie miał wielkich szans na dalsze rządzenie krajem. I nie chodziło tylko o siłę militarną mudżahedinów, których oddziały w 1989 roku liczyły około 200 tysięcy ludzi, ale również o początek rozłamu w armii, która była filarem władzy w Kabulu. Już w marcu 1990 roku doszło do próby obalenia komunistycznych władz przez grupę oficerów pod dowództwem ministra obrony, Szanawaza Tanai. Próba zamachu stanu zakończyła się niepowodzeniem, a spiskowcy, nie mając drogi odwrotu, przeszli na stronę mudżahedinów. Kolejna próba przejęcia władzy miała miejsce na przełomie 1991 i 1992 roku, kiedy doszło do rebelii oddziałów rządowych złożonych z Uzbeków i Tadżyków, którzy nie chcieli podporządkować się pasztuńskiej dominacji w armii. Konflikt miał wymiar typowo etniczny, a jego głównym inicjatorem był uzbecki dowódca dywizji, generał Abdul Raszid Dostum. Rebelianci powołali do życia w Mazar-e Szarif radę wojskową będącą w opozycji do armii rządowej. Dostum również zdecydował się na sojusz z tadżyckimi oddziałami mudżahedinów Masuda, aby wkrótce podjąć próbę wspólnego przejęcia władzy w kraju. Sami mudżahedini tuż po wyjściu Rosjan z Afganistanu próbowali zdemontować komunistyczny rząd Nadżibullaha. Przystąpili do walk o Dżalalabad, potem Kandahar, Ghazni, Herat i Gardez, jednak wszystkie te potyczki zakończyły się zwycięstwem armii rządowej. Przełom nastąpił dopiero w 1991 roku, kiedy w kwietniu mudżahedini po ciężkich walkach zdobyli Khost, a następnie stopniowo zaczęli opanowywać północno-wschodnie prowincje kraju, szykując się do najważniejszej batalii, ofensywy na Kabul. Koalicja oddziałów Masuda, Dostuma i kolejnych wojskowych rebeliantów przyniosła spodziewany efekt. W kwietniu 1992 roku mudżahedini pod dowództwem Masuda zdobyli znaczną część stolicy. Nadżibullah, widząc zbliżającą się klęskę, podjął decyzję o dobrowolnym oddaniu władzy, a następnie schronił się w przedstawicielstwie ONZ w Kabulu, w którym spędził kolejne 4 lata, do następnej ofensywy na stolicę, przeprowadzonej przez talibów. Przejmowanie władzy przez mudżahedinów początkowo przebiegało dosyć sprawnie. Powołano Radę Tymczasową, która oficjalnie pozbawiła funkcji prezydenckich Nadżibullaha. Wkrótce nowym prezydentem Afganistanu został Sibghatullah Modżaddedi, pasztuński arystokrata, represjonowany przez reżim komunistyczny, obejmując również funkcję przewodniczącego Islamskiej Rady Świętej Wojny. Władza Modżaddediego była chwilowa, gdyż już w czerwcu Sojusz Siedmiu ustalił, że będzie on prezydentem tylko przez trzy miesiące, w okresie budowania nowej władzy, po czym funkcje prezydenta obejmie Burhanuddin Rabbani, tadżycki lider Jami'at-e Islami. 8 maja 1992 roku została proklamowana Islamska Republika Afganistanu, której przesłaniem był ustrój teokratyczny, a stosunki między obywatelami a państwem zostały podporządkowane zasadom prawa koranicznego. Objęcie fotela prezydenckiego przez Rabbaniego, a następnie mianowanie ministrem obrony Masuda stworzyło sytuację nie mającą miejsca w dotychczasowej historii Afganistanu. Otóż dwa kluczowe stanowiska w państwie sprawowali przedstawiciele Tadżyków, grupy etnicznej od wieków podległej dominacji Pasztunów. Oczywiście musiało to spowodować sprzeciw ze strony plemion pasztuńskich, które upatrywały kandydatów do objęcia kluczowych stanowisk w państwie wyłącznie spośród swojej grupy etnicznej. Kandydatem Pasztunów do przywództwa nad społecznością afgańską był Gulbuddin Hekmatjar, który mimo utożsamiania z radykalnym odłamem islamu podejrzewany był o współpracę z obcymi wywiadami, i to zarówno ze znienawidzonym w Afganistanie rosyjskim KGB, jak i z irańskimi służbami specjalnymi. To natomiast, co nie ulegało żadnej wątpliwości, to współpraca Hekmatjara z wywiadem i kontrwywiadem pakistańskim ISI (Inter-Services Intelligence Agency). Pakistańskie służby specjalne w czynny sposób wspierały mudżahedinów w ich walce z radzieckim okupantem poprzez prowadzenie na terytorium swojego kraju obozów szkoleniowych dla muzułmańskich bojowników. Były również pośrednikiem w przekazywaniu pomocy militarnej, jakiej udzielały mudżahedinom Stany Zjednoczone. Hekmatjar należał do tych afgańskich liderów, którzy otrzymywali największą pomoc ze strony Pakistanu i USA. On też był ich głównym protegowanym do objęcia sterów w państwie, co było oczywiste, zakładając, że dzięki faworyzowaniu go mogliby rozszerzyć swoje strefy wpływów. Początek był obiecujący dla Hekmatjara i jego protektorów. Został on mianowany premierem rządu emigracyjnego Afganistanu. Kolejnym krokiem miało być zdobycie Kabulu i przejęcie pełni władzy w państwie. Jednak jego plany pokrzyżował Masud, który nie tylko zajął przed nim miasto, ale również rozdał najważniejsze funkcje w państwie Tadżykom. W tej sytuacji doszło do pierwszego poważnego konfliktu, który już wkrótce miał się przerodzić w wojnę domową. Hekmatjar, nie rezygnując ze zdobycia stolicy, wszedł ze swoimi wojskami do Kabulu, ale po zaledwie dwóch dniach walk został zmuszony do odwrotu. Utrzymał jednak kilka dzielnic i ufortyfikował swoje wojska na przedmieściach, skąd od tej pory zaczął regularnie ostrzeliwać miasto, przeistaczając je stopniowo w ruinę i czyniąc życie w stolicy koszmarem. Mimo regularnej pomocy ze strony Pakistanu i USA Hekmatjarowi nie udało się zmienić zaistniałej sytuacji. W latach 1992-94 między jego wojskami a mudżahedinami Masuda i jego sojusznikami doszło do czterech dużych bitew, jednak żadna z nich nie przyniosła zdecydowanych zmian po którejkolwiek ze stron. Linia frontu przebiegała przez Kabul, który stał się widownią bratobójczych walk. Stolica pozbawiona wody, elektryczności, żywności przedstawiała koszmarny obraz zniszczeń i ludzkich cierpień. Szacuje się, że podczas wojny domowej w samych tylko walkach śmierć poniosło w Kabulu około 250 tysięcy ludzi. Działania wojenne doprowadziły do całkowitego załamania władzy w państwie, szerzyła się anarchia, praktycznie każdy region kraju miał swoich lokalnych przywódców, którzy panowali niepodzielnie na swoim terenie. Afganistan w swojej historii cofnął się o kilkaset lat, do czasów, kiedy rody i plemiona rozdzielone w naturalny sposób łańcuchami górskimi, decydowały o życiu i śmierci swoich lokalnych społeczności. Prócz takich liderów jak Ismael Chan w Heracie, Abdul Raszid Dostum na terenach przygranicznych z Uzbekistanem, Abdul Kadir w Nangaharze, czy Masud w Kabulu i Dolinie Panczsziru, istniało jeszcze wielu innych komendantów, którzy poprzez podległe sobie oddziały czuli się całkowicie bezkarni na kontrolowanych przez siebie terenach. Często poszczególne frakcje mudżahedinów zajmowały się handlem narkotykami i przemytem broni. Zwłaszcza narkobiznes sprawił, że Afganistan w szybkim czasie stał się centrum światowej produkcji opium i haszyszu. Dzięki olbrzymim zyskom z handlu narkotykami baronowie narkotykowi, jak zaczęto o nich mówić, stali się właścicielami własnych, kilkutysięcznych armii, strzegących stanu posiadania. Władza centralna była bezradna.
W styczniu 1994 roku doszło do rozłamu w koalicji rządzącej. Dostum wszczął w stolicy rebelię, której celem było obalenie prezydenta Rabbaniego i przejęcie władzy. Został jednak pokonany przez pododdziały Masuda i musiał wycofać się z Kabulu. Szybko jednak skontaktował się z Hekmatjarem, z którym zawarł przymierze, stając się przeciwnikiem rządzących Tadżyków. W Afganistanie panował chaos. Kraj był podzielony na strefy odpowiedzialności poszczególnych komendantów wojskowych, którzy walczyli między sobą, co rusz zmieniając przymierza i zdradzając się nawzajem. Kabul i północno-wschodnią część kraju kontrolowali Tadżycy Rabbaniego i Masuda, zachodnie prowincje z Heratem kontrolowali Hazarowie pod przywództwem Ismaela Chana. Wschodnie tereny przy granicy z Pakistanem pozostawały pod kontrolą szury (rady mudżahedińskich, pasztuńskich dowódców) z siedzibą główną w Dżalalabadzie. Południowy wschód od Kabulu zajmował Hekmatjar, natomiast prowincje północne - Raszid Dostum. Południowa część Afganistanu z Kandaharem była zajęta przez dziesiątki drobnych komendantów. Mudżahedini walczyli między sobą oraz bezlitośnie łupili bezbronną ludność cywilną. Gwałty, mordowanie niewinnych ludzi, grabieże, rozboje, były na porządku dziennym. Mit niezwyciężonych mudżahedinów zaczął ustępować opowieściom o ich bestialstwie, wręcz zezwierzęceniu. Bojówki islamistów prowadziły upiorne zabawy polegające na oślepianiu ludzi poprzez przypalanie papierosami gałek ocznych, na wbijaniu długich gwoździ w czaszki. Kary takie jak obcinanie dłoni i stóp czy kamienowanie, obce okupantom rosyjskim, należały do codzienności. Liczba uchodźców opuszczających Afganistan systematycznie rosła. Dla poszczególnych liderów frakcji bojowników islamskich liczyła się tylko władza. Życie ludzkie nie miało żadnego znaczenia. Brak jakiejkolwiek nici porozumienia, która spowodowałby rozpoczęcie procesu pokojowego, bardzo komplikował sytuację polityczną i gospodarczą kraju, który szybko chylił się ku upadkowi. Mudżahedini nie byli w stanie zjednoczyć się pod jednym przywództwem, a ich frakcje zwalczały się nawzajem. Wkrótce okazało się, że zarówno dla rządzących jak i opozycjonistów na horyzoncie pojawił się nowy przeciwnik w walce o władzę, który wprowadził zasadnicze zmiany na scenie politycznej Afganistanu.
Talibowie
Afgańska ludność cywilna szybko przekonała się, że wypędzenie radzieckiego agresora wcale nie ustabilizowało sytuacji wewnętrznej kraju, nie dawało poczucia bezpieczeństwa, a wręcz przeciwnie, doprowadziło do niespotykanych wcześniej aktów przemocy. W takiej sytuacji ludzie zaczęli szukać kogoś, kto zapewniłby im ochronę. Kimś takim okazali się talibowie ("ci, którzy poszukują wiedzy"), uczniowie medres, czyli islamskich szkół religijnych, rozsianych wzdłuż granicy afgańsko-pakistańskiej. Głosili oni wprowadzenie w państwie zasad prawa koranicznego. Skutecznie rozprawiali się z oddziałami mudżahedinów, którzy siali postrach i zniszczenie wśród ludności cywilnej. Przez Afgańczyków zaczęli być witani jak wybawiciele, którzy zaprowadzą ład i porządek w kraju ogarniętym wojenną pożogą.
Przywódcą talibów stał się mułła Omar, Pasztun z plemienia Hottak, prowadzący modlitwy w wiejskim meczecie i uczący młodych chłopców sztuki pisania i czytania w oparciu o świętą księgę islamu. Wokół Omara zaczęli skupiać się głównie mudżahedini, wychowankowie medres, którzy chcieli żyć i postępować zgodnie z zasadami Koranu oraz oczyszczać społeczeństwo z tych wszystkich patologii, z którymi musieli się spotykać na afgańskiej ziemi w ostatnich latach. Sława mułły, który rozprawiał się w bezwzględny sposób z okrucieństwem komendantów, rozprzestrzeniała się bardzo szybko. Omar zaczął wyrastać na narodowego bohatera, tym bardziej że nie domagał się żadnej nagrody czy zapłaty za udzieloną pomoc. Jedyne, czego oczekiwał, to przestrzeganie islamskiego prawa i życie zgodne z nakazami Koranu. Talibowie zaczęli prowadzić rozmowy z poszczególnymi przywódcami mudżahedinów, sondując aktualną sytuację geopolityczną kraju. Rząd w Kabulu zgodził się nawet pomagać finansowo talibom, jeśli ci wystąpią przeciwko wojskom Hekmatjara, systematycznie bombardującego stolicę i dezintegrującego jej życie codzienne. Talibów łączyły jednak silne więzi z plemionami pasztuńskimi, do których wielu z nich należało, podobnie jak Hekmatjar. Poza tym związani byli również z Pakistanem (do którego wrogo byli nastawieni rządzący w Kabulu Tadżycy), gdzie kształcili się w szkołach religijnych, oraz z którego płynęła dla nich pomoc finansowa.
Dla mułły Omara bardzo ważnym źródłem w pozyskiwania środków finansowych była mafia transportowa, która przemycała paliwo i inne towary z Pakistanu na stronę afgańską. Talibowie ubili interes z przewoźnikami, otrzymując pieniądze za ochronę i oczyszczenie dróg z blokad i ludzi, głównie bojówek Hekmatjara, które napadały na transporty. Tak więc Omar, obliczając bilans zysków i strat, zaatakował oddziały Hekmatjara, które pobił bez większych strat własnych, zyskując nie tylko środki finansowe od mafii transportowej, przychylność rządu w Kabulu i w Islamabadzie (w zdobywaniu kolejnych prowincji afgańskich talibom pomagały pakistańskie jednostki specjalne), ale również olbrzymie zapasy broni, amunicji i sprzętu wojskowego, z których do tej pory korzystali wspierani przez Pakistan mudżahedini Hekmatjara. W listopadzie 1994 roku rozpoczął się marsz talibów po władzę w Afganistanie. Najpierw zaatakowali Kandahar, który zdobyli po zaledwie dwóch dniach walk. Łatwość, z jaką talibowie pokonywali swoich przeciwników wynikała z tego, że wielu mudżahedinów i ich komendantów albo przechodziła na stronę wroga albo dezerterowała. Talibowie szybko zostali owiani legendą niezwyciężonych, którym pomaga sąsiedni Pakistan i sprzyjają Stany Zjednoczone. Rzeczywiście, administracja Billa Clintona w początkowym okresie była zadowolona z przebiegu sytuacji w Afganistanie. Amerykanie sądzili, że dzięki talibom uda się opanować napiętą sytuację wewnętrzną kraju, który znajdował się w stanie wojny domowej. Poza tym Amerykanom odpowiadała antyirańska postawa talibów, która była zbieżna z polityką USA.
Sytuacja stawała się coraz bardziej korzystna dla sił talibskich. Jeszcze niedawno nikomu nieznane ugrupowanie w krótkim czasie stało się główną siłą militarną i polityczną kraju. Do Kandaharu zaczęły ściągać tysiące afgańskich i pakistańskich ochotników, głównie młodych Pasztunów, którzy przyłączali się do oddziałów mułły Omara. Na zajmowanych przez siebie terenach talibowie wprowadzali surowe prawo szariatu, które - interpretowane przez nich na swoją modłę - już wkrótce otworzyło Afgańczykom oczy na sposób myślenia i postępowania nowych panów życia i śmierci. Talibowie w krótkim czasie obrócili Afganistan w najbardziej teokratyczne i brutalne państwo świata. Wydali szereg dekretów, które uderzyły przede wszystkim w kobiety. Zabroniono im pracy, a dziewczętom nauki, gdyż według talibów szkoła była dla nich pierwszym krokiem do prostytucji. Chore kobiety mogły leczyć się tylko u lekarek. Nie mogły się śmiać, chodzić w butach na wysokich obcasach, malować się. Zakazy te miały zapobiec prowokowaniu mężczyzn, wywoływaniu u nich podniecenia. Kobiety, które nie stosowały się do tych nakazów były bite, chłostane, a nawet kamienowane na śmierć. Zgodnie z okrutną tradycją praktykowaną w Afganistanie, zgwałcona afgańska kobieta była zmuszona poślubić swojego oprawcę; alternatywą było wygnanie albo śmierć. W najgorszej sytuacji znalazły się wdowy nie mające dorosłych krewnych męskich, bez których nie mogły wyjść na ulicę. Nie mogąc zarobkować były zmuszone do żebrania.
Bojówki mułły Omara na masową skalę zaczęły niszczyć zdobycze afgańskiej kultury, paliły książki z bibliotek, plądrowały muzea. Talibowie niszczyli telewizory, magnetofony, zakazali uprawiania sportu i pospolitych form rekreacji, mężczyznom nakazali noszenie brody o długości równej co najmniej szerokości pięści przystawionej do podbródka. Organizacją, która skrzętnie dokumentowała przypadki kamienowania, publicznego wieszania, podpalania oblanych uprzednio benzyną, obcinania kończyn osobom oskarżonym o kradzież była RAWA - Rewolucyjne Stowarzyszenie Kobiet Afganistanu (The Revolutionary Association of the Women of Afghanistan), założone jeszcze przed radziecką okupacją w 1977 roku przez Minę, Afgankę studiującą prawo islamskie na Uniwersytecie Kabulskim. Pierwotnie głównym celem stowarzyszenia było równouprawnienie kobiet. W latach reżimu talibów działało ono nielegalnie, z narażeniem życia swoich członkiń, których przesłaniem stała się walka o pamięć i ludzką godność.
Po opanowaniu Kandaharu talibowie w ciągu zaledwie kolejnych trzech miesięcy opanowali ponad 30% afgańskich prowincji, rozbrajając lokalnych watażków, przywracając spokój zgodny z ich sposobem pojmowania świata. Ich armia rosła w siłę, ponieważ skupiali wokół siebie nie tylko nowych ochotników, ale również licznych dezerterów z rozwiązywanych oddziałów mudżahedinów. Większy opór napotykali, ścierając się z baronami narkotykowymi, kontrolującymi uprawy maku, ale i ci w końcu musieli uznać się za pokonanych. Talibowie zaś wcale nie niszczyli śmiercionośnych upraw, ale wykorzystywali je na swój użytek, czerpiąc olbrzymie zyski z narkotycznego handlu. Najbardziej zaciekłe były walki o Kabul, którego broniły oddziały Szaha Masuda. Ostatecznie jednak talibowie zdobyli miasto 26 września 1996 roku, a Masud wycofał się do swojej Doliny Panczsziru. Przed odwrotem Masud zaproponował ukrywającemu się w przedstawicielstwie ONZ Nadżibullahowi opuszczenie miasta wraz z żołnierzami. Ten jednak odmówił, licząc na porozumienie z talibami w sprawie formowania nowego rządu, w którym miał nadzieję objąć tekę premiera. Niestety, przeliczył się. Pierwszym posunięciem talibów w stolicy było schwytanie Nadżibullaha. Zamordowano go w okrutny sposób, a zwłoki powieszono w miejscu publicznym (Nadżibullah został wykastrowany a w jego usta, nos i między palce stóp talibowie włożyli banknoty symbolizujące pogardę dla sprzedawczyka). Miejscem publicznych egzekucji, jakie za panowania talibów były na porządku dziennym, stał się stadion piłkarski w Kabulu, gdzie spędzano mieszkańców miasta, aby mogli się przypatrzyć, co ich czeka, jeśli nie będą się stosować do zaleceń swoich oprawców. Ze stadionu nie usunięto nawet bramek piłkarskich, które pełniły funkcję szubienic. Gdy przed egzekucją trybuny na stadionie świeciły pustkami, talibowie wyruszali na okoliczne bazary i pałkami zapędzali widownię na stadion. Pomiędzy ławkami publiczności zgromadzonej na trybunach krążyli sprzedawcy lodów i napojów chłodzących. Karą za zabójstwo była śmierć przez rozstrzelanie, powieszenie lub poderżnięcie gardła. Kradzież karana była odrąbaniem dłoni lub w przypadku powtórnego wykroczenia - stopy. Pijaństwo lub zbytnią - według stróżów moralności - poufałość w relacjach kobiety z mężczyzną karano chłostą, cudzołóstwo - kamienowaniem. Na złodziei czekali sprowadzeni przez talibów chirurdzy, wyznaczeni przez Ministerstwo Zdrowia, którzy przyodziani w maski i fartuchy podawali skazańcom środki znieczulające, a następnie - w zależności od werdyktu - obcinali im dłonie lub stopy. Lekarze świadomie zasłaniali twarze chirurgicznymi maskami, żeby nie dać się poznać skazanym, ich znajomym lub rodzinom, które mogłyby później na medycznych katach szukać odwetu.
Po zdobyciu Kabulu talibowie powołali rząd tymczasowy składający się z sześciu mułłów, którzy poprzez nowopowstałe Radio Szariat (po uprzednim zamknięciu dotychczasowych środków masowego przekazu) ogłosili mieszkańcom wprowadzenie następujących dekretów:
- ktokolwiek posiada broń, musi odnieść ją na najbliższy posterunek wojskowy,
- dziewczęta i kobiety nie mają prawa pracować poza domem,
- w razie konieczności wyjścia z domu, wszystkim kobietom musi towarzyszyć mahram (ojciec, brat lub mąż),
- mężczyźni muszą zapuścić brody i nosić na głowie turban lub białą czapkę,
- zakazuje się noszenia garniturów i krawatów; obowiązuje tradycyjny strój afgański,
- kobiety i dziewczęta muszą nosić burki; nie mogą nosić ubrań w jaskrawych kolorach pod burkami,
- zakazuje się używania lakieru do paznokci, pomadek do ust oraz malowania twarzy,
- każdy muzułmanin ma obowiązek odmawiać modlitwy o stałych godzinach w miejscu, gdzie się znajduje,
- zabronione jest wywieszanie zdjęć ludzi i zwierząt,
- zabronione jest posiadanie psów i ptaków,
- zabronione jest gwizdanie, posiadanie czajników z gwizdkiem,
- kobieta nie ma prawa wsiąść do taksówki, jeśli nie towarzyszy jej męski członek rodziny,
- żaden lekarz-mężczyzna nie ma prawa dotykać ciała kobiety pod pretekstem badania,
- kobiety nie mają prawa korzystać z usług krawców męskich,
- rodziny muzułmańskie nie mają prawa słuchać muzyki, nawet podczas uroczystości ślubnych,
- rodzinom zabrania się fotografowania i nagrywania filmów wideo, nawet podczas ślubu,
- zabrania się zaręczonym dziewczętom uczęszczania do salonów piękności, nawet podczas przygotowań do ślubu,
- rodzinom muzułmańskim zabrania się nadawania dzieciom nieislamskich imion,
- wszyscy niemuzułmanie (Hindusi, Żydzi) muszą nosić żółte ubrania; na domach muszą wywiesić żółtą flagę, żeby można było rozpoznać miejsce ich zamieszkania,
- zabrania się sprzedaży napojów alkoholowych,
- kiedy policja karze kogoś za wykroczenie, nikt nie ma prawa zadawać pytań ani krytykować,
- ktokolwiek dopuści się wykroczenia przeciwko nakazom szariatu, zostanie ukarany w miejscu publicznym.
Aby móc nadzorować i karać za nieprzestrzeganie narzuconych dekretów, talibowie powołali do życia Ministerstwo Krzewienia Cnoty i Zapobiegania Występkom (ar. AMR-e-Bel Ma'rouf) inwigilujące życie osobiste Afgańczyków.
Muhammad Omar upojony zwycięstwami ogłosił się w Kandaharze emirem, muzułmańskim przywódcą duchowym i politycznym. Swój samozwańczy tytuł odnosił nie tylko do Afganistanu, ale do wszystkich muzułmanów na świecie, dając w ten sposób do zrozumienia, że oto on, prosty, niewykształcony mułła z wioski Singesar odtworzy po wiekach niebytu muzułmański kalifat i stanie na jego czele. Dla podkreślenia rangi tego wydarzenia kazał swoim bojownikom wyciągnąć z sarkofagu świątyni w Kandaharze świętą relikwię - płaszcz proroka Mahometa (przywiózł go tu w XVIII wieku pierwszy afgański król, Ahmad Szah Durrani), który zarzucił sobie na ramiona, stając przed tłumem wiernych. Niektórzy mułłowie ostrzegali, że tylko królom, chanom i emirom można dotykać relikwi. Omar nie był emirem, ale chciał nim zostać. I został.
Wiosną 1997 roku talibowie zaatakowali północne tereny kraju, ostatnie, jakie oparły się jeszcze ich dominacji. W maju tegoż roku zdobyli Mazar-e Szarif. Jednak oddziały mudżahedinów rozczarowane nowymi rządami zaprowadzanymi przez talibów, zaatakowały niespodziewanie ich wojska, odbijając kilka prowincji. Tysiące talibów zostało schwytanych, zamordowanych i pochowanych w masowych grobach. W tym samym czasie Masud, obserwujący bieg wydarzeń na północy, wysadził w powietrze południowy wjazd do tunelu na przełęczy Salang, odcinając w ten sposób talibom jedyną drogę ucieczki z Mazar-e Szarif do Kabulu. Dla wojsk talibskich była to największa porażka od czasu, kiedy ruszyli na podbój kraju. Od maja do lipca 1997 roku zginęło lub było rannych około 3000 talibów, a około 3600 dostało się do niewoli. Wydawało się, że prowizoryczny sojusz antytalibski, który się wówczas uformował, zakończy ich dominację i sprawowane rządy. Okazało się jednak, że spory wewnątrz sojuszu i różne grupy interesów doprowadziły do szybkiego rozłamu i nowych walk pomiędzy frakcjami mudżahedinów. Talibowie, wykorzystując tę sytuację, we wrześniu 1997 roku rozpoczęli ponowną ofensywę na północy kraju. Wojna stała się jeszcze bardziej brutalna. Dokonywano bezwzględnych czystek etnicznych. W sierpniu 1998 roku talibowie rozbili ostatecznie siły uzbeckiego komendanta Dostuma i zdobyli Mazar-e Szarif. W mieście doszło do masakry ludności cywilnej. Nowi zdobywcy wymordowali ponad 5 tysięcy ludzi.
Talibowie pod koniec 1998 roku kontrolowali już prawie cały kraj, ale formy ich rządów i przestrzegania prawa budziły coraz większy sprzeciw w kraju, jak i na arenie międzynarodowej. Administracja prezydenta USA oficjalnie zdystansowała się od reżimu talibów. 8 grudnia 1998 roku została uchwalona rezolucja Rady Bezpieczeństwa ONZ, w której zagroziła nałożeniem sankcji za udzielanie schronienia międzynarodowym terrorystom, łamanie praw człowieka, handel narkotykami. Sankcje gospodarcze nałożone przez ONZ weszły w życie w październiku 1999 roku, jednak miały ograniczony charakter i nie przyniosły spodziewanych efektów.
W marcu 1999 roku z inicjatywy ONZ w stolicy Turkmenistanu, Aszchabadzie, doszło do spotkania przedstawicieli talibów i antytalibskiej opozycji, które określano spotkaniem ostatniej szansy. Ustalono na nim takie kwestie jak wymiana jeńców wojennych, utworzenie wspólnego rządu i sił zbrojnych. Opinia światowa z zadowoleniem przyjęła wstępne porozumienie między obu stronami konfliktu. Optymizm był jednak przedwczesny. W lipcu 1999 roku talibowie, licząc na zaskoczenie uderzyli na Dolinę Panczsziru, chcąc zadać ostateczny cios opozycji. Szansa na pokój została zaprzepaszczona.
Do lata 2000 roku sytuacja militarna nie przyniosła kolejnych rozstrzygnięć. We wrześniu talibowie zajęli opuszczony przez oddziały Masuda Talokan, co komplikowało sytuację logistyczną wojsk rządowych, dla których tereny te stanowiły ważny szlak komunikacyjny łączący je z republikami środkowoazjatyckimi, skąd zaopatrywani byli w broń, paliwo i żywność. Przesunięcie działań wojennych na tereny przygraniczne z Tadżykistanem i Uzbekistanem oraz pośrednio z Kirgistanem spowodowało zaniepokojenie ekip rządzących w tych krajach. Jak się okazało kilka lat później, niepokój postsowieckich satrapów był całkowicie uzasadniony. Wiosną 2005 roku w Kirgistanie wybuchła rewolucja, która zmiotła z piedestału prezydenta Akajewa i jego dwór. Zaledwie kilka miesięcy później doszło do rozruchów w sąsiednim Uzbekistanie, gdzie w Dolinie Fergańskiej wojsko i policja krwawo rozprawiły się z demonstrantami. Proces demokratyzacji państw Azji Środkowej wydaje się nieunikniony, a wybuch następnych konfliktów w krajach rządzonych przez lokalne dyktatury jest tylko kwestią czasu.
W marcu 2001 roku wojska mułły Omara zniszczyły największy zabytek archeologiczny Afganistanu, dwa posągi Buddy w Bamian. To arcydzieło należące do światowego dziedzictwa kultury przetrwało nawet najazd Mongołów. Nowi władcy obwieścili, że na afgańskiej ziemi nie może pozostać ani jeden elegment kultury i sztuki z okresu przedislamskiego, i zabrali się do skrupulatnego dewastowania i niszczenia skarbów minionych epok. Talibowie zniszczyli kilka tysięcy posągów i rzeźb zgromadzonych w skarbcu muzeum w Kabulu, historyczne zbiory pod Dżalalabadem, w Ghazni i Heracie. Propozycje odkupienia przez światowe muzea grzesznych według talibów zabytków nie znalazły aprobaty mułły Omara. Prośby o uchronienie przed zniszczeniem dotyczyły zwłaszcza posągów Buddy z Bamian, które chciały odkupić Indie, Iran, a także Stany Zjednoczone. Przywódca talibów był jednak niewzruszony.
W okresie reżimu talibów najbardziej ucierpiały afgańskie miasta. Brakowało prądu, bieżącej wody, nie pracowała gospodarka komunalna, wywóz śmieci. Zaprzestały pracy szpitale, sądy, poczta i wiele innych urzędów. Nie funkcjonowały placówki oświaty. Nie wypłacano pensji. Zbankrutowały wszystkie fabryki. Afgańczyków przy życiu utrzymywało rolnictwo, w tym uprawa maku i konopi indyjskich oraz przemyt i drobny handel. Rządy talibów spowodowały cofnięcie się społeczeństwa afgańskiego do epoki średniowiecza.
Talibowie utwierdzili się w przekonaniu, że są w stanie podbić cały kraj bez pokojowego układania się z przeciwnikiem. Działania Al-Kaidy i wydarzenia z 11 września 2001 roku sprawiły jednak, że sytuacja w Afganistanie wymknęła się im spod kontroli. Już w kilka tygodni po ataku na World Trade Center i Pentagon amerykańskie siły specjalne wylądowały na afgańskiej ziemi, rozpoczynając operację Enduring Freedom, która przyniosła koniec dominacji talibów.
Al-Kaida
Al-Kaida (Al-Queda, arab. baza) to slamska organizacja posługująca się metodami terrorystycznymi, stworzona w 1988 roku przez Osamę bin Ladena na terenie Pakistanu. W początkowym okresie jej celem było przeciwstawienie się radzieckiej inwazji na Afganistan, kiedy na wojnę z Rosjanami ściągali ochotnicy muzułmańscy z całego świata. Z czasem Al-Kaida przekształciła się z komórki rekrutacyjnej w międzynarodową sieć powiązanych ze sobą ugrupowań, działających w kilkudziesięciu krajach świata, których nadrzędnym celem było wypędzenie Żydów z Palestyny, wycofanie się niewiernych (głównie USA) z krajów muzułmańskich (solą w oku są dla niej zwłaszcza amerykańskie bazy wojskowe na terenie Bliskiego Wschodu i Azji Centralnej) oraz wspieranie ekstremistycznych ugrupowań islamskich w krajach Azji, Afryki i Europy. Organizacją kieruje i finansuje ją Osama bin Laden, obecnie ukrywający się prawdopodobnie w rejonie granicy afgańsko-pakistańskiej. Liczba członków organizacji przeszkolonych w obozach (głównie na terenie Afganistanu) oscyluje w granicach kilku tysięcy osób, zakonspirowanych i rozsianych po całym świecie. Są to często ludzie, którzy pozornie prowadzą normalne życie w krajach swojego zamieszkania, gdzie czekają "w uśpieniu" na rozkaz wykonania zadania. Do chwili obecnej najbardziej spektakularnymi zamachami, które przypisuje się Al-Kaidzie, z wyjątkiem ataku na World Trade Center i Pentagon 11 września 2001 roku i pociągi pasażerskie w Madrycie z 11 marca 2004 roku, należą: eksplozja ładunków wybuchowych w podziemiach World Trade Center w Nowym Jorku w 1993 roku, zamach na amerykańską bazę wojskową w Arabii Saudyjskiej w 1996 roku, zamachy na amerykańskie ambasady w Nairobi (Kenia) i Dar es Saalam (Tanzania) w 1998 roku (po tych wydarzeniach Amerykanie dokonali ataków rakietowych na bazy Al-Kaidy w Sudanie i Afganistanie oraz wymusili na władzach Sudanu wydalenie ukrywającego się tam bin Ladena, który udał się do Afganistanu, gdzie zaczął wspierać rząd talibów), atak na amerykański niszczyciel USS Cole w Jemenie w 2000 roku, zamach na metro i autobusy komunikacji miejskiej w Londynie 7 lipca 2005 roku.
Obecna strategia Al-Kaidy zakłada skupienie się na atakach na cywilne placówki i bazy wojskowe USA oraz innych krajów należących do państw koalicji antyterrorystycznej, zwłaszcza w rejonie Bliskiego Wschodu, Azji Centalnej i Południowo-Wschodniej oraz Europy. Przygotowanie oraz realizacja ataków na wybrane cele należy do operujących na danym terenie komórek organizacji. Najczęstszym celem zamachów są obiekty słabo chronione, takie jak kurorty, dzielnice mieszkaniowe, siedziby lokalnej administracji, przedstawicielstwa handlowe, komunikacja publiczna. Operacje odbywają się niejednokrotnie w sposób skoordynowany, w różnych miejscach jednocześnie, co ma zwiększać rozgłos medialny.
Organizacja dysponuje niezależnymi, niepowiązanymi ze sobą sieciami ekonomicznymi do transferów finansowych. Działalność przynajmniej jednej z nich oparta jest na przepływach gotówki z ręki do ręki bez udziału banków. Ta forma nabrała szczególnego znaczenia po atakach z 11 września 2001 roku, kiedy konta bankowe osób i instytucji podejrzanych o współpracę z Al-Kaidą na całym świecie zostały zablokowane.
Al-Kaida ma strukturę pionową, w której bin Laden jako emir, przywódca, zajmuje pozycję najważniejszą. Bezpośrednio podlegają mu przywódcy poszczególnych ugrupowań wchodzących w skład Al-Kaidy. Ważną rolę w organizacji pełni rada konsultacyjna, której podlegają cztery komitety: do spraw wojskowych, religijnych, finansowych i mediów. Członkowie Al-Kaidy są starannie wyselekcjonowani do realizacji zadań specjalnych, zleconych przez samego bin Ladena lub przywódców ugrupowań. Szczególną uwagę przykłada się do zachowania rygorystycznych środków bezpieczeństwa i tajności operacji na wszystkich szczeblach organizacji. Komórki operacyjne Al-Kaidy oparte są na specjalnie wyszkolonych bojownikach, gotowych do przeprowadzenia akcji samobójczych. Determinacja kierujących organizacją, ich frustracja związana z postawą większości krajów islamskich, współpracujących z USA, a także brak szans na zrealizowanie kluczowych celów wojny z Zachodem popycha ich w kierunku poszukiwania coraz skuteczniejszych metod walki. Tym głównie należy tłumaczyć rosnącą brutalność i bezwzględność kolejnych ataków terrorystycznych. Niepokojące są zwłaszcza doniesienia o dążeniu islamistów do pozyskania broni masowego rażenia. Przeprowadzenie zamachu z użyciem broni chemicznej lub biologicznej w ciągu najbliższych kilku lat staje się coraz bardziej prawdopodobne.
Enduring Freedom
Wydarzenia związane z formowaniem się koalicji antyterrorystycznej, mającej na celu zlikwidowanie baz Al-Kaidy i reżimu talibów w Afganistanie po zamachu z 11 września 2001 roku, potoczyły się błyskawicznie. Zwołana już następnego dnia Rada Ambasadorów NATO określiła atak na USA, jako napaść na wszystkich członków Sojuszu. Poparcie dla amerykańskiego uderzenia na Afganistan zdecydowanie wyraziły Wielka Brytania, Francja, Hiszpania i Włochy, natomiast swój sprzeciw zgłosiły Niemcy, Holandia, Belgia i Norwegia. Amerykańską operację poparła także Rosja, mająca swoje strefy wpływów w Azji Centralnej, w krajach byłego ZSRR.
W trudnej sytuacji znalazł się Pakistan, największy sojusznik afgańskich talibów, który musiał się jasno określić, po której stronie koalicji antyterrorystycznej miałby się znajdować. Obawiając się uznania przez opinię światową za państwo wspierające terroryzm, opowiedział się po stronie USA. Swoje poparcie dla Amerykanów wyraziły również państwa arabskie, takie jak Egipt i Arabia Saudyjska, ojczyzna Osamy bin Ladena.
Prezydent USA, George W. Bush, już w kilka godzin po zamachu na WTC wypowiedział wojnę światowemu terroryzmowi, ostrzegając, że będzie ona prowadzona z całą determinacją, wszelkimi dostępnymi środkami. 15 września 2001 roku amerykański Kongres przyjął rezolucję upoważniającą prezydenta USA do użycia sił zbrojnych. 21 września G.W. Bush, występując w Kongresie, przedstawił swoje bezwarunkowe żądania skierowane pod adresem talibów, które w przypadku ich odrzucenia miały skutkować wkroczeniem wojsk amerykańskich do Afganistanu i rozpoczęciem działań wojennych. Żądania te dotyczyły wydania wszystkich liderów Al-Kaidy ukrywających się w Afganistanie, zamknięcia obozów szkoleniowych oraz zezwolenia Amerykanom na ich skontrolowanie.
Przygotowania do operacji Enduring Freedom opierały się w dużej mierze na działaniach rozpoznawczych i doskonałym przepływie informacji z użyciem satelitów zwiadowczych. Działania operacyjne prowadzone były przy ścisłej współpracy lotnictwa i naprowadzających pilotów sił lądowych, złożonych z jednostek specjalnych. Pierwsza faza operacji przebiegała pod dyktando sił powietrznych, które likwidowały strategiczne cele na podstawie otrzymanych wcześniej informacji. Żołnierze jednostek specjalnych korzystali z pomocy pododdziałów Sojuszu Północnego, które znając doskonale teren, ułatwiły swobodne poruszanie się jednostek amerykańskich. Sojusz Północny przed 11 września 2001 roku znajdował się w ciężkiej sytuacji logistycznej, będąc pozbawionym wystarczających ilości paliwa, broni i amunicji. Dwa dni przed atakiem na WCT poniósł najcięższą z możliwych strat. W wyniku zamachu bombowego przeprowadzonego przez ludzi Al-Kaidy zginął Lew Panczsziru, Ahmed Szah Masud. Talibowie, korzystając z zamieszania po śmierci Masuda, rozpoczęli ofensywę na równinie Shomali. I nagle, po 11 września, sytuacja zmieniła się diametralnie. Świat, a przede wszystkim Amerykanie, potępiając Al-Kaidę i talibów, sposobili się do wojny w Afganistanie, gdzie Sojusz Północny stał się ich naturalnym sprzymierzeńcem. W ciągu zaledwie kilku tygodni antytalibska koalicja mudżahedinów, wyposażona w broń i amunicję płynącą szerokim strumieniem od Amerykanów, zdołała wyzwolić trzy czwarte terytorium kraju. Działo się to wszystko przy zmasowanych atakach bombowych lotnictwa amerykańskiego, likwidującego punkty oporu talibów. Talibowie w październiku 2001 roku poderwali się do walki, skutecznie kontratakując, zadając poważne straty oddziałom mudżahedinów Dostuma. Dowódcą frontu północno-wschodniego był w tym czasie gen. Daud, którego siły były oceniane na 10 tysięcy mudżahedinów, w tym 3 tysiące zaangażowane bezpośrednio w walkę. 9 listopada 2001 roku na wszystkich frontach rozpoczęła się ofensywa wojsk Frontu Północnego. Jednocześnie amerykańskie B-52 bombardowały zgrupowania wojsk talibskich, a F-16 atakowały ich linie obrony. Pomiędzy mudżahedinami a talibami i arabskimi najemnikami dochodziło do regularnej walki wręcz w okopach. Mimo wsparcia ogniowego Amerykanów talibowie skutecznie kontratakowali i odzyskiwali pozycje zdobyte przez Sojusz Północny. Na południu kraju ze znacznie większą skutecznością walczyło zgrupowanie wojsk gen. Dauda, które przedarły się z północy, odcinając oddziałom talibów drogę odwrotu. 15 listopada w rejonie Kunduzu około 10 tysięcy talibów oraz arabskich bojowników z Al-Kaidy zostało zamkniętych w okrążeniu. Ich determinacja w walce była olbrzymia, zwłaszcza Arabów, którzy zdawali sobie sprawę, że w przypadku schwytania przez mudżahedinów może ich czekać tylko egzekucja na miejscu. Rozpoczęły się negocjacje gen. Dauda z talibami. 24 listopada Daud przyjął kapitulację mułły Abdullaha i jego pododdziałów. W tym czasie Arabowie znajdujący się w okrążeniu zaczęli mordować talibów, którzy chcieli się poddać. Kapitulację talibów zaczął również przyjmować gen. Dostum. Na znak zaufania przywódcy mudżahedinów pozwolili poddającym się talibom zostawić przy sobie broń. 26 listopada oddziały Dauda ruszyły do końcowego natarcia w rejon, gdzie znajdowały się niedobitki okrążonych talibów i ich arabskich sprzymierzeńców. Mudżahedini zajęli Kunduz i okolice praktycznie bez walki. 7 grudnia talibowie poddali Kandahar, jednak nie oznaczało to jeszcze ich całkowitej klęski, gdyż znaczna część oddziałów ukryła się w górach na granicy afgańsko-pakistańskiej, a co najważniejsze, w dalszym ciągu nie był znany los bin Ladena i przywódcy talibów, mułły Omara.
W pierwszej połowie grudnia rozpoczęło się polowanie na bojowników Al-Kaidy ukrywających się w jaskiniach i systemie tuneli w górskim kompleksie Tora Bora. Według jednego z arabskich jeńców, w Tora Bora przebywał w tym czasie także Osama bin Laden, który zdołał zbiec do Pakistanu, po czym wrócił, by wyjechać stąd do Czeczenii. W marcu 2002 roku Amerykanie i Brytyjczycy przystąpili do kolejnej operacji pod kryptonimem "Anaconda", której celem było ostateczne rozprawienie się z talibami i ich muzułmańskimi współtowarzyszami z Al-Kaidy. Mimo zaangażowania znacznych sił wojsk koalicyjnych, talibowie stawiali zacięty opór, czego konsekwencją byli zabici i ranni wśród żołnierzy amerykańskich. Amerykanom udało się po dziesięciu dniach zdobyć strategicznie ważną Dolinę Szah-e Kot, a tym samym zrealizować zadania przewidziane w operacji. W styczniu 2003 roku nastąpiła intensyfikacja działań amerykańskich i brytyjskich jednostek specjalnych, jednak wiele z przeprowadzanych akcji nie przynosiło efektu. Tymczasem świat oczekiwał spektakularnego sukcesu w postaci schwytania bin Ladena, co jednak nie nastąpiło do dnia dzisiejszego. Jeszcze trudniejsze było wyłapywanie talibów wywodzących się z ludności miejscowej. Wystarczyło zgolić brodę, zdjąć czarny turban i wtopić się w tłum. Często dochodziło do sytuacji, w których wojskowe pododdziały rywalizujących ze sobą klanów celowo wprowadzały Amerykanów w błąd, wskazując swoich przeciwników jako zwolenników Al-Kaidy, licząc w ten sposób na eliminację konkurenta. Operacja Enduring Freedom, trwająca już ponad 4 lata, nie przyniosła wymiernych efektów. Wojska koalicji w dalszym ciągu nie są gwarantem bezpieczeństwa, a oddziały talibów co jakiś czas dają znać o sobie. W 2006 roku odpowiedzialność za budowanie demokracji w Afganistanie przejmie od Amerykanów ISAF. Stany Zjednoczone oczywiście w dalszym ciągu będą głównym koalicjantem sił międzynarodowych, z tą jednak różnicą, że pozostałe państwa NATO (w tym Polska) wniosą znacznie większy niż dotychczas wkład w potencjał militarny mający służyć utrzymywaniu stabilizacji w Afganistanie.
Udział Polaków w Enduring Freedom
Polski Kontyngent Wojskowy uczestniczy w operacji Enduring Freedom od 16 marca 2002 roku, wchodząc w skład Sił Sojuszniczych pod dowództwem Amerykanów. O wsparcie Polski w operacji antyterrorystycznej Amerykanie zwrócili się do rządu polskiego w listopadzie 2001 roku. Zgodnie z polskim ustawodawstwem rząd wystąpił do Prezydenta RP z wnioskiem o zaakceptowanie użycia Polskiego Kontyngentu Wojskowego w składzie Sił Sojuszniczych w Islamskim Państwie Afganistanu, Republice Kirgiskiej, Republice Tadżykistanu i Republice Uzbekistanu oraz na Morzu Arabskim i Oceanie Indyjskim. Prezydent zaakceptował wniosek postanowieniem z 20 listopada 2001 roku. W skład pierwszej zmiany PKW weszli żołnierze z jednostki specjalnej GROM (Grupa Reagowania Operacyjno-Mobilnego), 1 Brygady Saperów z Brzegu, 10 Brygady Logistycznej z Opola, 4 Pułku Chemicznego z Brodnicy, Zespołu Rozpoznania Biologicznego z WIHiE w Puławach. W operacji Enduring Freedom wzięła również udział załoga okrętu zabezpieczenia logistycznego "Kontradmirał Xawery Czernicki".
Obecnie (stan ze stycznia 2006 roku) Polski Kontyngent Wojskowy składa się z 4 podstawowych elementów: dowództwa, plutonu inżynieryjno-saperskiego, plutonu ochrony, Narodowego Elementu Zaopatrywania (logistyka). Uzupełniają je sekcja medyczna (7 osób, w tym 3 lekarzy) oraz kapelan. Łącznie w skład kontyngentu wchodzi 95 żołnierzy (etatowo 100 osób).
Do głównych zadań mandatowych PKW na rzecz wojsk koalicji należą:
- rozbudowa fortyfikacyjna bazy Bagram (BAF);
- prace konstrukcyjne;
- wykonywanie przejść w zaporach inżynieryjnych;
- rozminowywanie i oczyszczanie terenu bazy z przedmiotów niebezpiecznych, oznakowanie granic pól minowych;
- wysadzanie znalezionych min, niewybuchów i niewypałów;
- rozpoznanie, rozminowywanie i oczyszczanie terenu w rejonach rozmieszczenia wojsk koalicji poza bazą Bagram.
W 2007 roku Polska ma wystawić kontyngent wojskowy w liczbie od kilkuset do tysiąca żołnierzy, który wejdzie w struktury ISAF.
ISAF
ISAF (International Stabilization and Assistance Force - Międzynarodowe Siły Stabilizacyjne i Wsparcia) działają w Afganistanie pod auspicjami NATO. Wypełniają mandat ONZ na podstawie rezolucji nr 1386, 1413 i 1444 Rady Bezpieczeństwa, niosąc w powojennej rzeczywistości pomoc społeczności afgańskiej. Zostały powołane do życia 6 grudnia 2001 roku, zgodnie z porozumieniem zawartym w niemieckim Petersbergu podczas obrad afgańskiego okrągłego stołu. NATO przejęło kontrolę i dowodzenie nad misją 11 sierpnia 2003 roku.
Struktura ISAF:
Dowództwo (HQ) w Kabulu - ponad 600 osób personelu z 36 krajów. Brygada Międzynarodowa w Kabulu - około 2000 żołnierzy, głównie z Niemiec i Francji. W skład Brygady wchodzą 3 grupy bojowe - francuska, niemiecka i brytyjska. Niemiecki pododdział bojowy zwany KMNB (
Kabul Multinational Brigade) ma charakter międzynarodowy (w jego skład wchodzą żołnierze kilku narodowości) i jest największą jednostką ISAF, wyposażoną w transportery opancerzone, szpital polowy, kompanię inżynieryjną i plutony techników bombowych. Ponad 8000 żołnierzy z 36 krajów, reprezentujących swoje narodowe kontyngenty.
Zadania ISAF:
Zapewnienie bezpieczeństwa w rejonie Kabulu, w ścisłej współpracy z afgańskim wojskiem i policją, z jednoczesnym stopniowym przkazywaniem odpowiedzialności lokalnym służbom mundurowym (uzbrojenie i szkolenie afgańskiej armii, reforma policji, rozbrojenie i demobilizacja ugrupowań paramilitarnych w Kabulu). Prowadzenie operacji wojskowych w kooperacji i koordynacji z afgańskim rządem, siłami stabilizacyjnymi pod dowództwem USA (Enduring Freedom) oraz organizacjami międzynarodowymi (UNAMA -
United Nations Assistance Mission in Afghanistan). Pomoc w odbudowie zniszczonej infrastruktury kraju: budowa dróg i mostów, rozminowanie terenu, odbudowa ośrodków zdrowia, szkół, sieci wodno-kanalizacyjnych, oczyszczalni ścieków, stacji uzdatniania wody, elektrowni. Wsparcie organizacji humanitarnych w niesieniu pomocy społeczności afgańskiej.
Droga ku demokracji
W grudniu 2001 roku w Niemczech, w Petersbergu pod Bonn, po negocjacjach afgańskiego okrągłego stołu z udziałem przedstawicieli Sojuszu Północnego, Pasztunów, diaspory afgańskiej i przedstawicieli króla Zahir Szaha, powołano Rząd Tymczasowy, na czele którego stanął Pasztun, Hamid Karzaj. Teki ministrów obrony, spraw wewnętrznych i zagranicznych przypadły Tadżykom. W kluczowym dla afgańskiej sceny politycznej Ministerstwie Obrony Narodowej podział stanowisk nastąpił według przynależności etnicznej. Pierwszym zastępcą ministra (Tadżyka) został Pasztun, szefem Sztabu Generalnego - Tadżyk, jego zastępcą - Pasztun. Na 23 najważniejsze stanowiska w afgańskiej armii 8 jest zajmowanych obecnie przez Pasztunów (36%), 7 przez Tadżyków (30%), 4 przez Hazarów (17%), 2 przez Uzbeków (9%), 1 przez Nuristańczyka i 1 przez przedstawiciela Beludżów (po 4%), co jest odzwierciedleniem etnicznego podziału społeczeństwa afgańskiego (Pasztuni - 39%, Tadżycy - 25%, Hazarowie - 18%, Uzbecy - 6%, inni - 12%). Utworzony rząd sprawował władzę w Afganistanie przez 6 miesięcy, po czym została zwołana Loja Dżirga (ogólnonarodowe zgromadzenie reprezentantów różnych ugrupowań politycznych, etnicznych i religijnych), która w czerwcu 2002 roku wybrała Hamida Karzaja na prezydenta Afganistanu. Kraj miał zostać w szybkim tempie odbudowany i włączony do wspólnoty międzynarodowej, co było istotne zwłaszcza dla Amerykanów, finansujących przeobrażenia w Afganistanie, jednocześnie mających olbrzymie problemy z utrzymaniem stabilnej sytuacji w Iraku. Teoretyczne założenia Białego Domu przebiegają zgodnie z planem. Po wygranej wojnie doszło do ustanowienia władz funkcjonujących pod dyktando USA. Problem jednak polega na tym, że władza Karzaja nie wykracza praktycznie poza rogatki Kabulu, natomiast większość kraju jest kontrolowana przez lokalnych liderów, z reguły nastawionych niechętnie do rządu funkcjonującego w stolicy kraju. Nie lada wyczynem jest rozbrojenie ich prywatnych armii, do czego dążą Amerykanie, a na co nie chcą się zgodzić prowincjonalni przywódcy, którzy dzięki swoim wojskom panują niepodzielnie na podległym sobie terenie, gdzie są całkowicie bezkarni. Zabieranie chłopom ziemi, przetrzymywanie ich w organizowanych przez siebie prywatnych więzieniach, wymuszanie małżeństw, wtrącanie się w sprawy lokalnej administracji są na porządku dziennym. Ich niechęć do podporządkowania się władzy centralnej jest jednak związana przede wszystkim z czerpaniem olbrzymich korzyści finansowych z narkobiznesu, który kwitnie w najlepsze. W chwili obecnej Afganistan z 4950 tonami rocznie jest bezdyskusyjnie największym producentem opium na świecie. 80-90% heroiny konsumowanej w Europie pochodzi właśnie z afgańskiego opium.
Na przełomie grudnia 2003 i stycznia 2004 roku po raz kolejny zebrała się Loja Dżirga, zatwierdzając nową konstytucję Afganistanu, która weszła w życie 16 stycznia 2004 roku. Nowa konstytucja Islamskiej Republiki Afganistanu ustala podział władzy na wykonawczą, ustawodawczą i sądowniczą. Najwyższą władzą wykonawczą jest głowa państwa, prezydent, który ma dwóch zastępców: pierwszego i drugiego wiceprezydenta. Najwyższym ciałem ustawodawczym jest afgański parlament - Zgromadzenie Narodowe, składający się z dwóch izb: Wolesi Dżirga (House of People) i Meszrano Dżirga (House of Elders). W Wolesi Dżirga zasiada 249 posłów wybranych w poszczególnych 34 prowincjach kraju, z liczbą posłów z każdej prowincji proporcjonalną do liczby jej mieszkańców. W Meszrano Dżirga zasiada 51 senatorów.
Władza sądownicza Afganistanu składa się z Sądu Najwyższego (Stera Mahkama), Wysokiego Sądu i Sądu Apelacyjnego. W skład Sądu Najwyższego wchodzi 9 sędziów mianowanych przez prezydenta i zatwierdzanych przez Wolesi Dżirga.
W sytuacjach szczególnych, dotyczących niepodległości, suwerenności i terytorialnej integralności kraju, zmiany konstytucji, odwołania prezydenta itp., będzie powoływana Wielka Rada (Loja Dżirga), stanowiąca najwyższą reprezentację narodu afgańskiego, składającą się z członków Zgromadzenia Narodowego oraz przedstawicieli starszyzny rodowej i plemiennej.
9 października 2004 roku Hamid Karzaj w pierwszych demokratycznych wyborach na afgańskiej ziemi (demokratycznych z nazwy, bo odbyły się pod ochroną wojsk amerykańskich) został oficjalnie wybrany na prezydenta Afganistanu. Do tej pory obejmował to stanowisko tymczasowo. W wyborach brało udział ponad 8 milionów afgańskich wyborców uprawnionych do głosowania. Karzaj wygrał zdecydowanie, uzyskując 55,4% głosów. Jego najgroźniejszy kandydat, Junis Kanuni, lider Partii Nowego Afganistanu, uzyskał 16,3% głosów. Zaprzysiężenie miało miejsce 7 grudnia 2004 roku w Kabulu. Karzaj piastował już w przeszłości funkcje państwowe. Był wiceministrem spraw zagranicznych w rządzie Burhanuddina Rabbaniego, ale po jego obaleniu nie przyjął stanowiska przedstawiciela rządu talibów przy ONZ. Karzaj w swoim przemówieniu prezydenckim złożył obietnice, które obecnie są nie do spełnienia. Obiecał rozbroić regionalne armie, zlikwidować produkcję opium i wyeliminować korupcję. Żadna z tych obietnic nie wydaje się realna. Nie lada wyzwaniem jest zwłaszcza zahamowanie narkobiznesu, bowiem zyski z opium produkowanego w Afganistanie sięgają równowartości 60% produktu krajowego brutto (w 2004 roku na przemycie narkotyków zarobiono 2,8 mld dolarów). Ponieważ lokalni baronowie narkotykowi nie zamierzają zrezygnować z tak dochodowego interesu, należy się liczyć z konfrontacją zbrojną ich prywatnych armii (szacowaną łącznie na 100 tysięcy najemników) z koalicją sił międzynarodowych. Do skutecznej walki z narkobiznesem potrzebne są również sprawne i dobrze uzbrojone afgańskie służby mundurowe. W chwili obecnej obserwuje się korzystną tendencję. Wielu plantatorów maku, których zakaz upraw pozbawił środków do życia, zgłasza się do punktów rekrutacyjnych wojska i policji, chcąc zdobyć w ten sposób źródło utrzymania. Przy obecnym zainteresowaniu zakładane zorganizowanie do końca 2006 roku 70-tysięcznej armii i 50-tysięcznych sił policji wydaje się całkiem realne. Sprawne wojsko i policja są również potrzebne międzynarodowym siłom stabilizacyjnym do rozwiązania problemu talibów. Oficjalnie rozbici, nadal operują na granicy afgańsko-pakistańskiej, prowadząc walkę partyzancką z siłami Enduring Freedom oraz organizując zamachy na przedstawicieli nowych afgańskich władz i pracowników organizacji międzynarodowych. Talibowie w dalszym ciągu dysponują zwartymi pododdziałami, sprzętem i uzbrojeniem, zlokalizowanymi głównie na terenach przygranicznych z Pakistanem, skąd uderzają na wybrane przez siebie cele.
Aby zrealizować prezydenckie obietnice, Afganistan potrzebuje olbrzymiej pomocy ze strony społeczności międzynarodowej. Karzaj chciałby otrzymać z zagranicy niebagatelną kwotę 27,5 mld dolarów w ciągu 7 lat, dzięki której, jak oblicza rząd afgański, dochód narodowy na jednego mieszkańca mógłby wzrosnąć w ciągu 10 lat do 500 dolarów rocznie. Według ONZ Afganistan pod względem ubóstwa jest na drugim miejscu w świecie (po Sierra Leone). Ponad połowa ludności kraju żyje w nędzy, a średnia długość życia nie przekracza 50 lat.
Trudną sytuację gospodarczą kraju, z jednoczesnym zagrożeniem epidemiologicznym związanym z importem chorób infekcyjnych, potęguje masowy napływ uchodźców afgańskich, głównie z Pakistanu i Iranu, powracających w swoje rodzinne strony. Dzięki programowi UNHCR (United Nations Refugee Agency) w ciągu 3 lat po zakończeniu działań wojennych do Afganistanu powróciło 3,2 miliona uchodźców. UNHCR szacuje, że do końca 2005 roku z Pakistanu powróciło kolejnych 400 tysięcy, a z Iranu 300 tysięcy uchodźców.
Niezwykle ważnym zagadnieniem jest proces oczyszczania kraju z min przeciwpiechotnych i przeciwpancernych oraz różnego rodzaju niewybuchów. Afganistan należy do najbardziej zaminowanych krajów na świecie. Pociąga to za sobą duże liczby ofiar, zwłaszcza wśród ludności cywilnej.
Istotnym problemem stało się przeprowadzenie wyborów parlamentarnych. Pierwotnie planowane na czerwiec 2004 roku zostały przesunięte na kwiecień 2005 roku, po czym okazało się, że również i w tym terminie ich przeprowadzenie nie jest realne. Jest to związane przede wszystkim z walką o jak największe wpływy na afgańskiej scenie politycznej i władzę w przyszłym Zgromadzeniu Narodowym. O ile ordynacja wyborcza do Wolesi Dżirga została zaakceptowana przez wszystkie ugrupowania polityczne, o tyle w przypadku wyborów do izby wyższej parlamentu nastąpił konflikt interesów. Pierwotnie w Meszrano Dżirga miało zasiadać 102 senatorów, po 1/3 przedstawicieli z prowincji, dystryktów i kandydatów prezydenckich. Ordynacja ta została jednak skutecznie storpedowana przez prezydenta Karzaja, który domagał się 50% miejsc dla przedstawicieli prowincji i 50% dla swoich kandydatów, z pominięciem przedstawicieli dystryktów. Opcja ta w zdecydowany sposób wzmocniłaby pozycję prezydenta. Reakcja afgańskich polityków była natychmiastowa. Ich sprzeciw doprowadził do ugody politycznej, której efektem była nowa ordynacja, w której 34 miejsca senatorskie w Meszrano Dżirga przypadły przedstawicielom prowincji, a 17 miejsc - kandydatom prezydenta. Ostateczny termin wyborów do izby niższej Zgromadzenia Narodowego i rad prowincji został wyznaczony na 18 września 2005 roku. Powszechnie obawiano się, że wybory zostaną zakłócone przez talibów i bojówki Al-Kaidy. Nic takiego jednak nie miało miejsca. Poza drobnymi incydentami 26 tysięcy lokali wyborczych funkcjonowało bez zarzutu. Afgańczycy wybierali przedstawicieli do swojego parlamentu po raz pierwszy od 1969 roku. Uprawnionych do głosowania było 12,5 miliona ludzi (każdy powyżej 18 roku życia). Spośród 5800 kandydatów, 2775 ubiegało się o fotele w 249-osobowym Wolesi Dżirga, pozostali natomiast o miejsca do 34 rad prowincji. Wydarzeniem bez precedensu w historii Afganistanu ostatnich lat było kandydowanie kobiet, które miały zagwarantowane 68 mandatów do Wolesi Dżirga i 1/4 miejsc w radach prowincji. Nad poprawnością głosowania czuwało ponad 215 tysięcy obserwatorów, co miało niebagatelne znaczenie w sytuacji, kiedy większość społeczeństwa to analfabeci. Porządek i bezpieczeństwo w trakcie wyborów zapewniali żołnierze sił stabilizacyjnych oraz afgańskie wojsko i policja. Kolejny krok w kierunku demokratyzacji kraju i jego obywateli stał się faktem.
W DRODZE
"Wysiadać! Autobus dalej nie jedzie!" - krzyczy żołnierz uzbecki, który wsunął głowę do środka przez uchylone drzwi. "Ale przecież nie dojechaliśmy jeszcze do Taszkentu!" - oponują nieśmiało senni pasażerowie, którzy spędzili całą noc w drodze z Biszkeku, stolicy Kirgistanu. "Przecież nawet nie przekroczyliśmy jeszcze granicy! Mamy bilet do samego Taszkentu! Z kazachsko-uzbeckiego punktu kontroli granicznej do stolicy Uzbekistanu pozostało jeszcze dziesięć kilometrów. Ale Taszkent, oddalony od granicy z Afganistanem o niespełna 700 kilometrów, stal się w przeciągu dwóch lat miastem oblężonym.
W sierpniu 1998 roku oddziały talibów zdobyły północnoafgańskie miasto Mazar-i Szarif, a od Uzbekistanu dzieliła je już tylko siedemdziesięciokilometrowa, przedziwna równina Szur Tappe, gdzie połacie sypkiego, pustynnego piachu przeplatają się ze zdradliwymi bagniskami. Kilka dni później piechota talibów wspierana czołgami stanęła nad brzegami Amu-darii w granicznej wiosce Hejratan. Stąd wprost na przedmieścia uzbeckiego Termezu prowadzi zaminowany most, pośrodku którego wznosi się dodatkowo wysoki mur. Tą drogą, obok ruin buddyjskiego klasztoru z II wieku n.e. w osadzie Fajoz-Tepe, ciągnęły radzieckie kolumny pancerne, zmierzające do Kabulu po grudniu 1979 roku. Tym mostem wracały do ZSRR w tysiącach skrzyń zwłoki radzieckich żołnierzy poległych w walkach na niedostępnych przełęczach Hindukuszu. Oficjalne dane podają, że było ich 15 tysięcy. Eksperci szacują jednak, że w afgańskiej de kadzie poległo aż 40-50 tysięcy radzieckich żołnierzy - pomijając liczne przypadki wewnętrznych porachunków, morderstw i samobójstw. Tym samym mostem powracały radzieckie oddziały dziesięć lat później, zdziesiątkowane i upokorzone klęską. Most zwie się Mostem Przyjaźni.
W lutym 1999 roku nieznani sprawcy dokonali w Taszkencie zamachu bombowego na Islama Karimowa, obecnego prezydenta Uzbekistanu, a do 1991 roku pierwszego sekretarza Komunistycznej Partii Uzbekistanu. Głównym podejrzanym była terrorystyczna organizacja islamska Dżumanboja Chodżijewa, zwanego Dżumą Namanganim od miasta Namangan w Dolinie Fergany. Od początku wspierał go Osama bin Laden. Związany z Dżumanbojem Chodżijewem przywódca Islamskiego Ruchu Uzbekistanu Tahir Jaldasz uciekł do Afganistanu. Kraj i kręgi rządzące ogarnęła panika.
Późnym latem 1999 roku w Dolinie Fergany, podzielonej między Uzbekistan i Kirgistan, doszło do pierwszych starć zbrojnych między uzbrojonymi oddziałami Islamskiego Ruchu Uzbekistanu w kirgistańskim okręgu Batken. Ugrupowanie to także jest powiązane z Dżumanbojem Chodżijewem i Osamą bin Ladenem.
Teraz - na przełomie lipca i sierpnia 2000 roku - władze uzbeckie starają się za wszelką cenę ukryć informacje o obecnych dramatycznych wydarzeniach w kraju i reagują histerycznie. Oddziały liczące około 800-1000 gotowych na wszystko bojowników Dżumanboja Chodżijewa, przeszkolonych w obozach Osamy bin Ladena, przebiły się przez liczne punkty wojskowe i zmierzają wprost na Taszkent. W ich szeregach mają się znajdować także bojownicy afgańscy, pakistańscy, arabscy i ujgurscy. Za kilka dni, w połowie sierpnia, znajdą się około 80 kilometrów od stolicy Uzbekistanu.
Trudno dyskutować w tej sytuacji z uzbrojonym pogranicznikiem, którzy każe nam opuścić autobus niedaleko od Taszkentu. Wszyscy wychodzą z pojazdu, by poddać się skrupulatnej kontroli granicznej. Celnicy domagają się łapówki za przystawienie pieczątki w paszporcie i na deklaracji celnej: po 10 dolarów za ruch dłonią. W sytuacji paniki korzysta każdy, kto ma, choć odrobinę władzy: od zwykłego żołnierza po naczelnika przejścia granicznego, do którego zwracam się z prośbą o interwencję.
Skrupulatne kontrole bagażu i kontrole osobiste nie omijają nikogo. Każdy tu jest podejrzany. Przed szlabanem granicznym, tuż przy zasiekach, zatrzymuje się grafitowy mercedes z nalepką CD. Rozmawiam z amerykańskim konsulem i dowiaduję się, że z jedzie z rodziną z Ałma Aty do Samarkandy i Buchary, bajecznych miast Azji Środkowej. Jego nerwowe protesty i groźby złożenia skargi nie pomagają: on także - wraz z rodziną i walizkami - musi przejść przez wnikliwą kontrolę.
Wydawałoby się, że oddalenie Taszkentu od granicy afgańskiej zapewnić może miastu bezpieczeństwo. Niepohamowana histeria, połączona z celową polityką władz, uniemożliwia swobodne przemieszczanie się po mieście. Wejście do metra, wzorowanego na sowieckim baroku metra moskiewskiego, niezmiennie kończy się półgodzinną kontrolą osobistą, przeszukaniem bagażu lub doprowadzeniem na komisariat do wyjaśnienia. Według uzbeckiego kalendarza w 2000 roku doba dzieli się zwyczajowo na osiem kontroli. Między nimi niewiele czasu pozostaje na sen.
Okazuje się, że i tak mam dużo szczęścia. Milicjanci uzbeccy lubują się w podkładaniu do kieszeni kurtki lub plecaka paczuszki narkotyków - spreparowanych dowodów obciążających, ażeby potem wymusić od przesłuchiwanej osoby haracz. Nagminne są w takich wypadkach aresztowania i wyroki sądowe. Wielu Uzbeków, przemieszczając się w obrębie własnego kraju, woli zaszyć sobie kieszenie, żeby uniknąć takiej sytuacji. Ja też otrzymuję od mieszkańców taką radę.
Zatrzymałem się przy prospekcie Nawoj w jednym z nielicznych hoteli przyjmujących gości z zagranicy. Stąd już niedaleko do pozostałości starego, średniowiecznego Taszkentu, zmiecionego z powierzchni ziemi 25 kwietnia 1966 roku przez tragiczne trzęsienie ziemi. Hotel był ongiś jednym z lepszych w mieście i jest doskonałym przykładem tego, jak rozpada się dawne imperium sowieckie. Na początku lat dziewięćdziesiątych nowe władze Uzbekistanu w ramach prywatyzacji oddały hotel inwestorom z Indii, a potem bez zapowiedzi wprowadziły siedemdziesięcioprocentowy podatek od obrotu, krańcowo zmieniając warunki finansowe. Opłatę za nocleg trzeba uiścić w państwowym banku, oddalonym o kilka stacji metra, wpłacając ją na konto państwowe, a nie hotelowe. W sumie procedura opłacenia rachunku za jedną dobę zajmuje kilka godzin. Nie można zapłacić za tydzień z góry.
W samym hotelu trzeba bacznie uważać, żeby zastępy karaluchów nie przestawiły nocą łóżka i nie wyniosły z pokoju bagażu. Należy też zachować czujność, aby nie zostać przysypanym przez odpadający tynk. Właściciel długo i wstydliwie się tłumaczy, ale obecne drakońskie przepisy finansowe uniemożliwiają mu jakąkolwiek renowację:
- Praktycznie cały zysk zabiera mi władza. Nigdy nie widzę pieniędzy moich gości hotelowych.
- Dlaczego stąd nie wyjedziesz? - zastanawiam się na głos.
- Czemu stąd nie wyjadę? Dokąd?! W ten hotel zainwestowałem całe oszczędności mojej rodziny. Teraz jesteśmy nędzarzami.
Nastanie dnia obwieszcza gniewne kopanie w drzwi i krzyki. Nadeszła godzina szósta - zwana kontrolą pierwszą. Milicja nie próżnuje. Wszyscy mieszkańcy hotelu muszą udać się wraz z bagażami do lobby do milicyjnej kontroli i wyjaśnienia. Chyba nie chcę już dłużej napawać się urokami stolicy Uzbekistanu. Wyjeżdżam!
Swobodny wyjazd z miasta, które w czasach radzieckich było środkowoazjatycką metropolią, tętniącą życiem i pełną obcokrajowców, jest niemożliwy. Dworce autobusowe, ongiś w obrębie stolicy, zostały przeniesione na puste place poza granicami Taszkentu. Nawet przed kupnem biletu trzeba się wylegitymować. Ruch ludności jest w pełni kontrolowany. Taszkent wyznacza wzorce postępowania w całym państwie.
Elita rządząca w Uzbekistanie świadomie korzysta z sytuacji zagrożenia, eliminując przy okazji polityczną opozycję, umacnia władzę i łamie nagminnie prawa człowieka, posługując się hasłami walki z zagrożeniem terroryzmem islamskim.
Mija rok.
Już przez trzy lata z rzędu na przełomie lipca i sierpnia nazwa Batken z kirgiskiej części Doliny Fergany zostaje wymieniana w nagłówkach gazet. Oddziały Dżumanboja Chodżijewa z uporem prowadzą walkę o ustanowienie emiratu, tj. państwa islamskiego, w Dolinie Fergany. Tak przynajmniej tę walkę interpretują władze. Okolona górami Pamiru i sklecona z drewnianych domostw niewielka mieścina, której centrum stanowi Batkenski Dom Kultury, park i dwa bazary, składa się w głównej mierze z zabudowań garnizonowych. Granicę przedmieść leniwego miasteczka od strony gór wyznaczają okopy.
Z Eleną i Robertem rozmawiam w niewielkim studiu radiowym na obrzeżach Batkenu, skąd nadawany jest lokalny program Salaam, finansowany przez kirgiską Fundację na Rzecz Międzynarodowej Tolerancji. Topniejące w połowie lata śniegi na najwyższych przełęczach Pamiru na zachód od Piku Komunizma (7495 m n.p.m.) co roku zwiastują niepokoje. Z niedostępnej bazy górskiej położonej w Tadżykistanie, ośrodka szkoleniowego wspomaganego przez Osamę bin Ladena, do Batkenu przechodzą bojownicy islamscy. Przed nastaniem zimy wycofują się z powrotem w góry. W roku 2000 władze podawały oficjalnie, że w walkach zginęło kilkanaście osób. W Batkenie wszyscy wiedzą, że zabitych było prawie trzystu.
Zdaniem Eleny i Roberta zagrożeniem dla tutejszego spokoju są także przeróżne islamskie ruchy ekstremistyczne, które coraz częściej i skuteczniej wypełniają swoim religijnym przesłaniem odnowy społecznej ideologiczną pustkę, jaka zapanowała po rozpadzie imperium radzieckiego. Mimo sympatii dla nowych prądów, tutejsza ludność z niepokojem śledzi rozwój wydarzeń i ataki islamskich bojowników. Mało kto chciałby tutaj żyć w religijnym państwie, gdzie stosuje się prawo szariatu.
Wiszę na stopniach zapełnionego do granic możliwości ogurca, jak popularnie nazywa się pękaty autobus z jamnikowatym nosem. Jest to jedyna możliwość przedostania się do Tadżykistanu. Wcześniej przekraczam enklawy uzbeckie. Obecność obcokrajowca w tych odciętych od świata rejonach jest dla żołnierzy zdarzeniem niecodziennym. Częstują zieloną herbatą, wypytują o różne aspekty życia w Europie i nawet nie zauważają, że ważność mojej wizy upłynęła już rok temu. Po zaspokojeniu ciekawości zezwalają na odjazd autobusu.
Szlak do Duszanbe prowadzi przez górskie przełęcze i załomy historii. Na płaskowyżu w okręgu chodżenckim rozpościera się tadżyckie "morze". Tak nazywają mieszkańcy malownicze jezioro Kajrakum, sztuczny twór powstały przez spiętrzenie wód Syr-darii. Brzegi jeziora porastają winnice, plantacje bawełny i pola ryżowe, pośród których gdzieniegdzie wyrastają domki, ściągające nielicznych wczasowiczów z byłego ZSRR. W wodzie pod jaśniejącą pokrywą fal, lśniących złocistymi łuskami słońca, zamieszkują czarne węże, których śliską obecność można odczuć bezpośrednio, zanurzywszy się w cieplej wodzie. Sporadycznie - przy odrobinie szczęścia - można się otrzeć także o zielone, długie na półtora metra śliskie potwory, które płynąc wysuwają płaską, szeroką główkę ponad powierzchnię wody. Mimo to okoliczna ludność i turyści chętnie się tu kąpią - człowiek ma wybitne zdolności przystosowawcze.
Zaprzyjaźniony archeolog Erkin, prowadzący Muzeum archeologiczne starożytnej twierdzy Chodżent, opowiada mi o ostatnich odkryciach archeologicznych w Dolinie Fergany. Samo muzeum w Chodżencie od dawna przestało otrzymywać jakiekolwiek wsparcie finansowe od władz, a środki finansowe kustosz pozyskuje z datków i darów zagranicznych. Erkin mieszka w odbudowanej baszcie, której fundamenty pamiętają jeszcze czasy Aleksandrii Kresowej (Alexandreia Eschate).Obawiając się kolejnego powstania miejscowej ludności, w 329 roku p.n.e. Aleksander Macedoński kazał wybudować w zakolu Syr-darii cytadelę-garnizon, jako trzon miasta otoczonego murem o łącznej długości 10 kilometrów. Miasto-twierdza na północnej granicy imperium macedońskiego powstało w tempie błyskawicznym: podstawowe prace, w tym wzniesienie zrębów murów i postawienie domów, zajęły 17 dni! Obawy Aleksandra Macedońskiego przed atakiem koczowniczych Scytów (Siaków) na rubieżach państwa musiały być faktycznie ogromne.
Erkin musi pójść na uniwersytet na kilka najbliższych godzin. Zostaję zupełnie sam - zamknięty ze starożytnymi zbiorami w muzealnym skarbcu. Trzymam w ręku ciężki brązowy hełm scytyjski, ujmuję ponadmetrowej długości miecze żelazne ze zdobionymi rękojeściami i zaśniedziałe brązowe topory bojowe, zwane sagari. Na ruinach zburzonej twierdzy powstawały nowe. Tutaj w 1220 roku Timur Malik dowodził obroną miasta przed atakami pięćdziesięciotysięcznej armii Czyngis Khana. Potem miasto stało się częścią Kokandu, jednej z ówczesnych potęg środkowoazjatyckich, które usiłowała podbić imperialna Rosja. Po włączeniu Chodżentu do ZSRR przemianowano je na Leninabad, a na cześć wodza rewolucji postawiono największy w Azji Środkowej pomnik. W celu umocnienia władzy ludowej pozostałości średniowiecznych murów zrównano z ziemią, a na historycznym miejscu wzniesiono betonowy garnizon. W listopadzie 1998 roku na ulicach Chodżentu w trakcie walk między oddziałami watażki Mohammada Chudoberdiewa a siłami rządowymi zginęło, co najmniej dwustu mieszkańców.
Szczegółowe wskazówki Erkina, dotyczące usytuowania historycznych miejsc, są nieocenione. Przejeżdżam przez górskie obszary, na których w 329 roku p.n.e. wybuchło powstanie Sogdyjczyków przeciwko Aleksandrowi Macedońskiemu. Według greckich historyków, m.in. Arriana, Aleksander krwawo stłumił bunt, mordując 20 tysięcy mieszkańców. Podczas zaciętych walk sam imperator został ranny. Docieram do miasta Ura-Tiube. Nieopodal, na wzniesieniu ponad wyschniętym korytem rzeki można dostrzec ledwo wyraźny zarys glinianych murów cytadeli Kyropola (Kyreschata). Osiemnastotysięczna załoga miasta odpierała oblężenie Greków do czasu, aż brak wody zmusił ich do poddania się. Miasto zrównano z ziemią. Trzydzieści kilometrów dalej, nieopodal Szachristanu, rodzinnego miasta Erkina, na zachodnim brzegu rzeki Szachristan-saj na powierzchni 5 hektarów rozpościera się jedna ze znaczniejszych osad sogdyjskiego państwa Ustruszany. Niektórzy sądzą nawet, że był to Bundżykent, stolica państwa Ustruszany1. Wdrapuję się po stromym, skalistym zboczu na szczyt dwustopniowego wzgórza, gdzie między VI a VIII wiekiem znajdował się pałac królewski. Aż do czasu podboju arabskiego w łatach 712-713.
Stara kremowa wołga, rocznik 1974, której drzwi przymyka się, przywiązując sznurek do framugi okna, wspina się uparcie po stromych zboczach Gór Zarawszańskich na wysokość prawie 3500 metrów. Zatrzymujemy się na szczycie przełęczy, by uzupełnić wodę w chłodnicy: w lipcowym słońcu obaj z kierowcą zeskrobujemy ze zbocza brudny, szklisty śnieg. W dole piętrzą się szare, wzburzone wody rzeki Zarawszan.
Właściwy sogdyjski Bundżykent najprawdopodobniej znajdował się w odległości aż dwustu kilometrów od obecnego Szachristanu, półtora kilometra od dzisiejszego Pandżykentu, jakieś 60 kilometrów od Samarkandy. Tak też jest zaznaczany na mapach, a ludność zna go pod nazwą Kała-i Mug, tj, zamek na górze Mug. Tuż obok biegnie granica między Uzbekistanem a Tadżykistanem. Tam, gdzie rzeka Zarawszan łączy się z dopływem Kum, wyrasta zwalisty, osiemdziesięciometrowy żwirowy masyw, na którego szczycie rozciąga się prawie 20 hektarów zabudowań. W popołudniowym słońcu przechadzam się szerokimi na pięć metrów ulicami stolicy sogdyjskiego władcy Dewaszticza, znanego ze źródeł jako Diwasti.
W odkopanych po 1946 roku pomieszczeniach odkryto setki metrów kwadratowych fresków. Tylko niektóre z nich można oglądać w pandżykenckim Muzeum im. Rudakiego. Tak jak wszystkie najcenniejsze eksponaty, większość trafiła do St. Petersburga i można oglądać je w Ermitażu. Władze tadżyckie chętnie odzyskałyby te skarby, będące ich dziedzictwem kulturowym. Jeden z fresków (V-VI wiek), jakie można zobaczyć w Pandżykencie, ukazuje zoroastriański mit walki boga Ahury Mazdy z demonami, dewami Demonicznym zastępom przewodzi brodata, czteroręka postać, o zmierzwionych długich włosach spiętych w kok. W jednej dłoni dzierży trójząb, w drugiej topór-buławę, siedzi na rydwanie ciągnionym przez byka, a jej biodra osłania skóra. Wyobrażenie to bezpośrednio odwołuje się do przedstawień boga Śiwy, znanych doskonale z mitologii indyjskiej. Tradycje mitologiczne Persji i Indii są wspólne, z tą różnicą, że bogowie i demony zamienili się rolami. Na ziemi tadżyckiej mitologie splatają się w sposób niezwykły: inny fresk sogdyjski przedstawia wilczycę z dwoma ssącymi mleko szczeniętami - niewątpliwe echo rozpowszechnionego w folklorze tadżyckim mitu o królewskich potomkach wykarmionych przez wilczycę2.
Noc spędzam w typowym domu tadżyckim: pomieszczenia domowników okalają z czterech stron przestronne podwórze, pośrodku którego rozrasta się bujnie ogród, a z ulicy do wnętrza prowadzi ogromna, żelazna brama. W upalny lipcowy wieczór delektujemy się winem z okolicznych winnic. Iszuszbacht wraz z ojcem pielęgnują rodzinną tradycję kupiecką. Z przepastnych piwnic kryjących skarby wyłuskali wspaniały trunek czekający na specjalną okazję. Wino o miodoworubinowym kolorycie jest jeszcze starsze niż dwudziestosiedmioletnia wołga, która mnie tu przywiozła, a mocą dorównuje gruzińskiemu koniakowi. Gospodarze opowiadają historię swojej rodziny i snują marzenia, że jeszcze nadejdą czasy, kiedy starożytne miasta tadżyckie, Samarkanda i Buchara - odebrane przez Stalina i oddane Uzbekom - powrócą do macierzy. Przedzielenie granicą Tadżyków i oddanie dwóch najwspanialszych miast Azji Środkowej Uzbekom było stalinowską zemstą i odwetem za narodowowyzwoleńczy ruch opozycjonistów tadżyckich w latach dwudziestych i trzydziestych, tak zwanych basmaczi. Był to jedyny tak silny ruch zbrojny w Imperium Czerwieni, który przez lata stawiał zacięty opór, urągając radzieckiej władzy.
Zapytany o rodzinę Iszuszbacht odpowiada:
- Żona mieszka teraz z naszym rocznym synkiem u swoich rodziców w Samarkandzie. Tam jest bezpieczniej. Jeszcze nie tak dawno tutaj też strzelali. A poza tym skończyła ekonomię na uniwersytecie w Chodżencie i chce pracować. Gdy idzie do pracy, dzieckiem zajmują się teściowie. Tutaj w Pandżykencie pracy i tak nigdy by nie znalazła.
Czy Iszuszbacht często ją widuje?
- Samarkanda niby nie jest daleko. Raptem 60 kilometrów. Ale, od kiedy rok temu Uzbekistan wprowadził dla nas wizy, mogę ją praktycznie widywać raz na kilka miesięcy - Żeby móc się z nią zobaczyć, Iszuszbacht musi za każdym razem przebyć trzystukilometrową górską drogę do Duszanbe po uzbecką wizę.
O poranku także i ja podążam tą drogą do Duszanbe, by spotkać się z afgańskimi przyjaciółmi. Zanim ich odszukam w Duszanbe, zatrzymuję się w hotelu Wachsz, przy głównej ulicy Prospekt Rudaki. Kilka miesięcy wcześniej wyremontowano łososiowy dwupiętrowy budynek o bielonych okapach okiennych, usuwając z hotelowej fasady, pooranej seriami z broni maszynowej, ślady wojny domowej. Podczas wieloletniej wyniszczającej wojny domowej, która wybuchła w listopadzie 1992 roku, Wachsz stawał się kwaterą coraz to nowych oddziałów, które przejmowały kontrolę nad stolicą lub jej poszczególnymi dzielnicami, w tym islamskich partyzantów z Kuljabu.
Docieram do Abdula Waduda Kuddusiego, bratanka Ahmeda Szaha Masuda, pełniącego funkcję attache wojennego w ambasadzie afgańskiej w Duszanbe. Nie wydaje się ani trochę zaskoczony moim przybyciem. Wiadomość o mojej planowanej podróży zdążyła już do niego dotrzeć od wspólnego znajomego z Waszyngtonu, ambasadora rządu Islamskiego Państwa Afganistanu przy ONZ. Podając dłoń na przywitanie mówi:
- Assalaam aląjkum. Helikopter już czeka. Jeśli chcesz, możesz lecieć już dziś. Stryj jednak radzi, żebyś najpierw poleciał do Basarak, naszej wioski w Pandższirze. Do Hodża Bahauddin możesz polecieć w każdej chwili.
- A co z noclegami, przelotami itp.? - pytam. Abdul śmiejąc się odpowiada:
- O nic się nie martw. Wszystko załatwione. Stryj Ciebie zaprasza.
- A za przelot helikopterem... - zaczynam nieśmiało.
- No wiesz! - pada w odpowiedzi.
Duszanbe jest miastem swojskim, przytulnym, po którym chodzi się z przyjemnością. Pomimo skwaru nie czuje się temperatur dochodzących do 40 stopni w cieniu. Przestronne aleje ocieniają rozłożyste drzewa. Stopniowo zapada wieczór. Po Prospekcie Rudaki przechadzają się rodziny z dziećmi. Jeszcze o jedenastej wieczór na deptaku wokół fontanny przed różowawym budynkiem Ministerstwa Spraw Zagranicznych wre życie towarzyskie. Barwnemu tłumowi bacznie przygląda się z cokołu wielki posąg "Somoniego".
Założyciel dynastii Samanidów, Saman-chudat, żyjący w VIII wieku, o którym wiadomo tyle co nic, urósł w oczach Tadżyków do roli symbolu narodowego. Nie ma nawet pewności, czy pochodził ze współczesnego afgańskiego Balchu, a może z tadżyckiej Samarkandy lub uzbeckiego Termezu. Nie wiadomo też nic o jego synu. Jego czterej wnukowie za czasów kalifa Mamuna (813-833) zostali zarządcami czterech prowincji: Nuh otrzymał Samarkandę, Ahmed - Ferganę, Jajha - Szasz, a Iljas - Herat, położony na terenie północno-zachodniego Afganistanu. Odnosi się wrażenie, że w popularnym przekazie i szkolnym nauczaniu historii w Tadżykistanie okres rządów dynastii Samanidów w latach 819-992 zlał się w spójny okres panowania "Somoniego". W źródłach tadżyckich Saman-chudat nazywany jest Aleksandrem Somonim, czyli Aleksandrem Samanidzkim - niewątpliwie odniesienie do mocarstwowego charakteru sprawowania władzy na wzór Aleksandra Macedońskiego. Legendarny założyciel państwa Tadżyków, sprawiedliwy twórca prawa i miłosiernie panujący "Somoni" rok temu zajął miejsce na cokole między dwoma lwami, pod strzelistym lukiem zwieńczonym złotą koroną na głównym placu w Duszanbe. Zdetronizował on Abu al-Kasima Firdausiego (?934/941-1020), perskiego poetę epickiego, autora słynnego poematu Szahname, legendarnej kroniki obszarów Persji. Pod koniec 1991 roku Firdausi, uznawany przez Tadżyków za wieszcza narodowego, zastąpił na tym samym cokole Lenina. Fortuna cokołem się toczy.
Jeszcze jesienią poprzedniego roku ulice wyludniały się doszczętnie tuż po zmroku, a i za dnia ludzie poruszali się po mieście dość niepewnie: nadal w zbiorowej pamięci brzmiały echa wojny. Obecny spokój dowodzi względnego zaufania mieszkańców do trwałości pokoju, jaki umacnia się w Tadżykistanie po latach wojny domowej. Zrelaksowanej atmosfery nie zmąciły nawet odgłosy strzałów, dochodzących ze wschodnich przedmieść miasta. To oddziały Rachmona Sanginowa, alias "Hitlera", zbliżyły się do miasta. Jego ludzie chwilowo przejęli kontrolę nad obszarami położonymi na południe od Duszanbe aż po Kuljab oraz nad długimi odcinkami głównej drogi, prowadzącej z Duszanbe do Chorogu w Pamirze, miasta graniczącego z Afganistanem.
Banda Rachmona Sanginowa to pozostałość po pięcioletniej wojnie domowej. Wcześniej walczył on przeciwko oficjalnemu rządowi, wspieranemu po 1992 roku przez Rosję, choć z trudem można by przypisać mu motywację wyłącznie polityczną czy religijną. Wprawdzie byłoby mu wygodnie podpisywać się pod fundamentalistyczną ideologią islamską, lecz kierują nim raczej inne względy, a przede wszystkim niemożność zaakceptowania nowego układu politycznego i rządów Rachmonowa. Być może odgrywa tu też pewną rolę chęć zemsty i próba ucieczki przed sądową odpowiedzialnością za ponad 270 ciążących na nim morderstw i kilkaset innych ciężkich przestępstw popełnionych przez niego lub przy jego bezpośrednim współudziale w ciągu ostatnich pięciu lat. Odpowiedzialny jest on m.in. za szereg akcji terrorystycznych, w tym porwanie dla okupu w połowie czerwca bieżącego roku piętnastu działaczy międzynarodowych organizacji pozarządowych, niosących pomoc humanitarną, i sześciu pracowników ochrony. Do tej pory stał na czele najliczniejszego ugrupowania terrorystycznego w Tadżykistanie, od lat naruszając spokój w kraju, pomimo oficjalnego zawarcia układu pokojowego w 1997 roku. Ostatnie ostrzały Duszanbe są jego buńczuczną odpowiedzią na działania władz, podjęte przed niespełna tygodniem, 12 lipca 2001 roku, a zmierzające do rozbicia jego organizacji zbrojnej.
Nazajutrz gotuję się do wyjścia, gdy jutrzenka nie zdążyła jeszcze uprzątnąć mroków nocy z miejskich ulic. Samochód do granicznego Farchoru już czeka. Jest to najpośledniejszy, zdezelowany żiguli, żadnym wgnieceniem i zadrapaniem nieodbiegający od lokalnych wzorców. Nie będzie przyciągał niczyjej uwagi po drodze. Pierwszy odcinek asfaltowej, dwupasmowej drogi jest całkiem przyzwoity. Tylko niekiedy trzeba ostrożnie omijać wielkie kratery pośrodku szosy. Jednak już wkrótce kierowca zaczyna niespokojnie rozpytywać miejscowych wieśniaków o sytuację na drodze i o możliwość bezpiecznego przejazdu.
Od tej pory jedziemy już wyłącznie po pylistych wiejskich drogach, przejeżdżając raz po raz przez prywatne obejścia i zagrody, z dala od uczęszczanych szlaków, żeby nie natknąć się przypadkiem na bojowników Rachmona Sanginowa, włóczących się po okolicy. Na tych właśnie terenach specjalne siły rządowe tropią jego oddziały. Nie bez powodzenia. Za kilka dni, 22 lipca, grupa dowodzona przez Mansura Muakkalowa, najbliższego przyjaciela "Hitlera", zostanie rozbita, a on sam zabity. Taki też los spotka wkrótce samego Rachmona Sanginowa, kiedy 17 sierpnia w osadzie Dechibaland, położonej 70 kilometrów na wschód od Duszanbe, stanie on twarzą w twarz z tadżyckimi wojskami rządowymi. Wraz z nim zginie 60 terrorystów, a 80 dostanie się do niewoli. Rozbicie ugrupowania Rachmona Sanginowa stanowi niewątpliwie kolejny istotny krok na drodze do zakończenia wojny domowej, lecz nie jej zakończenie. Na scenie wojennej pozostają aktywiści różnych islamskich ugrupowań, których celem jest utworzenie w Kotlinie Fergańskiej separatystycznej republiki islamskiej.
Rządy Tadżykistanu i Uzbekistanu do organizacji terrorystycznych zaliczają ugrupowanie Hizb ut-Tahrir, czyli Partię Oczyszczenia, która pól roku temu liczyła w Tadżykistanie 5-7 tysięcy aktywistów. Teraz - dzięki amerykańskim akcjom militarnym, które spolaryzowały świat, oraz własnej aktywności - ma zapewne dużo więcej zwolenników.
Program polityczny Hizb ut-Tahrir kładzie nacisk na pokojową realizację własnych zamierzeń, na działalność filantropijną i humanitarną. Jak podkreśla Stanisław Zapaśnik, "w rzeczywistości partia ta nie używa przemocy. Pomaga za to chorym, sierotom, wdowom, zastępując w tym państwo, które wyrzekło się obowiązków socjalnych. Popularność Hizb ut-Tahrir stanowi zagrożenie dla rządu, który zwalczają pod pretekstem walki z islamskim fundamentalizmem"3. Tak jest też faktycznie odbierana przez wielu mieszkańców, którzy nie mają się do kogo zwrócić o pomoc w najprostszych nawet sprawach bytowych.
Utworzona w latach pięćdziesiątych w Jordanii przez Palestyńczyków, partia Hizb ut-Tahrir pojawiła się na politycznej arenie Republiki Tadżykistanu w 1998 roku. W żadnym z krajów, w których prowadziła działalność (Egipt, Algieria, Syria itd.), nie zdobyła takiej popularności jak w Tadżykistanie, a nieco wcześniej w Uzbekistanie. Nieodmiennie wszędzie była zresztą delegalizowana, jako ruch ekstremistyczny.
Jej głównym dążeniem jest wprowadzenie na całym świecie kalifatu, przy czym za grzeszne (kufra) uznaje nie tylko rządy świeckie, ale nawet islamskie w takich krajach jak Iran i Arabia Saudyjska. Cele swoje partia realizuje w praktyce, głosząc ideę bezwarunkowego wypełniania nakazów islamu (czichodi fikri).W dążeniu do przejęcia władzy dopuszcza także użycie przemocy, jeśli środki pokojowe okażą się niewystarczające. Niektórzy tadżyccy obserwatorzy zauważają, że "działalność Hizb ut-Tahrir jest zgubna nie tylko dla Tadżykistanu, gdzie osiągnięty został kruchy pokój, lecz i dla całego regionu"4.
O lawinowo rosnącej popularności partii Hizb ut-Tahrir świadczy fakt, że z powodzeniem podjęła niedawno działalność w Kirgistanie. Ocena tego typu organizacji jest trudna i niejednoznaczna. Z całą pewnością zawierają one potencjał, który w sprzyjających warunkach, w sytuacji braku równowagi politycznej i przy niekorzystnym układzie gospodarczym może okazać się szalenie niebezpieczny.
Z drugiej strony jest niezbitym faktem, że rządy takich krajów jak Uzbekistan wykorzystują hasło fundamentalizmu islamskiego do zwalczania wszelkich form opozycji politycznej i łamania praw człowieka. Oficjalnie w Uzbekistanie aż siedem tysięcy osób skazanych za przekonania religijne odbywa wyroki. Opozycja utrzymuje, że ponad 100 tysięcy osób przetrzymuje się w aresztach bez orzeczenia sądu! Uzbekistan regularnie wymieniany jest na liście państw najczęściej oskarżanych o łamanie praw człowieka. Władze tego kraju są krytykowane także z uwagi na tragiczną sytuację w więzieniach, przepełnienie cel, notoryczne stosowanie tortur czy fabrykowanie dowodów, np. przez podsuwanie narkotyków, jako podstawy do osadzenia w więzieniu lub formy politycznego szantażu. Na porządku dziennym są zgony w celi więziennej5.
Nawet, jeśli władze Uzbekistanu ogłaszają amnestię, nie obejmuje ona osób skazanych za przekonania, co w oficjalnym żargonie nazywa się "islamskim ekstremizmem". Na przykład 28 sierpnia 2000 roku Karimow ułaskawił 10 tysięcy więźniów skazanych za przestępstwa pospolite, lecz do tej pory przetrzymuje się w więzieniach około 2 tysięcy osób powiązanych z partią Hizb ut-Tahrir.
Uzbekistan nie jest wyjątkiem. Także w takich krajach jak Turkmenistan łamanie praw człowieka jest na porządku dziennym. Obowiązuje tam całkowity zakaz działalności partii i stowarzyszeń odwołujących się do założeń islamu, zakazano wjazdu islamskim obcokrajowcom propagującym islam. Pod pretekstem walki z fundamentalizmem całkowicie zdławiono opozycję. Zamknięto także granicę dla afgańskich Turkmenów szukających tu azylu.
Po ponad sześciu godzinach docieram na miejsce. Zazwyczaj podróż trwa o połowę krócej. Na peryferiach mieściny Farchor nieopodal granicy z Afganistanem znajduje się niewielkie lotnisko, udostępnione helikopterom demokratycznej opozycji afgańskiej przez 201. Zmechanizowaną Dywizję Piechoty WNP. Okala je rozsypujący się druciany płot, a na obrzeżu stoi piętrowy barak, przeznaczony dla żołnierzy WNP, i parę afgańskich namiotów. Przy bramie wjazdowej nieufnie stąpa gigantyczny wyrwidąb i niebezpiecznie zbliża się coraz bardziej do mnie. Karabin maszynowy wymierzony w moją klatkę piersiową wydaje się w tej sytuacji tym bardziej zbędnym dodatkiem.
Z oczyma wzniesionymi ku niebu, a czołem na wysokości jego klatki piersiowej pośpiesznie wyjaśniam, kim jestem, i pytam o pułkownika Dżanchana, sprawującego pieczę nad afgańskimi helikopterami na tym lotnisku. Na końskiej twarzy z wysuniętą dolną szczęką pojawia się uśmiech: zapewne rzadki przebłysk zrozumienia na jego obliczu. Wielkolud wysuwa ramię na powitanie, a moja dłoń zapada w przepastne otchłanie jego ręki, niczym w imadło. Stalowy ucisk się zamyka.
- Pułkownik Dżanchan jest tam - wskazuje na pobielone ściany świeżo wzniesionych parterowych pomieszczeń dla bojowników afgańskich z ochrony lotniska. Nie rozluźniając uścisku, prowadzi mnie we właściwym kierunku. Jego jeden krok to trzy moje. Podążam za nim w bezładnym truchcie.
- Assalaam aląjkum! Jak minęła droga? Abdul dzwonił do mnie wieczorem. Mówił że będziesz około dziewiątej. Teraz jest już 13.30. Stało się coś? Nie miałeś problemów po drodze? Teraz jest tu niespokojnie - Pułkownik Dżanchan wychodzi na powitanie i zasypuje mnie gradem pytań, a gestem dłoni zaprasza serdecznie do środka.
Trafiłem akurat na porę obiadu. Dowódca je razem z szeregowymi żołnierzami, siedząc po turecku na podłodze. Ten egalitaryzm, przejawiający się we wspólnym spożywaniu posiłków i dzieleniu trudów wojny, jest charakterystyczny dla Afganistanu, o czym przekonam się jeszcze wielokrotnie. Choć Tadżykistan jest najbiedniejszym krajem z dawnych republik radzieckich, a od dwóch lat grozi mu klęska głodu, to i tak strawa, jaką się posilamy, stanowi wyborną ucztę. Tutaj, w Tadżykistanie południowym dużo łatwiej o zaopatrzenie w żywność niż w samym Afganistanie.
Obecność gościa powoduje, że na obrusie rozpostartym na podłodze pojawiają się cenne wiktuały, trzymane na specjalne okazje. Podstawowym składnikiem posiłku jest płaski chleb (nan) grubości palca, karbowany wzdłuż, ułożony warstwami na rozpostartym płótnie. Dżanchan bierze do ręki chleb, rwie go na duże kawałki i rozkłada po całym stole, symbolicznie dzieląc się posiłkiem z pozostałymi, siedzącymi w czworoboku. Podłużne chlebowe plastry pochodzą ze specjalnego pieca zwanego tandur, jakże popularnego w całej Azji Środkowej i w Indiach. Ogromną glinianą czaszę zagrzebuje się w ziemi, a węgiel drzewny umieszcza na spodzie. Piekarz szybkim ruchem ręki wrzuca do środka pieca rozwałkowane ciasto, które samo przylega do ścianki. Po kształcie chleba, jego karbowaniach i mące można rozpoznać grupę etniczną. Chleb można jeść sam, maczać kęsy w baranim bulionie (szorwa) lub w ściętym, zawiesistym jogurcie (mast), który daje się wręcz kroić na płaty nożem. Sam jogurt można też dodać do ryżu.
Dwie wielkie michy kryją pilaw, przygotowany z ryżu doprawionego na żółto szafranem, rodzynkami i orzeszkami pistacjowymi, z drobno poszatkowaną, gotowaną marchewką (zardak), z dodatkiem innych gotowanych warzyw (kormah), w tym groszku (maszong), ziemniaków (kaczalu), dyni (kadu) i rzepy (szalgham), przygotowanych, jako curry. Tak wystawny pilaw zwie się kabli. Podaje się go jako wyraz szacunku. W trzeciej misce kryje się smakowita pieczeń barania, polana lekko pikantnym sosem. Z reguły kawałki gotowanego mięsa są już zagrzebane w zwykłym, sypkim ryżu, bez dodatków. Ta skromniejsza wersja pilawu zwie się czilaw.
Na osobnym wielkim talerzu ułożone są kawałki pieczonego kurczaka. Przed nami na mniejszych talerzach spoczywają plasterki pomidorów (bondżan-i-rumi), ogórków i cebuli, posypane pieprzem i polane ostrym jogurtem. Na osobnym półmisku przygotowano badrang, posiekane ogórki zmieszane ze zsiadłym mlekiem, przyprawione pieprzem. Z półmisków spływają dorodne winne grona, żółte jabłka o zarumienionych licach i zniewalające, soczyste plastry arbuza. Popijamy zieloną herbatą.
Jemy prawą ręką, choć przyniesiono łyżki, na wypadek, gdyby były komuś potrzebne. To mnie miano zapewne na myśli. Koniuszkami palców formuje się kęs, a kciuk nadaje grudce właściwy kierunek. Palców się nie oblizuje. Gdy ryż jest sypki, za spoiwo służy sos z warzyw a la curry (kormah), tłuszcz barani albo płynne masło, zwane roghan-i-zard lub ghi. Tutaj każdy sam nakłada na osobny talerz, choć w samym Afganistanie z reguły cała grupa biesiadników je rękoma posiłek z tej samej miski, a do jogurtu służy wszystkim jedna wspólna łyżka.
Lewej ręki nie używa się przy posiłku. Służy ona do innych, bardziej przyziemnych celów, przede wszystkim toaletowych. Tradycyjnie używa się do nich grud ziemi lub wysuszonej gliny, a tylko bogatsi i zepsuci kontaktem ze światem zachodnim korzystają z papieru toaletowego. Nie ma zwyczaju korzystać z wody do toaletowych ablucji, na wzór Persów w Iranie czy Hindusów.
Podobnie jak w całej Azji Środkowej, także tutaj szalenie popularne są szaszłyki, zwane kabab. Kostki baraniny nadziewa się na drewniane lub metalowe pręty na przemian z grudami baraniego sadła i krążkami cebuli, całość posypuje się rozmaitymi ziołami, z przewagą ostrej papryki i opieka na ruszcie nad żarzącymi się grudkami węgla drzewnego, ułożonymi w metalowych rynienkach. Przy każdej bazarowej alejce na wsi afgańskiej można zobaczyć charakterystycznych sprzedawców kababu stojących za małym, przenośnym i straszliwie dymiącym rusztem, i energicznie go wachlujących, by rozpalić węgle. W rejonach górskich można natrafić na gotowane na parze pierożki z nadzieniem mięsnym (zazwyczaj jest to baranina), zwane mantu. Rodem z Tybetu, o różnej wielkości - zrobiły ogromną karierę i stały się popularnym daniem nie tylko w Afganistanie, ale w także w Kirgistanie, Uzbekistanie, wschodnim Turkiestanie, kontrolowanym przez Chiny, Mongolii czy w Nepalu.
To, czego z pewnością nie uświadczy się na afgańskim stole, to wieprzowina, zakazana przez islam. Drugim tabu, choć nie tak skrupulatnie przestrzeganym przez bogatszych Afgańczyków, wychowanych na wzorcach zachodnich, jest alkohol. Kilka dni później usiądę wieczorem na ganku skromnego, glinianego domu nad brzegiem rwącej rzeki w Dolinie Pandższiru, rozparty w plastykowym foteliku w towarzystwie przyjaciela i lampy naftowej. Nazir, urodzony i wychowany w Kabulu, mówiący płynnie po angielsku, zapyta mnie odruchowym szeptem - mimo że w promieniu paruset metrów nie ma nikogo - czy przywiozłem może butelkę whisky?... Choćby pół litra tadżyckiej wódki z Duszanbe?...
Przy wspólnym posiłku zaznajamiam się tymczasem z ubranymi w czarne, lśniące, skórzane kamizelki (waskat) dwoma pilotami mojego helikoptera, przy których Schwarzeneger poczułby się nieswojo. Dopijamy herbatę. Służący wynoszą naczynia, a następnie zwijają w rulon duży obrus z grubej, silnej materii wraz z resztkami jedzenia, okruchami chleba i kostkami kurczaka i wynoszą na zewnątrz. Właśnie, dlatego za obrus służy z reguły po prostu trwała cerata lub cienkie linoleum.
Udajemy się w stronę helikoptera. Piloci są już w kabinie. Khuda hafiz! - żegnam się pułkownikiem Dżanchanem i pozostałymi żołnierzami. Z wartowni przychodzi się pożegnać wyrwidąb. Gdy znajdę się w brzuchu stalowej ważki MI-17 i ruszą jej rotory, wzbijając pył i suche źdźbła trawy, wielkolud, jako jedyny pozostanie na płycie lotniska i będzie mi machał wielką jak bochen prawą dłonią, krzycząc: Khuda hafiz!
W kilka sekund wielkolud zmalał niepomiernie.
W helikopterowym wnętrzu oprócz mnie są tylko dwa kartony: jeden ze strzykawkami, drugi ze środkami opatrunkowymi. Jeden helikopter transportowy już zdążył dziś odlecieć, zabierając to, co niezbędne. Drugi miał czekać na polecenie Masuda na mnie, aż do skutku.
Jak na ironię losu, niektóre ze starszych helikopterów (MI-8) z floty powietrznej mudżahedinów pamiętają czasy, kiedy były wykorzystywane przez wojska radzieckie przeciwko mudżahedinom, co potwierdza później w rozmowie gen. Bismillah Khan, dowódca frontu kabulskiego.
W parę minut po starcie przekraczamy rozlewiska Amu-darii, zwanej w tym odcinku przez Tadżyków rzeką Pjandż, a przez Afgańczyków Ab-i-Pandża.
To jest ta sama rzeka, która dwieście kilometrów dalej na zachód stała się śmiertelną zaporą dla wojsk Aleksandra Macedońskiego. Płynie ona wzdłuż tej samej pustyni: tutaj zwanej Kunduz (od dopływu rzecznego i miasta o tej samej nazwie), a tam - Balch. Dla Greków był to Oksus, okalający pustynne obszary Baktrii. Późną wiosną 329 roku lato było szczególnie upalne. Tak przynajmniej sądzili najeźdźcy, choć lata po prostu bywają tu gorące. Wojska maszerowały przez pustynne piaski wyłącznie nocą, chroniąc się przed słonecznym żarem i temperaturami. Najstraszliwszy był brak wody. Z jakąż radością helleńskie zastępy stanęły nad brzegiem Oksusu - tam, gdzie obecnie na granicy Afganistanu z Turkmenistanem znajduje się wioska Islamhoza.
Żołnierze pili wodę bez opamiętania. Niestety, woda z tutejszych rzek nie nadaje się do picia. Wody Oksusu zebrały większe żniwo śmiertelne, niż liczba greckich i macedońskich wojowników poległych w zwycięskich bitwach! Dostępność wody pitnej niewiele się poprawiła w ciągu 2300 lat.
Stosunkowo płytkie wodne nitki Amu-darii, o szerokości od metra od kilkunastu, plotą leniwie na piaszczystych pustkowiach misterny warkocz rozlewisk o łącznej szerokości dochodzącej do dwudziestu kilometrów. Tutaj, na ruchomych piaskach unoszonych przez wezbrane wody, przebiega granica między Tadżykistanem a Afganistanem. Po kilku kilometrach od rzecznych nitek połyskujących w słońcu odchodzą geometryczne kanały nawadniające, niosące życiodajną wodę ryżowym poletkom, zieleniejącym aż po horyzont. Przelatujemy nad niewielką wsią, na którą składa się kilka karłowatych domów, wzniesionych z gliny, o płaskich dachach, które zlewają się z pustynnym otoczeniem. Można by pomyśleć, że to wody rzeki wylały pewnej nocy nieco dalej na południe i wyżłobiły w ziemi jamy i bruzdy, które wysuszyła poranna rozpalona tarcza słońca, tworząc ludzką osadę. Tak oto człowiek powstał z gliny wraz ze swym domem. To wioska Hodża Bahauddin, tymczasowa kwatera Masuda, obrana ze względu na bliskość wody, pól ryżowych i Tadżykistanu, skąd płynie zaopatrzenie. Strategiczne położenie osady jest dobrze przemyślane. Trzydzieści parę kilometrów dzieli ją od linii frontu, więc w ciągu trzech godzin można znaleźć się w centrum walk. Jednocześnie położona jest w niecce między dwiema odnogami rzecznymi, co chroni ją przed ewentualnym bezpośrednim ostrzałem artyleryjskim. Stąd otwiera się droga odwodu albo do Tadżykistanu, albo dalej na zachód, w głąb Badakszanu, w nieprzebyte wąwozy Hindukuszu i Pamiru. Jedyny mankament stanowi suche powietrze, spiekota i żar, które tak bardzo doskwierały armii Aleksandra Macedońskiego. Jeszcze kilka lat temu Hodża Bahauddin była nieliczącą się osadą, której kartografom nie chciało się nawet nanosić na mapy.
Obniżamy lot i jeden z pilotów wskazuje palcem na cztery płaskie dachy baraków: tu mieszka sam Masud. Jednak za radą Masuda lecimy dalej na południe, do wioski Szahr-i-Basarak, w dolinie rzeki Pandższir, gdzie spędził dzieciństwo. Przez około 350 kilometrów unosimy się nad posępnymi, nagimi szczytami Hindukuszu, które okrywa łupek, ostre kamienie i wieczny śnieg, uciskający nieprzyjazną litą skałę. Lecimy tak nisko nad górami, że czasem zdaje się, że dłonią - wysuniętą przez otwarty luk w brzuchu helikoptera - mogę dotknąć głazów i lodowej tafli skuwającej krawędzie granatowo-szafirowych kałuż ze stopniałego śniegu. Centralny Hindukusz wznosi się na wysokość ponad 5000 metrów, z najwyższym szczytem Szah Foladi (5140 m) w paśmie Koh-i-Baba. Góry niezauważalnie wznoszą się ku wschodowi, aż osiągną pułap 7845 m n.p.m. Dopiero za kilka tygodni zobaczę Naoszak, najwyższy szczyt w Afganistanie, piętrzący się nad górską ścieżyną przy granicy z Pakistanem w tzw. Korytarzu Wachańskim. W dole jedna z setek kotlin, niczym szczególnym się niewyróżniająca, a za nią ciągną się podobne, posępne szczyty. Ale ten odgraniczony jedynie słowem od Hindukuszu pas gór, rozciągający się dalej na północ, przybysze nazwali już inaczej: Pamir. Język wyrywa z ciągłej rzeczywistości fragmenty, jako osobne byty, nadając im osobne nazwy, jako granice rzeczy.
Zwyczajowo nazwę Hindukusz tłumaczy się w źródłach, jako "Zabójca Hindusów", na przypomnienie mrocznego losu najeźdźców z Indii lub też tragicznej doli niewolników wysyłanych na targi w Azji Środkowej. Świadomość tego domniemanego, acz tylko prawdopodobnego tła historycznego zdaje się nieobecna wśród samych Afgańczyków. Najczęściej powtarzaną przez moich rozmówców interpretacją jest nazwa "wodne zbocza", która miałaby się wywodzić od awestańskiego hindu, odpowiednika wedyjskiego sindhu, "wody: rzeka" (stąd nazwa rzeki Indus), a forma kusz odwoływałaby się do koh, "zbocze, góra"6. Taka etymologia staje się zrozumiała, kiedy się spojrzy na strome, zwaliste zbocza górskie, wręcz pionowo opadające w poszarpane doliny, na dnie, których srebrzą się niewielkie górskie potoki. Woda z tych strumieni nigdy nie trafi do żadnego oceanu. Miliony hektolitrów wody spływającej corocznie z gór pochłoną bezlitosne, wysuszone i żądne wilgoci pustynie, które zewsząd okalają Afganistan. Piach wysysa doszczętnie nawet mocarne wodne bliźniaczki Syr-darię i Amu-darię. Tymczasem górskie strumienie niosą życie niewielkim tarasom upraw na ziemi wydartej skałom. Wciśnięte między kamienisty brzeg rwącego strumienia a niemalże pionowe górskie zbocza, wspinają się poletka pszenicy, jęczmienia lub kukurydzy - na niższych wysokościach, w części północnej - także ryżu.
Góry Hindukuszu zabijały od zawsze. Nie tylko zresztą Hindusów. Przelatuję paręset metrów nad przełęczą Khawak (Kotal-i-Khawak, 35°40' N. 69°47' E), położoną na wysokości 3848 m n.p.m. Bynajmniej nie jest to najwyższa z przełęczy. Jej niezwykłość wyjaśniają karty historii. Zanim greko-macedońskie zastępy Aleksandra Wielkiego dotarły z okolic Kabulu do rzeki Oksus, musiały się wpierw przez nią przedrzeć zimą. Żołnierze, oślepieni śniegiem, umierali z mrozu i głodu. Łupem wygłodniałej armii padały owce i muły, częstokroć zjadane na surowo z braku ognia. W pokarm obracały się także górskie porosty o ostrym zapachu, zwane przez Greków silphion. Marszruty, jakimi przemieszczają się ludzie, zdają się nie zmieniać od dwóch tysięcy lat.
W pobliżu Kabulu helikopter zniża lot i kluczy między szczytami. Piloci wyjaśniają: teoretycznie istnieje taka możliwość, że talibański MIG-21 będzie usiłował zestrzelić jeden z kilkunastu starych helikopterów MI-8 i nieco nowszych MI-17 Sojuszu Północnego.
- A kiedy to się zdarzyło ostatni raz? - pytam.
Wzruszenie ramion i przepraszający uśmiech wskazują, że aż tak daleko nie sięgają pamięcią.
W obłokach pyłu stalowa ważka siada na trawiastej równinie wzniesionej kilka metrów ponad rzeką Pandższir, u podnóża stromego zbocza, obok dwóch z pięciu posiadanych przez armię Sojuszu Północnego bojowych helikopterów MI-35. Na ziemi czeka już na mnie z krótkofalówką Aziz Ahmed Nurzad, sekretarz MSZ.
Niezwykła dolina wije się uskokami na wysokości 2500-3500 m wśród paleozoicznych skał. Aby znaleźć się na wysokości Kabulu, trzeba z poziomu Doliny Pandższiru zejść, co najmniej kilometr poniżej. A to wciąż 1800 m n.p.m.!
W ciągu milionów lat krystaliczne masywy skalne rozplatała wartka rzeka Pandższir mająca 320-kilometrów długości sama zanikła i bezpowrotnie uwolniła swe wzburzone wody w rzece Kabul. Niekiedy jej gniew na mgnienie poskramia wielki blok skalny tarasujący koryto. Przed nim tworzą się głębsze niecki, wypełnione trochę spokojniejszymi wodami. Jeszcze przed chwilą były one lodem i śniegiem na wysokości 5 tysięcy metrów.
Brudni i nieco zmęczeni po parogodzinnej konnej przejażdżce po dolinie siadamy z Nazirem na nadbrzeżnych głazach przy takim rozlewisku. Nieco cienia użycza przekrzywione drzewo oliwne z żółknącymi od upału liśćmi. Nazir rzuca pomysł:
- Masz ochotę popływać?
- Zwariowałeś! - pytam niepewnie - Czy aby jesteś całkowicie pewien, że tu da się pływać?
- No pewnie. Nie widziałeś tutaj wczoraj chłopaków z wioski?! - odpowiada.
No to idziemy. Ostre krawędzie łupków powodują, że trzeba z niezwykłą ostrożnością stawiać każdy krok. Pod względem temperatury woda stanowi przeciwieństwo rozgrzanych kamieni na brzegu i jedynie szybkie ruchy w wodzie powodują, że wodny chłód nie zaciska się boleśnie na kościach i mięśniach. Obserwator stojący na brzegu nawet by nie przypuszczał, że prąd może być aż tak wartki. Parę ruchów ramion i zbliżam się do brzegu rozlewiska, gdzie palcami stóp wyczuwam już ostre kamienie na dnie. Pod powierzchnią wrze. Chwila nieuwagi i prąd rzeki dosłownie wysysa mnie z niecki. Pomimo gwałtownych zmagań z żywiołem, w ciągu kilku sekund znajduję się kilkanaście metrów poniżej, sponiewierany przez fale i przewleczony po kamienistym dnie rzeki. Powrót pod prąd jest niemożliwy. Kilka metrów dalej są już skalne porohy, po których zajadle opada spieniona woda. Tu, gdzie wyrzucił mnie prąd, wyjścia na bardzo stromy brzeg bronią kolczaste krzaki sięgające do uda i mniejsze, szarozielone porosty nie dorastające nawet do łydek, ale za to z twardymi igłami zamiast liści. Wspinam się boso po zboczu. Dobiega Nazir.
- Wszystko w porządku?
- Tak.
- Idziemy pływać?
- No pewnie! - odpowiadam.
Wysokość względna w dolinie dochodzi często do 2000 m. Wszędzie piętrzą się nagie, ascetyczne zbocza. Góry spływają w bezdrzewne doliny kilkusetmetrowymi żlebami. Z rzadka spod kamieni, gdzie ukrywają się jeszcze resztki śniegowej wilgoci, wyzierają spłowiałe czupryny trawiastych kęp lub wiechcie łamliwych porostów, które dzieci znoszą na opał ze stromych zboczy. Kilka wiechci, przewiązanych sznurkiem, może służyć także za miotłę w domowym gospodarstwie. Niemożliwością zda się wdrapanie się po stromych piargach. Łupki osuwają się przy lada okazji, a z pozoru stabilniejsze skały o postrzępionych krawędziach odłupują się same, gdy tylko się na nich stanie. A jednak gdzieniegdzie widać snujące się w poprzek piargowych zboczy ścieżynki wydeptane przez owce, pędzone dwa razy do roku przez pasterzy. Tędy gnane są owce z okolic między afgańskim Dżalalabadem i pakistańskim Peszawarem na letnie hale w Badakszanie na północy. Żadne granice państwowe nie stanowią dla nich zapory. Ścieżkami wzdłuż zboczy, wśród skał, z których zsunąłby się człowiek, z niezwykłym wyczuciem stąpają konie.
Surowy nastrój nagich skał cechuje niemal wszystkie doliny Hindukuszu. Ale źródła historyczne wskazują, że w czasach inwazji greko-macedońskiej aż do najazdu Mongołów w XIII wieku, Dolina Pandższiru była stosunkowo gęsto zalesiona. Człowiek regularnie wycinał lasy na opał i przeistaczał ich kruchość w żar pieców, w których przetapiano rudy żelaza, miedzi czy srebra. W końcu pozostał sam wśród nagich, nieczułych skał. Zanik lasów wywarł dodatkowy negatywny wpływ na tutejszy mikroklimat, wzmagając erozję. Trochę drzew przetrwało jedynie w Dolinie Nuristanu, trzy dni jazdy konno przez góry na zachód. W rejonach niemalże bezludnych w ciągu paru stuleci, dysponując tylko ogniem i żelazem, człowiek dokonał nieodwracalnych ekologicznych zniszczeń.
Jak bardzo rozwinął się zmysł technologiczny człowieka od tamtych czasów! Gdy przed rokiem po stopniach wspiąłem się na najwyższy taras Persepolis, olśniewającej stolicy Persji, moim oczom ukazały się piaski, które ciągnęły się aż po horyzont. Tylko szaleńcy budują metropolię pośrodku pustyni - można by pomyśleć. Kiedy jednak Dariusz I zwany Wielkim rozpoczął około 512 roku budowę stolicy, była to ziemia stosunkowo żyzna i dobrze nawodniona.
Tak, tylko szaleńcy mogą roić sny o podboju Afganistanu, przychodzi na myśl, gdy przemierzy się górską drogę nad rzeką Pandższir. Zamiast słupków odległość odmierzają rozpłatane kadłuby czołgów, wozów opancerzonych i samochodów transportowych, rdzewiejące, co 30-50 metrów. To widomy znak, że przez dziesięć lat zaciekłych walk wojskom radzieckim nie udało się wtargnąć w te rejony. Im dalej od Kabulu, tym mniej wraków, a po kilkudziesięciu kilometrach zanikają one całkowicie. Wieśniacy wskazują palcem nekropolię rdzawych wraków. Opowiadają, jak to w 1986, a może 1987 roku, całkowicie rozbito w tym miejscu kolumnę zaopatrzeniową składającą się z ponad czterdziestu ciężarówek i wozów opancerzonych. Przez następnych kilkanaście miesięcy wieśniacy karmili się rosyjskimi konserwami.
Góry Hindukuszu są twierdzą nie do zdobycia. Ten wyczyn nie udał się ani Aleksandrowi Macedońskiemu, ani Brytyjczykom, którzy w XIX i XX wieku ponosili sromotne klęski w trzech wojnach.
Tam, gdzie wąwóz wyżłobiony przez rzekę Pandższir rozwiera masywne kamienne ramiona, by ogarnąć nimi otwartą przestrzeń, rozciąga się równina Szemali. Do przedmieść Kabulu w linii poprowadzonej wprost na południe byłoby stąd około 40 kilometrów. Do najbardziej wysuniętej pozycji na linii frontu pozostało jeszcze jakieś 20-30 kilometrów. U wrót do Pandższirowej twierdzy w wiosce Dżamalagh, a właściwie ze dwa-trzy kilometry dalej już na przedmieściach dzisiejszego Czarikaru, znajduje się kwatera główna generała Bismillaha Khana, głównodowodzącego siłami frontu kabulskiego.
Przede mną siedzi oto barczysty mężczyzna z przystrzyżoną kruczoczarną brodą, ubrany na biało w długą powiewną bawełnianą koszulę, sięgającą do kolan, i luźne spodnie. Jest to strój zwany słowem zapożyczonym z hindi: pajdżama. Lokalnie nazywa się go w Hindukuszu także payran tomban. Siedzimy pośrodku bujnego kwietnego ogrodu, w cieniu altany porośniętej winną latoroślą. Między mną a Bismillahem Khanem stoi stół zastawiony wiktuałami, na półmiskach spoczywają winogrona, o soku tak słodkim, że zlepia usta. Nożami obieramy dorodne jabłka z sadu gospodarza i kroimy je na drobne kęsy - jest to charakterystyczny sposób jedzenia tych owoców, spotykany na każdym kroku.
Spędzamy kilka godzin na rozmowach, zanim wieczorem Bismilllah Khan uda się na modły. Jest piątek, 20 lipca 2001 roku. Gospodarz opowiada o obecnej sytuacji na froncie, o możliwościach rozwiązania konfliktu afgańskiego, o ewentualnej roli byłego króla Zahira Szaha, o roli Pakistanu i Stanów Zjednoczonych w obecnym konflikcie, kwestiach etnicznych i wizycie Ahmeda Szaha Masuda w Europie na zaproszenie Parlamentu Europejskiego.
Jesienią 2000 roku do Masuda przybyła delegacja Wspólnoty Europejskiej, pragnąca zapoznać się z ogólną sytuacją na froncie, problemami humanitarnymi, możliwościami udzielania pomocy itp. Osiem miesięcy później, 3 kwietnia 2001 roku Ahmed Szah Masud, jako wiceprezydent Afganistanu, minister obrony i naczelny dowódca siłami ruchu oporu Zjednoczonego Frontu, przybył do Paryża na zaproszenie francuskiego Zgromadzenia Narodowego i przewodniczącej Parlamentu Europejskiego. W skład delegacji weszli gen. Sajed Hussein Anwari (szyita, Hazar z okolic Bamijanu, jeden z liderów partii Harakat-i Islami, członek Rady Dżihadu i Rady Kierowniczej Rządu Afganistanu), gen. Arif Nurzai (Pasztun, dowódca z Kandaharu, członek Rady Wojskowej Rządu Afganistanu), gen. Piram Kol (Uzbek z północy Afganistanu, członek Rady Wojskowej Rządu Afganistanu), a także liczna grupa przedstawicieli rządu afgańskiego i dyplomatów.
Generał z uznaniem wypowiada się o polityce rządu Tadżykistanu w stosunku do afgańskich uchodźców. Ale prawdą jest też, że nastroje wśród afgańskich emigrantów są nieco odmienne.7
Nie wszyscy Afgańczycy mieszkający w Tadżykistanie to uchodźcy, uciekający przez widmem śmierci z rąk talibów. Wielu z nich to emigranci ekonomiczni, choć na paradoks zakrawa, że wybierają właśnie ubogi Tadżykistan. Nie mają alternatywy.
Prości mieszkańcy republiki Tadżykistanu wciąż dobrze pamiętają, że wielu z nich - uciekinierów przed barbarzyńską wojną domową w Tadżykistanie w latach 1992-1997 - uzyskało gościnę w domostwach afgańskich. Władze Tadżykistanu, już nie tak gościnne, nie kierują się sentymentami swego prostego ludu.
Za dziesięć dni będę rozmawiał w Hodża Bahauddin z młodymi Afgańczykami, którzy z gotowymi paszportami czekają miesiącami na tadżycką wizę, co umożliwi im wyjazd przynajmniej do Tadżykistanu, a może do Europy...
Amir - jeden z napotkanych przeze mnie Afgańczyków przygotowujących się do emigracji - powiada, że w Stuttgarcie od kilku lat mieszka jego wuj i brat: "Mój brat ożenił się z Niemką i jest szczęśliwy. Co innego wuj. Nie może się do tej pory znaleźć w nowym otoczeniu". Za miesięczną wizę, która umożliwi mu dostanie się na samolot w Duszanbe, Amir musi uiścić opłatę w wysokości 700 USD. Wszyscy oburzają się na wysokie ceny, jakie przychodzi im płacić za tadżycką wizę.
Tłoczymy się w siedmiu w malutkim pomieszczeniu na matach rozłożonych na klepisku. Opieramy się o gliniane, niemalowane ściany. Otwór naprzeciwko drzwi, służący za okno, zastawiony jest gęstym kłębowiskiem kolczastych porostów, które Amir polewa wodą. W południowym oślepiającym słońcu krople lśnią niczym górskie kryształy, obficie skapują skrzącymi się gronami, rozpryskują się na kolczastych włóknach kłębowiska. Tak działa tradycyjny system chłodzący i nawilżający.
Dwudziestoośmioletni Nazrullah dodaje:
- W Rostak mam rodzinę, żonę i dwóch synów - tradycyjnie liczby córek nikt nie podaje i nietaktem jest pytanie o nią.
- Jako najmłodszy z braci nie mam własnego gospodarstwa. Nie mam tu niczego. A rodzinę muszę wykarmić. Czekam już siedem miesięcy na wizę. Żeby, choć dali na trzy miesiące. Może na dłużej. Chciałbym znaleźć tam jakąkolwiek pracę. Ale każą mi płacić za trzymiesięczną wizję 1700 USD. - Wielu Afgańczyków liczy, że uda się im dojechać bardziej czy mniej legalnie do Moskwy, a może jeszcze dalej.
Zaporowe opłaty paszportowe zdaniem władz Tadżykistanu mają ratować kruchą równowagę wewnętrzną i gospodarkę. Mimo to wielu Afgańczyków gotowych jest tę cenę zapłacić.
Wiosną tego roku nastroje wśród Afgańczyków w Duszanbe nie były najlepsze. Prezydent Rachmanow wydał dekret, nakazujący wszystkim Afgańczykom opuścić miasto w przeciągu trzech miesięcy i przenieść się do obozu skleconego naprędce poza jego granicami. Dla wielu oznaczałoby to nie tylko zamianę dachu nad głową na namiotowe płótno, ale także utratę pracy lub możliwości znalezienia dorywczego zajęcia. Sytuacja nabrzmiała i groziła wybuchem. Na początku lipca, tuż przed upływem ultimatum, prezydent zawiesił wykonanie dekretu. Ale nie odwołał.
Osobnym wątkiem poruszonym przeze mnie w rozmowie z Bismillahem Khanem są narkotyki. Przezornie zostawiłem te pytania na koniec rozmowy - i słusznie, gdyż temat okazał się bardzo drażliwy. Rozmowa się skończy, jak tylko wybrzmi niefortunne pytanie o plantacje maku w Afganistanie północnym, głównie w Badakszanie, kontrolowanym przez Sojusz Północny. Będę jednak uparcie powracał do tego wątku na każdym kroku.
Dopijamy herbatę, Bismillah Khan odprowadza mnie do wyjścia - stalowej bramy strzeżonej przez uzbrojonych wartowników.
- Khuda hąfiz! - mówię na pożegnanie.
Pod bramę podjeżdża przygotowany dla mnie dżip. Stoję na krawędzi wysokiej skarpy, paręset metrów powyżej płaskowyżu Szemali. Niemal opieram się o żółtawo-brudny mur, wzniesiony z suszonych na słońcu cegieł, przez ostatnie półtora wieku pokrywany sadzą czasu, warstwa za warstwą.
W tym miejscu mieścił się brytyjski garnizon, IV Regiment Gurków, zdziesiątkowany na początku 1842 roku - podczas I wojny anglo-afgańskiej (1839-1842) - przez Kohistańczyków, powstańców z pobliskiej kotliny Koh Daman. Antybrytyjskie powstanie trwało już od 2 października 1841 roku - jako reakcja koalicji plemiennej na brytyjską uzurpację i próbę osadzenia na tronie w Kabulu uzurpatora Szaha Szudży. Wskutek niewłaściwej oceny sytuacji politycznej przez generalnego gubernatora Indii, lorda Aucklanda, siły brytyjskie ruszyły na Afganistan. 6 sierpnia 1839 roku do Kabulu weszli Brytyjczycy, już po rozgromieniu armii amira Dosta Mohammada Khana pod wodzą jego syna Haidera Khana. Dzień później w Kabulu na tronie jako amir został osadzony Szah Szudża, który potem - w 1842 roku - zginął z rąk powstańców afgańskich.
Obecność Brytyjczyków w krótkim czasie doprowadziła do wybuchu walk w całym kraju. Przyczyn tak zażartego oporu wymienia się wiele: zajęcie ziem tradycyjnie uważanych za afgańskie; osadzenie na tronie kontrowersyjnego władcy w osobie nieakceptowanego przez nikogo Szaha Szudży: nieudolna polityka Anglików w stylu "dziel i rządź", w rezultacie, czego ostrze konfliktów plemiennych zwróciło się przeciwko nowym władcom; próba przejęcia przez Brytyjczyków kontroli nad podatkami płaconymi bezpośrednio chanom plemiennym oraz... utrzymywanie intymnych kontaktów z Afgankami przez żołnierzy angielskich. Międzykontynentalna wymiana puli genowej wśród tradycyjnych plemion budziła szczególne oburzenie, ale trudno było zapanować nad żołnierzami - jak powiadają8, potrzeba jest matką wynalazku i ojcem Euroazjaty.
Po latach prób zapanowania nad Afganistanem z brytyjskiej armii w sile 16 500 ludzi (z czego 12 000 stanowiło zaplecze: intendenci, kucharze itp.) która rozpoczęła odwrót 6 stycznia 1842 roku, do bazy w Dżalalabadzie dotarł tylko lekarz połowy, doktor Willliam Brydon, niecały tuzin sipajów (Hidusów w służbie brytyjskiej) i dwudziestka afgańskich piechurów Szaha Szudży. Podczas brytyjskiego odwrotu wojownicy afgańscy konsekwentnie zabijali uciekających żołnierzy, ale podchwycili skwapliwie zainicjowaną przez samych Brytyjczyków grę w wymianę puli genowej: wszystkie kobiety towarzyszące mężom znikały bezpowrotnie w górskich chatach.
Brytyjczycy wkrótce powrócili do Kabulu, wzmocnieni posiłkami przez brytyjskie oddziały ewakuujące się z Kandaharu, aby w końcu 1842 roku pospiesznie wycofać się do Peszawaru. Trafnie podsumowuje to Louis Dupree:
Rzeczywiste skutki I wojny anglo-afgańskiej można streścić w prostych stówach: po czterech latach katastrofy, zgubnej zarówno dla honoru, majątku, jak i personelu, Brytyjczycy porzucili Afganistan w stanie, w jakiem go zastali, skłócony waśniami plemiennymi a Dost Mohammad Khan powrócił na tron w Kabulu9.
Z brytyjskich obwarowań garnizonowych pod Czarikarem pozostało niewiele. Plac zarośnięty jest wiechciami pożółkłej trawy sięgającej po kolana, mury od strony południowo-zachodniej są całkowicie zniszczone, cegły stały się budulcem dla okolicznych budynków.
Przejeżdżamy przez Czarikar (35°01' N, 69°11' E), największe miasto między Kabulem a Badakszanem. Właśnie tutaj dokładnie przed 121 laty rozpoczęła się nowożytna historia Afganistanu. 20 lipca 1880 roku Sardar Abdur Rahman Khan, bratanek dotychczasowego amira Szer Alego Khana, ogłosił się amirem po zwycięskiej rewolcie przeciwko wujowi, przy wsparciu Brytyjczyków.
Płowe, parterowe budynki, poustawiane z glinianych kloców na tarasowo wznoszącym się zboczu, z dobudowywanymi dodatkowymi pomieszczeniami na dachach, które układają się w kolejne piętra, nie przechowały - zda się - w zbiorowej pamięci miasteczka żadnego echa tamtych wydarzeń.
Przez Czarikar wiedzie strategiczna asfaltowa droga, która ongiś łączyła Kabul z Mazar-i Szarif na północy. Na poboczu straszą kadłuby czołgów i wozów pancernych. Niektóre z nich przeżarte rdzą, inne nowszej, bo talibowej daty. Nieco dalej urągają światu wyciągnięte ku oślepiającemu słońcu kikuty zniszczonej baterii przeciwlotniczej. Po stronie zachodniej na górskim grzbiecie znajduje się stanowisko talibów. Stamtąd w każdej chwili mogą paść strzały.
Zjeżdżamy z głównej drogi, żeby kluczyć wśród glinianych murów i niskiej, zwartej wiejskiej zabudowy. Od czasu do czasu na otwartej przestrzeni mijamy monumentalne warownie typu kala (qal'ah), zamieszkiwane przez wielopokoleniowe rodziny. Otoczone są parametrowej wysokości murem, na narożnikach i pośrodku każdego boku wyrastają baszty, a wstępu broni ciężka brama okuta metalem. Niektóre z tych glinianych zamczysk są w rozsypce, śmiertelnie ranione pociskami rakietowymi.
Ciągnące się kilometrami popalone wsie są całkowicie wymarłe, a za niewysokimi, osmolonymi murkami straszą wyschnięte pola ryżu i pożółkłe kikuty winorośli.
- Czy to susza? - zastanawiam się. - Co się stało z wodą?
Nisko położona droga, ocieniona drzewami i z obu stron odgraniczona glinianym murem, przeistacza się w potok. Woda zakrywa już koła i dostaje się do kabiny. Zniszczone okoliczne kanały nawadniające uwolniły wodę, która rozlewa się bezładnie i znajduje ujście w przypadkowych zagłębieniach. Aby odciąć zaplecze mudżahedinom, talibowie zniszczyli misterny system kanałów irygacyjnych, tworzony przez pokolenia. Tutejszych mieszkańców spotkam potem w obozach dla uchodźców w Badakszanie i Tacharze, oddalonych od tego miejsca nawet o setki kilometrów.
Nieopodal wokół wzgórz talibowie niszczą także ciągnące się kilometrami podziemne, tzw. arezowe kanały nawadniające, z których niektóre zostały wydrążone jeszcze w średniowieczu. Ich wyloty stanowią obudowane szyby. Misterna podziemna konstrukcja służy do przechwytywania wód gruntowych z górskiego stoku. Wody gruntowe, zamiast spływać po litej skałę, wpływają do początkowego odcinka lekko opadającego kanału podziemnego, który wyprowadza je na powierzchnię na tarasy uprawowe. Ten system nawadniania zwany kanat (po persku i w dari) lub karez (po pasztuńsku), znany był już w Persji, a rozpowszechnił się nawet w Afryce jako foggar. Specjalistami w drążeniu karezowych kretowisk są Pasztunowie z plemienia Ghilzai, podplemienia Andar, tradycyjnie zamieszkujący okolice Ghazni (33°33' N, 68°26' E) między Kabulem a Kandaharem. Co roku są oni wynajmowani przez wioski: spuszczają się na linach w pionowe, głębokie na 15-35 metrów szyby i czyszczą podziemne tunele z osadu. Nic dziwnego, że praca ta jest dobrze płatna, ale wielu robotników ginie podczas niej.
Jest to tylko jeden z różnorodnych, niezwykle przemyślnych systemów irygacyjnych w Afganistanie. W Hindukuszu, ale nie tylko, najczęściej stosuje się system nawadniania rzecznego, który nie zmienił się od starożytności. Zasoby wielu rzek, np. Balchu, Taszkurganu, Sari-i Pul czy Szirin Tagao, w całości zostają wykorzystane do nawodnienia pól. Sklecone z kamieni i drewna jazy (daka) odprowadzają wodę z górskiej rzeki do kanału odpływowego (nahir), często wyżłobionego w litej skale. Woda doprowadzana jest na najwyższy taras uprawowy i stopniowo drobnymi kanalikami opada na niższe. Doprowadzenie na najwyższy taras jest możliwe dzięki różnicy w łagodniejszym spadku kanału i większemu spadkowi rzeki: odległe o kilka kilometrów ujęcie wody znajduje się w górach powyżej najwyższego tarasu upraw.
Systemy irygacyjne w Afganistanie wciąż budzą szczere uznanie, a misternością swej konstrukcji, przemyślnością i jakością przewyższały podobne systemy na terenach środkowoazjatyckich republik radzieckich10.
Dzięki systemowi kanalików i grobli nawadnia się pola także na stosunkowo płaskich terenach. Zniszczone czy uszkodzone kanały irygacyjne nie tylko odcinają dopływ wody do pól, ale zamieniają całe połacie dotychczas uprawnej ziemi w bagniska. P. Aleksandrów, badający tereny afgańskiego Turkiestanu na przełomie lat dwudziestych i trzydziestych, wskazywał, że rozległe połacie ziemi w okolicach Mazar-i Szarif, Daulatabadu (35°59' N, 66°50' E) czy Balchu (36°46' N, 66°53' E) zostały zabagnione w wyniku zniszczenia irygacji. W dłuższej perspektywie obszary te zamieniają się w suchy step i pustynię. Świadectwem są suche stepy między Pul-i Chumri (35°56' N, 68°43' E) a Taszkurganem (czyli Chulmem. (35°42' N, 67°41' E)11.
Jaka szaleńcza wizja odbiera talibom rozum, że niszczą życiodajne systemy irygacyjne? Tylko lęk może obezwładnić naturę człowieka do takiego stopnia. W tym przypadku jest to nieufność i lęk przed lokalną ludnością, której obecność nie gwarantuje bezpieczeństwa odwodom talibów. Najlepiej się, więc jej pozbyć, zanim chwyci za broń. Bez względu na szerokość geograficzną, chłop - z natury nierozerwalnie niemal związany ze swym polem - opuści własną połać ziemi tylko wówczas, gdy stanie się ona bezużyteczna.
W kępie zarośli przy drugiej linii frontu pozostawiamy dżipa i wraz z kierowcą i dwoma uzbrojonymi ochroniarzami skuleni przemykamy wzdłuż murku sięgającego nam do pasa, okalającego wyschłą winnicę. Jednym susem znajdujemy się w okopach na pierwszej linii.
Jest to najbardziej wysunięty w stronę Kabulu posterunek. Wspinam się ku podwyższonemu stanowisku mudżahedinów, gotowych do strzału. Przez lornetkę widać na horyzoncie przedmieścia tego, co kiedyś było wspaniałym, rozległym Kabulem. 50 procent miasta zrównano z ziemią w połowie lat dziewięćdziesiątych w bratobójczych walkach. Przy kępie drzew przed nami majaczy stanowisko talibów. Suchy trzask. Padają pierwsze, pojedyncze strzały - jak ziarna grochu sypane po szklanej powierzchni. Po chybotliwej drabinie schodzimy do okopów. Przycupnięci za wałem ziemnym częstujemy się zeschniętymi karłowatymi winogronami, którym nie dane było dojrzeć. Zamierzam już odejść. Mudżahedini, zmęczeni nieznośnym słońcem, niedomyci, usilnie zapraszają mnie, bym pozostał na posiłek. Bynajmniej nie jest to gest kurtuazyjny. Serdecznie dziękuję. Ledwo dla nich starczy jedzenia.
Dołącza się do mnie adiutant pułkownika Babadżana. Przez dalszą część drogi będzie moim przewodnikiem. Klucząc po okolicy, jedziemy ponad godzinę. Wjeżdżamy na tereny zajęte przez talibów i przemieszczamy się opłotkami, drogą, której bezpieczeństwo przed południem wybadał adiutant. Docieramy do lotniska wojskowego w Begramie (34°58' N, 69° 17' E), otoczonego - zdałoby się zewsząd - przez siły talibów.
Lotnisko w Begramie zmodernizowano i rozbudowano w 1956 roku przy asyście inżynierów radzieckich. Była to część ogromnej umowy handlowej, jaką w sierpniu 1956 roku rząd premiera Mohammada Dauda zawarł z ZSRR. Grunt pod nią przygotowała jedniodniowa wizyta w Kabulu złożona rok wcześniej przez Chruszczowa i premiera Bulganina, w drodze powrotnej z Indii. Kontrakt z blokiem komunistycznym obejmował m.in. dostawę uzbrojenia wartości 25 milionów dolarów, w tym także z Polski. Nie był to pierwszy kontrakt radziecko-afgański, gdyż ZSRR udzielił pierwszej pomocy finansowej Afganistanowi w 1919 roku. Była to próba zjednania ówczesnego amira, a potem króla Amanullaha i przekonania go do współpracy w zwalczaniu antyradzieckiej opozycji muzułmańskiej w podbitych przez Rosję (a potem ZSRR) regionach Azji Środkowej. ZSRR kontynuował tę politykę - konstruując linie telegraficzne i telefoniczne, dostarczając samolotów, użyczając myśli inżynieryjnej niezbędnej przy budowie dróg, otwierając linię lotniczą łączącą Kabul z Taszkentem i Moskwą - aż do przełomu lat 1928 i 1929, tj. do momentu obalenia króla Amanullaha i zdławienia ruchu basmaczi w Tadżykistanie i Uzbekistanie.
Sardar Mohammad Daud Khan, kuzyn króla Mohammada Zahir Szaha, przejął władzę w bezkrwawym przewrocie pałacowym 20 września 1953 roku i mianował się premierem. Przewrót, poprzedzony zamknięciem wszystkich - tj. trzech - pozarządowych gazet, rozwiązaniem zrzeszenia studentów i innych "podejrzanych" organizacji, aresztowaniami przywódców opozycji politycznej, ostatecznie zakończył próbę demokratyzacji życia politycznego w kraju, podjętą przez tzw. Liberalny Parlament w latach 1949-1952. Chcąc nie chcąc, król musiał zaakceptować nowy rząd. Poza zarzutami zdławienia procesu demokratyzacji, reżim Dauda był oskarżany dodatkowo o malwersacje, korupcję i nadużycia. A jednak starał się wprowadzać reformy ekonomiczne i budować infrastrukturę przemysłową w kraju. Zapewne procesy te odbywały się pod wpływem postępowych wzorców ekonomicznych przywiezionych z Turcji przez generała Abdula Malika, ówczesnego ministra finansów, który wcześniej przebywał w Turcji na studiach.
Trzy elementy charakteryzowały ówczesną politykę rządu: militarne niezaangażowanie, niezależność polityczna i rozwój gospodarczy. W czasach zimnej wojny takie neutralne podejście okazało się wystarczającym powodem, by wzbudzić niechęć i nieufność administracji amerykańskiej. Pomimo parokrotnie ponawianych próśb o pomoc inżynieryjną i wojskową, kierowanych pod adresem rządu amerykańskiego w latach 1953-1955, Daudowi nie pozostało nic innego, jak zwrócić się o pomoc do ZSRR i całego bloku komunistycznego. Jako aneks do umowy z roku 1956, Afganistan podpisał osobny kontrakt o wymianie towarowej z Polską. Obejmował on wymianę surowców naturalnych na polskie ciągniki, maszyny, cement i dobra konsumpcyjne oraz techniczo-inżynieryjną asystę przy budowie dużych warsztatów gręplarskich w Kandaharze i Kabulu. Dwa lata później Polska udzieliła Afganistanowi kredytu w wysokości 2 milionów dolarów, umożliwiającego szerszą wymianę handlową, a w 1959 roku otworzyła duże biuro handlowe na Placu Pasztuńskim w Kabulu. Inne kraje bloku komunistycznego były jeszcze bardziej aktywne.
Tak oto nieufność Amerykanów paradoksalnie wzmacniała więzi między Afganistanem a Rosją i blokiem wschodnim, utrudniając, a może i zamykając drogę ku przeobrażeniom demokratycznym. Wejście w orbitę radziecką miało mieć tragiczne konsekwencje w latach siedemdziesiątych, znaczonych przewrotami wojskowymi i morderstwami politycznymi, inspirowanymi przez KBG.
Myślenie bipolarne, charakteryzujące ówczesną amerykańską politykę zagraniczną, dzieliło świat na dwa bieguny: własną strefę wpływów i obszar obcy, klasyfikowany, jako nieoswojony, a więc niechętny i wrogi. Polityczna reguła tertium non datur polaryzowała świat na blok zachodni i komunistyczny i stanowiła jedną z kluczowych przesłanek amerykańskiego myślenia zimnowojennego. Ta reguła wyłączonego środka wykluczała w amerykańskiej wizji możliwość zaistnienia obszaru politycznie neutralnego, a tym samym spychała na przeciwległy względem Ameryki biegun ruch krajów niezaangażowanych i całe fragmenty świata pragnące utrzymać neutralność względem bloków militarnych, konstruowanych wokół amerykańskiego lub radzieckiego środka ciężkości. Oceny w kategoriach polityczno-wojskowych rzutowały na realne działania, podejmowane w sferze gospodarczej. Polityka polaryzacji świata zmuszała takie kraje jak Indie czy Afganistan, sąsiadujące z Pakistanem, sojusznikiem amerykańskim m.in. w ramach paktów militarnych SEATO i CENTO (pośrednio), do zacieśniania więzi gospodarczych w ramach przeciwległego bieguna "antyamerykańskiego", a kontrakty gospodarcze wciągały je w określone zależności polityczne i wojskowe i niebezpiecznie zbliżały do ZSRR.
Podejście amerykańskie było w rzeczywistości bardzo odległe od głoszonego pragmatyzmu i przypominało fundamentalizm ideologiczny, gdzie ideologia nie była określona w kategoriach "pozytywnych", tj., wprost, lecz na zasadzie "negatywnej", czyli eliminowania wszystkich elementów nieakceptowanych i klasyfikowania jako "wrogie" wszystkiego, co niezgodne było z polityką amerykańską. W taki sposób kraje, które nie chciały się czynnie wpisać w międzynarodową doktrynę amerykańską, stawały się wrogami, bez względu na ich faktyczny stosunek do ZSRR i bloku komunistycznego. Przykład historii Afganistanu doskonałe wskazuje, jak niepożądane skutki niesie ze sobą takie ideologizujące bipolarne myślenie w polityce USA.
Jak ongiś starał się przekonująco wykazać Karl Raimund Popper, "musimy wykluczyć możliwość istnienia historii, jako nauki teoretycznej, czyli historycznej nauki społecznej, która odpowiadałaby fizyce teoretycznej. Nie jest, więc możliwa naukowa teoria rozwoju historycznego, mogąca stanowić podstawę przewidywań historycznych"12. W takim też znaczeniu "Historia" - jako "sens dziejów" czy "logika zdarzeń" - "nie ma sensu"13, Jest to "metoda marna", gdyż "ze względów ściśle logicznych przyszły bieg dziejów jest nieprzewidywalny"14. Faktycznie historia nie jest dyscypliną, która umożliwiałaby nam na podstawie jednostkowych zdarzeń historycznych tworzenie praw i przewidywanie przyszłości. Ale mimo wszystko historii można nadawać sens: sens dyscypliny jako instrumentu korygującego dotychczasowe działania i politykę. Administracja amerykańska podchwyciła najwyraźniej nazbyt powierzchownie Popperowską tezę o "bezsensie historii", nie doczytawszy jego książek do końca. Politycy zachodni nadmiernie wierzą w wyższość technologiczną cywilizacji zachodu i błędnie utożsamiają ją z wyższością cywilizacyjną. Na domiar złego, wśród wielu panuje przekonanie, że środki techniczne i zabiegi instytucjonalno-administracyjne mogą zapewnić przewagę na świecie, a ludzie dadzą się poskromić. Zapominają, że "czynnik ludzki (...) to element, który ostatecznie nie może być w pełni kontrolowany przez instytucje (...), gdyż każda próba sprawowania nad nim ścisłego nadzoru musi prowadzić do tyranii, to znaczy do całkowitej dominacji owego czynnika ludzkiego, przejawiającej się w kaprysach zaledwie kilku ludzi (...)"15.
W dziedzinie teoretycznych założeń polityki amerykańskiej niewiele się w ciągu półwiecza zmieniło, a zasada bipolarnego myślenia według reguły tetrium non datur nadal obowiązuje. Wyraźnie tego dowodzi hasło rzucone przez George W. Busha po zniszczeniu przez terrorystów Światowego Centrum Handlu w dniu 11 września 2001 roku: ,Albo jesteście z nami, albo przeciwko nam". Takie postrzeganie rzeczywistości polaryzuje świat i wymusza określenie własnej postawy jako pro- albo antyamerykańskiej.
Bipolarna postawa Ameryki uniemożliwia poszukiwanie rozwiązań kompromisowych. W wyniku akcji wojskowej podjętej przez USA po 13 listopada 2001 roku, tj. po zajęciu Kabulu przez Siły Zjednoczonego Frontu, dużo trudniej będzie utworzyć rząd, który byłby uczciwą reprezentacją całej mozaiki etnicznej składającej się na Afganistan. Dużo trudniej przyjdzie też rozwiązywać konflikty zarysowujące się na linii oddzielającej "biedne Południe" od "bogatej Północy".
Polityka USA odpowiedzialna jest za to, że w chwili obecnej aż 90% mieszkańców Pakistanu opowiedziało się za talibami i przeciwko własnemu rządowi, określanemu jako marionetkowy, mimo że jeszcze przed podjęciem akcji zbrojnej przez USA w Afganistanie tylko jedna czwarta Pakistańczyków wykazywała bezpośrednie sympatie dla ruchu talibów. Jakże trudno rządzić krajem, w którym aż 90% społeczeństwa przeciwstawia się polityce rządu! Wzrost poparcia ludności dla talibów nie jest bynajmniej wyrazem sympatii dla terroryzmu, lecz przejawem protestu przeciwko polityce przemocy, gdyż tak odbiera się w tym regionie realizację własnej polityki przez USA.
Rzeczywiście mogły zastanawiać i budzić niepokój zdjęcia np. Palestyńczyków, którzy 11 września okazywali swoją radość na wieść o ataku na Amerykę. Pomińmy już fakt, że był to przykład manipulacji przez media, gdyż przynajmniej niektóre z tych zdjęć zostały zrobione kilka lat wcześniej. Radość ludzi nie oznaczała satysfakcji z wielkiej tragedii ludzkiej, jaka wydarzyła się w wielkich wieżowcach Światowego Centrum Handlu. Był to przejaw satysfakcji wynikającej z faktu, że mocarstwo odczuło na własnej skórze, czym jest terroryzm, na co dzień przeżywany w Palestynie. Nawet z kręgów skrajnie fundamentalistycznych nie płyną głosy radości z tego powodu. Nieporozumieniem jest interpretowanie przejawów euforii jako wyrazu barbarzyństwa i okrucieństwa tych ludzi. Tak mogą myśleć jedynie osoby pokroju Oriany Falacci16, która - zaślepiona rasistowską nienawiścią - wykazuje rzadką niezdolność przetwarzania informacji czy rozumienia odmiennych kultur i świata. Takie podejście jest równie fundamentalistyczne i plemienne, co wizja islamskich ekstremistów.
Można potępiać ataki terrorystyczne na Nowy Jork, a jednocześnie protestować przeciwko ludobójczym bombardowaniom podejmowanym przez USA w Afganistanie.
Prowadzenie akcji militarnej przez USA utrudni jedynie przyszły proces pokojowy w tym kraju, gdyż celem ataków stają się Pasztunowie, którzy sprzymierzyli się z talibami, widząc w nich reprezentantów swoich plemiennych interesów. Ruch talibów wszak nigdy nie był homogeniczny. Obok nurtu dążącego do stworzenia ponadnarodowego państwa islamskiego od samego początku wyraźnie zarysowuje się w nim nurt etniczny. Wśród talibów są nawet dawni liderzy frakcji Khalk Ludowo-Demokratycznej Partii Afganistanu, związani z proradzieckim rządem Nadżibullaha17.
Pakistan wspierał skrajne ugrupowania islamistyczne, gdyż one odwoływały się do innego systemu wartości: do pojęcia wspólnoty religijnej, a nie plemiennej. W ten sposób talibowie mieli być w oczach rządu pakistańskiego antidotum na nastroje panujące wśród ludności pasztuńskiej, marzącej o sytuacji, w której wszystkie tereny zamieszkałe przez Pasztunów znajdą się w jednym organizmie państwowym: albo w Afganistanie powiększonym o pakistańskie tereny Pasztunów, albo w nowym kraju - Pasztunistanie.
Po inwazji radzieckiej w 1979 roku uchodźcy z Afganistanu trafiali do medres, przede wszystkim związanych z partią Dżamiat-ul-Ulama-i-Islam (JUI), której przewodniczącym jest Maulawi Fazlurrahman, czyli do tzw. medres deobandi - w Beludżystanie i pasie przygranicznym. Znajdowały się one tam nie, dlatego, że były wspierane przez Pasztunów, ale ze względu na fakt położenia na uboczu Pakistanu, z dala od centrum. Wiele z nich powstało jeszcze w latach czterdziestych XX wieku, przygotowując grunt pod powstanie nowego państwa: Pakistanu. Z czasem stały się wylęgarnią akcji terrorystycznych, które były przejawem niezadowolenia z nazbyt świeckiej albo chaotycznej polityki w Islamabadzie. Akty terroru zdarzały się już przed 1992 rokiem. Przykładowo dwa odłamy partii Dżamiat-ul-Ulama-i-Islam (JUI), tj. Sipah-i-Sahaba oraz Laszkar-i-Dżhangwi, podejmują od dawna operacje terrorystyczne na terenie Pakistanu, wymierzone głównie przeciwko ludności szyickiej.
Medresy talibów nie były, zatem fenomenem lat dziewięćdziesiątych XX wieku. Jednak po 1992 roku uzyskały one szczególne wsparcie ze strony władz Pakistanu i USA. Kluczową rolę odgrywał tu wywiad pakistański ISI (Inter-Services Intelligence), przy dość marginalnej roli władz cywilnych, w tym premierów Nawaza Szarifa i Benazir Bhutto czy ministerstwa spraw zagranicznych.
Sporadycznie próby przejęcia kontroli nad medresami i ich paramilitarną aktywnością podejmowały niektóre ośrodki władzy w Pakistanie, m.in. minister spraw wewnętrznych gen. Moinuddin Haider. Jak się okazało, zostały one podjęte dopiero pod koniec lat dziewięćdziesiątych, kiedy wszystko wymknęło się spod kontroli.
Zająwszy 90% powierzchni Afganistanu, talibowie faktycznie zakończyli okres anarchii i ciągłych walk toczonych przez różne ugrupowania, ustanawiając Islamski Emirat Afganistanu. Idea emiratu zakłada państwo, którego system prawny opiera się bezpośrednio na koranicznym prawie szariatu, a władzę polityczną sprawuje emir, duchowy przywódca realizujący zasady islamu. Taką centralną postacią dla talibów jest mułła Mohammad Omar. Dzięki talibom Afganistan nie zdążył rozpaść się na pasztuńskie południe i tadżycko-hazarsko-uzbecką północ. Cena za pozór jedności, spokoju i porządku okazała się wysoka. Talibowie nie przykładali wagi do tworzenia infrastruktury państwowej, w rezultacie, czego nie udało się zaspokoić podstawowych potrzeb ludności. Nic dziwnego, że nawet ludność pierwotnie protalibańska zaczęła się coraz bardziej burzyć. Od początku 2000 roku odbywały się demonstracje przeciwko władzy talibów, szturmy na więzienia w celu uwolnienia osób tam przetrzymywanych oraz zamachy bombowe w takich miastach jak Kandahar, Kunduz i Herat.
Nie tylko w interesie sąsiadów Afganistanu i całego świata leży rozwiązanie problemu afgańskiego, ale sytuacja geopolityczna ma ogromny wpływ na możliwości znalezienia kompromisu w samym Afganistanie. Kraj ten od lat jest ważnym elementem w grze politycznej rozgrywanej m.in. między Rosją a USA, Indiami a Pakistanem, Turcją i Iranem a krajami środkowoazjatyckimi (Uzbekistanem, Tadżykistanem, Turkmenistanem), USA a krajami OPEC i Rosją itd. Wyważenie wielu sprzecznych interesów różnych sił stanowi klucz do rozwiązania afgańskiej łamigłówki. Od lat podkreśla się potrzebę regionalnego, ponadafgańskiego porozumienia, żeby rozwiązać problem afgański18, w ramach, którego należałoby zadbać o spełnienie dwóch podstawowych warunków. Kluczowe w procesie pokojowym jest stworzenie lub wsparcie takich modeli samorządowych i struktur państwowych, które gwarantowałyby równoprawne traktowanie wszystkich ludów zamieszkujących Afganistan, oraz utrzymanie integralności terytorialnej i całkowitej niepodległości państwa19.
Znalezienie kompromisu w Afganistanie jest kluczowe dla sytuacji na święcie. Niedopuszczenie uczciwej reprezentacji Pasztunów do rządu grozi wybuchem regionalnego konfliktu. Od dawna ożywają idee utworzenia "Pasztunistanu", kraju Pasztunów.
Próba utworzenia takiego państwa oznaczałaby wybuch wojny domowej w Pakistanie, kraju posiadającym broń atomową, a następnie jego podział. Na północy afgańscy Tadżycy przypomnieliby sobie o więziach etnicznych łączących ich z żyjącymi w Republice Tadżykistanu Tadżykami, którzy z swej strony nadal z nostalgią myślą o Samarkandzie i Bucharze, miastach wcielonych na mocy dekretu Stalina do Uzbekistanu. W konflikt zaangażowałyby się z pewnością Indie - w trosce o stan Dżammu i Kaszmir. Niektórym przedstawicielom społeczności etnicznej Hazarów marzy się tzw. "Hazaradżat" (Kraina Hazarów) w środkowym Afganistanie (Mejmanih, Sar-i Pol). Ponieważ jest to społeczność szyicka, Hazarom blisko do Iranu. Choć mało, kto myśli o połączeniu "Hazaradżatu" z Iranem, z pewnością do walki zaangażowałby się również Iran. Tak przedstawiałyby się początkowe sekwencje scenariusza afgańskiego domina.
Szukając korzeni problemu pasztuńskiego, należałoby się cofnąć, co najmniej do 1893 roku. Wówczas to, obawiając się ciągłych ataków ze strony plemion pasztuńskich, kolonizatorzy brytyjscy poprowadzili granicę wzdłuż tzw. linii Duranda, ustalonej przez komisję graniczną pracującą pod kierunkiem Mortimera Duranda (1850-1924). Imperium Brytyjskie miało nadzieję, że taki podział rozbije wewnętrzne więzi między plemionami i osłabi je militarnie. Dla władców Afganistanu linia wyznaczała Jedynie sfery wpływów, a i to jedynie tymczasowo. Dla Brytyjczyków ustalała ona z kolei trwałą granicę. Podejście Brytyjczyków przejął Pakistan. Linia ta z grubsza wyznacza granicę pakistańsko-afgańską do dnia dzisiejszego, a podzielona społeczność pasztuńska od dziesiątek lat stanowi źródło niepokoju dla rządu Pakistanu.
Nierozwiązany problem Pasztunistanu ciągle powraca. Gdy realne stały się plany podziału kolonii brytyjskiej w Indiach na dwa organizmy państwowe, Pakistan i Indie, 13 czerwca 1947 roku władze Afganistanu wysyłały notę do brytyjskiego gubernatora Indii i zainteresowanych stron (tj. do Jawaharlala Nehru po stronie Indii i Mohammada Alego Jinnaha po stronie Pakistanu), wzywającą do przeprowadzenia referendum na ziemiach zamieszkałych przez Pasztunów. W referendum sami Pasztunowie - po obu stronach tzw. linii Duranda - mieliby zadecydować, czy chcą zostać przyłączeni do Pakistanu, czy Afganistanu. Propozycja została odrzucona przez stronę brytyjską i pakistańską. Doprowadziło to do zamrożenia przez Afganistan kontaktów międzynarodowych z Pakistanem i do zagłosowania przez Afganistan przeciwko przyjęciu Pakistanu do ONZ podczas sesji 30 września 1947 roku. Przedstawiciele grup plemiennych regularnie podnoszą ten nierozwiązany problem. Niektóre partie pasztuńskie działające w Pakistanie, takie jak Pasztuńska Ludowa Partia Narodowa, otwarcie domagają się utworzenia osobnego państwa dla społeczności pasztuńskiej, liczącej około 25-30 milionów.
Ewentualność utworzenia konfederacji afgańsko-pakistańskiej - jako próby rozwiązania problemu pasztuńskiego - była dyskutowana w Islamabadzie i Waszyngtonie w latach pięćdziesiątych i sześćdziesiątych20. To m.in. także różnice dotyczące oceny sytuacji w Afganistanie i zaangażowania Pakistanu 12 października 1999 roku doprowadziły do przewrotu wojskowego i obalenia cywilnego rządu Nawaza Szarifa. Prezydentem został naczelny dowódca armii Pakistanu, gen. Perwez Muszaraff.
Stronnictwa islamskie związane z Gulbuddinem Hekmatjarem i talibami - a nawet z prezydentem Burhanuddinem Rabbanim, Tadżykiem! - podkreślają jedność społeczności muzułmanów (umma) i bagatelizują przygraniczny problem etniczny. Z tego też względu talibowie od początku byli wspierani przez władze w Islamabadzie. W ten sposób chciano przede wszystkim oswoić, a po części także wykorzystać do celów wojskowych i rządowych niebezpieczny potencjał wzrastającej siły ośrodków religijnych w Pakistanie, które stanowią potencjalne zagrożenie dla świeckich władz Pakistanu.
Jak nietrudno zauważyć, polityczna jedność Afganistanu jest warunkiem pokoju i stabilizacji praktycznie w całej Azji. W warunkach afgańskich jednak trudno będzie poszukiwać w nowej sytuacji kompromisu z Pasztunami, którzy dotychczas byli związani z talibami. Nie tylko, dlatego, że nie można prowadzić konstruktywnego dialogu z pozycji siły, ale także, dlatego, że w warunkach afgańskich ogromną rolę odgrywa honor - pojęcie Już zapomniane przez wielu zachodnich polityków. Utrata honoru nie tylko narusza dumę i godność Jednostki, ale także jej pozycję społeczną - i dotyczy też grup plemiennych. Pierwszy ruch w grze domino wykonali Amerykanie, zaogniając i tak wielce niestabilną sytuację etniczną w Afganistanie. Pominęli całkowicie kwestię balansu etnicznego, mając przed sobą wyłącznie cel strategiczny: zniszczenie terroryzmu.
Amerykanie nie biorą pod uwagę w swych ocenach ani problemu honoru, ani etniczności, gdyż zjawiska te nie odgrywają w wewnętrznej polityce amerykańskiej istotnej roli. Podświadomie administracja w Waszyngtonie dokonuje projekcji własnego systemu wartości na inne obszary kulturowe, a rezultaty okazują się katastrofalne.
Amerykańskie podejście do zagadnienia światowego terroryzmu zaciemnia sytuację i uniemożliwia zrozumienie faktycznych przyczyn tego zjawiska. Gdy szuka się przyczyn terroryzmu w skali globalnej, łatwo dostrzec bezpośrednią zależność między pogorszeniem się warunków życia, nasileniem konfliktów wewnętrznych i utratą ludzkiej godności a odżywaniem ruchów fundamentalistycznych i idei panislamskiej. Religia staje się tu czynnikiem tłumaczącym szeregowemu wyznawcy nie tylko strukturę otaczającego świata, ale pomagającym znaleźć mu własne, bezpieczne miejsce w niezrozumianym i nierozumiejącym go świecie, czynnikiem ukazującym wyznawcy właściwą perspektywę oceny i godnego postępowania. Dlatego też tak nośna staje się np. idea panislamizmu, idea jednej wielkiej wspólnoty wszystkich muzułmańskich wiernych w sprawiedliwym państwie: "Jeśli mamy żyć w ubóstwie, to chociaż godnie i sprawiedliwie!"
Czy sytuacja wyglądałaby diametralnie inaczej, gdyby na ziemiach Bliskiego Wschodu i Azji Środkowej mieszkali np. chrześcijanie? Bardzo wątpliwe.
Teoretycy stosunków międzynarodowych od ponad dwudziestu lat wskazują na niesprawiedliwy układ polityczno-gospodarczy na świecie, który prowadzi do polaryzacji świata, do pogłębiania się przepaści między wyspą krajów bogatych a morzem światowej nędzy21. Politykę mocarstw zachodnich postrzega się jako formę neokolonializmu nie tylko w ubogich krajach islamskich, gdzie z frustracji i nędzy rodzi się terroryzm. Tak ocenia sytuację również wielu analityków zachodnich, którzy od lat wskazują, że dotychczasowy układ może prowadzić do otwartego konfliktu globalnego między "biednym Południem" a "bogatą Północą22. Rozwiązaniem tego problemu nie mogą być akcje zbrojne, lecz międzykulturowy, ponadnarodowy dialog. Przekonanie to weszło do kanonu teorii stosunków międzynarodowych i uczą się o nim studenci23.
W rzeczywistości istnieje trzecia droga, całkowicie różna od neokolonialnych działań imperium amerykańskiego. Droga autentycznego dialogu z biednymi obszarami świata przy uznaniu specyfiki kulturowej i religijnej tych obszarów. Dialog taki powinien odbywać się na trzech płaszczyznach:
- w drodze obustronnej wymiany intelektualnej między elitami,
- poprzez proces edukacyjny całych społeczeństw (uczulenie społeczeństw bogatych na specyfikę kulturową i problemy obszarów nędzy, a w krajach ubogich - likwidację analfabetyzmu i dostęp do szerokiej informacji), oraz - drogą przemiany układów gospodarczych na świecie w taki sposób, żeby światowa współpraca gospodarcza w dużo większym niż dotychczas stopniu wzbogacała obszary nędzy.
Fizyczne wyeliminowanie pojedynczych grup terrorystycznych nie zagwarantuje, że na ich miejsce nie powstaną nowe. Realnym sposobem na rozwiązanie problemu globalnej przestępczości terrorystycznej nie wydaje się przeprowadzanie ataków na kraje wspierające terroryzm, których ludność wcale nie musi się utożsamiać z ideami swoich przywódców, lecz taka zmiana globalnych mechanizmów ekonomicznych, ażeby zdecydowana większość mieszkańców ziemi żyjących poza europejską i amerykańską wyspą dobrobytu miała poczucie, że czasy rozpaczliwej nędzy odbierającej im resztki godności stopniowo przechodzą do przeszłości.
Tylko w taki sposób można doprowadzić do zmiany mentalności świata ubogiego, jako zaplecza terroryzmu oraz poszerzenia horyzontów bogatych społeczeństw (częstokroć cechujących się uprzedzeniami rasowymi), które obawiają się obniżenia poziomu życia, utraty wpływów i zysków. Nie chodzi tu bynajmniej o bezpośrednią pomoc humanitarną, która może być traktowana jedynie, jako rozwiązanie doraźne, lecz o przerwanie ciągłego procesu pogłębiania się przepaści między dwoma osobnymi światami. Rezygnacja z chwilowych zysków i stworzenie planów globalnego rozwoju gospodarczego - na wzór planu Marshalla - leży w interesie wszystkich, także krajów rozwiniętych, gdyż jest to cena za bezpieczeństwo. Jedynym sposobem na rozwiązanie obecnego kryzysu jest, zatem przywrócenie ludziom godności24.
Od dziesiątków lat zachód nie wykazywał zainteresowania obszarami biedy na świecie, nie angażował się w plany pokojowe czy modernizacyjne dotyczące takich krajów jak Afganistan. Jak wykazały obecne zdarzenia, spychanie pewnych problemów na margines i usuwanie z pola widzenia całych obszarów naszej planety doprowadziło do nieuchronnego wybuchu. Nie sposób całkowicie odizolować fragmentu planety wraz z jego problemami. W dobie globalizacji i rozwoju technologicznego białe plamy na mapie świata w krótkim czasie same dają o sobie znać.
Naturalnie sytuacja materialna nie może być usprawiedliwieniem dla akcji terrorystycznych i aktów przemocy. Należy jednak pamiętać o konkretnych przyczynach i uwarunkowaniach, Jeśli zamierza się rozwiązać dany problem.
Obecne akcje podejmowane przez USA i kraje NATO stwarzają także realne zagrożenie dla praw człowieka na świecie. Od dwóch miesięcy USA, Włochy. Niemcy, Wielka Brytania i inne kraje zachodnie przygotowują i stopniowo wprowadzają ustawy antyterrorystyczne, ograniczające swobody obywatelskie i prawa człowieka. W różnych krajach proponuje się ułatwienia w stosowaniu podsłuchu i inwigilacji, możliwość wydalenia z kraju emigrantów podejrzanych o współpracę z organizacjami terrorystycznymi na mocy tajnej decyzji administracyjnej, tj. bez wyroku sądu, możliwość dłuższego przetrzymywania w areszcie osób podejrzanych o terroryzm, wprowadzenie obowiązku szczegółowej kontroli na granicach według kryterium etnicznego (obowiązkowej kontroli mają być poddani obywatele państw arabskich i muzułmańskich), ewentualny okresowy zakaz wjazdu do kraju dla muzułmanów, wydalenia niektórych duchownych muzułmańskich, ograniczenie praw do azylu itp.
Czy zagrożenie dla swobód obywatelskich jest tylko hipotetyczne? Wystarczy przypomnieć działania podejmowane w USA w dobie maccartyzmu na przełomie lat czterdziestych i pięćdziesiątych XX wieku, inspirowane przez Josepha Raymonda McCarthy'ego (1908-1957), senatora republikańskiego, czy sposób, w jaki rządy krajów środkowoazjatyckich i Rosji wykorzystują hasło walki z terroryzmem i fundamentalizmem do dławienia opozycji politycznej i naruszania praw człowieka.
O tym, że jest to realne, a niewyimaginowane zagrożenie dla świata zachodniego i podstaw demokracji, świadczą zdarzenia obserwowane w Stanach Zjednoczonych. Po 11 września środowiska akademickie w USA są stale inwigilowane, a w bezpośrednich rozmowach z wykładowcami niektórych amerykańskich uniwersytetów padają zawoalowane groźby ze strony władz. Ofiarami padają ci wszyscy, którzy krytykują obecną politykę Waszyngtonu i militarne zaangażowanie w Afganistanie. Władze uniwersytetów w Nowym Jorku, w Teksasie (Austin), w Północnej Karolinie (Chapel Hill), w Massachusetts (Amherst) i innych grożą zwolnieniami z pracy tym wszystkim, którzy "nie zaprzestaną działań na szkodę Ameryki" i nie chcą poprzeć polityki prezydenta Busha. Publicznie protestują przeciwko tym działaniom administracji amerykańskiej osoby poddawane naciskom ze strony władz, w tym grono znanych profesorów25. W ich liście protestacyjnym można przeczytać m.in.: "Ataki na wykładowców, którzy kwestionują lub wprost krytykują wojenną politykę prowadzoną obecnie przez administrację Busha, zbiegają się z innymi niebezpiecznymi incydentami. Na instytuty naukowe i uniwersytety przedstawiciele władz federalnych wywierają presję, aby uczelnie przekazywały im poufne informacje na temat studentów, pochodzące z uniwersyteckich akt, Kongres planuje ponadto ograniczenie możliwości uzyskania wiz przez studentów z zagranicy". Nie po raz pierwszy grozi się w USA intelektualistom, którzy pozwalają sobie się nie zgadzać z polityką amerykańskiego rządu i wizją świata kształtowaną przez kręgi władzy. Dokładnie takie same metody, jakimi posłużyć się chcą obecnie władze w USA, zastosowano na przykład w 1940 roku wobec Bertranda Russella, wybitnego filozofa i laureata Nagrody Nobla: na mocy wyroku sądowego zabroniono mu prowadzenia wykładów na Uniwersytecie Nowojorskim.
Tuż po atakach Stany Zjednoczone zablokowały funkcjonowanie wielu serwerów na świecie, które miały być zdaniem amerykańskich władz związane z terroryzmem. W rezultacie zupełnie niedostępne stały się przy okazji setki stron internetowych, które z terroryzmem nigdy nie miały nic wspólnego, a prezentowały jedynie różne aspekty islamu lub zróżnicowane opinie przedstawicieli społeczności muzułmańskiej; w najgorszym wypadku wyrażały krytykę nierówności ekonomicznej na świecie lub niezbyt przychylnie ustosunkowywały się do polityki zagranicznej USA. Przez długi czas były one doskonałym źródłem informacji dla badaczy zajmujących się kulturami pozaeuropejskimi i sytuacją społeczno-polityczną w krajach muzułmańskich. To ograniczanie dostępu do informacji idzie w parze z atakami na niezależnych dziennikarzy, którzy nie chcą się utożsamiać z polityką rządu amerykańskiego. Podczas kryzysu w Zatoce Perskiej Amerykanie sławili niezależność i profesjonalizm arabskich dziennikarzy, relacjonujących wydarzenia z frontu kuwejckiego w 1991 roku. Niektórzy z nich weszli w skład zespołu katarskiej stacji telewizyjnej Al-Dżazira, znakomicie przeszkolonego wedle wzorów BBC. W ciągu paru lat Al-Dżazira stała najpopularniejszym programem informacyjnym na Bliskim Wschodzie i doskonałą lekcją poglądową na temat tego, czym jest otwartość i wolność słowa, zyskując poklask także na zachodzie. Teraz Al-Dżazira ulega nieustannym naciskom ze strony administracji waszyngtońskiej, która bez ogródek domaga się ograniczenia przepływu informacji i konsultowania treści programów z władzami.
Jednocześnie zachodniej opinii publicznej dano wprost do zrozumienia, że relacje dziennikarskie z frontu afgańskiego nie będą niezależne, a zwycięstwa Ameryki pozostaną niewidoczne. Oznacza to, że także o wielu niepowodzeniach opinia publiczna nigdy nie zostanie poinformowana. Dlaczego wobec tego opinia publiczna miałaby akceptować taki stan rzeczy, skoro nie chciała dać przyzwolenia na cenzurowanie doniesień z czasów okupacji radzieckiej w Afganistanie?
Przy całym zrozumieniu niebezpieczeństwa światowego terroryzmu rodzi się wątpliwość: czy aby jest to najlepsza metoda, by pokazywać obszarom niedemokratycznym i krajom o raczkującej demokracji, na czym demokracja polega? Czy nie jest to klęska ideałów cywilizacji zachodu, takich jak wolność słowa i nienaruszalność praw człowieka? Gdzie przebiega, zatem granica między prawem do informacji a cenzurą, wyznaczająca kres społeczeństwa otwartego?
Czy wyzbywając się - pod wpływem propagandy antyterrorystycznej - prawa do rzetelnej informacji, społeczeństwa zachodnie nie przystają mimowolnie na realizację planu Osamów bin Ladenów, realizowanego paradoksalnie rękoma obrońców zachodniej demokracji? Wszak to wolność słowa, swobodny przepływ informacji i obrona praw człowieka budzą między innymi odrazę terrorystów i to właśnie te wartości mają zostać teraz ograniczone w imię... wolności słowa i swobód obywatelskich.
Jakże trudno będzie w przyszłości krytykować reżimy totalitarne na świecie za nagminne naruszanie praw człowieka! Sytuację tę wykorzystuje już Rosja w walce w Czeczenii. Jej śladem pójdą Chiny, tłumiące wszelkie objawy nieposłuszeństwa w takich regionach jak Tybet czy wschodni Turkiestan (Xinjiang). Walka z terroryzmem będzie wygodnym argumentem dla wszystkich rządów na świecie, zwalczających opozycję polityczną w kraju: wystarczy przeciwnikowi politycznemu nadać miano ekstremisty, popierającego rozwiązania terrorystyczne.
Na lotnisku w Begramie nie raz po 1956 roku lądowały zaprzyjaźnione radzieckie samoloty. Jednak ich desant 24 grudnia 1979 miał już inny charakter. Był to początek radzieckiej inwazji na Afganistan. W czasach radzieckiej okupacji znajdowała się tu główna baza wojskowa najeźdźców.
Teraz stoję tuż przy samym pasie startowym. Dwudziestoparoosobowy oddział pułkownika Babadżana dwa miesiące wcześniej dokonał rzeczy zdawałoby się niemożliwej: dwudniowym szturmem przejął lotnisko, chronione przez ciężkie karabiny maszynowe, czołg i dwa wozy opancerzone talibów. Z kikuta wieży kontroli lotów, gdzie siedzę z Babadżanem, widać przez lornetkę stanowiska talibów na obrzeżach pasa startowego. Pas startowy pozostał w nienaruszonym stanie. Za to połać ziemi dookoła jest pogorzeliskiem. Wszystkie zabudowania zostały zrównane z ziemią, a z suchej trawy wykwitają rude, płożące się stalowe bluszcze, splątane w kłębowisko wokół dwóch wypalonych kadłubów samolotowych: są to zardzewiałe pozostałości hangarowych szkieletów. W odległości kilometra widać wyraźnie trzy srebrzące się MIG-i 21. Zwrócone w moim kierunku, spoczywają na obrzeżu betonowego pasa, a z tyłu otoczone są wysokim wałem ziemnym w kształcie litery U, porośniętym trawą. W wyżłobieniach na szczycie wałów można dostrzec talibańskie stanowiska karabinów maszynowych. Samoloty pozostają nietknięte na ziemi niczyjej.
Dwa i pół miesiąca później, 10 października, na lotnisko spadną pierwsze amerykańskie bomby, wymierzone w talibów. Czy spadły na okopy talibów? Czy może rozbiły zgliszcza wieży kontrolnej, w której chroni się oddział pułkownika Babadżana? Dziwna to doprawdy precyzja, gdy bombarduje się tak ważny przyczółek bez refleksji i bez konsultacji z siłami Sojuszu Północnego, Dr Abdullah Abdullah w październiku 2001 roku parokrotnie skrytykował rozeznanie amerykańskiego lotnictwa i wzywał do ściślejszej koordynacji działań amerykańskich z logistyką afgańską. Sam dr Abdullah Abdullah, członek partii Dżamiat-i Islami (Stowarzyszenie islamskie), pełnił pierwotnie funkcję rzecznika prasowego Ahmeda Szaha Masuda, co w praktyce równało się funkcji rzecznika afgańskiego MSZ. Z czasem urząd ten przerodził się w funkcję ministra - szefa MSZ. O tym, jaki faktycznie pełni się w Afganistanie urząd, decyduje nie oficjalny tytuł, lecz wykonywane w rzeczywistości obowiązki. Zgodnie z tą zasadą Masud, minister obrony w rządzie prezydenta Rabbaniego, sprawował funkcję szefa rządu i był centralną postacią w państwie.
Begram to nie tylko zgliszcza ongiś największego w Afganistanie lotniska. W latach 1936-1942 podczas dwóch wypraw archeologicznych odkryto tutaj dwie osady miejskie. W tym węźle przecinały się dwa szlaki handlowe. Jeden biegł z Kandaharu na północ przez Dolinę Pandższiru i Badakszan do Kaszgaru we wschodnim Turkiestanie (obecnie prowincja Xinjiang, administrowana przez Chiny). Drugi łączył Peszawar ze Szlakiem Jedwabnym, przecinając Bamijan i Balch (starożytną Baktrię).
Po dwóch tysiącach lat ożyły cenne przedmioty użytkowe i kultowe, wydobyte z otchłani czasu i pyłu. Znaleziska te stały się jednymi z najcenniejszych w zbiorach Muzeum Kabulskiego: indyjskie rzeźby z kości słoniowej, chińskie wazy i laka z czasów chińskiej dynastii Han, greckie i rzymskie rzeźby, statuy helleńskie odlane z brązu, słynne szkło Fenicjan, skarby buddyjskie, wyroby ze złota i szlachetnych kamieni, biżuteria. Trzy kilometry dalej znajdował się klasztor buddyjski i stupa. Tutejsze wykopaliska po raz pierwszy umożliwiły określenie sekwencji stratygraficznej w historii archeologii afgańskiej, co miało kluczowe znaczenie dla dalszych badań nad historią tego rejonu. Wszystkie te miejsca zostały kompletnie zdewastowane w trakcie działań wojennych.
Na wąskiej, stromej drodze, wyżłobionej w zboczu skalnym, dżip podejmuje kolejny wysiłek, by ociężale wspiąć się na kolejne wzniesienie. Stop! Pojazd utknął w zagłębieniu na gwałtownie opadającym podjeździe. Jesteśmy zbyt dużym obciążeniem. Trzeba wysiadać. Drzwi z prawej strony nie dają się otworzyć: dociska je pobrużdżona, kamienna ściana spadzistej góry. Otworzywszy tylne drzwi z lewej strony, ostrożnie balansujemy kilkanaście metrów ponad spienionymi wodami Pandższiru, by bezpiecznie postawić stopę na twardym gruncie tuż za tylną ramą drzwiową. Wspomagany przeze mnie i Nazira, poradziecki UAZ wygrzebuje się z dołu, wzbijając tumany pyłu. Kilkanaście metrów biegniemy za nim, aż droga staje się na tyle szeroka, że udaje się wsiąść z powrotem. Stromy, kręty zjazd i przed nami wylania się zbita, żwirowa łacha o długości 300 metrów. Pod nią biegną równolegle dwie wstęgi: szeroki, wzburzony nurt stalowoszarego Pandższiru, niosącego górski osad, i atramentowy strumień dużo spokojniejszego dopływu. Miejsce to nazwano doab, dwurzecze.
Znajduję się czterdzieści kilometrów od linii frontu, naprzeciw silnie strzeżonego więzienia jenieckiego, w którym Sojusz Północny przetrzymuje na wymianę bardziej prominentnych talibów, pojmanych podczas działań zbrojnych. Powyżej niskiego, długiego baraku ulepionego z gliny i kamieni, wznosi się ku niebu pięćsetmetrowa, niemal pionowa ściana skalna. Więzienie jest całkowicie odcięte, nie prowadzi do niego żaden most. Stąpam w poprzek płytszego potoku po śliskich kamieniach, po uda zanurzony w wodzie. Przejście przez rwący, spieniony Pandższir, głęboki w tym miejscu na 3-3,5 metra, nie jest możliwe. Próbującego przedostać się wpław śmiałka silne wiry i prądy rozbiłyby w okamgnieniu na skałach. Z Nazirem machamy do uzbrojonych żołnierzy, stojących na przeciwległym skalnym nasypie. Zostali poinformowali przez radio o moim przybyciu. W poprzek przeciągnięto stalową linę, po której przesuwa się podwieszona metalowa kuweta. Wsiadam do niej i zostaję przeciągnięty na drugą stronę, 7-8 metrów ponad rzeką. Rozgrzany, ostry żwir parzy stopy do żywego. Pospiesznie nakładam buty, by za chwilę znowu je zdjąć w progu przed wejściem do biura nadzorcy więzienia. Jest to nieco szczupły, ale dość umięśniony, pięćdziesięcioletni mężczyzna z dłuższymi siwymi włosami, zaczesanymi do tyłu, z dwutygodniowym białym zarostem.
Służący natychmiast przynosi zieloną herbatę i tacę z równo ułożonymi jabłkami i winogronami. Obowiązkowo podaje się na talerzyku irańskie cukierki, które ssie się do herbaty.
- W tej chwili przetrzymujemy tutaj 286 jeńców. Ale liczba się waha. W sumie mamy miejsce dla 360 więźniów.
- Jaki jest skład etniczny? - pytam.
- W większości są to Pasztunowie. W tej chwili mamy tu 22 więźniów spoza Afganistanu: dwóch Ujgurów ze wschodniego Turkiestanu (chińskiego Xinjiangu), dwóch Saudyjczyków, Jemeńczyka, dwóch Czeczeńców, a nawet jednego Birmańczyka. Jest jeszcze ktoś z Indonezji. Reszta to Pakistańczycy. Trzymamy ich wszystkich w osobnej celi. Do przedwczoraj mieliśmy tu Bośniaka, ale zdążyliśmy go wymienić.
Wspominam, jak trudno było się tu dostać:
- Czy zdarzają się przypadki ucieczki?
Naczelnik z nieukrywanym zadowoleniem konstatuje:
- Praktycznie nie. Od czasu, kiedy tu jestem. Czyli od początków tego więzienia. - Uśmiecha się. - Choć zdarzyło się rzeczywiście, że dwóch jeńców nam uciekło w maju. Błąkali się górach przez trzy dni. Aż zatoczyli koło i trafili tu z powrotem. Stąd nie da się daleko uciec. - Dodaje z dumą.
Naczelnik oprowadza mnie po więzieniu. Dwa równoległe mury z niewielkimi wieżami otaczają dziedziniec. Między murami chodzi strażnik. Dziedziniec wyłożony białym żwirem okala rząd małych, zakratowanych okien. To cele. Prawie wszystkie mają powierzchnię 40 m2: 4 x 10 m, a w celi przebywa do 25 więźniów. Na jeńca przypada zatem 1,6 m2. Gdy wchodzimy, wszyscy więźniowie podrywają się z miejsc i ustawiają w dwóch rzędach: każdy na swoim materacu. W schludnie utrzymanej i wysprzątanej celi panuje zaduch, ale nie czuć stęchlizny. Niski strop, do którego można sięgnąć wyciągniętym ramieniem, unosi się na drewnianych belkach, na których podwieszone są przeróżne worki, zawiniątka, a nawet małe torby podróżne. U powały wisi lampa naftowa. Na ścianach - kilkadziesiąt plastykowych butelek z wodą.
- Regularnie dowożona jest woda pitna - wyjaśnia naczelnik - Nikt tu nie pije wody z rzeki.
Pomimo ścisku cele wyglądają dużo lepiej, niż mógłbym się spodziewać. Więźniowie wyglądają przyzwoicie, dość czysto i zdrowo. Czy uzyskują jakąś opiekę lekarską?
- Tak, w miarę naszych możliwości. Regularnie raz na tydzień przyjeżdża tutaj lekarz ze szpitala Emergency, włoskiej organizacji pozarządowej, i dokonuje przeglądu stanu zdrowia więźniów.
Emergency - około 15 kilometrów od linii frontu kabulskiego w wiosce Anoba - jest najlepiej zaopatrzonym szpitalem w całym północnym Afganistanie Jeszcze tego samego popołudnia spotkam się z Jane, Brytyjką prowadzącą ten szpital od dwóch lat. Jest to trzecie już miejsce pobytu Jane. Wcześniej pracowała dla Emergency w Kambodży w połowie lat dziewięćdziesiątych, a potem spędziła trochę czasu w Angoli, także pracując dla tej samej instytucji.
Naczelnik dodaje:
- W nagłych wypadkach przyjeżdżają tu niezwłocznie z Emergency. Jesteśmy z nimi w stałym kontakcie radiowym. Podstawowym problemem jest brak leków. Ale tego w ogóle brak w całym Afganistanie.
- Jak przedstawia się ich rozkład dnia? - pytam naczelnika.
- Jeńcy wstają między 5 a 6 rano, w zależności od pory roku. Idą nad rzekę się umyć. Jeśli chcą, mogą uprać rzeczy. Otrzymują dwa posiłki dziennie. Rekreacja? Tak, mają nawet piłkę i mogą pograć w siatkówkę. Poza tym dostarczamy im książki. Jakie? Przede wszystkim religijne. Mają tu Koran, trochę książek o islamie.
Więźniowie pokazują mi książki, zatknięte pod sufitem na belkach.
Większość jeńców przebywa w więzieniu po kilka miesięcy: do wymiany. Ale najdłuższy stażem jest tu już ponad cztery lata. Zastanawiam się, co się z nimi stanie, kiedy zostaną wymienieni na jeńców Zjednoczonego Frontu i wyjdą na wolność. Naczelnik nie pozostawia wątpliwości:
- Będą walczyć. Zresztą proszę ich o to samemu spytać!
Pytam się, więc kilkunastu więźniów o ich dalsze zamiary po opuszczeniu więziennych murów. Wszyscy kiwają głowami i zgodnym chórem potwierdzają słowa naczelnika:
- Tak! Będziemy dalej walczyć przeciwko Północy.
Ta zgodność trochę mnie dziwi:
- Ale dlaczego?
Proste z pozoru pytanie budzi ich ogromne zaskoczenie i potrzebują chwili namysłu, by odpowiedzieć. Do tej pory nikt im go nie postawił, jak powiadają.
- Ja nie mam do czego wracać. Dwaj moi bracia już się pożenili, ja nie mam pieniędzy, by założyć rodzinę. Jak wrócę, to mnie i tak z powrotem wyślą.
- Kto wyśle? - dopytuję.
- Moja wioska, oczywiście. Bo to wioska decyduje, kto idzie walczyć. Przecież nie przyjmą mnie z powrotem!
Scenariusz jest w większości przypadków podobny. Talibowie wymagają, by mieszkańcy wioski dostarczyli określoną liczbę żołnierzy w zależności od wiel kości osady. Po naradzie rada wioskowa (szura) wyznacza grupę poborowych, którzy najpierw przejdą przeszkolenie. Na żołnierzach ciąży, zatem podwójny obowiązek: przymus względem talibańskiej administracji i lojalność względem starszyzny wioskowej czy plemiennej. Dezercja sprowadziłaby hańbę na wioskę, która sprzeniewierzyła się ustaleniom, i w następnej kolejności ściągnęłaby na lokalną społeczność odwet ze strony talibów.
W rozmowach z jeńcami miałem pełną swobodę, sam dokonywałem wyboru, do której celi wejdę i z kim będę prowadził wywiady. Nikt z 25-30 osobowej grupy nie wykazał się fanatyzmem, a wątek religijny czy kwestia szerzenia zasad państwa islamskiego były praktycznie w rozmowach nieobecne. Tak samo nie było widać fanatycznego błysku w oku i wewnętrznego zaangażowania w wojnę. Raczej zrezygnowanie. Do wzbudzenia osobistego zaangażowania u większości tych jeńców potrzebne byłyby drastyczne metody, takie jak bombardowania i zbrojna interwencja obcego mocarstwa.
Nieco odmiennie przedstawia się sytuacja w celi, w której przebywają obcokrajowcy. Wszyscy znaleźli się w Afganistanie nieprzypadkowo. Wszyscy przechodzili też przeszkolenie w obozach finansowanych przez Osamę bin Ladena i mieli tego pełną świadomość - w odróżnieniu od niektórych więźniów pasztuńskich. Ich cela nie wyróżnia się niczym szczególnym, poza tym, że znajdują się tu dwa karłowate łóżka (czarpaj): drewniane ramy ustawione na dwudziestocentymetrowych klockach, ze sztywno zaplecioną, sznurowaną siatką podtrzymującą materac. Jedno służy najstarszemu stażem i wiekiem więźniowi: wysuszonemu i schorowanemu Pakistańczykowi, który ma prawo nie podnosić się z łóżka, kiedy do celi wchodzi więzienny strażnik. W ciągu czterech lat nikt się o niego nie upomniał. Cztery długie lata to dużo czasu, by o nim całkiem zapomnieć. Drugie łóżko, zaścielone szafirowym suknem, jest odzwierciedleniem statusu i poważania, jakim cieszy się mułła Ahmed Sayed. Ubrany w nieskazitelnie białą szatę (pajdżama), w białej, ażurowej i haftowanej czapeczce na głowie spogląda na mnie łagodnymi, kasztanowymi oczyma przez pękate szkła, oprawne w grube czarne ramki. Luźno wokół szyi, przerzucony przez oba ramiona zwisa czterometrowy pas kremowej materii (dastar), którą można w razie potrzeby udrapować na głowie, jako turban. Z bielą stroju kontrastuje kruczoczarna broda, długa na półtorej pięści. Wygląda na Jakieś 30 lat.
Uprawy tarasowe i wieś w Dolinie Pandższiru
Droga w Dolinie Pandższiru: wrak czołgu radzieckiego na tle kamiennego meczetu
Budynek mieszkalny w Dolinie Pandższiru, w tle blaszane drzwi wyklepane z radzieckiej cysterny
Główna ulica w Fajzabadzie, tymczasowej stolicy Sojuszu Północnego
Kobieta w burce robiąca zakupy w sklepie z importowanymi produktami w Dolinie Pandższiru
Kobieta na osiołku na głównej ulicy w Baharak (prowincja Badakszan)
Kobieta w ludowym stroju na ulicy w Hodża Bahauddin
Kobiety w Fajzabadzie, okrywające się burqą
Sprzedaż pszenicy na bazarze w Fajzabadzie
Ulica bazarowa w centrum Fajzabadu
Chcę zadać mu szereg pytań, ale on podchodzi do mej osoby nieufnie. Całkiem zrozumiale. Ogranicza się do stwierdzenia, że nigdy się nie podda i zawsze będzie walczył. Wcześniej parę razy rozmawiali z nim żądni sensacji dziennikarze. Jest znużony odpowiadaniem na stereotypowe pytania, przez które przyjezdni chcą potwierdzić swoje uprzedzenia. Opowiadam mu pokrótce o sobie i podkreślam, że pragnę zrozumieć jego świat, przyczyny konfliktu i nieporozumień. To go ostatecznie przekonuje.
Proszę, więc naczelnika więzienia, by pozostawiono mnie w celi sam na sam z więźniami. Udaje mi się przełamać jego opory. Dla względów bezpieczeństwa tuż za oknem przez godzinę czuwać będzie dwóch strażników z odbezpieczonymi kałasznikowami, gotowych do interwencji w każdej chwili. Pozostali więźniowie z zaciekawieniem usadowili się na matach wokół i przysłuchują się rozmowie.
Gdy zostajemy sami, bez bacznego oka straży więziennej, Ahmed Sayed zaczyna swą opowieść głosem spokojnym i opanowanym, pełnym ciepła, bez egzaltacji. Sposób, w jaki opowiada, ma w sobie coś urzekającego, niemalże wprowadzającego w trans. Jest świetnym mówcą, starannie dobiera słowa, mówi z namysłem.
Dzieciństwo spędził w Islamabadzie, gdzie pobierał nauki w przymeczetowej szkole. Gdy w 1992 roku usłyszał, że wrze w starej medresie (przymeczetowym seminarium) w pakistańskiej Kwetcie (30°23' N, 65°57' E), po przeciwległej stronie granicy nieco poniżej Kandaharu, natychmiast udał się tam z kilkoma rówieśnikami. Wkrótce ożywiły się inne medresy w pasie przygranicznym i szybko zaczęły powstawać nowe. Z zaangażowaniem włączył się w ten ruch, zaczął propagować nowe idee i przyciągać zwolenników. W medresach życie układało się prościej niż dotychczas. Wszystko było zorganizowane, dzień i posiłki rozplanowane. Nie wiadomo, skąd pojawiły się pieniądze na budowę nowych pomieszczeń, renowację starych, na utrzymanie, druk książek itp. Także władze, dotychczas niezbyt chętnie spoglądające na medresy, w których kształcono w większości Pasztunów, dały pełne przyzwolenie. Dysputy koraniczne przeniosły się na teren wojskowych baz szkoleniowych nieopodal rządowego poligonu.
Gdy w sierpniu 1994 roku oddziały, talibów wyruszały z Kwetty w Pakistanie, by w szybkim marszu przekroczyć granicę i z korzystając z zaskoczenia i ogólnokrajowego zamieszania, przejąć kontrolę nad Kandaharem przy pomocy grup stacjonujących już w samym mieście, on otrzymał misję, by w Kabulu zorganizować partię Islamską, która głosiłaby Ideo odnowy. Na początku roku 1995, kiedy talibowie stall od kilku miesięcy u bram miasta, jego organizacja partyjna już działała i stopniowo zdobywała zwolenników. Hasła zakończenia walk i zaprowadzenia pokoju, uwolnienia kraju od chaosu, niepewności, biedy i zniszczeń, odbudowania więzi społecznych i moralności przemawiały do wielu. Wielu Pasztunów odbierało te obietnice, jako zobowiązanie do zakończenia przelotnej ery dominacji Tadżyków. Od czasu, kiedy władzę w stolicy przejął Rabbani z Masudem, wielu Pasztunów poczuło się zepchniętych na drugi plan. Język dari, tadżycki dialekt perskiego, zaczął dominować na bazarach, które jeszcze do niedawna rozbrzmiewały językiem pasztuńskim.
Rzeczywiście, ludność Afganistanu powiększyła się w podobnych proporcjach etnicznych z 10 927 000 w 1937 roku (dane Ligi Narodów) do 13 150 000 mieszkańców w 1959 roku, z czego około 60-65% to byli Pasztunowie, a 20-25% Tadżycy.
Na przełomie lat sześćdziesiątych i siedemdziesiątych relacje te zmieniały się coraz bardziej na korzyść Tadżyków (3,5 mln). Dla porównania Pasztunowie stanowili 6,5 mln, inne grupy etniczne to Uzbecy (1 mln), szyiccy Hazarowie (870 000), Ajmacy (800 000), szyiccy Farsiwani żyjący na pograniczu z Iranem (600 000), ludność drawidyjska posługująca się językiem brahui (200 000), Turkmeni (125 000), Beludżowie (100 000), Nuristańczycy (100 000) siłą nawróceni na islam pod koniec XIX wieku, Kirgizi (10-15 000), hindusi posługujący się językiem hindi lub pendżabskim (10 000), Sikhowie (10 000), pamirscy Tadżycy zwani Ghalacza (7-10 000), Żydzi (5-7 000), Arabowie, Kurdowie, Gudżarowie, Kohistańczycy, Kizilbaszowie i Mogołowie.
Proporcje te pozostawały niezmienione niemal do końca lat siedemdziesiątych (liczba Żydów zmalała do około 800, liczba Sikhów wzrosła do 15 000). choć liczba ludności bezustannie wzrastała, by osiągnąć w 1978 roku poziom 18 milionów (według danych szacunkowych ONZ) lub 15 540 000 (według danych oficjalnych pierwszego spisu powszechnego z 1979 roku, przeprowadzanego w warunkach zamachu stanu).
W wyniku przewrotu wojskowego - dokonanego 27 kwietnia 1978 roku przez sekretarza generalnego Ludowo-Demokratycznej Partii Afganistanu Nura Mohammada Tarakiego (prezydent), Hafizullaha Amina (premier) i Babraka Karmala (wicepremier) - odsunięto od wpływów umiarkowane arystokratyczne rody pasztuńskie, Musahibanów i Mudżaddidi, sprawujące dotychczas władzę. Był to niepokojący sygnał, wskazujący, że dotychczasowy układ etniczny zaczyna się załamywać. W tym momencie puszczono w ruch polityczne wahadło, które doprowadziło do głosu postawy ekstremalne: skrajną lewicę i skrajnych fundamentalistów islamskich. Wówczas też pierwsi uchodźcy opuścili Afganistan, w dużej części przenosząc się do zachodniego Pakistanu, zamieszkałego przez spokrewnione grupy pasztuńskie.
Rok później w kolejnym przewrocie zginął Nur Mohammad Taraki, a jego miejsce zajął Hafizullah Amin, by wkrótce samemu zginąć z rąk Babraka Karmala, który ostatecznie objął upragniony urząd prezydencki. Każdy kolejny zamach stanu wzbudzał coraz bardziej skrajne nastroje i wywoływał rosnący niepokój, nie tylko wśród Pasztunów. Tadżycy, którzy usiłowaliby znaleźć schronienie poza Afganistanem, znajdowali się w diametralnie innej sytuacji niż Pasztunowie. Tradycyjne więzi historyczne łączące ich z Tadżykami zamieszkującymi obszary na północ od Afganistanu, aż po Samarkandę i Bucharę, uległy rozluźnieniu wskutek dziesiątek lat okupacji radzieckiej tamtych ziem od czasów Rewolucji Październikowej. Odpływ ludności z Afganistanu dotyczył więc przede wszystkim Pasztunów, tym bardziej że granica pakistańsko-afgańska pozostawała płynna pomimo usilnych zabiegów rządu pakistańskiego, by ją uszczelnić.
Tarcia etniczne pojawiały się przede wszystkim między Pasztunami a pozostałymi mniejszościami etnicznymi, podczas gdy w wielu regionach - np. w Tacharze, Baghlanie i Kunduzie - mniejszości Tadżyków, Uzbeków i Turkmenów mieszkały po sąsiedzku i popularne były związki małżeńskie między tymi grupami.
Zmiany na mapie etnicznej objęły także równowagę sił w obrębie plemion pasztuńskich i ich rozmieszczenie. Dotychczasowe rody z pasztuńskiego plemienia Durranich, związane z rodziną królewską, zostały odsunięte od władzy. Stery w państwie przejęły opozycyjne grupy plemienne Ghilzaich. To właśnie z tymi grupami plemiennymi byli związani liderzy frakcji Khalk Ludowo-Demokratycznej Partii Afganistanu, którzy przejęli władzę w wyniku zamachu stanu przeprowadzonego w kwietniu 1978 roku.
Aż do dnia dzisiejszego przepływ ludności przez tę granicę dokonywał się praktycznie bez ograniczeń. To samo, choć w mniejszym stopniu, dotyczy szczelności granicy pakistańsko-indyjskiej aż do 1989 roku, kiedy ponownie rozgorzał konflikt kaszmirski.
Od początku lat osiemdziesiątych w Delhi mieściła się jedna z baz mudżahedinów, prowadzących dżihad przeciwko ZSRR. W połowie lat osiemdziesiątych, dzięki środkom finansowym uzyskanym z USA, uruchomiono tam niezależną afgańską rozgłośnię radiową, korzystającą nieoficjalnie z nadajników Radia Indyjskiego (All-India Radio), która codzienne w godzinach popołudniowych i wczesno wieczornych transmitowała programy, przede wszystkim w języku pasztuńskim, o treści na ogól kulturalno-muzycznej. Był to wciąż okres zbliżenia radziecko-indyjskiego, czego wyrazem była np. wystawa malarstwa i rzeźby z Ermitażu w Muzeum Narodowym w Delhi na przełomie 1987 i 1988 roku (potem rozeszła się - uzasadniona! - plotka, że eksponaty były w całości kopiami). Bliskie więzi gospodarcze i polityczne między ZSRR i Indiami powodowały, że oficjalnie rząd Indii nie mógł tolerować na swoim terytorium działalności jawnie antyradzieckiej - przy użyciu indyjskich nadajników. I to pomimo całej swojej sympatii dla Afganistanu, który od powstania Pakistanu i uzyskania przez Indie niepodległości był postrzegany, jako sojusznik.
Ośrodek w Delhi był swego rodzaju nieoficjalnym rządem na uchodźstwie reprezentującym Jedno ze stronnictw, usiłującym koordynować (bo o faktycznej koordynacji z uwagi na rozbicie plemienne nie mogło być mowy) akcje zbrojne i prowadzącym akcję informacyjną skierowaną do świata zachodniego. Mieścił się on w dwupiętrowej, białej willi w delhijskiej dzielnicy Ladżpatnagar.
W latach 1987-1988 spędziłem w tej willi parę tygodni i wielokrotnie obserwowałem przybywających prosto z afgańskiego frontu zarośniętych mudżahedinów, owiniętych w kaszmirskie pledy, pod którymi trzymali karabiny maszynowe. Bez najmniejszych trudności udawało się im przekraczać obie granice. Pod koniec maja 1988 roku sam byłem już gotowy do drogi w góry między Nuristanem a Dżalalabadem, pozostawiwszy mój paszport bezpiecznie w willi w Ladżpatnagarze. Droga do Afganistanu stała otworem. Z ówczesnych moich przyjaciół wielu już nie ma wśród żywych, o większości słuch zaginął.
Łatwość, z jaką można było się przemieszczać między Afganistanem a Pakistanem - tj. w obrębie "Pasztunistanu" - ze względu na nieszczelność granic i powiązania klanowe, nie dawała się porównać z sytuacją afgańskich Tadżyków, którzy znaleźliby się w ZSRR, gdyby zechcieli uciekać przed Armią Czerwoną w Afganistanie do swoich współplemieńców za miedzą. Ponadto ruch antyradzieckiego oporu koncentrował się na terenach Tadżyków, którzy mieli mniejszą motywację, by opuszczać tereny, o które mogli skutecznie walczyć.
Sytuację etniczną pogorszyły konflikty wewnętrzne w obozie Nadżibullaha i jego Ludowo-Demokratycznej Partii Afganistanu - sprawujących władzę w Kabulu - jakie wybuchły w marcu 1992 roku. Doszło do nich na tle etnicznym - stronnictwo rządowe opuścili przedstawiciele Tadżyków i Uzbeków. Wzmocniło to tym samym zbliżające się do Kabulu siły Masuda i Dostuma i ułatwiło przejęcie władzy nad stolicą w dwa miesiące później.
W pierwszej połowie lat dziewięćdziesiątych, kiedy koalicja tadżycka z Masudem i Rabbanim na czele przejęła władzę w Kabulu, struktura etniczna kraju przedstawiała się odmiennie. Większość stanowili Tadżycy (34%), a Pasztunowie stali się dużą mniejszością (22%). Niewątpliwie nadejście talibów, traktowanych przez wiele plemion pasztuńskich jako wyraziciele ich potrzeb, ponownie zmieniło strukturę etniczną, choć trudno w obecnej sytuacji określić, w jak dużym stopniu. Dane szacunkowe ONZ w 1997 roku podawały, że liczba ludności Afganistanu wzrosła do około 23 mln, przy czym Pasztunowie mieli znowu stanowić większość (38%), Tadżycy zeszli na drugą pozycję (25%), a dalej byli Hazarowie (19%) i ludność uzbecka (6%)26.
Gwałtowne zmniejszenie się liczby ludności uzbeckiej wiązało się z działaniami wojennymi na ziemiach zamieszkałych przez Uzbeków, z których wielu miało praktyczną możliwość wyemigrowania do Uzbekistanu, choć władze uzbeckie kategorycznie odmawiają im obywatelstwa. Te proporcje populacyjne są obecnie kontestowane przez Tadżyków, którzy - powołując się na tegoroczne szacunki amerykańskie - określają swój udział na ponad 50%, podczas gdy Pasztunowie mieliby stanowić około 35%. Dane te są ewidentnie przekłamane, gdyż eksperci amerykańscy za wyznacznik przynależności etnicznej przyjęli kryterium językowe, wskutek czego do Tadżyków zaklasyfikowano także inne grupy posługujące się językiem dari, tj, Farsiwanów, Kizilbaszów, Ajmaków i Mogołów. Jedno jest pewne: szacunkowe dane zaludnienia Afganistanu zmieniają się jak w kalejdoskopie.
Mułła Ahmed Sayed był w Kabulu, kiedy w 1995 roku Gulbuddin Hekmatjar został zmuszony do udostępnienia swoich pozycji w wiosce Czar Asjab na obrzeżach Kabulu i tym samym umożliwił talibom wtargnięcie do miasta od wschodu. Gulbuddin Hekmatjar stracił zaufanie Pakistanu, gdyż przez dwa lata nie udało mu się poczynić żadnych postępów na froncie antytadżyckim, a ponadto prowadził politykę w dużej części niezależną i nieprzewidywalną dla Islamabadu (m.in. popierał Saddama Husseina w wojnie kuwejckiej). Mulla Ahmed Sayed był także świadkiem, jak w roku 1996 rząd Rabbaniego i Masuda ewakuował się pospiesznie z miasta, a talibowie przejęli nad nim pełną kontrolę. Wkraczającej armii talibów towarzyszyły oddziały Armii Pakistańskiej27. Ludność, głównie tadżycka, uciekała w popłochu, pieszo, samochodami, na motocyklach. Wykorzystano wszystko, co miało koła i umożliwiało szybsze przemieszczanie się. Asfaltową drogą prowadzącą do Czarikaru ciągnęła w stronę Pandższiru wielokilometrowa kolumna pojazdów. Wielu urzędników wraz z rodzinami i szczątkowym dobytkiem zapakowano do klimatyzowanych autobusów, nowych mercedesów 304. Do dziś można je zobaczyć we wsiach pandższirskich, w Dżamalagsze, Kuhestanie, Golbaharze, tam gdzie kończy się asfalt i zaczynają wyrwy - przepastne niczym otchłanie - pochłaniające zdezelowane podwozia. Od 1996 roku do tej pory autobusy pełnią rolę spichlerzy, kurników, warsztatów szewskich, gdzie przerabia się opony na buty, a nawet pomieszczeń mieszkalnych.
Co zdarzyło się później? Czy może opowiedzieć o ataku na Mazar-i Szarif w 1998 roku? Co mu wiadomo o akcjach w Bamijanie, gdzie masakrowano ludność hazarską? O tym okresie Ahmed Sayed opowiada dość niechętnie. Właściwie każde następne pytanie o działania zbrojne zbywa półsłówkiem. Mimochodem wspomina, że dużo czasu spędzał w obozach szkoleniowych finansowanych przez Osamę bin Ladena, gdzie był odpowiedzialny za wykład islamu.
Ożywia się, kiedy pytam go o motywy.
- Chcemy zaprowadzić pokój. Od lat trwa tutaj wojna. Jej przyczyną jest rozpad społeczeństwa, odejście ludności od zasad prawdziwej religii. By zaprowadzić pokój, musimy przekształcić społeczeństwo, pokazać mu właściwą drogę życia. Ludzie zapomnieli o Koranie, przeinaczają go, modyfikują w zależności od potrzeb. Rządzą nami rządy, które nie mają legitymizacji. Nami, to znaczy muzułmanami. Dopóki rządy nie będą kierowały się Koranem, nie będzie spokoju. Jakie rządy? Wszędzie, w Arabii Saudyjskiej, w Egipcie. Jemenie, Iraku, Maroku. Nawet rząd pakistański nie kieruje się religią. W całym Afganistanie dawno by już zapanował pokój, gdyby nie rebelianci na północy. Wprowadziliśmy już słuszne prawo, teraz należy tylko zadbać, by wszyscy się do niego stosowali. Nadejdzie czas, że także Pakistanem będą rządzić ci, którzy pragną autentycznej przemiany ludzi i będą dbali o wartości religijne. Rządzący zajmują się tylko pomnażaniem swoich majątków i utrzymaniem władzy. Wszyscy na tym cierpią, i ludzie, i religia. Islam to przekaz wolności. Nie wolno się zamykać na słowa Boga. Każdy powinien to zrozumieć.
Jego kluczowym przesłaniem jest hasło zjednoczenia wszystkich muzułmanów na świecie.
- Wszyscy powinniśmy żyć w kraju, w którym rządzi religia. Nam, muzułmanom, nie są potrzebne granice. Wobec Boga wszyscy jesteśmy równi. Wszelka ziemska władza musi być Jemu podporządkowana. Tak jak to było na samym początku. Z czasem ziemska władza zaczęła tworzyć podziały, państwa, granice.
Wszyscy wyznawcy islamu powinni zostać objęci jedną strukturą państwową, rządzoną w sposób scentralizowany przez kalifa, który dbałby o wypełnianie zasad islamu i realizował ideały religijne.
- Muzułmanie przestali być muzułmanami. Stąd wzięły się wszystkie ich problemy. Teraz rządzi nimi Ameryka.
Jego proste przesłanie jest łatwo zrozumiałe dla rzesz niewykształconych wyznawców, nie tylko dla teologów. Współwięźniowie przysłuchują się temu, co mówi Ahmed Sayed, w ogromnym skupieniu. Chłoną każde jego słowo.
Utrata ludzkiej godności, zanik niezawisłości państwowej na rzecz dominacji zachodu, wzrost ubóstwa, upadek kultury, klęska starej cywilizacji - wszystko to ma zdaniem Ahmeda Sayeda te same korzenie. Panaceum stanowić ma przemodelowanie zasad, na jakich opiera się samo państwo i społeczeństwo, a w konsekwencji powrót do zasad pierwotnych, fundamentów islamu, gdyż korzenie tkwią w samych społeczeństwach muzułmańskich, które odeszły od pierwotnej nauki Koranu.
Ten fundamentalizm jest w rzeczywistości "powrotem" do pewnego wyidealizowanego stanu pierwotnego, do sytuacji, jakiej historycznie nigdy nie było. Jest to nowe odczytywanie tradycji i historii islamu, i samej "litery" Koranu z perspektywy współczesnej epoki postkolonialnej.
A jaki związek z tym wszystkim ma Ameryka?
- Oni wspierają reżimy, które zdominowały muzułmanów na całym świecie. Ameryka ich kupiła. Dostarcza im broń, kupuje od nich ropę. Ale zyski z tego czerpią tylko Amerykanie i arabskie marionetkowe rządy. Prawdziwi muzułmanie zostali zepchnięci na margines. We własnych krajach stali się obywatelami drugiej kategorii! Koran powiada, że człowiek otrzymał wszystko od Boga i dlatego nie powinien niczego zatrzymywać dla siebie. Obowiązkiem jest wspomaganie biednych, sierot, pielgrzymów. Kto z bogatych o tym pamięta? Wolą sprzedawać Ameryce to, co należy do nas wszystkich.
A dlaczego Sayed walczy po stronie talibów?
- To jest tradycja przekazana nam przez Boga! My czytamy Koran i głosimy prawdziwą wiarę. My jesteśmy na ścieżce Boga. Talibowie robią to samo w Afganistanie. To jest dobra robota.
Mułła Ahmed Sayed nie czuje się przedstawicielem talibów. Kształcił się w medresach, uczył się prawa koranicznego i jak wielu myśli szerzej: o całym świecie muzułmańskim. Wielu talibów to Pasztunowie i leży im na sercu odnowa samego Afganistanu, zaprowadzenie prawa i porządku. Ale nie myślą o tym, co dalej.
Do talibów przyłączył się, bo w nich upatruje możliwość realizacji planów odnowy świata, odnowy religii. Afganistan ma być dla świata wzorem państwa prawego. Muzułmanie na całym świecie powinni ten przykład podchwycić. Co dalej, wobec tego?
- Dalej pójdziemy na Azję Środkową. Już teraz wielu muzułmanów pragnie tam zmian. Oni chcą, byśmy im pomogli.
Na myśli ma Turkmenistan, Uzbekistan, Tadżykistan i Kirgistan, gdzie od upadku ZSRR pojawiły się liczne organizacje islamskie, z których niektóre mają charakter ekstremistyczny, fundamentalistyczny i są wspierane przez różne organizacje terrorystyczne, w tym przez al-Kaidę.
- No i rzecz jasna Chiny - dorzuca, kładąc łagodnie ręką na ramieniu Ujgura, siedzącego obok niego na pryczy.
Ma to być jeden organizm państwowy, który w swych granicach obejmowałby obszary Azji Środkowej i Pakistanu,
- Władza Pakistanu jest także na usługach Ameryki. Ale to się kiedyś zmieni. Tak, teraz oni walczą po naszej stronie. Ale to nie rząd walczy wespół z nami, tylko zwykli ludzie, którzy to rozumieją.
- Ale przecież sam rozmawiałem z wieloma Kirgizami, Tadżykami, Uzbekami i Turkmenami - oponuję. - Oni nie chcą takich zmian! Chcą żyć w państwie świeckim, gdzie rząd wybiera się w wyborach, gdzie kobiety mogą pracować i ubierać się wedle własnych upodobań...
- Tak. W państwie gdzie pije się też wódkę, gdzie kobiety się prostytuują, gdzie szerzy się AIDS, gdzie ludzie kradną i mordują, gdzie zapomniano o moralności - Sayed przerywa mi. - Przecież to też są muzułmanie! Rzecz w tym, że przez lata obcych rządów zapomnieli, czym jest prawdziwy islam, czym jest życie w zgodzie z Bogiem. My musimy im o tym przypomnieć, pokazać im właściwą drogę.
- Nawet wbrew ich woli?
- Tak. Oni tego chcą, tylko sami sobie nie uświadamiają. Koran powiada, że sprawiedliwi prowadzeni są prostą drogą, nie popełniają grzechu. Tych, którzy zbłądzili czy zapomnieli, należy strofować dla ich dobra, by ich uchronić przed wiecznym potępieniem. Naszym braciom w Uzbekistanie czy Tadżykistanie trzeba na nowo pokazać, jak należy żyć, co jest dobre, a co złe. Później sami to docenią.
Co wobec tego począć z niewierzącymi, z nie muzułmanami?
- Bóg mówi, że ci, którzy nie uwierzyli, będą przebywać w ogniu na wieki. Bezbożni muszą się nawrócić, bo Bóg tego chce. Jeśli tego nie uczynią, sami skazują się na śmierć.
- Czyli po prostu trzeba ich zabić? - dopytuję.
- Jeśli odrzucą sprawiedliwą religię, to tak. Ponieważ sprzeniewierzają się nakazom boskim. Ostatecznie to jest ich wybór.
- Załóżmy, że ja nie będę chciał się nawrócić. Czy także mnie byś zabił?
- Tak - odpowiada spokojnie Sayed. Bez emocji, łagodnie spogląda na mnie przez grube szkła okularów. - Niewiernych trzeba zabić, bo stanowią zagrożenie dla religii, moralności. Propagują zło, odciągając pobożnych od Boga.
Czy mułła Ahmed Sayed ma sprecyzowaną wizję przyszłości?
Docelowo powinno powstać jedno ponadnarodowe i ponad etniczne państwo obejmujące wszystkich wiernych, od Maroka po Indonezję i Filipiny:
- Granice są wymysłem człowieka, Bóg nie zna granic - powiada.
Rządy powinien sprawować kalif, jako następca i zastępca Proroka Mahometa, a zarazem namiestnik Boga na ziemi.
- Bóg ukazał w Koranie, jak powinno wyglądać państwo. Tam wszystko opisano: prawodawstwo, ekonomię, społeczeństwo - wyjaśnia Ahmed Sayed.
Władza kalifa - wparta autorytetem religijnym i wykształceniem - byłaby scentralizowana, a do głównych zdań państwa należałaby realizacja ideałów religijnych i dbałość o wypełnianie zasad islamu.
- Ale czy to jest w ogóle realne? Jak chcecie budować takie państwo? Przecież nie macie czym walczyć?! - dzielę się swoimi wątpliwościami.
- Tak też wielu sądziło jeszcze dziesięć lat temu! - ripostuje Sayed. - A teraz mamy już autentyczny zalążek przyszłego państwa. Mamy wystarczająco dużo broni, by prowadzić tutaj walkę. Wielu pobożnych braci na Bliskim Wschodzie rozumie tę ideę i wspiera nas. Także finansowo. Coraz więcej ludzi zaczyna to widzieć. Tylko czekać, aż w chińskim Turkiestanie wybuchnie powstanie. Od dawna tam już wrze. I przyłączą się do nas. A potem inni.
- A co ma z tym wszystkim wspólnego zachód?
- Ameryka jest przeszkodą. Nigdy nie dopuści do powstania kalifatu. Więc trzeba Ją i NATO zniszczyć. Stamtąd płynie całe zło moralne, deprawacja, wykorzystywanie kobiet, pornografia, plugawe programy telewizyjne i oczernianie islamu. Epoka kolonializmu jeszcze się nie zakończyła.
Postkolonialny układ ekonomiczno-gospodarczy postrzegany jest przezeń, jako system zachodniej supremacji, wyrastającej z niesprawiedliwości na świecie i nierówności ekonomicznej:
- Źródło zła musi być zniszczone.
- W jaki sposób chcecie walczyć z Paktem Północnoatlantyckim? Różnica w uzbrojeniu jest kolosalna! - powątpiewam.
- Nawet z takimi potęgami jak USA i NATO można walczyć. Tyle że wykorzystując niekonwencjonalne metody. Funkcje rakiet mogą pełnić porwane samoloty pasażerskie, skierowane przez naszych bojowników na przykład w Pentagon i Biały Dom - ze spokojem deklaruje mułła Ahmed Sayed.
Scenariusz ten wydaje mi się zrazu wielce fantastyczny i mało prawdopodobny: "Przecież nikt nie poświęci swego życia i życia tysięcy ludzi w takim celu". Jednakże myśl o nim będzie mnie nurtować. Po namyśle uderza mnie prostota tego planu. W swej oczywistości jest on jak najbardziej realny. Jak bardzo, cały świat przekona się już za miesiąc!
Ahmed Sayed został schwytany w okrążeniu późną jesienią ubiegłego roku. Te plany nie powstały w jego głowie w trakcie rozmyślań w celi więziennej. Musiały być rozpowszechnione w ośrodkach terrorystycznych i wśród samych talibów dużo wcześniej.
Przekonywać można ludzi, którzy sami dostrzegają możliwość innego wyjaśnienia świata, którzy nie zmonopolizowali prawdy. Negocjować można z ludźmi, którzy mają coś do stracenia, którym można pokazać inną drogę realizacji ich pierwotnych planów w zmodyfikowanych warunkach. Obietnica życia może odwieść od aktu rozpaczy jedynie takiego potencjalnego samobójcę, który dostrzega sens alternatywnych działań. Od terroryzmu można odwieść ludzi tylko wówczas, kiedy sami będą przekonani o całkowitej bezsensowności i absurdalności własnych czynów, kiedy ich śmierć okazałaby się daremnym poświęceniem, zignorowanym przez otoczenie.
Terrorystyczna walka o panislamskie państwo musi zakładać, że idea przemówi do wielu, że samobójstwo terrorystów zostanie odebrane jako wezwanie innych do kontynuacji walk. Hasła pozostaną chwytliwe, dopóki zdecydowana większość mieszkańców ziemi, żyjących poza europejską i amerykańską wyspą dobrobytu, nie będzie miała poczucia, że czasy rozpaczliwej nędzy, odbierającej im resztki godności, stopniowo przechodzą do przeszłości. Danie godności i perspektyw rozwoju ludziom żyjącym w skrajnej nędzy, poprzez zmianę globalnych mechanizmów ekonomicznych, nadaje ich egzystencji sens, w tym także ziemski, przyziemny. Czy nędza jest zatem wystarczającym usprawiedliwieniem dla terroryzmu? Nie. Ale tylko właściwe zrozumienie przyczyn terroryzmu i usiłowanie zrozumienia motywacji terrorystów umożliwi poszukiwanie długofalowych rozwiązań tego problemu.
Sayed dodaje:
- Wszyscy Jesteśmy gotowi umrzeć, Jeśli zajdzie taka potrzeba - a w tym przekonaniu umacnia go Słowo Boże i obietnica nieba:
Niech walczą na drodze Boga ci, którzy za życie tego świata kupują życie ostateczne!
A kto walczy na drodze Boga i zostanie zabity albo zwycięży, otrzyma od Nas nagrodę ogromną.28
Wszak w słusznej walce sam Bóg opowiada się po stronie walczących, jak czynił wysyłając niewidzialne armie aniołów, by wspierały Mahometa walczącego z niewiernymi pod Badrem w 624 roku!
Myśli mułły Ahmeda Sayeda są bezpośrednim wyrazem idei panislamizmu, która zrodziła się w II połowie XIX wieku w wyniku ekonomicznej dominacji krajów europejskich i ich ekspansji kolonialnej. Epoka kolonialna nadwerężyła lub całkowicie zniszczyła państwowość wielu dawnych potęg, a osłabienie lokalnych więzi i tradycyjnych struktur społecznych (np. instytucji wielopokoleniowej "wielkiej rodziny") przyczyniło się do ekonomicznego upadku krajów podbitych lub gospodarczo i politycznie zdominowanych przez potęgi kolonialne. Najbardziej ucierpiały na tym obszary, które jeszcze do niedawna były potęgami cywilizacyjnymi: imperium osmańskie, Egipt, Persja, chanaty Chorezmu, Samarkandy i Buchary w Azji Środkowej czy Indie. A to - oprócz rozchwiania tradycyjnej gospodarki - rodziło poczucie kulturowego i politycznego upokorzenia. Pociągało za sobą gwałtowne obniżenie poziomu życia, a w rezultacie wywołało nie tylko frustrację i poczucie niesprawiedliwości dziejowej, ale pragnienie aktywnej zmiany sytuacji. Kluczowym przesłaniem panislamizmu stało się hasło jedności wszystkich wyznawców islamu na całym kwiecie, a w rezultacie objęcie ich jedną strukturą religijno-państwową, rządzoną w sposób scentralizowany przez kalifa, boskiego namiestnika na ziemi. Obywatele takiego państwa mieli być równi, bez różnicy narodowości czy pochodzenia. W rzeczywistości koncepcja ta utożsamiała pojęcie narodu z pojęciem wspólnoty wyznaniowej (umma), w której obrębie stosunki społeczne nabierały charakteru moralno-religijnego, poza społeczno-gospodarczo-prawnym. Idea "narodu muzułmańskiego" krańcowo różniła się od europejskiej koncepcji "narodu", jako grupy wyodrębnionej według kryteriów etniczno-językowych, ukształtowanej w okresie romantyzmu i na gruncie heglowskim.
Koncepcja panislamistyczna była wytworem szerzej pojętego renesansu islamu II połowy XIX wieku oraz czynnikiem uaktywniającym samo odradzenie się myśli islamskiej. Za jej twórcę uchodzi perski szyita Dżamal ad-Din al-Afghani (1838-1897), który - wychodząc od krytyki zjawiska kolonializmu i okcydentalizacji świata azjatyckiego - propagował ideę rewolucji islamskiej i modernizacji gospodarczo-społecznej. Nawoływał do gruntownego zreformowania całego islamskiego społeczeństwa w duchu moralnej odnowy. Zanim podjął starania, by krzewić swoje idee w świecie arabskim, aktywnie działał w Afganistanie (co wyjaśnia jego przydomek), zebrawszy szereg doświadczeń w Indiach.
Idea panislamizmu - wywołana szokiem kolonialnym - stanowiła nową jakość, choć jako wezwanie do odnowy społeczeństwa muzułmańskiego nie była czymś szczególnie nowym, czego dowodem jest choćby działalność Sajjida Ahmeda Khana (zm. 1898). To właśnie jego idee i działalność społeczno-polityczna, zintensyfikowana po zdławieniu antybrytyjskiego powstania sipajów w 1857-1858 roku, zainspirowały al-Afganiego. Chociaż nie panislamista, Sajjid Ahmed Khan wskazywał na potrzebę odnowienia islamu z wykorzystaniem racjonalistycznej myśli europejskiej i technologii, przy zachowaniu religijnej odrębności i tożsamości muzułmanów. Jego zdaniem pogodzenie islamu z cywilizacją okcydentalną jest jak najbardziej możliwe, tak jak daje się pogodzić rozum z wiarą.
Do zreformowania społeczeństwa i islamu nawoływano także w innych regionach, zamieszkałych przez muzułmanów. Myśl panislamistyczną podjął Egipcjanin Mohammad Abduh (1849-1905), który poddał zjawisko kolonializacji silnej krytyce jako niezgodne z naturą człowieka. Jego tropem poszedł Syryjczyk Abd ar-Rahman al-Kawakibi (1849-1902) i wielu innych.
Paradoksalnie sam termin ukuły środowiska podróżniczo-orientalistyczne Europejczyków w II połowie XIX wieku, a do powszechnego obiegu wprowadził go francuski dziennikarz G. Charmes i badacz angielski G.W. Bury.
Frustracja powoduje, że idee ekstremistyczne trafiają na podatny grunt także w innych krajach islamskich. Należy tu pamiętać, że idea panislamizmu nie tylko nie jest zjawiskiem dominującym w islamie, ale odrzucają ją elity rządzące w krajach muzułmańskich29.
Obok Sayeda na krawędzi jego pryczy przycupnął nieśmiało Ujgur, ubrany w afgański strój koloru indygo: luźną, obszerną koszulę i jeszcze obszerniejsze spodnie przewiązane w pasie sznurkiem. Śniadą twarz okala u dołu postrzępiona, długa broda, której dwa końce sięgają piersi, zaś na głowie tkwi biała czapeczka.
Razem ze swoim ujgurskim przyjacielem, siedzącym w kącie na zrolowanym materacu, przyjechał do Afganistanu ze wschodniego Turkiestanu, obecnie zachodniochińskiej prowincji Xinjiang, niemal trzy lata temu. Pierwszy miał wówczas dziewiętnaście, drugi - dwadzieścia jeden lat. Jeden pochodzi z samego Kaszgaru, starożytnego .centrum cywilizacyjnego na Jedwabnym Szlaku i historycznej stolicy wschodniego Turkiestanu, drugi urodził się w niewielkiej wsi nieopodal Kaszgaru. Poznali się na rok przed opuszczeniem Chin, kiedy związali się z islamskim ugrupowaniem działającym w Kaszgarze, chcąc walczyć o niepodległy Turkiestan.
- Chińczycy okupują wschodni Turkiestan od stulecia. Przejęli wszystko, Wszędzie mówi się po chińsku. My nie mamy pracy, nie mamy żadnych praw, nie wolno nam mówić po ujgursku, wyrzucają nas z miasta - wyznają.
W niecały miesiąc później będę w Kaszgarze. Od miesiąca będą tam już trwały największe od lat manewry wojskowe, w których według ostrożnych szacunków brało udział, co najmniej 50 tysięcy żołnierzy. Zakończą się one 11 sierpnia wielką paradą wojskową. Miasto zamrze na cały dzień, główne ulice zostaną zablokowane przez uzbrojone oddziały wojska i milicji. Problemem będzie przejście z jednej strony ulicy na drugą, a mieszkańcy centrum nie będą mogli się dostać do własnych domów. Z oddali ponad półkilometrowej długości Plac Ludu będzie wyglądał, jakby go wybrukowano hełmami żołnierzy. Z wielkiego cokołu Mao Zedong, w swoim największym kamiennym wcieleniu w Chinach, wyciągniętym kamiennym ramieniem pozdrowi umundurowane zastępy. Do późnych godzin popołudniowych główną ulicą miasta ciągnąć będą kawalkady czołgów, wozów opancerzonych, wyrzutni rakiet i transporterów wypełnionych równo ustawionymi, sztywnymi pionkami: futurystycznymi oddziałami specjalnymi ustawionymi na baczność, dzierżącymi wielkie tarcze i karabiny. Stalowym żołnierzom nie drgnie nawet powieka. Kawalkada zwalnia tuż przy meczecie Id Kah, wybudowanym w 1442 roku i mogącym pomieścić 20 tysięcy wiernych. Pomimo straszliwych zniszczeń dokonanych w dekadzie rewolucji kulturalnej w latach 1966-1976, meczet pozostał kulturowym centrum wschodniego Turkiestanu: tu tętni serce Ujgurów. Przez centrum miasta, liczącego około 180 tysięcy mieszkańców, przedefiluje pięćdziesięciotysięczna, nowocześnie uzbrojona chińska Armia Ludowo-Wyzwoleńcza. Wyraźna groźba, że o wyzwoleniu prowincji spod okupacji chińskiej mowy być nie może.
Do niedawna jeszcze posługiwanie się językiem ujgurskim było zakazane, Bez znajomości chińskiego nikt nie uzyska pracy. Mowy chińskiego okupanta nikt nie zna i mało, kto chce się jej uczyć. Sporządzenie jakiegokolwiek pisma urzędowego - oczywiście w języku chińskim - dla przeciętnego Ujgura jest barierą nie do pokonania. Dlatego rozwinęła się grupa skrybów, którzy rozsiadają na skraju bazarów przy malutkich biurkach. Można im podyktować list, który na poczekaniu tłumaczą na chiński i stosownie adresują. Akcja wynarodowiania i niszczenia śladów tradycyjnej kultury ujgurskiej trwa, a oni sami stali się pariasami we własnym kraju.
Od kiedy trzy lata temu uruchomiono linię kolejową łączącą chińskie obszary z oficjalną stolicą Xinjiangu Urumqi, a rok temu przedłużono ją do Kaszgaru, ogromna fala napływowa Chińczyków drastycznie zmieniła mozaikę etniczną w prowincji. Na początku XX wieku Ujgurzy stanowili około 80% ludności, a obecnie ich liczba została redukowana do około 42% w prowincji liczącej 19 milionów mieszkańców. Sto lat temu było 5-10% Chińczyków, obecnie ich liczba wzrosła do 41%, a plany rządu w Pekinie przewidują, że w ciągu 2-3 lat będą stanowili ponad połowę ludności prowincji. Obywatele ze wschodu zachęcani są do migracji na zachód Chin m.in. różnymi programami kredytowymi.
Trudno się dziwić, że zachodzące procesy wzbudzają zaniepokojenie ludności ujgurskiej. Jedną z kilku organizacji walczących o niepodległość jedynie z nazwy autonomicznej prowincji Xinjiang jest Front Wyzwolenia Turkiestanu, który - jak chcą wierzyć chińskie władze - jest wspierany przez talibów i Osamę bin Ladena. Wiele organizacji otrzymuje z Afganistanu uzbrojenie i amunicję, a większość bojowników przechodzi szkolenie w afgań- skich obozach. Sytuacja ta niepokoi władze chińskie do tego stopnia, że w czerwcu 2000 roku chiński minister spraw zagranicznych Jang Jiaxuan udał się z wizytą do Islamabadu i wyraził zaniepokojenie faktem, że chińscy Ujgurzy otrzymują od talibów pomoc. Celem wizyty było skłonienie władz Pakistanu do uszczelnienia granic i podjęcia działań, odcinających organizacje ujgurskie od zaopatrzenia.
Chińczycy utożsamiają w tym przypadku terroryzm islamski z walką Ujgurów o prawa człowieka i autonomię we wschodnim Turkiestanie. Istnienie organizacji paramilitarnych, łączących idee fundamentalistyczne z narodowowyzwoleńczymi, wykorzystywane jest przez administrację pekińską do tłumienia wszelkich buntów pod pretekstem walki z terroryzmem.
Łamanie praw człowieka we wschodnim Turkiestanie odbywa się jeszcze bardziej drastycznie niż w Tybecie. Wprowadza się przemocą plany urbanistyczne i przesiedla Ujgurów poza obręb centrów miejskich. Trudno się dziwić, że niezależne badania statystyczne przeprowadzane w lipcu i sierpniu tego roku na statystycznej grupie 12 tysięcy Ujgurów wskazują, że nastroje są dramatyczne: 95% procent opowiada się za bezwarunkową niepodległością i walką na śmierć i życie, podczas gdy tylko 1% uznaje, że rozwiązaniem może być zwiększenie autonomii.
- A przecież to nasz kraj! - dodają moi rozmówcy w celi jenieckiej z goryczą. - Jesteśmy tu, by powrócić do domu i przynieść wolność!
Organizacje islamskie rekrutują swoich bojowników we wschodnim Turkiestanie właśnie pod hasłami walki niepodległościowej. Większość Ujgurów przyciąga do Afganistanu patriotyzm. Szkoleni są w obozach finansowanych przez Osamę bin Ladena, uczą się podstaw islamu w talibańskich medresach, a rzemiosło wojenne praktykuje na froncie u boku talibów. Talibańskn maszyna wojenna produkuje fanatyków religijnych.
- Jak nas stąd wypuszczą, to od razu schwycimy za broń! - deklarują ujgurscy jeńcy z gorliwością. - Nie mamy wyboru. Nie mamy nic do stracenia.
- A gdybyście mieli rodzinę, żonę, dzieci - no i do tego pracę - to czy byście walczyli? - zastanawiam się na glos. Zaskoczeni moim pytaniem, po chwili zastanowienia dochodzą do pewnego wniosku:
- Nie... Właściwie nie... Wówczas powrócilibyśmy do naszych domów, do żony i dzieci.
Poza Sayedem nikt w celi nie upiera się, że będzie walczył do samego końca. Gdyby mieli pracę, dom i rodzinę, natychmiast zrezygnowaliby z walki. Sami mówią, że gdyby w warunkach pokoju mogli praktykować własną religię, gdyby mieli jakiekolwiek perspektywy na poprawę sytuacji, gdyby mogli zapewnić byt sobie i swojej rodzinie, to nie widzieliby powodu, by chwytać za broń.
Mulla Ahmed Sayed jest świetnym retorykiem. Sposób, w jaki przeprowadza wywody, przemawia do wyobraźni. Jego cela zamieniła się w ośrodek ideologiczny na tyłach wroga. Więźniowie całymi miesiącami przebywają sam na sam z teoretykami talibów, a osoby pokroju Ahmeda Sayeda zagrzewają ich do dalszej walki za religię i rozwiewają ewentualne wątpliwości.
Uderza mnie zupełny brak działań resocjalizacyjnych ze strony służby więziennej. Rozmawiam na ten temat z naczelnikiem, który nie ma najmniejszego pojęcia, że pozostawienie więźniów z tak doskonałym mówcą jak Ahmed Sayed zamienia obóz jeniecki w talibańską medresę! Czy kiedykolwiek starano się pokazać jeńcom inny punkt widzenia? A może próbowano im wyjaśniać, że walka nie rozwiązuje problemów, a tylko je pomnaża?
- Nie, nigdy nie rozmawiamy z więźniami.... - zamyśla się naczelnik.
Tydzień później spotykam się przelotnie z jeńcami w więzieniu w Rostak, niedaleko frontu zachodniego. Jak zwykle są to w większości Pasztunowie, choć trafia się paru obcokrajowców z krajów arabskich, z Indonezji i Pakistanu. Znajduję tam nawet dwóch Irańczyków, przeklinających swój los. Zostali zatrzymani przez mudżahedinów przy przekraczaniu granicy afgańskiej. Legitymowali się dokumentami wystawionymi przez organizację Czerwonego Półksiężyca i twierdzili, że są delegatami, których celem jest zbadanie sytuacji humanitarnej. Władze Sojuszu Północnego starały się zweryfikować ich tożsamość, ale żaden z oddziałów Czerwonego Krzyża i Półksiężyca działających w Afganistanie i Iranie nie potwierdził ich tożsamości. W biurach Czerwonego Półksiężyca zgodnie zaprzeczano też, jakoby ktokolwiek został ostatnio wysiany z taką misją. Persowie będą przebywać w celi aż do wyjaśnienia. Oskarżeni są o szpiegostwo, gdyż pojawiają się informacje o zamachach przygotowywanych na władze Sojuszu Północnego.
Rzecz charakterystyczna, wszyscy więźniowie - czy to w Doabie, czy w Rostak - oceniają warunki więzienne jako dobre. Z uznaniem mówią, że opieka medyczna i wyżywienie jest dużo lepsze niż na talibańskim froncie. Twierdzą, że tu brakuje im tylko kontaktu z bliskimi.
Wstaje dzień. Wyglądam przez okno na skalne górskie zbocza naprzeciwko. Kościsty Tadżyk oczyszcza łopatą kanalik nawadniający pozieleniały ogródek, pośrodku którego nieporuszenie tkwi wrak wozu pancernego. Jego masywne, radzieckie brzuszysko kilkanaście lat temu rozpłatała od spodu potężna mina i przewróciła go do góry nogami.
Zasiadamy z Amirem i Azizem do śniadania. Aziz, jako gospodarz obficie sypie cukier do filiżanek, napełniając je do połowy, a następnie zalewa całość zieloną herbatą z termosu. Termosy produkcji chińskiej są wszędzie i nawet na bazarach wyparły tradycyjne cynkowe czajniki. Sączymy pomału słodką, zawiesistą mieszaninę herbacianą, zagryzamy świeżym cienkim chlebem nan, maczając go raz po raz we wspólnej miseczce słodkiego puddingu zwanego faludah, zagęszczonego mleka zmieszanego z pszenną mąką i gotowanego przez ponad 10 godzin z dodatkiem cukru. Dodatkiem do śniadania są herbatniki, przełożone słodką masą, sprowadzane z Iranu, Turcji lub Pakistanu.
Konno przemierzam wyboje, z których składa się ścieżka wzdłuż rzeki Pandższir, prowadząca w kierunku Szahr-i-Basarak. Choć niczym się ona nie wyróżnia spośród przyległych wiosek, dumnie zwie się ją teraz miastem, szahr, zapewne, dlatego, że spędził tu dzieciństwo Ahmed Szah Masud. Okoliczna ludność zapewnia także, że tutaj się on urodził, choć biogramy, jako miejsce narodzin podają Kabul.
Ojciec Szaha Ahmeda Masuda był oficerem w armii króla Mohammada Zahira Szaha. Dzieciństwo Masud spędził w swojej wiosce Basarak, by później powrócić do Kabulu. Tam uczęszczał do renomowanego francuskiego liceum Itiqlal Lycée, założonego w 1923 roku przez Tadżyka Mahmuda Beg Tarziego (1865-1933), doradcę króla Amanullaha w latach dwudziestych, ministra spraw zagranicznych i poetę na uchodźstwie w Turcji. Naukę Masud kontynuował na wydziale architektury Politechniki Kabulskiej, gdzie związał się ze Stowarzyszeniem Islamskim (Dżamiat-i Islami), partią, której przewodniczącym byt od 1972 roku Burhanuddin Rabbani. Wiosną 1974 roku, kiedy ówczesne władze usiłowały aresztować aktywistów tego ugrupowania jako przeciwników modernizacji, został zmuszony do przerwania studiów. Schronienie znalazł w Pakistanie, gdzie współpracował z Gulbuddinem Hekmatjarem, którego poznał jeszcze na studiach. Razem przygotowywali powstanie przeciwko rządom premiera Sardara Mohammada Dauda Khana, który w lipcu 1973 roku obalił monarchię i przejął władzę. Rebelia wybuchła w 1975 roku w Dolinie Pandższiru, ale nie spotkała się ze zrozumieniem okolicznej ludności i szybko została stłumiona przez oddziały rządowe. Masud i Hekmatjar musieli szukać schronienia w Pakistanie.
Powrót do kraju wiosną 1978 roku umożliwił im zamach na Mohammada Dauda i przejęcie władzy przez ugrupowania komunistyczne, z którymi podjęli walkę zbrojną. Masud kontynuował walkę, kiedy na przełomie lat 1979 i 1980 Armia Radziecka wtargnęła do Afganistanu, oficjalnie poproszona o pomoc przez ówczesny rząd komunistyczny. Na pewien czas musiał uciekać w stronę Pakistanu. Owej zimy, jak głosi gminna opowieść opiewająca bohaterskie czyny Masuda, przekazywana z ust do ust - a Masud w rozmowie skwapliwie ją potwierdza - miał on znaleźć schronienie w Dolinie Nuristanu (35°30' N, 70°45' E), na wschód od Pandższiru, wśród ludności kafirskiej, którą siłą nawrócono na islam dopiero pod koniec XIX wieku. Jak wspomina, Kafirom zawdzięcza życie, a dzięki ich pomocy udało mu się przetrwać zimę. W dowód wdzięczności po raz pierwszy założył wówczas na głowę pakul, który nosił aż do śmierci.
Pakul to charakterystyczny beżowy beret, utkany z wełny, osadzony na zrolowanej fałdzie materiału. Zimą można tę fałdę rozwinąć, by chroniła uszy przed mrozem. Obecnie sprowadza się pakule zazwyczaj z Czitralu (36° 15' N. 72° 15' E) leżącego po drugiej stronie granicy pakistańskiej, stąd nazywane bywają potocznie także czitrali Pakuł utracił w rezultacie charakter lokalnego nakrycia głowy i stał się w Afganistanie symbolem politycznym. Jest to widomy znak poparcia dla stronnictwa Masuda i wyraz czci i szacunku dla jego osoby.
Wkrótce Masud powrócił do Pandższiru, by zorganizować własną, niezwykle skuteczną armię, która z powodzeniem broniła doliny przez zakusami Rosjan. Efektywność swą zawdzięczała szczególnej, trójdzielnej strukturze. Pierwszy jej blok obejmował pospolite ruszenie chłopów, którzy walczyli w pobliżu swoich wiosek; drugim były mobilne oddziały partyzanckie, broniące własnych dystryktów; trzecim zaś grupy operacyjne (motaharrik), każda złożona z 33 bojowników, przeznaczone do zadań specjalnych. Powiązanie własnej armii z pospolitym chłopskim ruszeniem gwarantowało także pozostałym oddziałom Masuda nie tylko przychylność okolicznej ludności, ale także autentyczne zaplecze, żywność i noclegi. W ciągu czterech pierwszych lat wojny antyradzieckiej udało się Masudowi nie tylko obronić własne ziemie, ale także utworzyć na nich pewne struktury administracyjne, z Radą Nadzorczą (Szuraji Nazar) sprawującą pieczę nad departamentami sprawiedliwości, szkolnictwa i zdrowia. Tereny te zwano podówczas popularnie "Masudistanem", krajem Masuda, a porządku w osiedlach i bezpieczeństwa zewnętrznego broniła armia islamska (Ordu-ji Islami).Tym działaniom zbrojnym i administracyjnym zawdzięczał Masud silną pozycję przetargową w pertraktacjach w 1992 roku podczas zgromadzenia Wielkiej Rady (Hal wa Aqd), która w głosowaniu miała wyłonić prezydenta. Dzięki wstawiennictwu Masuda na stanowisko prezydenta obrano profesora Burhanuddina Rabbaniego.
Oficjalnie Ahmed Szah Masud został ministrem obrony Islamskiego Państwa Afganistanu, a później także wiceprezydentem. Praktycznie pozostawał przez cały czas niekwestionowanym przywódcą mudżahedinów, scalając swoją charyzmatyczną osobowością zróżnicowaną mozaikę etniczną, która składa się na demokratyczną opozycję walczącą z talibami.
Koncepcje Masuda nie współgrały z wizją Rabbaniego. Opowiadał się za liberalnym i światopoglądowo neutralnym sposobem zarządzania państwem, w którym rząd powinien być obierany w wyborach demokratycznych, a w administracji państwowej powinny być reprezentowane wszystkie grupy społeczne. Zgodnie z zasadą równouprawnienia płci do edukacji i innych dziedzin życia społecznego miały zostać dopuszczone kobiety. Rabbani natomiast zakładał, że system polityczno-prawny powinien odwoływać się do zasad prawa koranicznego, interpretowanego jednak dość swobodnie, w duchu demokratycznym.
W udzielonym mi wywiadzie Ahmed Szach Masud podkreślał, że przyszłe państwo będzie kierować się przede wszystkim zasadami demokracji. W państwie, w którym władzę będzie sprawować rząd wybrany w sposób demokratyczny w wolnych i niezależnych wyborach, każdy obywatel powinien znaleźć dla siebie miejsce, mając poczucie, że jego interesy reprezentowane są w sposób sprawiedliwy. Jego marzeniem było utworzenie wolnego Afganistanu, w którym każdy człowiek - czy to kobieta, czy mężczyzna - będzie się czuć szczęśliwie.
Rzeczywiście, tylko taki scenariusz, uwzględniający utworzenie rządu ponad podziałami etnicznymi, może zapewnić w Afganistanie nie tylko chwilowy pokój, wieńczący walkę z talibami, ale całe lata spokoju, niezbędne do odbudowy zdewastowanego kraju.
Masud stał się także bohaterem narodowym Tadżykistanu, nie tylko z racji swej charyzmatycznej osobowości i legendarnych dokonań, lecz także z uwagi na działania mediacyjne, które doprowadziły do zakończenia wojny domowej w Tadżykistanie, do podpisania porozumienia pokojowego między walczącymi stronami 27 czerwca 1997 roku i utworzenia rządu koalicyjnego. Masud przekonał do złożenia broni i podjęcia rozmów m.in. Mollaha Noriego, przewodzącego Zjednoczonej Opozycji Tadżyckiej. Wszyscy, których spotykałem w Tadżykistanie, wyrażali się o Masudzie z jak najwyższym szacunkiem i uznaniem.
Zarzucano Masudowi, że nie znajdywał w pełni wytłumaczenia na obecność plantacji maku na terenach bezpośrednio kontrolowanych przez jego dowódców, choć starał się je eliminować. Zachodni dziennikarze wypominali mu także, że jego żona owija się aż po stopy zasłoną, na co odpowiadał: "Cóż, taki jest tu zwyczaj". Nie sposób przecież zachowywać się inaczej w tak zacofanej i konserwatywnej prowincji jak Badakszan czy Pandższir. Postawa Masuda i jego żony nie była przejawem konformizmu, lecz uznaniem lokalnej tradycji tam, gdzie odmienny ubiór mógłby wzbudzać niepotrzebną sensację. Sama zainteresowana nie czułaby się dobrze, zwracając na siebie uwagę.
9 września 2001 roku, na dwa dni przez atakiem terrorystycznym na Światowe Centrum Handlu w Nowym Jorku dwóch arabskich zamachowców-samobójców ze skradzionymi paszportami belgijskimi, podających się za dziennikarzy, śmiertelnie raniło Masuda w jego kwaterze w Hodża Bahauddin. Ładunek wybuchowy był ukryty w kamerze. Na miejscu zginął Masud Khalili, bliski doradca Ahmeda Szaha Masuda, a zarazem ambasador w Indiach i syn sławnego poety afgańskiego i działacza politycznego, Khalibullaha Khalilego. Z ciężkimi obrażeniami udało się przeżyć zamach drugiemu sekretarzowi Masuda, Fahimiemu Daszti. Przez kilka dni docierały sprzeczne informacje na temat okoliczności zamachu i rzeczywistego staniu zdrowia "Lwa z Pandższiru", jak go powszechnie nazywano. Masud przez kilka dni nie odzyskiwał przytomności. Gdy nastąpiła chwilowa poprawa i lekarze dawali mu pewne szanse przeżycia, tymczasowo wyznaczył na stanowisko głównodowodzącego siłami Zjednoczonego Frontu gen. Mohammada Fahima, dotychczasowego szefa wywiadu. Balansując przez tydzień na niewidzialnej krawędzi życia i śmierci, straciwszy oko i rękę, Ahmed Szah Masud zmarł 15 września 2001 roku, w wieku 48 lat.
O zamach podejrzewano pierwotnie organizację Osamy bin Ladena al-Kaidę, choć prawdopodobniejszą wydaje się wersja podana 4 listopada 2001 roku przez wywiad afgański, jakoby zamach zorganizowały służby specjalne pakistańskiego wywiadu ISI (Inter-Services Intelligence).
Dzień później Masud został pochowany w rodzinnej wiosce Basarak, a na pogrzeb ściągnęły tysiące ludzi, tłumy, jakich ta dolina nigdy jeszcze nie widziała. Pogrążeni w żałobie ludzie nieśli jego portrety. Pochylony nad pokrytą kwiatami i przepasaną flagą trumną Masuda, prezydent Rabbani nazwał go "bohaterem narodowym" i "męczennikiem". Na to miano Ahmed Szah Masud bez wątpienia sobie zasłużył i pozostanie jedną z najbarwniejszych i najważniejszych postaci w całej historii Afganistanu. Słynne jest jego powiedzenie: "Nigdy nie staniemy się pionkami w cudzej grze. Na zawsze pozostaniemy Afganistanem!"
Nad zwłokami mułła intonuje słowa: 'Inna 'lillahi wa 'inna 'illajhi radżi'un - "Przyszliśmy od Boga, do Boga wracamy".
Wieś Szahr-i-Basarak leży w miejscu, gdzie szerokość doliny sięga kilometra. Dolina Pandższiru tu jest wyjątkowo szeroka. Niczym wachlarze zatknięte w górskie skarpy, na każdej półce skalnej łukami rozpościerają się tarasowo skupiska domostw, lgnących do siebie jakby z obawy przez silnymi wiatrami, zimowymi zaspami i mrozami. Niemal wszystkie domy budowane są z kamienia. Obłupane kamienne bloki układa się jeden na drugim jak klocki, zazwyczaj bez żadnego spoiwa. Gliniana zaprawa służy przede wszystkim do uszczelniania przed wiatrem otworów między kamieniami. Wiele domów w wyższych partiach jest parterowych, choć tuż nad brzegiem rzeki widać sporo zabudowań piętrowych. Parter pełni wówczas w zimie rolę zagrody dla zwierząt, które powracają z pastwisk. Ciepło zwierząt wznoszące się na piętro przez nieszczelną powałę stanowi dla mieszkańców system ogrzewczy.
Co rano obserwuję z mojego okna, jak na wielką piargę wdrapuje się zygzakami dwóch brodatych wieśniaków w zielonawych turbanach. Niosą zawiniątko z jedzeniem, duży gliniany dzban z wodą pitną, wielki stalowy drąg i młot. Pracę rozpoczynają już około ósmej i dopiero nadejście zmroku ściąga ich ze zbocza razem z zanikającym blaskiem słońca. Młotem wbijają wielki drąg w szczelinę skalną, potem obaj wieszają się na nim, starając się rozłupać skal ne gniazdo. Większe bloki skalne - budulec na domostwa - zrzucają paręset metrów w dół.
Kilkanaście kilometrów za Szahr-i-Basarak faluje na wietrze biało-niebieskie morze, które podmywa strome wzgórza i grzywaczami wdziera się na spadziste stoki ku niebu. To poszarpane płótna namiotów w obozach dla uchodźców. Niebieskie pionowe pasy oznaczają, że darczyńcą było przed laty ONZ. Na poszarpanych falach unoszą się brunatne, ziemiste grudy, niczym resztki roztrzaskanego o skały okrętu. To usypane z gliny i kamieni domostwa uchodźców. W tej jednej jedynej wiosce wegetuje tysiąc osiemset rodzin, co przy przeciętnej wielkości rodziny afgańskiej oznacza prawie osiemnaście tysięcy ludzi.
Obóz dla uchodźców wewnętrznych oddalony jest o paręset metrów od brzegu rzeki, gdzie ludzie się myją, piorą, skąd czerpią wodę pitną. Rozmawiam z doktorem Sajjidem Mohammadem, który kiedyś studiował medycynę w Kabulu, potem - gdy nadeszli talibowie - zmuszony został do ucieczki, a teraz opiekuje się tym nieszczęsnym miejscem. Z goryczą mówi, że świat o nich zapomniał.
- Pomoc humanitarna z żywnością po raz ostatni trafiła do obozu dziewięć miesięcy temu. Jeden worek pszenicy musieliśmy rozdzielić na dwie dziesięcioosobowe rodziny. Więcej nie było. Na jak długo mogło to starczyć?!
Strzępy namiotów otoczone są kamienną pustynią, gdzie wszelkie kłącza i zieleniejące kępy roślinności należą już do przeszłości:
- Niech pan patrzy. Widzi pan, co tam jest w środku? - pokazuje mi wnętrze namiotu, gdzie zniszczona kobieta o skołtunionych włosach kucnęła przy osmolonym garnku, gotując cuchnącą breję. - To są zdrewniałe porosty z tych zboczy, o tam. Tu ludzie Jedzą Już trawę. Trawę! Wodę pitną czerpią prosto z zanieczyszczonej rzeki. Czy trudno o epidemię?
Oprócz braku żywności głównym problemem jest niedostatek lekarstw.
- Jestem tutaj praktycznie zbędny. Wielokrotnie widziałem, jak umierają ludzie, z głodu, na dyzenterię, na tyfus, z zimna. Nie mam nawet najprostszych lekarstw - mówi z determinacją, wpatrując się usilnie prosto w moje oczy, jakby chciał wypatrzyć w nich obietnicę.
- Niech, choć pan powie światu, jak tu ludzie umierają! Codziennie... Tu ciągle przyjeżdżają jacyś dziennikarze. Fotografują, pytają, ciągle coś notują... - mówi podniecony.
- Czy coś z tego wynika? - zawiesza głos. - Nic. Nic się nie zmienia. My tu giniemy. Bez żadnej pomocy. Znikąd!
Tym uchodźcom nie przysługuje oficjalna pomoc ze strony UNHCR - międzynarodowej agendy ONZ, posiadającej mandat do opieki nad uchodźcami, tj. osobami, które z konkretnych przyczyn (politycznych, religijnych itp.) znalazły się poza granicami swojego kraju. Społeczność międzynarodowa określa uchodźców wewnętrznych skrótem IDP (internally displaced. people), tj. "przemieszczonymi w obrębie własnego kraju", by odróżnić ich od "uchodźców" właściwych (refugee).Największym zaniedbaniem uchodźców wewnętrznych jest fakt, że nie przedarli się przez granicę państwową do kraju sąsiedniego. Dlatego nie można im według prawa międzynarodowego przyznać statusu uchodźcy. Nie przewidziano środków na pomoc dla nich. Niezależne międzynarodowe organizacje pozarządowe nazywają ich uchodźcami wewnętrznymi i starają się nieść im pomoc. Zazwyczaj jest ona nikła - w konfrontacji z morzem potrzebujących.
Za nami idzie gromadka umorusanych dzieci. Obserwują mnie uważnie, z wyraźną bojaźnią, lecz i z ogromnym zaciekawieniem.
- Niech pan patrzy na te bose dzieci. Myśli pan, że mają się, w co ubrać zimą?...
Większość ludzi chodzi w poszarpanych łachmanach, bez żadnej odzieży na zmianę, bez ciepłego ubrania na zimę, często boso albo w sandałach skleconych z wyciętego kawałka opony samochodowej, przewiązanego plastykowym sznurkiem.
- Tu pod koniec września mogą spaść już pierwsze śniegi. Oni nadal będą tak chodzić.
Rzeczywiście, pierwsze śniegi z reguły zasypują Hindukusz w październiku, choć mogą pojawić się niespodziane opady wcześniej. Biały, zbity pył skutecznie blokuje wszystkie przełęcze i przejścia powyżej 2 tysięcy metrów, odcinając poszczególne osady od reszty świata nawet na kilka miesięcy. Nic dziwnego, że osady są tradycyjnie samowystarczalne. Dopiero od kilkudziesięciu lat znana jest w tych rejonach idea bazaru, gdzie ludność wyzbywa się nadwyżek produkcji i oferuje usługi. Zimą pokrywa śnieżna na wysokości powyżej 2400 m przekracza miejscami nawet trzy metry. Zamiecie i zawieje śnieżne, nagminne zimą, nie są niczym niezwykłym nawet latem, Na wysokościach powyżej 3500 m w górach Hindukuszu, Pamiru czy Tienszan nie raz przeżyłem w lipcu i sierpniu nieposkromione, polarne wiatry, które przynosiły lepki śnieg. Lokalne dialekty znają co najmniej tuzin określeń na typy wiatrów, w zależności od pory roku, siły, suchego, deszczowego czy gradowo-śnieżnego charakteru.
Przeciętna zimowa temperatura w dolinach oscyluje między zerem a -10°C, ale nie są niczym wyjątkowym dnie, kiedy spada do -30°C. Nawet w mieście tak bardzo wysuniętym na południe jak Kandahar (31°35' N, 65°45' E), gdzie poddane erozji górzyste skały rozsypują się w pył i piachy pustyni Registanu, nocne temperatury spadają zimą do zera. Gdy wiosenne słońce nagrzewa wciąż ośnieżone zbocza, górskie strumyki błyskawicznie przeradzają się w rwące rzeki, porywające na swej drodze wszystko. Temperatury w górskich dolinach przekraczają 30°C, choć na przełęczach w niewielkim tylko stopniu wznoszą się ponad 10°C. Na północnych równinach afgańskiego Turkiestanu i Badakszanu letnie temperatury z łatwością mogą pokonać barierę 40-42°C. Trudno sobie wyobrazić, jak można przeżyć w takich warunkach. Jakże się też dziwić surowym zwyczajom tutejszych plemion?
Zmierzcha. Do nieco obszerniejszego namiotu, wyróżniającego się od pozostałych jedynie płachtami plastykowej folii, którą naszyto na dziurawe płótno, napływają po kolei tuzinami mężczyźni. Najpierw starsi, z posiwiałymi brodami. Pochyleni, zzuwają przed wejściem sandały i dziurawe buty, ostrożnie stąpają po folii, którą wyłożono spód namiotu. Na końcu przychodzi kolej na nastoletnich chłopców, którzy już się nie mieszczą w środku i pozostają na zewnątrz. To pora modłów. Stoję w rogu namiotu, tuż przy wyjściu, w zaduchu niepranych ubrań i niemytych od wielu dni ciał, które naprzemiennie pochylają zmęczone tułowie, oddając pokłon, opadają ciężko na ziemię klękając, padają na twarz, by znów powstać. Jakże symboliczny to ruch! Na przeciwległym krańcu namiotu ustawiono wewnątrz dwa drewniane słupki, do których przymocowano poziomą, nieociosaną deszczułkę. To symboliczny mihrab, nisza, która w meczetach wskazuje wiernym kierunek modlitwy (qibla).
Jak dalece odbiegają te trzy zbite nędzne drzazgi od zachwycającego mihrabu w Złotej Medresie Tilla-kari w Samarkandzie; mihrabu, który prowadzi oczy wiernych ku czarnemu głazowi w świątyni Al-Ka'ba w Mekce; mihrabu, który pochłania całe złudne światło ziemskiego świata w czeluściach granatu, głębokiego jak niebo w rozgwieżdżoną noc, kiedy Mahomet ujrzał na zboczach góry Hira boskiego posłańca Archanioła Gabriela; mihrabu, który ozłocił się płatkami najszczerszego złota, usypanego z archanielskich szat, odbierających wzrok, w noc, kiedy Allah obwieścił pierwsze wersy Koranu!
Jakże różni się to miejsce, pokryte szarą folią, od głównego meczetu piątkowego Masdżit-i Imam tuż obok Ali Ghapu, pałacu safawidzkich władców Persji; meczetu wyrastającego ponad wszystko wokół na centralnym placu w Isfahanie, najurokliwszym, najbardziej romantycznym mieście Iranu! Sama jego kopuła - otoczona czterdziestodwumetrowej wysokości bliźniaczymi minaretami - wzlatuje na skrzydłach zachwytów na wysokość 54 metrów! Wykładana drobną mozaiką z lazuru, żółcienia, seledynu i bieli kości słoniowej, z każdą minutą przetaczającego się po nieboskłonie rydwanu słońca, z każdą nową konfiguracją postrzępionych kumulusów na błękicie sklepienia niebieskiego mieni się i przywdziewa wciąż nowe barwne muśliny, dowodząc, jak iluzoryczne i ulotne są barwy, jak łatwo daje się zwieść nasze oko!
Jak bardzo może zostać upodlony człowiek. Skąd przybyły ludzkie cienie tragicznego panoptikum, przemykające między falującymi namiotami? Do tego koczowiska trafili głównie uchodźcy z Kabulu i z prowincji Talachan, którą talibowie - wspomagani przez regularne oddziały pakistańskiej piechoty i lotnictwa - podbili przed rokiem30.
Napotkaną skuloną sylwetkę pytam, czemu przypisać brak małżowin usznych.
- W Kabulu byłem taksówkarzem. Miałem w samochodzie ukryty magnetofon. Milicja talibów zatrzymała mnie na kontrolę, znaleźli dwie kasety. Za słuchanie muzyki grozi tam więzienie. Albo obcinają uszy. Mnie spotkało to drugie.
Natykam się na jeszcze jedną osobę bez uszu. Uciekinierzy z Kabulu dzielą się przerażającymi historiami ze swojego życia. Mężczyzna około trzydziestki opowiada o ślubie siostry sprzed roku. Wówczas jeszcze wierzono, że w Kabulu da się przetrwać pomimo rządów talibów. Na ceremonię ślubną grupę talibów zwabiły z ulicy odgłosy muzyki. Wpadli na wewnętrzny dziedziniec domu weselnego. Jeden z nich zdarł z twarzy kobiety obowiązkową zasłonę, odkrywając zakazaną szminkę na ustach. Natychmiast odciął nożem pannie młodej dolną wargę. Ojciec panny młodej, mój rozmówca i jeszcze kilku domowników trafiło do więzienia na dwa tygodnie za słuchanie muzyki.
- I tak mieliśmy szczęście, że nie obcięto nam uszu - wspomina uchodźca.
Kobietom zakazano opuszczania domów bez towarzystwa bliskiego krewnego płci męskiej. Chcąc choćby dokonać zakupów na pobliskim bazarze, kobiety jeszcze do niedawna wychodziły ostrożnie na ulicę i prosiły przechodniów, by im towarzyszyli, podając się za ojca czy brata. Teraz talibowie mają niekiedy w zwyczaju sprawdzanie faktycznego stopnia pokrewieństwa. Zakazany jest makijaż, biżuteria, kobiety muszą zakrywać całe ciało wielką płachtą zwaną burka. Nie wolno im podejmować żadnej pracy, całe dnie zmuszone są spędzać w domu, zabronione jest odzywanie się do mężczyzny innego niż mąż lub bliski krewny.
- Problemem są nawet odwiedziny u przyjaciółki - narzekają rozmówczynie.
- Musimy zawsze namawiać kogoś z rodziny, by odprowadził nas do jej domu, a potem przyprowadził z powrotem. A co mają zrobić wdowy?!
Rzeczywiście, wdowy są w najcięższej sytuacji. Pozbawione najmniejszej możliwości zarobkowania, nie są w stanie utrzymać siebie ani osieroconych przez męża dzieci. Nie mają nawet możliwości dokonywania zakupów.
Kobiety podejrzane o cudzołóstwo są kamienowane. Sporadycznie słyszy się także, że taki sam los spotyka cudzołożników. Mężczyźni oskarżeni o morderstwo są zabijani strzałem z karabinu przez krewnych zabitego - na oczach tłumu przyglądającego się z trybun stadionu w Kabulu. Na murawie stadionu przeciętnie dwa razy w tygodniu dokonuje się amputacji rąk. nóg i uszu złodziei i miłośników zakazanej muzyki. Po kaźni rzędy kończyn nadziewane są na tyczki lub stalowe druty i wystawiane na widok publiczny.
Restrykcje wprowadzone przez talibów obejmują m.in.: zakaz słuchania muzyki; zakaz oglądania filmów, telewizji i wideo; zakaz korzystania z Internetu i telefonów satelitarnych (dotyczy to także obcokrajowców); zakaz obchodzenia niektórych uroczystości i świąt (np. tradycyjnego święta ludowego nawruz, przypadającego 21 marca; święta 1 maja, afgańsko-turkmeńskiego sportu buzkaszi). Wszystkie imiona nie muzułmańskie muszą zostać zastąpione muzułmańskimi; obowiązuje przymusowe golenie głowy chłopcom oraz nakaz noszenia wyłącznie strojów muzułmańskich. Wszyscy mężczyźni bez względu na wiek muszą nosić turbany, wcześniej tylko dorośli oraz studenci musieli stosować się do tego nakazu. Przepisy zakazują golenia lub przystrzygania brody. Broda powinna być, co najmniej takiej długości, żeby zakrywała ściśniętą pięść przystawioną tuż pod podbródkiem. Mężczyźni z nazbyt krótkim zarostem są przetrzymywani w więzieniach, dopóki broda nie urośnie. Wszyscy powinni obowiązkowo modlić się w meczetach pięć razy dziennie. Zakazano trzymania w domu zwierząt, głównie popularnych gołębi. Niektóre gry i zabawy także są niedozwolone, np. puszczanie latawców i walki kogutów. Nie wolno klaskać na imprezach sportowych i innych, w zamian nakazuje się dopingować sportowców okrzykami Allah-o-Akbar! ("Allah jest wielki!"). Wyznawcy innych religii muszą się wyróżniać strojem, np. wyznawcy hinduizmu muszą mieć żółte naszywki lub ubierać się na żółto.
Kary obejmują chłostę, bicie, amputację kończyn, więzienie, ukamienowanie lub inną formę egzekucji. Kary śmierci przewidziane są za cudzołóstwo, ateizm, nawracanie na inną religię, za odejście od islamu. Karę śmierci za morderstwo wymierzają krewni osoby zabitej.
Szczególne restrykcje dotyczą kobiet. Zabrania się im przebywania poza domem samej lub bez najbliższego męskiego krewnego (mahram), np. brata, ojca lub męża; podejmowania pracy (wyjątkiem są akuszerki i położne) czy poddawania się leczeniu przez lekarzy pici męskiej. Kobietom nie wolno podejmować nauki w szkołach, uniwersytetach i innych instytucjach edukacyjnych, a szkoły dla kobiet zostały zastąpione szkołami religijnymi. Nie wolno im zawierać transakcji handlowych ze sklepikarzami czy rozmawiać z mężczyznami, którzy nie są najbliższymi krewnymi. Obowiązuje także zakaz korzystania z taksówek, jeśli nie jest się w towarzystwie bliskiego męskiego krewnego, oraz bezwarunkowy zakaz jazdy na rowerze lub motorze. Cudzołóstwo karane jest ukamienowaniem. Kobiety obowiązuje nakaz noszenia zasłony (burka) zakrywającej twarz i całą sylwetkę aż po stopy. Nawet pod zasłoną nie wolno nosić nazbyt wyzywających spodni. Nie wolno używać kosmetyków, a palce z pomalowanymi paznokciami i pomalowane usta są ucinane. Zakazane są kolorowe stroje, gdyż jasne kolory mają według talibów pobudzać mężczyzn. Zakazany jest głośny śmiech, gdyż obcy mężczyzna nie może usłyszeć głosu kobiety. Ponieważ obcy mężczyzna nie powinien słyszeć kroków, nie wolno kobietom chodzić w butach na wysokim obcasie ani o twardej podeszwie. Nie wolno pojawiać się w radiu, telewizji i zgromadzeniach publicznych ani uprawiać sportów czy wstępować do organizacji sportowych. Kobietom zakazano brania udziału w świętach i zgromadzeniach religijnych, np. w Święcie Zakończenia Ramadanu ('Id. al-Fitr) czy w Święcie Ofiar ('Id al-Adha), dwóch najważniejszych świętach w islamie. Nie wolno im też uczestniczyć w jakichkolwiek imprezach rekreacyjnych. Niedozwolone jest pranie w miejscach publicznych. Z nazw instytucji i miejsc eliminuje się słowo "kobieta". Nie wolno wychodzić na balkon. Na mieszkańców nałożono nakaz zamalowania okien tak, żeby kobiety nie były z zewnątrz widziane. Zniesiono instytucję łaźni miejskich dla kobiet. Krawcom płci męskiej nie zezwala się na szycie odzieży damskiej. Obowiązuje zakaz podróżowania tym samym autobusem przez kobiety i mężczyzn: autobusy zostały przemianowane na autobusy "tylko dla mężczyzn" i "tylko dla kobiet". Kobiet nie wolno fotografować ani filmować. Nie można też drukować wizerunków kobiet ani umieszczać ich w miejscach publicznych, np. na ścianach domów i w sklepach.
Co wolno? Popełnić samobójstwo, z czego korzysta wiele kobiet.
Rozporządzenia talibów są konsekwentnie przestrzegane. W październiku ubiegłego roku z bratniego Pakistanu przybyła do Kabulu drużyna piłkarska. Mecz miał się odbyć na tym samym stadionie - w okresie wolnym od barbarzyńskich spektaklów wymierzania kar. Po południu na oczach kibiców obie drużyny zostały przegnane z boiska przez milicję talibów, a sportowcom zagrożono więzieniem za wykroczenie przeciwko rozporządzeniu mułły Mohammada Omara, zabraniającemu uprawiania sportu po godzinie 16.00. Parę miesięcy wcześniej, w lipcu na stadionie w Kandaharze przerwano mecz futbolowy między drużynami Pakistanu i Afganistanu. Zawodnikom pakistańskim ogolono na znak hańby głowy. Była to kara za obraźliwy - zdaniem talibów - strój: podkoszulki i krótkie spodenki sportowe.
Rozmawiam z szyickim uciekinierem z Mazar-i Szarif na północy kraju, nie daleko granicy z Uzbekistanem. Po zażartych walkach 2 sierpnia 1998 roku do jego miasta wkroczyły oddziały talibów, którym towarzyszyło około 3000 żołnierzy regularnej Armii Pakistańskiej31. Miasto dwukrotnie przechodziło z rąk do rąk. W walkach po stronie opozycji brali udział - oprócz oddziałów afgańskich Uzbeków i Tadżyków - także Hazarowie oraz szyici niebędący Hazarami. Przez całe dnie ulice były zaścielone trupami, które rozkładały się w sierpniowym słońcu, a rodzinom zakazano przeprowadzenia pochówku pod groźbą natychmiast wymierzanej śmierci. Oddziały, które zajęły miasto, rozognione gorączką zabijania strzelały do wszystkiego, co żyło, co znalazło się w zasięgu wzroku. Uliczne rynsztoki dosłownie spływały krwią.
Wstrząsające opisy mego rozmówcy zgadzają się z raportami organizacji humanitarnych:
W ciągu pierwszych kilku godzin po przejęciu miasta, oddziały talibów zamordowały rzesze ludności cywilnej w atakach na oślep, strzelając do cywilów i podejrzanych o stawianie oporu w dzielnicach mieszkaniowych, na ulicach, bazarach i sklepach. Świadkowie opisują te zdarzenia, jako "obłęd zabijania", a zwycięskie oddziały strzelały "do wszystkiego, co się rusza". [...] Human Rights Watch ocenia, że gdy przerażeni mieszkańcy Mazar-i Szarif starali się schronić przed ostrzałem lub opuścić miasto, poległy co najmniej setki cywilów32 .
Talibowie jeszcze tygodniami przeprowadzali łapanki: aresztowano wszystkich podejrzanych o stawianie czynnego oporu w walkach o miasto. Do więzienia dostał się także mój rozmówca. Trzymano go przez wiele dni w niewielkiej, rozgrzanej od słońca celi bez okien, pełnej więźniów. Sam nie wie jak długo, Myślał, że skona z braku powietrza. Wielu traciło raz po raz przytomność. Niektórych wynoszono i ślad po nich ginął. Nie mieli, co jeść. Wodę przynoszono im sporadycznie w ocynkowanym wiadrze. Pewnego ranka zaczęto opróżniać wszystkie cele, jeńców pakowano na samochody. Jeden ze strażników - Pasztun z Mazar-i Szarif, który przeszedł na stronę talibów po zdobyciu miasta rozpoznał go. To był cud. Szepnął mu na ucho: znam cię! Jesteś synem mojego przyjaciela, sklepikarza. Gdy dam znak, uciekaj i nie oglądaj się za siebie. W zamieszaniu mój rozmówca uciekł, gdy ciężarówki dotarły na miejsce. Była to pustynia niedaleko Mazar-i Szarif, na obrzeżach płaskowyżu Lajli, ciągnącego się aż do granicy z Turkmenistanem. Zza żwirowego pagórka widział, jak ludziom kazano kopać doły, w których zakopano ich potem żywcem: szereg po szeregu. Tych, którzy się opierali, rozstrzeliwano. Szacuje się, że masowe groby w tej okolicy mogą kryć szczątki nawet 6-7 tysięcy mieszkańców miasta. Prawdopodobieństwo tych szacunków potwierdzi potem w Fajzabadzie dr Sajjid Mahfuz Badaksh, lekarz zajmujący się uchodźcami, oraz inż. Ghulam Dastagir, kierownik organizacji pozarządowej Afghanaid. Za niewykluczone uważa te przerażające liczby także Mervyn T. Patterson, regionalny koordynator działań ONZ (UNOCHA / UNDP), który tuż przed atakiem talibów na Mazar-i Szarif opuścił miasto, jako jeden z ostatnich obcokrajowców.
Mimo masowych mordów tysiącom mieszkańców udało się uciec z miasta. Powiększyli w ten sposób rzesze uchodźców.
Nie były to jedyne przypadki masowych mordów w Mazar-i Szarif. O ludobójstwo oskarżani są przez organizacje praw człowieka także przedstawiciele Sojuszu Północnego, przede wszystkim gen. Abdul Malik Pahlawan, współpracownik Abdula Raszida Dostuma i członek reprezentującego interesy Uzbeków i Turkmenów Sojuszu Islamsko-Narodowego (Dżambisz-i-Milli-i-Islami), którego szefem jest Dostum. W maju 1997 roku na rozkaz Abdula Malika dokonano masowych egzekucji więźniów talibańskich i pasztuńskich w Mazar-i Szarif po nieudanej próbie przejęcia kontroli nad miastem33.
W ciągu trwającej od ponad dwudziestu lat wojny w Afganistanie w wyniku bezpośrednich działań wojennych zginęło, co najmniej półtora miliona ludzi. Gdy zaś do rachunku strat doliczy się "pośrednie" ofiary wojny, zmarłe w wyniku niedożywienia, choroby, trudów obozowych, min itp., okaże się, że Afganistan stracił w tym okresie trzecią część populacji34. Żadna z walczących stron nie jest wolna od zarzutu łamania praw człowieka.
Brak aktualnych i wiarygodnych danych na temat uchodźców afgańskich. Dane z początku 2001 roku wskazywały, że uchodźcy z Afganistanu stanowili 30% wszystkich uchodźców na świecie (3 580 4 00)35, a liczbę uchodźców wewnętrznych oceniano wówczas na 758 60036. Dane nie uwzględniają jednak m.in. 3,5 do 4 milionów uchodźców afgańskich w samym Pakistanie.
UNHCR, agenda ONZ do pomocy uchodźcom, oblicza liczbę uchodźców na podstawie złożonych wniosków o azyl i pomoc. W takich krajach Jak Pakistan mało, który uchodźca z Afganistanu decyduje się złożyć wniosek ze względu na uwarunkowania praktyczne, chaos w kraju i bezcelowość.
Liczba uchodźców wewnętrznych po 11 września bieżącego roku dramatycznie wzrosła i w tej chwili uchodźcy afgańscy, wliczając w to uchodźców wewnętrznych, stanowią zapewne połowę wszystkich uchodźców na świecie. W ciągu trzech tygodni, jakie upłynęły od początku bombardowań, pakistańską granicę przekroczyło - pomimo jej zamknięcia - 60 tysięcy ludzi. W stronę Pakistanu może się w najbliższym czasie udać kolejne 1,5 miliona uciekinierów.
Liczby podskoczyły tak gwałtownie po amerykańskich atakach bombowych, w których cierpi przede wszystkim ludność cywilna - wbrew pełnym hipokryzji zapewnieniom amerykańskich generałów. Amerykańskie działania zbrojne spowodowały ogromne trudności w dostarczaniu pomocy humanitarnej dla ludności cywilnej, co wpłynęło na zwiększenie fali uchodźców. Siedmiu milionom Afgańczyków grozi tej zimy głód, co oznacza największą klęskę humanitarną w dziejach ludzkości.
Organizacje humanitarne zgodnie oceniają rezultaty amerykańskich bombardowań, jako klęskę. Cztery z pięciu magazynów z żywnością - pomocą humanitarną - w Kabulu, należących do międzynarodowego Komitetu Czerwonego Krzyża, zostały omyłkowo zbombardowane. Lista zabitych w wyniku bombardowań regularnie rośnie: codziennie przeciętnie o 30-35 osób, a może więcej37. Raporty organizacji humanitarnych udzielających pomocy38 relacjonują, że do obozów na granicy z Pakistanem, np. w okolicach Peszawaru, docierają uchodźcy, którzy stracili swoich bliskich podczas nalotów. Wśród grup uciekinierów znajdują się także dzieci osierocone w wyniku amerykańskich działań. Cóż, każde dziecko wie, że nawet najprecyzyjniejsze bombardowania mogą pociągać przypadkowe ofiary.
Pozarządowe organizacje niosące pomoc humanitarną w Afganistanie niezmiernie krytycznie oceniają także amerykańską akcję humanitarną i zrzuty żywności z samolotów. Działania te mają wyraźnie charakter propagandowy i ich głównym celem Jest uspokojenie opinii publicznej na zachodzie. Pierwsze pakunki z pomocą żywnościową nosiły napisy informujące o zawartości w językach.... angielskim, hiszpańskim i francuskim! Ani słowa w paszto czy w dari! Mimo to bardzo dobrze prezentowały się przed kamerami telewizyjnymi: widz zachodni mógł wszystko doskonale odczytać we własnym języku. Dopiero w następnych zrzutach dodano do opisu paczek obrazki i po linijce tekstu w językach afgańskich. W paczkach znajdują się często wiktuały zupełnie nieznane i nieprzydatne w Afganistanie, np. masło orzechowe. Choć trudno w to uwierzyć, Amerykanie decydują się nawet na zrzuty dżinsów! Jeśli wyobraźnia i sponsorzy dopiszą, to należy spodziewać się wkrótce zrzutów tosterów i elektronicznych suszarek do zielonej sałaty. Najważniejsze, że akcja przemawia do wyobraźni społeczeństwa amerykańskiego.
Jednocześnie Amerykanie zrzucają bomby klasterowe, zwane rozpryskowymi. Nic dziwnego, że większość organizacji na świecie dąży do objęcia całkowitym zakazem produkcji i użycia bomb klasterowych: w momencie upadku taka bomba rozrzuca w polu kilkudziesięciu metrów mniejsze bomby, z których 5-7% z zasady nie wybucha, zwiększając liczbę niewypałów. Organizacje humanitarne protestują, gdyż zarówno bomby, jak i paczki z żywnością mają taki sam żółty kolor i w wyniku pomyłek regularnie dochodzi do zgonów lub ciężkich obrażeń wśród ludności.
Paczki z żywnością zrzucane są bez żadnego rozeznania i regularnie spadają na obszary zaminowane, praktycznie niedostępne dla ludności cywilnej. Zrzucane są w przerwach między nalotami. Czy w pakunku jest żywność, czy bomba? - myśli sobie obserwator zrzutów humanitarnych. Wszelka pomoc organizacji humanitarnych automatycznie wiązana jest w świadomości mieszkańców z atakiem na ich ziemię. Jaka byłaby reakcja powstańców warszawskich w sierpniu 1944 roku, gdyby alianckie samoloty codziennie przeprowadzały naloty dywanowe na Warszawę w celu wyzwolenia miasta od nazistów? Jakże gorzka byłaby ich wdzięczność!
Czy trudno się dziwić pierwszym reakcjom niektórych mieszkańców Afganistanu - co zostało skutecznie nagłośnione przez aparat propagandowy talibów - że wielu z nich paliło zrzucaną pomoc? O istocie pomocy świadczy nie tylko jej materialna zawartość, ale także sposób, w jaki się ją czyni. Działania amerykańskie przekształcają wszelką niesioną w tej chwili w Afganistanie pomoc humanitarną - a nie tylko same zrzuty - w jałmużnę, której przyjęcie staje się poniżające. Tylko desperaci, którym śmierć patrzy prosto w oczy, ostatecznie przyjmują taką pomoc.
Takie pozorne, pełne hipokryzji działania administracji amerykańskiej urągają zasadom przyzwoitości i nie znajdują żadnego usprawiedliwienia. Sposób, w jaki administracja w Waszyngtonie wiąże pomoc żywnościową z propagandą, uwłacza ludzkiej godności.
Wzrost fali uchodźców w Afganistanie i wszystkie ofiary śmiertelne - zarówno bezpośrednie ofiary nalotów, jak i nowi uchodźcy, którzy w najbliższych miesiącach będą umierali z głodu i nędzy - są oskarżeniem pod adresem rządu USA i prowadzonych nalotów.
Przez niskie drzwi przeciskam się do wnętrza kamiennego budyneczku, osadzonego na półce skalnej tuż nad urwiskiem. Mój przyjaciel Amir prowadzi mnie do jednego z trzech pomieszczeń, z których składa się szkoła języka angielskiego, założona w grudniu. W środku przy prostym stole obłożonym książkami siedzi dwudziestoparoletnia dziewczyna o kruczoczarnych włosach, przewiązanych z tyłu tasiemką, opadających dość swobodnie na białą, muślinową chustę udrapowaną na ramionach. Jej surową urodę podkreśla lekko zarysowany makijaż. Zaskoczona, unosi się pospiesznie z miejsca na mój widok.
- Nazywam się Soraja - przedstawia się. I dodaje - Z Kabulu.
- Tak jak królowa Soraja, żona króla Amanullaha?... - zawieszam głos.
- Tak... - odpowiada nieco speszona, nieco rozbawiona, a jej oblicze się ożywia. - Wszyscy się z mojego imienia troszkę podśmiewają!
Przyjechała do Pandższiru jesienią ubiegłego roku, bo nie mogła znieść represji talibów. W 1995 roku zaczęła studiować medycynę, ale kiedy przyszli talibowie, wszystkie szkoły musiały zamknąć swe podwoje przed kobietami. Ostatnie lata spędzone w Kabulu wspomina, jako nieustanny koszmar. Cały świat, w jakim się wychowywała, radio, muzyka, wideo, książki, wyjścia z przyjaciółkami, częste odwiedziny u znajomych - to wszystko odeszło w niebyt. Dzień za dniem spędzała w jednym pokoju w mieszkaniu rodziców, osaczona wieczną ciszą.
- Wszyscy mówili szeptem - wspomina - jakby się czegoś bali. Obawiali się nawet podnieść głos.
Soraja cały czas czuła się osaczona. Nawet wychodząc z domu, musiała się zawijać w znienawidzoną, błękitną zasłonę, plisowaną, z siatką wszytą na wysokości twarzy, przez którą mało co było widać. Zamknięta w pokoju, zamknięta w osaczającej tkaninie na ulicy.
- To było nie do zniesienia. Myślałam, że się zabiję - dodaje.
W Kabulu regularnie słyszy się o samobójstwach zdesperowanych kobiet. Soraja nie mogła dłużej znieść tego poniżenia i uciekła do dalekiego krewnego, mieszkającego tutaj w wiosce. Teraz marzy, że może niedługo otworzą wydział medyczny dla kobiet w klinice w Fajzabadzie, na północy. Mają to uczynić już jesienią. Soraja nie nosi zasłony ani nie zakrywa twarzy. Jej strój, składający się z luźnej, długiej sukni, luźnych spodni spiętych w kostkach i trzewików na wysokich obcasach, krańcowo odbiega od tradycyjnego ubioru tutejszych kobiet.
Soraja w szkole średniej nauczyła się angielskiego. Tutaj poznała Amira i zdecydowali się wspólnie otworzyć szkolę tego języka. Mają kilkudziesięciu uczniów: prostych wieśniaków z okolicznych osad. Każdy z uczestników płaci trzydzieści afghani za cztery tygodnie zajęć (łącznie dwanaście godzin), czyli mniej niż pół dolara. Opłaty są niewielkie, wystarczają na czynsz za budynek wynajmowany od chłopa. Kiedyś tu była zagroda dla bydła. Mimo to niewielu stać na kursy. Chętnych jest dużo, bo wszyscy mają nadzieję, że sytuacja w kraju kiedyś się zmieni i znajomość języka obcego będzie przydatna.
Cztery kilometry dalej na południe właśnie ukończono budowę nowej szkoły. To inicjatywa Aziza Ahmeda Nurzada. Z dumą oprowadza mnie po wnętrzu murowanego, parterowego budynku. Udało mu się namówić szurę, wioskową radę samorządową, by uczestniczyła w projekcie, partycypując w kosztach budowy. Całość inwestycji pochłonęła niespełna 6 tysięcy dolarów. Wkładem rady w budowę było m. in. bezpłatne odstąpienie w wieczne użytkowanie działki, na której postawiono szkołę. Sami wieśniacy wznosili budynek szkoły.
- Gdyby jakaś organizacja pozarządowa realizowała ten projekt - mówi Aziz - koszty zamknęłyby się kwotą około 20 tysięcy dolarów.
Już za miesiąc będzie chodziło do niej kilkuset uczniów z wiosek rozsianych w promieniu 10 kilometrów. Będzie to szkoła dla chłopców.
- A co dziewczętami? - dopytuję.
- One mają już małą szkołę nieco dalej. Ale rzeczywiście potrzebny jest im większy budynek. Na razie nie mamy już funduszy.
Jedziemy do Astaneh, największej wioski w okolicy. Po drodze - w odstępach paru kilometrów - mijamy dwa kopce usypane z kamieni, między które zatknięto wysoki drąg z powiewającą zieloną płachtą.
- To moi bracia - mówi ponuro Aziz. - Walczyli w tych górach. Zostali zastrzeleni przez Rosjan.
W Astaneh mieści się największa szkoła, do której uczęszcza w porywach aż 800 uczniów. Tylko chłopców. Trafiam na dzień egzaminacyjny, zamykający trymestr. Dyrektor szkoły przerywa egzaminy i zwołuje radę nauczycieli, którzy opowiadają o codziennych trudnościach. Spośród dwudziestu kilku nauczycieli tylko dwóch ma wyższe wykształcenie. To i tak przyzwoita średnia. Podstawowym problemem jest brak funduszy na sprawienie ławek i krzeseł czy na odnowę pomieszczeń, w których nie ma nawet szyb. W niektórych pomieszczeniach uczniowie siedzą na betonowej podłodze. Brak pieniędzy na pensje, więc nauczyciele opłacani są pośrednio przez wioskę w naturze. Doskwiera całkowity brak podręczników, papieru, ołówków. Uczniowie mają drewniane tabliczki, na których piszą kredą. O ile uda się ją zdobyć. W większości nauka odbywa się metodą pamięciową, a uczniowie chóralnie powtarzają formułki. Władze szkoły muszą dokonywać starań, aby skłonić rodziców do posyłania dzieci do szkoły. Wielu wieśniaków nie widzi potrzeby nauki: dzieci powinny pracować w domu. W okresie zbiorów czy na wiosnę, gdy trzeba naprawiać groble i kanały nawadniające albo obsiać pole, szkoła pustoszeje. Mało, kto chce się wyzbywać rąk do pracy na czas pilnych prac polowych.
Pomimo trudności organizacje pozarządowe, takie jak Afghanaid czy Acted, i instytucje rządowe, np. sekretariat prezydenta Rabbaniego, są zgodne, że na terenie północnego Afganistanu, zarządzanego przez siły opozycji, do szkoły regularnie uczęszcza dwukrotnie więcej dzieci w wieku szkolnym niż na ziemiach znajdujących się pod administracją talibów. W samym Afganistanie północnym odsetek osób w wieku szkolnym (15-20 lat) umiejących pisać i czytać wynosi 31,5%. Proporcje przemawiają zdecydowanie na niekorzyść kobiet: umiejętność pisania i czytania posiadło 47,2% chłopców i jedynie 15% dziewcząt. Spadek analfabetyzmu w Afganistanie w ostatnich czasach należy przypisać działaniom administracji Sojuszu Północnego. We wcześniejszym okresie pewną pozytywną rolę pod tym względem odegrała okupacja radziecka, a przede wszystkim działania modernizacyjne, podejmowane przez rząd Mohammada Dauda w latach 1973-1978. Jeszcze na początku lat sześćdziesiątych tylko 3,1% ludności umiało czytać i pisać, a w samej stolicy odsetek ten wynosił aż... 5,9%!
Władze Sojuszu Północnego przywiązują ogromną wagę do projektów edukacyjnych. Jest to element świadomej polityki rządu, który przygotowuje się do przejęcia władzy w przyszłości. Ahmed Szah Masud dopuszczał "możliwość utworzenia tymczasowego koalicyjnego rządu z talibami na okres przejściowy", ale miałby się on "zakończyć demokratycznymi wyborami". W ten sposób myśli wielu dowódców, choć nie wszyscy. Edukacja nie tylko pozytywnie wpływa na rozumne wybory dokonywane przez elektorat, ale także - w kontekście afgańskim - silnie wiąże ludność z władzą tworzącą infrastrukturę państwową.
Działania tego typu przeprowadzane są w trzech dziedzinach: poza sferą edukacji rząd inicjuje projekty napraw starych lub budowy nowych kanałów irygacyjnych oraz tworzenie ośrodków opieki medycznej. Z zasady wkład finansowy władz wynosi od 10% do 40%, pozostałe koszty inwestycji finansują wspólnoty wiejskie. W świadomości wieśniaków wszystkie inwestycje o życiowym dla społeczności znaczeniu przeprowadzane są pod auspicjami rządu, co niewątpliwie w przypadku przyszłych wyborów we właściwym czasie przyniesie korzyści elicie politycznej. Jednocześnie dzięki tym projektom wzmacnia się więzi międzyludzkie w społecznościach wioskowych, których spójność została rozbita przez trwającą od ponad dwudziestu lat wojnę.
Rozmawiam z Masudem przez radio. Właśnie wrócił do kwatery głównej w Hodża Bahauddin. Przez kilka dni osobiście dowodził działaniami na froncie w Tacharze, gdzie talibowie trzy dni wcześniej przypuścili kolejny szturm.
Walki rozgorzały tam 16 czerwca, kiedy talibowie - po miesiącach przygotowań, w których starali się wyprzedzić ofensywę mudżahedinów - uderzyli na strategiczny wąwóz w Farcharze w prowincji Tachar. U boku pięciotysięcznej armii talibów, wspieranej czołgami i artylerią, walczą drużyny bojowników przeszkolonych przez Osamę bin Ladena, liczące kilkuset żołnierzy oddziały pod wodzą Dżumy Namanganiego, a także regularne oddziały armii pakistańskiej, która użyczyła swego lotnictwa. Atak talibów - skierowany prosto na wschód wzdłuż linii granicznej z Tadżykistanem - ma odciąć Dolinę Pandższiru od zaopatrzenia. Żołnierze pakistańscy mają regularne mundury, usunęli tylko naszywki identyfikujące.
- Jutro możemy się spotkać - słyszę przez radiotelefon.
Przed zmierzchem przylatuje po mnie helikopter. Rano mam polecieć do Hodża Bahauddin na spotkanie z Masudem. O poranku mgła zasnuwa przesmyki między skalnymi szczytami i uniemożliwia przelot nad Hindukuszem. Jestem zablokowany w Pandższirze na kolejne pięć dni.
Po niespełna półtoragodzinnym locie ląduję na trawiastej płachcie nad odnogą Amu-darii. Nitka drutu kolczastego zabezpiecza prowizoryczne lotnisko w Hodża Bahauddin przed wałęsającym się bydłem. Podróż dżipem wzdłuż dolin do tego miejsca trwałaby niemalże dwie doby bez ustanku. Zimą wydłużyłaby się, co najmniej do czterech dni.
Do helikoptera podjeżdża dżip z zaufanym sekretarzem Masuda. Dowiaduję się, że tymczasem Masud znowu udał się do Tacharu. Na co najmniej tydzień odwołał wszystkie spotkania z uwagi na nasilenie działań zbrojnych. Nie wiadomo dokładnie, kiedy należy się go spodziewać.
Do jego powrotu zatrzymuję się w pokoju gościnnym. Parterowe budynki sklecone z glinianych, suszonych na słońcu cegieł mieszczą faktyczne centrum dowodzenia siłami opozycyjnego Zjednoczonego Frontu. Tu mieszka też charyzmatyczny przywódca owiany legendą. Zaskakuje niezwykle skromny wystrój pomieszczeń.
Na obrzeżach wsi ulokowane się budynki ministerialne - finansów, edukacji, zdrowia - równie zgrzebne i zakopane w półpustynnym pyle. Niemal cała administracja Islamskiego Państwa Afganistanu składa się z osobistych sekretarzy Masuda, a korpus dyplomatyczny wywodzi się z rodów związanych więzami krwi lub lojalności z charyzmatycznym przywódcą opozycji. W Afganistanie tradycyjne więzi pokrewieństwa wciąż są głównym kryterium doboru na urzędy i stanowiska państwowe.
Wieczór spędzam na pogawędkach w skromnym biurze pełniącym rolę ministerstwa finansów. Popijamy herbatę i zagryzamy soczystym arbuzem, usadowiwszy się na matach obok dwóch przestarzałych komputerów, jedynych na wyposażeniu ministerstwa. Energię czerpią z maleńkiego generatora na benzynę. W tych prowincjach Afganistanu nikt nie pamięta już czasów, kiedy istniała infrastruktura umożliwiająca produkcję i przesyłanie prądu.
Obok nas na posłaniu leży jeden z sekretarzy ministerstwa; ciężko chory na malarię, majaczy półprzytomnie. Chinina się skończyła. Może jutro ktoś przywiezie z Duszanbe. Spotkam jeszcze kilkanaście ofiar malarii, zbierającej tragiczne żniwo wśród rozlewisk Amu-darii. Choć uleczalna, w wielu przypadkach nadal kończy się śmiercią z powodu braku lekarstw. Pozarządowe organizacje niosące pomoc humanitarną, takie jak "Lekarze Bez Granic", Afghanaid czy francuskie Acted są całkowicie bezradne.
Po zapadnięciu zmroku odwozi mnie do kwatery dżip. Powodem nie są liczne kontrole wojskowe ustawione, co dwieście metrów, lecz watahy zdziczałych psów, które wraz z zachodem słońca wychodzą na powierzchnię ziemi jakby z otchłani Hadesu. Wychudzone, pokryte parchami i strąkami, z wyszczerzonymi, obślinionymi kłami i przekrwionymi w światłach reflektorów oczami atakują bez ostrzeżenia nawet przemieszczające się pojazdy. Nie odstraszy ich nawet kamień. Nie wyją, nie szczekają, nie warczą - wściekłe snują się po zaułkach wsi niczym nocne widma.
Po uczcie w czajchanie, mieszczącej się pośrodku wsi Hodża Bahauddin, opici herbatą przechadzamy się z Zubajem, moim przewodnikiem, między domostwami. Idziemy do jego sąsiada, u którego od dziesięciu dni mieszka pewien francuski dziennikarz. Miałem okazję poznać go dwa dni wcześniej. Gospodarz udzielił mu tutejszym zwyczajem gościny i zapewnia nie tylko nocleg, ale i posiłki. Mimo że sam nie jest zamożny, nie czerpie z tego najmniejszych korzyści. Gościnność jest sprawą honoru - powiada się tutaj. Próba zapłaty zostałaby potraktowana, jako obraza.
Stoimy tuż przy bramie wejściowej, zza muru docierają do naszych uszu soczyste przekleństwa, wykrzykiwane po angielsku z tak silnym francuskim akcentem, że można by raczej sądzić, iż jest to francuski z angielską składnią.
Dziennikarz zarzuca gospodarzowi, że ukradł mu ostatnie sto dolarów. Potem rzuca się na nieszczęśnika z pięściami. Domownicy starają się go odciągnąć od gospodarza, co przy współudziale Zubaja i moim się wreszcie udaje. Dziennikarz utrzymuje, że jeszcze wieczorem, gdy wychodził do cząjchany, miał przy sobie sto dolarów. Ale już nie pamięta - Zubaj stara się mu o tym przypomnieć, gdyż był wówczas obok w herbaciarni - że zawiera! podejrzane transakcje z handlarzami opium. Czy został oszukany, czy też sam zgubił gotówkę w oparach opium, tego nie dowie się nikt.
Kiedy za kilka dni będę wyjeżdżał ze wsi, dziennikarz nadal będzie mieszkał w tym samym obejściu, wciąż korzystając z darmowego noclegu i wyżywienia.
Następnego dnia po zajściu gospodarz żali się na niechcianego gościa:
- Gdyby nie był moim gościem, nie uszedłby z życiem - odgraża się, trzymając za lufę strzelbę, typowy atrybut tutejszych wieśniaków.
- To dlaczego nie każesz mu się wyprowadzić? - dziwię się niepomiernie.
- Przecież to jest mój gość! - obrusza się. - U nas gość przychodzi wprost od Boga!
Tak, tu gościnność jest rzeczywiście sprawą honoru.
Jadę do dwudziestotysięcznego Rostak, niedaleko Talachanu, gdzie wciąż trwa ofensywa talibów. Jest to główny punkt tranzytowy w okolicy, tu znajduje się więzienie, największy bazar w promieniu stu kilometrów. Słowem - metropolia.
Po obu stronach głównej drogi ciągną się rzędem sklepiki: drewniane pomieszczenia na podwyższeniu, wypełnione towarami codziennego użytku, warzywami i owocami. Niektóre wyłożone są belami kolorowych materiałów, rodzimej produkcji lub sprowadzanymi z Pakistanu. Te ostatnie są w cenie. Metr dobrego sukna może kosztować nawet 90 tysięcy ajghani, czyli ponad dolara. Krawiec wykroi na miarę elegancki, tradycyjny strój zwany payran tomban niemal na poczekaniu. Oczywiście zgodnie z najnowszą modą: koszula już bez tradycyjnej stójki, lecz z kołnierzykiem wzorowanym na koszulach zachodnich. Krawiec starannie wymierza figurę: odległość od ramion do palców, od łokcia do palców, od kostek do kolan, od kolan do pasa, obwód ramion, obwód nadgarstków, obwód w kostkach, obwód szyi, obwód w klatce piersiowej... Jedyne, czego krawiec nie mierzy, to obwód w pasie. Już za dwie godziny będę mógł odebrać strój. Luźne spodnie są tak obszerne, że z powodzeniem pomieściłyby pięcioosobową rodzinę. Jaka wygoda! Przewiązuję je w pasie tasiemką.
Rostak jest jedynym miejscem w okolicy, gdzie handluje się płytami kompaktowymi! W większości są to płyty DVD z filmami, szmuglowane z Pakistanu i Iranu. Jest też trochę płyt z muzyką. Dokonanie wyboru nie jest rzeczą łatwą. Bynajmniej nie z uwagi na bogatą ofertę. Najpierw muszę odnaleźć jedyny w mieście sklepik z płytami. Lecz tam nie mają odtwarzacza. Kolejnym krokiem jest, zatem odnalezienie sklepiku, w którym byłby, choć jeden odtwarzacz płyt. Zajmuje mi to czterdzieści minut. Sprawę komplikuje brak źródła prądu. Nie ma też baterii. Po godzinie poszukiwań i dzięki lutowi szczęścia natrafiam na samochód z funkcjonującym akumulatorem, gdyż większość samochodów uruchamia się "na pych". Udaje mi się namówić kierowcę, by podjechał do sklepiku z odtwarzaczem. Wytaszczamy akumulator, do którego podłączamy odtwarzacz. Teraz można odsłuchać płyty. Lecz kto tu kupuje płyty kompaktowe?
Miasteczko spowija swym wystrzępionym welonem nędza, straszliwa, o ziemistej cerze - suchej wyściółce zapadniętych oczodołów, wyschniętej od wypłakanych łez. Choć koścista, ciężką ma dłoń, pochylając ku ziemi czterdziestoletnich mężczyzn, kruszejącymi bruzdami orając oblicza steranych, trzydziestoletnich matek. Przenikając gliniane mury domostw, śniedzią i rdzą pokrywa marzenia każdego, na kim spocznie jej wszystkowidzący wzrok.
Kalkuckie slumsy! Tam, gdzie za plecami pozostawia się skrzeczący zgiełk samochodowych klaksonów i napastliwych dzwonków ryksz, gdy się przekroczy most na rzece Hugli, spływającej ściekiem do Zatoki Bengalskiej! Tam, gdzie wokół dworca kolejowego Howra rozlewa się niewyobrażalny chaos, gdy człowiek stopniowo zatapia się w grzęzawisku kartonów, desek i szmat, stwarzających pozory domostw, gdy się pomału grzęźnie w butwiejącej mazi odpadów i ludzkich widm! Czy da się żyć jeszcze podlej? A jednak. Przemyślność człowieka - istoty tak rozumnej - nie zna granic. Nawet w indyjskich slumsach pęknięty plastykowy sandał nie przedstawiałby żadnej wartości: wylądowałby na wielkim śmietnisku, zaraz pod stopami. Tu, na biednej wsi afgańskiej, są szewcy, którzy starannie zszywają pęknięte plastykowe podeszwy.
Na obrzeżu piaszczystego majdanu-bazaru w stan paniki wprawia nozdrza najpotworniejszy fetor ziemi, ścinający ptaki w locie. To garbarnia. W ponad czterdziestostopniowym upale, na klepisku po kostki zalanym nieczystościami stoi starszy - a może zniszczony życiem - wygarbowany mężczyzna i na nagie ramię nawija cienkie, wielometrowe jelito baranie. Nic nie może się zmarnować. Kilkunastoletni chłopiec, jego syn i pomocnik, siedzi w kuckach przy stercie świeżych wnętrzności i gołymi rękoma dokonuje wstępnej selekcji, wrzucając do wiadra zwierzęce strzępy, które może da się wykorzystać.
Tym, co odróżnia nędzę wsi afgańskiej od indyjskich slumsów, jest schludność i dbałość o porządek. Każdy z godnością stara się wysprzątać śmieci wokół. Nic nie butwieje pod nogami.
Na blaszanych drzwiach bogatszego domu z gliny bieleje w poprzek wyblakły napis: OGNEOPASTNO. To pozostałość po radzieckiej cysternie, wysadzonej jeszcze przed kilkunastoma laty.
Do niedawna relacje cenowe w Afganistanie przedstawiały się następująco: Zarobki:
- dzienna stawka na terenach talibów: około 1,1 USD,
- dzienna stawka na terenach Sojuszu Północnego: 1,6 USD,
Wydatki:
- ceny pszenicy: około 0,3-0,4 USD za kilogram,
- cena za 1 litr benzyny: 0,7-1 USD,
- cena za 1 litr oleju napędowego: 0,5-0,7 USD,
- cena za 1 kg wołowiny: około 0,8-0,9 USD,
- cena za 1 kg ryżu: 0,2-0,25 USD,
- cena za 1 kg cukru: 0,4 USD.
Z Rostak droga wiedzie na północny zachód do Nahrinu, położonego w odległości 300 kilometrów na pograniczu prowincji Talachan i Baghlan. Jak w wielu innych rejonach, oficjalnie kontrolowanych przez talibów, tutaj trwa nadal walka powstańcza. W wiosennym ataku talibowie zamordowali wielu wieśniaków broniących domostw, pól i kanałów nawadniających. Żona jednego z poległych, matka ośmiu synów, poprzysięgła zemstę i walkę aż do śmierci: wroga lub swojej. W akcie desperacji utworzyła z synów i innych męskich krewnych kilkudziesięcioosobowy oddział. Czy to wendetta, czy obrona własnej ziemi? A może ucieczka przed tragicznym losem wdowy?
Sama jest Tadżyczką z Nahrinu, ale intonuje pieśń skomponowaną przez pasztuńską poetkę Malalai:
Jeśli nie podejmiesz walki, to upomnę się o moje mleko, które dało ci życie.
Pasztunka Malalai jest bohaterką narodową dla wszystkich grup etnicznych, a w oczach ludu - także poetką. Jeśli pieśni jej przypisywane śpiewa Tadżyczka, świadczy to, że konflikt afgański nie jest zwykłym konfliktem etnicznym, a ma dużo głębsze podłoże. Sława Malalai i jej śmierć, opiewana w podaniach ludowych do dziś dnia, wiążą się bezpośrednio z II wojną anglo-afgańską (1878-1880).
Od zakończenia I wojny anglo-afgańskiej w 1842 roku w Afganistanie rokrocznie wybuchały walki wewnętrzne. Bratobójcze walki o tron amira w Kabulu miały się wprost proporcjonalnie do liczebności rodziny. Wszak Afgańczycy tradycyjnie żyli w wielkich rodzinach, więc liczba braci i kuzynów - pretendentów do tronu - była znaczna. W 1869 roku Szer Ali po raz drugi został amirem w Kabulu. Nie było w tym nic wyjątkowego. Przed nim władza zmieniała się wielokrotnie, a dwukrotnych amirów kabulskich było w XIX wieku kilku: Szah Mahmud (1801-1803, 1809-1818)39, Szah Szudża (1803-1809, 1839-1842), Dost Mohammad Khan (1826-1839, 1842-1863), Szer Ali Khan (1863-1866, 1869-1879).
Ciągłe zmiany i walka o władzę oznaczały brak stabilności w kraju. Sytuację tę postanowili wykorzystać Brytyjczycy. Paradoksalnie działania brytyjskie stanowiły wynik niezdecydowanego balansowania między dwoma biegu nami: zostawić Afganistan samemu sobie czy podbić go i wciągnąć w granice imperium? Na ten dylemat nakładała się walka polityczna między Wielką Brytanią a carską Rosją o sfery wpływów w Azji Środkowej. Amir Szer Ali Khan starał się zachować neutralność i nie faworyzować ani Brytyjczyków, ani Rosjan. Mimo że próbował nie dopuścić do tego, 22 lipca 1878 roku dotarło do Kabulu rosyjskie posłannictwo, które ustanowiło misję dyplomatyczną. Gdy Anglicy dowiedzieli się o tym, 14 sierpnia zażądali bezzwłocznego zezwolenia na ustanowienie własnej misji.
Trzy dni później, kiedy amir Szer Ali Khan wciąż rozważał, jakiej ma udzielić odpowiedzi, zmarł jego syn, następca tronu Abdullah Dżan. Zgodnie z tradycją ogłoszono żałobę i wszelkie decyzje odłożono na czas późniejszy. Brytyjczycy potraktowali zwłokę jako obraźliwą odmowę.
21 listopada 1878 roku oddziały brytyjskie rozpoczęły II wojnę anglo-afgańską. Amir Szer Ali Khan zmarł trzy miesiące później, gdy usiłował uzyskać pomoc od cara Rosji. Nowy amir Jaqub Khan podpisał w Gandamak niesławny układ z Brytyjczykami. Brytyjski kontyngent w Kabulu został wzmocniony 12 października 1879 roku, amir Jaqub Khan uciekł do Indii, a rzeczywistą władzę przejął gen. Roberts. Kraj ogarnęły walki i tylko brak zgody między plemiennymi chanami uniemożliwił stworzenie zjednoczonego frontu antybrytyjskiego. Z dwunastoletniej zsyłki w Taszkencie przybył Sardar Abdur Rahman Khan, który 20 lipca 1880 roku ogłosił się nowym amirem. Pozostawał nim do 1901 roku. Nieustannie podkreślał, że w żywotnym interesie Afganistanu leży zachowanie jedności: "Moim następcom mogę dać jedną dobrą radę - aby udało im się uczynić z Afganistanu wielkie królestwo, muszą zapamiętać jedną podstawową lekcję: jedność. Jedność i tylko jedność może uczynić z Afganistanu potęgę".
Tylko zjednoczone plemiona afgańskie mogły stawić czoła najeźdźcy. Ciosem dla Brytyjczyków była bitwa pod Maiwandem koło Kandaharu 27 lipca 1880 roku. Wojskami afgańskimi dowodził Mohammad Ajub Khan, Jedna trzecia żołnierzy armii brytyjskiej poległa na polu bitewnym.
Gdy w zaciętej walce na ziemię padł nagle afgański sztandar, Malalai zerwała z głowy zawój i wywijając nim w powietrzu, sama pobiegła prosto na brytyjskie bagnety, zagrzewając bojowników afgańskich do walki dwuwierszem: Gdy nie polegniesz, kochany, na polu Maiwandy - Od boga to znak: tyś z piętnem oszczędzony hańby!
To była ostatnia chwila Malalai. Był to też ostatni dzień dla niemal tysiąca brytyjskich żołnierzy..
Brytyjczycy potroili siły i powrócili z dziesięciotysięczną armią, by 1 września 1880 roku w bitwie pod Kandaharem pobić dawnego pogromcę, Mohammada Ajuba Khana. Oficjalnie bitwa ta kończyła wojnę anglo-afgańską. W Kabulu Anglicy nie zagrzali jednak długo miejsca: po ponownej kalkulacji kosztów i ryzyka wycofali się ostatecznie w kwietniu 1881 roku, nie zyskawszy zupełnie nic. Kredyt krwi spłaca nie ten, kto zaciągnął dług.
Jadę do Aj Chanom. 35 kilometrów przebywamy dżipem w niespełna trzy godziny. Szlak składa się przede wszystkim z wyrw, poprzecinanych co jakiś czas wałami ziemnymi, po których szoruje podwozie mojego UAZ-a. Tej drogi nie przebędzie w stanie nienaruszonym żaden dżip produkcji zachodniej. Miałki pył wypełniający płuca jest wszechobecny. Choć jest dzień, włączamy reflektory przeciwmgielne.
Stromym zboczem staczamy się w wąwóz, a w dole skrzy się w popołudniowym słońcu rozlewisko dopływu Amu-darii, zwanego rozmaicie: Kokcza, Konkcze lub Kowkcze. Mijam kamienno-glinianą wioskę, przypominającą gigantyczną termitierę, i wyjeżdżam zza kępy drzew na żwirowy brzeg Kokczy. W tym momencie z przeciwległego wzgórza padają strzały. To snajperzy talibów dają znać, że znajduję się już między liniami frontu. Dżipa zostawiam w wiosce, ukrytego pośród kamiennych murów otaczających tarasy ryżowe.
Przesiadam się na konia. Dalej trzech wieśniaków będzie mi towarzyszyło, jako przewodnicy. Zarzucam na siebie nowy afgański strój, payran tomban, a na głowie drapuję mały turban. Gdy tak jadę, zarośnięty, w towarzystwie wieśniaków, z daleka nie widać, że jestem obcy. Przez półtorej godziny kłusujemy lub galopujemy przez płytkie, kamieniste koryta rozlewisk. Skaliste góry czerwienieją - rozpalone czerwonawą, żelazistą glinką, niczym żywe płomienie, które osmalają zbocza ośniedziałe tu i ówdzie porostami i wyschniętymi grzywami traw.
Po zachodniej stronie na górskich grzbietach ciągną się stanowiska artylerii talibów. Po prawej, niemal nad mą głową, wymierzone są działa mudżahedinów. W każdej chwili mogą paść strzały. Od wzgórza wspinam się już pieszo.
Jedziemy bez strzemion. Za siodło służy złożony w pół wełniany koc, umocowany popręgiem - tęgim powrozem. Cuglami zaś są bawełniane grube linki.
Do tego biczyk, z rzemieniem na piętnastocentymetrowej rączce - podobny do tych, jakich używałem w kirgiskich górach Tienszan - rozwiewa końskie wątpliwości przy trudnych zjazdach. Bóg ewolucji stworzył człowiekowi pięty nie tylko po to, by mógł przytrzymać się w galopie końskiego brzucha i nie poszybował znienacka ze skalnego urwiska ku swym praprzodkom. Docisk pięt daje wierzchowcowi jednoznaczny sygnał: ma przyspieszyć lub utrzymać tempo, Jednocześnie należy przez cały czas ściągać lekko ku sobie cugle, ukierunkowując koński łeb. Wystarczy całkowicie popuścić cugle, przycisnąć tułów kolanami, a koń natychmiast staje.
Nareszcie! Niewielki płaskowyż rozdziela trzy pasma górskie: jedno zajęte przez talibów, drugie przez mudżahedinów, a na trzecim północnym wzgórzu na wprost mnie majaczą w lornetce sylwetki uzbrojonych żołnierzy WNP, chroniących granicę tadżycką. U stóp rzeka, po stronie tadżyckiej zwana Pjandż, a po afgańskiej - Ab-i-Pandża, łączy się ze swoim dopływem Kokczą. Od tego właśnie punktu Afgańczycy nazywają ją Amu-darią. Dla Rosjan Amu-daria rozpoczyna się sto kilometrów dalej, kiedy Pjandż połączy się z rzeką Wachsz, przepływającą malowniczymi kanionami i uskokami 50 kilometrów na południowy wschód od Duszanbe.
Pośrodku rozpościera się gigantyczne kretowisko. To Aj Chanom (37°09' N, 69°25' E), ruiny miasta założonego przez Aleksandra Macedońskiego, pomyślanego, jako tymczasowa stolica jego imperium. Wybudował je dla swojej sogdyjskiej żony Roksany na znak przymierza z Sogdyjczykami, co zapewniło mu pokój na rubieżach północno-wschodnich i umożliwiło dalszą ekspansję aż po Indus.
Próbując przez dwa lata (329-328 p.n.e.) bezskutecznie ujarzmić Sogdyjczyków, Aleksander uświadomił sobie, że jest to dzieło niewykonalne. Nawet po zdławieniu powstania walki mogłyby rozgorzeć na nowo, a wówczas grecka armia zmierzająca w kierunku Indusu miałaby odcięte tyły - śmiertelna perspektywa! Po początkowych zwycięstwach odniesionych wiosną 327 roku, Macedończyk diametralnie zmienił politykę w stosunku do arystokracji sogdyjskiej i duchowieństwa - religią Sogdyjczyków był zoroastrianizm. Nie tylko uwolnił jeńców, ale zwrócił majątek pojmanym arystokratom. Krokiem następnym było zawarcie przymierza z lokalnym władcą sogdyjskim Oksyartosem oraz przypieczętowanie go małżeństwem z córką Oksyartosa, Rochsznak. Zwana przez Greków Roksaną, była branką wojenną.
Romantyczne podania głoszą, że właśnie tu, w Aj Chanom, Aleksander i piękna Roksana mieli spędzić upojne chwile poślubne. Zapewne upajali się przy biesiadnym stole - jak mogliby dodać złośliwi - jeśli weźmie się pod uwagę dość obojętny do tej pory stosunek Aleksandra do płci "mniejszej" (wszak piękno jest indywidualną oceną estetyczną, a gabaryty wymiernym kryterium, weryfikowalnym interpersonalnie!). A jednak było to w dużym stopniu małżeństwo z miłości: Aleksander był ponoć oczarowany Roksaną od samego początku, a choć była tylko branką - nie nadużył swej władzy. Miłość była wzajemna. Piękna Roksana - zazdrosna być może bardziej o władzę niż o samą osobę męża - kazała później w Babilonii uśmiercić brzemienną Statejrę, córkę Dariusza, która po zaślubinach z Aleksandrem nosiła w łonie Jego potomka. Nałożnicę Aleksandra Barsinę, pozostawioną w Pergamonle wraz z ich synem Heraklesem, Roksana także kazała zgładzić, by jej własny syn Aleksander IV nie miał rywali do schedy po ojcu. Oboje zginęli potajemnie w 310 roku w więzieniu w Amfiopolis, już po śmierci Aleksandra Wielkiego, na rozkaz Kassandrosa, dowódcy i jednego z tzw. "następców" (diadochos), między których zostało rozdzielone imperium.
Małżeństwo było także wybiegiem taktycznym. Ale czy manewr ten nie wpłynął w żaden sposób na Aleksandra? Kallisthenes z Olintu, cioteczny wnuk Arystotelesa, towarzyszył Aleksandrowi w wyprawie, a owocem jego pracy są Dzieje Aleksandra, tworzące legendę macedońskiego mecenasa. Kallisthenes nie był jedynym, który wprost zarzucał Aleksandrowi przyjmowanie nowych zwyczajów: "Jeśli, jak się mówi, w barbarzyńskim kraju należy przyswajać sobie barbarzyński styl myślenia, to jednak proszę ciebie, Aleksandrze, byś pamiętał o Helladzie, gwoli której zorganizowałeś tę wyprawę, by przyłączyć Azję do Grecji"40. Ludzie bywają czuli na swoim punkcie, a emocje utrudniają racjonalną ocenę sytuacji i adekwatność krytyk. Słowa te Kallisthenes przypłacił jeszcze w 327 roku życiem. Pretekstem była odmowa złożenia czołobitnego pokłonu (proskynesis) przed Aleksandrem.
Uporządkowawszy na północnej flance sprawy polityczne, które stały się teraz rodzinnymi, Macedończyk mógł tego samego roku spokojnie wyruszyć na podbój Indii. Taktyka Aleksandra okazała się militarnie słuszna. Gdy dwa lata później wybuchł bunt greckich wojsk w Baktrii, w jego stłumieniu Aleksandrowi, walczącemu w owym czasie w Indiach, dopomógł właśnie Oksyartos.
Nie znamy nawet prawdziwej nazwy tej wschodniej "Aleksandrii"41! Miejsca tego archeolodzy poszukiwali z uporem przez 42 lata. Na ślady miasta natrafiła w listopadzie 1963 roku Francuska Ekspedycja Archeologiczna w Afganistanie (la Délégation Archéologiąue Franҫaise en Afghanistan).Po przeprowadzeniu wstępnych badań i oceny wagi wykopalisk, P. Bernard - ówczesny dyrektor ekspedycji - wyraził w 1966 roku następującą opinię:
AJ Chanom w przyszłości objawi nam w całym bogactwie i pełnej krasie tak bardzo poszukiwane od dawna ślady cywilizacji greko-baktryjskiej, promieniującej kulturą helleńską na Indie epoki Maurjów, na sztukę ery Kuszanów i Gandhary, które dalej rozwijały się w Afganistanie, Pakistanie i Indiach42 .
Tu odkryto najwcześniejsze znane nam przykłady rzeźby greko-baktryjskiej, która wywarła ogromny wpływ na rozwój sztuki buddyjskiej. Najwspanialsze arcydzieła buddyjskie sztuki Gandhary i Mathury i pierwsze wizerunki samego Buddy właśnie stąd czerpały inspirację. W tym miejscu ziemia odsłoniła najbardziej wysunięte na wschód inskrypcje greckie, w tym inskrypcje Klearchosa, ucznia Arystotelesa. Także tutaj wykopano wysuniętą najdalej na północny zachód inskrypcję indyjskiego cesarza Asioki (272-236 p.n.e.) z dynastii Maurjów, jedynego władcy, któremu udało się zjednoczyć Indie na przestrzeni dziejów - aż do czasu brytyjskiej kolonizacji. Jest to jedyna inskrypcja Asioki, jaka zachowała się nie tylko w greckim piśmie, ale i w języku greckim.
W tym miejscu wyrosło następnie wielkie miasto kupieckie, położone na ważnym szlaku handlowym łączącym Baktrię z Helladą. W przyszłości przekształciło się ono w ważny węzeł na Szlaku Jedwabnym. Ale nie na długo. Pod koniec II wieku n.e. plemiona koczownicze - zapewne Siakowie (Scytowie), być może maruderzy armii Kuszanów - najechały tę okolicę i miasto spaliły. Dlaczego nigdy już nie odrodziło się ze zgliszczy? Prawdziwego zniszczenia najeźdźcy dokonali nie plądrując miasto, lecz niszcząc kanały nawadniające43. W malarycznych rejonach wysiłek odbudowy kanałów nie był Już wart zachodu.
Jeszcze w latach siedemdziesiątych wyraźnie widać było zarysowany plan murów, fragmenty zabudowań wyżej położonej mieszkalnej części miasta wraz z cytadelą (bala hissar), fundamenty dawnego pałacu Aleksandra, gymnasium, pozostałości świątyni Zeusa nad piaszczystą łachą Amu-darii i cmentarzysko na obrzeżach.
Obecnie jedyne ślady świadczące o istnieniu w tych okolicach helleńskiego miasta można zobaczyć w Hodża Bahauddin w cząjchanie. Obłupane i pomalowane farbą olejną korynckie kapitele świątynne ustawiono do góry nogami, by wspierały słupy podtrzymujące drewniany strop.
Dawna stolica, poorana wyrwami i dołami, przypomina krajobraz księżycowy. Wszak Aj Chanom znaczy po uzbecku "Księżycowa Pani"! Tam, gdzie ongiś korynckie kapitele wieńczyły marmurowe kolumny, można się w całości ukryć w głębokich jamach - nielegalnych wykopaliskach. To nie tylko rezultat upadku zabłąkanych pocisków rakietowych. U zbiegu rzek szukają hellenistycznych skarbów - w zamian za symboliczne wynagrodzenie - uciekinierzy zamieszkujący pobliski obóz dla uchodźców. Znaleziska natychmiast przerzucane są na Bliski Wschód. P. Bernard z Francuskiej Ekspedycji Archeologicznej w Afganistanie miał rację o tyle, że Aj Chanom wciąż ujawnia bogactwo cywilizacji greko-baktryjskiej. Ale jedynie wąskiej grupie kolekcjonerów, którzy na bliskowschodnich giełdach na pniu kupują wykradzione skarby.
W tym i podobnych miejscach ze zbitego piachu wyłuskuje się bezcenne arcydzieła. Kilka miesięcy przed moim przyjazdem w pakistańskim przygranicznym Peszawarze dokonano transakcji opiewającej na 3 miliony dolarów. Za taką cenę rabusie sprzedali szczerozłotą figurę cielca, którą wcześniej wykopali w Dolinie Pandższiru. Nic bliżej nie wiadomo o bezcennym dla światowej kultury skarbie, poza tym, że był jednym z najcenniejszych znalezisk w historii Afganistanu. Ahmed Szah Masud potwierdził tę informację.
Podobnych transakcji dokonuje się nieustannie. Latem 2001 roku mój przyjaciel z Uniwersytetu Wiedeńskiego w jednej ze skandynawskich stolic badał bezcenny manuskrypt buddyjski. Pewien bogaty kolekcjoner zakupił go na giełdzie w Emiratach Arabskich za 100 tysięcy dolarów.
W prywatnych kolekcjach giną nie tylko nielegalnie wygrzebywane zabytki. Tak właśnie znalazła nowych właścicieli bezcenna zawartość słynnego Muzeum Kabulskiego. Jeszcze w latach sześćdziesiątych i siedemdziesiątych najcenniejsze znaleziska z Aj Chanom pojechały do Kabulu, by zająć godne miejsca w szklanych gablotach. W osobnych salach umieszczono skarby z Begram.
Najcenniejsze jednak znaleziska wzbogaciły kolekcję Muzeum Kabulskiego po 1979 roku. Nazwano je "złotym skarbem z Tilla-tepe". W 1969 roku kilka radziecko-afgańskich ekspedycji archeologicznych podjęło jednocześnie prace badawcze w różnych rejonach północnego Afganistanu. Latem jedna z tych ekspedycji odkryła osadę Tilla-tepe koło Szibarganu (36°4T N, 65°44' E). Odkrycia dokonano niejako przypadkiem, gdyż pierwotnym celem była osada nazywana przez okoliczną ludność turkmeńską Emszy-tepe44, oddalona od kopca Tilla-tepe o półtora kilometra.
W 1971 roku rozpoczęto pierwsze wykopaliska w wielkim kopcu, kryjącym ufortyfikowaną świątynię i osadę miejską, pochodzącą z przełomu II i I tysiąclecia p.n.e. To była sensacja. Okazało się, że Tilla-tepe jest zapewne najstarszym miastem na ziemi afgańskiej, gdyż właśnie na planie tej osady wybudowano później Altyn-tepe, dotychczas uważane za najstarszą osadę miejską w Afganistanie45. Kolejne sensacyjne odkrycia pojawiły się znowu przypadkiem.
W sezonie wykopaliskowym na przełomie lat 1978 i 1979 Viktor I. Sarianidi, przeszukując okolice kopca Tilla-tepe, przypadkiem natknął się na sześć grobowców z początku naszej ery, celowo ukrytych przez władców. Szczątki władców ubrane były w szaty utkane ze złotych nitek, przystrojone złotymi ozdobami i biżuterią. O znaleziskach tak pisał sam ich odkrywca:
O bogactwie ozdób pochówkowych niech świadczy fakt, że tylko w sześciu grobowcach znaleziono około 20 tysięcy złotych przedmiotów. Przeważającą większość stanowiły małe złote płytki, które naszyto na szaty. Wśród znalezisk Jest też sporo pojedynczych ozdób ze złota, w tym najprawdziwszych arcydzieł sztuki antycznej46 .
Głowy zmarłych spoczywały na ogromnych podgłówkach - tacach ze szczerego złota lub srebra. Wśród przedmiotów sakralnych znajdował się model drzewa, wykonany ze złota, z gałązkami, na których wisiały owoce z pereł. Gdy otworzono grobowiec, obok drzewa ujrzano złotą, misternie wycyzelowaną kozicę - najprawdziwsze arcydzieło. Z grobów wydobyto m.in. złote figurki Afrodyty, złote pasy, figurki zwierząt, smoków, roślin, rzeźby bóstw, motywy z epo su o Gilgameszu, postacie z panteonu baktryjskiego, stwory z mitologii indyjskiej, naszyjniki, wisiorki, pierścienie, korony, naramienniki, miecze ze złotymi rękojeściami, a wszystko wysadzane turkusami, granatami, lazulitem, rubinami, szmaragdami. Skarby pochodziły z różnych okresów: od przełomu II i I tysiąclecia p.n.e. do okresu kuszańskiego (przełom II i III w. n.e.), obejmowały skarby z czasów Ahemenidów (np. pas Dariusza III) i Aleksandra Macedońskiego. W taki oto sposób dawna turkmeńska nazwa kopca Tilla-tepe, co znaczy "Złote Wzgórze", wypełniła swą nazwę realną treścią.
Zapewne nigdy się nie dowiemy, jakie jeszcze skarby kryły się w ufortyfikowanej świątyni i grobowcach Tilla-tepe. Po wyjściu Rosjan wykopaliska przerwała wojna domowa, a ich obecny stan, jak należy sądzić, przypomina kretowisko z Aj Chanom.
Należy oddać sprawiedliwość ekspedycjom radzieckim, że nie wykorzystały sytuacji wojennej po 1979 roku i nie wywiozły znalezisk z Tilla-tepe wprost do Ermitażu, jak czyniono wcześniej z najcenniejszymi skarbami odkrywanymi w radzieckich republikach Uzbekistanu czy Tadżykistanu. Odnosząc się bezpośrednio do skarbu z Tilla-tepe, Masud skomentuje w rozmowie ze mną: "Nawet Rosjanie zaakceptowali, że to dziedzictwo historyczne należy do Afganistanu i tam powinno pozostać".
Wszystko na próżno. Muzeum Kabulskie zostało ostatecznie zniszczone w 1994 roku w wyniku artyleryjskiego ostrzału Kabulu, prowadzonego przez oddziały Abdula Raszida Dostuma i Gulbuddina Hekmatjara. Pierwsze bomby spadły na górne galerie, niszcząc całkowicie przechowywane tam zbiory. Następne pociski uszkodziły resztę pięter naziemnych. Nikt ani nic nie powstrzymało ludności od splądrowania muzeum. To, co udało się cudem ocalić, przeniesiono do podziemi, do których dostępu broniły stalowe wrota. Rok później agendy ONZ usiłowały ratować resztki zbiorów: zamurowano wszystkie okna, wstawiono drzwi. Na niewiele zdały się te rozpaczliwe wysiłki. W rezultacie aż 90% bezcennych zbiorów zaginęło i trafiło w ręce prywatnych kolekcjonerów. Jeszcze do 1996 roku "złoty skarb z Tilla-tepe" pozostał nienaruszony. W rozmowie ze mną Masud ujawnił, że po zniszczeniach w 1994 roku osobiście wy dał rozkaz, żeby "złoty skarb z Tilla-tepe" przenieść do skarbca w pałacu prezydenckim w Kabulu, gdzie aż do nadejścia talibów w 1996 roku "był trzymany w podziemiach pałacu, w warunkach maksymalnego bezpieczeństwa, w stalowym, klimatyzowanym pomieszczeniu, za stalowymi wrotami, do których hasło znał jedynie dyrektor Afgańskiego Funduszu Narodowego".
W rozmowie Masud ujawnił także kulisy prób ratowania resztek zbiorów Muzeum Kabulskiego. Jego śmierć zwolniła mnie z danej mu obietnicy, że te szczegóły nie zostaną ujawnione.
Po zniszczeniu Muzeum Kabulskiego Masud otrzymał propozycję od króla Arabii Saudyjskiej, żeby zdeponować "złoty skarb z Tilla-tepe" do czasu zakończenia wojny w specjalnie wybudowanym nowoczesnym budynku, silnie strzeżonym, na pustynnym odludziu, zapewne stosunkowo niedaleko Rijadu. Masudowi zaproponowano pierwotnie 50 milionów dolarów. Nie była to jedyna propozycja tego typu. Jeden z banków szwajcarskich, którego nazwy Masud nie ujawnił, także zabiegał o skarb. Pierwotnie oferowano 40 milionów dolarów nieoprocentowanego kredytu, potem cena lawinowo wzrastała. Masud nie ujawnił ostatecznej proponowanej kwoty; przebijała ona jednak ofertę saudyjską. Skarb miał pozostać w bankowym skarbcu w Szwajcarii aż do czasu, gdy przyszły rząd afgański spłacił cały dług. Obecnie właśnie ten bank współfinansuje działalność muzeum sztuki afgańskiej, jakie powstało jakiś czas temu w Bubenbergu w Szwajcarii. Trafiają tam od lat dzieła sztuki przechwycone podczas prób wywozu z Afganistanu lub skonfiskowane w trakcie nielegalnych wykopalisk. Część funduszy przeznaczana jest na wykup skarbów z Muzeum Kabulskiego odnalezionych na giełdach. Do śmierci Masuda działalność ta była prowadzona za jego przyzwoleniem. Obowiązywać miała zasada, że wszystkie zbiory zostaną zwrócone natychmiast, gdy w Afganistanie nastanie pokój.
We wrześniu 1996 roku "skarb z Tilla-tepe" został oficjalnie przekazany przez dyrektora Funduszu Narodowego talibom - za pisemnym pokwitowaniem. Od tamtej pory słuch o tym najcenniejszym skarbie wykopanym na ziemi afgańskiej zaginął. Do końca życia Masud będzie miał do siebie żal: "Przyznam też, że nie mogę sobie darować jednej rzeczy. Tego mianowicie, że jednak nie wywiozłem skarbów Muzeum Kabulskiego ze stolicy i nie ukryłem ich gdzieś tymczasowo w bezpiecznym miejscu".
W lutym 2001 roku, po odbiciu Bamijanu przez siły talibów, mułła Mohammad Omar podjął decyzję o zniszczeniu dwóch kamiennych posągów Buddy w Bamijanie, co nastąpiło na początku marca. Wówczas talibowie zniszczyli także większość rzeźb, posągów i płaskorzeźb, które przetrwały poprzednie fale zniszczeń w Muzeum Kabulskim. Trzeba pamiętać, że Muzeum Kabulskie nie stało się jedynym obiektem kulturowego barbarzyństwa, a podobny los podzieliły wszystkie kolekcje sztuki w Afganistanie.
W tak barbarzyński sposób bezpowrotnie zniknęła z powierzchni ziemi jedna z najcenniejszych kolekcji sztuki na świecie, dziedzictwo kulturowe całej ludzkości. Kolekcja, która obejmowała m.in. skarby perskich Achemenidów, Hellady, helleńskiej Baktrii, Rzymu, Bizancjum, Indii, Chin, Azji Środkowej, Egiptu, Babilonii, kultury Mohendżo-daro i Harappy; skarby kultury Islamu, buddyzmu, zoroastrianizmu, religii Bilskiego Wschodu i Azji Środkowej. Bezcenna kopalnia wiedzy historycznej o dziejach, kulturze i sztuce ludzkości.
Ciszę rozłupuje suchy trzask. Z oddali padają strzały. Wskakuję do najbliższej jamy po wykopaliskach, głębokiej na półtora metra. Mudżahedini odpowiadają ogniem artyleryjskim. Dialog wzbogaca się o pomrukiwanie czołgów i jazgot wyrzutni rakiet talibów. Znak, że trzeba się, czym prędzej ewakuować. Do miejsca, gdzie zostawiłem konia, mam do przejścia prawie dwa kilometry. Każdy kolejny świst oznajmia, że za moment obok rozpryśnie się pocisk artyleryjski. Mam wtedy 2-3 sekundy, by szukać osłony w najbliższej jamie. W końcu znajduję najbezpieczniejsze miejsce tuż za czołgiem, okopanym na szczycie wzgórza. Po kilku godzinach, tuż po zachodzie słońca nastaje długo wyczekiwana cisza.
Wracam do Hodża Bahauddin. W kwaterze Masuda nadal nie wiadomo, kiedy powróci z tacharskiego frontu. Zostawiam jedynie list. Decyduję się lecieć rano helikopterem do Fajzabadu, gdzie mam się spotkać z prezydentem Islamskiego Państwa Afganistanu, profesorem Burhanuddinem Rabbanim, ongiś wykładowcą prawa koranicznego i teologii na Uniwersytecie Kabulskim.
Gdy następnego ranka helikopter, który ma mnie unieść do tymczasowej stolicy demokratycznej opozycji, zapuszcza silniki, nagle dzwoni radiotelefon. To Masud. Właśnie przeczytał mój list. Za 20 minut możemy się zobaczyć. Jutro wraca na front. Wyskakuję z helikoptera. W kwaterze Masuda spędzam resztę dnia na rozmowach47.
Czas obszedł się surowo z górami, zamieniając stopniowo ich ostre i spiczaste granie w pył, który wiatr miota między żlebami, z czasem zasypując spadzisty spód rzecznej doliny. Spienione górskie nurty tak zawzięcie żłobiły w zbitym żwirze rozpadlisko, aż natrafiły na granitowe głazy, na które wciąż rzucają się z wściekłością. Wysoko nad szalonym prądem imitacja mostu spina krawędzie rozpadliny. Ze dwie setki ociosanych, długich pni powiązano warstwowo paździerzowymi powrozami, a następnie trzy takie umocnione odcinki spięto w wyciągniętą konstrukcję, która w najgrubszych miejscach dochodzi do 2-3 metrów. Wierzch - tak szeroki, że z powodzeniem mogą się wyminąć dwa pojazdy - został przysypany ubitym piachem. Tę konstrukcję nośną, wyginającą się pod własnym ciężarem do granic wytrzymałości, przerzucono w poprzek rzeki Wardudż. Odnoszę wrażenie, że zaraz runę wraz z nią w spienione wody. Każde stąpnięcie wprawia most w niepokojące drżenie. Ongiś przejeżdżały tędy samochody. Ruch jednak ustał: nie wiadomo, czy kierowcom zabrakło paliwa, czy też przybyło wyobraźni.
To Fajzabad (37°06' N, 70°34' E), największa mieścina prowincji Badakszan i tymczasowa stolica Sojuszu Północnego, gdzie przebywa prezydent Burhanuddin Rabbani. Tu mieszczą się też centrale większości organizacji humanitarnych, niosących pomoc w Afganistanie północnym.
Jeszcze dwadzieścia lat temu była to spora osada, licząca 10 tysięcy mieszkańców, w latach osiemdziesiątych - niewielkie dwudziestotysięczne miasteczko. Gdy w połowie lat dziewięćdziesiątych rozpoczęły się ataki talibów - strach o własne życie i los najbliższych oraz perspektywa głodu przygnały tu rzesze uchodźców. Obecnie szacuje się, że liczba mieszkańców Fajzabadu wzrosła do 200 tysięcy. Przez kilka kilometrów po obu stronach porowatego traktu, na którym nierówne głazy między wyrwami przykrywa lepki pył, ciągną się dwa rzędy karłowatych, krępych budyneczków. Przy byle deszczu główna ulica w miasteczku zamienia się w grzęzawisko.
Między tłumem zarośniętych mężczyzn, z których niemal każdy taszczy jakiś pakunek, stertę chrustu, zawiniątko na placach, przeciskają się rzędami ruchome stogi słomy, składowiska drewnianych belek, góry worków z pszenicą, zbiorniki wypełnione wodą, pęki plastykowych kanistrów z benzyną. To obładowane osiołki, popędzane przez właścicieli, zmagają się z ciężarami dużo większymi od nich samych. Wystarczy, że umęczone zwierzę przystaje na okamgnienie, a już ląduje na jego grzbiecie gruba drewniana pałka. Na głównym placu od strony rzeki stado osiołków wyczekuje na nowy transport. Tu znajduje się główny postój taksówek bagażowych w mieście.
Po przeciwległej stronie na rozgrzanym piachu leniwie spoczywają wełniane, ręcznie tkane dywany w bajecznych orientalnych wzorach, z czarnymi i ceglastoczerwonymi frędzlami - można pomyśleć, że czekają, by na życzenie wzbić się w powietrze. Na ich obrzeżu przykucnęli brodaci mężczyźni w długich, brązowych, bawełnianych sukmanach, z nasadzonymi na głowy kędzierzawymi czapami z czarnego barana. To przyjechała z daleka grupka Turkmenów, w nadziei na interes lepszy niż na ziemiach zajętych przez talibów.
Tuż przy nich na drewnianym trójnogu rozstawiono błękitną czarodziejską skrzynkę. Przez boczny otwór można z powodzeniem wsunąć całą głowę i spojrzeć na świat z innej perspektywy, przez niewielki otwór z przodu. To aparat fotograficzny, który pamięta zapewne dziewiętnastowiecznych podróżników przemierzających bezdroża Azji. Zamiast migawki - drzwiczki otwierane na parę sekund przez fotografa. On sam zaprasza mnie gestem dłoni:
- Już Jutro zdjęcie będzie gotowe!
Przechadzam się po mieście z Daudem Nahemim, operatorem filmowym telewizji afgańskiej. Do umówionego spotkania z prezydentem Rabbanim zostało jeszcze sporo czasu, więc udajemy się do restauracji przy głównym trakcie i spędzamy czas na rozmowach.
- Czego się napijesz? - pyta się Daud. - Może być cola?
W zdeformowanym aluminiowym naczyniu restaurator przygotowuje napój: z wielkiej beczki wypełnionej bryłkami lodu nabiera dłonią cztery garście, dosypuje brunatnego, słodkawego pyłu, który po dolaniu odrobiny wody zaczyna się pienić. Miksturą napełnia dwie szklanki - pogięte puszki po coca coli, z oderwanym górnym wieczkiem i wyklepanym brzegiem. Sięga po leżące na brudnym blacie dwie lekko zużyte słomki:
- Czy będą potrzebne?
- Nie - dziękujemy gestem ręki.
- Może lody? - proponuje.
- Lody? W taki upalny dzień? Jak najbardziej! - odpowiadamy obaj ochoczo.
Tegoroczne lato jest wyjątkowo gorące. Żar spływa z ciała wraz ze skórą, bolą gałki oczne. Temperatura podobno dochodzi do 49 stopni w samo południe.
Po chwili na surowe deski, obciągnięte porwaną, lepką ceratą, wjeżdżają dwie miseczki - podrdzewiałe puszki po konserwach. Na nich - jak na srebrzystej tafli jeziora - usadowiły się dostojnie śnieżne, kremowe łabędzie z doprawioną rzeźbioną głową lodową i skrzydłami, o jedwabistej konsystencji, z najprawdziwszą wanilią. Nieskażone syntetycznymi "dobrodziejstwami" zachodu, polane syropem wiśniowym, są najsmakowitszymi lodami świata. Wyrabia się je w ogromnych drewnianych kadziach pełnych pokruszonego lodu, jaki w blokach zwozi się z gór i przechowuje głęboko w piwnicach.
Od stołu obok wstaje dwóch młodych mężczyzn, z karabinami luźno przewieszonymi przez ramię. Właściwie to jeszcze chłopcy, jeszcze bez zarostu. Na głowach mają zapętlony nieco bezładnie kawał bawełny, w Afganistanie zwanej dastar lub langi. Zabawne, że ten sam termin służy w Indiach na określenie dolnej części odzieży, noszonej zamiast spodni, odpowiednika indonezyjskiego sarongu. Wychodzą trzymając się za ręce.
Ten sielski obrazek nie jest bynajmniej manifestacją ich preferencji seksu alnych. Ofiarą takich domysłów padają często Europejczycy odwiedzający Indie, Pakistan czy Afganistan. Nikogo w tych krajach nie dziwi, gdy za ręce trzymają się mężczyźni, gdyż jest to wyraz przyjacielskiego przywiązania, niekryjący dodatkowych podtekstów. Dla odmiany podobne wyrazy afektacji okazywane przez dziewczęta - co jest przyjęte na zachodzie - ściągnęłyby na zainteresowane nie tylko ostrą reprymendę ze strony przechodniów, ale niewątpliwie cięgi w domu, wymierzone ręką ojca lub męża. Fizyczny kontakt między kobietami jest nie do przyjęcia.
Prawdą jest, że w krajach muzułmańskich homoseksualizm jest silnie napiętnowany społecznie i - nawet, gdy się zdarza - starannie ukrywany. W sytuacji, gdy kontakty między płciami są niemal całkowicie ograniczone, trudno sądzić, aby homoseksualizm nalegał do zjawisk marginalnych. Choć nikt się do tego nie przyzna, tendencje te są wyczuwalne nawet w powiedzeniach ludowych, takich jak "dziewczyna dla pożądania, chłopiec do miłowania", czy w przyśpiewkach:
Het tam, gdzie brzeg daleki, stoi piękna chłopczyna: pośladki jak brzoskwinia - żal nie przypłynąć rzeki!48
Dla dziewczyny pierwszym bliższym kontaktem z mężczyzną jest dopiero wesele i noc poślubna. Z zasady małżeństwa są aranżowane przez rodziców, a pośredniczy swat (w dari ru-ji-bar, po pasztuńsku wasta).Często przed dokonaniem ostatecznego wyboru rodzice konsultują się jednak z dziećmi, choć te ostatnie nie mają głosu decydującego. Tak jak w wielu innych tradycyjnych społecznościach małżeństwo wiąże nie jednostki, lecz dwie grupy społeczne, co ogranicza swobodę wyboru życiowego partnera. Zwyczajowo wybór pana młodego pada na tzw. kuzynkę równoległą, tj. córkę stryja. Uzupełniającym zaleceniem jest, żeby dziewczyna pochodziła z rodu równego statusem lub nieco niższego.
Im ród dziewczyny zacniejszy, jej rodzice bogatsi, a ona sama piękniejsza i pracowitsza, tym wyższa oplata ślubna, jaką musi uiścić rodzina pana młodego. "Cena za żonę" (w dari szir-baha, po pasztuńsku wulwar) bywa ustalana rozmaicie. Waha się między 8-10 a 600 dolarami, choć przeciętnie trzeba płacić około 200-300 dolarów. Za najlepsze partie w Kabulu opłata ślubna wynosi nawet 1000 dolarów, choć najbardziej w cenie są dziewczyny z północy: Pandższiru i Badakszanu, za które trzeba płacić nawet dwa razy więcej. "Cena za żonę" nie oznacza transakcji kupna, lecz jest finansowym zadośćuczynieniem dla rodziców dziewczyny. W gospodarstwie każda pracowita osoba stanowi nieocenioną wartość, więc odejście córki z domu wiąże się z wymiernymi stratami w domowej ekonomii. Zgodnie z kontraktem przedślubnym, panna młoda w zamian wnosi w wianie wyposażenie gospodarstwa domowego (pościel, garnki, sprzęty domowe), którego wartość często równoważy "cenę za żonę". Przeciętny wiek, w jakim zawiera się małżeństwa, to 14-17 lat dla dziewcząt i 17-21 dla chłopców, choć zdarza się wydawanie za mąż córki w wieku nawet 12-13 lat. Nie należą wcale do rzadkości małżeństwa bogatych i przejrzałych mężczyzn po sześćdziesiątce, którzy poszukują żony jeszcze nie w pełni rozkwitłej, w wieku 12-13 lat.
"Cena za żonę" stanowi poważną przeszkodę w ożenku dla wielu afgańskich młodzieńców. Szczególnie ostatnimi czasy granica wieku przesunęła się w górę, a dwudziestoparoletni młodzieńcy najmują się do pracy i zadłużają, by uzbierać stosowną kwotę. Cena ta ogranicza też wielożeństwo. Muzułmaninowi wolno mieć cztery żony, ale wielu musi się zadowolić tylko jedną. Tradycyjnie mąż powinien zapewnić każdej z żon osobne gospodarstwo, aby nie mieszkały w jednym domu. Ten obyczaj był kultywowany nie tylko w krajach arabskich, ale także w republikach środkowoazjatyckich w czasach radzieckich - rzecz jasna potajemnie. Ze względu na sytuację ekonomiczną z reguły wszystkie żony zamieszkują obecnie wspólnie pod jednym dachem. Liczba żon świadczy o dostatku i przydaje chwały. Parokrotnie spotykałem dumnych panów domu, którzy szczycili się nawet trzydzieściorgiem potomstwa. Habibullah Khan, amir Afganistanu w latach 1901-1919, dzięki czterem żonom i 35 konkubinom dorobił się pół setki synów i córek.
Targ zbożowy w Fajzabadzie
Fotograf w centrum Fajzabadu
Kowal na ulicy w Hodża Bahauddin
Dzieci w Dolinie Pandższiru; witki posłużą za miotły, a wyschnięte - za opał
Dziewczynka w Fajzabadzie zbiera ośle łajno na opał
Uchodźcy z prowincji Tachar w Fajzabadzie
Punkt sprzedaży chleba (nan) na fajzabadzkim bazarze
Przydrożna herbaciarnia (czajchana) w Baharak - tradycyjne miejsce spotkań
Dzieci na tle namiotów w obozie dla uchodźców wewnętrznych w Dolinie Pandższiru
Uchodźcy czekający na żywność przed punktem pomocy humanitarnej w Fajzabadzie
Główna ulica w Fajzabadzie
Statystyczna kobieta rodzi sześcioro dzieci, co w praktyce oznacza, że niektóre mężatki mają ich kilkanaścioro. Trudno się dziwić, że kobiety - spędzające życie na prowadzeniu domu i troszczeniu się o zasoby genetyczne męża - żyją statystycznie nieco krócej niż mężczyźni: średnia długość życia kobiety wynosi 46,82 lat, mężczyzny - 47,82 lat (przeciętna: 47,33 lat). Mimo że śmiertelność wśród niemowląt jest bardzo wysoka (140,55 zgonów na tysiąc), to przyrost naturalny jest galopujący: 3,95%, a w niektórych rejonach dochodzi nawet do 5,6%! Jeden z najwyższych na świecie.
Małżeństwo nie zawsze stanowi dla mężczyzn pierwszy kontakt z kobietą. Choć to temat wstydliwie przemilczany, prostytucja w Afganistanie nie jest zjawiskiem marginalnym, przede wszystkim w większych osadach miejskich. Za szczególną jej formę można uznać instytucję czasowych małżeństw, a umowa określa czas trwania małżeństwa i opłatę. Zwyczaj ten wykształcił się przed wiekami na trasach karawan, którymi podążali bogaci kupcy, pragnący podczas dłuższych postojów ukoić w ten sposób tęsknotę za gniazdem rodzinnym. Nie jest bynajmniej wynalazkiem afgańskim, a praktykowany był od dawna w krajach arabskich (zwany tam mut'a) i w Persji (sigha). W moich czasach studenckich w Indiach parokrotnie byłem zapraszany na takie tymczasowe wesela i często gościłem w domach studentów saudyjskich czy syryjskich, którzy zawierali małżeństwo na czas studiów, a nawet mieli dzieci. Po złożeniu pracy magisterskiej wyjeżdżali - już sami - w rodzinne strony, by do Indii i żony więcej nie powrócić.
W Afganistanie całkowity rozpad gospodarki doprowadził do nowych zjawisk: wydawania córek za mąż na określony czas jako zapłaty za długi lub zastaw pod kredyt. Często też uchodźcy, nie mający środków do życia, lub najubożsi wieśniacy oddają co atrakcyjniejsze córki na żony lub konkubiny do bogatszych rodzin, nie biorąc w zamian żadnej opłaty. Satysfakcjonuje ich już sama świadomość, że dziewczyna będzie miała zapewnioną w miarę dostatnią przyszłość.
Kilka centralnych kwartałów otoczonych jest przez kordon uzbrojonych żołnierzy i gwardię przyboczną prezydenta: skrzętnie pilnują, kto zmierza do głównego meczetu w mieście. Przed meczetem stoi Już czarna luksusowa limuzyna z zaciemnionymi szybami. Znak, że prezydent Rabbani przebywa na terenie meczetu. Za chwilę rozpocznie "otwarty" wykład na temat obyczajowości, tradycji i prawa koranicznego. W rzeczywistości jest to zebranie komendantów, zaufanych żołnierzy i członków Stowarzyszenia Islamskiego (Dżamiat-i Islami), jednej z najważniejszych partii opozycyjnych. Do nowo wybudowanego betonowego meczetu, przypominającego raczej bunkier z wielkiej płyty niż misterne pierwowzory z Arabii, mało kto ma dostęp.
Dla Burhanuddina Rabbaniego, urodzonego w 1940 roku w Badakszanie w rodzinie zamożnego Mohammada Jusufa, są to bliskie strony. Cztery godziny, do jakich się wydłuży wykład, stanowią najlepsze świadectwo, że sprawy prawno-obyczajowe należą do jego ulubionych tematów dyskusji, a raczej monologu. Trudno się dziwić: szczyci się, że w ciągu dwóch lat uzyskał stopień doktora filozofii (ustadh) na kairskim Uniwersytecie al-Azhar. A jest to uczelnia o tradycji, jakiej mogłyby pozazdrościć najzacniejsze europejskie uniwersytety, gdyż założono ją w 972 roku.
15 kwietnia 1992 roku Kabul został opanowany przez siły antyrządowe, a dotychczasowy proradziecki prezydent Nadżibullah i jego Ludowo-Demokratyczna Partia Afganistanu musiały oddać władzę. Zwalczające się ugrupowania zwołały radę Hal wa Aqd, która miała wyłonić w głosowaniu prezydenta, w założeniu na okres dwóch lat. Wskutek różnicy stanowisk większość zagłosowała ostatecznie na Rabbaniego, z tym zastrzeżeniem, że obrano go tymczasowo na okres 6 miesięcy, tj. do października. Mandat przedłużono następnie o dwa lata, choć już bez tak powszechnej akceptacji, a w Radzie dokonującej wyboru nie było paru ważnych stronnictw.
Drogę życiową rozpoczął Rabbani w medresie, przymeczetowej szkole w rodzinnych badakszańskich stronach. Naukę kontynuował w kabulskiej szkole religijnej Darul-ulum-ei-Szaria, związanej z umiarkowaną tradycją murdżyizmu, kontynuującą myśl Abu Hanify (699-767). Studia teologiczne i prawnicze odbył na Uniwersytecie Kabulskim, który ukończył w 1963 roku. Już wtedy opublikował kilka niewielkich prac na temat islamu. Przyniosły mu one nie tylko rozgłos, ale także profesurę na tymże uniwersytecie. Po powrocie z Egiptu w 1968 roku kontynuował wykłady na temat prawa koranicznego (szarłatu) i teologii na macierzystym Uniwersytecie Kabulskim, ale jednocześnie zaangażował się w działania polityczne i blisko związał z partią Dżamiat-i Islami, której przewodniczącym został w 1972 roku. Na to stanowisko został wybrany jednogłośnie przez piętnastoosobową radę naczelną, a obecny wówczas założyciel partii Ghulam M. Nijazi zrzekł się urzędu na jego korzyść. Jak sam mi wyznaje, polityką zainteresował się tak naprawdę dopiero w Kairze, gdzie bezpośrednio zetknął się z działaczami politycznymi i ruchami studenckimi i postanowił przenieść te idee na grunt afgański.
18 lipca 1978 roku Sardar Mohammad Daud Khan ogłosił przez radio, że dokonano przewrotu, w wyniku, którego obalono dotychczasowego króla, a jego kuzyna i szwagra, Mohammada Zahira Szaha. Monarchia została zastąpiona republiką. Daud, który już wcześniej, w latach 1953-1963, był premierem afgańskiego rządu, proponował daleko idącą modernizację kraju, która obejmowała nie tylko pakiet reform gospodarczych (w tym nacjonalizację banków, udział państwa w największych zakładach przemysłowych) i demokratyzujących życie polityczne, ale także daleko idące przemiany społeczne. Daud zachęcał kobiety do zrzucania zasłony (burka) i aktywności zawodowej. To wówczas pojawiły się na ulicach Kabulu kobiety szokujące konserwatywnych przechodniów swoim ubiorem: wyraźnym makijażem i obfitą biżuterią, a nawet - bardzo sporadycznie - minispódniczkami.
Tak gwałtowne zmiany spotkały się licznymi protestami w społeczeństwie, które tradycyjnie obalało nazbyt postępowych władców. Wśród protestujących znalazł się profesor uniwersytetu i działacz partyjny, Burhanuddin Rabbani. Władze, głosząc demokratyczne idee, wiosną 1974 roku próbowały schwytać Rabbaniego niedemokratycznymi metodami. Jak sam twierdzi, udało mu się ujść z życiem dzięki pomocy studentów. Najpierw uciekł na wieś, a potem znalazł schronienie w Pakistanie, by powrócić po 1979 roku i podjąć walkę z wojskami radzieckimi.
Rabbani nie jest typem bojownika i trudno go sobie wyobrazić walczącego na czele oddziału. Zapewne wspierał walczących przede wszystkim poradą duchową.
Jak wynika z wyznań osobistych sekretarzy Rabbaniego i Masuda (choć oni sami zaprzeczali tym informacjom), wielokrotnie dochodziło między nimi do konfliktów i starć, które groziły rozpadem Sojuszu Północnego. Nie darzyli się sympatią, choć publicznie starali się konflikty tuszować. Trudno się dziwić, gdyż dzieliła ich odmienna wizja przyszłego państwa afgańskiego i poglądy na istotę demokracji. Rabbaniego trudno by było uznać za demokratę w europejskim rozumieniu. Przyznaje wprawdzie, że przyszłe państwo afgańskie powinno być demokratyczne, otwarte dla mniejszości etnicznych i religijnych, jednak już sama preambuła konstytucji powinna jego zdaniem wskazywać na Koran jako podstawę rozwiązań społeczno-prawnych. Rabbani podkreśla, że właśnie na prawie koranicznym i tradycji powinny się opierać przyszłe prawo i porządek społeczny. Z pewnym wahaniem dopuszcza współistnienie innowierców w państwie, ale kategorycznie wyklucza ateizm i pełną wolność słowa. A przecież wolność niepełna z definicji nie jest wolnością. Rabbani z trudem dopuszcza myśl, że kobiety mogłyby w pełni o sobie decydować. Ich status, obowiązki i ubiór reguluje tradycja, której nie ma powodu zmieniać. Jednocześnie Rabbani krytykuje prawo wprowadzone przez talibów, jako niezgodne z Koranem.
Obu przywódców różni wiele. Masud w rozmowach jest ożywiony, często się uśmiecha, robi pauzy, żeby przemyśleć zadane pytanie, mówi w skupieniu, cechuje go szersze i bardziej otwarte ujęcie zagadnień. Rabbani monotonnym głosem wprowadza słuchaczy w trans, a może w sen... Na każde pytanie ma już z góry przygotowaną odpowiedź, schematyczną, powierzchowną, dogmatyczną.
Masud jada ze swoimi żołnierzami, sypia w tych samych barakach lub - w razie potrzeby - w namiocie, jeździ najczęściej dżipem, żyje skromnie, dostęp do niego jest stosunkowo prosty. Jak się niedługo okaże, nazbyt prosty - przypłaci to utratą oka i ręki, silnymi obrażeniami jamy brzusznej, krwią, a po tygodniowej, stopniowej agonii - życiem. Na dwa miesiące przed ziszczeniem swego marzenia: odbiciem Kabulu.
Rabbani otacza się ochroniarzami i sekretarzami, broniącymi doń dostępu, jeździ luksusową limuzyną w asyście kilku innych luksusowych aut (to cud, że udaje im się poruszać po tych drogach!), przed otoczeniem nie kryje swego poczucia wyższości. Nie cieszy się szczególną popularnością i ludność Fajzabadu opowiada o nim niepochlebne historie. Kilka nieznających się nawzajem osób relacjonuje mi tę samą opowieść. Zaklinają przy tym, żeby jej dalej nie powtarzać, a tym bardziej nie wyjawić jej źródła. Wszystkie wersje zgadzają się nawet w szczegółach. Trzy dni wcześniej pewien mieszkaniec publicznie, w obecności Rabbaniego, sformułował kilka zarzutów pod jego adresem. Na rozkaz prezydenta został strącony ze skały do rzeki, jako szaleniec zamierzający się na jego życie i poniósł śmierć na miejscu. Bez względu na to, ile prawdy jest w tej historii, wskazuje ona - jak każda przekazywana z ust do ust baśń - na nastroje panujące wśród niektórych mieszkańców. Ludzie snują opowieści o rozrzutności jego żony, o bogactwach zgromadzonych w zagranicznych bankach. Cóż, ludzie mają złe języki. Jadowite.
Masud przyznaje, że także na terenie północnego Afganistanu, kontrolowanego przez Sojusz Północny, istnieją plantacje maku. Mówi też o konieczności ograniczenia upraw maku i zwalczania produkcji narkotyków. Rabbani zaprzecza, jakoby w Badakszanie istniały jakiekolwiek plantacje. Bladofioletowe kwiaty rosnące na polach w Badakszanie, w okręgach Argun, Khosz, Dżoru, Imgan, w kotlinie rzeki Wardudż aż po Baharak - jakie widziałem na własne oczy - to złudzenie. A że kilka innych osób widziało te plantacje niezależnie od siebie... Najwyraźniej mamy do czynienia ze zbiorową halucynacją. Tajemnicą poliszynela jest, że Rabbani pośrednio czerpie korzyści z tych upraw: jest to forma wypłaty żołdu. Tolerując uprawy, opłaca komendantów, którzy pozostają mu lojalni. To oni przede wszystkim - oraz organizacje istniejące ponad podziałami politycznymi i granicami - czerpią korzyści z handlu narkotykami. Niektórzy powiadają, że sam Rabbani czerpie bezpośrednie korzyści. Ale ile jest w tym prawdy, tego nie wie nikt. Nieopodal Baharaku wiosną tego roku wybudowano małe laboratorium, w którym oczyszcza się opium. Heroina jest łatwiejsza w transporcie i przynosi większe zyski.
Prezydent Rabbani kończy wykład. Dobiega czas wieczornej modlitwy. Poprowadzi ją sam Rabbani, zwróciwszy się twarzą do mihrabu. Po modlitwie, już na zewnątrz, zamieniamy kilka zdań no angielsku.
- Do zobaczenia jutro! - Rabbani ściska moją dłoń na pożegnanie i jego twarz znika za automatycznie zasuwaną czarną szybą limuzyny.
Następnego dnia spotykamy się ponownie. Tym razem w pałacu prezydenckim. Rabbani ubrany jest jak zawsze nieskazitelnie elegancko: w białe szaty, narzuconą zachodnią szarą marynarkę w delikatną kratę, na głowie jasny turban. Uśmiech ukrywający się nieśmiało za długą białą brodą promieniuje spokojem i wyrozumiałością. Rozmowa znajduje nieoczekiwany koniec, gdy padają niewygodne pytania dotyczące uprawy maku. Dla mnie to swoiste déja. vu...49
Tym razem towarzyszy mi Daud, zaprzyjaźniony filmowiec. Za trzy-cztery dni mieszkańcy Fajzabadu będą mogli obejrzeć fragmenty rozmowy, transmitowane ze wzgórza górującego nad miasteczkiem, gdzie parę miesięcy wcześniej uruchomiono dziesięciowatowy nadajnik. W studiu filmowym ustawionych jest kilka przestarzałych amatorskich magnetowidów i trochę sprzętu, który w latach siedemdziesiątych mógł uchodzić za nowoczesny. Niewiele udało się zabrać z Kabulu podczas pośpiesznej ewakuacji studia telewizyjnego w 1996 roku.
Przez otwarte okno wpływa chmura spalin. Właśnie uruchomiono generator, by punktualnie o 20.00 wszyscy mieszkańcy zabudowań rządowych - cała prezydencka świta - mogli jak jeden mąż zasiąść przed niewielkim, podstarzałym odbiornikiem telewizyjnym produkcji - jeszcze! - radzieckiej. Obraz zamienia się w kłębowisko przypadkowych elips, gdy spada napięcie w generatorze wystawionym na tarasie. Gdy zawieje silniejszy wiatr, na dach zostaje wysłany służący, by ustawić antenę we właściwej pozycji. Do tego przydają się krótkofalówki. Programy są przede wszystkim przyrodniczo-rozrywkowe, funkcję dokumentalno-informacyjną spełniają dopiero w dalszej kolejności. Z zapartym tchem śledzimy dramatyczne wydarzenia, opowiadane w czarnobiałym filmie o nietoperzach, produkcji Tadżyckiej Republiki Radzieckiej z początku lat siedemdziesiątych. Po rosyjsku. Jako przerywniki służą migawki muzyczne. Największą popularnością cieszy się jednak kryminalny serial produkcji irańskiej, kręcony amatorską kamerą wideo z ręki. W porównaniu z nim kunsztowne superprodukcje brazylijskie z powodzeniem mogą pretendować do Złotej Palmy w Cannes albo Srebrnego Jelenia na filmowym Rykowisku. Przed 22.00 program dobiega końca, obraz urywa się bez zapowiedzi.
- Do zobaczenia jutro. Do dwudziestej! - mogą sobie dopowiedzieć telewidzowie.
A ilu ich jest?
- Może połowa miasta - rzuca optymistycznie Sąjjid Nadżibullah Haszimi, sekretarz Rabbaniego, z którym dopijam wieczorną herbatę, zanim udamy się do swoich pokoi. - No, może trochę mniej.
Z pewnością nie ma na myśli uchodźców, tymczasowo przebywających w mieście. Ale i tak liczba 10 tysięcy telewidzów jest znacznie przesadzona, gdy weźmie się pod uwagę brak elektryczności i odbiorników telewizyjnych. Jeśli jednak już jakiś znajdzie się w okolicy, gospodarz wystawia go na zewnątrz, a na podwórzu zasiada pół dzielnicy.
Przechadzam się po Fajzabadzie piaszczystymi ścieżkami, przeciskając się między glinianymi murami domów. Gdy dochodzę do chybotliwego mostu, słyszę za sobą radosny śmiech kobiecy. Odwracam się. Widzę dwie postacie zasnute barką, muślinową zasłoną koloru indygo, delikatnie plisowaną, która przy podmuchu wiatru nadyma się i wybrzusza jak piękny, błękitny spinaker na jachcie. Kraj falistej, niebieskiej tkaniny obszyty jest białą koronką, która na wietrze przypomina pianę na morskich falach. Na wysokości twarzy wszyta jest jaśniejsza, błękitna siateczka, przez którą nie sposób rozpoznać nawet zarysów. Spod niej też pewnie mało co widać... Kobiece postacie niepewnie zwalniają.
Przystaję u wylotu mostu i uśmiecham się do nich. Lekkim ruchem dłoni daję do zrozumienia, żeby odsłoniły blaski swego oblicza. Zawinięte błękitnawe kokony obracają się w lewo i w prawo, jak przy przekraczaniu na piechotę ruchliwej autostrady. Jesteśmy sami. Nieśmiało podnoszą burki, upewniając się, że nikt nas nie obserwuje. Patrzą to na mnie, to na siebie - dodając sobie nawzajem odwagi. Z ogromną nieśmiałością... Zrazu niepewnie... Aż ich karminowe usta zasnuwają się promienistym uśmiechem, który po chwili zamienia się w żywy śmiech i rozbrzmiewa wespół z moim.
Lekki makijaż podkreśla urodziwe rysy, a sznur pereł z wisiorkiem podkreśla smukłość śniadej szyi. Spod. niebieskich zasłon wyłaniają się czerwone sukienki. Jedna, spływająca z sylwetki niczym łagodna powierzchnia koralowca, jest bogato zdobiona haftami i wyszywana półszlachetnym lazulitem o szmaragdowym odcieniu, bajecznie kontrastującym z tłem. Druga, pąsowa, mieniąca się rudawo, z lekkim dekoltem, luźno oplata sylwetkę i wtula się na wietrze w ciało. Filuterne, nastoletnie, pełne kokieterii spojrzenie spod kruczoczarnych brwi - szlachetnej oprawy oczu, złamać mogłoby serce niejednemu przechodniowi. Blaskiem swym oczy rozjaśniają szarą, pylistą drogę, zamieniając piach w drobinki złota. Może i lepiej, że, na co dzień są zakryte...
Przez paręset metrów idziemy niemal obok siebie, moje towarzyszki nieco z tyłu. Ale z odsłoniętymi twarzami. Już nie przeszkadza im paru przechodniów, jakich mijamy po drodze.
Afganki dość chętnie ukazują swoją urodę, pod warunkiem, że nie ma w pobliżu nikogo. W tradycyjnych nadal obowiązuje stara zasada izolacji kobiety od wszelkich kontaktów z obcymi mężczyznami. Z zasady kobiety nie powinny nie tylko rozmawiać z obcymi, ale nawet się im ukazywać. Gdy do domu przychodzą męscy goście, kobiety przez cały czas pozostają w innym pomieszczeniu, na osobności. Odwiedzam zaprzyjaźnioną rodzinę w Fajzabadzie i pól dnia spędzam na pogawędkach i przy posiłku. Żona gospodarza jedynie uchyla drzwi i przez szparę wstawia do środka rękę. Gospodarz podchodzi i odbiera od niej po kolei tace z jedzeniem.
Jak się jednak przekonuję, w ustronnym miejscu, gdzie nie ma przechodniów, znika presja społeczna i ciężar tradycji wraz z niechcianym welonem. Nie dziwię się już ani trochę, że uroda tutejszych dziewcząt cieszy się aż taką sławą!
Daud jak zawsze ubrany jest w dżinsy i jasny podkoszulek, na który narzucił popielatą kamizelkę. Jego miejski styl wyraźnie odcina się od typowego męskiego ubioru w Badakszanie. Daud urodził się w Pandższirze, lecz wychował w Kabulu, gdzie pracował w kabulskiej telewizji. Ucieczka w 1996 roku uratowała mu życie. Dobrze zna angielski, choć nigdy nie opuścił granic Afganistanu. Razem przemierzyliśmy pieszo dziesiątki kilometrów, wędrując po okolicy, przeprowadzając wywiady z uchodźcami i lekarzami. Zawsze uśmiechnięty, pogodny, obdarzony ogromną wrażliwością, o szczerym sercu.
Udajemy się do kolejnego obozu dla uchodźców. Tym razem znaleźli oni schronienie w zbutwiałym i pokrytym zamiast tapet pleśnią budynku, który kiedyś był szkołą miejską. Dziesiątki rozmów, dziesiątki przerażających opowieści o okrucieństwach i nędzy.
Obok nad rzeką odbywa się dystrybucja żywności. Na majdanie gromadzą się tysiące ludzi: kobiety okutane w łachmany, żebracy, osoby kalekie poruszające się o kulach lub - pozbawione obu nóg - na wózkach popychanych dłońmi. Czekają czasem po trzy dni, aż nadejdzie ich kolej, aż zostaną wyczytani z listy, która nie ma końca. Organizacje humanitarne robią wywiad środowiskowy i przygotowują spisy osób najbardziej potrzebujących pomocy. Gdy nareszcie zostaje odczytane przez megafon ich nazwisko, ludzie podrywają się ożywieni, maczają kciuk w tuszu i przystawiają go na liście, po czym dostają kupon, z którym idą do magazynu po worek ziarna.
Szczególną wagę przywiązuje się do losu wdów, które w warunkach wiejskich po śmierci męża pozbawione są możliwości utrzymania: dzielą los wdów żyjących po stronie talibów. Choć nie do końca. Tutaj ich los wspierają specjalne programy. Przydziela się wdowie krowę, która staje się dla niej głównym źródłem utrzymania. Daje jej mleko i nawóz - bezcenne paliwo wśród bezdrzewnych gór. Łatwo rozpoznać te "krowy z rozdzielnika" po metalowej plakietce przywiązanej rzemieniem wokół szyi.
Doktor Sajjid Mahfuz Badaksz - wykładowca w klinice medycznej, o której marzy Soraja z Doliny Pandższiru, a zarazem ordynator szpitala miejskiego - oprowadza nas po dwóch trzykondygnacyjnych budynkach szpitalnych: w jednym chirurgia, w drugim choroby zakaźne. A przed szpitalem, na nadrzecznej skarpie, rozstawiono parę szarych namiotów dla chorych na dyzenterię. Przedzieramy się przez tłumy chorych, czekających na poradę, i przez gęsty zaduch, a para oddechów skrapla się na skórze. Na piętrze jestem świadkiem operacji. U chorej, która nastąpiła na minę, gangrena wymusza amputację nogi. Kobietę przywiązuje się płóciennymi pasami do prymitywnego, aluminiowego stołu, po czym skalpelem nacina się nogę, a piłką przecina kość. Tuż poniżej kolana. Operowana raz po raz mdleje, a gdy odzyskuje przytomność, krzyczy. Jej głowę przytrzymuje pielęgniarka. Wszystko odbywa się bez znieczulenia. Do dyspozycji są jedynie bandaże, jodyna i nici chirurgiczne. Zwisające płaty skóry zostają lekko naciągnięte, skręcone, po czym zszywa się je tak, by zakrywały odciętą kość.
Takich operacji widziałem więcej. To ofiary działań frontowych i wszędobylskich min. Spośród ponad stu milionów min lądowych na świecie, dziesiąta część tkwi w ziemi afgańskiej. Każdego miesiąca w Afganistanie notuje się około 150-300 ofiar eksplozji min i niewypałów, a w ciągu ostatnich 12 lat zginęło w ten sposób 30 000 Afgańczyków50. Oblicza się, że oczyszczenie terenów z min - a nigdy nie jest ono całkowite - zajmie co najmniej 7-10 lat51.
W najlepiej zaopatrzonym w północnej części Afganistanu szpitalu Emergency asystowałem wcześniej przy amputacji przeprowadzanej jedynie przy symbolicznym znieczuleniu miejscowym. Znieczulenie miejscowe to i tak luksus.
Na szpitalnych łóżkach leżą zdeformowane postacie - bez kończyn, z odpadającą od oparzeń skórą, ze zmasakrowanymi twarzami - którym nie sposób pomóc. Brak podstawowych medykamentów i środków opatrunkowych to największe przekleństwo lekarza, który bezsilnie patrzy, jak dogorywa pacjent. A można by go łatwo odratować - gdyby się miało do dyspozycji odpowiednie leki! Najpowszechniejsze są lekarstwa produkcji pakistańskiej - podróbki oryginalnych środków, które działaniem przypominają raczej placebo niż pierwowzory. Ich jedyną zaletą jest niska cena i łatwa dostępność.
Wśród personelu spotykam paru znajomych, z którymi dzień wcześniej rozmawiałem w siedzibie organizacji "Lekarze Bez Granic".
Personel medyczny najbardziej przeraża widmo cholery. Jeszcze na początku roku w prowincji Badghis na północnym zachodzie na cholerę zmarła prawie setka ludzi. Zarazki cholery szybko rozprzestrzeniają się wraz ze skażoną wodą. Nikt nie wie, ile osób zmarło w ten sposób w ciągu ostatniego miesiąca w wąwozach prowincji Balch, położonej 400 km dalej na wschód, niedaleko nowej linii frontu. Niemal codziennie słyszę nieustannie uaktualniane dane, które brzmią podobnie: "23 lipca w ciągu doby zmarło na cholerę 43 mieszkańców w okolicach wsi Aaczkoprok"... Ludność prowincji od lat buntuje się przeciwko talibom, a w odpowiedzi talibowie zamknęli wąwozy i nie dopuszczają jakichkolwiek lekarstw i pomocy humanitarnej, czekając aż cholera sama wyniszczy opozycję. Przedstawiciele organizacji "Lekarze Bez Granic" alarmują, że epidemia może się w każdej chwili rozszerzyć i dotrzeć także do dwustutysięcznego Fajzabadu, gdyż ogromne połacie kraju połączone są kanałami nawadniającymi, z których ludzie czerpią także wodę pitną.
Za chwilę pierwsze strużki słonecznych promieni przebiją się między szczytami, zacierając ślady cherlawego deszczu, jaki ostatniej nocy spadł na spragnione piachy. Ziemia wnet zamieni się znowu w pył. Pakuję się, by za chwilę wyruszyć w dalszą drogę. Daud podrywa się z łóżka i odprowadza mnie do dżipa.
Tyle przerażających rzeczy widzieliśmy razem, tyle kilometrów przemierzyliśmy ramię w ramię, spowici pyłem. Nic tak nie związuje, jak współprzeżywanie straszliwych zdarzeń, które rozgrywają się przed oczyma. Na zawsze zapamiętam jego pogodny uśmiech. Tym razem nie jest nam do śmiechu. Czy go kiedyś jeszcze zobaczę? Kule na linii frontu są ślepe, a tam najczęściej przebywa Daud.
Tyle osób pozostawiam za sobą. Może na zawsze. Bez możliwości odnalezienia kontaktu w przyszłości: w kraju, gdzie od lat nie funkcjonuje poczta, a listy doręcza osobisty posłaniec, gdzie nie działają telefony, gdzie połączenie internetowe możliwe byłoby tylko za pośrednictwem telefonu satelitarnego - ekstrawagancja nawet jak na warunki zachodnie, gdzie wojna przerzuca ludzi z miejsca na miejsce bezpowrotnie i skutecznie zaciera ślady.
- Uważaj na siebie - powtarzamy jednogłośnie.
- Mam nadzieję, że się znowu zobaczymy. Może już niedługo - wyrażam nadzieję.
- Insza'llah - jeśli Bóg zechce - pada z ust Dauda.
- Insza'llah...
Zawijam wokół szyi czarno-białą bawełnianą chustę dastmol, którą Daud miał zawsze przy sobie. Teraz będzie to jedyny ślad, jaki pozostanie po cieniach przeszłości, miesiąc po miesiącu zasnuwanych mgłą niepamięci i nowych zdarzeń. Wymieniam uściski z przyjaciółmi. Drzwi dżipa się zatrzaskują. Powiezie mnie tylko do Baharak (36°47' N, 71° 10' E) - dalej nikt już nie może zapewnić bezpieczeństwa.
Jadę w stronę Korytarza Wachańskiego, ziemi niczyjej, po bezdrożach, przypadkowymi środkami transportu. Po parę kilometrów na ciężarówkach, konno, dżipami, którymi przemytnicy dojeżdżają do Zebok (35°33' N, 71°2T E), jeszcze dalej na wschód, by przeprawiać się konnymi karawanami między sześcio i siedmiotysięcznymi szczytami do Pakistanu. Tutejsza ludność to przede wszystkim izmailici, odłam muzułmanów, którzy odrzucają szóstego immama tradycji szyickiej i odwołują się do tradycji Ismaila, najstarszego syna piątego immama. Tradycję immamów kontynuuje się do dziś dnia w osobie Agha Khana, a organizacje religijno-humanitarne są jedynymi, które niosą pomoc na tych terenach i po drugiej, tadżyckiej stronie granicy.
Po drodze do Baharaku zatrzymuję się na pół godziny razem z przemytnikami przy kopcu na zboczu góry. Trzy tarasy, jeden na drugim, otoczone są kamiennymi murami, na których zatknięto drzewce z kolorowymi proporcami. Przeważa muzułmański kolor zielony. Przemytnicy udają się na najwyższy poziom i modlą w skupieniu o pomyślność wyprawy przed kopczykiem przystrojonym więdnącymi kwiatami. Jest to grobowiec pira Hodży Abdula Wali, świętego mędrca i mistyka sufizmu.
Tradycja świętych mężów, odrzucana przez wiele ugrupowań islamskich, wielce się rozpowszechniła nie tylko w Afganistanie, ale w całej Azji Środkowej. Tutaj islam przeplata się ze zwyczajami i wierzeniami przedmuzułmań- skimi, tworząc barwny, bogato zdobiony warkocz obrzędów. Pirowie są przedstawicielami Boga na ziemi, nauczycielami duchowymi i pokazują drogę wewnętrznej wędrówki ku głębokiemu przeżyciu religijnemu. Na nich spływa nie tylko boska mądrość i łaska, ale także moc, którą ich grobowce zachowują nawet po śmierci. Drugim takim miejscem pielgrzymkowym w okolicy jest grobowiec Hazrat-i Sajjid, położony 100 km na południe od Baharak, po drodze do kopalni lazulitu w Sar-i Sang (35°32' N, 71° 10' E). Lazulit, błękitno-szmaragdowy kamień półszlachetny, trafia stąd także do jubilerów w Polsce.
Na groby świętych mężów przybywają z rozmaitymi sprawami zarówno okoliczni wieśniacy, jak i pielgrzymi z dalekich okolic. Prośby bywają różne, choć z reguły dotyczą zapewnienia pomyślności i dobrych zbiorów. Prosi się także o pomoc w udanej realizacji podejmowanych przedsięwzięć - pirowie bardzo przypominają pod tym względem hinduskiego boga Ganesię!
Dominuje jednak kult płodności. Tłumnie przybywają kobiety, prosząc o kolejny udany poród. Święty mąż zostaje związany obietnicą: tasiemką przywiązaną do krzewu lub gałązki drzewa rosnącego przy grobowcu. Na grobowcu pira Hodży Abdula kolczaste krzewy, zarastające kamienną bramę prowadzącą na najniższy taras grobowca, pokryte są tysiącami drobnych skrawków materiału. Tasiemki te muszą być częścią własnej garderoby. Po oderwaniu strzępu sukni i zawiązaniu go na krzewie kobieta trzykrotnie obchodzi w pokłonie grób świętego.
Nie jest to zwyczaj wyłącznie afgański. Podobne magiczne obrzędy płodności wielokrotnie obserwowałem w górach Tadżykistanu, w Kirgistanie i Chinach zachodnich, a nawet na ruinach dawnej akademii w Chorezmie (obecnie Turkmenistan), gdzie nauczał Albiruni, i w Iranie. Ten stary preislamski zwyczaj rozpowszechniony jest aż po Mongolię i można się w nim doszukać korzeni szamańskich.
Do szczytów kamiennych murów okalających grobowiec przytwierdzone są poroża i czaszki przeróżnych zwierząt. Wiele grobów zdobi się porożem ustrzelonej zwierzyny. Dalej w Pamirze - zarówno po stronie afgańskiej, jak i tadżyckiej - napotykam całe cmentarze, które wyglądają jak ogromne nekropolie płowej zwierzyny. Nawet, jeśli cmentarz nie jest otoczony murem i tak na jego teren wprowadzają dwa drewniane pale, na których podwieszono poroża, Umowna brama wytycza teren sacrum, a na pojedynczych płaskich kopczykach obowiązkowo spoczywają rogi. Przeważają barany i kozice, a ulubionym trofeum jest grube jak ramię, wygięte i karbowane poroże kozicy Marco Polo (Outs polü), znajdującej się na liście gatunków zagrożonych wymarciem. Jest ona jednym z ulubionych celów myśliwych nie tylko z uwagi na okazałe rogi, ale ceni się ją za wielce smakowite, kruche mięso. O jej walorach kulinarnych przekonali mnie kirgiscy koczownicy w górach Pamiru.
W zamierzchłych czasach w rejonach Korytarza Wachańskiego i w Pamirze krążyły tygrysy syberyjskie. Do tej pory poluje się na lamparty śnieżne, których też już prawie nie ma. Także ich kły i pazury mogą zostać umieszczone na grobowcu. Zwyczaj ten jest charakterystyczny dla całego Hindukuszu i Pamiru, ale występuje również w górskich rejonach Azji Środkowej aż po Mon golię. Na obszarach, gdzie dzika zwierzyna została już całkowicie wytępiona, lepi się trofea z gliny, a w górach na terenie Tadżykistanu i Kirgistanu widywałem także wielkie poroża odlane z betonu.
- Dlaczego stawiacie tam rogi? - pytam, srebrzystobrodego starca, opiekuna grobowca Hodży Abdula Wali. Mieszka on tuż obok w małej kamiennej budce, w której z trudem mieszczą się dwie osoby. Jest wysoki i tak chudy, że zdaje się, iż zaraz ze stoku kopca zmiecie go targający nami silny wiatr. Nieomal wyciągam ramię, by go przytrzymać przy powierzchni ziemi, zanim uleci. Jesteśmy już na wysokości prawie 3,5 tysiąca metrów i zrobiło się bardzo chłodno, po części za sprawą mroźnego, północnego wiatru, który świszczę, przewiewając staruszka na wskroś i szarpiąc niemiłosiernie jego brodę.
- Taka jest u nas tradycja - odpowiada bez namysłu.
- A dlaczego ludzie stawiają te rogi na murach? - nie daję za wygraną.
- Bo tak robią tu wszyscy.
- Czy robią tak, bo te rogi coś znaczą? - rzucam kolejne pytanie w nadziei, że wyjaśni się choć trochę symbolika tego obrzędu.
- Bo tak robili nasi ojcowie - natychmiast pada gotowa odpowiedź.
- A kiedy zaczęli tak robić?
- Od zawsze - pada beznamiętna odpowiedź.
- To znaczy, że kiedyś dawno, dawno temu nie byli oni muzułmanami?
- Jak to nie byli?! - starzec obrusza się gwałtownie. - My wszyscy jesteśmy muzułmanami!
- To skąd te rogi na murach?
- Bo taka jest u nas tradycja - kończy dziadek.
- Ludzie tak robią, bo tak jest ładnie - wyjaśnia jeden z przemytników przysłuchających się rozmowie. - Z rogami jest ładniej niż bez, prawda?
- No tak, to prawda - przytakuję.
Wypytywałem się dziesiątek osób na terenie Afganistanu, Tadżykistanu, Kirgistanu i wschodniego Turkiestanu, ale nikt nie był w stanie wyjaśnić symboliki tego zwyczaju, a odpowiedzi zawsze były podobne. Pozostał czysty obrzęd, niewypełniony już treścią. Stało się nią samo wypełnianie tej tradycji, sam religijny akt, którego sens powstaje w momencie realizacji. Niepotrzebna jest już teoretyczna podbudowa, nie odczuwa się potrzeby, by wyjaśniać znaczenie.
Tradycja była tak silna, że nowe nurty religijne, w tym islam, nie potrafiły jej wykorzenić. Zatarły się tylko symboliczne wyjaśnienia, pierwotna religijna treść. Geneza tego zwyczaju jest niezwykle złożona, bo choć rozprzestrzeniał się on wśród różnych plemion górskich, to u różnych ludów nabierał specyficznej treści. Z jednej strony jest zapewne echem rodowych związków o charakterze totemicznym. U jego podłoża legło przekonanie, że rody plemienne wywodzą się w pewien szczególny sposób - niekoniecznie bezpośrednio - od konkretnych zwierząt. Po śmierci ludzkie dusze mają bytować w postaci zwierzęcej, więc tym zwierzętom należy się szczególny szacunek. Zwyczaj może, zatem być także wyrazem powiązań między społecznością żywych a rodowymi przodkami.
Na wierzenia te nakłada się bezpośrednia symbolika niektórych zwierząt, które uchodziły za symbole rączości i skoczności (gazele) czy siły, waleczności i drapieżności (lamparty śnieżne). Ich atrybuty - jako symbole potęgi, sprawności, władzy itp. - stawały się przymiotami władców. Obecność na grobach wydatnych atrybutów zwierzęcych musiała przydawać takich właśnie cech przodkom. Tym samym cechy spływały na cały ród - potomków sprawnego i walecznego męża.
Jedziemy wciąż na wschód, Krajobraz robi się z każdym kilometrem surowszy. Trzeba założyć kolejną warstwę odzieży, Przez kamienistą drogę przemyka pięć dzikich wielbłądów.
Tu już nie ma, co jeść, trudno też zaopatrzyć się w prowiant i wodę pitną. Odbijamy od głównej drogi i przystajemy na chwilę przy ogromnej skalnej ścianie. Z oddali odnoszę wrażenie, że u podnóża odbył się jakiś straszliwy mord, którego śladem jest czerwieniejąca, krwista kałuża. Okazuje się, że to tylko żelazista woda, wypływająca ze skalnego źródła. Na wysokości twarzy widzę dwa oddalone od siebie źródełka: strużki wody ściekające po litej skale. Jedna strużka paruje, woda niemal wrze. Druga jest chłodna. W otwór skalny trzeba wsunąć witkę, żeby część wody mogła ściekać prosto do pojemnika. Trwa to wieczność. Po napełnieniu skórzany bukłak się nadyma. Toż to naturalnie gazowana woda mineralna! Pomalutku z wody ulatnia się gaz, po paru godzinach pozostaje tylko silny mineralny smak.
W zeszłym roku była tu klęska głodu. W szczęśliwy dzień nawet dwukrotnie udaje mi się zjeść cienką polewkę z soczewicy i obficie zagryźć chlebem. Umyję się dopiero za siedem dni, gdy przez Pamir dotrę do Kirgistanu. Nocuję w chłopskich domostwach - prostych szopach, gdzie zimą przebywają owce. W Pamirze właściwym zatrzymuję się na noclegi w jurtach u koczowników kirgiskich. Zawsze jest chleb, często dziesięciodniowy, i świeże ryby, łapane w szafirowych oczkach wodnych na wysokości 4-4,5 tysiąca metrów. Powiadają, że w wodach żyją dwa gatunki ryb: ciemne, dobre i "białe", trujące. Wyglądają bardzo podobnie, różnią się tylko odcieniem mięsa. Wielu koczowników bez trudności przemierza obszary górskie między Pamirem tadżyckim i kirgiskim. Niektórzy zapuszczają się aż pod Kirgistan. Czasami potrafią powiedzieć parę słów po rosyjsku.
Tu jest ziemia niczyja, rządzą lokalni komendanci, tylko oficjalnie lojalni wobec rządu Islamskiego Państwa Afganistanu. O wszystkim decydują miejscowe klany. Ku granicy z Tadżykistanem przewozi się transporty z opium i heroiną, które napływają z niżej położonych i lepiej nawodnionych rejonów Badakszanu i terenów zajętych przez talibów. Opium jednoczy ścierające się z sobą na śmierć i życie stronnictwa polityczne. Może dlatego, że niesie śmierć.
Jestem świadkiem sporu we wsi. Ongiś spory i kłótnie rozsądzała rada złożona ze starszyzny wioskowej lub plemiennej. W skład takiej tradycyjnej rady wchodzili przywódcy najbardziej wpływowych rodów oraz cieszące się szacunkiem jednostki. Zwano ich aksalami (po persku) lub riszsafidami (po turecku), czyli "białobrodymi". Obie strony w sporze przedstawiały sprawę i świadków, a orzeczenie rady było praktycznie nieodwołalne. Istniał też równoległy system orzecznictwa sądowego w rękach kazich, religijnych uczonych, którzy z czasem zaczęli funkcjonować jako na wpoły świeccy, a na wpoły religijni sędziowie. Teoretycznie można było przedstawić sprawę na audiencji na dworze (durbar) amira. Z tej możliwości korzystali - jak łatwo przewidzieć - najzamożniejsi.
Gdy w 1919 roku nowy amir, król Amanullah, przejmował władzę, wciąż funkcjonował system Jego poprzednika, amira Hablbullaha. Przez wiele lat równolegle istniało kilka ośrodków sądowniczych: durbar amira Habibullaha, durbar jego brata Nasrullaha oraz durbary trzech najstarszych synów Habibullaha. Jak łatwo się domyślić, przegrana w jednym sądzie nie była jeszcze ostatecznym rozstrzygnięciem sporu, gdy każda ze stron mogła udać się niezależnie do któregoś z pozostałych czterech durbarów! Centralna administracja w Kabulu stopniowo usiłowała wdrażać ponadlokalne formy rozstrzygania sporów, z bardzo różnym skutkiem. W 1965 roku zmodernizowano ministerstwo sprawiedliwości, choć regułą było czekanie w więzieniu na wyrok miesiącami. Gdy zapadało orzeczenie sądu, często przestępca był wypuszczany na wolność, bo zdążył już odsiedzieć wyrok. Teraz funkcje orzecznictwa sądowego w praktyce przejęli miejscowi komendanci, choć rady samorządowe funkcjonują nadal.
Znajdujemy się na sporym placu położonym centralnie we wsi. Skłócone strony żywo perorują, dochodzi niemal do rękoczynów. Wraz z pojawieniem się komendanta zapada absolutna cisza. Komendant wojskowy zasiada na krzesełku ustawionym w cieniu rozłożystego drzewa na glinianym kopczyku, na uboczu placu, tuż obok swojej kwatery. W całkowitym milczeniu wysłuchuje strony skarżącej. Potem oskarżonego. Zadaje kilka zdawkowych pytań. Ogłasza wyrok. Obie strony przyjmują decyzję bez szemrania. Obrady zajęły niespełna dwa kwadranse.
Ścieżyna ciągnie się kilometrami po stromych zboczach wzdłuż rzeki Pjandż, dzielącej górski monolit wedle linii-kaprysu dziewiętnastowiecznych potęg imperialnych, Rosji i Wielkiej Brytanii, wyznaczającej strefę buforową. Potok szemrze pod stopami, tak płytki, że bez trudu dałoby się przejść przez jego nurt. Tuż po drugiej stronie prowadzi asfaltowa nitka, a na poboczu zataczają się poprzewracane słupy podtrzymujące druty, którymi ongiś płynął prąd - za czasów niegdysiejszego radzieckiego imperium. Nie decyduję się przekroczyć wód Pjandżu w tym miejscu, na dziko, idąc w ślady koczowników. Docieram do przejścia granicznego w Iszkoszim, około 170 km na południe od Chorogu, miasteczka na Dzikim Wschodzie.
Dalej droga prowadzi na północ, w stronę Kirgistanu, przez strefę zamkniętą dla postronnych. Góry są równie urzekające, jak przed rokiem. Od tego czasu zwiększyła się jedynie liczba punktów kontrolnych i pojawiły nowe punkty spec-służby od narkobiznesu. Jeszcze przed rokiem w sierpniu na tym szlaku, położonym na wysokości 4500 m, spędzałem mroźne noce z oficerami i prostymi żołnierzami przy kolejnej butelce wódki i lampie naftowej. Mówili mi wtedy, że raz na Jakiś czas przybywa do nich grupa z plikiem gotówki i informacją: "Za dwa dni możecie spać spokojnie", Stanowi to sygnał, żeby owej nocy nie opuszczali drewnianego baraku i nie przyglądali się, co dzieje się na drodze. Nocą przejeżdżają dwie-trzy ciężarówki typu ZIŁ przewożące opium. Czasem więcej. Nikt ich nie zatrzymuje. Nie tylko z obawy przed utratą zarobku, ale z lęku o własne życie.
Szlak narkotykowy wiedzie przez Pamir asfaltową drogą z Chorogu w Tadżykistanie do Osz w kirgiskiej części Doliny Fergany. Informację udało mi się potwierdzić w bezpośrednich rozmowach na kilkunastu posterunkach kontrolnych. Trop ginie po stronie kirgiskiej na parokilometrowym płaskim odcinku, w Dolinie Alaj, tuż za granicą tadżycko-kirgiską, a przed punktem kontrolnym w kirgiskiej mieścinie Sary-tasz. Wszystkie relacje zgadzają się w szczegółach. Także tym razem w rozmowach potwierdzano - zarówno po stronie tadżyckiej, jak i w przygranicznym rejonie w Afganistanie - że transporty odbywały się regularnie jeszcze w zeszłym roku. W tym roku narkotyki płyną nadal: przepakowywane do mniejszych pojazdów, ukrywane np. w cysternach, które z Kirgistanu wiozą w stronę Chorogu benzynę, a wracają puste, czy ułożone w paczuszkach wewnątrz blaszanych drzwi kabiny kierowcy albo w oponach.
Na granicy w Iszkoszim spotykam Miszę, urodzonego pod Lwowem.
- A ty czemu mówisz do mnie po rosyjsku? - wykrzykuje, widząc mój paszport. - Ja swój. Ty możesz do mnie mówić po polsku. A ja do ciebie będę gadał po ukraińsku.
Jest tu już trzy lata. Z Ukrainy wyjechał w 1992 roku. Jak wielu oficerów, których tu spotykam, służył na wojnie w Czeczenii, podczas wojny domowej w Tadżykistanie.
- Teraz nic się nie dzieje - narzeka. - Tylko wiatr i góry. Zimno. Za chwilę spadnie śnieg. I pozostanie na następne osiem miesięcy. Co za życie... Zaspy mają po trzy metry, a temperatura spada do minus 45 stopni.
Tęskni za prawdziwą wojną:
- Gdzie jest wojna, tam są pieniądze. Wtedy dostajemy duże dodatki, W końcu po to tu jestem, no nie? Jeszcze rok i wracam.
Wielu żołnierzy tęskni za wojną i wcale nie cieszy się z faktu, że w Tadżykistanie zapanował pokój.
- Może znowu zaczną strzelać... - wyraża cichą nadzieję. Po chwili dodaje:
- Wiesz co, jak za rok wrócę do domu, to razem pójdziemy na ryby. Ty łowisz ryby, nie?... Nie? Nie szkodzi. To polubisz.
Powoli, ociągając się, przechodzę po mostku przez strumyk na drugą stronę. Jestem już w Tadżykistanie.
Za placami pozostawiam kraj niezwykły, przejmujący wyjątkowym pięknem i naznaczony piętnem wojny i cierpienia, krainę ludzi wzbudzających najszczerszy szacunek swą niespotykaną gościnnością, rzadką godnością, szlachetnością, dumą i honorem, ziemię surową, której czaru nie zniszczyła nawet wojna.
W kilka dni przybędę wiele stuleci i znajdę się na niewielkiej wysepce bogactwa w oceanie nędzy krajów Trzeciego Świata. Miesiąc później w Warszawie ktoś mnie zapyta, czy bieda w Afganistanie jest porównywalna z ubóstwem białoruskiej wsi. Z tamtej perspektywy Białoruś też znajduje się na wyspie bogactwa.