Memetyka wyjaśnia świat
Problem w tym, że utarte ścieżki ludzkiego myślenia, utrwalone tradycją i przyzwyczajeniem, zmieniają się czasami w wygodne autostrady, którymi mkniemy do celu tak szybko, że nie dostrzegamy mijanych po drodze krajobrazów.
Marek Kaczmarzyk, Szkoła memów
Któregoś dnia wszedłem na ulicę na czerwonym świetle zupełnie niechcący; było to na skrzyżowaniu z masą wysepek i zamyślony podążyłem za zielonym światłem widocznym w oddali. Po dwóch krokach się zorientowałem, jęknąłem "o matko" i wróciłem. Obserwowała to wszystko starsza pani.
- Ależ z pana gapa.
- Trzeba było mnie zawołać!
- Nie wszyscy lubią, jak się im zwraca uwagę...
Wolałbym, żeby mnie zawołała. Raz uratowałem tak jakiegoś studenta, który szedł w wielkich słuchawkach i nie usłyszał pędzącej straży pożarnej. Rozumiem jednak, dlaczego nie chciała tego zrobić. Ludzie nie lubią być upominani.
Chyba najsilniejszą współczesną emocją jest poczucie bycia atakowanym. Żyjemy w świecie, w którym wszystko wydaje się zwracać przeciwko nam - media społecznościowe to wielooki starszy brat, zbudowany z mnóstwa jurorów cudzego życia i postępków. Takie toksyczne środowisko sprawia, że z trudem podejmujemy dyskusje, które naruszałyby nasz komfort. A rozmowa o traktowaniu dzieci w Polsce z pewnością ten komfort zaburzy.
Jak pisać o tak trudnych rzeczach? Gdy po latach czytam swój tekst o wizycie w teatrze, widzę, jaki byłem wkurzony, po jakie ciężkie słowa sięgałem. (Czy dziś użyłbym przymiotnika "faszystowski"? Sam nie wiem). Przypomniał mi się Terry Pratchett, autor cyklu Świat Dysku. Utwory początkowo pomyślane jako parodia literatury fantasy stały się satyryczną prezentacją problemów współczesności. Pratchett pisał o seksizmie i rasizmie, o najgorszych - choć także i o najwspanialszych - zjawiskach obecnych w naszym życiu. Jego przyjaciel Neil Gaiman (wspólnie napisali Dobry omen) uważał, że Pratchetta napędzał gniew. Wściekłość skierowana przeciwko "głupocie, niesprawiedliwości, ludzkiemu idiotyzmowi i krótkowzroczności". Ale razem z tym gniewem, jak anioł z demonem, szła miłość. Miłość "do istot ludzkich z ich wszystkimi wadami, do cennych pamiątek, do opowieści i przede wszystkim do ludzkiej godności"1. Pratchett zaś najbardziej cenił sobie rozum i myślenie. Uważne przyglądanie się, zamiast łapania pierwszej czy nawet drugiej myśli.
Chciałbym pójść jego drogą. Nie chcę wskazywać winnych ani wystawiać cenzurek rodzicom, nie jest moją intencją atakowanie kogokolwiek - chociaż zapewne i tak niektórzy poczują się atakowani. To typowa reakcja. Zauważyłem to w czasie internetowych dyskusji, w których biorę udział od lat i na wielu platformach: Usenecie, blogach, Facebooku, wreszcie TikToku. Ja mówię o jakimś zjawisku, wskazuję na problem systemowy i potrzebę jego systemowego rozwiązania, a ludzie przyjmują postawę obronną. "Auta trują dzieci pod szkołami", stwierdzam i pokazuję wyniki badań, które to potwierdzają. "Porozmawiajmy o tym, co można zrobić. Może zamknąć drogi pod szkołami, usprawnić transport zbiorowy?" Nikt już tego nie słyszy ani nie widzi. Większość sądzi, że jest atakowana, ponieważ jeździ samochodem i odwozi nim dzieci do szkoły. Lata rozwoju indywidualizmu i prywatyzowania poczucia winy wspieranych przez neoliberalizm ("to konsument jest odpowiedzialny za istnienie chowu klatkowego, bo nie kupuje jajek z wolnego wybiegu!"[4]) nie mogły przynieść innego skutku.
Krytykę systemu odbieramy zatem jako krytykę swoich własnych poczynań, a co za tym idzie - tego, kim jesteśmy. Mimo wszystko warto o tym wszystkim porozmawiać - i o systemie, i o naszych osobistych wyborach, podejmowanych w jego obrębie. Co chcę zatem zrobić? Zatrzymać się i zastanowić, prześledzić sposób, w jaki myślimy o różnych rzeczach, bo przecież z myślenia - bądź jego braku, zastąpienia go odruchem lub intuicją - wynika każde działanie[5].
Kiedy pierwszy raz odwiedziłem rodziców swojej żony, okazało się, że ich telewizor śnieżył podczas oglądania lokalnego kanału TVP3. Odkryli nawet, że winny zakłóceń jest magnetowid (było to dawno temu, jeszcze w zeszłym milenium...), więc wystarczyło go odłączyć, by problem znikł. Oczywiście uniemożliwiało to nagrywanie seriali z TVP3. Ponieważ byłem otaku, dobrze znałem się na magnetowidach. Zajrzałem do instrukcji i moje podejrzenia się potwierdziły. Sygnał antenowy z wideo podawany był na tym samym kanale co telewizja, więc wystarczyło poruszyć pstryczek zmieniający częstotliwość. Ale przez lata nikt nie zajrzał do instrukcji, bo wszyscy się do tej drobnej niedogodności po prostu przyzwyczaili.
Nie wszystko w życiu jest oczywiście takie proste jak poruszenie pstryczka, chociaż wiele rzeczy jest. Tyle że nie istnieją instrukcje, które podsuwałyby proste sposoby naprawiania błędów - mamy za to różne narzędzia pozwalające nam analizować świat.
Moim ulubionym jest memetyka.
Krótkie przypomnienie[6]: według Encyklopedii PWN mem to "dźwiękowa lub/i obrazowa jednostka informacji intelektualnej lub kulturowej, przechowywana w pamięci człowieka i na dowolnych nośnikach (np. w książce, na płycie CD), przekazywana i odbierana świadomie lub nieświadomie"2. To definicja zgodna z definicją z Samolubnego genu Richarda Dawkinsa, w której opisał on potrzebę zdefiniowania reproduktora odpowiadającego za powielanie idei. Gen jest jednostką ewolucji biologicznej, mem zaś odpowiada za ewolucję kulturową. Rozpowszechnia się, mutuje. I sprawia, że nie zastanawiamy się nad różnymi rzeczami.
To tylko metafora, ale doskonale opisująca zjawiska kulturowe. Dziś ten termin kojarzy się głównie z obrazkami przesyłanymi przez internet, które są podzbiorem memów Dawkinsowych. Internet stał się miejscem, które niesamowicie przyspieszyło rozpowszechnianie idei - i sprawiło, że żyjemy w ciągłym stresie wynikającym z przeładowania informacjami. W takim szumie przetrwać mogły tylko najsilniejsze memy. Te, które są najchętniej powielane, więc muszą mutować do najprostszych postaci. Żywoty znanych ludzi zmieniają się w bon moty (często fałszywe!), a z Hamleta pozostaje "być albo nie być". Zwolennicy każdej idei dążą do stworzenia frazesu, który odciśnie się w umysłach. A rzeczywistość wciąż jest złożona, nawet gdy jej memetyczne odwzorowanie wygląda jak nabazgrana mapa z dziecięcej zabawy, wskazująca miejsce ukrycia skarbu. Świadomość tego, jak działają memy, mogłaby sprawić, że stalibyśmy się na nie bardziej odporni i odzyskalibyśmy kontrolę nad swoimi myślami, swoimi słowami i swoim światem, zamiast pozwalać im, by nas kontrolowały.
Tak więc nie będę nikogo atakował za to, że zrobił coś głupiego albo coś głupiego pomyślał. Prawdopodobnie zrobił to bez udziału świadomości, po prostu stał się bezwiednym odbiorcą i nadawcą mema. Wpadło jednym uchem, przykleiło się, zapadło w pamięć tak głęboko, że zostało przyjęte za swoje, za moje, za kawałek mnie. Gdzie się kończy dusza, a zaczyna mem? Nigdzie: dusza jest z memów utkana niczym gobelin, zszyta jak patchwork. Uchwycenie trefnej nici, odprucie wstrętnej łaty - to nieproste zadanie, wymaga bowiem zatrzymania się w codziennym biegu i namysłu. A tego luksusu człowiek współczesny, zwłaszcza pełniący funkcje rodzicielskie lub opiekuńcze, często zwyczajnie nie ma.
Postaram się więc wykonać nieco tej pracy, przejrzeć złogi myślowe i dojść, skąd się wzięły i dlaczego powstały. O tym, jak wiele haseł nie ma sensu, lecz wciąż żyje niczym kurczak z uciętą głową biegający po podwórzu, świadczy przykład mema z innej beczki: politycznej. "Żołnierze wyklęci" - mem worek, zamykający w dwóch słowach skomplikowaną powojenną historię Polski, topiący w jednym tyglu bohaterów i zbrodniarzy. Więcej nie potrzeba, żeby zrobić "patriotyczną koszulkę" z wilkiem i biało-czerwonym hasłem. Przechadzając się niedawno na szczecińskim targowisku między stoiskami z "chemią z Niemiec", rybami i tureckimi specjałami, trafiłem na sprzedawcę chińskich koszulek. Obok postaci z popularnych gier wideo i bohaterów dziecięcych internetowych koszmarów leżały polskie koszulki "patriotyczne". I wtedy uderzyło mnie hasło: "Żołnierze wyklęci - milczy o nich historia". No kurde, ludzie! Ponad dekadę dzięki połączonym staraniom polskich partii prawicowych 1 marca obchodzony jest Narodowy Dzień Pamięci "Żołnierzy Wyklętych", powstało kilka (nędznych) filmów, odbywają się liczne akademie ku czci, którymi dręczy się polską młodzież. Ale historia wciąż o nich milczy!
Tak właśnie działają memy.
O odpowiedzialności memetycznej
Każdą wycieczkę w krainę słów zaczynam od Słownika języka polskiego PWN. Stąd wiem, że "terroryzować" oznacza przez "stosowanie przemocy, okrucieństwa, zastraszania wymusić na rządach państw i społeczeństwach określone ustępstwa, świadczenia". Nie trzeba zresztą sięgać do słownika, każdy pewnie ma w głowie odpowiednie obrazy i skojarzenia. Pierwsza fikcyjna terrorystka, jaką poznałem, była wprawdzie poczciwą babcią, która postanowiła porwać samolot za pomocą motka wełny udającego bombę w komiksie Tytus, Romek i A'Tomek, ale media donosiły o znacznie poważniejszych sprawach. Zamachy bombowe, porwania samolotów, branie zakładników - oto teatr okrucieństwa, który często przekształcał się w orgię przemocy. Żyjemy dziś w świecie ukształtowanym przez terroryzm - zamachy z 11 września 2001 roku, gdy zostały zniszczone nowojorskie wieże World Trade Center, zmieniły nastroje i politykę nie tylko w Stanach Zjednoczonych. Do dziś odczuwamy - i jeszcze długo będziemy odczuwać - konsekwencje tamtego wydarzenia. Od drobnych niedogodności podczas odprawy na lotnisku po koszmary powstałe po "wojnie z terrorem": lęk przed napływem "islamskich terrorystów" towarzyszył kryzysowi uchodźczemu i wciąż jest podstawą rasistowskiego myślenia o obcych.
Zatem "terroryzować" to grube słowo. Kto więc wpadł na pomysł, żeby terminem "mały terrorysta" określać dzieci? Poszukiwania za pomocą wyszukiwarki Google nie są proste - artykuły o "małych terrorystach" utożsamianych z "rozwydrzonymi dziećmi" są wymieszane z artykułami o dramacie dzieci uprowadzanych i zmuszonych do walki w zakątkach świata, o których zwykle nie myślą zamożni i syci biali Europejczycy. "Mały terrorysta" może być zarówno dzieckiem, które swoją "krnąbrnością" wyprowadziło dorosłych z równowagi, jak i dzieckiem - zazwyczaj chłopcem - przepasanym taśmą z nabojami.
Zajrzyjmy do prasy. Oto parę przykładów z archiwum "Gazety Wyborczej", głównie z wydań lokalnych. "Restaurator chyba jeszcze nie zauważył, że traci klientów, dla których przebywanie z hałaśliwymi małymi terrorystami nie ma nic wspólnego z komfortem. Dlatego w Polsce ciągle czekamy na lokale wolne od rodziców z dziećmi"3 (2016). "Twoje dziecko w kółko chce siedzieć przed telewizorem? Nie wiesz, jak zmusić małego terrorystę do wstania z podłogi i wyjścia ze sklepu bez nowej zabawki? Zgłoś się na warsztaty dla rodziców"4 (2011). "Niegrzeczny chłopiec - mały terrorysta [...] tupie i ryczy, jeśli natychmiast nie dostanie tego, co chce. Wtrąci się do rozmowy, do wszystkich strzela z pistoletu, bywa, że klnie"5 (2002). Nic dziwnego, że mem w końcu zyskał ciało - w sztuce Pawła Demirskiego w reżyserii Moniki Strzępki Położnice szpitala św. Zofii występuje wielu wkurzonych ludzi, w tym "nowo narodzone dzieci - mali terroryści, w pieluchach, ciemnych okularach i z naganami w dłoniach, próbujący odpłacić rodzicom za świat, na który je sprowadzili. Akty terroru i oporu w ich wykonaniu są równie bezradne i słabe jak pretensje starszego pokolenia"6.
Pod koniec listopada 2019 roku na okładce tygodnika "Newsweek Polska" (redaktorem naczelnym był wówczas Tomasz Lis) ukazało się zdjęcie krzyczącej dziewczynki w niebieskiej bluzeczce. Nie wiadomo, na co albo na kogo ona krzyczy, widać, że ktoś na nią dmucha zza kadru - włosy dziewczynki są rozwiane jak u postaci z filmu o superherosach walczących z jakimś zagrożeniem z kosmosu lub okolic. Wielkie litery na okładce grzmią: "MALI TERRORYŚCI", mniejszymi dopisano "Jak doprowadziliśmy do tego, że nasze dzieci przejmują władzę w domu i rozstawiają nas po kątach".
Okładkę - i sam dobór tematu - skomentował na Facebooku Tomasz S. Markiewka:
Sądzę, że rozpropagowanie skojarzenia "dziecko = terrorysta" będzie niezapomnianym wkładem "Newsweeka" w debatę publiczną. I wiem, że sam artykuł nie jest tak prymitywny jak okładka, ale naprawdę, odpowiedzialny człowiek powinien zastanowić się nad tym, jakie skojarzenia wprowadza do obiegu publicznego. Na stronie facebookowej "Newsweeka" ten numer już sprowokował część osób do rozważań, że dziecko potrzebuje "twardej ręki".
Opinia Markiewki, który przy okazji wymienił inne nowe grzechy polskich publicystów, polegające między innymi na lekceważeniu młodzieży, oczywiście niczego nie zmieniła. Tekst wisi sobie w archiwum "Newsweeka" i jak to z tekstami prasowymi bywa, jest co jakiś czas przypominany na Facebooku.
"Są momenty, kiedy myślę, że mój syn to potwór. Rośnie w siłę, gdy widzi, jak mnie wyprowadza z równowagi. Wiele razy miałam go ochotę uderzyć, wszystko się we mnie gotowało, na szczęście udało mi się powstrzymać - mówi Dominika, nauczycielka z Krakowa" - to fragment z zapowiedzi umieszczonej na Facebooku rok po papierowym wydaniu tekstu. Na zdjęciu ilustrującym artykuł dziecko skacze po kanapie, obok matka wzdycha ciężko i trzyma się za głowę. Podpis pod zdjęciem brzmi: "Dziecko agresja awantura Foto: iStock". Ktoś jakby przewidział, że powstanie taki tekst, ustawił modeli, sfotografował ich, swoje dzieło umieścił w banku zdjęć, opisał je odpowiednimi hasłami. Z ciekawości wszedłem na stronę tego banku zdjęć - fotoedytor "Newsweeka" mógł przebierać i wybierać. Wściekły malec wygrażający pięścią, para szarpiących się chłopców, chłopiec wykopujący książkę z rąk kobiety, ojciec desperacko tłumaczący coś chłopakowi stojącemu z założonymi rękami, dziewczynka zaciskająca pięści i krzycząca, chłopcy w parku duszący kolegę... Zatykane uszy, zaciśnięte pięści, chłodny wzrok... Uff, to dopiero pierwsza strona z osiemdziesięciu trzech. Brzdąc z karabinem, brzdąc w rękawicach bokserskich. Nastolatek pokazujący fakulce rodzicom, którzy patrzą bezradnie, rozłożywszy ręce.
Jak zwykle w konflikcie mapy i terytorium - terytorium się poddaje. Wirtualna rzeczywistość prezentowana w mediach dawno nadpisała doświadczenia z realnego życia. Ludzie chłoną te sfabrykowane obrazki dostarczane przez media społecznościowe. Ta treść przykleja się, zostaje, memy produkują następne memy. Pod postem zajawiającym artykuł pojawią się oczywiście komentarze; prawdopodobnie nikt nie przeczytał samego tekstu, bo nie tak działa Facebook. Tu do zabrania głosu wystarczy znajomość tytułu i wstępu (lektura całości wymaga zresztą posiadania płatnego konta). Otwiera się worek, do boju ruszają rezydentne trolle i przypadkowi normalni ludzie.
"Bo na wszystko pozwalaja a jakies reguly powinny byc" (pisownia oryginalna) - skomentował typ z butelką piwa w awatarze. "Kiedy jestem smutny, to przypominam sobie, że nie mam dzieci i od razu mi przechodzi, to powód do radości [wyszczerzone emoji]" - ucieszył się inny. Następny podzielił się mądrością życiową: "To, że ktoś spędzi większość dorosłego życia w więzieniu, widać już od najmłodszych lat. Żaden psycholog tu nie pomoże. Bandyta to bandyta". Pojawił się też, oczywiście, tekst o wychowaniu bezstresowym - do tego tematu wrócę później.
Kluczowe w wypowiedzi Markiewki jest zdanie: "Odpowiedzialny człowiek powinien zastanowić się nad tym, jakie skojarzenia wprowadza do obiegu publicznego". To coś, co sam nazywam "odpowiedzialnością memetyczną". Od ludzi słowa domagam się namysłu nad tym, co, kiedy i do kogo piszą. Jak zabawny tytuł - och, przecież sam kocham wszystkie te kalambury i gry półsłówek - zostanie odebrany poza kontekstem, jak ironia czy sarkazm przyklejone do wydrukowanego tekstu sprawdzą się jako samodzielne byty w przestrzeni internetu? Z jakich rejestrów pochodzi dany termin, kto go zwykle używa, czemu służy, jaką narrację utrwala?
Reszta tekstu dostępna w regularnej sprzedaży.