ROZDZIAŁ PIERWSZY
Szef policji, Jerry Siebert, zastanawiał się, dlaczego w ten upiornie zimny poranek odmraża sobie tyłek, zamiast wrócić na komendę i wypić gorącą kawę.
Siedział za kierownicą radiowozu i było mu niewygodnie, bo miał na sobie dwie warstwy odzieży, przez co nie mógł się swobodnie poruszać. Wyciągnął długie nogi i wygiął plecy. Fotel zaskrzypiał, gdy się przeciągnął. Zastanawiał się, jak teraz jest na Florydzie.
Nie czuł palców u stóp. Utytłane solą buty nadal miał mokre od brei, która od ubiegłego wtorku zalegała na ulicach Warren. Oprócz raportowania wypadków, które zdarzały się za każdym razem, gdy ktoś zjechał ze stromego zbocza Coy Hill i nie zatrzymał się na znaku stop, ostatnio niewielkie siły policyjne Warren nie miały zbyt wiele do roboty.
Seibert był prawie pewien, że wieczorem jeden z jego ludzi zostanie wezwany do Depot, obskurnego baru na Main Street, żeby przerwać bójkę. Grali Bruins, a na stałych bywalców baru, głównie bezrobotnych pracowników fizycznych i motocyklistów, można było liczyć, że wezmą przykład z graczy w hokeja i spróbują sobie przemodelować facjaty.
Utrzymanie spokoju w Warren nie było trudne. Zazwyczaj najtrudniejsze chwile zdarzały się podczas dorocznego festynu, pomyślał Seibert. Wyciągnięcie dodatkowego tysiąca dolarów od skąpych urzędników bywało dobrą okazją do zrobienia prawdziwej zadymy.
Warren, z populacją trzy tysiące osiemset mieszkańców, nie dawało policjantom wielu okazji, żeby się wykazać. Obfitowało za to w masę małomiasteczkowej polityki. W Radzie Miejskiej, która rządziła miastem, zwykle zasiadało trzech miejscowych przedsiębiorców, z których każdy miał własne interesy, osobiste sympatie i wrogów. Seibert określał ich w myślach jako Moe, Larry i Curly. To, że jeden z jego czterech patrolowych był siostrzeńcem Curly'ego, nie pomagało.
Dać bandzie niedoświadczonych ludzi milion dolarów budżetu i kazać im rządzić małym miastem, a spieprzą to za każdym razem, myślał z goryczą Seibert.
Ten były żołnierz marines był szefem policji od prawie pięciu lat; i za każdym razem, gdy wybierano go na kolejną kadencję, rozpoczynała się wojna. Seibert nie mógł doczekać się dnia, gdy będzie mógł rzucić tę robotę i pracować na własny rachunek jako prywatny detektyw. Przeganianie znudzonych nastolatków z miejskiego placu po skardze właściciela sklepu obuwniczego nie należało do wybitnych zasług.
Tak czy inaczej, Seibert tego poranka nie miał ochoty spędzać u Frenchiego Thieraulta, którego podejrzewał o bycie podpalaczem i który ostatnio zaczął ludziom wciskać opowieści dziwnej treści.
Theriault był miejscowym rolnikiem i uprawiał pomidory. Znany był głównie dzięki małemu, drewnianemu stoisku, na którym jesienią sprzedawał swój produkt turystom przejeżdżającym tamtędy co roku, aby podziwiać eksplozję listowia w Berkshire Mountains w zachodnim Massachusetts.
Niestety aktualnie facet handlował również bredniami, pomyślał szef policji. Ostatnio Frenchy opowiadał w mieście, że jego dom jest opętany, a jego rodzina nawiedzana przez ducha matki Nancy, jego żony.
Seibert, który miał własną teściową, bardzo chętnie uwierzyłby w tę historię - gdyby matka Nancy Theriault żyła. Tyle że zmarła ponad piętnaście lat temu.
Seibert, pomimo irytacji, uśmiechnął się wbrew sobie na myśl o własnym raporcie sprzed tygodnia.
"24 lutego 1985 roku", napisał, "na posterunek policji w Warren przyjechał Maurice "Frenchy" Theriault z prośbą, by przechowano mu kilka strzelb, których jest właścicielem. Na pytanie, czy jest jakiś problem, pan Theriault odpowiedział, że był u medium, a medium mu zakomunikowało, że jest opętany i powinien całą swoją broń zostawić na posterunku. Towarzyszyła mu żona, Nancy Theriault, która poinformowała funkcjonariuszy, że broń może odebrać wyłącznie ona, nie jej mąż. Pan Theriault powtórzył nam, że pod żadnych pozorem nie może dostać strzelb, ponieważ może nie być sobą. Może wyglądać jak on, ale to może nie być on".
Seibert stłumił śmiech, całkiem w sumie zadowolony z tego, że Frenchy zdeponował broń. Skrupulatnie odnotował zdanie dwóch karabinów Winchester i strzelby.
Seibert nic nie miał do Frenchiego. W sumie całkiem lubił tego kurdupla. Theriault miał zaledwie pięć i pół stopy wzrostu i nosił cienki wąsik. Twarz i dłonie miał pobrużdżone przez ciężką pracę, a oczy głęboko osadzone, przez co wyglądał na zmęczonego i ponurego, co wiele osób zniechęcało. Ale gdy się go już poznało, myślał Seibert, był całkiem miły. W poprzednie Święto Dziękczynienia Frenchy przyjechał na posterunek z indykiem dla każdego policjanta.
Ale od tego czasu Seibert wlepił Frenchiemu dwa mandaty, bo zdezelowana ciężarówka, którą woził pomidory, nawet z grubsza nie nadawała się do jazdy. A potem te pożary w ich gospodarstwie. Dan Prescott z biura komendanta stanowej straży pożarnej podejrzewał, że Frenchy sam rozniecał niewielki ogień, żeby dostać pieniądze z ubezpieczenia. Seibert był skłonny się z nim zgodzić.
Tak czy inaczej, dumał, to na pewno było bardziej wiarygodne niż tłumaczenie Frenchiego. Zgłaszając pożary, Theriault oświadczał, że wywołały je tajemnicze moce, które zaatakowały jego dom i powodowały, że przedmioty same latały z powietrzu. Ale gliniarze jakoś nie kupowali tej historii.
Też coś, pomyślał Seibert. Frenchy na bank wymyślił ten nonsens, żeby skierować śledztwo w sprawie podpalenia na zły trop. Jakkolwiek całkiem to oryginalne.
Theriault przynajmniej nadawał Warren lokalnego kolorytu.
Jednak dziś Seibert nie miał na to nastroju i nie był szczególnie zadowolony, musząc jechać do domu Theriaultów. Nancy, spanikowana, zadzwoniła na posterunek, wrzeszcząc, że potrzebuje pomocy. Powiedziała, że boi się nie tylko o siebie, lecz także o trójkę swoich wnucząt, które były u niej z wizytą. Seibert mógł sobie tylko wyobrażać, co się tam wyprawiało. Po miasteczku krążyły plotki dotyczące dziwnych zdarzeń w tym domu i z każdym powtórzeniem robiły się coraz bardziej pokręcone. Seibert uznał, że zabierze ze sobą aparat fotograficzny. Może dowód na zdjęciu uciszy te niedorzeczne historie, pomyślał.
Doszło do tego, że ludzie zaczęli unikać Frenchiego. Seibert dwa tygodnie wcześniej był w małej knajpce, gdy Frenchy przyszedł na swoją zwyczajową, przedpołudniową kawę. Pozostałych pięciu klientów wymieniło spojrzenia i podniosło się pospiesznie, żeby uregulować swoje rachunki. W ciągu dwóch minut drzwi zamknęły się z trzaskiem, uderzając w zawieszony nad nimi mały, mosiężny dzwoneczek. W knajpie został tylko gliniarz, hodowca pomidorów i Sam Davis, właściciel.
Nie było to pierwszy raz, gdy Theriault wywołał masową ucieczkę z restauracji.
Davis zmarszczył brwi i ruszył do Frenchiego, żeby mu coś powiedzieć, ale Seibert zatrzymał go gestem.
- Frenchy, słuchaj, psujesz Samowi interesy - powiedział. - Musisz przestać opowiadać te brednie, że twój dom jest nawiedzony, albo będziesz musiał zrezygnować z przychodzenia tutaj. Rozumiemy się?
Farmer nie odpowiedział. Skinął tylko głową i z uporem wpatrywał się w kubek ze swoją kawą.
Seiberta z zadumy wyrwało trzeszczenie radia.
- Jerry, potrzebujesz pomocy przy tej awanturze domowej?
Seibert rozpoznał głos Colina Kernsa, policjanta stanowego służącego w pobliskim Brookfield. Miał tam dwóch rzetelnie pracujących ludzi. Często razem odpowiadali na pilne wezwania. Mieszkańcy, który widzieli ich w akcji, często zauważali uderzający fizyczny kontrast: Seibert, wysoki francuski Kanadyjczyk, i Kerns, wysoki, smukły Afroamerykanin.
Seibert podejrzewał, że to poranne wezwanie było raczej wynikiem wysiłków Theriaulta, żeby ukryć swoją rolę w pożarach w jego własnym domu, ale gdzieś z tyłu głowy był zaniepokojony tymi pogłoskami i rozmowami o wydarzeniach nadprzyrodzonych. Jakkolwiek był policjantem sceptycznym i zaprawionym w bojach, był również praktykującym katolikiem. Nie zaszkodzi mieć jakiegoś świadka oprócz aparatu, uznał.
Szef policji podniósł mikrofon radia.
- Taa, Colin, wpadnij - powiedział.
Nie minęła minuta, gdy zobaczył za sobą niebieskoszary radiowóz policji stanowej.
Gdy zbliżali się do ziemi Theriaultów, Seibert nie mógł przestać myśleć, że jeśli farma była nawiedzona, to mieściła się w idealnym punkcie na coś takiego. Dom, przycupnięty na wzgórzu przy cichej Brimfield Road, stał samotnie, bez innych zabudowań w zasięgu wzroku. Bezlistne dęby i szare chmury potęgowały wrażenie opuszczenia. Seibert aż się wzdrygnął.
Prosty, nowoangielski dom szkieletowy był zdewastowany i bardzo potrzebował remontu. Zwłaszcza po tych pożarach, pomyślał Seibert, które "tajemniczo" zaczęły wybuchać w ostatnich miesiącach.
Jakieś dwieście jardów od głównego budynku znajdowała się szklarnia pokryta blaszanym dachem. Pięćdziesiąt jardów dalej stał magazyn w kształcie wielkiej, aluminiowej beczki posadzonej na ziemi. Pola wokół poznaczone były krótkimi palikami, które za kilka miesięcy posłużą jako podpórki dla soczystych, czerwonych pomidorów Frenchiego Theriaulta. Pola otoczone były gęstym lasem sosnowym, odcinającym farmę od świata zewnętrznego.
Seibert ze smutkiem patrzył na to niegdyś wspaniałe gospodarstwo, które teraz chyliło się ku upadkowi. Jednak w obecnych czasach w Warren nie było to nic niezwykłego. Rolnictwo nie dawało takich środków do życia jak niegdyś, a to miasteczko w centralnym Massachusetts dobre dni miało już za sobą. Rewolucja technologiczna, która zainspirowała ekonomiczne odrodzenie Massachusetts, ominęła małe, rolnicze miejscowości jak Warren.
Seibert był w tym domu już kilkakrotnie. Frenchy Theriault dwa razy dzwonił w środku nocy na posterunek, żeby się poskarżyć na dziwne hałasy na zewnątrz.
Interwencja szefa policji nie dowiodła występowanie jakichkolwiek hałasów - ani też niczego, co mogłoby je powodować - i Seibert skłaniał się ku opinii, że ten problem też jest głównie w głowie Frenchiego.
Zapewnienia Seiberta nie uspokoiły farmera. Wciąż się upierał, że słyszy hałasy i ponuro opowiadał o innych rzeczach, które go miały "dręczyć". Żona Theriaulta, Nancy, wyraźnie przestraszona, potwierdziła opowieść męża. Policjant pomyślał sobie, że bardziej bała się tego, co Frenchy mógłby jej zrobić, gdyby się z nim nie zgodziła.
Theriault faktycznie miał jakieś problemy. A jak miał się przekonać szef policji, nie były one tylko w jego głowie.
Gdy Seibert przejechał obok rozpadającego się straganu, który stał przy wjeździe do domu Theriaulta, zwolnił, żeby skręcić. Wielokrotnie widywał, jak Frenchy, Nancy i jedno albo więcej ich dzieci ważyli pomidory na tym straganie, zazwyczaj dla miastowych, którzy tędy przejeżdżali i rzadko mieli okazję spróbować pomidora prosto z pola. Te kupowane w supermarkecie miały z pomidorami tyle wspólnego, co piłka baseballowa, tak przynajmniej uważał szef policji.
Seibert minął stragan i podjechał pod dom. Wysiadając z samochodu, zapiął górny guzik kurtki, żeby ochronić się przed lodowatym powietrzem, i zatrzasnął drzwi. Proszę, pomyślał sobie, kolejny dziwny dźwięk, na który może się poskarżyć Frenchy.
Bliżej domu usłyszał coś, co kazało mu podnieść głowę do chmur wiszących nad farmą i zaciemniających poranne niebo. Wiatrowskaz na domu Theriaultów wirował dziko, choć nie było najmniejszego wiatru.
Dziwne, jakby wiał huragan, pomyślał Seibert.
Usłyszał, że na zmrożony, żwirowy podjazd wtacza się kolejny samochód. Odwrócił się i westchnął na widok Kernsa. Przez chwilę zapomniał, że za nim jechał.
- Co tu mamy, Jerry? - zawołał Kerns przez spuszczone okno.
- Bo ja wiem - odparł Seibert. - Może Frenchy leje żonę czy coś. Chodź, idziemy do środka.
Dwaj oficerowie ruszyli ścieżką do ciemnych bocznych drzwi domu Theriaultów. Otworzyła je wzburzona Nancy. Ściskała kolorowy koc, który miała zarzucony na ramiona.
Czterdziestotrzyletnia żona Maurice'a Theriaulta znana była w miasteczku jako uprzejma, cicha kobieta, która wraz z mężem sprzedawała pomidory i towarzyszyła mu przy tych rzadkich okazjach, gdy wybierali się na mszę do kościoła katolickiego pod wezwaniem św. Pawła. Miała kaskady rudawobrązowych loków i - w normalnych okolicznościach - chętnie się uśmiechała, a ludzie często jej mówili, że wygląda jak gwiazda piosenki Loretta Lynn.
- Taa - mówiła Nancy. - Ona jest córką górnika, a ja żoną rolnika.
Cokolwiek sobie myślał o Maurisie, Seibert postanowił, że będzie delikatny z Nancy, która dygotała w niekontrolowany sposób, a twarz miała zalaną łzami.
- Jest tam - chlipnęła, wskazując w kierunku kuchni.
Funkcjonariusze ruszyli w ciężkich butach przez korytarz. Seibert szedł pierwszy, Kerns trzymał się o krok z tyłu.
- Bądźcie ostrożni - szepnęła Nancy przerażonym głosem.
Maurice Theriault z oszołomioną miną siedział przy stole kuchennym. Na podbródek porośnięty szaroczarnym zarostem spływała mu krew. Wyglądał, jakby był wykończony. Spojrzał na dwóch oficerów, zaskoczony ich widokiem.
- Frenchy, co się dzieje? - zapytał Seibert.
- Nie wiem, nie wiem - odpowiedział rolnik głosem, który wydawał się dochodzić z daleka.
Nancy Theriault milcząco wskazała na drzwi od łazienki obok kuchni. Kerns zawahał się i dwa razy spojrzał na Seiberta, zanim zrobił krok do przodu i przekręcił wytartą klamkę. Drzwi się uchyliły, więc je kopnął, by otworzyć szerzej. Skrzypnęły i stanęły otworem.
Przez moment obaj mężczyźni stali jak dotknięci paraliżem. Maleńka, surowa łazienka z czarno-białymi płytkami na podłodze cała była wysmarowana krwią. Staroświecka wanna była nią zalana. Z lustra w szafce na leki ściekały czerwone smugi. Łazienka nawet śmierdziała krwią.
Seibert instynktownie sięgnął po broń. Blokował drzwi, a Kerns wycofywał się z tego makabrycznego pomieszczenia.
- No, na pewno nie zaciął się przy goleniu - mruknął Kerns do Seiberta.
- Nancy, co tu się stało? - odezwał się Seibert.
- Nie powiem - wykrztusiła. - Uznasz nas za świrów albo kryminalistów. Jak wtedy, gdy zdaliśmy broń.
Seibert zapewnił Nancy, że potrzebuje jej zeznania wyłącznie do raportu. Wreszcie zgodziła się powiedzieć, co się wydarzyło.
Maurice po śniadaniu poszedł do łazienki. Kilka minut później, opowiadała Nancy, zaczęła się niepokoić i zapukała do drzwi. Słyszała po drugiej stronie dziwne hałasy, bała się o męża i otworzyła drzwi.
Potem wrzasnęła.
Maurice w pozycji płodowej leżał w kałuży krwi, wirując jak bąk, z twarzą wykrzywioną tak, że był nie do poznania. Poplamione tytoniem zęby szczerzył jak wilk, a oczy miał wywrócone tak, że było widać tylko białka. Wydawał z siebie żałobny jęk i coś jakby słowa, ale w żadnym języku, z którym kiedykolwiek zetknęła się jego żona. Z kącika ust spływała mu czerwona piana.
Nancy przełamała stupor i złapała Maurice'a pod ramiona. Wydawał się ważyć tonę. Zdołała jednak wytargać go z łazienki i wciągnąć do kuchni, zostawiając ślad krwi na podłodze w korytarzu.
Ledwie dotknęła męża, ten wyraźnie się uspokoił, jakkolwiek nadal coś mamrotał.
- Tak było - powiedziała. - To najszczersza prawda.
Gdy ona opowiadała tę historię, Maurice usiadł wyprostowany na pordzewiałym, składanym krześle. Początkowo nikt tego nie zauważył, ale z oczu sączyła mu się krew.
- Rety! - krzyknął Kerns. Mundur miał przepocony. Otarł wilgoć z górnej wargi i pokręcił głową. - Widziałeś kiedyś coś takiego?
Nancy Theriault, zalewając się łzami i próbując pohamować dygot, przykładała do oczu Maurice'a chusteczkę.
Seibert podszedł do zlewu po szklankę wody i próbować podjąć decyzję, czy wzywać pogotowie. Gdy wrócił do Frenchiego, szklanka wyślizgnęła mu się z dłoni i rozbiła na podłodze. Na ten dźwięk podskoczyli wszyscy poza Frenchim.
- Colin, podejdź tutaj - powiedział Seibert z napięciem. - Zobacz jego plecy!
Krew, która przesiąkła przez koszulkę Maurice'a, przybrała kształt, który obaj policjanci natychmiast rozpoznali. Popatrzyli na siebie z niedowierzaniem.
- Zdejmijmy mu koszulkę - zdecydował Seibert.
Bez oporu ze strony półprzytomnego farmera ściągnęli mu koszulę i cofnęli się.
Nancy Theriault widziała to już wcześniej. Jednak było to nie mniej przerażające. Zaczęła krzyczeć.
- Och, Frenchy, tylko nie znowu!
Dwóch policjantów nawet jej nie słyszało. Gapili się na szkarłatne linie na plecach Maurice'a. Linie, które poznawał każdy chrześcijanin.
Linie składające się na znak krzyża.
- Nancy, co się tutaj naprawdę dzieje? - zapytał Seibert, gdy kobieta ochłonęła na tyle, że była w stanie mówić.
Szef policji zrobił polaroidem zdjęcia pleców farmera tak, żeby wyraźnie było widać rany. Seibert był gliniarzem i pomimo dziwnych wydarzeń w domu Theriaultów bardzo się starał myśleć jak glina.
Wiedział, że niezależnie od sytuacji policjant musi mieć świadomość swojego otoczenia, możliwości i okoliczności. Możliwe było, pomyślał, że Nancy zadrapała męża, albo że upadł i krwawił z nadnaturalnych ran, chociaż on jeszcze nigdy takich nie widział. Możliwości było jednak mnóstwo - a Seibert nie chciał o nich myśleć.
- Ja... nie... nie wiem... nie wiem, co się dzieje - wyjąkała Nancy. - Maurice'owi przydarzają się dziwne rzeczy. Okropne. Strasznie się boję. Wiem, że nam nie wierzycie co do tych dźwięków, ale teraz słyszymy je co noc. A wczoraj Maurice stał dokładnie tam, gdzie ty - wskazała na Kernsa - i nagle przeleciał przez pokój, jakby go walnęła ciężarówka.
Kerns, skądinąd twardy glina, szybko odsunął się z tego miejsca.
- Zupełnie, jakby był lalką i ktoś rzucił nim o ścianę - mówiła dalej Nancy. - Czasami jego twarz się zmienia i nawet nie wiem, kim jest. W zeszłym tygodniu sam podniósł nasz traktor.
Policjanci spojrzeli na siebie. Traktor Theriaultów ważył blisko dwie tony.
Kerns wyczuł, że Nancy gryzie się czymś jeszcze.
- Czy jest coś, czego nam pani nie mówi? - spytał.
- Pomyślicie, że zwariowałam. Nie chcę, żeby wszyscy gadali, że jestem wariatką - chlipnęła Nancy.
- Nancy, po prostu nam powiedz - powiedział Kerns, obejmując ją muskularnym ramieniem. - Nikt nic nie będzie gadał.
Wzięła głęboki wdech, choć wciąż szlochała. Dobrze było mieć tu policję. Mogli ochronić ją i jej dzieci, gdyby Maurice'owi znowu odbiło. Nie wiedziała jednak, jak dużo im powiedzieć. Nie chciała, żeby odwieźli jej męża - albo ją - do wariatkowa. Ale nie mogła się powstrzymać, żeby nie opowiedzieć o kolejnym incydencie.
- No... - powiedziała, zerkając nerwowo na Maurice'a. - W zeszłym tygodniu widziałam go w dwóch osobach.
- Co?
- Dwóch Maurice'ów.
- Co masz na myśli? Wyglądał inaczej?
- Nie! Nie! Było go dwóch! Widziałam ich. Jest na to słowo, doppel-cośtam.
Kerns westchnął. Krwawiące oczy, krzyże, nieznane języki, istnienie w dwóch osobach... co za poranek. Nie miał najmniejszej ochoty pisać tego raportu.
Podczas gdy Maurice siedział i gapił się w przestrzeń, niemal jakby go tam nie było, policjanci przysiedli przy stole w kuchni i robili notatki z opowieści Nancy.
- Siedziałyśmy z córką w salonie i oglądałyśmy telewizję. To było w zeszłym miesiącu, zanim odesłałam ją do Nowego Jorku razem z jej ojcem, a pamiętacie, jak było zimno. Maurice nagle przeszedł obok nas, ubrany w jeansy i podkoszulek, i ruszył do drzwi wyjściowych. Zawołałam do niego, że jest za zimno, ale on dalej szedł do drzwi. Moja córka pobiegła do swojego pokoju i wzięła swój płaszcz - chciała go złapać - ale gdy mijała drzwi do naszej sypialni, usłyszałam, jak krzyczy, więc też tam pobiegłam. A tam był Maurice, siedział na łóżku i wkładał buty!
Nancy upierała się, że Maurice w żaden sposób nie mógł wrócić niezauważony. Nie spuszczała wzroku z drzwi frontowych. Poza tym to była kwestia kilku sekund.
Maurice był tym incydentem skonsternowany tak samo jak Nancy. Twierdził, że nie było go w salonie ani przy drzwiach, dopiero przygotowywał się do wyjścia.
Policjanci na zmianę przepytywali Nancy, i chociaż byli sceptycznie nastawieni, to mieli przekonanie, że nie kłamała. Kerns zerknął na Maurice'a i zrobiło mu się trochę niedobrze. Z oczu farmera wciąż sączyła się krew. Wpatrywał się w policjanta z groteskową pożądliwością. Kerns niemal zrzucił słoik z kawą rozpuszczalną, który miał pod łokciem.
- Jezu Chryste! - krzyknął zaskoczony. Obserwował z przerażeniem, jak na twarz Frenchiego pojawia się wyraz obłąkanej wściekłości.
- Do diabła, Jerry, co my mamy zrobić? - zapytał roztrzęsiony.
Seibert też się nad tym zastanawiał. Miał jednak pewien pomysł. Dosyć już zobaczył.
- Zadzwonimy do ojca Beardsley'a.
Po drugiej stronie Warren ojciec Galen Beardsley, krągły, starszy proboszcz, jadł lunch - kanapkę z tuńczykiem, pikle i frytki, a do tego szklanka mleka. Beardsley był proboszczem u św. Pawła od pięciu lat i zbliżał się do wieku emerytalnego. Na parkingu dla przyczep miał już swój dom na kółkach i marzył o dniu, gdy się do niego wprowadzi. Gdy zadzwonił telefon, z żalem spojrzał na swoją kanapkę i poczuł ukłucie lęku.
Ojciec Beardsley miał przeczucie, że ten telefon dotyczy Frenchiego Theriaulta, a w przeciwieństwie do szefa miejscowej policji był przekonany, że problemy Frenchiego są prawdziwe. Był już w domu Theriaultów i kilka razy go poświęcił. Jednak w trakcie tych wizyt zobaczył dość, by wiedzieć, że cokolwiek się tam dzieje, on temu nie podoła.
Poprzedni proboszcz którejś nocy został wezwany do domu człowieka, który utrzymywał, że został opętany przez demony. Zgodnie z opowieściami miejscowych podczas tej pierwszej wizyty mężczyzna próbował zabić księdza. Za pomocą wody święconej i modlitwy osobliwe zachowanie tego człowieka się unormowało. Jednak dla księdza było za późno. Zmarł wkrótce potem, w młodym wieku pięćdziesięciu pięciu lat.
Właśnie z tego powodu kilka tygodni wcześniej ojciec Beardsley zadzwonił do małżeństwa demonologów, Eda i Lorraine Warrenów, z prośbą, by zbadali, co się dzieje z Frenchim Theriaultem.
Zatem słysząc dzwonek telefonu, pomyślał, że to może Warrenowie. Obiecali znowu zajrzeć do Warren w weekend, żeby kontynuować badanie zjawisk, które dręczyły Frenchiego.
Ojciec Beardsley podniósł słuchawkę i przez kilka minut słuchał uważnie sprawozdania Seiberta z porannych wydarzeń.
- Panie komendancie - powiedział ksiądz, wzdychając głęboko - nic pan nie może zrobić. To przekracza pańskie kompetencje. W zasadzie to przekracza kompetencje nas obu. Ale jest ktoś, kto próbuje pomóc. Ed i Lorraine Warrenowie. To demonolodzy. Znają już tę sprawę. W zasadzie kilka razy już tu byli.
- Tak? - zdziwił się Seibert.
- Niedługo znowu mają przyjechać - powiedział ojciec Beardsley. - Próbują ustalić, czy Frenchy potrzebuje egzorcyzmu. Myślę, że od razu do nich zadzwonię i spytam, czy mogliby przyjechać dzisiaj wieczorem. Nie wiem, czy możemy dłużej czekać.
- To na pewno - odpowiedział zaskoczony Seibert. - Trzeba coś zrobić, i to szybko.
Beardsley się rozłączył i przez kilka minut wpatrywał w okno plebanii. Potem sięgnął po notes z telefonami i wertował go, aż dotarł do W. Gdy znalazł numer do Warrenów, powoli ujął telefon i wybrał kierunkowy do Connecticut. Wybierając kolejne cyfry, zastanawiał się nad tym, co powiedział mu szef policji. Wyglądało na to, że z Frenchim jest coraz gorzej. Miał nadzieję, że Warrenowie będą mogli od razu przyjechać. Sytuacja zdecydowanie wymknęła się spod kontroli.
Czekając na sygnał połączenia, ojciec Beardsley spojrzał na krucyfiks nad swoim biurkiem.
- Panie, będzie nam potrzebna twoja pomoc - wyszeptał.