Senegal: bez innych jestem nikim
Przy wejściu do hotelu na przedmieściach Dakaru jakiś człowiek chce sprzedać mały drewniany stolik. Demontuje go na moich oczach, potem składa, macha do mnie przyjaźnie, uśmiecha się. Daję do zrozumienia, że nie jestem zainteresowany, ale on stoi tak i powtarza swoje gesty piętnaście minut, pół godziny. Mija godzina, ja czekam przy stole na zamówiony wcześniej posiłek, który wreszcie dostaję, a on tkwi niewzruszony kilkanaście metrów ode mnie i chwyta się mojego wzroku jak tonący brzytwy. Gdy tylko spojrzę na niego, a on to zauważy, wstępuje w niego nowa nadzieja. I znów rozkłada stolik, macha do mnie, a gdy odwracam wzrok, ze smutną miną daje za wygraną i odchodzi, ale jednak zaraz wraca i rytuał rozpoczyna się na nowo. Będzie tak wracał codziennie przez tydzień, może dłużej. Czasem zobaczę go podczas śniadania, czasem pojawi się przed wieczorem. Rozstawi swoje afro-cepeliowskie figurki, brzydką biżuterię i będzie bez sukcesu zachęcał do kupna.
W tym handlu nie chodzi o to, by cokolwiek sprzedać. On nie sprzeda swojego stolika, podobnie jak setki handlarzy z placu Niepodległości w Dakarze nie sprzedadzą podrabianych perfum, zegarków, walizek, pokrowców na garnitury, koszulek z nazwiskiem kapitana reprezentacji piłkarskiej El Hadji Dioufa i innej tandety. Podaż przekracza tu popyt po tysiąckroć, a więc o co chodzi?
*
Na plaży w wiosce rybackiej Yoff codziennie przed godziną siedemnastą rybacy wyładowują połów. Żony obrabiają ryby, skrobią mniejsze sztuki, ogromne tuńczyki, mieczniki. Tną rekiny w grube płaty i wystawiają na sprzedaż na plaży. Czasem przychodzi ktoś ze wsi, by kupić kilka sztuk, ale większość kobiet zwykle nic nie sprzedaje. One po prostu siedzą i rozmawiają. Obok dzieci grają w piłkę, psy wygrzewają się w blasku zachodzącego słońca. W tym handlu chodzi więc nie o to, by sprzedać, ale o to, by być obok siebie, by dzielić się swoją obecnością.
*
Codziennie rano biorę taksówkę sprzed hotelu i codziennie powtarza się to samo.
- Ile do centrum? - pytam.
- Pięć tysięcy - pada odpowiedź.
- Ale wczoraj kosztowało trzy tysiące. I przecież jechałem z tobą.
- Ale benzyna zdrożała.
- Jak to "benzyna zdrożała"?
- Normalnie, pięćdziesiąt procent.
Odchodzę od samochodu obrażony, że ktoś ze mnie robi durnia, udaję, że już nie wrócę, i czekam na reakcję, która nieuchronnie nastąpi. W końcu kierowca akceptuje moją cenę. Pytam go, po co mu był potrzebny cały ten cyrk, śmiejemy się, proszę, żeby nie powtarzał go nazajutrz, on mówi, że oczywiście, a nazajutrz zachowa się dokładnie tak samo jak dzisiaj.
Kiedyś mnie to oburzało. Byłem wściekły, że ktoś traktuje mnie jak chodzący bankomat. Czułem się wykorzystywany. Dziś myślę inaczej, przeszła mi złość. Złość na co? Na to, że biedak chce zarobić? Że traktuje mnie jak okazję? A ja, jak ja go traktuję?
Zastanawiam się, co czują ludzie, których fotografuję bez pytania, dlaczego obce osoby dzielą się ze mną historiami swojego życia, dlaczego niektórzy zapraszają mnie do domu. Czym, jeśli nie wykorzystywaniem, jest przerabianie ich życia na fotki, teksty, reportaże radiowe? Bez pomocy, otwartości i zainteresowania tych ludzi moja podróż byłaby jak wydmuszka - kolorowa na zewnątrz, pusta w środku. Bez darowanej mi przez nich uwagi sam niewiele bym zauważył. Zamiast więc narzekać na pazerność Afrykanów, co często zdarza się Europejczykom, może lepiej przyjrzeć się własnej, tej "szlachetniejszej" odmianie pazerności: na egzotyczny news, na niezwykłą historię, na przygodę - i przestać zgrywać ofiarę.
Podróż jest wymianą darów, a na koniec i tak to podróżnik wychodzi na niej najlepiej. Jeśli potrafi, oczywiście. Grek Kawafis pisał:
Itaka dała ci tę piękną podróż.
Bez Itaki nie wyruszyłbyś w drogę.
Niczego więcej już ci dać nie może[1].
Nie narzekajmy więc na miejscowych, nawet jeśli to modne.
*
Sąsiednie narody nazywają Senegalczyków "Żydami Afryki". Ma to być komplement wskazujący, że są bogatsi, inteligentniejsi i lepiej rządzeni niż pozostałe narody kontynentu. Stereotyp rasowy, w którym jest trochę prawdy i więcej uprzedzeń przystrojonych w piórka podziwu. Senegal to rzeczywiście sprawnie funkcjonująca demokracja, państwo, w którym rząd rządzi, opozycja i media pełnią funkcje kontrolne, a konflikty rozwiązuje się zazwyczaj metodami politycznymi i pokojowymi. Islamscy przywódcy religijni, marabuci, mają ogromne wpływy wśród ludności, czasem decydują nawet o wyniku wyborów, ale nie deformuje to w zasadniczy sposób świeckiego charakteru państwa.
Wielka w tym zasługa ojca założyciela niepodległego Senegalu Léopolda Senghora, jednego z najwybitniejszych polityków afrykańskich XX wieku, człowieka, który uchronił Senegal przed budowaniem państwowej tożsamości metodami rewolucyjnymi, zjednoczył kraj i wprowadził w nim demokrację.
Senghor był idealnym produktem francuskiego kolonializmu: zakochany w przybranej ojczyźnie i jej kulturze, uczony dystansu, a nawet pogardy dla kultury afrykańskiej, był ideałem évolué, cywilizowanego czarnego Francuza, których produkcją zajmowali się wysłannicy Paryża w zachodniej Afryce. "Naszą ambicją było przyjęcie roli fotograficznych negatywów kolonizatorów: czarnoskórych Francuzów" - pisał, będąc już prezydentem, w 1961 roku, wspominając swoje zauroczenie Francją[2].
Zauroczenie nigdy całkowicie nie prysło, ale wkrótce po rozpoczęciu studiów w Paryżu Léopold Senghor zaczął się buntować. Nie poszedł jednak drogą nacjonalizmu. Wymyślił sposób na zachowanie afrykańskiej tożsamości bez zrywania więzów z metropolią. Ta metoda, określona jako filozofia négritude, oznaczała akceptację dominacji Francji na poziomie politycznym przy pieczołowitym kultywowaniu rodzimej kultury afrykańskiej. Senghor rozsadzał ramy wąskich stereotypów. Z jednej strony głosił pochwałę czarnej Afryki, wzywał rodaków do okazywania dumy i wyzbycia się kompleksów, z drugiej nie kwestionował pozycji Francji jako siły imperialnej. Ideały nacjonalistyczne rozwijane w koloniach brytyjskich uważał za zbyt radykalne, dlatego zamiast niepodległości proponował unię Afryki i Francji w ramach jednej republiki. Senghor tworzył podwaliny kultury politycznej Senegalu opartej na kompromisie zamiast na rewolucji przechodzącej w dyktaturę. Owszem, w późniejszych latach władzy nie stronił od metod autorytarnych, lecz w przeciwieństwie do wielu afrykańskich ojców niepodległości nie zmienił się w dyktatora.
Szukał szerokiego porozumienia narodowego na dwóch płaszczyznach. Po pierwsze, jako czarny Senegalczyk budował koalicje z Francuzami. Z sukcesem - po uzyskaniu przez Senegal niepodległości liczba Francuzów mieszkających w tym kraju wzrosła, dominacja gospodarcza metropolii w Senegalu, w postaci kilkunastu tysięcy francuskich firm, widoczna jest do dziś, a jej wpływy kulturalne i cywilizacyjne można zauważyć na każdym kroku. Drugie pole kompromisu wiązało się z katolicyzmem Senghora. W kraju muzułmańskim musiał zawrzeć układ polityczny z marabutami, posiadającymi ogromne nieformalne wpływy w społeczeństwie. Bez ich wsparcia nie mógł liczyć na jakąkolwiek stabilizację w kraju.
Rozwijał równolegle dwie kariery: polityka i pisarza. Został członkiem Zgromadzenia Narodowego, znaczącym politykiem Partii Socjalistycznej, potem liderem własnej partii. Równocześnie pisał poezje, eseje filozoficzne i polityczne, które zapewniały mu uznanie wśród francuskich elit. Powtarzał często, że woli, by zapamiętano go jako poetę niż jako polityka. Nawet po objęciu urzędu prezydenta niepodległego Senegalu w 1960 roku nie przestawał tworzyć. Dziennik "Le Figaro" nazwał go w 1961 roku "jednym z największych [francuskich] żyjących poetów". W 1984 roku spotkał go największy zaszczyt, jaki może stać się udziałem francuskojęzycznego twórcy kultury - został członkiem Akademii Francuskiej.
Wcześniej dokonał innej rzeczy, również w Afryce niezwykłej. Po dwudziestu latach sprawowania rządów Léopold Senghor jako pierwszy polityk afrykański od czasów niepodległości dobrowolnie oddał władzę. Jego następca i protegowany Abdou Diouf również pokojowo przyjął porażkę wyborczą, po dwudziestu latach rządów, w 2000 roku.
Dziś Senegalem rządzi ponadosiemdziesięcioletni Abdoulaye Wade[3], który oskarżany jest przez opozycję o skłonności do zamordyzmu, ale tak naprawdę nikomu krzywdy nie robi.
- Prezydent ma pewien uraz, bo prawie trzydzieści lat był w opozycji, więc jak się dorwał do władzy, to czasem wychodzą na wierzch jego kompleksy - tłumaczy mi znajomy dyplomata mieszkający od lat w Senegalu.
*
Senegal to nie tylko sprawna afrykańska demokracja. To również kraj analfabetów i krańcowej nędzy sąsiadującej z przepychem nielicznych. To kraj, w którym przeciętnej rodziny nie stać na wykształcenie dziecka, a głównym marzeniem tysięcy młodych mężczyzn jest przedostanie się pirogą na Wyspy Kanaryjskie i stamtąd dalej do Europy. Niektórym się udaje, chociaż większość wpada w ręce hiszpańskiej straży przybrzeżnej, której łodzie w poszukiwaniu uciekinierów patrolują wody Senegalu. Wielu nie dociera do brzegu i tonie w oceanie.
- Dlaczego decydujecie się na to, skoro szansa na dotarcie do Europy jest tak nikła? - pytam dwudziestoletniego rybaka z Yoff pod Dakarem.
- Bo tutaj jest jeszcze gorzej. Bo nie ma żadnych perspektyw. Bo chciałbym pomóc rodzicom na starość, a bez ucieczki do Europy nie dam rady.
Mój rozmówca już raz próbował uciec, bezskutecznie. Teraz czeka na następną okazję i - jak mówi - nie ma takiej siły, która go od tego odwiedzie. Pytam, czy wie, w jakich warunkach żyje większość afrykańskich imigrantów w Europie. Czy zdaje sobie sprawę, że nawet jeśli przedostanie się do Europy, to latami będzie wegetował jako nielegalny imigrant?
- Słyszałem, że nie jest im tam lekko, ale przynajmniej mają jakieś perspektywy. My nie mamy żadnych.
- Senegalczycy są jak Święty Tomasz - tłumaczy mi lokalny polityk. - Nie uwierzymy, dopóki nie zobaczymy.
*
Ja też nie uwierzę, dopóki nie zobaczę. Płynę wodolotem na małą wyspę Gorée, trzy kilometry od Dakaru, która stanowiła ponoć najważniejszy punkt przerzutowy w handlu niewolnikami w XIX wieku. Stąd wywożono ich do Nowego Świata. Centralnym punktem wyspy jest muzeum zwane Domem Niewolników, piętrowa konstrukcja nad zatoką zachowana w całkiem przyzwoitym stanie. Od 1962 roku w budynku funkcjonuje muzeum, owoc pracy głównie jednego człowieka - Boubacara Josepha N'Diaye, który ponad czterdzieści lat pełnił funkcję kuratora obiektu. To dzięki niemu Dom Niewolników stał się znanym na całym świecie symbolem okrucieństwa białych kolonizatorów wobec czarnych mieszkańców Afryki, sanktuarium, gdzie czci się pamięć ofiar jednego z największych bestialstw w historii ludzkości. W latach osiemdziesiątych N'Diaye twierdził, że przez kazamaty tego niepozornego budynku przeszło nawet dwadzieścia milionów Afrykanów.
Oglądam ciasne, obskurne cele, w których kłębiły się setki osób, słucham nieludzkich historii o rozdzielaniu matek i dzieci, torturowaniu niemowląt, zrzucaniu niewolników z nadmorskiej rampy do ładowni statków, które odpływały z Afryki do Nowego Świata pełne ludzkiej nędzy, potu, krwi. Oglądam i trudno mi uwierzyć...
Trudno mi uwierzyć, bo to fizycznie niemożliwe, żeby tak wielu ludzi przeszło przez ten skromny budynek. Nijak się to składa do kupy, wziąwszy pod uwagę choćby fakt, że według danych z muzeum historycznego, również mieszczącego się na wyspie Gorée, ofiarami kontrolowanego przez białych handlu niewolnikami w całej Afryce od lat siedemdziesiątych XVII wieku do połowy wieku XIX padło mniej więcej dziesięć-dwanaście milionów ludzi. Gorée była w istocie marginalnym punktem tego handlu. Według historyków przez wyspę w latach 1670-1810 przewijało się około dwustu-trzystu osób rocznie. Większość czarnych z Senegambii wywożono przez Saint-Louis w północnym Senegalu lub z James Fort w Gambii. Z Gorée wysłano do Nowego Świata co najwyżej trzydzieści tysięcy ludzi. Sam Dom Niewolników zbudowano dopiero pod koniec XVIII wieku i mieszkała w nim bogata kobieta, która - owszem - handlowała niewolnikami, jednak do lat siedemdziesiątych XX wieku nikt nie traktował tego budynku jako miejsca szczególnej kaźni.
No dobrze, ale jakie to ma znaczenie? Wyspę Gorée odwiedzili Jan Paweł II, Bill Clinton, Nelson Mandela i tysiące innych ludzi. Dla nich wszystkich to miejsce stało się symbolem ludzkiej niegodziwości i barbarzyństwa. Czy ma znaczenie, że z Gorée wywieziono jednak mniej niewolników, niż głosi legenda stworzona dla turystów przez miejscowego kuratora?
To jest w istocie pytanie o to, czy dla Afrykanów i dla nas ma znaczenie historia tego kontynentu. I jak o niej mówić, by uniknąć protekcjonalizmu z jednej strony lub bajdurzenia i tworzenia politycznie poprawnej mitologii z drugiej.
*
Czym jest historia Afryki? W lipcu 2007 roku prezydent Francji Nicolas Sarkozy powiedział podczas wizyty w Dakarze: "Człowiek Afryki nigdy nie stał się częścią historii". Na Sarkozy'ego posypały się gromy, oskarżano go o rasizm i ignorancję, ale może prezydent Francji miał rację? Przecież historia Afryki ma - przynajmniej współcześnie, a o tym mówił Sarkozy - tylko dwa oblicza. Jest albo zapisem podboju przez białego człowieka, albo uprawianym przez Afrykanów mitologizowaniem przeszłości, tak by teraźniejszość była znośniejsza. W pierwszej wersji o Afryce mówią ludzie z zewnątrz, w drugiej słychać głos miejscowych zaprawiony gorzkim resentymentem i brakiem wiary w siebie. Historia ma usprawiedliwić nędzę i brak perspektyw.
A przecież Afryce niepotrzebne są mity o historii niewolnictwa przebrane w naukowe dowody - prawda o nim jest wystarczająco wstrząsająca. Bardziej przydałby się pomysł, jak z historii czerpać siły na przyszłość.
Coraz więcej Afrykanów nie ma ochoty, by patrzono na nich ciągle jak na ofiary zachodniego kolonializmu. Na konferencji poświęconej rasizmowi zorganizowanej w Durbanie w 2001 roku prezydent Senegalu Abdoulaye Wade, potomek afrykańskich królów, którzy utrzymywali niewolników i nimi handlowali, wyśmiał pomysł odszkodowań dla współczesnych Afrykanów za niewolnictwo w XIX wieku i wcześniej. "Jeśli ktoś chce odszkodowanie, to pewnie niewolnicy moich przodków też powinni je dostać ode mnie. Niewolnictwo było praktykowane przez wszystkie ludy na świecie".
Jeszcze dalej idzie wybitny ghański ekonomista George Ayittey: "Prawie każdy problem czarnych wyjaśniany jest na podstawie paradygmatu rasizmu, z czego wynikałoby, że problemów czarnych nie da się rozwiązać, dopóki rasizm nie zostanie całkowicie wypleniony. To jest podejście boleśnie nierealistyczne. Niestety, rasizm zawsze będzie istniał - na Zachodzie i gdzie indziej. Czy my, czarni, mamy czekać na jego koniec, zanim weźmiemy w swoje ręce nasze losy i zaczniemy rozwiązywać własne problemy?"[4].
*
Zostałem zaproszony do domu lokalnego działacza politycznego z Dakaru. Gruba ryba, szycha w hierarchii rządzącej partii. Pięknie opowiada o afrykańskiej kulturze, potrzebie jej ochrony, o rozwijaniu miejscowych talentów i dumie z bycia Afrykaninem. Rozmytą po deszczu i pełną dziur drogą dojeżdżamy do jego domu, a raczej pałacu. Siadamy na włoskich sofach sprowadzonych z Mediolanu, pijemy francuskie wino z eleganckich kieliszków, siedzimy przy stołach ze szklanymi blatami i spoglądamy na ekran plazmowy, z którego sączy się program amerykańskiej telewizji. Z sufitu zwisają ciężkie kryształowe kandelabry, na ścianach europejskie obrazy - oryginały, jak się dowiaduję. Jedyną obecność prawdziwej Afryki w tym domu zapewniają senegalscy służący. W otoczeniu swojego pracodawcy wyglądają jak niewolnicy.
*
W dzielnicy Thiaroye Gare polskie siostry urszulanki prowadzą przychodnię dla lokalnych mieszkańców. Codziennie dwie pielęgniarki przyjmują kilkuset chorych, głównie matki z dziećmi. Jest tu też ośrodek diagnozowania AIDS i klinika dla chorych. Siostra Krystyna Młynarz opowiada mi, do jakich sztuczek muszą się uciekać, by zachować w tajemnicy chorobę swoich muzułmańskich podopiecznych. Na przykład, gdy przychodzą dary dla chorych na AIDS, siostry rozdają je nie tylko zarażonym, ale również zdrowym, tak by zmylić otoczenie. Chorym matkom podaje się środki na zatrzymanie mleka, bo jego utrata to mimo wszystko mniejsza hańba niż zarażenie wirusem HIV.
- Najsmutniejsze jest to, że te kobiety najczęściej zarażone są przez swoich mężów. A ponieważ to jest kraj muzułmański, mają oni po trzy, cztery żony. Łańcuch choroby rozrasta się w błyskawicznym tempie - mówi siostra Krystyna.
- A co, jeśli mąż dowie się o chorobie żony? - pytam.
- Wyrzuca ją z domu.
Pytam siostrę Krystynę, czy w przychodni rozdają zarażonym prezerwatywy. Pytam, bo słyszałem, że Kościół z bezwzględnym zakazem stosowania prezerwatyw współuczestniczy w rzezi dokonywanej przez wirus HIV.
- Katoliccy księża i siostry zakonne opiekują się jedną czwartą chorych na AIDS i zarażonych wirusem HIV w Afryce Subsaharyjskiej, czyli mniej więcej sześcioma milionami ludzi - mówi siostra Krystyna. - Wiele ofiar choroby żyje dzięki bezinteresownej ofiarności ludzi Kościoła, wiele innych dzięki niej może umrzeć godnie. Nie, my nie rozdajemy prezerwatyw - dodaje.
*
Z rozdawaniem prezerwatyw jest podobnie jak z innymi rodzajami pomocy udzielanej Afryce: im gorzej pomoc działa, tym głośniej organizacje żyjące z jej niesienia twierdzą, że bez nich Afryka nie przetrwa. Być może dlatego niewielu ludzi zadaje sobie pytanie, dlaczego po dwudziestu latach zalewu Afryki kondomami z całego świata prawie dwadzieścia pięć milionów ludzi na kontynencie ciągle zarażonych jest wirusem HIV.
Szantaż moralny stosowany w wypadku rozpowszechniania prezerwatyw jest szczególnie silny, w końcu chodzi tu bezpośrednio o życie albo o śmierć. Nie ma miejsca na niuanse: albo jesteś za życiem, i wtedy rozdajesz prezerwatywy, albo zaślepiony ideologią katolicką skazujesz tych nieszczęśników na śmierć.
Prawda jest nieco bardziej złożona. W krajach, w których najwięcej ludzi zakażonych jest wirusem HIV (Botswana, Zimbabwe, RPA, Kenia), od lat prezerwatywy rozdawane są za darmo i w dużych ilościach. Jednak stosowanie ich utrzymuje się ciągle na niskim poziomie, może dlatego że w Afryce nie istniała tradycja używania prezerwatyw. Jeśli już, to stosowano naturalne środki antykoncepcyjne. Najskuteczniejsze okazywało się karmienie piersią, niekiedy do trzeciego roku życia; w ten sposób kobieta rodziła zwykle najwyżej pięcioro, sześcioro dzieci.
Jeszcze ważniejszym powodem unikania prezerwatyw przez Afrykanów są stosunki panujące na tym kontynencie między kobietami i mężczyznami. Ofiarami AIDS w Afryce - o czym mówiła mi też siostra Krystyna w Dakarze - padają głównie kobiety zarażone przez mężów. Wiele kobiet chorych na AIDS to także ofiary gwałtu. Skrajnie naiwne jest założenie, że kobiety wychowywane przez pokolenia w przekonaniu, iż ich rolą jest służyć mężczyźnie, mogą prowadzić z mężami negocjacje w sprawach seksu, tak jak Amerykanki, Francuzki czy Polki. Sprzeciwianie się woli męża grozi agresją i odrzuceniem z jego strony. A kobieta odrzucona nie ma w życiu szans.
*
W muzeum sztuki afrykańskiej w centrum Dakaru oglądam wystawę figur i masek symbolizujących płodność. Mężczyźni z fallusami do kolan, postaci kobiet zredukowane do waginy i wielkich, napęczniałych od mleka piersi, w miejscu głowy po prostu nieobrobiony kawałek drewna - rzeźbiarz nawet nie zajmował się nadaniem postaci cech indywidualnych. Obok karmiące matki z płaskimi piersiami, wyssanymi z mleka. Te piersi im bardziej płaskie i zużyte przez dzieci, tym lepiej świadczą o kobiecie. Na przedmiotach użytkowych węże, ptaki, krokodyle i geometryczne wzory symbolizujące płodność oraz nierozerwalny związek człowieka z naturą.
W myśleniu afrykańskim kobieta i mężczyzna indywidualnie nie stanowią żadnej istotnej wartości zarówno w sensie społecznym, jak i metafizycznym. Ich wartość polega na tym, że przekazują życie, że dzięki nim rodzina i plemię mogą przetrwać. Płodność kobiety jest jak płodność ziemi - nadaje sens istnieniu; kobieta bezpłodna jest jak bezpłodna ziemia - do niczego nieprzydatna. To dlatego w Afryce małżeństwo zawiera się czasami dopiero wtedy, gdy kobieta urodzi dziecko albo lepiej kilkoro dzieci. Wówczas wiadomo, że nadaje się na żonę. Dlatego również strach przed bezpłodnością jest jednym z najbardziej przejmujących uczuć ludzkich na tym kontynencie.
My wymyślamy coraz skuteczniejsze metody ograniczania urodzeń, wyjaławiania ziemi i sterylizacji życia, oni drżą na myśl, że ich rodzina czy plemię mogłyby wymrzeć i zniknąć z powierzchni ziemi. My robimy wszystko, by odrzucić myśl o śmierci, i żyjemy, jakbyśmy byli nieśmiertelni. Oni ocierają się o śmierć codziennie, zaakceptowali ją jako część życia, ale się jej nie poddają. Oni zazdroszczą nam "wyzwolonego" stylu życia, my chodzimy na kursy "życia naturalnego", jemy wyłącznie organiczną żywność, zakazujemy palenia w miejscach publicznych albo jeździmy do Afryki, by oglądać z bliska, jak się żyje w zgodzie ze śmiercią. Dwa światy, które się mijają.
*
Skąd się bierze nasza "wyższość", a ich "niższość"? Skąd to przekonanie, że naszą rolą jest uczenie ich właściwych zachowań, cywilizowanie nawet za cenę "brzemienia", które - jak pisał Rudyard Kipling - biały człowiek musi dźwigać, by im, czarnym, lepiej się żyło?
Współcześnie to się chyba zaczęło u Georga Wilhelma Friedricha Hegla, który zmitologizował Afrykę, definiując ją jako "kraj dzieciństwa cywilizacji". Jeśli Afrykanie byli "dziećmi", to obowiązkiem Europejczyków było ich "wychować". Taki protekcjonalny stosunek do Afrykanów widoczny był nawet w języku. Kolonizatorzy brytyjscy na określenie Afrykanów płci męskiej używali terminu "boy". Byli więc: houseboys (pracownicy domowi), shambaboys (pracownicy rolni), officeboys (pracownicy biurowi), mineboys (górnicy). We francuskiej Afryce absolwent szkoły stawał się évolué, czyli "rozwinięty".
Dziś, pięćdziesiąt lat po odzyskaniu przez Afrykanów niezależności, ciągle ich wychowujemy, budując systemy gospodarcze i polityczne dla nich właściwe, zasypujemy ich pomocą pochodzącą z naszych nadwyżek żywnościowych i nadmiaru bogactwa. Albo rozdajemy prezerwatywy i bardzo się dziwimy, jak to się dzieje, że u nas hamują rozwój AIDS, a u nich nie. Pewnie przez ten ich niepohamowany, "dziki" popęd seksualny.
A potem wymyślamy dla nich kary, gdy nie spełniają naszych oczekiwań, albo nagradzamy, na przykład redukcją długu lub kampaniami pomocy rozwojowej, gdy mamy dobry humor i akurat koniunktura sprzyja. I ciągle nie rozumiemy, o co chodzi, gdy ich świat nie pasuje do naszego.
Większość mitów o Innych, o egzotycznych ludach z dalekich krajów karmiona jest naszym lenistwem umysłowym, ideologicznym zaślepieniem albo zwykłą ignorancją, podszytą - dla poprawy samopoczucia - dobrymi intencjami. Projektujemy własne poglądy, uprzedzenia, nadzieje związane z Afrykanami i czekamy, aż poruszona przez nas marionetka zatańczy zgodnie z planem.
Wybitny afrykanista z Poznania, profesor Ryszard Vorbrich, opowiadał mi o grupie młodych ludzi z Polski, którzy kilka lat temu postanowili pojechać do Afryki, by wspierać społeczność lokalną. Jak mówili: "by kobiety uczyć tkactwa, a mężczyzn garncarstwa". Tylko że w dziewięćdziesięciu procentach grup etnicznych w Afryce tkactwem zajmują się mężczyźni, a garncarstwem kobiety. Co za pech!
*
Thiaroye Gare, slumsy Dakaru. Mieszkają tu emigranci z Gwinei Bissau i przesiedleńcy z innych części miasta, przeznaczonych pod nowoczesną zabudowę. Parcele były sprzedawane za bezcen, i nic dziwnego, bo dzielnica w zasadzie nie nadaje się do zamieszkania przez ludzi. Co roku w porze deszczowej domy są zalewane. Kilka lat temu deszcze pochłonęły całe centrum dzielnicy, utonęło wiele dzieci, kilkadziesiąt rodzin straciło cały dobytek. Potem woda stała jeszcze miesiącami w rozpadających się domach. Ostatecznie, chcąc się pozbyć problemu, władze postanowiły same zalać teren i teraz w środku dzielnicy jest jezioro o głębokości sześciu metrów i wielkości kilku boisk piłkarskich. Regularnie topią się w nim dzieci.
- Bóg dał, Bóg wziął, taki mają stosunek do życia - tłumaczy siostra Krystyna. - Matka zagada się z sąsiadką, dziecko się utopi albo wpadnie pod samochód, a matka powtarza: "Allah dał, Allah wziął". Nie przyjdzie jej do głowy, że to jej wina.
- Czy to znaczy, że oni nie cenią życia? - pytam. - To po co im tyle dzieci?
- O nie, dla nich życie jest największą wartością, zwłaszcza życie dziecka. Kobiety po prostu mieszają Boga do wszystkiego, nawet do spraw, do których mieszać Go nie należy. Ich religia każe im godzić się z wyrokami boskimi, nawet gdy odrobina odpowiedzialności i dbałości o dziecko mogłaby uchronić je przed śmiercią.
*
Jedynym znaczącym konfliktem wewnętrznym w prawie pięćdziesięcioletniej historii niepodległego Senegalu jest spór w regionie Casamance, gdzie co jakiś czas odzywają się głosy zwolenników niepodległości podpuszczanych - jak twierdzą dakarczycy - przez Gwineę Bissau. Gdy sytuacja się zaognia, turyści nie jeżdżą na wspaniałe piaszczyste plaże Casamance, bo grasujące tam wówczas bandy lubią porywać, zwłaszcza białych. Od 2004 roku w Casamance panuje spokój, a politycy z tego regionu bez przeszkód mogą robić karierę w Dakarze.
- U nas panuje taki przykry zwyczaj, że jak ktoś z prowincji trafi do Dakaru, to kompletnie zapomina o swoim regionie - tłumaczy mi Malik Gakou, szef opozycyjnej partii AFP (Sojusz Sił Postępowych) w stolicy. - Ci z Casamance są w parlamencie Senegalu od czasu odzyskania niepodległości i żaden z nich nawet nie zainteresował się losem tej prowincji. Owszem, jest to region niedoinwestowany, nie ma w nim dobrych dróg, ale dlaczego żaden z tamtejszych polityków nic nie zrobił w tej sprawie? Dorwą się do władzy i zapominają o bożym świecie. A gdy oskarży się ich o korupcję albo po prostu tracą wpływy, to natychmiast przypominają sobie o rodzinnej prowincji. Jeżdżą do Casamance i podpuszczają ludzi, a potem media piszą, że to konflikt religijny, bo na południu Senegalu żyją katolicy. Gdy my, młodzi, dojdziemy do władzy, ten kraj się zmieni - mówi. - Jeszcze kilka lat, jeszcze najwyżej kilka lat...
*
Idę z Malikiem, który jest również wiceprezesem Senegalskiego Związku Piłki Nożnej, na mecz[5]. Grają drużyny dzielnicowe z Dakaru. Trochę się dziwię, gdy dowiaduję się, że mecz odbywa się przy jupiterach na sześćdziesięciopięciotysięcznym nowoczesnym stadionie narodowym. Na trybunach kilkanaście tysięcy ludzi dopinguje miejscowych.
Takich drużyn jest w Dakarze około pięciuset. Na mecze przychodzą całe dzielnice, grają orkiestry z bębnami, trąbkami i kilkudziesięcioosobowymi chórami. Pytam Malika, jakim cudem te amatorskie drużyny trafiają na stadion narodowy.
- Związek wynajmuje im go za bezcen. Jak ma stać pusty, to lepiej niech ktoś na nim gra i się bawi.
*
Pikine to jeden z najsłynniejszych slumsów Dakaru. Jak w każdym slumsie są tu miejsca biedne, zaniedbane, śmierdzące. Stoją odpychające wyglądem rudery zalewane co kilka miesięcy deszczem. Są też porządne domy, których fasady ozdabiają wymyślne graffiti, gdzie mieszkają miejscowi notable.
Wybieram się na zawody senegalskich zapasów. Obok piłki nożnej to najpopularniejszy sport w tym kraju. Na plaży przed moim hotelem, na placach w mieście i tutaj w Pikine mnóstwo młodych chłopców całymi dniami biega w kółko, robi pompki, siłuje się i szykuje formę na zawody, które mają uczynić z nich gwiazdy.
Kluczymy w labiryncie wąskich, ciasnych ulic wypełnionych tłumem - Pikine to najgęściej zaludniony obszar w całym Senegalu. Wciskamy się na ogrodzony dwumetrowym murem teren boiska. Ludzie napierają zewsząd i następni wciąż chcą się wepchnąć przez wąską bramę. Boisko otoczone jest ze wszystkich stron, nie ma stąd wyjścia, aż nie chcę myśleć, co mogłoby się stać, gdyby wybuchł pożar albo z jakiegoś innego powodu tłum ogarnęła panika.
Na środku placu piaszczysta arena o średnicy najwyżej dziesięciu metrów, wokół której rozgrzewają się grupki zawodników, truchtając w kółko. Marabuci, przewodnicy duchowi, dają ostatnie rady swoim podopiecznym. Tuż przed walką polewają ich głowy i tułowia magicznymi płynami. Po tych zabiegach ciała zapaśników lśnią w świetle księżyca i kilku latarń oświetlających plac. Dostaję miejsce w pierwszym rzędzie trybun ustawionych z plastikowych krzeseł. Napięcie rośnie, kibice skandują imiona swoich ulubieńców, uderzają rytmicznie w bębny, dziewczyny śpiewają tradycyjne pieśni.
Pierwsza para wchodzi na ring. Walka jest krótka i nieprawdopodobnie intensywna, trwa nie więcej niż pół minuty. Gdy jeden z zawodników rzuca drugiego na ziemię, tłum wpada w ekstazę. Zwycięzca wznosi ręce do nieba, oddaje pokłon Allahowi, ale to nie jego zachowanie jest najciekawsze. Pokonany wygląda na kompletnie załamanego, skrywa twarz w dłoniach, nie chce przyjąć słów pocieszenia od kolegów z drużyny.
- On czuje się upokorzony, dla niego skończyło się marzenie o sukcesie, zwycięstwach i wielkiej sławie - tłumaczy mi Malik.
- Ale przecież to zwykłe zawody dzielnicowe.
- Wszystkie wielkie gwiazdy zaczynały w takich zawodach i każdy z tych chłopaków myśli, że uda mu się zrobić karierę oraz zarobić tysiące dolarów.
Oglądam następne walki. Zwykle kończą się szybko, najwyżej po minucie, dwóch, i przebiegają podobnie - naoliwione magicznymi olejami ciała kłębią się przez moment w kurzu, potem kilka uników, właściwy chwyt, przeciwnik pada powalony na ziemię. I na koniec ten sam rytuał: radość zwycięzcy i rozpacz pokonanego. Po jednej z walk kibice niezadowoleni z decyzji sędziego wskakują na krzesła i niszczą trybuny. Interweniują porządkowi. Po kolejnej pokonany ucieka z placu, a chwilę później na arenie lądują cegłówki rzucane zza muru przez nieszczęśnika lub jego kolegów.
- Kiedyś to był tradycyjny sport uprawiany głównie na wsi - tłumaczy mi Malik. - Chłopaki siłowały się, a dziewczyny stały obok i oglądały przyszłych mężów. Modlitwa, rytuał przed walką, poczucie łączności z ulubieńcem były dla wszystkich równie ważne jak sama walka. Zwycięzca dostawał worek ryżu albo krowę. Dziś to jest biznes jak każdy inny. Największe gwiazdy zarabiają po dwieście tysięcy dolarów za walkę, a najlepsze walki odbywają się na stadionie narodowym w Dakarze i ogląda je na żywo pięćdziesiąt tysięcy ludzi. Nie dziw się, że ci chłopcy nie marzą o niczym innym jak tylko o tym, by zostać zapaśnikami.
Nie dziwię się. Większość z tych chłopaków to bezrobotne nastolatki. Gdyby nie zapasy, wielu z nich wylądowałoby w miejscowych gangach albo po prostu na ulicy. Dzięki zapasom przynajmniej mogą marzyć.
*
Jestem w Senegalu podczas korité, czyli święta zakończenia ramadanu. Dziewięćdziesiąt procent narodu to muzułmanie, więc cały kraj świętuje. Z tym że w 2007 roku, gdy odwiedzam Senegal, nie wiadomo dokładnie, kiedy przypada korité - w piątek 12 czy w sobotę 13 lutego. Chodzi o to, że nie uzgodniono, czy księżyc w pełni musi być całkowicie widoczny, czy może być widoczny częściowo. Spierają się tradycjonaliści, reformatorzy i naukowcy. Podobno, by w przyszłości uniknąć tego typu nieporozumień, ma zostać zwołana międzynarodowa konferencja, która ustali raz na zawsze terminy świąt dla całego świata muzułmańskiego.
W dniu korité po uroczystym porannym posiłku i modlitwie Senegalczycy odwiedzają sąsiadów i przepraszają ich za krzywdy, które wyrządzili im świadomie lub nieświadomie.
- Islam to religia pokoju - tłumaczy mi Omar Ben Khatab Sokhna, marabut z Dakaru. - A w dniu korité islam uczy sztuki dobrych manier, sztuki wybaczania i przyjmowania przeprosin, sztuki dobrego życia w sąsiedztwie. I nie ma znaczenia, czy moim sąsiadem jest muzułmanin, czy katolik. Do wieczora odwiedzę wszystkich.
Pytam go o stosunek do terroryzmu islamskiego.
- Islam to religia pokoju. Ci, którzy zabijają w imię religii, gwałcą nauczanie koraniczne. Czuję odrazę do tych ludzi.
Omar Ben Khatab Sokhna jest członkiem muzułmańskiego bractwa murydów. Jednocześnie byłym ambasadorem, doradcą ministrów, jedną z szarych eminencji Senegalu. Pytam go, czy w kraju jest rzeczywisty rozdział między państwem a islamem.
- Oczywiście, że tak - odpowiada. - Marabuci to najwyżej przywódcy duchowi, przewodnicy religijni. Pełnimy także bardzo ważną funkcję społeczną. Naszym obowiązkiem jest organizowanie pomocy dla ubogich, zbieramy pieniądze, potem je rozdzielamy. Wśród nas nie ma ludzi majętnych, w istocie jesteśmy dysponentami majątku przekazywanego nam przez innych, ale nie przeczę, mamy poważne wpływy wśród ludności i politycy muszą się z tymi wpływami liczyć.
- Czy podpowiadacie wiernym, na kogo głosować?
- O tak, wierni korzystają z naszych porad w tym względzie. Wielu z nich nas słucha, a z tego oczywiście wynika wpływ marabutów na politykę. Nie wyobrażam sobie, by jakikolwiek znaczący polityk w tym kraju zignorował zdanie marabutów. Jeśli tak by postąpił, to po prostu nie miałby szans na zwycięstwo wyborcze.
*
Bractwo murydów założył pod koniec XIX wieku islamski mistyk i poeta szejk Amadou Bamba. Dziś jest to globalna organizacja religijno-biznesowa licząca około trzech milionów ludzi i posiadająca wpływy nie tylko w Senegalu, ale także w krajach takich jak Francja, USA czy Arabia Saudyjska. W Senegalu marabuci kontrolują jedną z najważniejszych gałęzi gospodarki i ważne źródło eksportu - uprawę orzeszków ziemnych i handel nimi. Na świecie pod ich pieczą znajduje się handel uliczny prowadzony przez senegalskich imigrantów. Gdy któryś z nich oferuje ci pasek, biżuterię albo torbę w Rzymie, Paryżu czy Berlinie, to niemal na pewno jest on murydem.
Reszta tekstu dostępna w regularniej sprzedaży.