Wstęp
Co to znaczy być złym Żydem?
Pytanie nie jest nowe. Wielu Żydów - a przynajmniej wielu, których znałam i kochałam lub też znałam i nie kochałam - używa tego epitetu w stosunku do innych i przeciwko nim. Możesz zostać nazwany złym Żydem, jeśli nie przestrzegasz zasad koszerności, jeśli nie dość często chodzisz do synagogi, jeśli nie uczęszczasz do szkoły hebrajskiej lub nie posyłasz tam dzieci, jeśli lubisz przeboje bożonarodzeniowe, jeśli umawiasz się z nie-Żydem lub go poślubiasz, jeśli zbyt rzadko dzwonisz do matki. Lista jest długa.
Kiedy na potrzeby tej książki pytałam amerykańskich Żydów: "Co ci przychodzi na myśl, gdy słyszysz określenie "zły Żyd"?", zebrałam całą gamę opinii: od takiej, że to ktoś, kto odrzuca żydowskość i postrzega ją jako bezwartościową, po tezę, że to osoba negująca związek między żydowskością a syjonizmem. Słyszałam, że zły Żyd nie oczekuje od Żydów i judaizmu wysokich standardów moralnych. Na przykład Stephen Miller, były urzędnik administracji Trumpa, w znacznym stopniu odpowiedzialny za sformułowanie skrajnie prawicowej polityki imigracyjnej, a potem agitujący za jej wdrożeniem, uchodził za złego Żyda w oczach wielu ludzi przekonanych, że nie przestrzega żydowskich wartości. Inni twierdzili, że zły Żyd to ktoś mający wyobrażenie o judaizmie nie do zastosowania w szerszym świecie, trzymający się kurczowo przebrzmiałych poglądów, jak należy mówić o innych Żydach. Rebecca King z Los Angeles, szefowa kuchni prowadząca restaurację The Bad Jew, gdzie serwuje "pork-strami", stwierdziła, że ta fraza przywodzi jej na myśl biegające po lokalu żydowskie dzieciaki, które chcą po prostu jeść bekon1.
Najczęstsza odpowiedź brzmiała: "Kiedy myślę "zły Żyd", myślę o sobie".
Przez wiele lat odpowiadałabym na to pytanie tak samo: że to ja. Że to ja jestem kimś, kogo uważam za złego Żyda.
Kwestia, co oznacza - lub nie - bycie dobrym albo złym Żydem, nabrała szczególnej wagi w obecnym momencie historii Stanów Zjednoczonych. Instytucje żydowskie mówią jedno, Żydzi w swojej masie twierdzą coś innego. Zmienia się zarówno skład demograficzny społeczności żydowskiej, jak i jej polityka.
Gdy piszę tę książkę, trwa debata nad tym, kto powinien się wypowiadać w imieniu wspólnoty i kto zdominuje amerykańską żydowskość. Czy istnieje jedna społeczność Żydów amerykańskich, czy jest ich wiele, o sprzecznych wartościach? Co naprawdę oznacza bycie amerykańskim Żydem? A jeśli tego nie wiemy, dlaczego owo określenie niesie za sobą tyle milczących założeń o tym, jaka jest i powinna być dana osoba?
Pojęcie "amerykańska żydowskość" odnosi się do tożsamości ("Jestem amerykańskim Żydem") i przynależności ("Jestem akceptowany jako amerykański Żyd przez innych amerykańskich Żydów"). Oba te aspekty mogą pozostawać w konflikcie. Co jeśli jakiś człowiek (lub grupa) uważa się za amerykańskiego Żyda, lecz w sposób niezrozumiały albo wręcz nieakceptowalny dla innych, również postrzegających siebie jako amerykańskich Żydów? Ludzi identyfikujących się jako amerykańscy Żydzi jest kilka milionów, nie znaczy to jednak, że identyfikują się ze sobą nawzajem. Ani że akceptują jedni drugich. Niektórzy po przeczytaniu niniejszej książki mogą uznać, że w gruncie rzeczy nie jestem amerykańską Żydówką. Co mam z tym począć? A oni?
W latach gdy rozważałam napisanie tej książki i kiedy faktycznie ją pisałam, konflikt w środowisku amerykańskich Żydów był niewątpliwy. Podobnie jak wiele innych sporów w dzisiejszych Stanach Zjednoczonych przynajmniej częściowo powstał z winy Donalda Trumpa.
Za swoich rządów prezydent Trump blisko współpracował z izraelskim premierem Binjaminem Netanjahu. Wstrzymał pomoc dla Palestyńczyków i przeniósł ambasadę amerykańską w Izraelu z Tel Awiwu do Jerozolimy2. Swojego przeciwnika w wyborach w 2020 roku - Joego Bidena - nazwał "sługusem globalistów"3; zdaniem Ligi przeciw Zniesławieniom (ADL)[1] termin ten "używany jest jako obelga o podtekście etnicznym oraz utrwalona teoria spiskowa, według której żydowskie społeczności są nielojalne wobec krajów zamieszkania i współpracują ze sobą w ramach tajnych międzynarodowych sojuszów"4. Należący do najzagorzalszych stronników Trumpa Żydzi prawicowi oraz ich sprzymierzeńcy, w tym pewne grupy chrześcijan ewangelikalnych, przekonywali, że prezydent jest wielkim przyjacielem Izraela i narodu żydowskiego5. Zaangażowane konserwatywne organizacje żydowskie, jak Koalicja Żydowskich Republikanów[2], bagatelizowały oskarżenia o antysemityzm wysuwane przeciw Trumpowi6 i innym politykom republikańskim sięgającym po antysemickie klisze - jak oskarżanie pewnego żydowskiego miliardera o to, że kupił wybory, albo zmodyfikowanie reklamy internetowej, tak aby nos żydowskiego kandydata wydawał się większy (by wymienić tylko te dwa przykłady7). Jednak również ostentacyjnie bezpartyjne organizacje żydowskie głównego nurtu ściągnęły na siebie krytykę za to, że jedynie markują ciosy, podczas gdy w istocie pochwalają politykę administracji Trumpa wobec Izraela. Jak argumentowali niektórzy postępowcy, grupy te co najmniej równie stanowczo odcinały się od lewicy, jak i potępiały Trumpa, najpotężniejszego człowieka w kraju8.
Tymczasem liberałowie - stanowiący większość żydowskich wyborców w Ameryce - zwracali uwagę, że Żydzi amerykańscy mają na temat Izraela rozmaite opinie, oraz przekonywali, że Trump toruje drogę antysemityzmowi w USA, co jest dla Żydów zdecydowanie złe9.
Niektórzy lewicowi Żydzi dowodzili ze swej strony, że prawica zawłaszczyła termin "antysemityzm", który traktuje jak broń, wypaczając go nie do poznania10, oraz naciskali na polityków nie w kwestii poparcia dla Izraela, lecz dla praw Palestyńczyków11.
Zmieniała się także dyskusja o tym, jaką rolę powinien odgrywać Izrael w polityce Ameryki wobec Żydów oraz jaką rolę amerykańscy Żydzi powinni odgrywać w polityce izraelskiej. Niektóre grupy zachowują się tak, jakby występowały w imieniu wszystkich Żydów - albo przynajmniej w najlepszym interesie Żydów amerykańskich. Więc kto tu jest złym Żydem? Ten amerykański, sprzeciwiający się polityce Izraela? Żyd amerykański, który nie protestuje przeciwko przejawom antysemityzmu przez wzgląd na Izrael? Żyd amerykański utrzymujący, że wie, co jest najlepsze dla innych amerykańskich Żydów?
Zmiana wydaje się zarazem nagła i rozciągnięta w czasie. Dekadę wcześniej, w 2011 roku, konserwatywny komentator polityczny Ben Shapiro napisał w tweecie: "Naród żydowski zawsze zmagał się ze złymi Żydami osłabiającymi go od wewnątrz. W Ameryce owi źli Żydzi w przeważającej części głosowali na demokratów"12. W tym samym roku opublikował artykuł potępiający "Żydów tylko z nazwy". Na Obamę w 2008 roku zagłosowało być może nawet 78 procent amerykańskich Żydów13, lecz dla Shapiry "Żydzi głosujący na Obamę to w znacznej mierze Żydzi tylko z nazwy. Jadają bajgle z łososiem, oglądają Listę Schindlera, w Jom Kipur odwiedzają synagogę - niekiedy. Ale Izrael ich nie obchodzi. A jeśli nawet, to mniej niż aborcja, prawa gejów i globalne ocieplenie"14.
Shapiro zrzutował metaforę złego Żyda na amerykańskie spektrum polityczne. Według jego narracji Żydzi właściwego rodzaju regularnie uczęszczają do synagogi oraz dbają - przede wszystkim - o Izrael. Ponieważ przytłaczająca większość amerykańskich Żydów głosuje na demokratów, i to od dziesięcioleci, Shapiro potępił jako złych Żydów znaczną ich część. Rządy Trumpa tylko uwypukliły ten paradoks: mimo że gros amerykańskich Żydów nie poparło go w wyścigu o prezydenturę, niektóre z najdonośniejszych i najbardziej znanych głosów utrzymywały, że jest dla Żydów dobry.
Przez ostatnie kilka lat zmieniło się także wyobrażenie roli, jaką mają do odegrania amerykańscy Żydzi w polityce. Gdy o prezydenturę ubiegali się dwaj z nich - miliarder i eksburmistrz Nowego Jorku Michael Bloomberg oraz Bernie Sanders, urodzony na Brooklynie socjalista - na scenie debaty przedwyborczej zderzyły się dwa paradygmaty żydowskiej tożsamości: tryskającego pomysłami finansisty oraz demagoga15. Każdy reprezentował inną odmianę amerykańskiej żydowskości, choć na postawy amerykańskich Żydów w dyskursie politycznym wpłynęli nie tylko oni. Pominąwszy kwestię izraelską, niektórzy z nich, krytykując Trumpa, powoływali się na tikun olam, ideę odpowiedzialności za naprawę świata16 (w istocie koncepcja pochodzi z modlitwy o usunięcie nieżydowskich bożków z powierzchni ziemi)17. Inni posunęli się do współpracy z administracją Trumpa; wspomniany już Stephen Miller odpowiada za niektóre jej najostrzejsze, najbardziej dyskryminujące decyzje polityczne18. Część argumentowała, że Żydzi amerykańscy powinni się zjednoczyć z innymi mniejszościami i uciśnionymi narodami na rzecz powszechnej sprawiedliwości, inni twierdzili, że to właśnie Żydzi są pomijani jako grupa mniejszościowa, a nawet że pewne koncepcje sprawiedliwości rasowej czy interpretacje akademickie, jak krytyczna teoria rasy, są dla nich szkodliwe19.
Fakt, że znajdujemy się w okresie zmian, konfliktów i wyzwań, wytrącił moim zdaniem wielu amerykańskich Żydów z równowagi. Nic nie wygląda jak dawniej, choć to z kolei okazja do zastanowienia się nad tym, jak mogłoby wyglądać.
Amerykańscy Żydzi toczą spory o to, co oznacza bycie Żydem w Stanach Zjednoczonych. Nie zgadzają się także w kwestii tego, co stanowi dla nas zagrożenie.
Antysemityzm, nazywany niekiedy najstarszą formą nienawiści, definiuje się jako nienawiść lub uprzedzenie wobec narodu żydowskiego. Analizując dawne i współczesne antysemickie teorie spiskowe - głoszące, że Żydzi wywołali czarną śmierć, że kontrolują światową gospodarkę lub że reżyserują protesty na amerykańskich ulicach - ja osobiście doszłam do wniosku, że precyzyjniej byłoby zdefiniować ten termin jako przekonanie, iż Żydzi są obcy lub pozostają na zewnątrz każdej społeczności, do której trafiają. I że często spiskują, by ową społeczność zdemoralizować.
Termin "antysemityzm" powstał w XIX wieku20, lecz nienawiść do Żydów jako do narodu trwa od setek lat21. Również wiele motywów uważanych dziś przez ogół za antysemickie: że Żydzi wywierają nadmierny wpływ na społeczeństwo albo wręcz kontrolują świat, że są pazerni, mają obsesję na punkcie pieniędzy i kierują systemami finansowymi, że próbują doprowadzić do upadku krajów, narodów lub (przed powstaniem tych ostatnich) społeczeństw - liczy sobie wiele stuleci. Weźmy choćby hiszpańską inkwizycję, która została powołana w XV wieku i doprowadziła do wygnania Żydów. Choć na przestrzeni dziejów natężenie antysemityzmu się zmieniało, nigdy nie zniknął on całkowicie. W istocie żydowska imigracja do Stanów Zjednoczonych osiągnęła szczyt właśnie z powodu panującego w Europie na przełomie XIX i XX wieku antysemityzmu.
Mimo to przybywający do Stanów Zjednoczonych Żydzi przed nim nie uciekli. Ich imigracja została ograniczona właśnie za przyczyną antysemityzmu, który nasilił się w czasie II wojny światowej, osiągnąwszy chorobliwe rozmiary. Później, w okresie powojennym, zjawisko to w USA - a przynajmniej jego otwarte demonstrowanie - osłabło22.
Jednak w ostatnich latach antysemityzm ponownie postrzega się nie jako uśpiony, lecz jawny.
- Widzisz, że dzieje się to tutaj - powiedział mój ojciec, kiedy przeprowadzałam z nim wywiad na potrzeby książki. Choć dorastał w społeczności silnie zdominowanej przez Żydów, zapamiętał z dzieciństwa antysemickie incydenty. Niemniej dopiero niedawno, jak zauważył, zaobserwował, że "znaczne segmenty amerykańskiego społeczeństwa zaczynają obwiniać Żydów za swoje problemy"23.
- Kiedy w latach osiemdziesiątych studiowałem prawo na uniwersytecie, wydawało się, że jadowity antysemityzm w Ameryce należy do przeszłości - mówił Jamie Raskin, członek Izby Reprezentantów ze stanu Maryland, kiedy w 2020 roku przeprowadzałam z nim wywiad do artykułu o antysemityzmie. - Nie stanowił stałej w życiu politycznym. Obecnie jednak antysemityzm i rasizm stały się nagle elementem codziennych konfliktów i walk24.
Mój ojciec i kongresmen Raskin nie są osamotnieni w swoich poglądach. Jak ustaliła ADL, liczba incydentów antysemickich osiągnęła apogeum w 2019 roku (zaczęto je rejestrować w 1979 roku)25. W badaniu wśród amerykańskich Żydów przeprowadzonym w 2020 roku przez Komitet Żydów Amerykańskich (AJC)[3] stwierdzono, że choć większość ankietowanych nie doświadczyła bezpośrednio antysemityzmu, osiemdziesiąt osiem procent z nich ma poczucie, że stanowi on "problem". Osiemdziesiąt dwa procent odniosło wrażenie, że w ciągu ostatnich pięciu lat antysemityzm przybrał na sile26.
Także w tej sprawie brak jednomyślności. Choć w tej samej ankiecie Komitetu Żydów Amerykańskich sześćdziesiąt dziewięć procent amerykańskich Żydów uznało, że republikanie żywią sporo antysemickich poglądów lub takie poglądy przejawiają (podobną opinię o demokratach wyraziło zaledwie trzydzieści siedem procent badanych), istnieje też grupa, której zdaniem bardziej podstępny antysemityzm demonstruje polityczna lewica, szczególnie antysyjonistyczna27. Kwestią sporną pozostaje również to, czy jako antysemityzm należy klasyfikować antysyjonizm.
Podobnie po wyborze Joego Bidena na prezydenta w 2020 roku instytucje Żydów amerykańskich debatowały, czy przyjąć i propagować jako własne stanowisko polityczne definicję antysemityzmu[4] ogłoszoną w 2016 roku przez Międzynarodowy Sojusz na rzecz Upamiętnienia Holokaustu (IHRA)[5]. Po analizie przykładów uzupełniających definicję niektórzy wyrażali niepokój, że można ją łatwo wykorzystać do uciszania krytyki Izraela poprzez utożsamienie tego kraju z narodem żydowskim28. Niektórzy, jak historyk David Engel, twierdzą, że termin "antysemityzm" generalnie jest niedoskonały i arbitralny29.
W minionych latach próbowali go zdefiniować nie tylko amerykańscy Żydzi. Mike Pompeo w ostatnich tygodniach na stanowisku sekretarza stanu zadeklarował, że antysyjonizm równa się antysemityzmowi. Na posiedzeniu zatwierdzającym kandydaturę Merricka Garlanda (którego rodzina przybyła do USA, uciekając przed antysemityzmem) na stanowisko prokuratora generalnego senator Mike Lee z Utah (niebędący Żydem) zapytał o komentarze, jakie na temat Izraela czynili przyszli zastępcy prokuratora. "Senatorze - odparł Garland - potrafię całkiem nieźle ocenić, kto jest antysemitą"30.
Zatem gdy mowa o tym, co to znaczy być Żydem, brak zgody nie tylko w sensie czynnym - co ktoś taki powinien robić i mówić oraz kogo popierać - lecz także w kontekście tego, czego powinien się obawiać. Stanowimy w USA mniejszość, co może pociągać za sobą zagrożenia i budzić lęk. A mimo to nie potrafimy dojść do porozumienia w kwestii naszych obaw.
Choć obecny moment wydaje się szczególny, jest zaledwie ostatnim z wielu podobnych w historii amerykańskich Żydów, pełnej dyskusji, sporów i załamywania rąk nad tym, kto jest Żydem, jak nim być i co to oznacza.
Istniały w dziejach USA okresy, kiedy Żydom amerykańskim wyrządzano krzywdę, i istniały okresy, kiedy to oni wyrządzali krzywdę innym. Istniały w dziejach USA okresy, kiedy jedni amerykańscy Żydzi krzywdzili innych amerykańskich Żydów. I istniały okresy - jak obecny - kiedy amerykańscy Żydzi nie zgadzali się co do tego, którzy z nich są ofiarami, a którzy sprawcami krzywd. Tę właśnie złożoną i skomplikowaną historię mam nadzieję objaśnić i na jej tle ukazać obecne debaty.
Po co zawracać sobie głowę przeszłością? Dlaczego bierze się za nią ktoś taki jak ja, dziennikarka zajmująca się współczesnym społeczeństwem i polityką?
Pierwszy powód brzmi, że upieranie się dzisiaj przy stanowisku, że istniał - i istnieje - właściwy sposób bycia Żydem, ma określone konsekwencje. Na przykład obstawanie, że Żydzi w małżeństwach mieszanych mniej poważnie traktują judaizm i z jakiegoś powodu nie mogą w pełni przekazać dzieciom żydowskich wartości, wpływa na to, jak ich potomstwo jest przyjmowane w środowiskach żydowskich. Kojarzenie żydowskości z pewnymi cechami powierzchowności prowadzi do traktowania Żydów niebiałych jak outsiderów, nawet w ich własnych synagogach. Argument, że prawdziwi Żydzi mają określone przekonania polityczne, prowadzi do wykluczania tych, którzy myślą, mówią i postępują inaczej. Tymczasem powinniśmy starać się zarazem zdefiniować i zrozumieć to, co się dzieje, oraz umieścić dzisiejszą debatę na temat żydowskości we właściwym kontekście historycznym.
Drugi powód jest taki, że bycie Żydem - lub kimkolwiek innym - może oznaczać wiele różnych rzeczy. Ufam, że niniejsza książka pomoże amerykańskim Żydom (a w istocie każdej osobie zainteresowanej refleksją nad dowolną tożsamością) rozważyć zalety i wady przypinania etykiet. Tego, jak mogą być ograniczające. A zarazem jak wiele przestrzeni w sobie mieszczą, jak są elastyczne, rozciągliwe i zdolne do ukształtowania według naszych upodobań.
W trakcie wywiadu przeprowadzanego w 2020 roku z doktorem Joshem Perelmanem, głównym kuratorem w Państwowym Muzeum Historii Żydów Amerykańskich, rzuciłam uwagę, że w amerykańskiej historii Żydzi nie byli ani ofiarami, ani krzywdzicielami. Poprawił mnie łagodnie.
- To nie tak, że Żydzi amerykańscy nie byli ani ofiarami, ani krzywdzicielami, lecz że oni (czyli my) byli zarówno jednymi, jak i drugimi. Wyzwanie - powiedział - polega na tym, by przyjąć tę prawdę, przeanalizować, co oznacza, i ją objaśnić31.
Książka Źli Żydzi obejmuje z grubsza stuletnie dzieje polityki, kultury, tożsamości i sporów w społeczności amerykańskich Żydów. Zaczyna się w chwili, gdy dobiega kresu ich masowa imigracja do Stanów Zjednoczonych.
Żydzi zamieszkują w USA tak długo, jak istnieje kraj. Za punkt wyjścia obrałam wprowadzenie prawnej blokady wielkoskalowej migracji żydowskiej, ponieważ od lat dwudziestych XX wieku, gdy rzeka przybyszów skurczyła się do cienkiego strumyczka, populacja żydowska USA stała się w mniejszym stopniu zbiorowością napływową. Zarazem w większym stopniu stała się zbiorowością zmuszoną do zmagania się z kwestią, co to znaczy żyć w Ameryce i z Ameryki pochodzić, i spierania się o to.
Zarówno w kontekście historycznym, jak i tematycznym książka skupia się na ewoluujących i sprzecznych postawach Żydów wobec asymilacji, rasy, syjonizmu i Izraela, zamożności, filantropii, finansów i ubóstwa, polityki, sprawiedliwości społecznej. Niejako przy okazji mierzy się z żydowskimi stereotypami, analizując, skąd się wzięły i co sprawia, że są tak niebezpieczne - nie tylko dla amerykańskich Żydów, lecz dla Ameryki w ogóle. Więcej - próbuje wyjść poza owe stereotypy i uchwycić rozmaite stanowiska, jakie amerykańscy Żydzi zajmowali wobec powyższych kwestii, oraz to, jak próbowali pozycjonować się w Stanach Zjednoczonych.
Zbierając materiały, rozmawiałam z blisko stu pięćdziesięcioma osobami, z których przytłaczająca większość była Żydami. Ponieważ książka powstawała w czasie pandemii COVID-19, odbywało się to głównie przez telefon albo za pośrednictwem WhatsAppa lub Zooma, z mojego domu w Waszyngtonie. Siedząc przy blacie kuchennym lub na kanapie i przepraszając za swojego pobrzękującego obrożą psa, dopytywałam, co dla nich oznacza bycie Żydem. Część wywiadów przeprowadziłam w Nowym Jorku, Tel Awiwie i Jerozolimie (jeden z fragmentów napisałam podczas siedmiodniowej kwarantanny w telawiwskim hotelu). Choć napomykam o kwestii izraelsko-palestyńskiej, w ogromnym stopniu zaprzątającej wyobraźnię i sumienia amerykańskich Żydów, większa część książki została osadzona w Stanach Zjednoczonych i dotyczy tutejszej społeczności żydowskiej. Z tego względu zwróciłam się nie tylko do historyków, uczonych i dziennikarzy, decydentów politycznych, polityków i znaczących postaci z tej społeczności, ale także - głównie - do osób nienależących do żadnej z tych kategorii. Historia Żydów amerykańskich jest żywa - zdecydowałam, przystępując do pracy - zatem chcę rozmawiać z żyjącymi amerykańskimi Żydami.
Jedna z kobiet, Ruth Boehl, przed wywiadem przysłała mi mejla. Chciała się upewnić, że jest Żydówką właściwego rodzaju, zanim poświęcę jej swój czas. Zapewniłam ją, że owszem. Jak się wyjaśniło w trakcie rozmowy, przez całe życie traktowano ją tak, jakby nią nie była.
Wyjaśniła, że do wypełnienia krótkiego formularza dla moich potencjalnych rozmówców sprowokował ją tytuł książki.
- Rozmyślam o tym nieustannie - wyznała. - I o kwestii przeciwnej. Kto to jest dobry Żyd? - zapytała półżartem. - Czy ktoś mi wytłumaczy, kto jest dobrym Żydem? Proszę, niech mi ktoś powie32.
Niniejsza publikacja nie zawiera odpowiedzi na to pytanie. Usiłuje raczej wykorzystać historię Żydów amerykańskich do zademonstrowania, że pojęcie złego Żyda - podobnie jak dobrego - i niemal wszystko w historii amerykańskich Żydów częściej było kontestowane niż definiowane. I że powinniśmy się spodziewać jeszcze wielu znaczących debat o amerykańskiej żydowskości.
Początkowo wahałam się, czy napisać tę książkę. Zastanawiałam się, czy mam prawo się wypowiadać o historii amerykańskich Żydów. Moja matka nie pochodzi z rodziny żydowskiej; dokonała konwersji przed moim narodzeniem. Chodziłam do żydowskiego przedszkola, ale na tym zakończyła się moja formalna żydowska edukacja. Kiedy miałam osiem lat, moja rodzina powróciła z Kanady do Stanów Zjednoczonych, do przytłaczająco nieżydowskiego miasteczka na Long Island (mój ojciec, który dorastał w zdominowanej przez Żydów mieścinie w Massachusetts, nie chciał w nas zasiewać przekonania, że świat jest wyłącznie żydowski). By nadrobić zaległości przed bat micwą, musiałabym świeżo po przybyciu (miejscowość okazała się niemal komiksowo antysemicka) uczęszczać na dodatkowe zajęcia do szkoły hebrajskiej, więc rodzice się na to nie zdecydowali. W ten zawoalowany sposób chcę powiedzieć, że nie chodziłam do szkoły hebrajskiej, nie nauczyłam się języka i nigdy nie miałam bat micwy. Kiedy dorastałam, obchodziliśmy żydowskie święta, ale nie odebrałam religijnego wychowania. Na studiach, zamiast wybrać tematykę żydowską czy bliskowschodnią, skupiłam się na Rosji i Europie Wschodniej. W istocie nie odwiedziłam Izraela, dopóki nie rozpoczęłam pracy nad niniejszą książką. Jadam owoce morza. Kiedy przeprowadzałam wywiady, pewien Żyd nazwał mnie "Żydówką z peryferii".
Umawiałam się na randki tylko z jednym Żydem; po zerwaniu, w piąty wieczór Chanuki wysłał mi na Instagramie wiadomość, że zapaliłam świeczki w odwrotnej kolejności. Mój mąż nie jest Żydem i choć mieliśmy żydowską ceremonię ślubną, nie dość, że odbyła się w szabat, to jeszcze w święto Simchat Tora. Znalezienie pory i dnia w pandemicznym czasie, gdy mogliśmy bezpiecznie zaprosić najbliższych krewnych, było dla nas ważniejsze niż trzymanie się żydowskiego kalendarza (na szczęście rabin przeprowadzający ceremonię nie oponował). W trakcie pandemii zaczęłam się uczyć jidysz. Przystąpiliśmy do synagogi reformowanej - społeczności oraz miejsca, gdzie, mam nadzieję, nasze przyszłe dzieci będą się mogły nauczyć, jak być Żydami. Wypełniając formularze członkowskie, czułam się tak, jakbym bawiła się w Żydówkę (co zdarza mi się niekiedy, gdy zapalam świece szabatowe w piątkowe wieczory). Inaczej mówiąc: martwiłam się, że nie jestem Żydówką w dostatecznym stopniu (albo właściwego rodzaju), by napisać książkę o historii amerykańskich Żydów.
Wtedy zorientowałam się, że nie tylko narzucam sobie inne standardy niż pozostałym, ale że są to zarazem standardy, którym aktywnie bym się sprzeciwiła, gdyby je zastosowano wobec kogoś innego. I uświadomiłam sobie jeszcze coś: nikt nie jest autorytetem w kwestii bycia amerykańskim Żydem. Możemy i powinniśmy dokładać starań, by uznać i uwzględnić liczne sposoby, na jakie można być Żydem w Ameryce. Ze swej strony starałam się uwzględnić historie i punkty widzenia tradycyjnych Żydów ze społeczności ortodoksyjnych, sefardyjskich i mizrachim, podobnie jak Żydów niebiałych i nawróconych na judaizm, choć nie zaliczam się do żadnej z tych grup. Jednak z tego powodu moja książka jest w sposób nieunikniony inna, niż gdyby ją napisał ktoś niebędący Aszkenazyjczykiem, dorastający w tradycji Żydów konserwatywnych albo dobrowolny konwertyta na judaizm. Zatem pisząc ją, często sobie uświadamiałam, że jakiś rozdział mogłabym rozwinąć w osobny tom albo użyć zupełnie innego zbioru przykładów, epizodów czy anegdot i zapełnić nimi kolejną książkę. Jak każde dzieło o tożsamości także ta publikacja jest niedoskonała i niepełna.
Mimo to stanowi moją najlepszą próbę zmierzenia się z tym, co uważam za jedyną prawdę o tożsamości amerykańskich Żydów - w żaden sposób nie da się jej przyszpilić. W każdym okresie istnieją dominujące narracje definiujące, co znaczy być Żydem w Ameryce, lecz są tylko narracjami i kontrnarracjami, i kontrnarracjami wobec kontrnarracji. Historiami, które opowiadamy samym sobie.