Obóz Vuoggatj?lme
Następnego dnia z wielką ciekawością wychodzimy z domu, aby zobaczyć świat wokół nas. Dom będący naszą kwaterą jest jednym z kilku podobnych obiektów wyglądających na niedawno wybudowane. Całość zlokalizowana jest na zboczu, u stóp którego rozciąga się spore jezioro. Otaczające nas wzgórza oraz jezioro częściowo przesłania poranna mgła. Całość sprawia bardzo senne, jesienne i w sumie smutne wrażenie. W czasie krótkiego spaceru z psami widzimy również lądowisko dla śmigłowców z hangarem kryjącym, jak się niedługo okaże, większą maszynę od stojącej na płycie.
Polowanie na pardwy - dzień pierwszy
Po śniadaniu i krótkich ustaleniach z Kimem ruszamy na polowanie. Na ten pierwszy raz bierzemy ze sobą młode psy, Gapę i Gorana, również dlatego, że chcemy dać im szansę na wyszumienie się po długiej podróży. Jaga i Flora zostają w domu.
Plan jest prosty: śmigłowiec wynosi nas na granicę lasu porastającego zbocza nad naszym obozem, a my, polując, penetrujemy okolicę i samodzielnie schodzimy do obozu. Pierwszy lot helikopterem i pierwsze pytanie: jak zachowają się młode wyżły? Ku naszej radości zachowują się tak, jak gdyby całe życie latały śmigłowcem na polowanie. Zresztą starsze suki z równie stoickim spokojem przyjmą ten dosyć niezwykły przecież środek transportu. Lądujemy na skalistym terenie pokrytym dosyć gęsto niską płożącą się roślinnością. Wszystko ocieka poranną wilgocią, w zagłębieniach terenu spotykamy liczne, w większości zarastające mniejsze i większe oczka wody. Rozdzielamy się na dwa zespoły, tak aby pozostając w kontakcie wzrokowym, dać jednocześnie naszym wyżłom swobodę pracy. Ja z Gapą, Hania oraz towarzyszący nam tego dnia Kim stanowimy pierwszy zespół. Drugi tworzą Maciek z Martą i Goranem. Ten układ dla uważnego czytelnika może mieć znaczenie również dlatego, że album zawiera zdjęcia wykonane zarówno przez Hanię, jak i przez Martę, tak że dają czasem obraz zdarzeń z dwóch perspektyw.
Ruszamy pod górę, penetrując szersze wypłaszczenia - swego rodzaju gigantyczne stopnie - poprzecinane kolejnymi wałami skał. Generalnie idziemy coraz wyżej w kierunku szczytu naszej góry. W wielu miejscach spotykamy ślady obecności pardwy, ale ptaków długo nie udaje się nam zobaczyć. Miłym przerywnikiem jest słonka pięknie wystawiona przez Gorana nad jednym z małych bagienek. Idzie bez strzału. Święty Hubert mnie pierwszemu daje szansę zdobycia pardwy. Penetrujemy wtedy dosyć szeroką przestrzeń tundry, pofałdowaną licznymi kamiennymi pagórkami. W pewnym momencie Gapa staje w stójce i rozpoczyna długie, nawet bardzo długie dociąganie. Idę uważnie za nią po dosyć odkrytym terenie. Kolejne stójki i kolejne dociąganie. Zaczynam tracić wiarę we wskazania suki, bo przecież to jej pierwsze w życiu pardwy. Jednak po przejściu kolejnych kilkudziesięciu metrów daleko, na granicy skutecznego strzału, podnosi się piękne stadko pardw liczące chyba około 20 osobników. Strzelam - pudłuję. Cóż, takie jest polowanie. Analizowałem później to zdarzenie na różne sposoby i z dzisiejszej perspektywy wydaje mi się, że po prostu odległość była zbyt duża na pewny strzał.
Niedługo po moim pudle swoją szansę dostaje Maciek. Prowadzony pięknie przez Gorana, przypiera swoje stadko do granicy bardziej otwartego terenu, co skłania ptaki do startu. Pomimo emocji strzela skutecznie - i tak pierwsza pardwa zawisa na naszych trokach. Zarówno Goran, jak i Gapa dostają też swoją szansę na aport nieznanego wcześniej trofeum i nie sprawiają nam zawodu. Nie dość na tym, całą akcję pięknie obfotografowuje Marta, wykonując jedne z ciekawszych zdjęć naszej wyprawy (fot. 1-4). Tego dnia, choć spotykamy pardwy, nie dochodzimy już do strzału.
Drogę do obozu zapamiętałem z niezbyt dobrej strony. Rozbolało mnie kolano, i to tak, że myślałem momentami, iż nie zrobię ani jednego kroku więcej. Mieliśmy już w nogach ponad 20 kilometrów po górskich wertepach, co skrupulatnie obserwował Kim na aplikacji swojej komórki. W tym miejscu mała dygresja: proszę sobie wyobrazić, że praktycznie wszędzie, gdzie polowaliśmy, dostępny był sygnał komórkowy i możliwa łączność z całym światem. Nie wiem, jak Szwedzi to robią, tym bardziej że absolutnie nigdzie w górach nie było widać anten.
Droga powrotna prowadzi stromo w dół, im niżej, tym bardziej stromo i co gorsza, po dotarciu do linii lasu musimy się przebijać przez uciążliwe chaszcze. Po drodze psy wypłaszają głuszca, który przypomina, że tundra szczytów to królestwo pardwy, natomiast strefa lasu to już jego świat.
Na kwaterze jesteśmy tuż przed zmrokiem. Potem prysznic, kolacja, spora dawka aspiryny, wstawienie butów do przemyślnej suszarki, krótka rozmowa o planach na jutro i do łóżek.
Polowanie na pardwy - dzień drugi
Drugiego dnia mieliśmy polecieć do odległego o ponad 20 kilometrów łowiska będącego, zdaniem Kima, najlepszym w okolicy terenem na pardwy. Kim wspominał z rozrzewnieniem swoje polowania w tej okolicy przed kilku laty, dające rozkłady po kilkanaście sztuk dziennie. Pełni dobrych nadziei na udany dzień wsiedliśmy z ochotą do śmigłowca, biorąc tym razem ze sobą weteranki, Jagę i Florę (fot. 5). Młode psy bez protestu zostały w domu i leczyły swoje obite wczorajszym polowaniem łapy. Dzień zapowiadał się inaczej niż poprzedni. Słońce przebijało się przez chmury, coraz częściej widać było błękit nieba i cały świat od razu zaczął wyglądać bardziej radośnie. Poprawiły się też wyraźnie warunki do robienia zdjęć. Miejsce, gdzie przylecieliśmy, było rzeczywiście niezwykle piękne. Rozległy płaskowyż, o wyraźnie mniej surowej i bardziej urozmaiconej roślinności, otoczony był łagodnie opadającymi wzniesieniami. Znacznie większa niż wczoraj przejrzystość powietrza potęgowała wrażenie ogromu przestrzeni przed nami (fot. 6). Wydawało się, że wzrok sięga po krańce ziemi.
Ruszyliśmy, podobnie jak wczoraj, w dwóch zespołach. Maciek z Martą wziął ze sobą Jagę. Ja z Hanią i Kimem polowaliśmy z Florą.
Niestety, pardw było niezbyt dużo, wyraźnie mniej niż wczoraj. Przede wszystkim spotykane stadka liczyły najwyżej kilka sztuk, natrafialiśmy też na pojedyncze ptaki. Nasz przewodnik był bardzo zaskoczony tym stanem rzeczy i rozważał szeroko możliwe powody tego. Za jeden z nich uważał zbyt wielką presję łowiecką ze strony wspomnianych wcześniej norweskich myśliwych. Wielką przyjemność natomiast sprawiała mi praca Flory, która chodziła szeroko, systematycznie i mądrze. Dość powiedzieć, że Kim, doświadczony zawodowy myśliwy, polujący ze swoim seterem angielskim od lat, chwaląc sukę, powiedział, że chciałby mieć po niej szczeniaka. Jako hodowca nie mogłem usłyszeć większego komplementu.
Pomimo mniejszego niż oczekiwany stanu pardw ten dzień z pewnością zaliczyliśmy do bardzo udanych za sprawą kilku zdarzeń.
Zdobyłem swoje pierwsze pardwy, i to w sposób dający sporą satysfakcję. Pierwsza wyrwała się niespodziewanie prawie spod naszych stóp, z głębokiej, ale niezbyt szerokiej rozpadliny terenu. Flora dobiegała do skraju rozpadliny, ja szedłem spokojnie z bronią na ramieniu, niczego nie podejrzewając. Błyskawicznie sięgnąłem po dubeltówkę i oddałem szybki strzał z rzutu w momencie, kiedy pardwa chowała się za skałą. Chwila niepewności. Posłałem Florę, która po chwili wybiegła zza skały ze śnieżnobiałym ptakiem w kufie (fot. 7, 8). Radość, gratulacje od Kima za piękny strzał.
Drugą dostałem od świętego Huberta w następujący sposób. Nasze dwa zespoły szły równolegle w odległości może 100-150 metrów. Psy pracowały przed nami. W pewnym momencie Jaga, pracująca przed Maćkiem i Martą, zaznaczyła zwierzynę i zaczęła powoli dociągać. Pojedyncza pardwa zerwała się ze sporej odległości, nie dając Maćkowi szansy na skuteczny strzał, i skierowała się w naszą stronę. Zapewne nie widziała nas, gdyż byliśmy wyraźnie wyżej niż pierwsza grupa. Strzeliłem - jest! Dobiegła Jaga, podniosła ptaka i zaaportowała Maćkowi (fot. 9).
Potem jeszcze parę razy spotkaliśmy ptaki, które jednak nie dopuszczały nas na odległość strzału. Kilkakrotnie suki wystawiały, ale nie udawało się nam dojść zwierza w trudnym terenie. Zaliczyłem też jedno pudło do niespodziewanie zrywającego się kogutka, który po spudłowanym strzale "obśmiał" mnie w specyficzny ironiczny sposób. Tak, zdaniem Kima, reagują kogutki pardwy na pudło. Trzeba było uwierzyć mu na słowo
Tego dnia mieliśmy też trochę czasu na odpoczynek, wypicie terenowej kawy, spokojne omówienie dnia i uważne obejrzenie naszej zdobyczy (fot. 10).
Oprócz dochodzenia ptaków, pięknej pracy psów, wspaniałej przestrzeni wokół nas i naprawdę pięknej pogody ten dzień dał nam jeszcze szansę na dwa niezwykłe spotkania. Około południa na skraju opadającej w kierunku jeziora powierzchni zobaczyliśmy, ku naszemu zdziwieniu, spore stado - może lepiej chmarę, szukając lepszego słowa w łowieckiej gwarze - reniferów. Spotykaliśmy je później kilkukrotnie, ale ten pierwszy raz szczególnie wyrył mi się w pamięci. Widząc nas, spokojnie oddaliły się bez żadnych objawów paniki. W tamtych stronach wszystkie żyjące swobodnie renifery były w istocie własnością którejś z rodzin Saamów, odwiecznych mieszkańców Laponii. Nasze psy zachowały się spokojnie, przepisowo respektując zwierza.
Niedługo potem spotkaliśmy prawdziwego króla tamtego świata - wielkiego byka łosia. Potężny łopatacz, zdaniem Kima nigdy wcześniej niewidziany w tamtych stronach, spokojnie przemaszerował może 200 metrów od nas. Suki bez widocznej emocji odprowadziły go wzrokiem, a my z wielką przyjemnością przyglądaliśmy się potężnej sylwetce, ale przede wszystkim potężnym, omal alaskańskim rosochom. Widok był zapewne również niezwykły i poruszający dla naszego przewodnika, który opowiadał nam przy południowej kawie, że takie złotomedalowe byki są w Szwecji na wagę złota. Dosłownie! W szwedzkich czasopismach łowieckich pojawiają się czasem ogłoszenia typu: "Poszukuję możliwości zdobycia złotomedalowego łosia. Cena nie gra roli!!!". Naprawdę!
W drodze na miejsce umówionego spotkania ze śmigłowcem zaczęła psuć się pogoda, nadciągnął lodowaty północny wiatr, zaczął padać deszcz. Widok nadlatującego transportu był naprawdę miłym zakończeniem tego dnia w górach.
Polowanie na pardwy - dzień trzeci
Trzeciego dnia pogoda przygotowała dla nas małą niespodziankę. Obudziliśmy się w świecie otulonym gęstą, wilgotną i zimną mgłą. Zjedliśmy spokojnie śniadanie, ale mgła nie miała zamiaru ustępować, co oznaczało, że z lotu śmigłowcem nici. Cóż, zmiana planów była konieczna. Kim zaproponował, by pojechać drogą nr 95 około 20 kilometrów w kierunku norweskiej granicy i zapolować w tamtych stronach. Innego rozwiązania nie było, toteż spakowaliśmy się i w drogę. Drogę zresztą ciekawie wijącą się pomiędzy otaczającymi ją górami i do tego opalikowaną po obu stronach wysokimi na co najmniej dwa metry tyczkami. Po co tyczki? Przez część zimowych tygodni droga ta jest zupełnie nieprzejezdna, ale przez jakiś czas można z niej korzystać i wtedy jej przebieg pod śniegiem wskazują wystające ze śniegu szczyty tyczek. Nieźle, prawda? Nasz przewodnik opowiadał też, że kiedy droga jest jeszcze przejezdna, ale biegnie w wąskim śnieżnym wąwozie, często się zdarza, że kierowca traci orientację, co uniemożliwia dalszą jazdę. Otoczony stuprocentową bielą w śnieżnym wąwozie, nie potrafi rozpoznać właściwego kierunku jazdy, co w zimowym czasie może być śmiertelnie niebezpieczne.
Ruszyliśmy. Po przejechaniu kilkunastu kilometrów mgła zaczęła rzednąć, aż w końcu zupełnie się rozproszyła. Po przebyciu kolejnych kilometrów zatrzymaliśmy się na małym przydrożnym parkingu. W teren ruszyliśmy w zwykłym składzie, mając tym razem ze sobą Gapę i Gorana.
Wędrowaliśmy ścieżkami Saamów, znaczących przez setki lat swoje trasy specyficznymi kamiennymi kopczykami (fot. 11). Może warto w tym miejscu wspomnieć, że lud ten, zamieszkujący północną Skandynawię od 10 tysięcy lat, żyjący z łowiectwa i hodowli reniferów, wspaniale przystosował się do życia w tych ekstremalnych warunkach. Kim zawsze mówił z podziwem o umiejętnościach łowieckich Saamów, ale też o niezwykłej wytrzymałości i zdolności do znajdowania właściwej drogi w tej dzikiej przestrzeni.
W przerwie w polowaniu opowiadał nam, że kilka lat wcześniej, późną już jesienią, po skutecznie zakończonym polowaniu na łosia powstał problem, jak zabrać tuszę. Zbliżała się noc, a do ludzkich osiedli droga była bardzo daleka. Z pomocą przyszedł wtedy młody Saam, który po prostu wziął swojego quada, załadował na niego tuszę i pojechał nocą przez góry do swojej rodziny mieszkającej po drugiej stronie norweskiej granicy. Kto miał okazję wędrować przez te okolice, zrozumie podziw Kima. Zresztą może warto też powiedzieć, że po okresie dyskryminacji oraz siłowej wręcz asymilacji przez rządy Norwegii i Szwecji Saamowie zbudowali dla swojej wspólnoty względną autonomię. W łowiectwie oznacza ona na przykład, że mogą polować na całym terenie eksterytorialnie, to znaczy nie bacząc na własność terenu czy uzgodnione w lokalnych wspólnotach plany pozyskania łowieckiego. Oni po prostu są u siebie.
Wróćmy jednak do naszego polowania. Tego dnia penetrowaliśmy małe płaskowyże, schodziliśmy w niewielkie doliny, których dno skrywało zarastające jeziora, przeszukiwaliśmy skaliste zbocza - i nic. Nie spotkaliśmy żadnej pardwy, choć wielokrotnie trafialiśmy na ślady ich bytowania, również na ślady żerowania drapieżników znaczone rozsypanym szeroko białym pierzem. Psy kilkakrotnie sygnalizowały obecność ptaków, jednak nie dane nam było do nich dojść. Kim sugerował, że teren jest zbyt dostępny dla miejscowych myśliwych i dlatego mocno opolowany, a często płoszone pardwy przeniosły się w wyższe partie gór. Mniejsza dawka łowieckich emocji sprzyjała chwilom zadumy, spokojnym rozmowom, a naszym młodym wyżłom dawała chwilę na prawdziwie szczenięcą zabawę (fot. 12).
Wracaliśmy do samochodów nasyceni ruchem, przestrzenią, wspaniałymi widokami, lecz bez zdobyczy. Cóż, takie jest polowanie. Jednak ten dzień i łowieckie niepowodzenie utorowały nam drogę do niezwykłej nieplanowanej wcześniej przygody. Jeżeli polowanie na pardwy jest ukoronowaniem moich polowań z wyżłami, to kolejny dzień przyniósł ukoronowanie tego wyjazdu.
A było to tak.
W czasie wieczornego spotkania Kim miał niewesołą minę, gdyż czuł, że trochę zawiódł nasze oczekiwania. Miał jednak przygotowaną królewską ofertę. Zaczął od tego, że przyglądając się nam przez ostatnie dni, ocenił z uznaniem nasze kwalifikacje łowieckie oraz kwalifikacje naszych psów. Wspomniał, że w Szwecji obowiązuje niepisana zasada mówiąca, że Skandynawowie mogą polować samodzielnie, natomiast obcokrajowcy przyjeżdżający na polowanie jedynie w towarzystwie lokalnego przewodnika. Kryło się w tej zasadzie, choć nie zostało jasno wyartykułowane, przekonanie, że tutejsze łowiectwo stawia progi trudne czasem do przekroczenia "zwykłemu" europejskiemu myśliwemu. Kim opowiedział nam o swoim doświadczeniu z pewnym znanym angielskim kucharzem, który przyjechał zobaczyć polowanie na głuszce i przy okazji pokazać swoim telewizyjnym fanom, jak przyrządza się dary skandynawskich gór. Anglik o mało nie padł z wycieńczenia już po pierwszym dniu oglądania, w jaki sposób zapełnia się skandynawską spiżarnię, i na zawsze pozostał przedmiotem żartów miejscowych myśliwych.
Tak oto wprowadził nas Kim w swoją propozycję. Jaką? Zaproponował nam mianowicie polowanie na górską pardwę, żyjącą w niezwykle trudnym terenie pod szczytami gór - pozwala się na nią polować jedynie nielicznym. Dodał, że według jego wiedzy nie polował na nią jeszcze nikt z Europy rozumianej jako świat leżący na południe od Skandynawii. Jeżeli wyrazimy zgodę, polecimy śmigłowcem pod szczyt najwyższej góry w okolicy, na wysokość około 1200 metrów. Polowanie odbędzie się na granicy śniegu, w bardzo trudnym skalistym terenie. Zgodziliśmy się oczywiście z radością.
Polowanie na pardwy - dzień czwarty
Ranek wstał mglisty i zaczęliśmy się obawiać powtórzenia wczorajszego scenariusza. Na szczęście około dziewiątej niebo się przetarło i pilot zgodził się lecieć. Tym razem wziąłem ze sobą Florę, a Maciek Gorana, gdyż niemłoda już Jaga nie dawała fizycznie rady, a polowanie zapowiadało się na wyjątkowo ciężkie. Goran, pomimo młodego wieku, był bardzo mocnym, dynamicznie pracującym psem i w poprzednich dniach pokazał, że można na niego liczyć w każdych warunkach.
Wsiedliśmy jak zwykle do "naszego" śmigłowca, ruszając na spotkanie niezwykłej przygody. Po dłuższym niż zwykle locie wylądowaliśmy pod szczytem najwyższej góry w naszej okolicy, na wysokości około 1200 m n.p.m. Miejscem lądowania było obrzeże niewielkiego jeziorka, pokryte mchami i porostami czepiającymi się skalistego podłoża, na szczęście dosyć płaskie. Woda w jeziorku zamarznięta była wokół brzegów. Temperatura wynosiła dwa, trzy stopnie poniżej zera. Śmigłowiec po chwili odleciał - zostaliśmy sami.
Przed sobą mieliśmy zbocze pokryte mniejszymi i większymi odłamami skalnymi z zalegającymi pomiędzy nimi dużymi płatami śniegu. Ruszyliśmy pod górę przez to skalne rumowisko. Powyżej zbocza zamykającego naszą niewielką dolinę miała być większa przestrzeń, na której mieliśmy szukać pardwy górskiej. W czasie marszu po skalistym zboczu spotkaliśmy w kilku miejscach na śniegu tropy pardw oraz ich odchody. Trudno uwierzyć, że w takich warunkach mogą żyć te kuropatwy północy, ale "śnieżna księga" nie pozostawiała żadnych wątpliwości. Z niemałym trudem wydostaliśmy się na szczyt dolinki.
Pogoda poprawiła się wyraźnie, coraz częściej przez chmury przebijało słońce. O ile do tej pory przestrzeń, w której polowaliśmy, robiła wielkie wrażenie, o tyle teraz perspektywa, która się przed nami otwarła, była po prostu niewiarygodna. Mieliśmy wrażenie, że świat leży u naszych stóp w pokrytych snującymi się mgłami dolinach i w otaczających je wzniesieniach (fot. 13-14).
Na południowych stokach naszej góry spodziewaliśmy się spotkać pardwę. Podzieliliśmy się ponownie na dwa zespoły. Ja z Hanią i Kimem oraz z Florą poszliśmy wzdłuż lewego brzegu potężnego żlebu, który rozciągał się przed nami. Maciek z Martą i Goranem poszli na prawy jego skłon. Teren, choć bardziej płaski niż początkowo, był niezwykle trudny. Skały, skały i jeszcze raz skały poprzedzielane jedynie tu i ówdzie małymi powierzchniami żwirowymi z czepiającym się ich życiem. Trudność terenu polegała też na tym, że co chwila dochodziliśmy do gwałtownie opadających w dół uskoków, stwarzających wielkie niebezpieczeństwo upadku z dużej wysokości dla wyżłów, nieprzywykłych przecież do tej kategorii zagrożenia.
Nie zawiedliśmy się na swoich pomocnikach. Zarówno Flora, jak i Goran pracowały twardo i mądrze, traktując niezwykłą przestrzeń polowania z naturalnym spokojem. Były naprawdę super! Pardw spotkaliśmy niemało, ale dojście do strzału było nie lada zadaniem. Stadka rwały się z dużej odległości, nie dając szansy na skuteczny strzał, a nawet na kolejne spotkanie.
Mnie los dał jedną jedyną szansę na zdobycie tego niezwykłego trofeum.
Schodziliśmy z Florą szerokim kamiennym stokiem zwróconym na południe. Hania z ciężkim aparatem została sporo za nami, Kim był jeszcze dalej. W pewnym momencie podniósłszy wzrok, zobaczyłem Florę w twardej stójce przed wielkim głazem, na skraju schodzącego stromo w dół stoku. Spojrzałem wyżej i zobaczyłem siedzące na głazie dwie pardwy starające się wtopić w powierzchnię skały. Odległość nie przekraczała 20 metrów. Miałem swoją łowiecką szansę! Niestety zgubiła mnie łowiecka chciwość, każąca założyć strzelenie dubletu. Pardwy zerwały się błyskawicznie - jedna ostro w prawo, druga równie ostro w lewo. Strzeliłem pierwszą na prawo i spudłowałem na czysto. Złożyłem się do drugiej. Strzał - dostała, ale lotem koszącym spłynęła w głąb żlebu, na którego skraju cała akcja miała miejsce. Upadła w rumowisko skalne ze 100 metrów dalej i może z 20-30 metrów niżej. Nie czekając, ruszyłem z Florą w tym kierunku, pokonując kamienne zbocze tak szybko, jak się tylko dało.
Poszukiwania nie przyniosły niestety żadnego rezultatu. Kim, który z góry obserwował całe zdarzenie, powiedział mi później, że szansa na znalezienie postrzałka pardwy wśród rumowiska skalnego, pełnego rozpadlin i szczelin, równa jest zeru. Cóż, trzeba było przełknąć gorzką lekcję. Nie zdobyłem swojej górskiej pardwy, ale obraz tych kilku chwil będę miał pod powiekami do końca życia.
Swoją szanse wykorzystał natomiast Maciek, mający do pomocy doskonale pracującego Gorana. Penetrując prawą stronę żlebu, zdobył aż trzy pardwy, stając się tym samym zapewne jednym z niewielu, a może jedynym spoza Skandynawii, którzy zdobyli to trofeum (fot. 15-18). Maciej i Marta mieli też to szczęście, że spotkali na tej wysokości ruszonego przez Gorana zająca bielaka oraz wędrującą gromadkę reniferów. Trudno doprawdy zrozumieć, jak one dają sobie radę w tej kamiennej niegościnnej krainie.
Wracaliśmy na spotkanie ze śmigłowcem omal pijani przestrzenią i łowieckimi wrażeniami. W drodze powrotnej znowu w wielu miejscach widzieliśmy liczne pozostałości po pardwach, jednakże ptaki również teraz nie dały nam szansy na spotkanie. Czekając na transport, oglądaliśmy z wielką ciekawością zdobyte przez Maćka ptaki, które potrafią żyć w tak skrajnie niekorzystnych dla nich warunkach.
Tak zakończyła się nasza przygoda, a właściwie ta jej część, która wiązała się z polowaniem na pardwy (fot. 19-20).
Po krótkim odpoczynku ruszyliśmy na południe, do odległego o ponad 300 kilometrów obozu łowieckiego Svanis. W planie było polowanie na głuszce i cietrzewie z wyżłami lub szpicami w tradycyjny szwedzki sposób. Nie chcąc odbiegać zbyt daleko od głównego wątku, powiem jedynie tyle, że o tej porze roku zdobycie spod wyżła głuszca czy cietrzewia możliwe jest tylko przypadkowo. Czas na takie polowanie to sam początek łowieckiego sezonu, czyli przełom sierpnia i września, gdy ptaki zgrupowane są jeszcze w rodzinnych stadkach.
.
.
.
...(fragment)...
Całość dostępna w wersji pełnej.