Gísli
Gdy w święta 1981 roku islandzka telewizja RUV wyemitowała kolejny odcinek popularnego programu "Stiklur", ludzie nie wierzyli, że Gísli Oktavíus Gíslason istnieje naprawdę. Prawie wszyscy Islandczycy, którzy siedzieli z rodzinami przy kolacji, rozpakowywali prezenty lub śpiewali kolędy, ujrzeli na ekranach samotnego starszego mężczyznę, którego głos brzmiał jak używany po raz pierwszy od dziesiątek lat. Zobaczyli człowieka w charakterystycznym kapeluszu, mieszkającego na końcu świata w malutkim pokoju, grającego na organach wśród pustych ścian. Kogoś, kto trawę ścina kosą, nie ma bieżącej wody, prądu, ogrzewania. I przegapił ponad pół wieku.
Na pytania Gísli odpowiadał krótko, jakby wszystko, co miał do powiedzenia, płynęło prosto z serca. Nie wiedział, czym są mikrofon i kamera, a tym bardziej telewizja.
Widzowie dzwonili z każdego miejsca na wyspie z prośbą o jak najszybszą powtórkę. Stacja RUV po raz pierwszy w historii została zmuszona wyemitować odcinek ponownie, zaledwie kilka dni po jego premierze. Do ogólnokrajowej debaty włączyli się wszyscy znaczący dziennikarze, politycy i komentatorzy. O samotniku z Fiordów Zachodnich rozmawiał każdy, od prezydenta po skromnego gospodarza.
Mówiono wtedy, że kraj się rozczulił.
To, co stało się później, przeszło najśmielsze oczekiwania twórców programu. Poczta w niewielkiej miejscowości Bíldudalur została zasypana ubraniami i żywnością z całej Islandii. Pracownicy nie mieli jak magazynować darów. Nigdy wcześniej - ani później - Ómar Ragnarsson, Páll Reynisson i Sverrir Bjarnason nie nagrali ważniejszego odcinka "Stikluru". Nigdy też życie Gíslego Oktavíusa Gíslasona, znanego na wyspie jako Gísli á Uppsölum[2] (Gísli z gospodarstwa Uppsölum), nie było już takie samo.
Na drodze numer 619, na Ketildalavegur, mijają nas dwa samochody terenowe i jeden traktor. Jest koniec bezchmurnego sierpnia. W miejscu o nazwie Hvesta, na złotych piaskach, które nijak nie przystają do surowego klimatu Fiordów Zachodnich, wygrzewają się owce. Mijamy kilka podniszczonych budynków, domków letniskowych i pastwisk. Chcemy dojechać do końca szutrowej drogi, gdzie znajduje się interesujące nas gospodarstwo.
Jest sucho. Pozostawiamy za sobą welon pyłu. Na kamienistych zboczach leżą wielkie głazy, które podczas sztormów nierzadko lądują na drodze, tarasując przejazd. Co jakiś czas zatrzymujemy się, oglądamy stada ptaków na skałach, spoglądamy w dół ze stromych urwisk, wychodzimy na jasne plaże porośnięte skąpą, drżącą na wietrze trawą.
Po niemal godzinie dojeżdżamy do celu. Choć wieje, jest gorąco i cicho. W powietrzu krąży melancholia; łatwo ją wyczuć. Trudno uwierzyć, że czterysta lat temu dolina Selárdalur uchodziła za nieformalne serce Islandii - w tamtym czasie bogate dziś Ísafjör?ur było zaledwie pojedynczym, mało znaczącym gospodarstwem, a stołeczny Reykjavík właściwie nie istniał. To w południowej części Fiordów Zachodnich, kilka kilometrów w linii prostej od popularnych dziś klifów Látrabjarg, powstało wyspiarskie centrum handlu zagranicznego. Dopływało tu więcej statków handlowych niż do innych miejsc na wybrzeżu, dolina była pełna ludzi, owiec i zagranicznych kupców. W szczycie jej popularności na końcu drogi mieszkało ponad dwieście osób. W listopadzie 2010 roku, gdy zmarł ostatni rolnik, Selárdalur uznano za opuszczoną.
Po prawej stronie drogi widzimy główny powód pielgrzymek do tego miejsca. Cały świat poznał je w 2007 roku, gdy zespół Sigur Rós nagrał tu jeden z utworów do popularnego filmu Heima Deana DeBloisa. Za osobliwym domem, tuż obok niewielkiego, nieco podniszczonego kościoła, znajduje się chyba najbardziej niecodzienna atrakcja na Fiordach Zachodnich. Gdy spoglądamy na nią pierwszy raz, odnosimy wrażenie, że ktoś utkał ją z dziecięcego snu.
W latach pięćdziesiątych XX wieku emerytowany sześćdziesięciopięcioletni rolnik Samúel Jónsson zaczął tworzyć prymitywne rzeźby z betonu i piasku. Materiały kupował za emeryturę i konsekwentnie realizował swoją wizję. Wizję, która nawiedziła go po obejrzeniu pocztówek i zdjęć kilku słynnych miejsc. Samúel spróbował je skopiować na własnej ziemi, dzięki czemu stoimy dziś przed nietypową repliką pałacu w andaluzyjskiej Alhambrze i słynnej Fontanny Lwów. Obok posąg Leifura Erikssona i zapatrzone w pustą przestrzeń foka, kaczka i mors. Samúel złożył też miejscowemu kościołowi ofertę na wykonanie stołu ołtarzowego, lecz pomysł odrzucono, przez co stał się prawdopodobnie jedynym człowiekiem na świecie, który wybudował świątynię wokół własnego dzieła. Nawet pięćdziesiąt lat po śmierci artysty ludzie powracają do tego miejsca, dbając o dziedzictwo ludowego twórcy, znanego jako "starzec z sercem dziecka". I choć wszystkie rzeźby wyglądają tak, jakby monstrualny kilkulatek ulepił je z plasteliny, to dzięki swojej prostocie doskonale wpisują się w dramatyczny surowy krajobraz. Są jego przełamaniem.
Żeby dojść do posiadłości Gíslego, należy udać się w przeciwną stronę niż dom Samúela, przejść w cieniu podobnej do kapelusza góry Ne?rab?jarnúpur i przekroczyć niewielki strumień. Nie mamy samochodu terenowego, więc wkładamy kalosze i zmierzamy w kierunku budynku na końcu doliny przez miękkie, nasączone wodą łąki i wysokie trawy. Mijają nas dwa auta, w nich islandzkie rodziny z roześmianymi dziećmi. To ostatnie pojazdy, jakie widzimy tego dnia.
Po prawej stronie drogi niewielka murowana szopa z drewnianą przybudówką, w środku śpiące owce. Z perspektywy świątyni dom Gíslego wygląda tak, jakby znajdował się w odległości krótkiego spaceru. Jednak spod jego drzwi wejściowych, gdzie przestrzeń otwiera się na rozległą łąkę, wznosząc ramiona na dwóch górach, zarówno kościół, jak i pozostałe gospodarstwa wydają się odległe.
Gdyby nie kilka lichych drzew, można by odnieść wrażenie, że dom unosi się w morzu traw. Z daleka nie wyróżnia się niczym szczególnym: niedawno wymieniony blaszany dach, nowe okna z białymi szprosami. Samotny betonowy punkt w cichej zieleni. Drzwi są zamknięte, ale niedawno ktoś próbował je sforsować. Zaglądamy przez brudne szyby. Podłoga wygląda tak, jakby od kilku lat nikt po niej nie chodził. Jakby z suchych wnętrzności, przy najlżejszym kroku, mogła wypuścić pękające bańki kurzu. Gołe ściany, porwane struktury, strzępy tkanin. Ostatni mieszkaniec nie używał kuchni - ściany w kolorze seledynowym przecinają rdzawe rury, w których woda nie płynie od ponad trzydziestu lat.
Tuż obok stoi kompletnie zniszczona betonowa konstrukcja, jak zgniłe odbicie domu. Można by ją jeszcze uratować, ale nikt tego nie robi. Najważniejsze jest miejsce, w którym mieszkał Gísli.
Łatwo przyzwyczaić się do tutejszej ciszy, zwłaszcza w tak pogodny dzień. Gdyby nie owce i barany, które raz po raz beczą na nasz widok, spokój byłby niemal idealny.
Wracamy tą samą drogą, którą przyszliśmy. Nie wiemy jeszcze, jak duże znaczenie miała ona w historii o Gíslim. Wchodzimy do kościoła, w którym odprawiono ostatnią mszę za duszę pustelnika z Uppsölum. W środku jest jasno; udziela się nam duszna i senna atmosfera, tak często spotykana w islandzkich kościołach, w której łatwo się zapomnieć. Przy świątyni znajduje się niewielki cmentarz, gdzie obok grobów ?órbjórg i Björg Stefánsdóttir, które nie dożyły drugich urodzin, znajdują się trzy tabliczki i napis I Kristi krafti eg segi kom ?u s?ll ?a ?u vilt (W imię Pana mówię: przyjdź, a będziesz powitany). Leży tu także matka z dwoma synami: Gíslina Bjarnadóttir z Bjarnim Gíslasonem oraz Gíslim Oktavíusem Gíslasonem, najsłynniejszym islandzkim samotnikiem.
Po emisji "Stikluru" o Gíslim zaczęło krążyć wiele mitów. Podobno nie odzywał się do nikogo przez prawie trzydzieści lat, nigdy nie opuścił swojego gospodarstwa, był niepełnosprawny umysłowo. Do doliny Selárdalur przyjeżdżali ludzie tylko po to, by obejrzeć z bliska żyjącą legendę, porozmawiać. I przekonywali się, że większość z tego, co mówiono, było nieprawdą.
W pewnym sensie słynny już także poza Islandią Samúel Jónsson, podobnie jak jego najbliższy sąsiad, znany wyłącznie Islandczykom Gísli byli do siebie podobni, zarówno dzięki miejscu, w którym żyli, jak i specyficznej mentalności. Dwóch outsiderów-indywidualistów, artysta i myśliciel. Choć obydwaj mieszkali na tak zwanym końcu świata, stworzyli trwającą do dziś legendę. W mediach często są przywoływani jako przykłady skromności, dobroci i świadomej rezygnacji z nowoczesnej technologii.
Łącznikiem między nimi jest aktor Elfar Logi Hanesson, pochodzący z wioski Bíldudalur, odległej o dwadzieścia pięć kilometrów od doliny, który odważył się wcielić w role obu sąsiadów. To on wraz z dziennikarzem Ómarem Ragnarssonem i operatorem Pállem Reynissonem są dziś w stanie powiedzieć o Gíslim najwięcej.
Jako pierwszy na naszą wiadomość odpowiada Páll.
Przechodzimy obok dorodnej żyrafy; zaraz obok stoją antylopa i zebra. Lew i bawół patrzą na nas bez zainteresowania. Liczne ptaki siedzące na gałęziach i skałach milczą, te w locie również. Krokodyl suchymi oczami spogląda na wilka, który wydaje się spokojny jak stojąca woda. Lis arktyczny wystawia łeb, jakby czegoś szukał.
Odremontowany dom Gíslego, dolina Selárdalur. Za budynkiem zrujnowana szopa należąca do jednego z braci Gíslasonów
Setki oczu wpatrzonych w pustkę. Niemal wszystkie zwierzęta padły martwe za sprawą stojącego obok nas człowieka. W drugim pomieszczeniu biała niedźwiedzica i łoś, zastrzelone przez znajomych łowców.
Wnętrze jest niezwykle czyste, wypieszczone do perfekcji. Wykładziny przycięte równo, brak zacieków po farbie, odpowiednio dobrane ciepłe kolory. Przytulnie. Wszystko to sprawia, że nie czujemy się jak ludzie otoczeni przez truchła. Trudno zresztą nie docenić kunsztu, z jakim wypchano zwierzęta. Większość z nich wygląda, jakby wyszła właśnie zza bujnych krzewów, zaskoczona po posiłku. Nigdy wcześniej nie widzieliśmy tak doskonałej imitacji życia. Już na wstępie słyszymy, że budynek to największy i jedyny tego rodzaju obiekt w krajach nordyckich. Vei?isafni? w Stokkseyri - muzeum łowiectwa, nazywane też "muzeum dzikiej przyrody", w którym można jedynie obserwować. Robienie zdjęć jest absolutnie zakazane.
- A zatem chcecie rozmawiać o Gíslim? - pyta nas z półuśmiechem Páll Reynisson, korpulentny mężczyzna z siwą brodą. - Dobrze. Chyba mam trochę informacji i czasu. Najpierw jednak kawa.
Kierujemy się do niewielkiej jasnej kuchni, przez którą do połowy 2003 roku przewinęło się ponad tysiąc osób z prośbą, by gospodarz pozwolił im rzucić okiem na swoje trofea. To z kolei uruchomiło w nim chęć rozbudowy i wyremontowania całego kompleksu.
- Możemy też porozmawiać o polowaniach. Pytaliście w mejlu o Scoresbysund. Mam tam kilku znajomych myśliwych, chociażby Hjalmara. Tak, Hjalmar jest dobry. Zabił naprawdę wiele niedźwiedzi.
Urodzony w 1956 roku w Reykjavíku Páll Reynisson pojechał jako młody chłopak uczyć się fotografii do Szwecji i już jako szesnastolatek zaczął pracować dla telewizji. Podkreśla, że to ogromne szczęście, gdy ktoś od wczesnych lat pracuje w zawodzie będącym zarazem jego hobby. Przez ponad trzydzieści lat telewizyjnej kariery był oczami najbardziej znanego na wyspie dziennikarza i pasjonata islandzkiej natury Ómara Ragnarssona; współpracę z nim wspomina jako najaktywniejszy czas w życiu. W ciągu jednego dnia jadał posiłki w czterech odległych o setki kilometrów częściach Islandii. Gdy nie robił zdjęć, kamerą lub aparatem, brał karabin i wylatywał poza wyspę. Jego kolekcja to zbiory z kilku kontynentów.
Kiedy chodzi po kompleksie, wygląda na zadowolonego, spełnionego i pewnego siebie człowieka. Prezentuje po kolei całą menażerię, opowiada, w jaki sposób i jakim rodzajem broni zdobywał kolejny okaz. W pewnym momencie zbliża się do jakiegoś dziwnego przedmiotu, chwyta go i mówi, że to jego najcenniejsze trofeum. W otwartej dłoni widzimy wystruganą z drewna mysz.
- Mój syn to zrobił - informuje nas Páll.
W tym samym budynku ma swoją ciemnię, laboratorium, archiwum oraz studio. Odnosimy wrażenie, że również największą kolekcję broni palnej na Islandii.
Przed wywiadem dowiedzieliśmy się, że w lipcu 2011 roku, po spożyciu sporej ilości alkoholu zaczął strzelać do chmur, a potem grozić bronią policjantom. Stracił na jakiś czas prawo jazdy i pozwolenie na broń. Odpokutował za swój czyn, wydając publiczne oświadczenie i biorąc na siebie odpowiedzialność za całą sytuację. A że upił się po raz pierwszy po dwudziestu sześciu latach trzeźwości, poddał się także leczeniu.
- Gdy jesteś myśliwym i upolujesz już na Islandii wszystko, co możesz, pragniesz stąd wyjechać i polować gdzie indziej - opowiada spokojnie, choć na początku odnieśliśmy wrażenie, że patrzył na nas nieco podejrzliwie.
Może myśli, że zza koszuli któregoś z nas wyłoni się przez przypadek plakietka walczących z okrucieństwem wobec zwierząt organizacji AGRO lub ASPCA? I że Gísli á Uppsölum był tylko pretekstem?
- Bliska jest mi Afryka, Stany Zjednoczone, ale też Polska czy Niemcy. Kiedyś starałem się wyjeżdżać daleko, ale nie staję się, niestety, młodszy. Teraz wolę tereny północnej Skandynawii albo Grenlandię.
Przechodzimy obok żyrafy. Páll wyciąga dłoń i głaszcze zwierzę.
- Odwiedzanie muzeów historii naturalnej na świecie jest bardzo popularne. Podejrzewam, że większość ludzi była w takim przynajmniej raz w życiu. Ale tam wszystko zamknięte jest w szklanych pudłach. Nikt nikogo nie pyta, kto upolował zwierzęta, czy pochodzą z legalnych łowów, jakie kule i karabiny zostały użyte. Myśliwy ginie w takich miejscach, a tutaj wiadomo, kto jest odpowiedzialny. Pozwalam gościom wejść do pudełka, zobaczyć z bliska, jakie to wielkie i piękne okazy. Opowiadam o broni, amunicji, miejscu, w którym to się stało. Dlatego moje muzeum jest unikatowe.
Páll prostuje się i przeprasza na chwilę, bo właśnie weszła rodzina z dziećmi.
Zwracamy uwagę, że wnętrze świetnie oddaje charakter właściciela. Prawie wszystko, co znajduje się w środku, Páll zrobił sam. Nawet odcień farby na ścianach ma nazwę pochodzącą od jego nazwiska: "Reynisson's yellow". Páll jest perfekcyjnym rozmówcą, który tylko z pozoru zastanawia się nad tym, co chce przekazać; wszystkie odpowiedzi ma przygotowane wcześniej, na wszelki wypadek. Patrzy nam prosto w oczy i używając słów o ciepłym zabarwieniu, miękko wypowiada wszystkie zamienniki słowa "zabijać".
Chwila, gdy musisz pociągnąć za cyngiel, jest według niego najtrudniejszą rzeczą podczas polowania. Jeśli ktoś nie potrafi poczuć, że może zastrzelić zwierzę, powinien odłożyć broń. Druga to moment, gdy odbiera się życie kolejnemu zwierzęciu i nie czuje się absolutnie niczego. Dopiero trzecia to cierpliwość.
- Najważniejsze to mieć szacunek do tego, co robisz - mówi Páll, który wyrasta znienacka za naszymi plecami. - Szacunek do sprzętu i metod, które stosujesz, do samego siebie. Tylko wtedy jesteś w stanie uszanować zwierzę po drugiej stronie lufy. Tak jak na przykład tę sztukę. - Pokazuje wystającą ze ściany głowę nosorożca. Z dumą oznajmia, że zamiast zastrzelić, tylko uśpił zwierzę, i że jedynie róg jest prawdziwy. - Jak się budzi bez rogu, nie jest już wartościowym celem dla kłusowników. O, a tego lwa upolowałem na pięćdziesiąte urodziny. Gdy miałem dwadzieścia pięć lat, obiecałem sobie, że za kolejne dwadzieścia pięć zastrzelę lwa. I dotrzymałem słowa.
Po oprowadzeniu nas znów przysiada w kuchni, przepraszając za bałagan, którego nie ma. Na stole leżą przygotowane dwie książki.
Znajoma Pálla, islandzka aktorka, reżyserka i pisarka Ingibjörg Reynisdóttir w 2012 roku napisała tę zatytułowaną po prostu Gísli á Uppsölum. Gdy zaczynała, chciała stworzyć historię dla dzieci, ale odezwał się do niej producent filmowy, proponując formę poważnego reportażu, który mógłby zaadaptować. Reynisdóttir napisała więc coś pomiędzy bajką a dokumentem, wykorzystując historie, które wszyscy poznali w programie "Stiklur". Książka powstała wyłącznie na podstawie popularnych źródeł i artykułów, bez jakichkolwiek rozmów z ludźmi, którzy znali Gíslego. Choć nakład sprzedał się całkiem nieźle, recenzje nie były dobre. Dostajemy od Pálla egzemplarz w prezencie.
Zaraz obok leży Eintal [Monolog], do której materiały po śmierci Gíslego zebrał jego sąsiad z gospodarstwa Ne?rib?r, nieżyjący już Ólafur Gíslason. Zajął się wszystkimi przedmiotami gromadzonymi przez lata: niektóre wyrzucił, niektóre znalazły miejsce w leżącym niedaleko muzeum, inne wziął brat pustelnika. Gdy Ólafur ładował do jednego worka papierowe śmieci, znalazł notatki zapisane przez Gíslego na serwetkach, kartonikach i strzępach gazet. Krótkie wiersze, wspomnienia, recenzje przeczytanych dzieł, a także historie o matce. Powstała z nich niewielka książeczka, esencja wydarzeń w samotni w Selárdalur, coś, czego nie była w stanie pokazać kamera. Wydrukowano niecałe trzysta egzemplarzy. Każdy, kto ma choć jeden, traktuje go jak skarb.
- Oprócz wstępu absolutnie wszystko, co w niej jest, to jego dzieło. Powinno się to przetłumaczyć na inne języki. Prostota tych myśli jest porażająca. Jego słowa powtarzano później w całej Islandii.
"Stiklur" został pomyślany jako program krajoznawczy, w którym Ómar Ragnarsson starał się przybliżyć rodakom nieznane rejony wyspy, odwiedzać najtrudniej dostępne miejsca, poruszać kontrowersyjne tematy. Páll Reynisson, który dla telewizji nagrał setki audycji, twierdzi, że materiał o Gíslim jest wśród nich najbardziej wyjątkowy. Choć żaden z twórców nie zdawał sobie z tego sprawy, brali udział w jednym z najbardziej interesujących islandzkich projektów filmowych w tamtym okresie.
- Możecie mi wierzyć lub nie, ale miałem czas na odpowiednie kadry i detale z kilku różnych miejsc niemal w tym samym czasie. Gísli poruszał się powoli, jak w jakiejś gęstej cieczy. - Páll pokazuje zdjęcia z tamtego dnia. Nieustannie podkreśla, że to najlepszy program na żywo, jaki kiedykolwiek sfilmował jedną kamerą. - Robiłem bardzo długie ujęcia. Jeśli dobrze się wsłuchać, można wychwycić, jak włączam kamerę kciukiem po prawej stronie, klik, klik. Nie trzeba było tego nawet jakoś specjalnie montować. Sfilmowałem to tak, że jeszcze przed powrotem do Reykjavíku było praktycznie gotowe.
Gíslego tylko raz poproszono o powtórkę ujęcia. Páll potrzebował kadrów z kilku miejsc, które zgadzałyby się z dźwiękiem. Z łatwością można to zaobserwować w scenie, w której bohater opowieści gra na organach i nagle zaczyna drżeć.
- Na drugi dzień jakieś dziwne rzeczy działy się z moją głową. Zacząłem nawet myśleć w inny sposób. Gísli zyskał wtedy mój dozgonny szacunek, bo nie było niczego, na co by narzekał, co by mu przeszkadzało. Nie naprawiał samochodu, nie płacił rachunków, a jego jedynym obowiązkiem była opieka nad owcami. Zastanawiam się, kto przeżył wtedy większy szok kulturowy: on czy my?
Reszta tekstu dostępna w regularnej sprzedaży.