/ Od autorów /
Pojechałem na Ukrainę w maju 2022 roku zginąć śmiercią bohaterską,
poświęcić życie w walce ze złem. Zamiast tego urodziłem się na nowo.
Jest 8 maja 2024 roku, jadę pociągiem z Kijowa do Charkowa. Po
opublikowaniu tej książki może się okazać, że to, czego chciałem,
spełniło się, mimo że dziś już tego nie chcę.
Ta książka wywiad powstawała ponad rok. W tym czasie zmieniało się moje
spojrzenie, moje doświadczenie, moje "ja". Przeszedłem kilka etapów.
Pierwszym była fascynacja wojną i walką dobra ze złem. Następnie
zrozumiałem, że na wojnie nie ma dobra. Później był okres nienawiści do
wroga i chęci zemsty. Najnowszy etap to chęć zakończenia wojny, ale nie
dla mnie. Lubię wojnę. Chcę końca wojny dla dzieci, żeby żyły w pokoju.
Dla moich przyjaciół, którzy lubią wojnę jak ja. Alkoholik nie powinien
mieć kontaktu z alkoholem, a tacy jak ja - z wojną. Jedno i drugie
niszczy relacje rodzinne i zabija.
Czytając tę książkę, czasem możesz mieć wrażenie, że zaprzeczam sam
sobie. To prawda. Żeby do końca nie zwariować, muszę sam siebie
okłamywać, pomijać niektóre fakty i obrazy, lawirować między dwoma
światami. Niekiedy, odpowiadając na pytanie, wolę powiedzieć "my" niż
"ja", bo w ten sposób nie chcę brać winy lub zasług na siebie.
Przeważnie wtedy, gdy ta sama czynność jest symbolem męstwa na froncie i braku człowieczeństwa w normalnym świecie.
Żyję w dwóch światach: w świecie wojny i w twoim świecie. Po dwóch
latach swobodniej czuję się na froncie. Tutaj jest mi łatwiej. Jak
wracam do twojego świata i próbuję nie myśleć, to problem nie znika.
Możesz wyjechać z wojny, ale wojna ciągle jest w tobie. W twoim świecie
męczy mnie stres intelektualny. Na wojnie stres motywuje mnie do
działania.
Ten fragment kieruję do najważniejszych osób w moim życiu. Do Poli, Nel
i Pauliny - moich córek i żony. Zamiast stać się bohaterem, stałem się
dezerterem. Zbudowałem rakietę i uciekłem z naszej małej planety. Nie
rozumiałem, ile dla mnie znaczycie. Nie rozumiałem, jak bardzo Was
kocham. Polu, chciałbym znów być Twoim najlepszym tatą na świecie.
Spacerować z Tobą po zoo i trzymać Cię za rączkę. Zostawiłem Cię w najtrudniejszym momencie i wiem, że straconego czasu nie nadrobię.
Chciałbym pojawić się w Twoim nowym świecie, w świecie dorastającej
kobiety. Zaproś mnie. Nel, kocham Cię całym sobą. Nigdy nie chciałem
zostawić Cię samej. Pojechałem, żeby zostawić siebie. Pomyliłem się. Mam
nadzieję, że gdy to czytasz, znów jesteśmy razem. Paulinko, kocham,
kocham. Ty jedna rozumiesz choć trochę moją decyzję. Wiem, że nigdy jej
nie zaakceptowałaś. Chciałem jak najlepiej dla Was.
PIOTR MITKIEWICZ
Dziennikarstwem, którego elementem jest pisanie książek, zajmuję się, bo
chcę lepiej zrozumieć mechanizmy rządzące naszą rzeczywistością. Dlatego
w przeszłości pisałem głównie o polityce, historii, administracji i biznesie. Temu zostały poświęcone dotychczas wydane przeze mnie książki,
a także te, które są w przygotowaniu. Od ponad dwóch lat stałym
elementem naszej rzeczywistości jest wojna na Ukrainie, tocząca się tam
zresztą w ograniczonym stopniu od dekady. Zaangażowana jest w nią też
Polska - czasem pośrednio, czasem bezpośrednio. Zaangażowaniem
najbardziej bezpośrednim jest to, na jakie zdecydował się Piotr, który
już w momencie, kiedy zaczęliśmy pracę nad tą książką, był najdłużej
walczącym na Ukrainie Polakiem. Było to na przełomie wiosny i lata 2023
roku.
Dlaczego uważam tę właśnie relację za wyjątkową i wartą opowiedzenia?
Przyczyn jest kilka, ale najważniejsza tkwi w samym Piotrze. Jego
historia to historia walki w najcięższych warunkach, walki autentycznej,
mierzenia się ze śmiercią. Jego doświadczenie jest unikatowe. Nie ma
takiego żaden inny Polak.
Jednak nie tylko o to doświadczenie chodzi, ale też o wyjątkowy
charakter Piotra. Jest w tym, co mówi, bardzo precyzyjny. Dokładnie
oddziela to, co widział, od tego, co słyszał, a w przypadku tego
drugiego analizuje wiarygodność źródeł. Fragmenty tej książki są
poświęcone manipulacjom i wojennej mitomanii, z którymi zetknął się
chyba każdy, kto rozmawiał z uczestnikami starć zbrojnych. Na ich tle
Piotr jest dokładny niczym uważny historyk, a zarazem psycholog
przeprowadzający diagnozę otoczenia i siebie. Patrząc z perspektywy
wspólnej pracy nad książką, bywało to doświadczenie trudne, ale sądzę,
że czytelnik doceni jego efekty, i to z kilku powodów.
Po pierwsze, otrzymuje nielukrowany, ale też nieprzerysowany obraz tego,
jak wyglądał front, w dodatku z punktu widzenia człowieka, który na nim
był naprawdę. Niewielu już żyje ludzi, którzy oglądali go z aż tak
bliska: prowadzili zwiad na terenie wroga, brali udział w szturmach,
przekraczali i przesuwali jego linię. Sądzę, że pod tym względem ta
opowieść jest ważna także dla naszej obronności i ludziom o niej
decydującym chciałbym tę historię polecić.
Po drugie, obserwuje widzianą z perspektywy żołnierzy sytuację armii i państwa ukraińskiego, a także tamtejszego społeczeństwa, szczególnie
grup najbardziej dotkniętych wojną.
Po trzecie, last but not least, a nawet przede wszystkim, zapoznaje
się z fascynującą historią człowieka, który zostawił wszystko, by - jak
sam tłumaczył - "bronić kobiet i dzieci".
Rozmowy z Piotrem przeprowadzałem w ciągu około dwunastu miesięcy.
Odbywały się one wiosną 2023 roku w Warszawie, w lipcu 2023 roku w Charkowie, jak również w pobliżu frontu, gdzie Piotr był moim
przewodnikiem. Potem rozmawialiśmy w Warszawie w pierwszych dniach 2024
roku, w końcu ja w Warszawie, a Piotr w Kijowie i Charkowie w maju i czerwcu 2024 roku. Odczucia i oceny bohatera tej książki zmieniały się w miarę upływu czasu, ja zaś starałem się to jak najuczciwiej oddać.
Szczególnie dotyczy to stosunku Piotra do Rosjan. Wpływały na to
konkretne doświadczenia poprzedzające poszczególne rozmowy - widok ciał,
wzajemne zabijanie, śmierć kolegów. Zmieniała się też sytuacja. Choćby
obraz Charkowa, w którym na pewien czas pojawiła się namiastka
normalności, a później intensyfikacja ataków i widmo oblężenia znowu ją
wypędziły.
Ponieważ przez rozmowę przewija się wiele szerszych opinii Piotra,
rozłożonych w czasie relacji, refleksji czy nawiązań, zdecydowałem się
zachować porządek chronologiczny, w jakim dyskutowaliśmy, i zastosować
konstrukcję a la Kubuś Fatalista i jego pan Denisa Diderota, gdzie
refleksje i dygresje bohatera kręcą się wokół głównej osi, którą są jego
losy.
W książce pojawiają się wulgaryzmy. Tam, gdzie padły, a równocześnie
tam, gdzie paść powinny. Są one częścią naszego języka i problemem nie
jest ich używanie, ale nadużywanie. W tekście pojawia się również wiele
nazw sprzętu militarnego czy ukraińsko- lub rosyjskojęzycznych określeń.
Tłumaczę je krótko w nawiasach.
Ze względu na bezpieczeństwo przyjaciół Piotra oraz szacunek dla ich
prywatności zostały zmienione niektóre imiona żyjących osób i ukryta
lokalizacja bazy wojskowej przedstawianej w książce jako "baza w X".
Także pewna część wspomnień Piotra będzie musiała poczekać na
spokojniejsze czasy. Mam nadzieję, że szybko ich doczekamy.
Na końcu pragnę podziękować osobom, które miały wpływ na tę książkę i zbieranie materiałów do niej. Łukaszowi Kaczorowi, za sprawą którego
niegdyś poznałem Piotra, Jakubowi Biernatowi, który towarzyszył mi w wyjeździe na Ukrainę latem 2023 roku i pomagał zbierać materiały,
księdzu Wojciechowi Stasiewiczowi, który gościł nas w Charkowie, żonie
Piotra Paulinie, która częstowała mnie obiadem w ich restauracji na
Saskiej Kępie, Pawłowi Gilowi, który udostępnił mi film nakręcony przed
wyjazdem Piotra na Ukrainę i opowiedział o okolicznościach jego
powstania. Dziękuję wydawnictwu REBIS za zainteresowanie książką, w szczególności Pawłowi Laskowiczowi, za konstruktywną i sprawną
współpracę, Bogusławowi Tobiszowskiemu, z którym od lat współpracuję,
gdyż recenzuję książki historyczne, za tej współpracy nawiązanie, a także Błażejowi Kemnitzowi za wnikliwą redakcję. Przede wszystkim
dziękuję mojej mamie Elżbiecie za pomoc redakcyjną przy kolejnej już
książce i mojej żonie Wioli za uwagi do niej. Zdecydowaliśmy z Piotrem,
że zadedykujemy ją naszym córkom: Poli i Nel (Piotr) oraz Wandzi i Ani
(ja). W wielu sprawach nasze doświadczenia i poglądy się różnią, ale w tej jednej zdecydowanie się zgadzamy - by zapewnić im i ich pokoleniu
szczęście, nie możemy zamykać oczu na nieszczęście innych.
WIKTOR ŚWIETLIK
/ Nie zostawiamy zabitych /
WIKTOR ŚWIETLIK: Zabieracie swoich, gdy zginą na polu walki?
PIOTR MITKIEWICZ: Zawsze. Jest przerąbane, jak masz martwego i trzeba go
ściągnąć. Raz mieliśmy z tym naprawdę sporo roboty.
Dlaczego to było takie trudne?
Zabity był zaplątany w gałęzie, a w tych gałęziach były miny, więc w ogóle wydobyć go stamtąd było nie sposób. Do tego był okres zimowy.
Sytuację utrudnia to, że po pewnym czasie z ciała wypływają soki i zamarzają. Przez te soki ciało przymarza do podłoża, staje się z nim
jedną bryłą. Odczep je od ziemi, jak masz zaminowany teren, a do tego
nie jesteś sam!
To się jeszcze działo pod ostrzałem?
Obok niego była pozycja rosyjskiego pekaemu [radzieckiej konstrukcji
karabin maszynowy PK/PKM kaliber 7,62 mm]. Były planowane cztery różne
misje, żeby wyciągnąć to ciało. Ale jak to zrobić, skoro ten pekaemista
dokładnie widział otwarte pole?
Nieustannie tam siedział?
Pewnie go zmieniali. To była dobrze zabezpieczona dziura w ziemi. W pewnym momencie sto osób myślało o tym, jak zabić tego jednego
skurwysyna. Pomysły były różne: czy go dronem próbować wykończyć, czy
snajper powinien się nim zająć.
Dlaczego nie można było go zabić dronem?
To były jeszcze czasy, gdy nie było porządniejszych dronów FPV, tylko
WOG-i [radzieckiej konstrukcji naboje do granatników ręcznych i automatycznych] rzucane z maviców [drony produkcji chińskiej]. A strzelec siedział w tej jamie, która go zabezpieczała. Całkiem fajne
miał to schronienie zresztą. W końcu zabił go snajper. My mówimy:
"Doskonale, możemy iść". Trzy minuty później inny ruski przybiegł,
wyrzucił trupa z okopu i zajął jego miejsce. (śmiech)
To taka zabawna historia?
Stu ludzi myślało, jak go zabić! W końcu się go zabiło i po trzech
minutach drugi się władował, wyrzucił trupa i stanął na jego miejscu.
Ale finalnie udało się. Udało się tego Jonathana ściągnąć po trzech
miesiącach. To było już po zimie, zrobiło się ciepło. Był jakiś marzec,
ciało musiało śmierdzieć, być czarne. Ale to są ważne, ważne rzeczy.
Może to niewrażliwe pytanie, ale po co ryzykować życie iluś ludzi, by
ściągnąć trupa z pola walki?
Bo matka chce zobaczyć ciało syna. Bo ja bym chciał, żeby moje ciało
wróciło do Polski. Bo rodzina chce go pochować i zamknąć temat, a nie
myśleć, że on wciąż gdzieś tam leży. Pod Bachmutem pełno ciał Ukraińców
zostało. Matki cierpią podwójnie: nie mają gdzie ich opłakiwać, bo nie
ma tego ciała. Dla nich to jest ważne. Dla ciebie może nie być, ale dla
nich jest.
Ale czy warto ryzykować życie nie po to, by ratować życie, lecz zwłoki?
Powiem ci więcej. Te misje po zwłoki są jednymi z najcięższych. Dlaczego
się je wykonuje i na wojnie nikt nie ma takich wątpliwości jak ty? Bo
jest coś takiego, że się zobowiązuję to zrobić dla drugiego człowieka.
To zobowiązanie podejmuje żywy człowiek wobec żywego i obaj wiedzą, że
jeden drugiego ściągnie. Takie misje wykonuje często pluton, z którym
ten chłopak był związany. Jego bracia czują odpowiedzialność, żeby się
tym zająć, żeby był godnie pochowany.
Akceptujesz śmierć. Ale jeżeli akceptujesz tę śmierć i idziesz na
heroiczną misję, na ciężkie zadanie, to chcesz być potem upamiętniony, a nie zgnić w błocie, zapomniany.
Nawet uwzględniając fakt, że to wszystko, o czym powiedziałeś, jest
bardzo ważne, można sprawę postawić inaczej. Czy jak jestem dowódcą, to
nie powinienem myśleć: "Czy ma sens ryzykowanie życia kolejnych żywych
dla tych, którzy są już i tak martwi?"?
Ma sens, tylko trzeba to dobrze zaplanować. To nie są misje samobójcze.
Misje są po to, by się udały. Ten chłopak, o którym mówiłem, trzy
miesiące leżał przymarznięty do ziemi.
Jego zwłoki...
Tak, zwłoki. Ale cały czas w głowie wszystkich było to, żeby go
wyciągnąć. Trzeba go ściągnąć, rozumiesz? Trzeba! Nie będziesz miał
spokoju, będziesz ciągle żył z tą myślą, że trzeba go ściągnąć, dopóki
go nie zabierzesz. Będzie cię to męczyło, bo to twój przyjaciel. Idziesz
tam i tam jest to ciało. Ty je widzisz. Na każdej kolejnej przeklętej
misji widzisz, że on tam jest, a ty nie możesz go zabrać. To jest tak
samo, jakbyś miał rannego, ale wiedział, że jest w takiej sytuacji, że
raczej nic mu nie pomoże. To twój wybór. Co zrobisz? Nikt cię nie zmusi,
żebyś tam pobiegł. Ale przeważnie biegniesz. Bo musisz. Pod Bachmutem
bardzo długo leżał pewien Gruzin, ale inna grupa Gruzinów go wyciągnęła.
To byli muzułmanie, więc jak widać, to podejście cechuje ludzi bez
względu na religię. Tak po prostu jest.
Co innego ranny, a co innego zabity...
No tak, tylko że jak masz rannego, to często nie planujesz, nie
rachujesz, co się opłaci, a co nie. Nie przeprowadzasz wcześniej analizy
przygotowywanego zadania, by go ściągnąć, tylko biegniesz, żeby to
zrobić. Jak najszybciej. Pakujesz się na linię ostrzału, nie dbając o własne życie. W przypadku martwego jest inaczej. Tutaj mamy zaplanowaną
misję, którą próbuje się zrealizować na spokojnie. Dlatego rodzina
Jonathana musiała czekać trzy miesiące na ciało. Na chwilę, kiedy jego
bracia będą mogli je odbić. Powiesz, że tu naraża się życie dla trupa,
ale ratując rannego, możesz być w sytuacji, w której niemal na sto
procent zginiesz. W przypadku zmarłego się planuje.
ROZDZIAŁ PIERWSZY
/ Zginąć śmiercią bohaterską /
Po co pojechałeś na wojnę? Szczerze...
Zginąć śmiercią bohaterską.
Półtora roku temu, 24 lutego 2022, myślałeś o tym, co się dzieje za
wschodnią granicą?
Niespecjalnie. Nie interesowałem się polityką. Historie o tym, że
wybuchnie wojna, wielkiego wrażenia na mnie nie robiły. Nie oszukujmy
się - opinia publiczna często śmiała się z ludzi, którzy tak mówili.
Też się śmiałeś?
Nie. Jak nie mam swojego zdania, to czemu mam się śmiać? Po prostu to
nie była moja bajka, zajmowałem się czymś innym.
Miałeś kontakt z Ukraińcami?
Jak każdy warszawiak. No może trochę większy, bo pracowałem w branży
gastronomicznej. Myślę zresztą, że ci Ukraińcy, którzy przyjeżdżali do
nas do pracy, byli trochę jak nasza emigracja do Niemiec albo do
Wielkiej Brytanii dwadzieścia parę lat temu. To byli ludzie czasem
sprytni i obrotni, ale czasem tacy, którzy nie radzili sobie w Polsce.
Niekiedy po prostu niezbyt dobrze się zachowujący. Nieraz psuli opinię
całej społeczności. Często byli sfrustrowani tym, że dostawali pracę
poniżej swoich kwalifikacji. Ludzie z wyższym wykształceniem pracowali
na zmywaku, byli tym wkurzeni i się okropnie zachowywali. Myślę, że to
bardzo przypominało tamtą emigrację.
Oceniałeś ich, patrząc głównie na ich pracę?
Szczerze mówiąc, w gastronomii, jak była grupa Ukraińców pracująca, to
słabo pracowali. Za to pojedynczy Ukraińcy pracowali dobrze. To też było
charakterystyczne, że fajni, pracowici ludzie, jak tylko dobrali się w ekipę, z miejsca zaczynali kombinować. Miałem też wrażenie, że niektórzy
z nich nie lubią i nie szanują Polaków. Chcę tylko, żebyś uwzględnił
fakt, że to uogólnienie, że mówię o moich wrażeniach sprzed wojny. Że to
opinia, którą miałem na podstawie spotkań z jakimiś tam ludźmi. Ale
potem byłem zdziwiony, gdy poznałem Ukraińców już na Ukrainie. Różnili
się od wielu tych ludzi, których poznałem w Warszawie.
Twój stosunek do nich nie brzmi jak opis relacji, w której za chwilę
pojedzie się za kogoś bić i umierać. Polityką się nie interesowałeś...
Kiedy przyjechałem na Ukrainę, zobaczyłem, że nie jestem wyjątkiem.
Takich osób, których część nawet nie wiedziała pewnie do końca, gdzie
Kijów jest na mapie, było więcej. Momentem zwrotnym było przemówienie
Zełenskiego po wybuchu wojny...
"Zamiast naszych pleców zobaczycie twarze"...
Ono podało iskrę. Zacząłem zwracać uwagę na to, co się dzieje. Zaczęło
to budzić moje emocje. Taka iskra pojawiła się u wielu ludzi, także
moich, a pewnie i twoich, znajomych. Ale zaraz potem u większości
pojawiło się wiadro zimnej wody, która zaczęła to gasić. Przecież mam
rodzinę, przecież mam pracę, przecież nie jestem zawodowym żołnierzem,
co ja tam zrobię? W końcu podstawowa sprawa: czy jestem gotów zginąć?
Wielu ludzi chciało pomagać, ale nie w ten sposób. U mnie tej zimnej
wody nie było. Chciałem coś zrobić, zaangażować się, i to na poważnie.
Co na początku zacząłeś robić?
Kanapki. Zaczęliśmy je robić z żoną w naszej restauracji. Jechały do
punktu dla uchodźców przy pobliskim Dworcu Wschodnim w Warszawie.
Wrzuciliśmy informację na Facebooka: kto chce, niech przyjdzie pomóc
robić kanapki dla uchodźców. Przychodziło po dziesięć, piętnaście osób.
Kupowałem składniki, ale ludzie też je kupowali, dokładali czekoladki,
kinder niespodzianki, tego typu rzeczy. Ci sąsiedzi, którzy nam
pomagali, dziękowali mi, że mogą pomóc. Widziałem, że i dla nich to jest
świetna sprawa. Że tego potrzebują. Muszą pomóc.
A ty?
A ja potrzebowałem czegoś więcej.
A były reakcje negatywne?
Sporadyczne. Raz przyszła do mnie dziewczyna i mówi: "Wy robicie te
kanapki, a ja ostatnio idę koło Dworca Wschodniego i patrzę, kanapka
leży w koszu". Ja jej na to: "Wiesz co, tylko my robimy po tysiąc
kanapek. Może ta w koszu, którą widziałaś, wypadła dziecku z ręki".
Rozmawiamy w lipcu 2023 roku, w samochodzie za Kupiańskiem, w pobliżu
frontu, a ty jesteś na nim od półtora roku. Coś jednak sprawiło, że
zacząłeś robić dużo więcej niż tylko te kanapki.
Szczerze? Miałem warunki do takich mocnych zrywów emocjonalnych, trochę
ryzykownych, a trochę romantycznych, do mocnej zmiany. Nie do końca
układało mi się z żoną. Miałem dość prowadzenia restauracji. Dopadł mnie
całkowity brak codziennej motywacji do działania.
To dość dużo ludzi ma tak. Idą wtedy do psychiatry, na terapię i biorą
tabletki. Niekiedy, niestety, piją. Rzadziej jadą na wojnę.
Ale ja jestem gościem, który walczy i potrzebuje walki. Przez siedem lat
byłem pięściarzem, brałem udział w zawodach. Dla mnie walka to jest coś
naturalnego, to jest moja potrzeba. Pojawiła się okazja, żeby pojechać i powalczyć. Poza tym uważałem, że trzeba. Że właśnie tacy goście jak ja
powinni jechać, że to jest ten moment, kiedy trzeba. Że to jest czas,
kiedy ja się mogę przydać, i muszę to zrobić, bo jestem potrzebny. I miałem determinację, by to doprowadzić do końca.
Co do tego nie ma najmniejszych wątpliwości, uwzględniając fakt, że
rozmawiamy teraz...
Ale mówię też o tym początkowym okresie. Trafiłem na odpowiednich ludzi,
dzięki czemu udało mi się tu zakotwiczyć.
W jakim wieku zacząłeś trenować boks?
Dosyć późno. Miałem czternaście, może szesnaście lat. Wcześniej
chodziłem na siłownię, którą prowadził mój wujek. Poznałem tam chłopaka,
który był w bojówce Legii, w Teddy Boysach. Był zafascynowany boksem.
Byłeś kibicem?
Na mecze nie jeździłem, ale pojechałem kilka razy na wyjazd, na ustawki.
Zrobiły na mnie wrażenie. Spotkanie w jednym miejscu pod miastem. Dobrze
dobrane miejsce, dyskretne. Podjeżdża ze trzydzieści samochodów. Wszyscy
na wkurwie. Stu chamów. Szczęki do walki w ustach. Nie był to długi
epizod w moim życiu i w jakichś wielkich walkach nie brałem udziału.
I nie byłeś kibicem? Nie śledziłeś ligi, zmian w składzie?
No co ty? (śmiech) Nie ma takiej potrzeby. Miałem z piętnaście lat.
Raz witaliśmy polonistów [kibiców konkurencyjnej Polonii Warszawa].
Mieliśmy szpiega w pociągu Polonii, który miał go awaryjnie zatrzymać w miejscu, gdzie zrobiliśmy zasadzkę. Ale namierzyli go, jak gadał przez
telefon, i nas policja rozgoniła. Ja też miałem być szpiegiem, bo byłem
jeszcze młody. W końcu nim nie zostałem. Przygoda z ustawkami w sumie
szybko się skończyła, była krótkim epizodem, ale jak się okazało, miała
duży wpływ na moje życie, bo ten chłopak, który mnie w to wkręcił, w kółko opowiadał o boksie. Zobaczyłem, że u mnie na Pradze powstał klubik
bokserski. Poszedłem do niego spróbować. Szybko się tam dobrze poczułem,
miałem dobry kontakt z trenerem. Byłem pierwszym zawodnikiem Huberta
Migaczewa, który potem został trenerem kadry narodowej. Jeździłem na
zgrupowania i obozy sportowe, na których był Zbyszek Raubo, legendarny
bokser i trener. Boks dostarczał mi mocnych wrażeń, a ja ich potrzebuję.
To zawsze było dla mnie najważniejsze. Zawody bokserskie to jest
naprawdę coś. Wyjście na ring w sali wypełnionej widzami. Walka. Jeżeli
chodzi o emocje, to było coś fantastycznego. Mam wielki szacunek do
każdego zawodnika, który wychodzi na ring.
Czemu to zarzuciłeś?
Nie miałem warunków, żeby być mistrzem świata. Może do tytułu mistrza
Polski bym doszedł, ale - w tamtych czasach - nigdy bym nie miał z tego
pieniędzy, a z drugiej strony boks, kiedy się wchodzi na określony
poziom, powoduje potworne urazy głowy. Wychodzą zresztą po latach i z roku na rok wiem o tym coraz lepiej. Bóle głowy, zawroty, gubię czasem
słowa. Za boks zawodniczy się płaci całe życie.
Pochodzisz ze sportowej rodziny?
Skąd! Ojciec prowadził firmę budowlaną, matka była technikiem
elektronikiem.
Co matka na to, że jesteś na wojnie?
Z matką miałem i mam słabe relacje. Może to wina tamtych czasów. Wiem od
ciotki, że matka miała depresję poporodową. Wtedy pewnie nawet tego za
bardzo nie diagnozowano, a na pewno z pomocą było kiepsko. Gdy byłem
dzieckiem, nikt mnie nie nosił, czasem może ta ciotka, jak przyszła. Mam
brata. Jest dziesięć lat starszy. Też jakiegoś dobrego kontaktu nie
mieliśmy. On był narodowcem, ja anarchistą. Nawet nie był na moim ślubie
i weselu. Nie mamy relacji.
Ojciec już nie żyje...
Tak. Był moim przyjacielem. Nowotwór wykańczał go przez cztery lata.
Dużo czasu z nim spędzałem. Przyspieszyliśmy ze względu na jego chorobę
wesele. Miałem czas, by go pożegnać. Zmarł piętnaście lat temu.
Dobrze się uczyłeś?
Zawsze miałem czerwony pasek. Byłem najlepszym uczniem w podstawówce,
poszedłem do liceum imienia Tadeusza Czackiego, które w roku, kiedy je
kończyłem, było najlepsze w Warszawie.
Teraz też jest.
Zawsze jest w czołówce. To wyjątkowa szkoła. Co roku mieliśmy festiwal
teatralny. Uczyliśmy się tego, co nam się przyda w życiu, nie jakichś
pierdół. Miałem koleżeńskie relacje z nauczycielami. Czy może
partnerskie, bo nie byliśmy po imieniu, ale czuliśmy się swobodnie.
Trochę jak w rodzinie.
Z jakich przedmiotów byłeś najlepszy?
Matematyka, fizyka. Ale też biologia. Tak w ogóle miałem być lekarzem.
Czacki miał najlepszą klasę biologiczno-chemiczną i ja się do niej
dostałem. Napisałem w podstawówce test matematyczno-przyrodniczy na sto
procent. Miałem taki papier, że mogłem iść do dowolnego liceum.
Historia?
Nie. Wcale. I uprzedzając twoje następne pytanie, bo wiem, do czego
zmierzasz, nie chciałem iść do wojska i nie byłem militarystą. Nie
interesowałem się wodzami, wojskami i wojnami. Nie zbierałem książek o czołgach i samolotach. Strzelanie z broni i czytanie o manewrach i bitwach mnie nie ciągnęło.
To się chyba zmieniło?
Zdziwisz się. Dzisiaj też mnie bardzo nie ciągnie. Idę na strzelnicę.
Robię sobie trening, żeby tę szybkość reakcji ćwiczyć, szybko i dobrze
celować, ale nie mam tak jak część chłopaków. Gdy idziemy na poligon, to
oni są podjarani jak dzieci, kiedy widzą nowy sprzęt. Byleby tylko
dorwać się do tego i strzelać. Ja, jeżeli tej broni nie będę używać w boju, nie czuję potrzeby, by z nią specjalnie trenować. Nie jestem
fetyszystą broni. Robię po prostu z niej użytek. To dla mnie narzędzie.
Dlaczego nie poszedłeś po szkole na medycynę?
Bo to dużo nauki i wiele lat. Byłem za to na innych kierunkach, i to na
ilu! Zacząłem od geodezji i kartografii. Potem zmieniałem studia.
Dziennikarstwo, później coś z budową pojazdów na politechnice, już nie
pamiętam nawet, jak to się dokładnie nazywało. Nie pomagało to, że od
szesnastego roku życia mocno imprezowałem. Tomba Tomba, Le Madame, nad
ranem Luzztra [nazwy warszawskich klubów].
Pamiętam te miejsca. To były nie tylko imprezy, ale i styl życia. On nie
kłócił się ze sportem?
Kłócił się. Imprezy szkodziły sportowi, ale boks kilka razy pomógł mi
wrócić na zdrowszy tor. Miałem i z nim, i z nimi burzliwe relacje.
Zacząłem bardzo mocno, trenowałem codziennie. Wicemistrzostwo Mazowsza w juniorach, udział w mistrzostwach Polski. W klasie maturalnej z kolei
znalazłem pracę jako barman. Spędzałem dużo czasu w klubach i knajpach.
Miotało tobą...
W tamtym czasie byłem pewien, że nie pożyję długo. Może i dlatego też
tej medycyny nie wybrałem. Wątpiłem, bym dociągnął do jej końca.
Kompletnie nie odnajdywałem się wśród ludzi. Czułem destrukcję w sobie i dookoła. Chociaż z zewnątrz byś tego nie poznał. Z zewnątrz to wyglądało
wszystko zajebiście. Potrafiłem stworzyć wokół siebie grupę ludzi. W liceum byłem popularny, bo pracowałem w jednym z najpopularniejszych
klubów - Barbiebarze.
Ale jakoś przeżyłeś jednak. Do tego bardzo szybko jak na nasze czasy
znalazłeś żonę, założyłeś rodzinę.
Przeżyłem. Tak naprawdę Paulina jest moją pierwszą dziewczyną. Wcześniej
były takie na jedno spotkanie. Poznaliśmy się w klubie, gdzie byłem
barmanem. Na początku zresztą się nie rwałem, bo tam były dziesiątki
dziewczyn, które dawały mi numer telefonu. Ale pod koniec, jak
wychodziła, powiedziała, że pracuje w restauracji sushi. A ja lubię
sushi. Poszedłem sprawdzić. Nie byłem pewien, czy mnie będzie pamiętać,
więc wziąłem kolegę z siłowni, takiego Jaśka. On potem zresztą był
świadkiem na naszym ślubie. Pojechaliśmy na to sushi. Dostaliśmy
pięćdziesiąt procent zniżki. Tego samego wieczora wpadłem po nią po
pracy. Pamiętam, że najpierw pojechaliśmy do Tomba Tomba, do jacuzzi.
Potem wybraliśmy się do Gingera, takiej popularnej restauracji w centrum, coś zjeść. Całą noc jeździliśmy samochodem, a o wschodzie
słońca zawiozłem ją do domu. Tak się wszystko zaczęło. Bardzo szybko
zamieszkała u mnie. Miałem dwadzieścia lat.
Z czego żyliście?
Dobrze zarabiałem jako barman, mimo że pracowałem tylko w weekendy. Co
tydzień wyjeżdżaliśmy na wtorek, środę i czwartek na Mazury. Na wszystko
starczało. Szybko wzięliśmy ślub, bo mój ojciec był bardzo chory,
umierający, a chciałem, by na nim był. Trzy razy rodził się nasz
związek. Po dziewięciu miesiącach znajomości wzięliśmy ślub, po
kolejnych dziewięciu miesiącach Paulina zaszła w ciążę, no i oczywiście
potem po dziewięciu miesiącach urodziła się pierwsza córka.
A imprezy?
Całkowicie zrezygnowałem z imprez. Nie potrzebowałem ich.
Małżeńska sielanka?
No właśnie nie było sielanki. Najpierw ojciec umierał, a ja musiałem się
nim zająć. Żona miała pretensje, że mam za mało czasu dla niej. Mnie to
wkurzało. Nie potrafiłem się z empatią odnieść do tej sytuacji. Oboje
byliśmy bardzo młodzi - emocje, hormony. Gdyby Paulina nie zaszła w ciążę, to pewnie byśmy się rozstali. Ale urodziło się najpierw jedno
dziecko, a czternaście miesięcy później drugie.
Dwie córki. Uspokoiły cię na trochę?
Byłem zakochany w nich i w zajmowaniu się nimi. Miałem motywację,
angażowało mnie to. Równocześnie byłem menedżerem w klubie. Potem
jeszcze gdzie indziej byłem menedżerem, a w tym czasie zostałem
kierownikiem operacyjnym szwalni garniturów w Myślenicach.
Ciągle czułeś się wyalienowany?
Czułem, że mój sposób myślenia jest odmienny od sposobu myślenia ludzi,
którzy mnie otaczają, i że trudno nam ze sobą funkcjonować.
Miewałeś ataki agresji?
Tak. Zdarzało mi się komuś przyłożyć, gdy się nieładnie odezwał, albo
gonić jakiegoś chama samochodem i go straszyć. Ale nie miałem nigdy
konfliktów z prawem.
Po prostu nikt cię nie oskarżył...
Czasy się trochę zmieniły. Dziś jest gorzej, bo wszyscy nagrywają takie
rzeczy telefonami i idą na policję. Kiedyś ludzie byli bardziej
charakterni. Jak nie okazałeś komuś szacunku, to musiałeś się liczyć z tym, że dostaniesz łomot. A teraz lamusy śmieją się tobie w twarz i straszą policją.
W końcu, by wrócić do tematu, założyłeś knajpę...
To nie do końca tak. Ja w sumie te knajpy miałem trzy. Pierwszą, jeszcze
jak miałem dwadzieścia lat, z dwójką wspólników. Ale to nie poszło, bo
żeby wspólnie prowadzić knajpę, trzeba mieć dobrych partnerów, dużo z nimi gadać. To bardzo trudny biznes. Drugą, też ze wspólnikiem,
otwieraliśmy naprzeciwko Filharmonii Narodowej w Warszawie. Przejąłem ją
po restauracji Poppy. Była bardzo zadłużona, właściciel nie chciał
spłacić zobowiązań. W końcu zrezygnowałem. Potem założyliśmy restaurację
z Pauliną. Słabo szło. Nie byłem w to zaangażowany. Znowu dopadły mnie
demony. Męczyłem się ze sobą i z innymi.
Po przemówieniu Zełenskiego wszystko się zmieniło?
Po Buczy. Ona tę iskrę, o której wspominałem, zamieniła w ogień. Ale nie
jechałem tam z jakimś planem. Zresztą nie bardzo wiedziałem, co będzie.
Może dołączę, może nie dołączę, może się uda, może się nie uda. Pojadę,
zobaczę. Potem okazało się, że miałem dużo szczęścia.
Podjąłeś decyzję, i już?
Tak. Powiedziałem Paulinie, że jadę do ambasady ukraińskiej. Krzyknęła:
"Po co ty tam jedziesz?!". Odpowiedziałem, że jadę na wojnę. Wiedziała,
że to zrobię, choćby nie wiem co. Że podjąłem decyzję i się nie cofnę. W Polsce to nie było w ogóle zorganizowane. Przecież u nas nie można
służyć w obcej armii, więc legalnie nie mogli się tym zająć. Tu jakiś
numer do kogoś podawali, sami nie wiedzieli, co robić. W końcu złożyłem
aplikację przez stronę internetową. Dostałem zaproszenie.
Córki?
"Tatuś musi jechać walczyć. Ratować ludzi". I tyle.
Nic nie mówiły?!
"Tato, ale dlaczego ty?" "Bo ktoś musi". Zrozumiały w miarę. Na początku
były płacze. Kiedy już wyjechałem, jedna z nich wysyłała mi SMS-y:
"Kiedy wrócisz, tatusiu kochany?". Później się przyzwyczaiły. Dziś im
się Ukraina podoba. Były w Odessie. Są nią zachwycone.
Jaki macie kontakt teraz?
Dużo lepszy niż przed wojną. Wtedy, przed wyjazdem, wszystko się sypało.
Szczególnie we mnie. Dziś jestem z żoną na poziomie nastoletniej
miłości. Kiedy wracam do domu, rzucamy się na siebie. Chodzimy razem za
ręce po sklepach. Otworzyłem się na jej miłość.
Wracając do córek, co pewien czas przyjeżdżam. Nie tracimy kontaktu, nie
jestem dla nich obcym facetem. Są te same wygłupy, które były wcześniej.
Ale wiem też, że teraz jest taki moment, że starsza córka zaraz zacznie
dorastać, i że to ważny etap, który mogę po części stracić. Muszę wybrać
albo jakoś to pogodzić. Z drugiej strony ojciec czy matka pracujący za
granicą i przyjeżdżający do domu raz na kilka miesięcy to dziś dość
powszechne. Są telefony, komunikatory.
Ale dość rzadko jadą "zginąć śmiercią bohaterską"...
Mówiłem ci już, że wolę żyć krótko, ale intensywnie. Nie mogłem znaleźć
sobie miejsca. Źle się czułem w Warszawie, w swojej rzeczywistości.
Właściwie to pojechałeś popełnić heroiczne samobójstwo?
Można to tak nazwać. Bardzo szlachetne samobójstwo. Wolę określenie
"poświęcić życie w obronie słabszych". To można wytłumaczyć wszystkim.
Będzie to doceniane, a nie będzie się ciągnęło jako wstydliwa sprawa.
A co z córkami?
Miałyby ojca, który zginął w walce na wojnie. W słusznej sprawie. Jak
wiele córek przed nimi. Uwzględniając to, jak się czułem, było to wtedy
najlepsze rozwiązanie. Wewnętrznie, bo na zewnątrz wszystko było
świetnie. Nie zostawiłbym też - mówię o tym, co wtedy myślałem - rodziny
na lodzie. Dostałyby - przynajmniej wówczas tak myślałem -
odszkodowanie, około miliona ośmiuset tysięcy złotych, więc Paulina by
sobie poradziła. Przyjacielowi zostawiłem instrukcje jak i co. Gdzie
zadzwonić. Dałem mu numery kontaktowe do moich oficerów. Choć potem
okazało się, że tych odszkodowań nikt nie dostaje. Przynajmniej do tej
pory nie słyszałem, żeby ktoś dostał.
Jak sobie wyobrażałeś śmierć? Że będziesz siedział na szańcu i ostrzeliwał się do ostatniej kuli jak w wierszach i filmach?
Nie miałem wyobrażeń. Zakładałem po prostu, że prawdopodobnie zginę.
Uznałem też, że to może się propagandowo przydać. "Śmierć Polaka w obronie dzieci i kobiet na Ukrainie". Nadawałem się na wojnę. Jestem
bardzo sprawny, nawet jak na standardy wojskowe. Założyłem więc, że będę
brał najniebezpieczniejsze zadania. Że się przydam.
A jak dzisiaj na to patrzysz?
Całkiem inaczej. Zmieniło się moje rozumienie wojny. Zrozumiałem, że nie
jesteś tam samotnym Rambo, który zabija wrogów i przeżyje albo nie,
tylko że jesteś częścią grupy. Że jeśli tobie się coś stanie, to stanie
się twoim przyjaciołom, braciom, i że w pewnym momencie ich życie jest
dla ciebie ważniejsze niż twoje. Działasz w zespole i dbasz o los całego
zespołu.
Wojna uratowała ci życie...
Może mi je jeszcze zabierze. (śmiech) Na pewno mnie bardzo zmieniła.
Sprawiła, że inaczej patrzę na świat. Część rzeczy przewartościowała.
A co na to twoi znajomi?
Mam bardzo wąskie grono przyjaciół. Ludzie lubią mieć dokoła ludzi
podobnych do siebie, a ja nie jestem zbyt podobny.
A jak jechałeś?
Wszyscy zniechęcali. Na Saskiej Kępie, gdzie prowadziliśmy restaurację,
przychodzili ludzie i mówili: "Piotrek, nie jedź". A niektórzy mówili i tak: "Po co dla tych banderowców tam jedziesz? Oni zabijali naszych,
kobiety i dzieci". Mówię: "Dziś jest inny świat. Są inni ludzie. Inne
myślenie. Poza tym chcę jechać". Paru osobom powiedziałem, że jadę
zginąć śmiercią bohaterską. Pukały się w głowę.
Dostałeś więc w kwietniu 2022 roku "zaproszenie na wojnę" od strony
ukraińskiej. Co dalej?
W tym czasie poznałem też Illię, ukraińskiego działacza. Przyszedł do
nas do knajpy kiedyś z synem. Szli na badania do pobliskiego szpitala na
Niekłańskiej. Mówię mu: "Nie mam kanapek w karcie, ale mam coś innego".
Wziąłem go na zaplecze, a tam dziesięć kobiet robi kanapki dla
Ukraińców. Chłop się popłakał i opowiada o sytuacji, pomocy, konwojach.
Mówi, że będzie tam jechał, więc mówię, że się chcę z nim zabrać. I dołączyć do Międzynarodowego Legionu walczącego na Ukrainie
[Międzynarodowy Legion Obrony Terytorialnej Ukrainy - złożona z ochotników z innych państw jednostka broniąca Ukrainy]. Wymieniliśmy
się numerami. Po dwóch tygodniach się odezwał. Razem pojechaliśmy na
Ukrainę. Po drodze, jeszcze przed polską granicą, mieliśmy wypadek.
Zobaczył we mnie świetnego organizatora, bo w godzinę zorganizowałem
nowy samochód. Kupiliśmy go za grosze.
Po drodze sporo rozmawialiśmy. Illia jest historykiem. Tłumaczył mi
ukraińskie podejście do różnych spraw, też tych trudnych: Bandery, UPA.
Kłóciliście się?
Dla mnie to nie jest aż tak ciężki temat jak dla niektórych, bo ja nie
miałem rodziny na Wschodzie. Nie znałem, szczerze mówiąc, za dobrze tych
historii. On mówił też, że nie jest banderowcem, że nie ma tak do końca
zdania, że to trudne sprawy, ale jak przyjechaliśmy do niego do domu, to
na ścianie wisiał plakat chwalący UPA, a na stole stał kubek z Banderą.
Tak jak w wielu ukraińskich domach...
Bądźmy szczerzy, dla nich Bandera jest wielkim bohaterem. Nie mam co do
tego wątpliwości. Choć z mordów na Polakach nie są dumni, jeśli w ogóle
o nich wiedzą. Traktują to jako taką trudną kartę, o której lepiej nie
gadać. W rozmowie z Illią zresztą bardziej byłem ciekaw jego wersji, niż
chciałem dyskutować. Szczególnie że kompletnie na tym się nie znałem.
Mówił też o wielu innych rzeczach. O relacjach, jakie były na Ukrainie.
O domach z kolumnami przy drzwiach. Powiedział, że jak dom miał kolumny,
to mieszkał w nim "pan" [Polak], a bez kolumn to był dom chłopa.
Opowiadał mi o czasach, gdy jego babcia była dzieckiem i chcieli ją
zjeść kanibale. Uciekła na drzewo i wiele godzin czekała na pomoc. Dla
mnie historia o jedzeniu dzieci była czymś absurdalnym.
Nie była. To pewnie był jakiś element pamięci Wielkiego Głodu na
Ukrainie z lat trzydziestych. Illia pomógł ci pójść na front?
No właśnie nie. Zaczął mnie namawiać, bym się włączył do jego pracy
społecznej. Mówił, że na wojnę jadą ludzie po misjach. "Co ty będziesz
jechał? Zgłupiałeś. Masz żonę, dzieci". Próbował mnie odwieść. Niby
organizował jakieś spotkania z wojskowymi, ale to było tak zrobione,
żeby mnie zniechęcić. Wróciłem rozczarowany i zły. Ale się nie poddałem.
Mówię sobie: pojadę z tym Illią jeszcze raz, jak najszybciej. Tylko tym
razem sprawdzę sobie miejsce, gdzie mam pójść i się zaciągnąć. Nie będę
z nim wcale o tym gadał, bo on nie chce mnie tam puścić. Sprawdziłem,
gdzie iść. W połowie maja pojechałem. W Medyce poszedłem do białego
namiotu. "Dzień dobry, ja do legionu". "Dzień dobry. Proszę iść tam.
Dwieście metrów i w prawo jest taki duży budynek. Zapraszamy".
To był punkt poboru?
Wszystko naraz. Także punkt pomocy humanitarnej. Wydawano posiłki,
ludzie spali z dziećmi. Ci, którzy uciekli przed wojną. Wszyscy jechali
do Polski. A ja jechałem w przeciwnym kierunku. Był też tam
wolontariusz, który przeprowadził ze mną rozmowę. Idę do niego. Mówię, o co mi chodzi, a on na to, że jest... pacyfistą. Pyta, po co idę zabijać.
Po co chcę tam jechać. Przecież to wszystko zło. Zabijanie ludzi jest
złe. Ta wojna nie ma sensu. W końcu pyta: "Czemu ty chcesz tam iść?".
No więc ja mu odpowiadam najprościej, jak się da: "Przyjechałem tutaj
chronić kobiety i dzieci".
/ Z ZAPISKÓW PIOTRA /
Z Illią rozmawialiśmy dużo o historii Ukrainy i o sytuacji politycznej.
Rozmawialiśmy o tym, że Ukraińcy pomagali Czeczenom w wojnach z Rosją,
dostarczali im broń. A dziś niektórzy Czeczeni gwałcą i rabują na
Ukrainie. Byliśmy u jego znajomych, którzy przekonywali mnie, żebym nie
szedł do wojska. To małżeństwo wyprowadziło się z Kijowa na wieś.
Gdziekolwiek byliśmy, do każdego posiłku piliśmy jakiś alkohol i wznosiliśmy toasty. Najciekawszy alkohol piłem w domu rodzinnym Illii.
Była to buraczanka, którą jego tato zrobił jeszcze w latach
dziewięćdziesiątych. Bardzo mocna, z zapachem buraka i ziemi. Tato Illii
był kimś w rodzaju kierownika PGR-u. Żeby buraki się nie zepsuły, robił
z nich bimber, który wielokrotnie filtrował. Lepszego bimbru nie piłem.
Zapomniałeś mu powiedzieć o innych motywacjach...
Podobno tak jak ja odpowiadali prawie wszyscy. To jest wersja oficjalna.
Zresztą po części prawdziwa. Tę wersję mówi się wszystkim, a prawdziwe
motywacje zawsze są inne. Wynikają z różnych rzeczy. Każdy jest inny, ma
swoje powody. Wszyscy mówią, że jadą dla innych, ale jadą też dla
siebie.
Dla pieniędzy?
Też. Dla pieniędzy przyjeżdżają ludzie z Ameryki Południowej.
Kolumbijczycy. Dla nich te sto dolarów dziennie, które wtedy płacono, bo
potem pensje spadły, to były duże pieniądze. Ja to rozumiem.
Dla Polaka chyba nie aż takie, by ryzykować życie...
A co dopiero mówić o Amerykaninie czy Brytyjczyku. Ale dla Polaka też
nie. Nikt tylko dla tych pieniędzy nie będzie spędzał dwudziestu
czterech godzin na froncie pod ostrzałem czołgów i moździerzy,
helikopterów i snajperów. W zimnie, błocie, deszczu. Pewnie więcej się
zarobi, sprzątając mieszkania w Norwegii. Polacy szli na tę wojnę
ideowo. By bronić Ukrainy, Polski przed ruskami.
Czasem na wojnę idą też ludzie, którzy uciekają przed kłopotami.
Niekiedy chcą wojnę wpisać sobie do CV, zdobyć doświadczenie.
Przyjeżdżali i ludzie, którzy po prostu szukali wojny.
Tacy jadą tam, gdzie ona jest. Jednak dziewięćdziesiąt siedem procent
mówi: "Jechałem ratować kobiety i dzieci". Ja też tak powiedziałem. Ale
jak się cofnę i zastanowię, czemu jechałem... Jechałem do innego
państwa, gdzie nie miałem żadnych korzeni ani bliskich i które niezbyt
lubiłem ze względu na moje doświadczenia z gastronomii. Ale tak, na
pewno chciałem też chronić kobiety i dzieci.
Pojechałbyś do Afryki, Syrii albo w jakieś inne dalekie miejsce, gdzie
kobiety i dzieci potrzebują obrońców?
Nie wiem. Wyjazd na Ukrainę jest łatwy. Wsiadam do busa i jestem. A wyjazd do Afryki był niemożliwy. Przypadkowych osób tam nie biorą. Dziś,
z moim doświadczeniem, na każdej wojnie witaliby mnie z otwartymi
ramionami. W każdym miejscu trafiłbym do najlepszych grup. Ale wtedy to
była jedyna możliwość.
Biorąc to wszystko pod uwagę, to przemówienie miało jakiekolwiek
znaczenie?
Miało. Ono stworzyło podbudowę. Musiałem wierzyć w to, co robię.
Wskazało mi cel. Tak samo Bucza. Zobaczyłem tę masakrę w telewizji i zrozumiałem. Chciałem walczyć w słusznej sprawie, a tam ginęły kobiety i dzieci. Jak widzisz, nie da się udzielić prostej odpowiedzi na pytanie,
które ciągle zadajesz. Poza tym ciało wysyłało mi sygnały, żebym to
zrobił. Kiedy myślałem o tym wyjeździe, wyobrażałem sobie, jak będzie,
czułem się dobrze.
A co dziś myślisz o samym Zełenskim?
Jest dobrym mówcą. Przekonał mnie, bym przyjechał. Z tego, co widzę,
jest dziś nielubiany na Ukrainie. Ja o nim ogólnie myślę podobne rzeczy
co o Putinie, Bidenie i innych.
To znaczy co?
Że to wina tych wszystkich kurew. Przyjechałem bronić kobiet i dzieci
przed ruskimi mordercami i efektami działania polityków. To przez nich
ludzie umierają. Że nie dogadali się ze sobą i wysyłają ludzi na wojnę.
Ale dziś jedni są po dobrej stronie, broniącej się, a drudzy to
napastnicy.
Tak. Ale nawet na wojnie to wszystko nie jest takie proste. Mój
nieżyjący już dowódca Duch mówił nam, że jesteśmy po stronie dobra i walczymy ze złem. Ale gdy pisał list do swojej siostry, to twierdził, że
na wojnie nie ma dobra i zła. Wszyscy są źli, bo zabijają. Jest tylko
zło i większe zło. Żołnierz nie może tak myśleć w czasie walki. My
musimy ich nienawidzić, bo nie wygramy, nie przeżyjemy misji. My musimy
naciskać spust, gdy widzimy ruskiego "pederasta" [педераст (ukr.) -
"pederasta"; pogardliwy termin, którym ukraińscy żołnierze określają
Rosjan - przyp. aut.]. Dla nas to jest motherfucker, którego musimy
zabić. Bo jak się będziesz zastanawiał, to ty zginiesz. Przekaz dla
żołnierza jest taki, że musi iść i zabijać. Ale w twojej głowie wcale
tak do końca nie jest. Zabijasz ruska. Podchodzisz do ciała. Wyciągasz
dokumenty. Widzisz zdjęcie dziewczyny ze słowami "Ja tiebia lublu".
Zastanawiasz się, czy są po ślubie. Może mają dziecko. Może mieli w planach dziecko. Oboje młodzi. Może nie chciał jechać. Kurwa, to
przestaje być takie łatwe.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki