1 Ostatnia księżniczka
1958
Gonpo poczuła dym, zanim jeszcze zobaczyła, co się dzieje. Choć miała zaledwie siedem lat i nie bardzo orientowała się w bieżącej polityce, od tygodni miała wrażenie, że coś jest nie w porządku. Wracała właśnie z matką, siostrą, ciotką i orszakiem służby do domu z uroczystości pogrzebowych wuja. Do wsi, w której wuj mieszkał, wyruszyły latem - pozostały tam jednak przez czterdzieści dziewięć dni tradycyjnego dla buddystów okresu żałoby między śmiercią a odrodzeniem. Teraz nadeszła już jesień, a wieczorny chłód zapowiadał śnieg, który wkrótce zejdzie ze szczytów gór. Gonpo miała na sobie grubą kożuszkową szatę obszytą futrem, ale silne podmuchy wiatru przenikające w górę spod brzucha jej konia sprawiały, że drżała. Jak większość Tybetańczyków, doskonale jeździła konno od najmłodszych lat. Podążali drogą niedawno zbudowaną przez chińskie wojska inżynieryjne, choć jeszcze niewybrukowaną; droga biegła na zachód, wprost w kryjące się za horyzontem słońce, i rozwidlała się przy strumieniu płynącym na północ do domu Gonpo. Gdy wyjechali zza kępy zarośli, dziewczynka zobaczyła, skąd dochodzi do nich dym. Z grzbietu konia widziała wyraźnie kilka ognisk i odpowiadającą im liczbę namiotów. Nie były czarne i zszyte ze skóry jaków - takich używali zwykle Tybetańczycy - ale małe i białe, z pewnością więc należały do Chińskiej Armii Ludowo-Wyzwoleńczej.
Był rok 1958, dziewięć lat po proklamowaniu Chińskiej Republiki Ludowej przez Mao, dlatego widok obozów Armii Ludowo-Wyzwoleńczej w regionie nie był niczym niezwykłym. Zaskoczyło ją natomiast, że ten rozbito na ziemi należącej do jej rodziny. Na ostatnim odcinku dwudniowej podróży Gonpo walczyła z sennością, teraz jednak ciekawość i odrobina strachu gwałtownie ją rozbudziły. Jako jedna z pierwszych zsiadła z konia, nie czekając na pomoc służących. Podbiegła do bramy, nie rozumiejąc, dlaczego nikt nie wychodzi na spotkanie powracającego orszaku, i mocno zastukała w tworzące ją deski wysokości dwóch dorosłych ludzi, zwieńczone potężnym nadprożem. Nie doczekała się reakcji.
- Halo, halo! Gdzie są wszyscy?! - krzyknęła, jak potrafiła najgłośniej.
Matka podeszła za nią i też zaczęła wołać.
W końcu pojawiła się niania Gonpo i odryglowała bramę. Zamiast serdecznie powitać przybyłych, niania pochyliła się nad dziewczynką, jakby jej tam nie było, i zaczęła szeptać do ucha matce Gonpo. Gonpo nie słyszała słów, z reakcji matki wywnioskowała jednak, że nie są to dobre wieści. W ostatnich czasach często widywała ją płaczącą; wuj, który zmarł, był jej ulubionym bratem i Gonpo pomyślała, że być może łzy matki znów biorą się ze smutku po jego śmierci. W każdym razie chciała w to wierzyć, mimo że wszystko wskazywało na coś przeciwnego - dym, namioty, niania zachowująca kamienną twarz. Instynkt podpowiadał jej, że to początek końca takiego świata, jaki znała do tej pory.
Gonpo urodziła się jako księżniczka. Jej ojciec, Palgon Tinlej Rapten[1], co można przetłumaczyć mniej więcej jako "Szanowny Oświecony Nieugięty", był czternasty w linii władców królestwa Mei. Stolicą królestwa była Ngawa, obecnie w prowincji Syczuan. W 1950 roku, gdy urodziła się Gonpo, Ngawa niczym się nie wyróżniała - do miasta na targ przyjeżdżali sprzedawcy soli i herbaty, a pasterze oferowali masło, skóry i wełnę. Cały region tworzyła mozaika niewielkich ziem lennych rządzonych przez różnych wodzów i królów, książęta, chanów czy watażków. Lokalnych władców, takich jak ojciec Gonpo, Chińczycy określali słowem tusi, co często tłumaczy się jako "właściciel ziemski", Tybetańczycy używali jednak nazwy gjelpo, czyli król. Także anglojęzyczni kronikarze z początków XX wieku piszą o nim jako o monarsze. Niewątpliwie tak właśnie Gonpo postrzegała pozycję swojej rodziny w społeczeństwie.
Jako dziecko Gonpo nosiła długie do ziemi, przewiązane w pasie szaty zwane czuba. Niemal wszyscy Tybetańczycy ubierali się podobnie, status odzwierciedlała tylko jakość materiałów. Szaty Gonpo obszyte były futrem wydry. Na szyi miała sznury wielkich jak winogrona paciorków - z koralu, bursztynu i najcenniejszego z nich - dzi, tybetańskiego agatu pasiastego, który, jak uważano, chronił przed złym okiem. Pomijając strój, nie wyglądała szczególnie dziewczęco. Była raczej rezolutna niż ładna, ze szparą między zębami i zadartym noskiem, co nadawało jej wygląd psotnego chłopca. Jak wiele dziewczynek w Ngawie, Gonpo miała krótko obcięte włosy - oznakę, że nie osiągnęła jeszcze wieku stosownego do zamążpójścia. Jej matka i inne dorosłe kobiety w rodzinie królewskiej nosiły długie warkocze podtrzymywane wstążkami i sznurami korali; fryzury były tak skomplikowane, że ich splecenie mogło zająć służącym nawet dwa dni.
Rodzina mieszkała w imponującym dworze - właściwie pałacu, choć wyglądał bardziej jak twierdza, potężna i mocna, zbudowana, by trwać - na wschodnim krańcu Ngawy, tuż poza obszarem śródmieścia. Dom zbudowano w tradycyjnym stylu tybetańskim, z ubitej ziemi o burym kolorze, tak że w porze suchej, gdy na płaskowyżu nie rosła trawa, zlewał się z otoczeniem. Potężne mury - w najniższej części mające niemal trzy metry grubości - w górnej zwężały się ku wewnątrz, by zapewnić stabilność w razie trzęsienia ziemi; wąskie szczeliny okien także miały kształt trapezów obramowanych drewnianymi kratownicami. Mury nie były zdobione, jedynie po obu stronach wysuwały się dwa drewniane balkony, jeden po wschodniej, drugi po zachodniej stronie. Balkony wyglądały elegancko, w rzeczywistości jednak mieściły się na nich ubikacje. Ludzkie odchody spadały na dół, gdzie mieszano je z popiołem i rozwożono po polach jako nawóz.
Czego domowi brakowało w dziedzinie nowoczesnych wygód, nadrabiał skalą. Jego powierzchnia wynosiła niemal siedem i pół tysiąca metrów kwadratowych. Ponad osiemset pięćdziesiąt pomieszczeń na wszystkich piętrach obejmowało lochy, stajnie i magazyny na samym dole oraz pokoje na górnych kondygnacjach - im wyżej, tym były wytworniejsze, a wraz z wystrojem zmieniało się ich przeznaczenie. Znajdowały się tam sypialnie dzieci i ich matki, a także pomieszczenia zespołu prywatnych asystentów i urzędników królewskich. Pokoje na wyższych piętrach wyłożone były drewnem maskującym gliniane ściany.
Najwyższe piętro służyło praktykom duchowym. Pokoje ożywiały freski i tanki, tybetańskie malowane zwoje zawieszane na ścianach, utrzymane w ostrych, wyrazistych kolorach. Ponieważ buddyjskie postaci podlegają nieustannej reinkarnacji, pojawiały się w niezliczonych formach, męskich i żeńskich, znanych i wymyślonych. Przedstawiono tam Buddę, dawnego i przyszłego, i znacznie więcej bodhisattwów, oświeconych istot, które zrezygnowały z nirwany, by odrodzić się dla dobra innych. Najcenniejszym elementem była stanowiąca centralny element kaplicy figura Awalokiteśwary, zwanego też Cienrezig - bodhisattwy uosabiającego współczucie, patrona Tybetańczyków. Król otrzymał ją w darze od XIV Dalajlamy.
Król, zapalony bibliofil, posiadał wielki zbiór książek i świętych ksiąg. Niektóre miały złote i srebrne litery. Ogromna sala audiencyjna pod pokojem z księgami mogła pomieścić tysiące mnichów. W buddyjskie święta w pałacu rozbrzmiewała kakofonia śpiewów, cymbałów, rogów i konch. A także nieprzetłumaczalna mantra wypowiadana przez Tybetańczyków, by przywołać ich patrona, bodhisattwę współczucia:
Om mani padme hum.
Rytm codziennego życia w pałacu wyznaczały buddyjskie rytuały. Król rozpoczynał ranek przed ołtarzem, wielokrotnie padając na twarz. Stawał wyprostowany, z rękoma złożonymi do modlitwy nad głową, a następnie jednym ruchem przyjmował pozycję poziomą, padając na podłogę, by znów się podnieść. Ten rytuał utrzymywał jego ciało w formie i oczyszczał myśli.
Nie sposób odróżnić, co było obrzędem religijnym, a co należało do sfery kultury czy obyczaju. Gdy Gonpo przyłapano na kłamstwie, musiała za karę wielokrotnie obchodzić wokół pobliski klasztor, kręcąc niezliczonymi młynkami modlitewnymi, dużymi, pionowo ustawionymi walcami z metalu, drewna i skóry, z wypisanymi na nich modlitwami. Każdy ich obrót wokół osi oznaczał tyle, co wypowiedziana na głos modlitwa. Walce były ciężkie dla dziecięcych rąk, ale kara zmusiła ją do zastanowienia się nad wykroczeniem.
Dzieci - Gonpo i jej o sześć lat starsza siostra - mieszkały z matką po jednej stronie pałacu. Rano matka prowadziła dziewczynki do pokojów zajmowanych przez ich ojca, by życzyć mu dobrego dnia. Wizytę powtarzały wieczorem, gdy życzyły mu dobrej nocy. Rodzina wspólnie spożywała większość posiłków, a ojciec surowo pilnował manier córek. Przed posiłkiem odmawiano modlitwy. Dzieci czekały, aż zjedzą dorośli. Ojciec zawsze opróżniał talerz do ostatniego ziarnka ryżu, przypominając córkom, jak ciężko pracują rolnicy, by miały co jeść. Pilnował także, by pracownicy dostawali takie same porcje jak on, choć często spożywali posiłki znacznie później, już zimne. Król był pryncypialny: nie chciał, by córki, mimo ich królewskiego pochodzenia, stały się rozpuszczonymi dzieciakami. Choć dom wypełniała służba, król sam ścielił sobie łóżko.
Wyprzedzając swój czas, król żywił zdecydowane przekonanie, że dziewczynki powinny otrzymać takie samo wykształcenie jak chłopcy. Wobec braku syna spodziewał się, że władzę po nim obejmie jedna z córek. Gonpo miała nauczyciela, który przychodził co dzień rano, by uczyć ją tybetańskiego alfabetu, stosując tradycyjną metodę: pokrywał tabliczkę popiołem i dawał jej pióro, by pisała litery. Trudno pisać po tybetańsku, pismo zaadaptowano z alfabetu północnych Indii, ze spółgłoskami ustawionymi jedna nad drugą. Gonpo całymi godzinami wpatrywała się szklistymi oczyma w pełne zawijasów litery.
Była niecierpliwym dzieckiem, wyrywającym się z ograniczeń życia w murach pałacu. Gdy była malutka, niania przyczepiała jej w pasie dzwoneczek, by słyszeć, gdyby dziecko próbowało wyjść na zewnątrz. Dopiero znacznie później Gonpo miała docenić ten krótki okres we wczesnym dzieciństwie. Brakowało jej towarzyszy zabaw w tym samym wieku. Jej starsza siostra, blada i skupiona na nauce, nie była skłonna przyłączać się do psot. Gonpo czuła się najszczęśliwsza, gdy do pałacu przybywali z wizytą mnisi, ponieważ zdarzali się wśród nich chłopcy w jej wieku. Najbardziej lubiła chłopca, w którym rozpoznano inkarnację lamy, tulku. Dorośli traktowali go z wielkim szacunkiem, ale Gonpo ciągnęła go za rękaw, domagając się gry w piłkę w sali audiencyjnej. Często też wymykała się z pałacu, żeby bawić się z dziećmi w pobliskim domu. Nie zachowywała się tam jak księżniczka. Jeden z jej towarzyszy zabaw miał później wspominać, że koniecznie chciała pomagać w obowiązkach domowych. Źle się czuła z tym, że ma więcej niż inni, starała się więc rozdawać swoje ubrania. Raz przyłączyła się do grupy dzieci z sąsiedztwa, które wślizgnęły się do prywatnych pałacowych ogrodów, by kraść fasolę. Gonpo nie zdawała sobie oczywiście sprawy, że kradnie fasolę, która i tak do niej należy.
Ku zmartwieniu ojca im była starsza, tym mniej zachowywała się jak księżniczka. Król starał się zapobiec jej zabawom z dziećmi z sąsiedztwa, potomstwem jego poddanych. Gonpo musiała się zadowolić wyglądaniem przez okna na zamknięte murami podwórka i dalej, na wzgórza ciągnące się aż po ośnieżone góry na północy. Jak daleko okiem sięgnąć, było to królestwo jej ojca.
Królestwo Mei obejmowało ziemie co najmniej aż po Zorge (chińskie Zoig?), sto pięćdziesiąt kilometrów na północny wschód. Trudno powiedzieć, jak wielkie terytorium należało do królestwa, ponieważ w tym społeczeństwie władzę mierzono nie ziemią, a ludźmi. Granice uważano za mniej ważne niż lojalność, a niewiele więzów było silniejszych niż szeroko rozumiana rodzina. Tybetańskie rejestry świadczą, że król Mei panował nad dwunastoma plemionami i tysiącem dziewięciuset domostwami. Dokumenty chińskie podają, że pod jego bezpośrednią władzą znajdowało się około pięćdziesięciu tysięcy ludzi. Bogactwo mierzono także liczbą należących do rodziny zwierząt, stąd też kroniki staranie odnotowują: królestwo posiadało czterysta pięćdziesiąt koni i osiemset sztuk bydła, w tym jaki, które czasami krzyżowano z krowami.
Pałac otaczały pastwiska, ale większość zwierząt trzymano w pobliżu położonej dwadzieścia pięć kilometrów na wschód wioski Meruma, założonej dla opieki nad królewskim stadem. Król miał w Merumie letni pałac; drugi, mniejszy, znajdował się kilka kilometrów na zachód, na terenie klasztoru Kirti, założonego przez przodków króla. Korzystano z niego podczas pielgrzymek i w buddyjskie święta.
Z perspektywy Gonpo jej ojciec był najwyższym władcą na swoich ziemiach. To on decydował, w jakich godzinach otwarte są jarmarki, jakie towary można sprzedawać, na które zwierzęta wolno polować. Jako pobożny buddysta zakazał łowienia ryb, polowania na ptaki, świstaki i inne małe zwierzęta. Każde zwierzę uważano za inkarnowaną duszę, dlatego lepiej było zabijać duże zwierzęta, na przykład jaki czy owce, którymi można było nakarmić wielu ludzi. Surowo przestrzegał też zakazu sprzedaży opium.
Po śniadaniu król przyjmował napływający codziennie strumień poddanych, którzy przychodzili z prośbami o rozstrzygnięcie sporów i ze skargami. Gdy ktoś miał zatarg z sąsiadem o ziemię albo zamierzał otworzyć interes, zwracał się do króla o radę. Przychodziło tylu ludzi, że na łące przed pałacem zawsze widziało się kolejkę czekających na audiencję. Opinii króla zasięgali nie tylko Tybetańczycy. W regionie mieszkało wiele mniejszości etnicznych - Mongołowie, którzy pojawili się na płaskowyżu w XII wieku; Qiangowie, którzy przypominali Tybetańczyków pod względem fizycznym, ale mieli własny język i odrębną kulturę; Chińczycy wyznający islam, znani jako Hui (wymawiane Hłaj), którzy byli etnicznymi Chińczykami, a można ich było rozpoznać po rzadkich brodach i białych czapkach noszonych przez większość mężczyzn i chustkach na głowach kobiet.
Przenosiło się tu również coraz więcej Chińczyków Han. Hanowie stanowili w Chinach większość, a ci, których Gonpo spotykała, zazwyczaj pracowali dla rządu chińskiego. Oni także jednak okazywali szacunek jej ojcu i nie żywiła wobec nich żadnych nieprzyjaznych uczuć. Z przyjemnością przyglądała się, jak chińscy inżynierowie i robotnicy budują drogę wzdłuż rzeki - tę samą, którą właśnie powróciła z ceremonii pogrzebowych. Jedno z najwcześniejszych wspomnień Gonpo dotyczyło udziału w uroczystości otwarcia drogi z Ngawy do Chengdu, przebiegającej obok ich pałacu. Dziewczynki ubrane w najpiękniejsze tybetańskie szaty, ozdobione paciorkami, podawały bukiety kwiatów chińskim urzędnikom przybyłym na uroczystość przecięcia wstęgi. Po raz pierwszy widziały wtedy samochody. Ich matka żartowała później, że próbowały karmić ciężarówki sianem, bo sądziły, że to konie.
Tego wieczoru w 1958 roku, gdy rodzina królewska powróciła z pogrzebu, Gonpo nie wiedziała, dlaczego Chińczycy rozbili obóz przed drzwiami jej domu. Przepchnęła się do środka i pobiegła na drugie piętro. Służba w ciszy i bez uśmiechu pakowała skrzynie. Niektórzy mieli łzy w oczach. Gonpo nie mogła dłużej ignorować faktu, że stało się coś bardzo, bardzo niedobrego. Nigdzie nie widziała ojca - ktoś powiedział, że udał się na spotkanie, ale dręczyły ją wątpliwości. Biegała z sali do sali, szukając go, wypytywała wszystkich, co się dzieje. Nikt nie odpowiadał. Służba przechodziła z pokoju do pokoju z ramionami pełnymi ubrań i pościeli. Wszystko to sprawiało, że niepokój Gonpo rósł. Małe dzieci potrafią robić bardzo dużo hałasu, jej stopy więc z głośnym stukotem uderzały o drewniane podłogi, stuk, stuk, aż w końcu dogoniła ją niania i chwyciła za ramię.
Powinna się zachowywać cicho - pouczyła ja niania. - Czyż nie rozumie powagi sytuacji? Nie, nie rozumiała. Zdecydowanie nie rozumiała. Skoro jednak wszyscy się pakowali, Gonpo uznała, że też powinna. Poszła do swojego pokoju i zaczęła wyciągać zabawki.
- Nie będziesz tego potrzebować. Zostaw je tutaj - rzuciła ostro niania, kobieta, która opiekowała się Gonpo od niemowlęctwa i nigdy dotąd nie użyła wobec niej takiego tonu.
Gonpo pożegnała się więc z najcenniejszą rzeczą, jaką miała: plastikowym jabłkiem z Indii, które - jak rosyjskie matrioszki - po otwarciu zawierało coraz mniejsze plastikowe jabłka. Kilkadziesiąt lat później, już jako starsza pani, będzie szukać w sklepach z zabawkami w całej Azji takiego jabłka-zabawki, jakie musiała zostawić.
Następnego ranka o świcie Gonpo zobaczyła, że dom jest zabezpieczany taśmą. Żołnierze zawieszali plakaty zapisane wielkimi chińskimi znakami. Najwyraźniej niosły polityczne przesłanie, którego Gonpo nie rozumiała, bo nie potrafiła czytać po chińsku. Po twarzach sąsiadów, którzy zgromadzili się za kordonem wojskowych, spływały łzy. Stały wśród nich dzieci, z którymi kradła fasolę.
Gonpo wciąż nie pojmowała wagi sytuacji. Najbardziej interesował ją pojazd, którym miała odjechać. Choć był to tylko rosyjski dżip, nic specjalnego nawet w standardach chińskich w latach pięćdziesiątych XX wieku, Gonpo nigdy dotąd nie jechała prywatnym samochodem - znała tylko autobus. Wypełniało ją takie podniecenie, że na chwilę zapomniała o trwającej tragedii i wybiegła za samochodem, podskakując z ekscytacji.
Matka przywołała ją do porządku, wymierzając mocny policzek. Był to jedyny raz, gdy którekolwiek z rodziców ją uderzyło. Gonpo pogwałciła kluczową zasadę tybetańskiej etykiety, która wymagała okazania szacunku przy wyjeździe z domu. Wróciła chyłkiem, by stanąć obok siostry, dwóch kuzynek i ciotki. Wspólnie uniosły dłonie jakby w modlitwie i padły na ziemię, by okazać wdzięczność domowi, który chronił je i strzegł przez tyle lat. Następnie wsiadły do dżipa, gdzie na dachu piętrzyły się ich walizki, i odjechały.