7530 rok od stworzenia świata
Jedna z najmniejszych mniejszości
Latem 2020 roku z powierzchni ziemi zniknął cmentarz w Białogórach. Nie zagarnęły go natura, mech, pokrzywa, nawłoć, dziurawiec ani gabina. Przejęły go ludzkie ręce, niwelatory, koparki, spychacze, wywrotki oraz betoniarki. Ostatni pochówek miał tu miejsce w 1946 roku, teren więc dziczał od przeszło siedemdziesięciu lat. Działka kusząca, wyjątkowo atrakcyjny kawałek zarośniętego, starego, porzuconego cmentarza staroobrzędowców, nad samym Jeziorem Białym. Nikt podobno nie wiedział, że na wystawionej na sprzedaż parceli, zakwalifikowanej jako działka rekreacyjna, są pochowani członkowie jakiejś mniejszości. Urzędnicy nie zauważyli symbolicznych krzyżyków na planie tej działki ani informacji, że mogiłki w Białogórach były włączone do wojewódzkiej ewidencji zabytków od 1991 roku. Nabywcy nie dostrzegli tam śladów nagrobków, rudymentów ośmiokrańcowych krzyży ani nawet szczątków ludzkich kości, odsłoniętych przez maszyny. Przeoczyli. Przemilczeli. Przeorali. Poruszona opowiedziałam bliskim o tym cmentarzu, o staroobrzędowcach, o reformach patriarchy Nikona z XVII wieku, o ucieczce z Rosji i o babci Anisji. Parę razy zaklinałam: niech straszą ich duchy moich przodkiń i przodków; ktoś dopowiedział, że najlepiej w więzieniu, za zbezczeszczenie zwłok, za zniszczenie zabytku, za złamanie prawa. Mnie bolało także co innego. Zastanawiałam się głośno, kto osądzi tych wszystkich ludzi za nieczułość wobec mniejszości, za niedelikatność względem pamięci, za niewrażliwość na dobro wspólne. Pytałam, kto pozwolił im wyrwać z korzeniami te wszystkie krzaki i pokrzywy, które zarosły starą nekropolię, ślad dawnej obecności i bliskości staroobrzędowców.
Na rubieże Rzeczypospolitej Obojga Narodów, a dokładnie na kresy Wielkiego Księstwa Litewskiego, zawędrowali już pod koniec XVII wieku. Następnie w XVIII wieku stopniowo migrowali na zachód, aż w końcu na dzisiejszą Suwalszczyznę, a później także do Prus Wschodnich. Uchodzili przed krwiożerczym carstwem, które dyktowało im zmiany w obyczajowości, ingerując w praktykowany przez nich obrzęd religijny. Stąd "staroobrzędowcy", a inaczej starowierzy lub starowiercy, ponieważ wystąpili przeciwko tyranii centralizacji zasad wiary, to oni chcieli wierzyć po staremu, a nie tak, jak kazał im car. To przywiązanie do starego było paradoksalnie oznaką nie dogmatycznej sztywności, ale troski o swoją lokalną odrębność, tym bardziej że ruch staroobrzędowy od początku nie był jednorodny. Jego członkowie nie dali się upaństwowić, a co za tym idzie nie ubrali się w uwierającą szowinistyczną tożsamość wielkoruską. Przez długi czas pozostawali na marginesach wielkiej historii, skrywali się przed imperium na grądach, uroczyskach czy w gęstych jak ich obrzęd lasach.
Likwidacja cmentarza z jednej strony wywołała wiele napięć, bo była bezdusznym aktem dewastacji, czyimś zaniechaniem wynikłym z obojętności i próbą zbudowania czegoś na odsłoniętych kościach, co oburzało i gniewało, ale z drugiej obudziła i skonsolidowała wspólnotę staroobrzędowców na nowo. W sprawie zabrało głos wiele środowisk dbających o widoczność mniejszości w tym wyczyszczonym z inności kraju, listy sprzeciwu i poparcia pisały instytuty, uniwersytety, fundacje, muzea. Słowa otuchy wypowiadały osoby publiczne: Krzysztof Zanussi, Krystyna Janda czy Olga Tokarczuk. Media zainteresowały się losem starowierów jak nigdy dotąd. Polska dowiedziała się o istnieniu jednej z najmniejszych mniejszości religijnych w kraju, a Naczelna Rada Staroobrzędowców rozpoczęła działania edukacyjno-aktywistyczne, których celem było przywrócenie cmentarza i uobecnienie dziedzictwa wyznawców starej wiary w Polsce. Wydarzenie miało nie tylko skutki publiczne, ale też prywatne. Ożywiona sprawą duchów z Białogór, przyniosłam z piwnicy parę książek i artykułów naukowych, kilka wycinków z gazet, dwie płyty z muzyką starowierskiego zespołu pieśni Riabina, zebrałam w jednym miejscu album ze zdjęciami Mirki Gmaj, przyjaciółki i wizualnej archiwistki wspólnoty, foldery z nielicznych wystaw, okolicznościowe skrawki. Zaczęłam przyglądać się im i sobie.
Pakoj duszy usoposzej rabyni twojeja, Anisi
Jesienią 2021 roku umarła moja babcia Anisja, nazywana też Anisą, Aniską. Nie zabrała jej choroba, nie cierpiała. Zasnęła - łagodnie i spokojnie. Była gotowa od 2005 roku, kiedy po długich zmaganiach z rakiem zmarł dziadek Siemion. Od tamtej pory miała przygotowany sarafan, w którym została pochowana. Wyglądała w nim przepięknie, otulona dodatkowo białym zwiewnym ażurowym całunem, z zawiązaną na głowie kwiecistą chustką.
Nastawnik, baciuszka, powiedział o niej: "była dobrą, pobożną kobietą". Babcia Anisja była dobrym człowiekiem. Taki tytuł nosi obraz Wiktora Popkowa z lat siedemdziesiątych XX wieku, który przedstawia jesienny pogrzeb. Dużo purpury, szkarłatu i czerwieni. Wspólnota, głównie starszych, ikonicznie namalowanych kobiet, opłakuje śmierć jednej z nich, Anisji. Zapach woskowych świec, transowo powtarzane modlitwy, śpiewane monodycznie, jak mantry, zamaszyste znaki krzyża, czynione dwoma placami wraz z głębokim, czasem pełnym, czołobitnym pokłonem. Przypomina to wszystko śpiew i taniec derwiszy. Pakoj duszy usoposzej rabyni twojeja, Anisi. Starocerkiewne słowa brzmiały jak tajemnica. Lament mojej mamy, jej sióstr i ich ciotek był teatralny i autentyczny jednocześnie.
Ceremonia miała swój porządek, zbiorowo odtwarzany w danym momencie; jeśli się o czymś zapominało, ktoś podpowiadał. Dostałam wiele kondolencji, swietłaja pamiać, ludzie przynosili świece, moc świec, symbol wspominania zmarłych. Trumnę wyniosły kobiety, tak nakazuje obrzęd. Położyłam na grobie babci bukiet kwiatów z ogrodu mamy, jak u Popkowa purpurowo-szkarłatno-czerwonych, i pomyślałam, że już nikt nigdy nie powie do mnie Kacia, Kacińka.
Odejście babci Anisji, choć smutne i bolesne, po czasie zdjęło ze mnie wszystkie napięcia i przyniosło oczyszczenie. Scaliło mnie w środku. Przypomniałam sobie jej charyzmę, czystą afektywność i egzaltację. Potrafiła się wzruszyć najmniejszym drobiazgiem, jak wtedy, gdy podarowałam jej kremowo-różaną chustę do molenny, taką na lato, ale też nachmurzyć, łajać i gromić, kiedy uznała, że trzeba. To, co piękne i niesamowite, zawsze było dla niej cudem, dlatego myślę o niej jako o cudnej babci. Album jej zdjęć po sprawie w Białogórach miałam już pod ręką. Dumna, wyprostowana, matka pięciu córek i syna. Mistrzyni ceremonii w bani, do której chodziłyśmy razem i wielopokoleniowo, kobiety, dziewczyny i dziewczynki, dzięki czemu nigdy nie bałam się własnego zmieniającego się ciała. Towarzyska, radosna, oddana; bała się burzy, chociaż temperamentem ją trochę przypominała. Kiedy grzmiało, truchlała, modliła się i odłączała sprzęty od prądu. Jeździła na rowerze jak błyskawica, nie miałam szans jej dogonić. Czasem wystarczyło, że przymknęłam na sekundę oczy, a ona była już w innym miejscu. Zbierała szczaw na zielonej łące, mrugnęłam, a ona już cerowała mi zimowe rękawiczki, zachwycając się, że takie piękne. Jej odejście przyniosło także skutek publiczny, bo dopiero wtedy zdecydowałam się opowiedzieć tę historię, spełniając testament babci, która wszystkim na pożegnanie zawsze mówiła: Pomni minia, milinkaja, milinkij. Pamiętaj mnie, miła, miły.
Olga
Pamiętam bardzo dobrze, kiedy po raz pierwszy poczułam wstyd z powodu rosyjskiego pochodzenia. To była czwarta lub piąta klasa podstawówki, druga połowa lat dziewięćdziesiątych, pani od polskiego, moja wychowawczyni, opowiedziała nam o tajnikach sporządzania drzewa genealogicznego i zadała pracę domową: narysować drzewo genealogiczne swojej rodziny. U ojca było łatwo: Marek, babcia Danuta, dziadek Ryszard, dalej ich rodzice, tata podpowiedział: Stanisław i Stanisława oraz Mirosław i Elżbieta.
- Mamo, a jak zapisać babcię Aniskę i dziadka Siomkę?
- Napisz Tomasz i Alicja, oni tak są po polsku.
Tak działała uwewnętrzniona przemoc. Rodzice mamy nie mogli mieć ruskich imion, bo wtedy jasne by było, że i ona jest trochę ruska. Trzeba było spolszczyć i spłaszczyć, choćby tak dziwacznie. Tak zapisałam. Tomasz i Alicja, czyli Siemion i Anisja. Imiona pradziadków i prababć mama też przetłumaczyła: Jan, Barbara, Mikołaj i Agata. Ludzie, których nigdy nie poznałam, ponieważ znałam Iwana, Warwarę, Nikołę i Agafię. Jako dziecko nie rozumiałam, że matka właśnie przekazuje mi swój stygmat inności i związany z nim wstyd. Chciała mnie uchronić przed tym, czego doświadczyła sama: poczuciem obcości, odrębności, niedopasowania. Była z tego pokolenia, które poczuło na własnej skórze, czym była polityka PRL-u wobec mniejszości z jednej strony i polityka podziemia, czyli anty-PRL-u, wobec nich, z drugiej. Przemoc symboliczna, zewnętrzna, kazała jej represjonować to, co wewnętrzne. Jej pokolenie zostało rozdwojone. Rosyjskie imiona jej sióstr nie mogły być zapisane w akcie urodzenia i dokumentach, urzędnik nie pozwolił, oficjalnie były więc Heleną i Urszulą, choć w domu Jeleną i Uljaną. Imię mamy, Olga, po polsku brzmi tak samo. Lata dziewięćdziesiąte nie sprzyjały ujawnianiu publicznie rosyjskiej proweniencji, a i z wcześniejszych czasów mama dobrze pamięta, jak dzieci w szkole podstawowej mówiły do niej "kacapka". Imię miała może uniwersalne, ale nazwisko z końcówką -ow - typowo rosyjskie. Jak Czechow czy inny Michałkow. Mamy też w rodzinie nosicieli nazwisk z końcówką -in, jak Bachtin czy Puszkin.
Tym wyparciem mama kumulowała dwa długi pokoleniowych traum. Jeden to nieopowiedziana historia przeżyć jej rodziców i dziadków z II wojny światowej, druga - ten jej uraz po rozszczepieniu wnętrza i zewnętrza, kiedy poza domem trzeba było być przykładną Polką i tłumaczyć się ze swojego niepolskiego nazwiska, a w domu modlić się z pobożnym dziadkiem Iwanem przed jedzeniem i pomagać babci Warce zbierać zioła do mikstur. Zewsząd słyszała, że jest inna, tylko nie wiedziała, czy to powód do dumy, czy wstydu, bo nikt jej tego dobrze nie wyjaśnił. Mama odeszła stamtąd tak, jakby opuściła w pośpiechu starą chatę, zabiła ją deskami, ze wszystkim, co pozostało w środku. Nie zrobiła tego jednak dokładnie, migotliwe światło wpadało czasem do wnętrza, aż w końcu udało nam się razem tam wrócić i odkurzyć wspomnienia. W Warszawie próbowała mnie chronić przed doświadczeniem trudnej inności, w Gabowych Grądach celebrowała swoją odmienność i uczyła tego mnie. Od razu przechodziła na język starowierski, zaglądałyśmy razem do ikon, odwiedzałyśmy ciocię Marfę, z którą dyskutowały godzinami o wsi, chodziłyśmy na mogiłki, a tam wspominała swoje babki, czego nigdy nie robiła w Warszawie. Po drodze wszystkim się kłaniałyśmy i mówiłyśmy zdrastujci, dzień dobry. Czasem przystawałyśmy popodziwiać czyjeś kwiaty i porozmawiać, oczywiście po swojemu. To dzięki niej przecież naiwnie i szczerze kocham polne kwiaty i drzewa. To też ona starannie wytłumaczyła mi, skąd pochodzi nazwa jej rodzinnej miejscowości. Z nią przyglądałam się lasowi grądowemu, dotykałam, wąchałam i nasłuchiwałam go. Właśnie tu w 1867 roku powstała osada starowierska. W lesie najwięcej było grabów, dębów szypułkowych, lip drobnolistnych oraz gabiny, czyli wiązów, też szypułkowych. Od mamy wiem też, że kiedyś były to tereny podmokłe. Stąd drugi wariant etymologiczny, że może te grądy to jednak uroczyska, tereny wywyższone pośród bagien. A może jednak formacja leśna, a może jedno i drugie. Zastanawiałam się tylko, dlaczego wtedy, kiedy pytałam o dziadków, mama nazwała Siomkę Tomaszem, a nie Szymonem. Chyba tylko po to, żeby wywróżyć mi imię przyszłego męża, zawsze miała dryg do czarów, po babce Warwarze, szeptusze i zielarce. Innego wyjaśnienia nie znajduję.
Awwakum
Pamiętam bardzo dobrze, kiedy po raz pierwszy poczułam dumę z powodu swojego rosyjskiego pochodzenia. To był pierwszy rok studiów rusycystycznych, kiedy profesor literatury staroruskiej omawiał Żywot protopopa Awwakuma, przez niego samego nakreślony. Zachwycał się. Ten siedemnastowieczny zabytek piśmiennictwa ruskiego traktuje o początkach staroobrzędowców w Rosji i jest pisany przez Awwakuma Pietrowa, wysoko postawionego duchownego Cerkwi, który sprzeciwił się reformom liturgicznym patriarchy Nikona z lat pięćdziesiątych XVII wieku, przeprowadzanych przy aprobacie cara Aleksego I Romanowa w Carstwie Rosyjskim.
- Żywy język! Przekleństwa! Afekt! Słyszeli państwo o staroobrzędowcach?
- Słyszałam, rodzina od strony mojej mamy to polscy staroobrzędowcy, mieszkają w Gabowych Grądach.
Dużo o tym rozmawiałam z profesorem Wiktorem Skrundą, bardzo chciał, żebym napisała o nich doktorat, najlepiej pod jego opieką. Chciał, żebym odkryła swoje korzenie najpełniej, jak tylko potrafię, "ażeby nie poszło w zapomnienie dzieło Boże". Coś próbowałam z tym robić naukowo, ale wtedy nie umiałam. Na studiach socjologicznych podjęłam drugą próbę, chciałam dowiedzieć się więcej o trudnej rosyjskiej polskości, a może polskiej rosyjskości moich przodków. Rosjanie mają status mniejszości narodowej w Polsce między innymi ze względu na historię długiego trwania staroobrzędowców na tych ziemiach; według spisów powszechnych sprzed II wojny światowej niemal wszyscy oni określali się właśnie jako Rosjanie.
Okazało się jednak, że trudno mi być rzetelną badaczką w sytuacji, gdy wszyscy moi respondenci i respondentki to bliżsi lub dalsi wujkowie i ciocie. Nawet jeśli nie było więzów pokrewieństwa, były więzy dobrowolnej wspólnoty, a zamiast odpowiadać na pytania o tożsamość, woleli karmić mnie świeżo upieczonymi skańcami, czyli drożdżówkami z twarogiem, poić sukawicą, czyli nieco kwaśnym sokiem z brzozy, i pytać, co tam w mieście, tej Warszawie. Z tamtych czasów wiem jednak, że bardziej niż o mniejszości religijnej warto mówić tu o mniejszości etnokonfesyjnej. Dostałam też wtedy przepis na najlepsze ziemniaczane pierogi z pieca, bulbieniszniki. Obie te sprawy są dla mnie równie ważne.
Z kolei wykłady profesora, szczególnie te poświęcone ikonie, pomogły mi rozstrzygnąć, że w krasnym kącie w domu rodzinnym mojej mamy stoi ikona świętego Nikoły. Krasny, czy też jasny lub święty kąt, to półeczka przeznaczona na krzyż, ikony oraz wiotkie i zawsze pachnące miodem świece, przesłonięta na co dzień krótką firanką na sznurku, którą można odsłonić na czas modlitwy, ale przede wszystkim zaciągnąć na czas niemodlitwy. Nikoła to dość popularny święty. Podobny, też mosiężny, nieduży, wytwarzany w starowierskiej tradycji szkoły ikony wędrownej, stoi na przykład u ciotki Marfy. U nas jest też podniszczała Hodegetriа, bardzo podobna do tichwińskiej ikony Matki Bożej, oraz ośmiokrańcowy krzyż, niewątpliwie taki z tradycji staroobrzędowców bezpopowców, tych wspólnot starowierskich, które nie mają hierarchii duchownej. W Polsce obecnie są tylko takie gminy. Staroobrzędowcy popowcy mają inny krzyż, a prawosławni jeszcze inny. Na samej górze krzyża bezpopowców jest mandylion, czyli obraz Zbawiciela nie ludzką ręką uczyniony, podczas gdy u popowców jest wizerunek boga Sabaotha, siedzącego na tronie starca z długą brodą, a pod nim Duch Święty pod postacią gołębia. To niuanse, ale diabeł tkwi w tych szczegółach. Według staroobrzędowców patriarcha Nikon był diabłem, który poprzez reformę chciał oddalić ludzi od prawdy, bo jak pisał Awwakum Pietrow, "wyrzec się samego siebie to odstąpić od prawdy, gdyż prawda jest w tym, co jest".
Mity i prawda
Niemal każde lato od urodzenia do późnej nastoletniości spędzaliśmy razem z bratem w Gabowych Grądach. Wioska chowa się za ścianą lasu, gęstej i intensywnie szmaragdowej, malachitowej, butelkowozielonej Puszczy Augustowskiej, bogatej w jagody, poziomki, maliny, grzyby i drewno. Sąsiednia wieś - Bór - też jest niemal w całości starowierska, też cała z drewna. Wszyscy w domu mówili do nas jak między sobą. Na przykład: Kacia, priniesi wodu, a nie: "Kasiu, przynieś wodę". Albo: Pawlusza, lag!, zamiast: "Pawełku, połóż się!". A gdy jako dzieci za bardzo dokazywaliśmy z naszym rodzeństwem ciotecznym, babcia mówiła do nas ancichristy, antychrysty. Kiedy żył jeszcze pradziadek Iwan, mąż prababci Warwary, obserwowałam, jak wieczorami czyta wielkie księgi z dziwnymi czarno-czerwonymi zdobnymi znakami. W mojej pamięci zawsze był już siwym, niewysokim starcem, z długą srebrzystą, a kiedyś ponoć szpakowatą, a jeszcze dawniej ponoć czarną brodą, ubranym w rubachę z czerwonym haftem na piersi i przepasaną specjalnym sznurkiem. Iwan miał swój osobny czerwony czajnik w białe kropki ze smukłą gęsią szyjką, bez tego okropnego gwizdka dla zajętych ludzi, którzy muszą coś jednocześnie robić i nie dostrzegają, kiedy nad czajnikiem zaczyna kłębić się chmura pary. Cieszył się w domu wielką estymą, miał swoje miejsce na piecu, gdzie zasiadał z książką lub gazetą, a kiedy szedł grzać wodę w czerwonym czajniku, trzeba było zejść mu z drogi. Rzadko kiedy z kimś rozmawiał, głównie wędrował i czytał, przyjaźnił się z nastawnikiem Mironem, a co najważniejsze, jak twierdziła moja matka, był bardzo mądry i znał języki, czyli oczywiście rosyjski, ale też niemiecki. Dziadek Iwan na starość nie tylko przyjął rolę starca-mędrca, ale też znosił do obejścia dużo, potrzebnych, jego zdaniem, a naszym - zbędnych, przedmiotów, które miały się przydać w razie wojny. Jego lęk przed wojną był głęboki.
Barw miała ta wieś całą paletę. Była złota, gdy pałał łan zboża, rubinowa, gdy obradzał sad wiśniowy, biała, gdy napadało wszędzie śniegu, ale i czarna, a potem płomiennie czerwona, gdy całą społeczność w 1943 roku faszyści wywieźli na przymusowe roboty do Prus Wschodnich, na tereny dzisiejszego obwodu królewieckiego i części Mazur, a wieś, we współudziale z lokalną polską ludnością, rozgrabili i doszczętnie spalili, razem z molenną, czyli domem modlitw, i cmentarzem. To wtedy Iwan nauczył się trochę niemieckiego. Za odszkodowanie z Niemiec babcia Anisa wymieniła okna w domu. Wcześniej nie miała na to pieniędzy, państwo polskie nie zapewniło jej emerytury za wychowanie szóstki obywateli. Jej przydomowe gospodarstwo nie dawało możliwości rejestracji w KRUS-ie, babcia zajmowała się domem, wykonywała nieodpłatną pracę opiekuńczą, za to nie dostawało się wypłat ani emerytur. Po śmierci dziadka otrzymała lichą rentę wdowią, tyle co nic. Były więc także odcienie szarości.
Chociaż wieś za PRL-u nie była pegeerem, w związku z czym gospodarstwa radziły sobie, lub nie, indywidualnie, to po transformacji ucierpiała chyba jeszcze bardziej niż wsie popegeerowskie. Nie powstały duże przedsiębiorstwa rolne, ludzie nie zaczęli masowo zakładać ferm z tymi trzema krowami i pięcioma gęsiami. Las był nie tylko szmaragdowo-malachitowo-zielono piękny, ale i pożyteczny, żywił wiele gospodarstw: kobiety zbierały jagody, a mężczyźni kurki, które z rosyjska pięknie nazywali lisiczkami. Znudzona młodzież zbierała się pod sklepem albo na przystankach PKS. Teraz już nie ma sklepu, okazał się nierentowny, a autobusy przyjeżdżały tu coraz rzadziej, teraz kursują zaledwie raz dziennie i tylko w roku szkolnym. A może już nawet wcale.
Prawda i mity
Lato w Gabowych Grądach spędzali także często studenci, doktoranci oraz pracownicy naukowi Uniwersytetu im. Mikołaja Kopernika w Toruniu, ale wszystkich, poza profesorem Stefanem Grzybowskim, mieszkańcy nazywali zawsze studentami. To byli głównie językoznawcy, robili wywiady, zbierali opowieści, uważnie słuchali młodych, średnich i starych, ale też przychodzili czasem w sobotę do bani. Poznałam ich tam jako nastolatka, później widywaliśmy się na konferencjach naukowych. To w ich pracach przeczytałam o dwujęzyczności staroobrzędowców oraz o tym, że gwara, jaką między sobą rozmawiali moi domownicy, to fonetycznie i w mniejszym stopniu leksykalnie przekształcony język rosyjski, a dokładniej dialekt środkowowielkoruski, konkretnie z okolic Pskowa. Były w niej oczywiście wpływy polskie, ale też litewskie, białoruskie i po prostu regionalne, suwalsko-sejneńskie. Zachowały się też pewne rosyjskie archaizmy, których współcześnie praktycznie się nie używa. Babciny antychryst to relikt symbolicznie zakorzeniony w tutejszym języku potocznym od połowy XVII wieku. Nikon, ten diabeł, był Antychrystem, który zbyt dokazywał, chciał uczynić chaos w odwiecznym porządku. Car zresztą też. Na drugim roku studiów rusycystycznych przedmiotem obowiązkowym była gramatyka historyczna języka rosyjskiego, która szła mi niebywale dobrze, uczyliśmy się także podstaw języka SCS, czyli staro-cerkiewno-słowiańskiego. Zaliczyłam na piątkę z wykrzyknikiem, a to dzięki temu, że ćwiczyłam czytanie na brązowej księdze, odziedziczonej po pradziadku Iwanie. To był psałterz. Wiem też, co oznaczają inskrypcje na krzyżu nad jego grobem.
W książkach, artykułach i reportażach przeczytałam oraz zobaczyłam tyleż prawdy, co mitów. "Barwna mniejszość na skraju puszczy", "szaleńcy boży wśród jezior", "obrońcy starej wiary". Wszyscy chcieliby widzieć staroobrzędowców z czasów, kiedy Melchior Wańkowicz pisał Na tropach Smętka i jeden z rozdziałów, Hospodi pomiłuj, poświęcił tym "brodatym podmongolizowanym mężczyznom" oraz "kobietom w chustkach, zawiązanych pod brodą na modłę rosyjską", ortodoksom ortodoksów, raskolnikom, egzotycznym ptakom. Koloryzowanie jest zresztą bardzo proste. Kiedy na przełomie wieków Telewizja Polska kręciła serię krótkich filmów dokumentalnych Dzieci różnych bogów, moja siostra cioteczna, zapytana o to, ile razy dziennie modli się do swojego staroobrzędowego Boga, odpowiedziała szczerze, że ani razu. Ostatecznie w filmie mówi jednak, że trzy razy dziennie, reżyser poprosił o tę korektę. W końcu był to serial edukacyjny o dzieciach i Bogu, czyli pobożnych dzieciach. Dużo mówiłо się też o zjawisku poganoj krużki, czyli osobnych naczyniach dla innowierców. Jako nie do końca starowierka nigdy nie spotkałam się z przejawami wyłączania mnie z domowej obyczajowości, nie jadłam z osobnych talerzy, nie piłam z oddzielnych szklanek, nie czułam się poganką od "pogańskiego naczynia", a w święta Wielkiej Nocy nawet dostawałam od wszystkich trzy pocałunki z radosnym pozdrowieniem Christos woskriesie.
Testament babci Aniski
W wędrówce, w którą ruszyłam, prawda oparta na micie była mi tak samo potrzebna, jak mit oparty na prawdzie. Odrzucałam jednak fałsz, bo to on zawsze był pożywką dla uprzedzeń, dyskryminacji i nietolerancji. Chciałam pokazać, że starowierzy sami opowiedzieli swoją historię najlepiej, wystarczy tylko wsłuchać się w ich opowieści, które pobrzmiewają z ust ludzi, z kart ksiąg, ich pamiętników, listów, wierszy, zakamarków ich domów z ikonami, pośród nieoczywistych krzyży, zwykłych drzew, polnych kwiatów i kamieni oraz w snach, uczuciach i wspomnieniach. Być może nawet mniej niż o bycie architektką ich wielkiej pamięci chodziło mi tu o pokazanie roli kameralnego pamiętania.
Gabowe Grądy powracają do mnie w wielu reminiscencjach, ale przede wszystkim w powtarzających się od lat snach, w których raz jestem drzewem wiśniowym, a w moim cieniu leży i marzy o czymś dziadek Siomka, raz ozdobną małą kurką, którą karmi i podziwia babcia Aniska, a kiedy indziej sobą, bawiącą się w dom i sklep małą dziewczynką. Niekiedy zjawiają się jako koszmar, w którym na miejscu łąki z żelbetonowym bunkrem pozostałym po wojnie, wokół którego pasły się zazwyczaj krowy, pojawia się autostrada, a wzdłuż powstają nowe, obce domy. Lub tam, gdzie rósł mały lasek, miejsce dziecięcych zabaw i przedsionek serca starej puszczy, ktoś buduje ośrodek wypoczynkowy z wysokim murem wokół. Gabowe Grądy miały zawsze szczególne miejsce w mojej podświadomości i wracały, ilekroć szukałam mocy, bałam się świata lub potrzebowałam głębokiego natchnienia. Książkę o polskich staroobrzędowcach pisałam z pobudek tak samo banalnych, jak doniosłych, chciałam, żeby pamięć o tej mniejszości przetrwała. Chciałam także spełnić prośbę babci, żeby i o niej świat pamiętał. W 7530 roku od stworzenia świata, według kalendarza starowierskiego i bizantyjskiego, przystąpiłam do wywoływania wspomnień i zbierania opowieści.