2
Wizje
Justin Alexander Shetler urodził się przed świtem 11 marca 1981 roku w Sarasocie na Florydzie. Miasto leży na południe od Tampy, nad turkusową tonią Zatoki Meksykańskiej, osłonięte od otwartego morza barierą białopiaszczystych wysp. Chłopiec od początku był śmiały, wcześnie zaczął raczkować i uwielbiał wodę - w wannie, nad jeziorem, na plaży. Matka Colette Susanne, zwana Suzie, i ojciec Terry zapisali go na naukę pływania dla dzieci, kiedy miał trzy miesiące. Terry pracował jako stolarz, a później zdobył dyplom z medycyny orientalnej. Suzie była asystentką nauczycielki w szkole Montessori, do której przez kilka lat chodził Justin. Wychowując syna, Suzie zachęcała go nie tylko do wypraw na łono natury, lecz także do tego, by wtopił się w przyrodę i ją poczuł. Nauczyła go, jak odróżniać drzewo kazuaryny od palmy, dotykając pnia z zamkniętymi oczami. Kiedy kupowała mu pierwszą parę butów, wybrała maleńkie zamszowe mokasyny; chciała, by czuł ziemię pod stopami. Zbierał kamienie, a kolekcję trzymał w starej skrzynce wędkarskiej. Matka nazywała go Niedźwiadkiem1.
Justina zawsze ciągnęło do wysoko położonych miejsc. W wieku dziesięciu miesięcy przestraszył Suzie, wspinając się po regale - dotarł do połowy wysokości. Kiedy był trochę starszy, zaczął chodzić po drzewach, w tym po olbrzymim dębie rosnącym na polu w ich okolicy. Nazywali ten dąb swoim drzewem genealogicznym. W chwilach zdenerwowania i smutku właził na dach domu, żeby tam posiedzieć. To był jego sposób, by ochłonąć, oczyścić umysł - myślała Suzie - ale także by spojrzeć z dystansu na otaczający go świat, jakkolwiek na razie niewielki. Chociaż Justin był samodzielnym dzieckiem, rozpaczliwie pragnął więzi z rodzeństwem.
Kiedy miał jedenaście lat, rodzice się rozwiedli, ale dzielili się opieką nad chłopcem. Dni od poniedziałku do piątku spędzał u matki, a weekend u ojca. Na ekrany wszedł wtedy Ostatni Mohikanin, Suzie zwolniła Justina ze szkoły, żeby pójść z nim na popołudniowy seans. W końcu widzieli razem film siedem razy. Przez lata Justin wielbił bohatera Sokole Oko, adoptowanego przez wodza Mohikanów białego, który rezygnuje w znacznej części z dziedzictwa europejskiej kultury, by zbudować silniejszą więź z naturą. To taka heroiczna opowieść przygodowa, która może przyciągnąć wielu chłopców. Kolejne legendarne postacie do podziwiania Justin znalazł w książkach: pożerał serie fantasy o bohaterach i magii, zanurzając się w fikcyjne światy. Był introspektywnym dzieckiem. W notatniku z ręcznie czerpanego papieru zapisywał cytaty z takich myślicieli jak Laozi, chiński filozof tradycyjnie uważany za autora traktatu Daodejing [Księga drogi i cnoty][1], czy Budda. Na jednej ze stron zanotował "nieznane chińskie przysłowie":
Tysiące
Tysięcy rzek
Wpada do morza,
Lecz morze nigdy
Się nie napełnia -
A gdyby człowiek mógł
Zamieniać kamień w złoto,
Jego serce nadal
Nie znałoby spełnienia.
W szkole podstawowej Justin miał trochę pozytywnych doświadczeń, ale też chwile głębokiej frustracji. Ojciec powiedział mu, że będzie go wspierać na wszelkie sposoby, starać się mu pomóc w znalezieniu satysfakcji, o ile nie zagrozi to życiu chłopca.
- Uświadomiłem sobie, że nie pomagam Justinowi w radzeniu sobie z rzeczywistością, jeśli jestem dzielącym go od niej buforem - twierdzi Terry. Nigdy nie chciał hamować czy ograniczać syna.
Dwa lata po rozwodzie Suzie przeprowadziła się z Justinem do Karoliny Południowej, a pół roku później do Montany, z nowym partnerem, za którego później wyszła. To tutaj chłopiec po raz pierwszy doświadczył dzikiej przyrody amerykańskiego Zachodu, do której wcześniej przyciągały go książki. Jedna z nich, podarowana przez matkę, miała w znacznej mierze ukształtować następną dekadę jego życia.
- Jakby roznieciła ogień - zauważa Suzie.
Grandfather. A Native American's Lifelong Search for Truth and Harmony with Nature [Dziadek. Życie rdzennego Amerykanina w poszukiwaniu prawdy i harmonii z naturą], wspomnienia opublikowane w 1993 roku przez Toma Browna Jr., instruktora szkoły przetrwania z New Jersey, opowiadały o dorastaniu autora pod okiem i w myśl nauk Tropiącego Wilka, zwiadowcy i szamana z plemienia Apaczów Lipan. "Naprawdę był jednym ze starożytnych, po części człowiekiem, po części zwierzęciem i niemal całkowicie duchem - pisał Brown w książce. - Jego domem była dzika przyroda i w dziczy poddawał wszystko próbom". Tropiący Wilk umiał czytać naturę, znajdować lecznicze rośliny i podchodzić tak blisko tropionych zwierząt, że mógł ich dotknąć. Potrafił cofać się po własnych śladach i właściwie zniknąć. Mógł tak lekko i zręcznie iść przez świat, że nie zostawiał po sobie niczego. Był i go nie było, zawsze obecny, a jednak, jeśli chciał, niewidzialny.
Historia Tropiącego Wilka opowiadana przez Browna nabrała niemal mitycznej aury. Urodził się w latach osiemdziesiątych XIX wieku, gdzieś na amerykańskim południowym zachodzie. W wieku dziesięciu lat wyruszył na swoje pierwsze poszukiwanie wizji (rytuał przejścia), podczas której duchy przodków ukazały mu opaskę na głowę, jaką noszą zwiadowcy, i laskę szamana. Starszyzna pokazała mu ścieżkę: "By wypełnić wizję, musi najpierw przez dziesięć zim szkolić się na zwiadowcę - to jedna z najważniejszych pozycji w plemieniu. Następnie musi porzucić tę ścieżkę na kolejnych dziesięć zim i szukać ścieżki szamana i uzdrowiciela. Aż wreszcie [...] będzie musiał opuścić swój lud i wędrować samotnie przez sześćdziesiąt zim, poszukując wizji i wiedzy, aż jego wizja się urzeczywistni". Tropiący Wilk początkowo był niechętny, wahał się, czy zostawić swoich, aż jeden ze starszyzny powiedział mu, że "człowiek, który nie żyje zgodnie ze swoją wizją, żyje śmiercią"2.
Dorastając, Justin połykał książki i przewodniki Browna po dzikiej przyrodzie, z opowieściami o życiu i osiągnięciach Tropiącego Wilka i samego Browna. Suzie, widząc iskrę, która roznieciła się w jej synu, woziła go na wzgórza przy granicy z Idaho i patrzyła, jak znika w lesie ze swoim najlepszym przyjacielem, chłopcem z rdzennego plemienia, który mieszkał na pobliskiej farmie. Chodzili na piesze wycieczki, bawili się w zaroślach i szukali tropów zwierząt. Dokładnie po trzech godzinach zbiegali do niej po stoku. Justin nigdy się nie spóźnił.
Po ośmiu miesiącach w Montanie przeprowadzili się dalej na zachód, do miasteczka Beaverton, kilka kilometrów od Portland w stanie Oregon. Suzie była przyzwyczajona do częstych przenosin, bo wychowała się w wojskowej rodzinie. Jednak jej syna przeprowadzka załamała.
- Justin czuł się przez to, jakby nie miał korzeni - wspomina Suzie.
Terry pamięta, że syn był "rozgoryczony" i "zrozpaczony" z powodu wyjazdu z Montany. O tym okresie swojego życia Justin powiedział kiedyś, nieco hiperbolicznie, że do tego momentu miał już "prawdopodobnie więcej domów niż lat". Przenoszenie się do innych miast i zmienianie szkół, kiedy był nastolatkiem, utrudniało utrzymywanie przyjaźni, a kiedy zaczął chodzić do liceum w Beaverton, był skrytym chłopakiem, uważającym się za samotnika. Pociechę znalazł w muzyce - sam uczył się grać na harfie matki, a także na mandolinie i gitarze. Najbliższą więź potrafił nawiązać z naturą.
Latem, kiedy skończył pierwszą klasę, Suzie zobaczyła na ostatniej stronie gazety "Willamette Week" ogłoszenie o szkole przetrwania w dziczy. Zadzwoniła pod wskazany numer i rozmawiała z Chris Kenworthy, instruktorką, która w latach osiemdziesiątych uczyła się u Toma Browna Jr. Justin po kilku zajęciach z Chris zaczął rozkwitać. Poznawał na żywo to, o czym czytał w książkach Browna. Kenworthy jednak szybko zorientowała się, że zainteresowania Justina wykraczają poza to, co mogła mu zaoferować. Znała pewną szkołę pod Seattle, której program oparty był na nauczaniu przyrody. Szkoła mogła dać mu szansę dalszego rozwoju i kontaktu ze społecznością podobnie myślących ludzi. Zadzwoniła więc do Jona Younga, współzałożyciela Wilderness Awareness School i pierwszego protegowanego Toma Browna Jr., i powiedziała, że uczy pewnego młodego człowieka imieniem Justin, którego apetytu sama nie jest w stanie zaspokoić.
Kiedy kończył drugą klasę, Suzie dostrzegła, że Justin potrzebuje zmiany. Dostawał dobre stopnie, ale nie odnajdywał się w strukturze klasy, nie był szczęśliwy. Zaproponowała mu umowę: jeśli obieca, że zda kiedyś maturę (egzaminy GED), by mieć dyplom szkoły średniej, ona wypisze go teraz z liceum i pośle do Wilderness Awareness School, gdzie będzie zdobywał wiedzę pod okiem Younga. Była to łatwa decyzja. Rodzice zapłacili za zakwaterowanie i wyżywienie Justina z alimentów. Kenworthy powiedziała Suzie, że chłopakowi przyznano stypendium, które pokryje koszty czesnego. W rzeczywistości, o czym Suzie wtedy nie wiedziała, Kenworthy przez lata płaciła czesne z własnej kieszeni3.
Kiedy w czerwcu 1997 roku Suzie odwiozła syna do Wilderness Awareness School - po kilkugodzinnej podróży na północ przez lasy iglaste stanu Waszyngton - Justin był w euforii.
- Jak motyl wyfruwający z kokonu - wspomina Suzie. - Po prostu rozkwitł i poleciał. Było jasne, że znalazł się we właściwym miejscu.
W dniu przyjazdu Justina Young prowadził w lesie zajęcia o języku ptaków. Mówił grupce uczniów, że ptaki sygnalizują zbliżające się zagrożenie świergotem i trzepotem skrzydeł z dwuminutowym wyprzedzeniem. Kiedy grupa się uciszyła, żeby nasłuchiwać, przeleciała nad nimi fala rudzików i drozdów, a Young szepnął do jednej z osób, by nastawiła stoper na dwie minuty. Mijały kolejne sekundy, aż usłyszeli ciężkie kroki i trzask łamanych gałązek krzaków jeżyn. Kiedy stoper zapikał, z paproci wyłonił się Justin i zobaczył stojącą w półkolu grupę, która czekała na niego w ciszy. Chłopak miał już ponad metr osiemdziesiąt wzrostu, a rozjaśnione słońcem brązowe włosy do ramion związywał w kucyk. Zdziwił się, widząc, że się go spodziewali.
- Aż tak było mnie słychać? - spytał.
Tego dnia przysiągł sobie, że zostanie mistrzem cichego poruszania się w przyrodzie.
- Gdybyś mi powiedział, że muszę wejść po drabinie z ziemi na księżyc, żeby osiągnąć ten poziom wiedzy - oznajmił Justin Youngowi - zrobiłbym to natychmiast4.
Wprowadził się do rodziny Youngów, która mieszkała na ostatnim piętrze domu pewnego strażaka w miasteczku Duvall, w pobliżu siedmiohektarowej działki, na której działała szkoła. Znajomi z tamtego okresu wspominają upodobanie Justina do ubierania się w moro i kolory ziemi, a także nieschodzący mu z twarzy bezczelny uśmiech oraz nienasycony pęd do nauki. Zapisał się oficjalnie do Wilderness Awareness Community School, odnogi WAS przeznaczonej specjalnie dla nastolatków, której współzałożycielką była Anne Osbaldeston.
- Entuzjastyczny chłopak, który był superpodekscytowany wszystkim, co robiliśmy, i już bardzo dużo wiedział - tak go wspomina Osbaldeston. - Powiedziałabym, że już wtedy, w wieku piętnastu lat, wiedział o przyrodzie znacznie więcej ode mnie.
"Szkoła" składała się z kilku chat, jurt i zadaszeń z brezentowych płacht, przez co nazywano ją Tarpolonią (czyli Brezentownią). Każdy dzień przynosił nowe zadania i nauki. Język ptaków był jednym z pierwszych formatywnych zajęć - chodziło nie tylko o rozpoznawanie gatunków po charakterystycznych głosach, ale także o nauczenie się, co sygnalizują poszczególne intonacje i oscylacje. Słuchacze uczyli się, jak samodzielnie zrobić łuki ogniowe i ręczne świdry ogniowe i jak za ich pomocą rozniecić ogień, jak zbudować w lesie szałas, w którym spędzą noc, jak rozpoznawać i zbierać jadalne rośliny. Na długiej piaszczystej łasze nad pobliską rzeką ćwiczyli orientację w terenie i tropienie zwierząt. Z pozoru aktywność w szkole sprowadzała się do tego, że grupa nastolatek i nastolatków spotykała się w plenerze, by poznawać przyrodę, uczyć się i czytać o ekologii oraz zdobywać umiejętności przetrwania w dziczy. Jednak uczniowie i nauczyciele z tamtego okresu wspominają ją jako ujście dla energii i emocji, umożliwiające wyrażanie siebie. Miało to ogromne znaczenie dla części nastolatek i nastolatków, którzy w przeciwnym razie mogliby na różne sposoby wypaść z systemu społecznego. Anne Osbaldeston zasługę przypisuje w znacznej mierze Jonowi Youngowi.
- Jest trochę jak przedłużacz podłączony do gniazdka w ścianie, do którego mogą podłączyć się inni - mówi. - Kiedy ludzie przychodzili do szkoły, nagle jakby się rozświetlali, zapalali się do kontaktu z naturą, ale także zaczynali naprawdę czuć łączność z sobą i swoimi talentami.
Jason Knight, kilka lat starszy od Justina, też mieszkał u rodziny Youngów. Spał z Justinem na jednym łóżku piętrowym, na tyłach domu. Chłopcy zaczęli przyjazną rywalizację, motywowali się wzajemnie, żeby ukończyć opracowany przez Younga kurs przyrodoznawstwa: Kamana Naturalist Training Program. W ramach kursu trzeba było zapełnić rysunkami i obserwacjami pięćdziesiąt dwustronicowych dzienników gatunków z sześciu różnych kategorii, takich jak: drzewa i inne rośliny, ptaki i ssaki. Inny zestaw dzienników, w którego uzupełnianiu konkurowali, opierał się na liczącej ponad pięćset pozycji liście obserwacji z tropienia. Przypominało to zabawę w poszukiwanie skarbów - z wielkim rozmachem i w dzikiej przyrodzie. Każdy punkt z listy był bardzo konkretny: ślady stojącego kojota, ślady siedzącego kojota, ślady kojota idącego powoli, idącego szybko, galopującego; odchody kojota zawierające szczątki zwierząt, zawierające pióra, zawierające jagody lub szczątki roślin. I tak dalej.
- Nie uczyliśmy się do sprawdzianu - wspomina Knight. - Staraliśmy się nauczyć tych rzeczy tak, żeby nigdy ich nie zapomnieć.
Justin był mistrzem zwłaszcza w rozpalaniu ognia. W tylnej kieszeni spodni zawsze nosił swój świder ogniowy.
- Mnie uzyskanie pierwszego żaru zajęło dziewięć miesięcy - opowiada syn Jona Younga, Aidan, o trzy lata młodszy od Justina - a jemu nie sprawiało to żadnego problemu.
Justin postawił sobie wyzwanie, żeby rozniecać ogień tak szybko jak ktoś z zapalniczką. I udało mu się, jak zapewnia Aidan:
- Uzyskiwał żar w ciągu piętnastu sekund.
Wilderness Awareness School uczyła nie tylko umiejętności przetrwania. Często posługiwała się pewnym holistycznym modelem, który można odnieść do społeczeństwa, społeczności czy klasy. Jon Young nazywał go 8 Shields (8 Tarcz), bo opierał się na ośmiu głównych kierunkach wskazywanych przez kompas, a każdemu z nich przypisany był pewien archetyp. Justin okazał się najsilniej związany z północnym wschodem, reprezentowanym w modelu przez niebo i ptaki, i znanym jako przestrzeń wielkiej tajemnicy, duchowości i świętej mocy. W cyklu pór roku północny wschód odpowiadał późnej zimie, co łączyło się z urodzinami Justina na początku marca. Jeśli chodzi o fazy życia, kierunek ten symbolizował zarówno poczęcie, jak i śmierć, odrodzenie się i przejście z jednego stanu w inny. W fazach dnia zaś odpowiadał godzinom tuż przed świtem, a właśnie o tej porze Justin przyszedł na świat.
Jako nastolatek znalazł w tej szkole naturalny we własnym odczuciu sposób wyrażania siebie, a także społeczność podobnie myślących mentorów i rówieśników. Należała do nich Doniga Markegard, dziewczyna w wieku Justina, która przyjechała tu rok wcześniej, latem 1996 roku.
- Podniósł wszystkim poprzeczkę - wspomina.
Inni często porównywali go do Tarzana z uwagi na jego niezależność, Rambo z powodu odwagi i He-Mana ze względu na siłę. Justin był też w grupie przecherą, żartownisiem - często po cichu znikał w głębi lasu, żeby potem straszyć innych, którzy nie uważali. Markegard zauważyła jednak, że źle znosił niepowodzenia i sam siebie traktował surowo, kiedy doszedł do ściany.
Wyrobił sobie opinię śmiałego i zuchwałego, chętnego zaryzykować wszystko, by osiągnąć swoje cele. Nastolatkowie ze szkoły, ubrani na czarno albo w moro, często próbowali wymknąć się z domu i wejść do całodobowego supermarketu QFC w środku miasteczka, tak żeby nikt ich nie zauważył. Czasem "podbijali stawkę", wzywając policję - dzwonili z fałszywą informacją, że widziano kręcących się koło sklepu podejrzanych osobników. Jeśli grupie udało się umknąć policji, uznawano to za wyjątkowe osiągnięcie.
- Chyba nigdy nas nie namierzono - mówi po latach Aidan Young.
- Justin zdecydowanie był ryzykantem - wspomina Knight. - Część nastolatków biorących udział w takich programach podchodziła do tego tak ambitnie, że łazili cały czas boso, a zimą nosili koszulki i krótkie spodenki, chociaż był mróz.
Justin należał do tej podgrupy. Kiedy usłyszał o legendarnym wyzwaniu polegającym na przebiegnięciu dwudziestu czterech kilometrów przy jednoczesnym trzymaniu wody w ustach, tak by jej nie połknąć, zaczął wstawać dobrze przed świtem, żeby ćwiczyć - o czym wiele osób wtedy nie wiedziało - aż dokonał tego wyczynu. A kiedy w szkole wykład wygłosił pewien arborysta, Justin patrzył jak zaczarowany, gdy ten zademonstrował, jak po latach treningu nauczył się spadać z drzewa i bezpiecznie lądować na ziemi, łapiąc się konarów i je puszczając, tak by stopniowo spowalniać lot w dół. Następnego dnia Justin wdrapał się na strzelisty cedr i puścił się, będąc blisko wierzchołka. Spadając przez gałęzie, nie zawsze zdołał je chwycić w odpowiedniej chwili, co najmniej sześć metrów przeleciał bezwolnie jak szmaciana lalka i walnął głową o ziemię, o włos unikając rozłupania czaszki o stos kamieni.
- Cud, że nie zginął - twierdzi Aidan Young.
Justin potrafił być zuchwały i lekkomyślny, ale zazwyczaj wychodził z takich przygód prawie bez szwanku. "Uważaj, co przy nim mówisz" - często powtarzali sobie jego instruktorzy.
Centralnym punktem Wilderness Awareness School był Linne Doran (co po gaelicku znaczy Staw Wydry). To płytki staw o przejrzystej wodzie, z widocznymi na mulistym dnie powalonymi drzewami. Wielu uczniów wybrało sobie nad nim miejsce, do którego codziennie wracali, żeby obserwować i zapisywać naturalne zmiany w otaczającej przyrodzie.
- Z pozoru to bardzo proste - opowiada Osbaldeston. - Codziennie, o różnych porach dnia, idź posiedzieć w tym samym miejscu w naturze, czasem przez krótszy, czasem dłuższy czas.
Jednak, jak wyjaśnia, dawało to uczniom zdolność poczucia bardzo głębokiej więzi z danym miejscem, co z kolei - według przyjętej tu filozofii - pozwalało miejscu zacząć przyjmować tę osobę do siebie, jakby do domu. Tę zdolność, zauważyła Osbaldeston, wielu uczniów zabrało ze sobą w świat. Knight miał swoje miejsce nad wypływającym ze stawu strumieniem. Justin - na pniaku starego cedru na cyplu wchodzącym ostrogą w wodę. Czasami przynosił ziarno dla ptaków i trzymał je na wyciągniętej dłoni. Sikorki w końcu się do niego przyzwyczaiły i ochoczo przylatywały, żeby się posilić, a po chwili śmignąć dalej.
- Justin miał wyjątkowy talent - twierdzi Aidan Young i dodaje, że wydawał się pochodzić wprost od Tropiącego Wilka. Był nawet podobny do niego fizycznie, wysoki i chudy, ale silny i w świetnej kondycji. A jego niebieskie oczy robiły na ludziach niezatarte wrażenie. - To były oczy wilka - zauważa Aidan. Jedyną znaną mu osobą, która miała takie oczy, był Tom Brown Jr. - Miały w sobie tę samą intensywność5.
Po dwóch latach Jon Young zrozumiał, że kolejnym krokiem Justina powinna być nauka w mekce edukacji dzikiej przyrody, znajdującej się na drugim końcu kraju - w Tracker School (Szkole Tropicieli). Tom Brown Jr. założył ją w 1978 roku w Pine Barrens, lasach sosnowych południowo-wschodniego New Jersey, z bazą zwaną Primitive Camp. Wyszkolił tu tysiące ludzi w sztuce przetrwania, tropieniu i przyrodoznawstwie. Przez kilkadziesiąt lat nie tylko zyskał renomę nauczyciela erudyty, ale także grono wiernych uczniów, którzy pod jego okiem doskonalili umiejętności praktyczne i chłonęli jego filozofię świadomego kontaktu z naturą. Legendarna historia Browna jako tropiciela i edukatora sztuki przetrwania, często przytaczana w jego książkach i wykładach, zaczęła się w latach pięćdziesiątych XX wieku. Kiedy miał siedem lat i szukał skamieniałości nad strumykiem, poznał chłopca w podobnym wieku o imieniu Rick. Ten przedstawił Browna swojemu dziadkowi, tropicielowi i szamanowi z plemienia Apaczów Lipan, zwanemu Tropiącym Wilkiem6. "Zadawał nam pytania, które prowadziły nas do odpowiedzi, ale sam odpowiedzi nigdy nam nie udzielał - pisał Brown. - Nauczył mnie widzieć i słyszeć, chodzić i zachowywać ciszę. Nauczył mnie, jak być cierpliwym i zaradnym, jak wiedzieć i jak rozumieć"7. W wieku osiemnastu lat Brown postanowił przetestować zdobyte umiejętności. Wyrzucił swoje rzeczy i ubranie i wszedł nago do sosnowego lasu Pine Barrens. Przetrwał tam cały rok, budując szałasy i samodzielnie zdobywając pożywienie. "Wszedłem do Barrens nagi, a wyszedłem dziesięć kilo cięższy, całkowicie zrelaksowany, dwa razy silniejszy i w znakomitej formie"8 - powiedział Brown w wywiadzie dla magazynu "National Wildlife" w 1984 roku. Dzięki takim wyczynom zrobiło się o nim głośno, a lokalne władze zaczęły korzystać z jego pomocy w tropieniu zbiegów podejrzanych o poważne przestępstwa, od napaści z bronią w ręku po gwałt. Pomógł rozwiązać kilka spraw dotyczących zaginionych osób. Kiedy "New York Times" opublikował artykuł o jednej z nich9, zaproponowano Brownowi napisanie książki, którą wydał w 1978 roku. Zatytułowana The Tracker. The True Story of Tom Brown, Jr. [Tropiciel. Prawdziwa historia Toma Browna Jr.], przemówiła do szczególnej grupy ludzi, którzy czuli, że coraz bardziej oddalają się od natury, i chcieli nauczyć się, jak na nowo stworzyć z nią więź. W tym samym roku, w którym ukazała się książka, Brown założył Tracker School.
Rok w rok słuchacze tłumnie ciągnęli na jego kursy, a Brown błyskawicznie zyskał w kręgach surwiwalowców status legendy. Jego biegłość w tropieniu i zwiadzie była niewątpliwa, ale krytycy wytykali mu zawłaszczanie kultury i teologii rdzennych Amerykanów. Niektórzy nazywali go "plastikowym szamanem". Wielu sceptycznych czytelników kwestionowało też mit założycielski - historię o Tropiącym Wilku, który zmarł, kiedy Brown był nastolatkiem. Wątpliwości budziło to, ile Brown nauczył się od niego, a ile zaczerpnął od innych osób i z innych tradycji10. Większości jego uczniów to nie obchodziło, a opowieści Browna zainspirowały tysiące ludzi, w tym Justina.
Latem 1999 roku Jon Young przywiózł do Tracker School Justina i Markegard, dwoje swoich najzdolniejszych uczniów, i przedstawił ich jako następne pokolenie elitarnych surwiwalowców. Zostali przyjęci na kurs wprowadzający, ale mogli także brać udział w bardziej zaawansowanych zajęciach i mieszkać na terenie szkoły. Justin spędził tam półtora roku i skończył przez ten czas kilkanaście kursów. Dorośli słuchacze, a nawet niektórzy instruktorzy, byli często zdumieni umiejętnościami i zaangażowaniem osiemnastolatka11.
Wiele osób, trafiając do Tracker School, pragnęło czegoś więcej niż nauczyć się surwiwalu. Według kilkorga byłych uczniów i uczennic szkoła miała także mroczniejszą stronę. Przyciągała ludzi wyrzekających się dotychczasowego życia i szukających miejsca, które zapewniłoby im wsparcie, grunt pod nogami i poczucie przynależności. Do tej grupy zaliczał się Dan Stanchfield, który został mentorem Justina. Pochodził z Kalifornii, ale przez pewien czas mieszkał w kompleksie kościelnym w Iowa, gdzie pod wpływem indoktrynacji przyłączył się do wyznawców Church of the Living Word (Kościoła Żywego Słowa), zwanego też Living Word Fellowship (Bractwem Żywego Słowa). Jak dziś mówi, była to "ekumeniczna sekta chrześcijańska". Porzucił ją w 1995 roku i po przeczytaniu The Tracker przyłączył się do społeczności w Tracker School.
- Nasz umysł chce ze wszystkiego wytworzyć znaczenie, nasze życie musi mieć sens - mówi Stanchfield. - A to sprawia, że ludzie często wpadają w pułapki. Życie jest znacznie prostsze, niż chcemy wierzyć, chociaż nie będziemy nic wiedzieć na pewno, dopóki nie przejdziemy na drugą stronę.
Spośród tysięcy kursantów, którzy przyjeżdżali do Tracker School w latach dziewięćdziesiątych, część chciała zdobyć konkretne umiejętności przetrwania w dziczy, by w ten sposób przybliżyć się do pierwotnych tradycji, część po prostu pragnęła ucieczki, a niektórych przyciągały oparte na naturze duchowość i filozofia.
Tracy Frey, wtedy absolwentka college'u, która w szkole została bliską przyjaciółką Justina, wspomina, że elementy duchowe zajmowały tu ważne miejsce, uczono ich obok umiejętności praktycznych.
- To światło przewodnie dla zagubionych chłopców - twierdzi Frey. - Przywodzi ich bardzo blisko znalezienia czegoś, co w istocie wypływa z wnętrza, ale nie doprowadza ich do końca. I gubią się coraz bardziej, bo to dezorientuje.
Justin przybył tu z głębokim, silnie zakorzenionym spirytualizmem, wiarą w możliwość istnienia większego prądu - "ducha, który porusza się we wszystkim", jak mówiono w tych kręgach.
- Był zasadniczo przekonany, że na świecie jest wielu ludzi, którzy zamykają się na tę możliwość, a on nie zamierzał być jednym z nich - mówi Frey.
Justin wychował się w otwartym religijnie domu. Jego ojciec Terry pochodził z rodziny menonitów, żyjących na niewielkiej farmie w Pensylwanii, ale szybko odszedł od tej wiary i, jak wiele osób we wczesnych latach siedemdziesiątych, zainteresował się duchowością i filozofią Wschodu. Po skończeniu szkoły średniej wyjechał do południowej Kalifornii, żeby zamieszkać w hipisowskiej komunie, gdzie, jak wspomina, często zażywał pejotl, LSD i palił zioło.
- Zdecydowanie było to bardzo duchowe doświadczenie - twierdzi.
W 1972 roku, w wieku dziewiętnastu lat, został powołany do sił powietrznych amerykańskiej armii podczas wojny w Wietnamie. Naprawiał sprzęt radiowy i radarowy oraz centrale aerometryczne dla myśliwców. Dwa lata później, tuż przed przejściem do rezerwy, pojechał do Red Rocks Park, niedaleko bazy wojskowej w Kolorado, w której stacjonował. Wspiął się na gigantyczne głazy i oglądał wschód słońca.
- Kiedy siedziałem tam na szczycie, wyglądało to tak, jakby można było sięgnąć wzrokiem aż do Omahy - wspomina. - Rozciągała się przede mną cała wielka równina. A kiedy wzeszło słońce, miałem wizję.
Uświadomił sobie, że dotąd żył za zasłoną i że mógłby przez cały czas doświadczać takiego podszytego respektem zachwytu, gdyby tylko potrafił usunąć filtry.
Terry przeprowadził się do Sarasoty, przestał brać narkotyki i wszedł na ścieżkę umożliwiającą zdobycie czarnego pasa w aikido. Został też wegetarianinem, zamieszkał w aśramie i zaczął uczyć się jogi w ośrodku Light of Yoga Society, założonej w 1971 roku organizacji, która przekształciła się później w American Yoga Association. Przez cztery lata praktykował jogę po trzy godziny dziennie. Latem 1977 roku stowarzyszenie zorganizowało wyjazd do Indii, w ramach którego Terry i czterdzieścioro innych Amerykanów i Amerykanek polecieli do Delhi, a stamtąd pojechali na północ do Kaszmiru, gdzie spędzili miesiąc. Mieszkali na barkach na jeziorze Dal w Śrinagarze i zwiedzali miejsca ważne dla hinduizmu.
- Pod wieloma różnymi względami otworzyło mi to oczy - twierdzi Terry.
Podczas pobytu w Kaszmirze odwiedził poświęconą Śiwie świątynię Śankaraćarja stojącą na szczycie wzgórza niedaleko Śrinagaru. Złożył ofiarę przed półtorametrowym błyszczącym czarnym kamiennym lingamem, fallicznym obiektem symbolizującym twórczą energię Śiwy. Odprawił rytuały, a następnie usiadł w sanktuarium świątyni. To, co zdarzyło się po chwili, ukształtowało resztę jego życia.
- Było to najmocniejsze przeżycie, jakiego kiedykolwiek doświadczyłem - opowiada. - Jakby nagłe olśnienie. Przemożne, wszechogarniające doznanie, wynikające z przebywania w obecności tego kamienia. - Doznanie było zarówno fizyczne, jak i umysłowe. - Jak gdybym usłyszał głos, który mówił: "A może patrz tak, żeby zobaczyć to, co naprawdę jest? Zobacz, co tu jest, zamiast wiedzieć i próbować potwierdzić założenie".
Terry zszedł po schodach świątyni jako wierzący i dotąd uważa ten wyjazd za kluczowy moment w swoim życiu. W rodzinnym domu Justina na Florydzie, w którym mieszkali, zanim jego rodzice się rozwiedli, pozostały ślady indyjskich wpływów: na ścianach ojciec powiesił plakaty przedstawiające hinduistycznych bogów, w tym Saraswati - boginię muzyki i wiedzy, oraz Ramę - główną postać hinduskiego eposu Ramajana, symbolizującą obowiązek, honor i odpowiedzialność jednostki - czyli dharmę, kosmiczny porządek i właściwy sposób życia. Był tu też ołtarzyk przykryty jedwabnym szalem, na którym Terry umieścił miedzianą wazę z wodą, kadzidło i figurkę Ganeśi, uwielbianego boga z głową słonia. Przed tym ołtarzykiem praktykował medytację, jogę i czytał hinduistyczne teksty.
Reszta tekstu dostępna w regularnej sprzedaży.