Znaleźć i zniszczyć. Rozmowa z polskim ochotnikiem walczącym na Ukrainie - Piotr Mitkiewicz, Wiktor Świetlik

Kup ebooka

44.99 zł
35.09 zł (35,09 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

/ Od autorów /

Poje­cha­łem na Ukra­inę w maju 2022 roku zgi­nąć śmier­cią boha­ter­ską, poświę­cić życie w walce ze złem. Zamiast tego uro­dzi­łem się na nowo. Jest 8 maja 2024 roku, jadę pocią­giem z Kijowa do Char­kowa. Po opu­bli­ko­wa­niu tej książki może się oka­zać, że to, czego chcia­łem, speł­niło się, mimo że dziś już tego nie chcę.

Ta książka wywiad powsta­wała ponad rok. W tym cza­sie zmie­niało się moje spoj­rze­nie, moje doświad­cze­nie, moje "ja". Prze­sze­dłem kilka eta­pów. Pierw­szym była fascy­na­cja wojną i walką dobra ze złem. Następ­nie zro­zu­mia­łem, że na woj­nie nie ma dobra. Póź­niej był okres nie­na­wi­ści do wroga i chęci zemsty. Naj­now­szy etap to chęć zakoń­cze­nia wojny, ale nie dla mnie. Lubię wojnę. Chcę końca wojny dla dzieci, żeby żyły w pokoju. Dla moich przy­ja­ciół, któ­rzy lubią wojnę jak ja. Alko­ho­lik nie powi­nien mieć kon­taktu z alko­ho­lem, a tacy jak ja - z wojną. Jedno i dru­gie nisz­czy rela­cje rodzinne i zabija.

Czy­ta­jąc tę książkę, cza­sem możesz mieć wra­że­nie, że zaprze­czam sam sobie. To prawda. Żeby do końca nie zwa­rio­wać, muszę sam sie­bie okła­my­wać, pomi­jać nie­które fakty i obrazy, lawi­ro­wać mię­dzy dwoma świa­tami. Nie­kiedy, odpo­wia­da­jąc na pyta­nie, wolę powie­dzieć "my" niż "ja", bo w ten spo­sób nie chcę brać winy lub zasług na sie­bie. Prze­waż­nie wtedy, gdy ta sama czyn­ność jest sym­bo­lem męstwa na fron­cie i braku czło­wie­czeń­stwa w nor­mal­nym świe­cie.

Żyję w dwóch świa­tach: w świe­cie wojny i w twoim świe­cie. Po dwóch latach swo­bod­niej czuję się na fron­cie. Tutaj jest mi łatwiej. Jak wra­cam do two­jego świata i pró­buję nie myśleć, to pro­blem nie znika. Możesz wyje­chać z wojny, ale wojna cią­gle jest w tobie. W twoim świe­cie męczy mnie stres inte­lek­tu­alny. Na woj­nie stres moty­wuje mnie do dzia­ła­nia.

Ten frag­ment kie­ruję do naj­waż­niej­szych osób w moim życiu. Do Poli, Nel i Pau­liny - moich córek i żony. Zamiast stać się boha­te­rem, sta­łem się dezer­te­rem. Zbu­do­wa­łem rakietę i ucie­kłem z naszej małej pla­nety. Nie rozu­mia­łem, ile dla mnie zna­czy­cie. Nie rozu­mia­łem, jak bar­dzo Was kocham. Polu, chciał­bym znów być Twoim naj­lep­szym tatą na świe­cie. Spa­ce­ro­wać z Tobą po zoo i trzy­mać Cię za rączkę. Zosta­wi­łem Cię w naj­trud­niej­szym momen­cie i wiem, że stra­co­nego czasu nie nad­ro­bię. Chciał­bym poja­wić się w Twoim nowym świe­cie, w świe­cie dora­sta­ją­cej kobiety. Zaproś mnie. Nel, kocham Cię całym sobą. Ni­gdy nie chcia­łem zosta­wić Cię samej. Poje­cha­łem, żeby zosta­wić sie­bie. Pomy­li­łem się. Mam nadzieję, że gdy to czy­tasz, znów jeste­śmy razem. Pau­linko, kocham, kocham. Ty jedna rozu­miesz choć tro­chę moją decy­zję. Wiem, że ni­gdy jej nie zaak­cep­to­wa­łaś. Chcia­łem jak naj­le­piej dla Was.

PIOTR MIT­KIE­WICZ

Dzien­ni­kar­stwem, któ­rego ele­men­tem jest pisa­nie ksią­żek, zaj­muję się, bo chcę lepiej zro­zu­mieć mecha­ni­zmy rzą­dzące naszą rze­czy­wi­sto­ścią. Dla­tego w prze­szło­ści pisa­łem głów­nie o poli­tyce, histo­rii, admi­ni­stra­cji i biz­ne­sie. Temu zostały poświę­cone dotych­czas wydane przeze mnie książki, a także te, które są w przy­go­to­wa­niu. Od ponad dwóch lat sta­łym ele­men­tem naszej rze­czy­wi­sto­ści jest wojna na Ukra­inie, tocząca się tam zresztą w ogra­ni­czo­nym stop­niu od dekady. Zaan­ga­żo­wana jest w nią też Pol­ska - cza­sem pośred­nio, cza­sem bezpośred­nio. Zaan­ga­żo­wa­niem naj­bar­dziej bez­po­śred­nim jest to, na jakie zde­cy­do­wał się Piotr, który już w momen­cie, kiedy zaczę­li­śmy pracę nad tą książką, był naj­dłu­żej wal­czą­cym na Ukra­inie Pola­kiem. Było to na prze­ło­mie wio­sny i lata 2023 roku.

Dla­czego uwa­żam tę wła­śnie rela­cję za wyjąt­kową i wartą opo­wie­dze­nia? Przy­czyn jest kilka, ale naj­waż­niej­sza tkwi w samym Pio­trze. Jego histo­ria to histo­ria walki w naj­cięż­szych warun­kach, walki auten­tycz­nej, mie­rze­nia się ze śmier­cią. Jego doświad­cze­nie jest uni­ka­towe. Nie ma takiego żaden inny Polak.

Jed­nak nie tylko o to doświad­cze­nie cho­dzi, ale też o wyjąt­kowy cha­rak­ter Pio­tra. Jest w tym, co mówi, bar­dzo pre­cy­zyjny. Dokład­nie oddziela to, co widział, od tego, co sły­szał, a w przy­padku tego dru­giego ana­li­zuje wia­ry­god­ność źró­deł. Frag­menty tej książki są poświę­cone mani­pu­la­cjom i wojen­nej mito­ma­nii, z któ­rymi zetknął się chyba każdy, kto roz­ma­wiał z uczest­ni­kami starć zbroj­nych. Na ich tle Piotr jest dokładny niczym uważny histo­ryk, a zara­zem psy­cho­log prze­pro­wa­dza­jący dia­gnozę oto­cze­nia i sie­bie. Patrząc z per­spek­tywy wspól­nej pracy nad książką, bywało to doświad­cze­nie trudne, ale sądzę, że czy­tel­nik doceni jego efekty, i to z kilku powo­dów.

Po pierw­sze, otrzy­muje nie­lu­kro­wany, ale też nie­prze­ry­so­wany obraz tego, jak wyglą­dał front, w dodatku z punktu widze­nia czło­wieka, który na nim był naprawdę. Nie­wielu już żyje ludzi, któ­rzy oglą­dali go z aż tak bli­ska: pro­wa­dzili zwiad na tere­nie wroga, brali udział w sztur­mach, prze­kra­czali i prze­su­wali jego linię. Sądzę, że pod tym wzglę­dem ta opo­wieść jest ważna także dla naszej obron­no­ści i ludziom o niej decy­du­ją­cym chciał­bym tę histo­rię pole­cić.

Po dru­gie, obser­wuje widzianą z per­spek­tywy żoł­nie­rzy sytu­ację armii i pań­stwa ukra­iń­skiego, a także tam­tej­szego spo­łe­czeń­stwa, szcze­gól­nie grup naj­bar­dziej dotknię­tych wojną.

Po trze­cie, last but not least, a nawet przede wszyst­kim, zapo­znaje się z fascy­nu­jącą histo­rią czło­wieka, który zosta­wił wszystko, by - jak sam tłu­ma­czył - "bro­nić kobiet i dzieci".

Roz­mowy z Pio­trem prze­pro­wa­dza­łem w ciągu około dwu­na­stu mie­sięcy. Odby­wały się one wio­sną 2023 roku w War­sza­wie, w lipcu 2023 roku w Char­ko­wie, jak rów­nież w pobliżu frontu, gdzie Piotr był moim prze­wod­ni­kiem. Potem roz­ma­wia­li­śmy w War­sza­wie w pierw­szych dniach 2024 roku, w końcu ja w War­sza­wie, a Piotr w Kijo­wie i Char­ko­wie w maju i czerwcu 2024 roku. Odczu­cia i oceny boha­tera tej książki zmie­niały się w miarę upływu czasu, ja zaś sta­ra­łem się to jak naj­uczci­wiej oddać. Szcze­gól­nie doty­czy to sto­sunku Pio­tra do Rosjan. Wpły­wały na to kon­kretne doświad­cze­nia poprze­dza­jące poszcze­gólne roz­mowy - widok ciał, wza­jemne zabi­ja­nie, śmierć kole­gów. Zmie­niała się też sytu­acja. Choćby obraz Char­kowa, w któ­rym na pewien czas poja­wiła się namiastka nor­mal­no­ści, a póź­niej inten­sy­fi­ka­cja ata­ków i widmo oblę­że­nia znowu ją wypę­dziły.

Ponie­waż przez roz­mowę prze­wija się wiele szer­szych opi­nii Pio­tra, roz­ło­żo­nych w cza­sie rela­cji, reflek­sji czy nawią­zań, zde­cy­do­wa­łem się zacho­wać porzą­dek chro­no­lo­giczny, w jakim dys­ku­to­wa­li­śmy, i zasto­so­wać kon­struk­cję a la Kubuś Fata­li­sta i jego pan Denisa Dide­rota, gdzie reflek­sje i dygre­sje boha­tera kręcą się wokół głów­nej osi, którą są jego losy.

W książce poja­wiają się wul­ga­ry­zmy. Tam, gdzie padły, a rów­no­cze­śnie tam, gdzie paść powinny. Są one czę­ścią naszego języka i pro­ble­mem nie jest ich uży­wa­nie, ale naduży­wa­nie. W tek­ście poja­wia się rów­nież wiele nazw sprzętu mili­tar­nego czy ukra­iń­sko- lub rosyj­sko­ję­zycz­nych okre­śleń. Tłu­ma­czę je krótko w nawia­sach.

Ze względu na bez­pie­czeń­stwo przy­ja­ciół Pio­tra oraz sza­cu­nek dla ich pry­wat­no­ści zostały zmie­nione nie­które imiona żyją­cych osób i ukryta loka­li­za­cja bazy woj­sko­wej przed­sta­wia­nej w książce jako "baza w X". Także pewna część wspo­mnień Pio­tra będzie musiała pocze­kać na spo­koj­niej­sze czasy. Mam nadzieję, że szybko ich docze­kamy.

Na końcu pra­gnę podzię­ko­wać oso­bom, które miały wpływ na tę książkę i zbie­ra­nie mate­ria­łów do niej. Łuka­szowi Kaczo­rowi, za sprawą któ­rego nie­gdyś pozna­łem Pio­tra, Jaku­bowi Bier­na­towi, który towa­rzy­szył mi w wyjeź­dzie na Ukra­inę latem 2023 roku i poma­gał zbie­rać mate­riały, księ­dzu Woj­cie­chowi Sta­sie­wi­czowi, który gościł nas w Char­ko­wie, żonie Pio­tra Pau­li­nie, która czę­sto­wała mnie obia­dem w ich restau­ra­cji na Saskiej Kępie, Paw­łowi Gilowi, który udo­stęp­nił mi film nakrę­cony przed wyjaz­dem Pio­tra na Ukra­inę i opo­wie­dział o oko­licz­no­ściach jego powsta­nia. Dzię­kuję wydaw­nic­twu REBIS za zain­te­re­so­wa­nie książką, w szcze­gól­no­ści Paw­łowi Lasko­wi­czowi, za kon­struk­tywną i sprawną współ­pracę, Bogu­sła­wowi Tobi­szow­skiemu, z któ­rym od lat współ­pra­cuję, gdyż recen­zuję książki histo­ryczne, za tej współ­pracy nawią­za­nie, a także Bła­że­jowi Kem­nit­zowi za wni­kliwą redak­cję. Przede wszyst­kim dzię­kuję mojej mamie Elż­bie­cie za pomoc redak­cyjną przy kolej­nej już książce i mojej żonie Wioli za uwagi do niej. Zde­cy­do­wa­li­śmy z Pio­trem, że zade­dy­ku­jemy ją naszym cór­kom: Poli i Nel (Piotr) oraz Wan­dzi i Ani (ja). W wielu spra­wach nasze doświad­cze­nia i poglądy się róż­nią, ale w tej jed­nej zde­cy­do­wa­nie się zga­dzamy - by zapew­nić im i ich poko­le­niu szczę­ście, nie możemy zamy­kać oczu na nieszczę­ście innych.

WIK­TOR ŚWIE­TLIK

/ Nie zostawiamy zabitych /

WIK­TOR ŚWIE­TLIK: Zabie­ra­cie swo­ich, gdy zginą na polu walki?

PIOTR MIT­KIE­WICZ: Zawsze. Jest prze­rą­bane, jak masz mar­twego i trzeba go ścią­gnąć. Raz mie­li­śmy z tym naprawdę sporo roboty.

Dla­czego to było takie trudne?

Zabity był zaplą­tany w gałę­zie, a w tych gałę­ziach były miny, więc w ogóle wydo­być go stam­tąd było nie spo­sób. Do tego był okres zimowy. Sytu­ację utrud­nia to, że po pew­nym cza­sie z ciała wypły­wają soki i zama­rzają. Przez te soki ciało przy­ma­rza do pod­łoża, staje się z nim jedną bryłą. Odczep je od ziemi, jak masz zami­no­wany teren, a do tego nie jesteś sam!

To się jesz­cze działo pod ostrza­łem?

Obok niego była pozy­cja rosyj­skiego peka­emu [radziec­kiej kon­struk­cji kara­bin maszy­nowy PK/PKM kali­ber 7,62 mm]. Były pla­no­wane cztery różne misje, żeby wycią­gnąć to ciało. Ale jak to zro­bić, skoro ten peka­emi­sta dokład­nie widział otwarte pole?

Nie­ustan­nie tam sie­dział?

Pew­nie go zmie­niali. To była dobrze zabez­pie­czona dziura w ziemi. W pew­nym momen­cie sto osób myślało o tym, jak zabić tego jed­nego skur­wy­syna. Pomy­sły były różne: czy go dro­nem pró­bo­wać wykoń­czyć, czy snaj­per powi­nien się nim zająć.

Dla­czego nie można było go zabić dro­nem?

To były jesz­cze czasy, gdy nie było porząd­niej­szych dro­nów FPV, tylko WOG-i [radziec­kiej kon­struk­cji naboje do gra­nat­ni­ków ręcz­nych i auto­ma­tycz­nych] rzu­cane z mavi­ców [drony pro­duk­cji chiń­skiej]. A strze­lec sie­dział w tej jamie, która go zabez­pie­czała. Cał­kiem fajne miał to schro­nie­nie zresztą. W końcu zabił go snaj­per. My mówimy: "Dosko­nale, możemy iść". Trzy minuty póź­niej inny ruski przy­biegł, wyrzu­cił trupa z okopu i zajął jego miej­sce. (śmiech)

To taka zabawna histo­ria?

Stu ludzi myślało, jak go zabić! W końcu się go zabiło i po trzech minu­tach drugi się wła­do­wał, wyrzu­cił trupa i sta­nął na jego miej­scu. Ale final­nie udało się. Udało się tego Jona­thana ścią­gnąć po trzech mie­sią­cach. To było już po zimie, zro­biło się cie­pło. Był jakiś marzec, ciało musiało śmier­dzieć, być czarne. Ale to są ważne, ważne rze­czy.

Może to nie­wraż­liwe pyta­nie, ale po co ryzy­ko­wać życie iluś ludzi, by ścią­gnąć trupa z pola walki?

Bo matka chce zoba­czyć ciało syna. Bo ja bym chciał, żeby moje ciało wró­ciło do Pol­ski. Bo rodzina chce go pocho­wać i zamknąć temat, a nie myśleć, że on wciąż gdzieś tam leży. Pod Bach­mu­tem pełno ciał Ukra­iń­ców zostało. Matki cier­pią podwój­nie: nie mają gdzie ich opła­ki­wać, bo nie ma tego ciała. Dla nich to jest ważne. Dla cie­bie może nie być, ale dla nich jest.

Ale czy warto ryzy­ko­wać życie nie po to, by rato­wać życie, lecz zwłoki?

Powiem ci wię­cej. Te misje po zwłoki są jed­nymi z naj­cięż­szych. Dla­czego się je wyko­nuje i na woj­nie nikt nie ma takich wąt­pli­wo­ści jak ty? Bo jest coś takiego, że się zobo­wią­zuję to zro­bić dla dru­giego czło­wieka. To zobo­wią­za­nie podej­muje żywy czło­wiek wobec żywego i obaj wie­dzą, że jeden dru­giego ścią­gnie. Takie misje wyko­nuje czę­sto plu­ton, z któ­rym ten chło­pak był zwią­zany. Jego bra­cia czują odpo­wie­dzial­ność, żeby się tym zająć, żeby był god­nie pocho­wany.

Akcep­tu­jesz śmierć. Ale jeżeli akcep­tu­jesz tę śmierć i idziesz na hero­iczną misję, na cięż­kie zada­nie, to chcesz być potem upa­mięt­niony, a nie zgnić w bło­cie, zapo­mniany.

Nawet uwzględ­nia­jąc fakt, że to wszystko, o czym powie­dzia­łeś, jest bar­dzo ważne, można sprawę posta­wić ina­czej. Czy jak jestem dowódcą, to nie powi­nie­nem myśleć: "Czy ma sens ryzy­ko­wa­nie życia kolej­nych żywych dla tych, któ­rzy są już i tak mar­twi?"?

Ma sens, tylko trzeba to dobrze zapla­no­wać. To nie są misje samo­bój­cze. Misje są po to, by się udały. Ten chło­pak, o któ­rym mówi­łem, trzy mie­siące leżał przy­mar­z­nięty do ziemi.

Jego zwłoki...

Tak, zwłoki. Ale cały czas w gło­wie wszyst­kich było to, żeby go wycią­gnąć. Trzeba go ścią­gnąć, rozu­miesz? Trzeba! Nie będziesz miał spo­koju, będziesz cią­gle żył z tą myślą, że trzeba go ścią­gnąć, dopóki go nie zabie­rzesz. Będzie cię to męczyło, bo to twój przy­ja­ciel. Idziesz tam i tam jest to ciało. Ty je widzisz. Na każ­dej kolej­nej prze­klę­tej misji widzisz, że on tam jest, a ty nie możesz go zabrać. To jest tak samo, jak­byś miał ran­nego, ale wie­dział, że jest w takiej sytu­acji, że raczej nic mu nie pomoże. To twój wybór. Co zro­bisz? Nikt cię nie zmusi, żebyś tam pobiegł. Ale prze­waż­nie bie­gniesz. Bo musisz. Pod Bach­mu­tem bar­dzo długo leżał pewien Gru­zin, ale inna grupa Gru­zinów go wycią­gnęła. To byli muzuł­ma­nie, więc jak widać, to podej­ście cechuje ludzi bez względu na reli­gię. Tak po pro­stu jest.

Co innego ranny, a co innego zabity...

No tak, tylko że jak masz ran­nego, to czę­sto nie pla­nu­jesz, nie rachu­jesz, co się opłaci, a co nie. Nie prze­pro­wa­dzasz wcze­śniej ana­lizy przy­go­to­wy­wa­nego zada­nia, by go ścią­gnąć, tylko bie­gniesz, żeby to zro­bić. Jak naj­szyb­ciej. Paku­jesz się na linię ostrzału, nie dba­jąc o wła­sne życie. W przy­padku mar­twego jest ina­czej. Tutaj mamy zapla­no­waną misję, którą pró­buje się zre­ali­zo­wać na spo­koj­nie. Dla­tego rodzina Jona­thana musiała cze­kać trzy mie­siące na ciało. Na chwilę, kiedy jego bra­cia będą mogli je odbić. Powiesz, że tu naraża się życie dla trupa, ale ratu­jąc ran­nego, możesz być w sytu­acji, w któ­rej nie­mal na sto pro­cent zgi­niesz. W przy­padku zmar­łego się pla­nuje.

ROZDZIAŁ PIERWSZY

/ Zginąć śmiercią bohaterską /

Po co poje­cha­łeś na wojnę? Szcze­rze...

Zgi­nąć śmier­cią boha­ter­ską.

Pół­tora roku temu, 24 lutego 2022, myśla­łeś o tym, co się dzieje za wschod­nią gra­nicą?

Nie­spe­cjal­nie. Nie inte­re­so­wa­łem się poli­tyką. Histo­rie o tym, że wybuch­nie wojna, wiel­kiego wra­że­nia na mnie nie robiły. Nie oszu­kujmy się - opi­nia publiczna czę­sto śmiała się z ludzi, któ­rzy tak mówili.

Też się śmia­łeś?

Nie. Jak nie mam swo­jego zda­nia, to czemu mam się śmiać? Po pro­stu to nie była moja bajka, zaj­mo­wa­łem się czymś innym.

Mia­łeś kon­takt z Ukra­iń­cami?

Jak każdy war­sza­wiak. No może tro­chę więk­szy, bo pra­co­wa­łem w branży gastro­no­micz­nej. Myślę zresztą, że ci Ukra­ińcy, któ­rzy przy­jeż­dżali do nas do pracy, byli tro­chę jak nasza emi­gra­cja do Nie­miec albo do Wiel­kiej Bry­ta­nii dwa­dzie­ścia parę lat temu. To byli ludzie cza­sem sprytni i obrotni, ale cza­sem tacy, któ­rzy nie radzili sobie w Pol­sce. Nie­kiedy po pro­stu nie­zbyt dobrze się zacho­wu­jący. Nie­raz psuli opi­nię całej spo­łecz­no­ści. Czę­sto byli sfru­stro­wani tym, że dosta­wali pracę poni­żej swo­ich kwa­li­fi­ka­cji. Ludzie z wyż­szym wykształ­ce­niem pra­co­wali na zmy­waku, byli tym wku­rzeni i się okrop­nie zacho­wy­wali. Myślę, że to bar­dzo przy­po­mi­nało tamtą emi­gra­cję.

Oce­nia­łeś ich, patrząc głów­nie na ich pracę?

Szcze­rze mówiąc, w gastro­no­mii, jak była grupa Ukra­iń­ców pra­cu­jąca, to słabo pra­co­wali. Za to poje­dyn­czy Ukra­ińcy pra­co­wali dobrze. To też było cha­rak­te­ry­styczne, że fajni, pra­co­wici ludzie, jak tylko dobrali się w ekipę, z miej­sca zaczy­nali kom­bi­no­wać. Mia­łem też wra­że­nie, że nie­któ­rzy z nich nie lubią i nie sza­nują Pola­ków. Chcę tylko, żebyś uwzględ­nił fakt, że to uogól­nie­nie, że mówię o moich wra­że­niach sprzed wojny. Że to opi­nia, którą mia­łem na pod­sta­wie spo­tkań z jaki­miś tam ludźmi. Ale potem byłem zdzi­wiony, gdy pozna­łem Ukra­iń­ców już na Ukra­inie. Róż­nili się od wielu tych ludzi, któ­rych pozna­łem w War­sza­wie.

Twój sto­su­nek do nich nie brzmi jak opis rela­cji, w któ­rej za chwilę poje­dzie się za kogoś bić i umie­rać. Poli­tyką się nie inte­re­so­wa­łeś...

Kiedy przy­je­cha­łem na Ukra­inę, zoba­czy­łem, że nie jestem wyjąt­kiem. Takich osób, któ­rych część nawet nie wie­działa pew­nie do końca, gdzie Kijów jest na mapie, było wię­cej. Momen­tem zwrot­nym było prze­mó­wie­nie Zełen­skiego po wybu­chu wojny...

"Zamiast naszych ple­ców zoba­czy­cie twa­rze"...

Ono podało iskrę. Zaczą­łem zwra­cać uwagę na to, co się dzieje. Zaczęło to budzić moje emo­cje. Taka iskra poja­wiła się u wielu ludzi, także moich, a pew­nie i two­ich, zna­jo­mych. Ale zaraz potem u więk­szo­ści poja­wiło się wia­dro zim­nej wody, która zaczęła to gasić. Prze­cież mam rodzinę, prze­cież mam pracę, prze­cież nie jestem zawo­do­wym żoł­nie­rzem, co ja tam zro­bię? W końcu pod­sta­wowa sprawa: czy jestem gotów zgi­nąć? Wielu ludzi chciało poma­gać, ale nie w ten spo­sób. U mnie tej zim­nej wody nie było. Chcia­łem coś zro­bić, zaan­ga­żo­wać się, i to na poważ­nie.

Co na początku zaczą­łeś robić?

Kanapki. Zaczę­li­śmy je robić z żoną w naszej restau­ra­cji. Jechały do punktu dla uchodź­ców przy pobli­skim Dworcu Wschod­nim w War­sza­wie. Wrzu­ci­li­śmy infor­ma­cję na Face­bo­oka: kto chce, niech przyj­dzie pomóc robić kanapki dla uchodź­ców. Przy­cho­dziło po dzie­sięć, pięt­na­ście osób. Kupo­wa­łem skład­niki, ale ludzie też je kupo­wali, dokła­dali cze­ko­ladki, kin­der nie­spo­dzianki, tego typu rze­czy. Ci sąsie­dzi, któ­rzy nam poma­gali, dzię­ko­wali mi, że mogą pomóc. Widzia­łem, że i dla nich to jest świetna sprawa. Że tego potrze­bują. Muszą pomóc.

A ty?

A ja potrze­bo­wa­łem cze­goś wię­cej.

A były reak­cje nega­tywne?

Spo­ra­dyczne. Raz przy­szła do mnie dziew­czyna i mówi: "Wy robi­cie te kanapki, a ja ostat­nio idę koło Dworca Wschod­niego i patrzę, kanapka leży w koszu". Ja jej na to: "Wiesz co, tylko my robimy po tysiąc kana­pek. Może ta w koszu, którą widzia­łaś, wypa­dła dziecku z ręki".

Roz­ma­wiamy w lipcu 2023 roku, w samo­cho­dzie za Kupiań­skiem, w pobliżu frontu, a ty jesteś na nim od pół­tora roku. Coś jed­nak spra­wiło, że zaczą­łeś robić dużo wię­cej niż tylko te kanapki.

Szcze­rze? Mia­łem warunki do takich moc­nych zry­wów emo­cjo­nal­nych, tro­chę ryzy­kow­nych, a tro­chę roman­tycz­nych, do moc­nej zmiany. Nie do końca ukła­dało mi się z żoną. Mia­łem dość pro­wa­dze­nia restau­ra­cji. Dopadł mnie cał­ko­wity brak codzien­nej moty­wa­cji do dzia­ła­nia.

To dość dużo ludzi ma tak. Idą wtedy do psy­chia­try, na tera­pię i biorą tabletki. Nie­kiedy, nie­stety, piją. Rza­dziej jadą na wojnę.

Ale ja jestem gościem, który wal­czy i potrze­buje walki. Przez sie­dem lat byłem pię­ścia­rzem, bra­łem udział w zawo­dach. Dla mnie walka to jest coś natu­ral­nego, to jest moja potrzeba. Poja­wiła się oka­zja, żeby poje­chać i powal­czyć. Poza tym uwa­ża­łem, że trzeba. Że wła­śnie tacy goście jak ja powinni jechać, że to jest ten moment, kiedy trzeba. Że to jest czas, kiedy ja się mogę przy­dać, i muszę to zro­bić, bo jestem potrzebny. I mia­łem deter­mi­na­cję, by to dopro­wa­dzić do końca.

Co do tego nie ma naj­mniej­szych wąt­pli­wo­ści, uwzględ­nia­jąc fakt, że roz­ma­wiamy teraz...

Ale mówię też o tym począt­ko­wym okre­sie. Tra­fi­łem na odpo­wied­nich ludzi, dzięki czemu udało mi się tu zako­twi­czyć.

W jakim wieku zaczą­łeś tre­no­wać boks?

Dosyć późno. Mia­łem czter­na­ście, może szes­na­ście lat. Wcze­śniej cho­dzi­łem na siłow­nię, którą pro­wa­dził mój wujek. Pozna­łem tam chło­paka, który był w bojówce Legii, w Teddy Boy­sach. Był zafa­scy­no­wany bok­sem.

Byłeś kibi­cem?

Na mecze nie jeź­dzi­łem, ale poje­cha­łem kilka razy na wyjazd, na ustawki. Zro­biły na mnie wra­że­nie. Spo­tka­nie w jed­nym miej­scu pod mia­stem. Dobrze dobrane miej­sce, dys­kretne. Pod­jeż­dża ze trzy­dzie­ści samo­cho­dów. Wszy­scy na wkur­wie. Stu cha­mów. Szczęki do walki w ustach. Nie był to długi epi­zod w moim życiu i w jakichś wiel­kich wal­kach nie bra­łem udziału.

I nie byłeś kibi­cem? Nie śle­dzi­łeś ligi, zmian w skła­dzie?

No co ty? (śmiech) Nie ma takiej potrzeby. Mia­łem z pięt­na­ście lat. Raz wita­li­śmy polo­ni­stów [kibi­ców kon­ku­ren­cyj­nej Polo­nii War­szawa]. Mie­li­śmy szpiega w pociągu Polo­nii, który miał go awa­ryj­nie zatrzy­mać w miej­scu, gdzie zro­bi­li­śmy zasadzkę. Ale namie­rzyli go, jak gadał przez tele­fon, i nas poli­cja roz­go­niła. Ja też mia­łem być szpie­giem, bo byłem jesz­cze młody. W końcu nim nie zosta­łem. Przy­goda z ustaw­kami w sumie szybko się skoń­czyła, była krót­kim epi­zo­dem, ale jak się oka­zało, miała duży wpływ na moje życie, bo ten chło­pak, który mnie w to wkrę­cił, w kółko opo­wia­dał o bok­sie. Zoba­czy­łem, że u mnie na Pra­dze powstał klu­bik bok­ser­ski. Posze­dłem do niego spró­bo­wać. Szybko się tam dobrze poczu­łem, mia­łem dobry kon­takt z tre­ne­rem. Byłem pierw­szym zawod­ni­kiem Huberta Miga­czewa, który potem został tre­ne­rem kadry naro­do­wej. Jeź­dzi­łem na zgru­po­wa­nia i obozy spor­towe, na któ­rych był Zby­szek Raubo, legen­darny bok­ser i tre­ner. Boks dostar­czał mi moc­nych wra­żeń, a ja ich potrze­buję. To zawsze było dla mnie naj­waż­niej­sze. Zawody bok­ser­skie to jest naprawdę coś. Wyj­ście na ring w sali wypeł­nio­nej widzami. Walka. Jeżeli cho­dzi o emo­cje, to było coś fan­ta­stycz­nego. Mam wielki sza­cu­nek do każ­dego zawod­nika, który wycho­dzi na ring.

Czemu to zarzu­ci­łeś?

Nie mia­łem warun­ków, żeby być mistrzem świata. Może do tytułu mistrza Pol­ski bym doszedł, ale - w tam­tych cza­sach - ni­gdy bym nie miał z tego pie­nię­dzy, a z dru­giej strony boks, kiedy się wcho­dzi na okre­ślony poziom, powo­duje potworne urazy głowy. Wycho­dzą zresztą po latach i z roku na rok wiem o tym coraz lepiej. Bóle głowy, zawroty, gubię cza­sem słowa. Za boks zawod­ni­czy się płaci całe życie.

Pocho­dzisz ze spor­to­wej rodziny?

Skąd! Ojciec pro­wa­dził firmę budow­laną, matka była tech­ni­kiem elek­tro­ni­kiem.

Co matka na to, że jesteś na woj­nie?

Z matką mia­łem i mam słabe rela­cje. Może to wina tam­tych cza­sów. Wiem od ciotki, że matka miała depre­sję popo­ro­dową. Wtedy pew­nie nawet tego za bar­dzo nie dia­gno­zo­wano, a na pewno z pomocą było kiep­sko. Gdy byłem dziec­kiem, nikt mnie nie nosił, cza­sem może ta ciotka, jak przy­szła. Mam brata. Jest dzie­sięć lat star­szy. Też jakie­goś dobrego kon­taktu nie mie­li­śmy. On był naro­dow­cem, ja anar­chi­stą. Nawet nie był na moim ślu­bie i weselu. Nie mamy rela­cji.

Ojciec już nie żyje...

Tak. Był moim przy­ja­cie­lem. Nowo­twór wykań­czał go przez cztery lata. Dużo czasu z nim spę­dza­łem. Przy­spie­szy­li­śmy ze względu na jego cho­robę wesele. Mia­łem czas, by go poże­gnać. Zmarł pięt­na­ście lat temu.

Dobrze się uczy­łeś?

Zawsze mia­łem czer­wony pasek. Byłem naj­lep­szym uczniem w pod­sta­wówce, posze­dłem do liceum imie­nia Tade­usza Czac­kiego, które w roku, kiedy je koń­czy­łem, było naj­lep­sze w War­sza­wie.

Teraz też jest.

Zawsze jest w czo­łówce. To wyjąt­kowa szkoła. Co roku mie­li­śmy festi­wal teatralny. Uczy­li­śmy się tego, co nam się przyda w życiu, nie jakichś pier­dół. Mia­łem kole­żeń­skie rela­cje z nauczy­cie­lami. Czy może part­ner­skie, bo nie byli­śmy po imie­niu, ale czu­li­śmy się swo­bod­nie. Tro­chę jak w rodzi­nie.

Z jakich przed­mio­tów byłeś naj­lep­szy?

Mate­ma­tyka, fizyka. Ale też bio­lo­gia. Tak w ogóle mia­łem być leka­rzem. Czacki miał naj­lep­szą klasę bio­lo­giczno-che­miczną i ja się do niej dosta­łem. Napi­sa­łem w pod­sta­wówce test mate­ma­tyczno-przy­rod­ni­czy na sto pro­cent. Mia­łem taki papier, że mogłem iść do dowol­nego liceum.

Histo­ria?

Nie. Wcale. I uprze­dza­jąc twoje następne pyta­nie, bo wiem, do czego zmie­rzasz, nie chcia­łem iść do woj­ska i nie byłem mili­ta­ry­stą. Nie inte­re­so­wa­łem się wodzami, woj­skami i woj­nami. Nie zbie­ra­łem ksią­żek o czoł­gach i samo­lo­tach. Strze­la­nie z broni i czy­ta­nie o manew­rach i bitwach mnie nie cią­gnęło.

To się chyba zmie­niło?

Zdzi­wisz się. Dzi­siaj też mnie bar­dzo nie cią­gnie. Idę na strzel­nicę. Robię sobie tre­ning, żeby tę szyb­kość reak­cji ćwi­czyć, szybko i dobrze celo­wać, ale nie mam tak jak część chło­pa­ków. Gdy idziemy na poli­gon, to oni są pod­ja­rani jak dzieci, kiedy widzą nowy sprzęt. Byleby tylko dorwać się do tego i strze­lać. Ja, jeżeli tej broni nie będę uży­wać w boju, nie czuję potrzeby, by z nią spe­cjal­nie tre­no­wać. Nie jestem fety­szy­stą broni. Robię po pro­stu z niej uży­tek. To dla mnie narzę­dzie.

Dla­czego nie posze­dłeś po szkole na medy­cynę?

Bo to dużo nauki i wiele lat. Byłem za to na innych kie­run­kach, i to na ilu! Zaczą­łem od geo­de­zji i kar­to­gra­fii. Potem zmie­nia­łem stu­dia. Dzien­ni­kar­stwo, póź­niej coś z budową pojaz­dów na poli­tech­nice, już nie pamię­tam nawet, jak to się dokład­nie nazy­wało. Nie poma­gało to, że od szes­na­stego roku życia mocno impre­zo­wa­łem. Tomba Tomba, Le Madame, nad ranem Luz­z­tra [nazwy war­szaw­skich klu­bów].

Pamię­tam te miej­sca. To były nie tylko imprezy, ale i styl życia. On nie kłó­cił się ze spor­tem?

Kłó­cił się. Imprezy szko­dziły spor­towi, ale boks kilka razy pomógł mi wró­cić na zdrow­szy tor. Mia­łem i z nim, i z nimi burz­liwe rela­cje. Zaczą­łem bar­dzo mocno, tre­no­wa­łem codzien­nie. Wice­mi­strzo­stwo Mazow­sza w junio­rach, udział w mistrzo­stwach Pol­ski. W kla­sie matu­ral­nej z kolei zna­la­złem pracę jako bar­man. Spę­dza­łem dużo czasu w klu­bach i knaj­pach.

Mio­tało tobą...

W tam­tym cza­sie byłem pewien, że nie pożyję długo. Może i dla­tego też tej medy­cyny nie wybra­łem. Wąt­pi­łem, bym docią­gnął do jej końca. Kom­plet­nie nie odnaj­dy­wa­łem się wśród ludzi. Czu­łem destruk­cję w sobie i dookoła. Cho­ciaż z zewnątrz byś tego nie poznał. Z zewnątrz to wyglą­dało wszystko zaje­bi­ście. Potra­fi­łem stwo­rzyć wokół sie­bie grupę ludzi. W liceum byłem popu­larny, bo pra­co­wa­łem w jed­nym z naj­po­pu­lar­niej­szych klu­bów - Bar­bie­ba­rze.

Ale jakoś prze­ży­łeś jed­nak. Do tego bar­dzo szybko jak na nasze czasy zna­la­złeś żonę, zało­ży­łeś rodzinę.

Prze­ży­łem. Tak naprawdę Pau­lina jest moją pierw­szą dziew­czyną. Wcze­śniej były takie na jedno spo­tka­nie. Pozna­li­śmy się w klu­bie, gdzie byłem bar­ma­nem. Na początku zresztą się nie rwa­łem, bo tam były dzie­siątki dziew­czyn, które dawały mi numer tele­fonu. Ale pod koniec, jak wycho­dziła, powie­działa, że pra­cuje w restau­ra­cji sushi. A ja lubię sushi. Posze­dłem spraw­dzić. Nie byłem pewien, czy mnie będzie pamię­tać, więc wzią­łem kolegę z siłowni, takiego Jaśka. On potem zresztą był świad­kiem na naszym ślu­bie. Poje­cha­li­śmy na to sushi. Dosta­li­śmy pięć­dzie­siąt pro­cent zniżki. Tego samego wie­czora wpa­dłem po nią po pracy. Pamię­tam, że naj­pierw poje­cha­li­śmy do Tomba Tomba, do jacuzzi. Potem wybra­li­śmy się do Gin­gera, takiej popu­lar­nej restau­ra­cji w cen­trum, coś zjeść. Całą noc jeź­dzi­li­śmy samo­cho­dem, a o wscho­dzie słońca zawio­złem ją do domu. Tak się wszystko zaczęło. Bar­dzo szybko zamiesz­kała u mnie. Mia­łem dwa­dzie­ścia lat.

Z czego żyli­ście?

Dobrze zara­bia­łem jako bar­man, mimo że pra­co­wa­łem tylko w week­endy. Co tydzień wyjeż­dża­li­śmy na wto­rek, środę i czwar­tek na Mazury. Na wszystko star­czało. Szybko wzię­li­śmy ślub, bo mój ojciec był bar­dzo chory, umie­ra­jący, a chcia­łem, by na nim był. Trzy razy rodził się nasz zwią­zek. Po dzie­wię­ciu mie­sią­cach zna­jo­mo­ści wzię­li­śmy ślub, po kolej­nych dzie­wię­ciu mie­sią­cach Pau­lina zaszła w ciążę, no i oczy­wi­ście potem po dzie­wię­ciu mie­sią­cach uro­dziła się pierw­sza córka.

A imprezy?

Cał­ko­wi­cie zre­zy­gno­wa­łem z imprez. Nie potrze­bo­wa­łem ich.

Mał­żeń­ska sie­lanka?

No wła­śnie nie było sie­lanki. Naj­pierw ojciec umie­rał, a ja musia­łem się nim zająć. Żona miała pre­ten­sje, że mam za mało czasu dla niej. Mnie to wku­rzało. Nie potra­fi­łem się z empa­tią odnieść do tej sytu­acji. Oboje byli­śmy bar­dzo mło­dzi - emo­cje, hor­mony. Gdyby Pau­lina nie zaszła w ciążę, to pew­nie byśmy się roz­stali. Ale uro­dziło się naj­pierw jedno dziecko, a czter­na­ście mie­sięcy póź­niej dru­gie.

Dwie córki. Uspo­ko­iły cię na tro­chę?

Byłem zako­chany w nich i w zaj­mo­wa­niu się nimi. Mia­łem moty­wa­cję, anga­żo­wało mnie to. Rów­no­cze­śnie byłem mene­dże­rem w klu­bie. Potem jesz­cze gdzie indziej byłem mene­dże­rem, a w tym cza­sie zosta­łem kie­row­ni­kiem ope­ra­cyj­nym szwalni gar­ni­tu­rów w Myśle­ni­cach.

Cią­gle czu­łeś się wyalie­no­wany?

Czu­łem, że mój spo­sób myśle­nia jest odmienny od spo­sobu myśle­nia ludzi, któ­rzy mnie ota­czają, i że trudno nam ze sobą funk­cjo­no­wać.

Mie­wa­łeś ataki agre­sji?

Tak. Zda­rzało mi się komuś przy­ło­żyć, gdy się nie­ład­nie ode­zwał, albo gonić jakie­goś chama samo­cho­dem i go stra­szyć. Ale nie mia­łem ni­gdy kon­flik­tów z pra­wem.

Po pro­stu nikt cię nie oskar­żył...

Czasy się tro­chę zmie­niły. Dziś jest gorzej, bo wszy­scy nagry­wają takie rze­czy tele­fo­nami i idą na poli­cję. Kie­dyś ludzie byli bar­dziej cha­rak­terni. Jak nie oka­za­łeś komuś sza­cunku, to musia­łeś się liczyć z tym, że dosta­niesz łomot. A teraz lamusy śmieją się tobie w twarz i stra­szą poli­cją.

W końcu, by wró­cić do tematu, zało­ży­łeś knajpę...

To nie do końca tak. Ja w sumie te knajpy mia­łem trzy. Pierw­szą, jesz­cze jak mia­łem dwa­dzie­ścia lat, z dwójką wspól­ni­ków. Ale to nie poszło, bo żeby wspól­nie pro­wa­dzić knajpę, trzeba mieć dobrych part­ne­rów, dużo z nimi gadać. To bar­dzo trudny biz­nes. Drugą, też ze wspól­ni­kiem, otwie­ra­li­śmy naprze­ciwko Fil­har­mo­nii Naro­do­wej w War­sza­wie. Prze­ją­łem ją po restau­ra­cji Poppy. Była bar­dzo zadłu­żona, wła­ści­ciel nie chciał spła­cić zobo­wią­zań. W końcu zre­zy­gno­wa­łem. Potem zało­ży­li­śmy restau­ra­cję z Pau­liną. Słabo szło. Nie byłem w to zaan­ga­żo­wany. Znowu dopa­dły mnie demony. Męczy­łem się ze sobą i z innymi.

Po prze­mó­wie­niu Zełen­skiego wszystko się zmie­niło?

Po Buczy. Ona tę iskrę, o któ­rej wspo­mi­na­łem, zamie­niła w ogień. Ale nie jecha­łem tam z jakimś pla­nem. Zresztą nie bar­dzo wie­dzia­łem, co będzie. Może dołą­czę, może nie dołą­czę, może się uda, może się nie uda. Pojadę, zoba­czę. Potem oka­zało się, że mia­łem dużo szczę­ścia.

Pod­ją­łeś decy­zję, i już?

Tak. Powie­dzia­łem Pau­li­nie, że jadę do amba­sady ukra­iń­skiej. Krzyk­nęła: "Po co ty tam jedziesz?!". Odpo­wie­dzia­łem, że jadę na wojnę. Wie­działa, że to zro­bię, choćby nie wiem co. Że pod­ją­łem decy­zję i się nie cofnę. W Pol­sce to nie było w ogóle zor­ga­ni­zo­wane. Prze­cież u nas nie można słu­żyć w obcej armii, więc legal­nie nie mogli się tym zająć. Tu jakiś numer do kogoś poda­wali, sami nie wie­dzieli, co robić. W końcu zło­ży­łem apli­ka­cję przez stronę inter­ne­tową. Dosta­łem zapro­sze­nie.

Córki?

"Tatuś musi jechać wal­czyć. Rato­wać ludzi". I tyle.

Nic nie mówiły?!

"Tato, ale dla­czego ty?" "Bo ktoś musi". Zro­zu­miały w miarę. Na początku były pła­cze. Kiedy już wyje­cha­łem, jedna z nich wysy­łała mi SMS-y: "Kiedy wró­cisz, tatu­siu kochany?". Póź­niej się przy­zwy­cza­iły. Dziś im się Ukra­ina podoba. Były w Ode­ssie. Są nią zachwy­cone.

Jaki macie kon­takt teraz?

Dużo lep­szy niż przed wojną. Wtedy, przed wyjaz­dem, wszystko się sypało. Szcze­gól­nie we mnie. Dziś jestem z żoną na pozio­mie nasto­let­niej miło­ści. Kiedy wra­cam do domu, rzu­camy się na sie­bie. Cho­dzimy razem za ręce po skle­pach. Otwo­rzy­łem się na jej miłość.

Wra­ca­jąc do córek, co pewien czas przy­jeż­dżam. Nie tra­cimy kon­taktu, nie jestem dla nich obcym face­tem. Są te same wygłupy, które były wcze­śniej. Ale wiem też, że teraz jest taki moment, że star­sza córka zaraz zacznie dora­stać, i że to ważny etap, który mogę po czę­ści stra­cić. Muszę wybrać albo jakoś to pogo­dzić. Z dru­giej strony ojciec czy matka pra­cu­jący za gra­nicą i przy­jeż­dża­jący do domu raz na kilka mie­sięcy to dziś dość powszechne. Są tele­fony, komu­ni­ka­tory.

Ale dość rzadko jadą "zgi­nąć śmier­cią boha­ter­ską"...

Mówi­łem ci już, że wolę żyć krótko, ale inten­syw­nie. Nie mogłem zna­leźć sobie miej­sca. Źle się czu­łem w War­sza­wie, w swo­jej rze­czy­wi­sto­ści.

Wła­ści­wie to poje­cha­łeś popeł­nić hero­iczne samo­bój­stwo?

Można to tak nazwać. Bar­dzo szla­chetne samo­bój­stwo. Wolę okre­śle­nie "poświę­cić życie w obro­nie słab­szych". To można wytłu­ma­czyć wszyst­kim. Będzie to doce­niane, a nie będzie się cią­gnęło jako wsty­dliwa sprawa.

A co z cór­kami?

Mia­łyby ojca, który zgi­nął w walce na woj­nie. W słusz­nej spra­wie. Jak wiele córek przed nimi. Uwzględ­nia­jąc to, jak się czu­łem, było to wtedy naj­lep­sze roz­wią­za­nie. Wewnętrz­nie, bo na zewnątrz wszystko było świet­nie. Nie zosta­wił­bym też - mówię o tym, co wtedy myśla­łem - rodziny na lodzie. Dosta­łyby - przy­naj­mniej wów­czas tak myśla­łem - odszko­do­wa­nie, około miliona ośmiu­set tysięcy zło­tych, więc Pau­lina by sobie pora­dziła. Przy­ja­cie­lowi zosta­wi­łem instruk­cje jak i co. Gdzie zadzwo­nić. Dałem mu numery kon­tak­towe do moich ofi­ce­rów. Choć potem oka­zało się, że tych odszko­do­wań nikt nie dostaje. Przy­naj­mniej do tej pory nie sły­sza­łem, żeby ktoś dostał.

Jak sobie wyobra­ża­łeś śmierć? Że będziesz sie­dział na szańcu i ostrze­li­wał się do ostat­niej kuli jak w wier­szach i fil­mach?

Nie mia­łem wyobra­żeń. Zakła­da­łem po pro­stu, że praw­do­po­dob­nie zginę. Uzna­łem też, że to może się pro­pa­gan­dowo przy­dać. "Śmierć Polaka w obro­nie dzieci i kobiet na Ukra­inie". Nada­wa­łem się na wojnę. Jestem bar­dzo sprawny, nawet jak na stan­dardy woj­skowe. Zało­ży­łem więc, że będę brał naj­nie­bez­piecz­niej­sze zada­nia. Że się przy­dam.

A jak dzi­siaj na to patrzysz?

Cał­kiem ina­czej. Zmie­niło się moje rozu­mie­nie wojny. Zro­zu­mia­łem, że nie jesteś tam samot­nym Rambo, który zabija wro­gów i prze­żyje albo nie, tylko że jesteś czę­ścią grupy. Że jeśli tobie się coś sta­nie, to sta­nie się twoim przy­ja­cio­łom, bra­ciom, i że w pew­nym momen­cie ich życie jest dla cie­bie waż­niej­sze niż twoje. Dzia­łasz w zespole i dbasz o los całego zespołu.

Wojna ura­to­wała ci życie...

Może mi je jesz­cze zabie­rze. (śmiech) Na pewno mnie bar­dzo zmie­niła. Spra­wiła, że ina­czej patrzę na świat. Część rze­czy prze­war­to­ścio­wała.

A co na to twoi zna­jomi?

Mam bar­dzo wąskie grono przy­ja­ciół. Ludzie lubią mieć dokoła ludzi podob­nych do sie­bie, a ja nie jestem zbyt podobny.

A jak jecha­łeś?

Wszy­scy znie­chę­cali. Na Saskiej Kępie, gdzie pro­wa­dzi­li­śmy restau­ra­cję, przy­cho­dzili ludzie i mówili: "Pio­trek, nie jedź". A nie­któ­rzy mówili i tak: "Po co dla tych ban­de­row­ców tam jedziesz? Oni zabi­jali naszych, kobiety i dzieci". Mówię: "Dziś jest inny świat. Są inni ludzie. Inne myśle­nie. Poza tym chcę jechać". Paru oso­bom powie­dzia­łem, że jadę zgi­nąć śmier­cią boha­ter­ską. Pukały się w głowę.

Dosta­łeś więc w kwiet­niu 2022 roku "zapro­sze­nie na wojnę" od strony ukra­iń­skiej. Co dalej?

W tym cza­sie pozna­łem też Illię, ukra­iń­skiego dzia­ła­cza. Przy­szedł do nas do knajpy kie­dyś z synem. Szli na bada­nia do pobli­skiego szpi­tala na Nie­kłań­skiej. Mówię mu: "Nie mam kana­pek w kar­cie, ale mam coś innego". Wzią­łem go na zaple­cze, a tam dzie­sięć kobiet robi kanapki dla Ukra­iń­ców. Chłop się popła­kał i opo­wiada o sytu­acji, pomocy, kon­wo­jach. Mówi, że będzie tam jechał, więc mówię, że się chcę z nim zabrać. I dołą­czyć do Mię­dzy­na­ro­do­wego Legionu wal­czą­cego na Ukra­inie [Mię­dzy­na­ro­dowy Legion Obrony Tery­to­rial­nej Ukra­iny - zło­żona z ochot­ni­ków z innych państw jed­nostka bro­niąca Ukra­iny]. Wymie­ni­li­śmy się nume­rami. Po dwóch tygo­dniach się ode­zwał. Razem poje­cha­li­śmy na Ukra­inę. Po dro­dze, jesz­cze przed pol­ską gra­nicą, mie­li­śmy wypa­dek. Zoba­czył we mnie świet­nego orga­ni­za­tora, bo w godzinę zor­ga­ni­zo­wa­łem nowy samo­chód. Kupi­li­śmy go za gro­sze.

Po dro­dze sporo roz­ma­wia­li­śmy. Illia jest histo­ry­kiem. Tłu­ma­czył mi ukra­iń­skie podej­ście do róż­nych spraw, też tych trud­nych: Ban­dery, UPA.

Kłó­ci­li­ście się?

Dla mnie to nie jest aż tak ciężki temat jak dla nie­któ­rych, bo ja nie mia­łem rodziny na Wscho­dzie. Nie zna­łem, szcze­rze mówiąc, za dobrze tych histo­rii. On mówił też, że nie jest ban­de­row­cem, że nie ma tak do końca zda­nia, że to trudne sprawy, ale jak przy­je­cha­li­śmy do niego do domu, to na ścia­nie wisiał pla­kat chwa­lący UPA, a na stole stał kubek z Ban­derą.

Tak jak w wielu ukra­iń­skich domach...

Bądźmy szcze­rzy, dla nich Ban­dera jest wiel­kim boha­te­rem. Nie mam co do tego wąt­pli­wo­ści. Choć z mor­dów na Pola­kach nie są dumni, jeśli w ogóle o nich wie­dzą. Trak­tują to jako taką trudną kartę, o któ­rej lepiej nie gadać. W roz­mo­wie z Illią zresztą bar­dziej byłem cie­kaw jego wer­sji, niż chcia­łem dys­ku­to­wać. Szcze­gól­nie że kom­plet­nie na tym się nie zna­łem.

Mówił też o wielu innych rze­czach. O rela­cjach, jakie były na Ukra­inie. O domach z kolum­nami przy drzwiach. Powie­dział, że jak dom miał kolumny, to miesz­kał w nim "pan" [Polak], a bez kolumn to był dom chłopa. Opo­wia­dał mi o cza­sach, gdy jego bab­cia była dziec­kiem i chcieli ją zjeść kani­bale. Ucie­kła na drzewo i wiele godzin cze­kała na pomoc. Dla mnie histo­ria o jedze­niu dzieci była czymś absur­dal­nym.

Nie była. To pew­nie był jakiś ele­ment pamięci Wiel­kiego Głodu na Ukra­inie z lat trzy­dzie­stych. Illia pomógł ci pójść na front?

No wła­śnie nie. Zaczął mnie nama­wiać, bym się włą­czył do jego pracy spo­łecz­nej. Mówił, że na wojnę jadą ludzie po misjach. "Co ty będziesz jechał? Zgłu­pia­łeś. Masz żonę, dzieci". Pró­bo­wał mnie odwieść. Niby orga­ni­zo­wał jakieś spo­tka­nia z woj­sko­wymi, ale to było tak zro­bione, żeby mnie znie­chę­cić. Wró­ci­łem roz­cza­ro­wany i zły. Ale się nie pod­da­łem. Mówię sobie: pojadę z tym Illią jesz­cze raz, jak naj­szyb­ciej. Tylko tym razem spraw­dzę sobie miej­sce, gdzie mam pójść i się zacią­gnąć. Nie będę z nim wcale o tym gadał, bo on nie chce mnie tam puścić. Spraw­dzi­łem, gdzie iść. W poło­wie maja poje­cha­łem. W Medyce posze­dłem do bia­łego namiotu. "Dzień dobry, ja do legionu". "Dzień dobry. Pro­szę iść tam. Dwie­ście metrów i w prawo jest taki duży budy­nek. Zapra­szamy".

To był punkt poboru?

Wszystko naraz. Także punkt pomocy huma­ni­tar­nej. Wyda­wano posiłki, ludzie spali z dziećmi. Ci, któ­rzy ucie­kli przed wojną. Wszy­scy jechali do Pol­ski. A ja jecha­łem w prze­ciw­nym kie­runku. Był też tam wolon­ta­riusz, który prze­pro­wa­dził ze mną roz­mowę. Idę do niego. Mówię, o co mi cho­dzi, a on na to, że jest... pacy­fi­stą. Pyta, po co idę zabi­jać. Po co chcę tam jechać. Prze­cież to wszystko zło. Zabi­ja­nie ludzi jest złe. Ta wojna nie ma sensu. W końcu pyta: "Czemu ty chcesz tam iść?".

No więc ja mu odpo­wia­dam naj­pro­ściej, jak się da: "Przy­je­cha­łem tutaj chro­nić kobiety i dzieci".

/ Z ZAPI­SKÓW PIO­TRA /

Z Illią roz­ma­wia­li­śmy dużo o histo­rii Ukra­iny i o sytu­acji poli­tycz­nej. Roz­ma­wia­li­śmy o tym, że Ukra­ińcy poma­gali Cze­cze­nom w woj­nach z Rosją, dostar­czali im broń. A dziś nie­któ­rzy Cze­czeni gwałcą i rabują na Ukra­inie. Byli­śmy u jego zna­jo­mych, któ­rzy prze­ko­ny­wali mnie, żebym nie szedł do woj­ska. To mał­żeń­stwo wypro­wa­dziło się z Kijowa na wieś. Gdzie­kol­wiek byli­śmy, do każ­dego posiłku pili­śmy jakiś alko­hol i wzno­si­li­śmy toa­sty. Naj­cie­kaw­szy alko­hol piłem w domu rodzin­nym Illii. Była to bura­czanka, którą jego tato zro­bił jesz­cze w latach dzie­więć­dzie­sią­tych. Bar­dzo mocna, z zapa­chem buraka i ziemi. Tato Illii był kimś w rodzaju kie­row­nika PGR-u. Żeby buraki się nie zepsuły, robił z nich bim­ber, który wie­lo­krot­nie fil­tro­wał. Lep­szego bim­bru nie piłem.

Zapo­mnia­łeś mu powie­dzieć o innych moty­wa­cjach...

Podobno tak jak ja odpo­wia­dali pra­wie wszy­scy. To jest wer­sja ofi­cjalna. Zresztą po czę­ści praw­dziwa. Tę wer­sję mówi się wszyst­kim, a praw­dziwe moty­wa­cje zawsze są inne. Wyni­kają z róż­nych rze­czy. Każdy jest inny, ma swoje powody. Wszy­scy mówią, że jadą dla innych, ale jadą też dla sie­bie.

Dla pie­nię­dzy?

Też. Dla pie­nię­dzy przy­jeż­dżają ludzie z Ame­ryki Połu­dnio­wej. Kolum­bij­czycy. Dla nich te sto dola­rów dzien­nie, które wtedy pła­cono, bo potem pen­sje spa­dły, to były duże pie­nią­dze. Ja to rozu­miem.

Dla Polaka chyba nie aż takie, by ryzy­ko­wać życie...

A co dopiero mówić o Ame­ry­ka­ni­nie czy Bry­tyj­czyku. Ale dla Polaka też nie. Nikt tylko dla tych pie­nię­dzy nie będzie spę­dzał dwu­dzie­stu czte­rech godzin na fron­cie pod ostrza­łem czoł­gów i moź­dzie­rzy, heli­kop­te­rów i snaj­pe­rów. W zim­nie, bło­cie, desz­czu. Pew­nie wię­cej się zarobi, sprzą­ta­jąc miesz­ka­nia w Nor­we­gii. Polacy szli na tę wojnę ide­owo. By bro­nić Ukra­iny, Pol­ski przed ruskami.

Cza­sem na wojnę idą też ludzie, któ­rzy ucie­kają przed kło­po­tami. Nie­kiedy chcą wojnę wpi­sać sobie do CV, zdo­być doświad­cze­nie. Przy­jeż­dżali i ludzie, któ­rzy po pro­stu szu­kali wojny.

Tacy jadą tam, gdzie ona jest. Jed­nak dzie­więć­dzie­siąt sie­dem pro­cent mówi: "Jecha­łem rato­wać kobiety i dzieci". Ja też tak powie­dzia­łem. Ale jak się cofnę i zasta­no­wię, czemu jecha­łem... Jecha­łem do innego pań­stwa, gdzie nie mia­łem żad­nych korzeni ani bli­skich i które nie­zbyt lubi­łem ze względu na moje doświad­cze­nia z gastro­no­mii. Ale tak, na pewno chcia­łem też chro­nić kobiety i dzieci.

Poje­chał­byś do Afryki, Syrii albo w jakieś inne dale­kie miej­sce, gdzie kobiety i dzieci potrze­bują obroń­ców?

Nie wiem. Wyjazd na Ukra­inę jest łatwy. Wsia­dam do busa i jestem. A wyjazd do Afryki był nie­moż­liwy. Przy­pad­ko­wych osób tam nie biorą. Dziś, z moim doświad­cze­niem, na każ­dej woj­nie wita­liby mnie z otwar­tymi ramio­nami. W każ­dym miej­scu tra­fił­bym do naj­lep­szych grup. Ale wtedy to była jedyna moż­li­wość.

Bio­rąc to wszystko pod uwagę, to prze­mó­wie­nie miało jakie­kol­wiek zna­cze­nie?

Miało. Ono stwo­rzyło pod­bu­dowę. Musia­łem wie­rzyć w to, co robię. Wska­zało mi cel. Tak samo Bucza. Zoba­czy­łem tę masa­krę w tele­wi­zji i zro­zu­mia­łem. Chcia­łem wal­czyć w słusz­nej spra­wie, a tam ginęły kobiety i dzieci. Jak widzisz, nie da się udzie­lić pro­stej odpo­wie­dzi na pyta­nie, które cią­gle zada­jesz. Poza tym ciało wysy­łało mi sygnały, żebym to zro­bił. Kiedy myśla­łem o tym wyjeź­dzie, wyobra­ża­łem sobie, jak będzie, czu­łem się dobrze.

A co dziś myślisz o samym Zełen­skim?

Jest dobrym mówcą. Prze­ko­nał mnie, bym przy­je­chał. Z tego, co widzę, jest dziś nie­lu­biany na Ukra­inie. Ja o nim ogól­nie myślę podobne rze­czy co o Puti­nie, Bide­nie i innych.

To zna­czy co?

Że to wina tych wszyst­kich kurew. Przy­je­cha­łem bro­nić kobiet i dzieci przed ruskimi mor­der­cami i efek­tami dzia­ła­nia poli­ty­ków. To przez nich ludzie umie­rają. Że nie doga­dali się ze sobą i wysy­łają ludzi na wojnę.

Ale dziś jedni są po dobrej stro­nie, bro­nią­cej się, a dru­dzy to napast­nicy.

Tak. Ale nawet na woj­nie to wszystko nie jest takie pro­ste. Mój nie­ży­jący już dowódca Duch mówił nam, że jeste­śmy po stro­nie dobra i wal­czymy ze złem. Ale gdy pisał list do swo­jej sio­stry, to twier­dził, że na woj­nie nie ma dobra i zła. Wszy­scy są źli, bo zabi­jają. Jest tylko zło i więk­sze zło. Żoł­nierz nie może tak myśleć w cza­sie walki. My musimy ich nie­na­wi­dzić, bo nie wygramy, nie prze­ży­jemy misji. My musimy naci­skać spust, gdy widzimy ruskiego "pede­ra­sta" [педераст (ukr.) - "pede­ra­sta"; pogar­dliwy ter­min, któ­rym ukra­iń­scy żoł­nie­rze okre­ślają Rosjan - przyp. aut.]. Dla nas to jest mother­fuc­ker, któ­rego musimy zabić. Bo jak się będziesz zasta­na­wiał, to ty zgi­niesz. Prze­kaz dla żoł­nie­rza jest taki, że musi iść i zabi­jać. Ale w two­jej gło­wie wcale tak do końca nie jest. Zabi­jasz ruska. Pod­cho­dzisz do ciała. Wycią­gasz doku­menty. Widzisz zdję­cie dziew­czyny ze sło­wami "Ja tie­bia lublu". Zasta­na­wiasz się, czy są po ślu­bie. Może mają dziecko. Może mieli w pla­nach dziecko. Oboje mło­dzi. Może nie chciał jechać. Kurwa, to prze­staje być takie łatwe.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki