Kto rozdaje ziemię, ten ma władzę
Afisz zajmuje połowę biurka. Jest treściwy, graficznie oszczędny. Zadrukowany ciasno: im niżej, tym druk bardziej gęstnieje. Pierwsze zdanie - "Zgłaszajcie się do pracy" - jest tłuste, mięsiste. Wybite tak, że od razu rzuca się w oczy. Praca czeka w Państwowych Gospodarstwach Rolnych. Zatrudnienie dostaną ci, którzy chcą przyjechać na stałe, i robotnicy sezonowi. Jedyne ograniczenie to wiek - od szesnastu do pięćdziesięciu pięciu lat. Państwo obiecuje zarobki powyżej średniej - i funkcyjnym, i specjalistom. Kusi ich prawem do bezpłatnego chowu trzody, działką pod ziemniaki, przydomowym ogródkiem i zniżkami na zakup tego, co wytworzy pegeer. Każdy będzie syty. Sezonowi dostaną porządną dniówkę i trzy posiłki. Państwo obiecuje cztery razy więcej mięsa i słoniny, a zamiast pięciu kilo razowca tygodniowo kuchnia wyda siedem kilo chleba białego. Gospodarstwa państwowe wypłacą zasiłki, przygotują łóżka z pościelą i opłacą bilety kolejowe. "Praca ta zapewni Wam i Waszej rodzinie lepszy byt" - to jedyne zdanie w treści afisza, które projektant podkreślił linią ciągłą.
Zły los najsłabszych miał już nigdy nie powrócić.
Wieś pozostawała w centrum polityki, choć ludzie żyjący na wsi częściej stali z boku. Komasacje, parcelacje, kolektywizacje, kolonizacje, zabory i reformy - tym żyło państwo i na tym zarabiało. Niezależnie od ustroju, rządu i reżimu.
Rewolucja na wsi musiała nadejść. Ktokolwiek objąłby władzę po wojnie, zmierzyłby się z koniecznością radykalnej parcelacji. Osiągnąłby dwa cele: zdobycie poparcia bezrolnych i małorolnych, których dusiła wiejska bieda, i znalezienie miejsca dla ludzi, których przedwojenny poseł i ekonomista Józef Maria Poniatowski nazwał "zbędnymi". Reforma rolna ogłoszona w 1925 roku nie doprowadziła do przełomu. Właściciele ziemscy zachowali silną, a w Wielkopolsce i w województwach wschodnich dominującą pozycję. Pod koniec lat trzydziestych w strukturze gospodarstw nadal przeważały kilkuhektarowe poletka, zadłużone po wielkim kryzysie, niedające szansy, by utrzymać się z ich uprawy.
Wojna wyostrzyła kwestię chłopską i problemy wsi z opóźnieniem. Władze Polskiego Państwa Podziemnego ogłosiły zarys reformy dopiero w połowie marca 1944 roku, zapowiadając - dość ostrożnie - powiększenie gospodarstw nawet do piętnastu hektarów i gruntowną modernizację wsi. Te obietnice miał zrealizować nowy rząd, już w czasie pokoju, po uchwaleniu przez parlament ustawy, która określałaby jednocześnie zasady wypłaty odszkodowań dla właścicieli wywłaszczanych majątków za grunty przeznaczone do parcelacji. Rada Jedności Narodowej, konspiracyjna namiastka parlamentu, sformułowała te plany pół roku po opublikowaniu deklaracji programowej polskich komunistów. Znalazła się w niej zapowiedź radykalnej reformy rolnej, zrealizowana szybko, bo po dziesięciu miesiącach, na początku września 1944 roku, gdy powstańcy walczyli o wyzwolenie Warszawy.
Pracownicy na kombajnie podczas żniw w jednym z pegeerów, 1951
Źródło: Wojskowa Agencja Fotograficzna / Narodowe Archiwum Cyfrowe
Dekret Polskiego Komitetu Wyzwolenia Narodowego, reprezentującego interesy komunistów zależnych od Stalina, oznaczał przewrót na wsi. Przeganiał ziemian, odzierając ich z własności i pozycji, a jednocześnie pozbawiał znaczenia każdego, kto miał więcej, niż władza uważała za pożądane dla ochrony swoich interesów. Filozofia reformy sprowadzała się do wykorzystania modus operandi dobrego łotra, szlachetnego zbójnika, harnasia albo hajduka, który odbiera bogaczom i ciemiężycielom, aby dać biedakom. A jako mściciel ludu czyni to w imię ludowego poczucia sprawiedliwości społecznej. Ludzie znali te tropy z wiejskich podań, rodzinnych opowieści, niedzielnych kazań i Biblii. Z tego powodu walka toczyła się w sferze symbolicznej: kułactwo, ziemianie wyzyskiwacze versus równość. Docelowo chodziło o kolektywizację, ale wtedy nie mówiło się o niej głośno.
Dekret PKWN był jednocześnie polisą na polityczną przyszłość i wrogim przejęciem agendy. Przynętą dla ludu i pułapką zastawioną na Polskie Stronnictwo Ludowe - główną siłę opozycyjną, popieraną masowo przez chłopów - bo to o ich głosy i dusze toczyła się walka. Jeszcze przed wojną PSL sprzeciwiało się metodom siłowym, wywłaszczaniu bez rekompensaty i - co równie ważne - rozdrabnianiu struktury rolnictwa.
Komuniści, wywracając stolik, pokazali, że rozgrywka o wieś zyskała kluczowe znaczenie w starciu o władzę. Dla Polskiej Partii Robotniczej pozyskanie bezrolnych i małorolnych oznaczało utrzymanie się w otoczeniu, które nie akceptowało narzucanego rządu. Należało uspokoić nastroje. Sprawić, by chłopi przestali wspierać oddziały podziemia. I żeby ludzie nie powtarzali, jak bardzo jest obca nowa władza. Cena nie była wygórowana: hektar ziemi z nadania ludowej władzy miał wartość rocznych zbiorów pszenicy z ziemi trzeciej klasy; bezrolnym rozłożono tę należność na dwadzieścia, pozostałym na dziesięć lat.
Nikt nie dostał tego, na co liczył. Ziemianie nie doczekali się odszkodowań, fornale pięciu hektarów i krowy, małorolni takich pól, które pozwoliłyby im utrzymać rodzinę z gospodarowania na roli. A PPR, instalująca się władza, nie zdobyła prawdziwego poparcia na wsi. W kolejnych latach sfałszowała referendum i wybory, co pozwoliło jej zamarkować własne uwierzytelnienie. Mogła się przedstawiać jako obrończyni i wybawicielka wiejskiego proletariatu, ciemiężonego wcześniej przez chytrego dziedzica i pańską władzę.
Goła ziemia nie dawała szansy na wyjście z nędzy. Reforma okazała się narzędziem zarządzania niedoborem i zakonserwowała rozdrobnienie wsi. W 1950 roku przeciętne gospodarstwo liczyło pięć i pół hektara, czyli tylko o dwie dziesiąte hektara więcej niż dwanaście lat wcześniej. Sześćdziesiąt procent gospodarstw powstałych wskutek parcelacji ziemiańskich majątków zaliczało się wciąż do karłowatych.
Tam, gdzie popyt na podworską ziemię przewyższał jej podaż, ustawiały się kolejki po poletka. Więcej hektarów było na ziemiach nowych: na Pomorzu, Mazurach i Dolnym Śląsku. Ale ludzie nie palili się do wyjazdów. Obawiali się i powrotu Niemców, i wyprawy w nieznane. Przed wojną na ziemiach, które od 1945 roku nazywano odzyskanymi, mieszkało osiem i pół miliona ludzi. Do 1950 roku osiedliło się niecałe sześć milionów, a w 1960 liczba ta wzrosła o półtora miliona.
Dekret PKWN mówił o zatrzymaniu części ziemi w celu tworzenia gospodarstw wzorcowych, dla szkół oraz "innych ważnych zadań użyteczności publicznej". Ta formuła mogła pomieścić - i mieściła - wszelkie scenariusze.
Prawo wielkich liczb
Kto ma ziemię, ten ma władzę. Teraz państwo jest dziedzicem. Od tego, ile ci przekaże, zależy twoja przyszłość. Nie da za dużo, żeby potem kolektywizować te słabe hektarki. Im mniej posiadasz, tym bardziej zależysz od sekretarza, ministra, dyrektora, nowego pana i patrona. Rzadziej się buntujesz. A inni mają równie mało jak ty.
Prywatny kapitał mógł zachwiać władzą, która nie zdobyła poparcia. Własność i ekspropriacja, szczególnie w momentach zwrotnych, ustala hierarchie. Nadanie własności, nawet iluzorycznej, oznacza podzielenie się władzą. Odebranie jej to z kolei akt zemsty, gest pieczętujący dokonanie się rewolucji. Rewolucja ma symbole - wygnanie z jedną torbą dziedzica i dziedziczki, rządcy i ekonoma, przybycie mierniczych z cyrklami wielkimi jak szczudła, a wreszcie przekazanie aktów nadania ziemi w pałacu lub dworze wywłaszczonego ziemianina. Najbardziej spektakularnie dokonało się to 3 listopada 1944 roku, kiedy do pałacu w Łańcucie przybyło pół tysiąca chłopów. Jeden z nich przystawił do bramy drabinę i odrąbał tarczę herbową Potockich.
Polskę trzeba poskładać na nowo. Zniknęli ziemianie, potomkowie szlachty, fabrykanci, bogate mieszczaństwo, Żydzi, arystokracja. Opuszczone miejsca czekają na zajęcie, społeczeństwo zmienia skórę. Życie nie ogląda się na umarłych, nawet jeśli to oni do tej pory urządzali kraj.
Powojenna Polska jest nędzarką. Odnotowała najwyższy na świecie koszt wojny w przeliczeniu na mieszkańca, a straty są trzynastokrotnie wyższe niż dochód narodowy z ostatniego roku przed wojną. Na odbudowę czekają szlaki kolejowe, mosty i drogi. Zniszczonych jest prawie pół miliona gospodarstw. Na Żuławach miny pokrywają dwieście tysięcy hektarów najlepszej ziemi. Brakuje nasion, nawozów, drewna i maszyn. Jest trzy razy mniej bydła i dwa razy mniej koni. Jeszcze w 1947 roku odłogiem leżą trzy miliony hektarów gruntów ornych.
Lato 1945 roku jest latem migracji i przesiedleń, życia w ruinach. To lato obławy augustowskiej, przegrupowań w oddziałach podziemia, pogromu w Krakowie. Lato z epidemią czerwonki, tyfusu i gruźlicy, lato chorób wenerycznych - zapadło na nie półtora miliona osób. Krystyna Kersten, autorka dwóch monografii o początkach Polski Ludowej, ustaliła, że w czasie wojny zginęły: jedna trzecia pracowników naukowych, połowa adwokatów, jedna piąta sędziów i prokuratorów, dwie piąte lekarzy, jedna piąta nauczycieli.
Kto przeżył wojnę, skupi się na budowaniu. Na niszczenie i biedę dość się już napatrzył. Władza wie, że opowieść o zerwaniu z dziedzicznym ubóstwem znajdzie słuchaczy. Karmi ludzi obietnicą dobrobytu, przynosi nadzieję na awans i korzystanie z postępu. Zawiezie tramwajem do fabryki, przydzieli łazienkę z wanną, wręczy bilet do kina. Odważnych zachęci do przeprowadzki. Ruchliwość cementuje władzę, bo osłabia stare więzi. Ludzie w nowych, obcych środowiskach nie powinni się buntować. Będą raczej dłużnikami. Dlatego tak ważne staje się zagospodarowanie ziem nowych. To plaster na otwarte wojenne rany.
Nowa władza potrzebuje informacji. Musi wiedzieć, jaki kapitał został po tych, którzy wyjechali, i gdzie można osiedlić tych, którzy przyjadą. Komisje pędzą w teren, inwentaryzują, nanoszą na mapy, gromadzą dane. Tworzą ewidencje i rejestry. Wpisuje się do nich powierzchnię łąk, pól uprawnych, lasów, pastwisk, ogrodów, stawów, nieużytków. Szacuje się - bo jak dokładnie zmierzyć? - zniszczenia w "domach mieszkalnych". Urzędowy język nowego państwa unika takich pojęć jak dwór i pałac, nawet jeśli "dom mieszkalny główny" ma dwadzieścia izb, dwa garaże i sąsiadują z nim domy robotnicze.
Należy podać wymiary stodół i obór, stajni, kuźni i spichlerzy. W adnotacjach pojawiają się uwagi o "umeblowaniu poniemieckim wystarczającym". Określa się jakość gleb. Na oko, na wyczucie, na wiarę we własną mądrość i intuicję. "Średnia 50%, słaba 50%", "pszenno-buraczana" albo "żytnio-kartoflana".
Opis sprzętów rolniczych zajmuje kilka linijek. Śrutownik, kultywator, opielacz, radło, waga, wóz, sieczkarnia, parnik. Traktor, szarpacz do buraków, młockarnia duża. Obsypnik, barakowóz. "Motory [silniki] trzy, w tym jeden dobry". Sanie.
Czy są zapasy?
Ile koni? To ważna sprawa - często jedyna dostępna siła pociągowa, energia, bez której mało co się uda.
Czy na terenie majątku są gorzelnie, mleczarnie, suszarnie?
Kto zarządza majątkiem? Wojsko, powiat, urząd ziemski? Jak daleko do gminy, miasta i poczty?
Ktoś musi stworzyć sieć osadniczą. Odgórne nakazy, polityka, ideologie są tu na drugim planie. Delegacje zwiadowcze sugerują, by jednej rodzinie przydzielać co najmniej dwa pokoje z kuchnią. Potrzebna jest bieżąca woda. We wnioskach algorytm: czy nadaje się na parcelację, czy może na spółdzielnię. Wśród odpowiedzi i takie: "do natychmiastowej parcelacji po opuszczeniu przez Armię Czerwoną".
Na ziemiach zachodnich i północnych zniszczonych jest czterdzieści sześć gospodarstw na tysiąc mieszkańców - podsumowali redaktorzy Atlasu ziem odzyskanych z 1947 roku. Co zrobić z takimi zasobami - rozdzielić wszystko między indywidualnych? Dać im po pięć, dziesięć hektarów, licząc na spokój? Co z resztą?
Choć między Bugiem a Odrą w poszukiwaniu lepszego życia wędruje półtora miliona osób, kłopoty z zaludnieniem ziem nowych są realne, co wybrzmiewa w raportach z głębi kraju. W powiecie głubczyckim złodzieje kradną konie, a zdemobilizowani żołnierze pędzą bimber, czyli - w języku władzy - "trudnią się tajnym gorzelnictwem". Komenda milicji powołała referat do walki z nierządem. W okolicach Prudnika rolnicy skarżą się na odbieranie im krów i koni "poniemieckich". Źródłem rozgoryczenia są też wysokie opłaty nakładane przez urzędników za przewóz mebli. W Dzierżoniowie osadnicy "strasznie piją", bo - jak mówią - "tyle ich, co przepiją". W niektórych wsiach powiatu trzebnickiego pijaństwo jest "objawem codziennym". W Gryficach trudno o chleb, brakuje nawet kartofli. W powiecie gołdapskim nie ma "ludzi fachowych do objęcia stanowisk kierowniczych w różnych dziedzinach życia". W powiecie oleckim lekarzem jest student medycyny. Nie ma studni. Władze powiatu braniewskiego składają meldunek o przestępczości, nasilającej się pod wpływem "pogoni za zdobyciem mienia poniemieckiego". Po wyjeździe Niemców z powiatu gubińskiego brakuje robotników rolnych oraz służby domowej w mieście i na wsi. W powiecie kętrzyńskim odnotowuje się "połacie ugorów porastające ostem, w którym mnożą się myszy". Brakuje nie tylko ziarna do wiosennych zasiewów, pociągów, autobusów, ale i mierniczych. W praktyce tylko oni mogą podzielić majątki i wyznaczyć granice nowych gospodarstw lub powiększyć już istniejące. Nieufność i niepewność, zamiast słabnąć, rośnie. Dla lokalnej administracji sprawa jest oczywista: trzeba uwłaszczyć rolników i rzemieślników, dać im narzędzia do pracy, zanim całkiem stracą nadzieję. Alarmistyczny ton raportów wbrew intencjom ich autorów - urzędników starostw i komendantów powiatowych Milicji Obywatelskiej - odbija się głucho od ścian ministerialnych gmachów. Część osadników zrzeka się gospodarstw. Wolą wrócić do pracy w fabrykach.
Żołnierki pomagają przy żniwach w jednym z pegeerów, 1951
Źródło: Wojskowa Agencja Fotograficzna/Narodowe Archiwum Cyfrowe
Do zmiany ustroju rolnego, ale bez nacjonalizacji gruntów, namawiają ekonomiści i geografowie. Rachunek kosztów i zdrowy rozsądek przemawiają za powiększaniem gospodarstw rodzinnych. Projekty studialne z 1945 roku nie przewidują preferencji dla majątków państwowych, z wyjątkiem stacji doświadczalnych i hodowlanych. Podczas I sesji Rady Naukowej dla Zagadnień Ziem Odzyskanych docent Stanisław Antoniewski przekonuje, że utrzymanie miliona hektarów na zachodzie (tyle ziemi państwo zatrzymało podczas reformy rolnej) i zakładanie tam fabryk zboża mija się z celem. Przewiduje, że tworzenie kombinatów rolnych pochłonie olbrzymie kwoty, a one same będą produkować bez względu na opłacalność, a więc staną się sztuczną konkurencją dla gospodarstw chłopskich. Tę myśl wspiera profesor Eugeniusz Romer. Stwierdza, że "najlepszym człowiekiem jest ten człowiek, który wszystkiego sam się dorabia". Uczeni wiedzą, że Polska znalazła się w historycznym momencie. Jeśli wykorzysta tę szansę, skutecznie rozwiąże problem przeludnionych wsi na Podbeskidziu czy w Kieleckiem.
Politycy kierują się odmienną logiką. Biorący udział w naradzie wiceminister administracji i działacz PPR Władysław Wolski kontruje akademickie wywody, sięgając po liczby. Przypomina, że obszar wielkich majątków na ziemiach zachodnich wynosi dwa miliony hektarów, z czego połowę - i to jest pewne - zatrzyma państwo. Problem stanowi druga połowa, którą "trzeba obsadzić", czyli wydzielić nowe gospodarstwa, wytyczyć drogi, wznieść domy i budynki inwentarskie. W pewnym sensie zaplanować od początku sieć osadniczą. Wolski daje do zrozumienia, że państwo nie podejmie tego wysiłku. Na ziemiach nowych gleby uchodzą za słabe, brakuje koni, maszyn i rąk do pracy. Chłopska rodzina nie podoła uprawie więcej niż dziesięciu hektarów, zakłada polityk. W tak trudnych warunkach poradzi sobie tylko państwo. Państwo ograniczy biedę, ale innymi środkami, niż podpowiadają uczeni. Socjalistyczna nakładka na junkierskie posiadłości wydała się najoczywistszym rozwiązaniem.
Niedowład mechanizmów ekonomicznych
Zanim powstały pegeery, w styczniu 1946 roku rząd powołał Państwowe Nieruchomości Ziemskie. Miały ugasić pożar - zadbać o obsianie pól, dać ziemi nowe życie. Podlegały im głównie duże gospodarstwa, które nie zostały rozparcelowane w toku reformy rolnej - Witold Maringe i Władysław Englicht podają, że było to w sumie półtora miliona hektarów. W całym kraju PNZ zatrudniały sto dwadzieścia tysięcy pracowników; tylu ludzi mieszkało wtedy w Gdańsku. Nadzór nad przedsiębiorstwem sprawował wicepremier i lider PSL Stanisław Mikołajczyk i przez półtora roku, do chwili ucieczki na Zachód, roztaczał parasol ochronny nad podległymi sobie urzędnikami. Dzięki temu PNZ stały się przyczółkiem wywłaszczonych ziemian, specjalistów w zarządzaniu dużymi areałami i zwolenników jedynej opozycyjnej partii. Ten eksperyment trwał trzy lata. Zakończył się pokazowym procesem kierownictwa instytucji i włączeniem jej do struktur państwowych gospodarstw rolnych.
Przesądził o tym w połowie lutego 1949 roku kreator ówczesnej polityki gospodarczej Hilary Minc. Na jego wniosek Komitet Ekonomiczny Rady Ministrów przyjął uchwałę w sprawie utworzenia przedsiębiorstwa Państwowe Gospodarstwa Rolne. Dokument zawiera kilka lakonicznych akapitów. Tworzy się nowy podmiot, odpowiednie resorty przygotują akty wykonawcze, nadadzą strukturę powoływanej instytucji, uregulują sprawy finansowe. W stenogramie z posiedzenia nie używa się słowa "likwidacja". Jest "przejęcie", "nabywanie", "przekształcenie".
To była czysta formalność, podjęte z wyprzedzeniem decyzje należało tylko zapisać. Zresztą w 1949 roku fala centralizacji zalała cały kraj. Rządowe okólniki regulowały czas pracy w Warszawie, ministerialne zarządzenia dopuszczały handel podgardlaną i salcesonem w dni bezmięsne, a państwo nacjonalizowało prywatne firmy. Przejmowało nie tylko duże fabryki, ale i drobne biznesy: Wytwórnię Obuwia Czesław Ruszkowski w Mińsku Mazowieckim czy Introligatornię Alois Wudtke, obecnie Czesław Bielawski, we Wrocławiu.
Twarz państwowemu rolnictwu dał Stanisław Tkaczow, reprezentujący - w randze wiceministra - interesy PPR i wolę ścisłego kierownictwa rządu. Wiosną 1949 roku ogłosił w wywiadzie dla Polskiej Agencji Prasowej, że państwo wyznaczyło pegeerom zadania specjalne: likwidację odłogów, zakładanie stacji inseminacyjnych i prowadzenie towarowej produkcji rolnej. Polska wciąż nie dojadała i to pegeery miały ją wyżywić. "Wyrównają istniejące niedobory mięsa, tłuszczu i mleka" - zapewniał polityk. Obiecywał, że udowodnią "wyższość gospodarki zespołowej nad indywidualną". Polska miała jeść tyle mięsa, ile kapitaliści, a nawet więcej, ale zwierzęta zamierzała wyhodować swoimi metodami. Tak postanowiła partia.
Celem, o którym wiceminister rolnictwa nie powiedział PAP, było usunięcie zdegradowanych ziemian z administracji rolniczej. PPR, aby zachować kontrolę nad ziemią, musiała pozbyć się ludzi związanych z PSL-em. W zachowanym stenogramie dyskusji z 28 stycznia 1949 roku o połączeniu Państwowych Nieruchomości Ziemskich, Państwowych Zakładów Chowu Koni i Państwowych Zakładów Hodowli Roślin pojawia się uwaga Tkaczowa, że "Centralny Zarząd [PGR - przyp. BP], mając te trzy zalążki oraz politykę personalną, potrafi szybciej oczyścić i postawić na dobrym poziomie okręgi". Minister ganił Centralny Zarząd za plotkarstwo, które według niego przyszło z Państwowych Nieruchomości Ziemskich. Dał do zrozumienia, że nie po drodze mu z ludźmi Mikołajczyka - skazanym kilka miesięcy później na dożywocie za "próbę obalenia systemu" Witoldem Maringem, wykształconym w Belgii ziemianinem (dzięki któremu powiodła się pierwsza po zakończeniu wojny akcja siewna na ziemiach nowych) i jego współpracownikami[1].
W pierwszej połowie 1949 roku państwo przekazało pegeerom konie (sześć tysięcy) i krowy (osiemnaście tysięcy). Wyposażyło gospodarstwa w traktory (dwa i pół tysiąca), żniwiarki i snopowiązałki (tysiąc) oraz nawozy (265 tysięcy ton). Władza oczekiwała wzrostu i postępu mierzonego tonami pszenicy, buraków cukrowych, tuczników, jaj i hektolitrów mleka. Mieszkania, szkoły i domy kultury pojawią się później. Ustawa o planie sześcioletnim zakładała, że wydajność pracy robotnika w pegeerze (mierzona wartością produkcji w cenach stałych) wzrośnie o niemal sto procent. Centralne zarządzanie, oparte na wskaźnikach dyrektywnych, miało nastroić gospodarstwa państwowe na przemysłową produkcję żywności. Warunki mieszkaniowe i socjalne były sprawą drugorzędną. Na razie to pracownik jest dla pegeeru, a nie pegeer dla pracownika.
Stanisław Tkaczow, minister lasów, 1946-1947
Źródło: Socjalistyczna Agencja Prasowa / Narodowe Archiwum Cyfrowe
W protokołach z narad zostało coś więcej niż czysta merytokracja. Już rok później słychać narzekania na niski poziom kadr. Kierownicy średniego szczebla czują presję: sytuacja wymusza na nich zatrudnianie brygadzistów po czterogodzinnym kursie. Pojawiają się rzadko używane słowa: "niedobory budżetowe", "stopień psucia się towarów" oraz prośby o zmniejszenie obciążeń. Teren apeluje o rewizję planów. Centrala przydziela za mało pasz, wskutek czego krowy zapadają na gruźlicę. A wygłodzone nie dadzą tyle mleka, ile żąda centrala. Nadzorujący państwowe rolnictwo Stanisław Tkaczow krytykuje jednego z towarzyszy za to, że mówił o pegeerach "27 minut demobilizująco".
Podczas narady z wicepremierem Hilarym Chełchowskim towarzysze tłumaczą się z "niewykonania planu tuczników", ale Chełchowski i tak wie to, co chce wiedzieć.
"Dlatego nie wykonaliście, że jest niedołęstwo, niedbalstwo i nieodciągnięcia - grzmi w styczniu 1951 roku na zjeździe kadry kierowniczej PGR. Jest nerwowo, bo produkcja miała rosnąć, a spada. - Mówcie o drobiu" - Chełchowski zamyka wątek tuczników. Z drobiem, na szczęście, jest trochę lepiej. (W innej dyskusji pada podobny argument: "Jeśli świnie zdychały, to nie z głodu, lecz z braku opieki ze strony aparatu").
Dyskusja o pegeerach toczyła się i na partyjnym forum (podczas VI Plenum KC PZPR w lutym 1951 roku Hilary Minc dziwił się, że państwowe majątki gospodarują na najlepszych glebach, a są deficytowe), i w korespondencji wewnętrznej. Do Romana Zambrowskiego, wpływowego polityka PZPR, trafiło pismo od wiceszefa kadr w Centralnym Zarządzie PGR. Stefan Makuch raportował (pod koniec 1950 roku) o przypadkach marnotrawstwa. "Obory budowano takie, że dojarka z wiadrami chodzi bokiem, a drzwi do obór budowano tak wąskie i nisko, że bydło łamało sobie żebra. [...] Do chlewów drzwi były takie, że gdy prosię wyrosło, to nie mogło przez nie wyjść, gdyż były za małe". Makuch sugerował, że za tymi błędami kryje się "coś głębszego, co ma wymowną przyczynę, której w pierwszym rzędzie należałoby szukać w komasowaniu i centralizowaniu".
Centralizacja się nie zatrzymała. W maju 1951 roku powstało Ministerstwo Państwowych Gospodarstw Rolnych. Jego urzędnicy na polecenie władz partyjnych tworzyli listy wskaźników dyrektywnych dotyczących zasiewów, pogłowia zwierząt, nasiennictwa, zatrudnienia, inwestycji, zaopatrzenia, środków produkcji (w latach osiemdziesiątych obowiązywało ich jeszcze prawie trzysta). Ministerstwo działało przez pięć i pół roku i zostało zlikwidowane miesiąc po wyborze Gomułki na stanowisko pierwszego sekretarza PZPR. Sprawami pegeerów zajął się ponownie resort rolnictwa.
Reszta tekstu dostępna w regularnej sprzedaży.