Zbrodnia w klasztorze - Brat Polak
24.15 zł

Reflow text when sidebars are open.
Rozdział I
TRUP W SOFIE
Dnia 26 lipca 1910 r. nad ranem włościanin Marcin Cudak na drodze wiodącej ze wsi Gidle do Zawad w pow. Radomsko zauważył, że w odległości ok. kilometra od Zawad w przydrożnym rowie napełnionym wodą, w miejscu, gdzie rów jest głęboki, pływa jakaś skrzynia drewniana znacznych rozmiarów, przewrócona do góry dnem i przewiązana sznurami.
Ok. godziny 7 rano widział skrzynię w tym samym położeniu włościanin Jan Dąbrowski idący piechotą z Zawad do Gidl. Lecz gdy po pewnym czasie wracał tą samą drogą, zauważył, że skrzynię wyciągnięto z wody. Wystawała ona do połowy z rowu, część sznurów zostało rozwiązanych, a na drodze leżały poduszka i siennik. Podszedłszy bliżej, Dąbrowski przekonał się, że to, co wziął za skrzynię, jest przewróconą do góry dnem sofą obitą czarną ceratą.
Dąbrowski, jak i Cudak nie przypuszczali, ażeby wszystko to miało jakieś szczególne znaczenie, i nikomu nie opowiadali o tym, co widzieli.
14
Dopiero ok. godziny 11 przed południem jacyś przejeżdżający przez Zawadę włościanie, przywoławszy pasącego niedaleko tej wsi bydło chłopca Stanisława Juraszka, kazali mu, by poszedł do gminy w Konarach i zawiadomił o leżącej tu w wodzie tajemniczej sofie.
Juraszek polecenie wykonał.
W południe przybył na miejsce pisarz gminny Kazimierz Kondracki i starszy strażnik Jan Bajrasz. Z ich polecenia sofę wyciągnięto z wody i rozwiązano sznury do końca. Gdy podniesiono wieko, znaleziono wewnątrz rogożę ze znakami rosyjskimi "Ju Ż", 257744, nr 34, stare futro pokryte czarnym suknem, poduszkę w czerwonej powłoczce, dwa nieduże chodniki z włókien roślinnych. Wreszcie na samym dnie ujrzano trupa mężczyzny średniego wzrostu w wieku ok. lat trzydziestu, ze spokojnym wyrazem twarzy i na wpół otwartymi oczami. Włosy zmarłego były rudawe, miał on takiegoż koloru długie wąsy, niewielką brodę i małe bokobrody. Oprócz pokrwawionej bielizny, okrywającej dolną część ciała, na trupie żadnego ubrania nie dostrzeżono. Nadto trup był owinięty w kołdrę brązowego koloru, głowę miał rozbitą, owiniętą w dwa prześcieradła, nogi i ręce związane; z prześcieradeł
wykrajano znaki. W pobliżu któryś z włościan zauważył na drodze drugą rogożę, opatrzoną takimi znakami jak te, które widniały na rogoży znalezionej w sofie.
Oględziny lekarskie zwłok wykazały:
Na prawej łopatce w kierunku skośnym głęboką, do kości przenikającą ranę, długości 7 centymetrów. Z prawego boku na szyi, drugą taką ranę poprzeczną, długości 4 centymetrów, również głęboką. Z tyłu na karku ranę takąż
samą, długości 8 centymetrów, przenikającą aż do samego 15
kręgosłupa. O 3 centymetry w kierunku prostopadłym od prawego ucha widniała rana długości 2 centymetrów. Tuż nad nią jeszcze jedna rana o brzegach nierównych, długości 3 centymetrów. Przy lewym oku widniał siniak koloru ciemnoczerwonego wielkości małej monety; takież dwa siniaki spostrzeżono też na klatce piersiowej denata z prawej i lewej strony na wysokości 7 i 8 żebra. Wreszcie na głowie, w okolicy prawej kości ciemieniowej, w kierunku skośnym, widniała rana długości 10 centymetrów, idąca ku środkowi głowy i zachodząca na kość czołową, z równymi brzegami, w których znaleziono kawałki mózgu.
Lekarz orzekł, że zmarłemu zadano liczne rany uderzeniami ostrego narzędzia w rodzaju topora. Dwie śmiertelne: jedna z nich w prawą kość ciemieniową i druga w szyję.
Wskutek znacznego uszkodzenia mózgu i gwałtownej utraty krwi śmierć nastąpiła natychmiast.
Siniaki na szyi i piersiach wzięły się od uderzenia tępym narzędziem i duszenia. Chciano widocznie jak najprędzej doprowadzić ofiarę do zgonu.
Zmarłego zabito, gdy śpiąc, leżał na lewym boku, na co wskazuje położenie i kierunek ran, brak ubrania oraz jakichkolwiek śladów samoobrony na rękach.
16
17
Rozdział II
ŚLEDZTWO
i PIERWSZE ŚLADY
Rozpoczęte śledztwo początkowo weszło na fałszywą drogę.
Przyjęto bowiem, że zamordowany jest mieszczaninem z Kielc, niejakim Bartłomiejem Wójcikowskim, który 21 lipca przyjechał do Radomska i zatrzymał się w Hotelu Polskim, gdzie faktorowi Lewkowi Fiszlewiczowi polecił, ażeby mu wyszukał
odpowiedni do kupna majątek ziemski. Fiszlewicz zapoznał
Wójcikowskiego z Józefem Wilkońskim, właścicielem ziemskim w powiecie Radomsko, który chciał sprzedać swój majątek za 37 000 rubli. Po obejrzeniu folwarku Wójcikiewicz w dniu 24 lipca wyjechał z Radomska po pieniądze; miał wrócić za dwa dni, ale już się nie pojawił u Wilkońskiego. Znikł
bez śladu.
W tej sytuacji śledczy aresztowali kilka osób, które ostatnie widziały Wójcikowskiego przy oglądaniu majątku. Wypuszczono je dopiero 4 września, gdy okazało się, że oto
Wójcikowski żyje, ma się dobrze i właśnie pojechał do Krakowa odwiedzić mieszkających tam synów.
Tymczasem sprawdzano także inne ślady. Okazało się, że symbole na znalezionej przy zwłokach w sofie rogoży 18
"Ju Ż" oznaczają Koleje Południowo-Zachodnie, cyfra "25"
- numer stacji wysyłającej towar, w tym przypadku stację Krzemieniec, cyfra "7744" - numer porządkowy wysłanego
towaru, a "nr 34" - identyfikator nadawcy. Zatem wysłano do Kijowa do zarządu policyjnego kolei prośbę o dokładne sprawdzenie okoliczności przesyłki. Okazało się, że w księgach stacji Krzemieniec pod numerem 7744 widnieje zapis wysyłki towaru na stację Częstochowa Kolei Warszawsko-Wiedeńskiej. Towar wysłano 27 czerwca 1910 r. w imieniu niejakiego Berensteina na rzecz tego, kto przedstawi duplikat listu przewozowego. Był to transport koszy o wadze ponad 200 kg, opakowanych w rogoże. Po otrzymaniu z Kijowa tej informacji, śledczy na miejscu szybko ustalili w księgach towarowych stacji Częstochowa, że kosze opakowane w rogoże
odebrał w dniu 21 lipca 1910 r. miejscowy kupiec Szmul Josek Potok mający swój sklep na Nowym Rynku.
Przesłuchiwany dwukrotnie kupiec Potok zeznał, że istotnie w dniu 21 lipca odebrał ze stacji kolejowej kosze opakowane w rogoże i przewiózł je do swojego sklepu.
Kilka dni potem do sklepu przyszedł nieznany mu mężczyzna wieku średniego i zażądał koszy. Obejrzawszy cały towar, nieznajomy uznał, że nie widzi odpowiedniego, gdyż potrzebuje znacznie większego. Wtedy Potok przypomniał sobie, że w piwnicy znajduje się duży kosz. Potok razem z nieznajomym zszedł do piwnicy i tam mu ten kosz pokazał. Klientowi kosz się nadał i kupił go, zapłaciwszy 4 ruble. Oprócz tego kupił jeszcze 3 rogoże.
Potem nieznajomy sprowadził dorożkę i kazał zapakować kosze. Potok spytał nieznajomego, gdzie wiozą te kosze. Ten odpowiedział, że do klasztoru jasnogórskiego. Potok nie zwrócił
szczególnej uwagi na klienta i jego twarzy nie zapamiętał.
19