Z wojskami Menelika II. Zapiski z podróży do Etiopii - Aleksander Bułatowicz

Kup ebooka

34.00 zł
27.88 zł (27,88 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

PIERWSZA WYPRAWA

Głównym warunkiem, jaki postawił cesarz Menelik dając mi zgodę na podróż było to, bym nie przekraczał granic jego władania. Chcąc nie chcąc musiałem się z tym pogodzić43.

28 października 1896 r. cesarz udzielił mi pożegnalnej audiencji. Żegnając się, Jego Wysokość życzył mi szczęśliwej podróży i dał mi dwa listy: jeden do dadiazmacza Demesje (którego włości leżą w połowie drogi do Leki), drugi do dadiazmacza Tasamy, stacjonującego u zachodnich granic Abisynii.

29-go w samo południe, odprowadzany i żegnany serdecznie przez pozostający w Entoto oddział Czerwonego Krzyża i kilku abisyńskich przyjaciół wyruszyłem w drogę do Leki.

Oddział składał się 17 służących i 8 zwierząt (7 mułów i 1 konia). Znalezienie sług okazało się bardzo proste. Dowiedziawszy się o mych przygotowaniach do podróży przychodzili i najmowali się chętnie, pomimo nadzwyczaj skromnych warunków (5 talarów na ubranie i nagroda pieniężna według zasług po powrocie). Wybrałem tylko 17 ludzi. Liczba ta nieco przekraczała moje potrzeby, lecz przewidywałem, że nie obejdzie się bez strat. Po drodze nie byłoby już możliwości uzupełnienia, tak więc niezbędną mi liczbę ludzi (według wyliczenia mieli nieść 11 strzelb oraz słup od namiotu) powiększyłem o jedną trzecią. Uzbrojenie nasze składało się z 3 strzelb kalibru 7,6 mm odstąpionych przez Czerwony Krzyż (po 50 nabojów na strzelbę), sztucera (50 nabojów), myśliwskiej dwururki (500 nabojów), 6 strzelb Gras (1200 nabojów) oraz rewolweru (18 nabojów). Na białą broń składały się szabla, 3 szable abisyńskie i cztery włócznie. Do transportu przeznaczyłem 8 jucznych mułów, które niosły około 45 pudów bagażu44.

Pierwszego dnia pokonaliśmy tylko krótką trasę długości piętnastu wiorst45. Nie przymocowane jeszcze jak należy juki wymuszały ciągłe postoje i poprawki. Zatrzymaliśmy się w Meta, a 31 października minęliśmy źródła rzeki Auasz i stanęliśmy w domu pewnego Gallasa. W ciągu 3 dni przeszliśmy w sumie 75 wiorst. Minęliśmy Auasz i wkroczyliśmy na włości dadiazmacza Ubje - męża wiziro Zeuditu, córki Menelika. W czasie ostatniego popasu odwiedził nas wuj dadiazmacza - siwy, zgarbiony staruszek lat sześćdziesięciu pięciu, o podłużnych, nieufnych oczach, w mocno semickim typie. Miał przeprowadzić mnie przez włości swego siostrzeńca46. Dom, w którym się zatrzymaliśmy, należał do bogatego Gallasa. Pod nieobecność gospodarza przyjęły nas jego dwie piękne żony. Dom był dość dużym, niskim, okrągłym budynkiem o średnicy 15-20 kroków, ze spiczastym dachem podpartym mnóstwem slupów. Przepierzenia dzieliły go na trzy oddzielne pomieszczenia. Do tego, które znajdowało się najbliżej wejścia, zaganiano na noc bydło (Galla nie ogradzają swoich domów); w następnym znajdowało się palenisko a w najdalszym sypialnia gospodarza.

I listopada zatrzymaliśmy się w krainie Gura u szuma47 mego przyjaciela, dadiazmacza Hajle Mariama. Jest on starszym bratem rasa Makonena. Dadiazmacz posiadał kiedyś ogromne włości, lecz przed czterema laty poróżnił się z cesarzową Taitu i wszystko zostało mu odebrane. Obecnie część skonfiskowanych ziem już mu zwrócono, a mianowicie Czobo, Gura i Tikur. Dom szuma stał w przepięknej okolicy u brzegów rzeki Guder. Gdy dadiazmacz, przebywający w tym czasie w Addis-Ababie, dowiedział się, że będę przechodził przez jego ziemie, posłał umyślnego do szuma i wieczorem przyniesiono mi duże durgo48: tłustego barana, 200 sztuk endżery49,tedż,50  tala51, miód w plastrach, masło, kury, jaja i sos dla służby. Urządzono gybyr - ucztę. Jako pierwsi zjawili się Ato Zennah, Ato Balajneh i ja. Słudzy i miejscowi Abisyńczycy uroczyście wnieśli tylko co zarżniętego barana i powiesili go na słupie. Ato Zennah z miną znawcy i abisyńskiego smakosza podzielił go na części. Sługa o obnażonych ramionach, opasawszy się szammą52 (tak czyni się w dobrych domach w czasie posiłku, zaś w pałacu zaufani cesarza w ogóle nie mają prawa nosić szammy inaczej), uniósł nad koszem z endżerą, wokół którego zasiadaliśmy, jeszcze ciepły barani udziec. Każdy z nas upatrywał sobie kawałek mięsa i odkrawał go. Trudno sobie wyobrazić coś smaczniejszego niż surowe świeże mięso. Niestety, z tej przyczyny nie ma prawie Abisyńczyka, który nie cierpiałby na solitera. Wszyscy oni, począwszy od cesarza a skończywszy na nędzarzu, spożywają regularnie co dwa miesiące gotowane mielone jagody drzewa kusso a w nizinnych okolicach - krzewu enkoko. Także w wypadku ciężkiej choroby, zanim przyjmie komunię, Abisyńczyk bierze kusso. Umrzeć nie pozbywszy się solitera to nieprzyzwoitość.

2 listopada przebyliśmy rwącą rzekę Ułuk. Przeszliśmy po naturalnym kamiennym moście, będącym w pewnym sensie cudem natury. Wokół roztaczały się widoki uderzającej urody. W wąskim, głębokim wąwozie z rykiem pędziła rzeka. Strome brzegi porosły wysokimi kaktusami kolkual, jakimś cudem uczepionymi prawie pionowych skał. Okolica obfituje w gorące źródła mineralne słynące ze swych leczniczych właściwości zarówno wśród Abisyńczyków, jak i Gallasów. Trzy największe znajdują się w samym nurcie rzeki, przy moście. Noszą nazwy Jezus, Mariam i Georgis. Niedaleko od rzeki, nieco wyżej, leży jezioro z mnóstwem źródeł. Także one noszą imiona świętych. W pobliżu znajduje się bazar. Dzień był targowy i ze wszystkich stron ciągnęły grupy Gallasów i Abisyńczyków. Szli zanurzyć się po drodze w leczniczych wodach jeziora i napoić bydło. Moi towarzysze także nie omieszkali tego zrobić: cała ta zwarta masa gibkich i zgrabnych czarnych ciał antycznej piękności połyskiwała teraz ciemnym brązem w skośnych promieniach porannego słońca pośrodku dzikiego, otoczonego wiekowym lasem i skałami jeziora.

Tego dnia przeszliśmy dolinę rzeki Guder. Przeprawiliśmy się po wąziutkim moście splecionym z lian i stanęliśmy u podnóża grzbietu Tokie. 3 listopada wspięliśmy się nań a 4-go zeszliśmy w dolinę Gibje. Zarówno podejście, jak i zejście stromą błotnistą leśną drogą było bardzo trudne.

Ato Zennah bardzo mnie prosił, bym zatrzymał się w jego domu. Przyjąłem więc zaproszenie. Niezdatność moich jucznych siodeł na górskich drogach zaczęła się już dawać się we znaki: jeden muł miał poraniony grzbiet i zamierzaliśmy następnego dnia przypalić mu go według abisyńskiego zwyczaju. Operację tę przeprowadza się w następujący sposób: muła powala się na ziemię i dwoma rozpalonymi do czerwoności w ognisku z krowiego łajna sierpami robi się po siedem przypaleń na każdej stronie grzbietu. Każde długości pięciu werszków53, biegnie od grzbietu w dół, wzdłuż żeber. Następnego dnia nie zważając na to, że cały grzbiet muła spuchł, objuczyliśmy go lekkim bagażem. Do wieczora opuchlizna ustąpiła.

Pod nieobecność dadiazmacza, który prawie zawsze przebywa przy cesarzu, wszystkimi jego ogromnymi włościami zarządza Ato Zennah. Jego dom stoi u podnóża góry Dżibat w prześlicznej, gęsto zaludnionej dolinie jednego z dopływów rzeki Gibje. Zbudowany na małym tarasie skalnym z bardzo stromym podejściem, otoczony wysokim ogrodzeniem, króluje nad całą okolicą. O górze Dżibat krąży mnóstwo opowieści. Mówią, że na jej szczycie stał wcześniej zamek negusa atie Zaraokoba (XV w. po Chrystusie). Ruiny zamku istnieją do tej pory, lecz góra porosła tak gęstym lasem, że dotarcie do nich jest bardzo trudne. Ato Zennah podejmował mnie jak mógł najlepiej. Kazał zarżnąć byka i dwa barany i urządzić ucztę. Wypiliśmy wówczas nieprzeliczone ilości gomb54 tedżu.

6 listopada, w dzień pułkowego święta, po dość długim marszu zatrzymaliśmy się w domu bogatego Gallasa55. W samotności wypiłem za pomyślność pułku butelkę czerwonego wina.

7 listopada droga wiodła szeroką nizinną, jeszcze grząską po deszczu doliną rzeki Gibje. Na północy ograniczają ją góry Czalez a na południu - góry Dżibat i Koletczo-Ale. Mówią, że jest tam szczyt, na który zstąpił z nieba krzyż. Do tej pory mają go strzec tajemniczy starzec i starucha. Nikt jednak nigdy nie wspinał się na tę górę i nie widział krzyża: jak bowiem mówi legenda, każdy, kto choć raz w życiu skłamał, a ośmieli się na nią wspiąć, natychmiast umrze.

W południe przebyliśmy rzekę Gibje, największy dopływ Omo. Woda nie opadła jeszcze po deszczach, przeprawiliśmy więc konie i muły wpław. Rzeczy zaś przenieśli na rękach Galla po wiszącym moście. Był on skonstruowany w sposób wielce oryginalny. Między dwoma olbrzymimi drzewami na przeciwległych brzegach rzeki przeciągnięte są liany, na których opiera się most; kilka lian tworzy boczne balustrady, Długość mostu wynosi 40 kroków, szerokość 1 krok. W tym roku woda była szczególnie wysoka i zniszczyła część mostu. Skutkiem tego przepędzenie przezeń mułów stało się niemożliwe.

Zwierzęta przeprawialiśmy grupami, po dwie lub trzy sztuki. Omal nie doszło przy tym do nieszczęścia. Mojego konia i dwa muły zniósł prąd. Ponieważ brzegi były strome i zwierzęta nie były w stanie same się wygramolić, szybko poniosło je w dół rzeki. Lecz dzięki poświęceniu dwóch Gallasów i moich sług zwierzęta zostały uratowane. Tu, nawiasem mówiąc, zdarzył się zabawny wypadek. Jeden ze sług miał na głowie mój stary, pomięty cylinder; kiedy przechodził przez most, wiatr zerwał kapelusz i strącił go do wody. Kiedy zobaczyli to Galla, prosto z mostu, z wysokości przynajmniej pięciu arszynów, rzucili się za cylindrem do wody. Wręczyli mi go uroczyście, uważając widocznie, że to rzecz ogromnej wartości.

Cała przeprawa wraz z rozładunkiem i załadunkiem trwała półtorej godziny.

8 listopada opuściliśmy włości dadiazmacza Ubje i weszliśmy na ziemie dadiazmacza Demesje. Zatrzymaliśmy się w dużym targowym osiedlu Bilo. Tego dnia udało mi się ubić wielkiego samca sarny (orobo). Kuła kalibru 7,6 mm, jak się potem okazało, trafiła w szyję i przeszła na wylot. Mimo to orobo biegł dalej i padł dopiero w odległości 700-800 kroków od miejsca gdzie została trafiona. Zarówno wlot, jak i wylot kuli były niezauważalne.

Rzeka Gibje rozdziela ziemie dadiazmaczów Demesje i Ubje. Pożegnaliśmy się serdecznie z Ato Zennahem i podarowałem mu zegarek.

Dadiazmacz Demesje wysłał nam na spotkanie duży konwój (150-200 ludzi) oraz dwóch swoich wyższych przywódców - abagaza Bakabila i ato Walde Maskala. Towarzyszyło im pięciu flecistów, co uważa się za wyraz wielkiego szacunku. Nazwa abagaz znaczy w przekładzie "ojciec władcy"; zwykle jest to starzec od dzieciństwa znający swego pana, czasem niewolnik wychowujący go, a zawsze człowiek związany z władcą wiązami wielkiej przyjaźni. Takim właśnie człowiekiem był abagaz Bakabil. Ato Walde Maskal dowodził dwoma tysiącami żołnierzy a pod nieobecność dadiazmacza był jego namiestnikiem.

Bilo, gdzie się zatrzymaliśmy, to jeden z najważniejszych ośrodków handlowych zachodniej Abisynii. Choć leży na ziemiach dadiazmacza Demesje, podlega nie jemu, a nagadi-rasowi (w przekładzie "głowa kupców"), który kieruje całym handlem tego rejonu. Sprawuje też kontrolę administracyjną i finansową nad wszystkimi przebywającymi tu kupcami. Do niego też należy władza sądownicza. Znaczenie Bilo jako ośrodka handlowego wynika z jego położenia na skrzyżowaniu dróg. Nic, co idzie z Zachodniej Abisynii do Szoa i Godżamu oraz z południowej Abisynii do Godżamu - nie omija Bilo. Przez Bilo przechodzą ważne szlaki karawanowe do Handeku, Ilu-Babur, Dżimmy, Kaffy, Leki, na północ i wschód do Godżamu, stamtąd zaś przez Szoa i Harar do Massowy, Dżibuti i Zejli. Ostatnimi czasy nasilił się transport przez Zejlę i Dżibuti kosztem trasy wiodącej do Massowy. Towary z południowej Abisynii i Kaffy idą nie przez Bilo, a prosto do Szoa przez Sodę i Dżimmę. Osada Bilo liczy nie więcej niż 300 domostw, ale już na pierwszy rzut oka widać różnicę między nią a okolicznymi osiedlami. Od razu widać, że to kwitnący ośrodek handlowy. Można tu kupić i siano, i endżerę, i talę, i tedż, a nawet koniak i absynt. W czasie obiadu wydanego na mą cześć szum tego miasta, syn nagadi-rasa, wypytywał mnie o państwa europejskie, o Egipt, Indie, interesował się polityką. Sam z kolei opowiedział mi wszystko, co wiedział o Kaffie i derwiszach. Jak zwykle, podarowano nam obfite durgo. Podczas obiadu śpiewacy opiewali zwycięstwa Menelika oraz improwizowali na temat przyjaźni rosyjsko-abisyńskiej. Wkrótce zastąpili ich inni. Zebrali się też żebracy i wszyscy oni przez całą noc nie dawali mi spokoju.

10 listopada pokonaliśmy grzbiet Konczo, łączący góry Siba, Czelea56 i Lima i zeszliśmy do doliny rzeki Uam, dopływu Didessy. 11 listopada w południe przeprawiliśmy się przez nią wpław i ruszyliśmy w góry Leki. 12 listopada, uroczyście witani przez całą armię dadiazmacza Demesje, wjechaliśmy do jego posiadłości. Demesje osobiście wyszedł mi na spotkanie i zaprosił do domu. Ów syn afa-negusa57, mającego wielki wpływ na cesarza, jeszcze niedawno był fitaurari i zarządzał niewielkimi rejonami Gera i Guma, graniczącymi z Kaffą. Po śmierci fitaurari Gabaju, Tekle i Damto, zabitych w czasie ostatniej wojny, otrzymał w zarząd ich ziemie i został dadiazmaczem. Powierzono mu również nadzór nad dwoma gallaskimi państwami, które poddały się Menelikowi i dzięki temu zachowały swój dotychczasowy ustrój: Ualagą dadiazmacza Dżoti i Leką dadiazmacza Gabro Egziabiejera. Tym sposobem włości dadiazmacza Demesje rozciągają się aż do zachodnich i północno-zachodnich granic Etiopii.

Spędziłem dwa dni w gościnie u uprzejmego gospodarza, który poznał mnie również ze swą żoną, bardzo miłą, wyglądającą niemal na dziewczynkę. Ma 14 lat, ale jak sama mówi, Demesje jest jej trzecim mężem. Wiziro Asalefecz (dosłownie "zmuszająca do przechodzenia") jest siostrzenicą58 cesarzowej Taitu. Pierwszy raz wyszła za mąż mając lat 9, a niedawno na życzenie etigie59 rozwiodła się z drugim mężem i wyszła za mąż za dadiazmacza Demesje. Smutne jest życie kobiet z wyższych sfer w Abisynii. O ile kobiety z niższej sfery cieszą się tam wolnością, o tyle kobiety z warstwy wyższej wiodą życie zamknięte. Całymi tygodniami, a czasem i miesiącami nie wychodzą z elfina,60 zawsze otaczają je dziesiątki dziewcząt służących. Zawsze kręci się przy nich kilku chłopców, synów podległych dadiazmaczowi dostojników, których uczy się etykiety oraz czytania i pisania, a wszystkimi tymi osobami opiekuje się kilku ponurych, pomarszczonych, bezwąsych eunuchów.

14 listopada pożegnałem się z dadiazmaczem i jego żoną, i opuściłem miłego gospodarza. Odprowadził mnie z fletami i całym swoim wojskiem aż do brzegów Didessy, a na pożegnanie podarował mi wspaniałego muła w srebrnej uprzęży. Ja z kolei na jego prośbę ofiarowałem mu strzelbę Gra, 100 nabojów i część mojej podróżnej apteczki, wszystkich lekarstw po trochu, jak również kilka butelek wódki.

Do trzeciej po południu przeprawiliśmy się przez szeroką Didessę. Bagaże i ludzi przewieźli Galla na małych, wyżłobionych w pniach drzew czółnach, a konie i muły przeprawiliśmy wpław. W czasie przeprawy zdarzył się mały wypadek. W czółnie siedzieli jeden z moich sług i jeden Gallas. Sługa trzymał wodze mojego konia i tylko co podarowanego muła, które przeprawiali na drugi brzeg. Lecz nowy muł, jak tylko przestał czuć dno pod nogami, ostro zawrócił ku brzegowi. Cugle dostały się pod rufę czółna i łódka przewróciła się. Mój sługa, nie umiejący pływać, omal nie utonął, ale stało się to na szczęście blisko brzegu i Galla, którzy pospieszyli z pomocą, uratowali go. Strzelba kalibru 7,6 mm, którą miał przy sobie, i jeszcze jakieś rzeczy przepadły. Cała przeprawa ciągnęła się trzy godziny.

Didessa jest w tym miejscu dość szeroka (300-400 kroków) i pełnowodna. Brzegi porasta olbrzymi, wiekowy las opleciony lianami zwieszającymi się do wody. Rzeka obfituje w ryby, krokodyle i hipopotamy. W czasie przeprawy Galla starali się robić jak najwięcej hałasu, żeby odpędzić krokodyle.

Lasy na brzegu Didessy ciągną się tutaj wąziutkim pasem, za którym leży szeroka równina porośnięta zwartą, wysoką na pięć arszynów trawą, całkowicie skrywającą i jeźdźca, i konia. Drogę przecina gęsta sieć krzyżujących się ścieżek, wśród których trudno rozpoznać, które wytyczyli ludzie, a które zwierzęta. Wysoka trawa zasłania wszystkie punkty obserwacyjne. Na skutek tego zboczyliśmy w końcu z drogi i rozminęliśmy się z naszymi mułami. Przyszło nam zanocować w samotnym chutorze Gallasów, składającym się z pięciu domów. Prawie połowa jego ludności wymarła w tym roku na febrę. Na nasze wołania pojawił się chłopiec, całkowicie wycieńczony, w narzuconej na chude ramiona baraniej skórze stanowiącej cały jego strój. Drżał w gorączce a z domu słychać było jęki jeszcze kilku chorych. U wejścia leżało kilka stosów kamieni, na które rzucono wiązki suchej trawy, skrawki materiałów, ziarna kawy oraz kilka paciorków i muszelek. Galla ofiarami zaklinali w ten sposób febrę, żeby ominęła ich domy.

Dolina Didessy jest jedną z najbardziej malarycznych. Febra jest tu szczególnie mordercza i co roku zbiera mnóstwo ofiar. Ale choroba pojawia się tylko między majem a czerwcem i październikiem a listopadem. Drugą wadą tej okolicy jest to, że wszelka najmniejsza rana łatwo zamienia się tu we wrzód; prawie cała ludność jest nimi dotknięta.

W nocy rozesłałem wszystkich na poszukiwania mułów i bagażu, lecz odnaleźć ich i sprowadzić na miejsce udało się dopiero przed południem następnego dnia. Zanocowaliśmy więc w domu napotkanego szurną dadiazmacza Tasamy - Ato Balajneha. Sprawuje on funkcję sędziego - uambyr. Zawiaduje połową włości dadiazmacza Tasamy, od Didessy do Gaby. Jednak jego głównym obowiązkiem, oprócz zarządzania własną ziemią, jest doglądanie zbierania podatków przez innych szumów. Również tutaj, jak i dotychczas, zostałem przyjęty nadzwyczaj serdecznie.

Ato Balajneh należy do interesującego typu Abisyńczyków starej daty: chudy, żywy, czasem okrutny, jak się zdaje odważny, nie tak wyrafinowanie uprzejmy jak obecni dworzanie cesarza, brutalny i dumny. Uczestniczył w ostatniej ekspedycji do Aussy i, jak twierdzi, zabił 32 Danakilczyków. Strzelać nie umie, posługuje się wyłącznie włócznią.

Po tej stronie Didessy droga skręca na południowy zachód i okolica gwałtownie się zmienia. Wszystko porasta las i krzaki. Wyżynną, pagórkowatą okolicę przecinają wąskie, głębokie doliny, którymi spadające ze szczytów Kaffy liczne strumienie niosą w kierunku Baro lub Gaby swe krystalicznie czyste wody. Wszystkie te doliny porastają zarośla kawowe. Powietrze jest bardzo wilgotne, rano zbiera się obfita rosa. Króluje wieczna wiosny i nie ma takiej pory, kiedy nie kwitłyby drzewa. Około 10-12 lat temu okolica ta była całkowicie zalesiona i, jak się wydaje, nie było skrawka żyznej ziemi, którego by nie zagospodarowano. Mimo to pomory bydła, głód, który po nich nastąpił i przetrzebienie ludności w czasie podboju kraju na poły go wyludniły. Przejeżdżając, co chwilą dostrzegacie wśród zarośli równe linie kaktusów kolkual, oznaczające kiedyś granice włości albo ogradzające domostwa. Dziś wszędzie wokół ciągnie się zwarty zagajnik, gęsto opleciony kolczastymi lianami. Z rzadka spotyka się otoczone bananowcami osiedla Gallasów, gdzieniegdzie w gęstwinie widać polanki, na których między zrąbanymi i powalonymi drzewami rośnie groch. Ten obrazek świadczy o żyzności gleby. Ziarno zasiane wprost w nie zaoranej ziemi daje mimo wszystko piękny plon. W pobliżu osiedli wszystkie wysokie drzewa obwieszone są ulami; miód tej okolicy słynie ze swej mocy. Kraj ten wywiera wrażenie w najwyższym stopniu przyjemne: jeśli jakąkolwiek krainę można nazwać "mlekiem i miodem płynącą", to właśnie tę.

16 listopada przeszliśmy przez most na rzece Dobona i nocowaliśmy w domu pewnego Gallasa. Rodzina składała się z gospodarza, którego ojciec został zabity przez Abisyńczyków w czasie podboju, jego matki i dwóch żon. Jedna z nich była rzadkiej urody. Sam gospodarz najwidoczniej pogodził się z losem, lecz matka spoglądała na Abisyńczyków ze złością i strachem. Całą noc przesiedziała przy ognisku.

17-go bardzo trudną drogą doszliśmy do rzeki Gaby. Przeszliśmy przez most i zanocowaliśmy w domu balambarasa61 Mansura. Gospodarz towarzyszył dadiazmaczowi w wyprawie wojennej, przyjęła nas więc jego żona.

Brzegi Gaby są bardzo strome i przeprawa w bród jest niemożliwa. Wykorzystano to, ustawiając po tej stronie mostu strażnicę, w której zbiera się opłaty celne za wszystkie wwożone i wywożone towary. Ma ona prócz tego także znaczenie wojskowe, zapobiega mianowicie dezercjom. Tu właśnie padł mój wspaniały muł. Poprzedniego dnia był jeszcze całkiem zdrów, a o 11 przed południem, schodząc do rzeki Gabe, nagle zaniemógł; z nozdrzy poszła mu biała piana i w ciągu dwóch minut muł padł.

Dziewiętnastego przeszliśmy przez most na rzece Sor. Brzegi Soru, podobnie jak Gaby, całkowicie zarosły kawą.

Dwudziestego pierwszego wjechaliśmy do Gori. Powitał nas uroczyście namiestnik dadiazmacza Tasamy, fitaurari Walde Ajb. Wyszedł nam naprzeciw na trzy wiorsty od miasta z całym swoim wojskiem. Miasto to leży u południowo-zachodnich rubieży Abisynii. Na powitanie żołnierze pokłonili mi się do ziemi, otoczyli mój oddział i powiedli do przygotowanego dla nas domu. Z kościoła wyszli duchowni z krzyżami i obrazami; kapłan odczytał "ojcze nasz" a potem rozpoczęły się śpiewy z tańcami.

Gori jest rezydencją dadiazmacza Tasamy. On sam wyruszył na krótką ekspedycję do pogranicznej krainy Mocza, a funkcję jego namiestnika objął fitaurari Walde Ajb, starzec służący jeszcze jego ojcu, dadiazmaczowi Nadou. Moje przybycie wprawiło starca w wielką konfuzję. Poprzedniego dnia otrzymał list od cesarza skierowany do dadiazmacza, z wyjaśnieniem celu mego przyjazdu oraz rozkazem powitania mnie ze wszelkimi honorami. Menelik pisał, że przyjechałem zwiedzić kraj i należy mi go pokazać, lecz bez bezpośredniego rozkazu od dadiazmacza fitaurari bał się uczynić cokolwiek. Stało się to dla mnie jasne następnego dnia. Poprosiłem fitaurari, by dał mi przewodników do dadiazmacza Tasamy w Moczą, lecz nie zgodził się. Wtedy wyjaśniłem mu, że nie przyjechałem po to, by siedzieć na miejscu i, mając na to pozwolenie cesarza, w ciągu dwóch dni albo udam się na poszukiwanie dadiazmacza Tasamy, albo na północ - do dadiazmacza Dżoti. Fitaurari był w rozpaczy: błagał mnie, bym poczekał dwa tygodnie, zapewniał, że do tego czasu dadiazmacz z pewnością wróci. Przewidywałem jednak, że dwa tygodnie przeciągną się w dwa miesiące i nie zgodziłem się. Wyznaczyłem odjazd na wtorek. Niestety, zamierzeniom tym nie sądzone było się urzeczywistnić. Febra, na którą cierpiałem w Adis-Ababie i która nie opuszczała mnie w czasie całej podróży, powróciła szczególnie silnym nawrotem. Wystąpiły komplikacje: na brzuchu w miejscu podskórnego wstrzykiwania chininy pojawił się wielki wrzód. 25 listopada ostatecznie zległem, by wstać dopiero po trzech tygodniach.

Dwudziestego trzeciego i dwudziestego czwartego listopada doszło do nieporozumień z sługami. Chcieli, bym wydał im po pięć talarów na ubranie, a gdy odmówiłem, urządzili strajk. Przerwałem go wypędzając prowodyra. Drugiego zaś służącego, który nie przestawał podżegać, wychłostałem, i zamieszki ucichły. Ukarany naprzód bardzo się obraził i przyszedł zwrócić mi strzelbę. Przegnałem go i dałem mu jeszcze trzy talary na drogę, lecz nie minęło nawet pół godziny, gdy przyszli kapłani prosić o przebaczenie dla niego a on sam zaczął całować mi nogi. Byłem bardzo rad takiemu obrotowi sprawy. Odniosłem moralne zwycięstwo, które ostatecznie potwierdziło moją władzę.

Choroba moja nie należała najwidoczniej do lekkich, jako że w ciągu trzech, czterech dni, póki nie przeciąłem wrzodu wymytym w sublimacie nożykiem, mocno się męczyłem. Wszyscy słudzy siedzieli u wejścia do mego namiotu i żałośnie zawodząc, płakali.

12 grudnia, gdy zdrowie moje nieco się poprawiło, naznaczyłem na piętnastego odjazd. Lecz znów przyszło go odłożyć, ponieważ poważnie zachorował dowódca moich sług - Walde Tadik. 20 grudnia przyszedł adresowany do mnie list od dadiazmacza Tasamy. Pisał, że byłby szczęśliwy gdyby mógł ujrzeć "oczy rosyjskiego przyjaciela" i prosił, bym poczekał chociaż do Bożego Narodzenia, gdyż ma nadzieję do tego czasu wrócić. List został napisany w Mocza, a stamtąd przyniosła go gallaska kobieta. Odpowiedziałem, że poczekam. Wolny czas poświęciłem polowaniu i studiowaniu religii, obyczajów i historii Gallasów. Przez mych służących wypytywałem przybywających kupców, mających kontakty z Murzynami Bako i z Kaffą.

Życiem naszego oddziału wstrząsały bijatyki sług: bili się między sobą lub z tubylcami, raz za razem trzeba było przewiązywać rany. 23 grudnia wszyscy, skłóceni, chwycili za strzelby i szable: zanosiło się na istną bitwę. Na szczęście zdążyłem w porę się wtrącić i uspokoiłem ich. Tak było do 31 grudnia. Memu słudze się poprawiło; wieści od dadiazmacza Tasamy nie nadchodziły, siedzieć tu dalej nie było po co, lecz od jechać nie ujrzawszy drugiego brzegu Baro również nie chciałem. Ponieważ legalnej możliwości dotarcia za rzekę nie było, postanowiłem dokonać tego przy pomocy sprytu i siły. Mój pobyt tutaj był czymś w rodzaju zaszczytnej niewoli. Wokół domu dniem i nocą pełniło wartę do 50 żołnierzy: czuwali nad mym bezpieczeństwem, jak zapewniał fitaurari. Gdy tylko wychodziłem na spacer czy na polowanie, wszyscy oni szli za mną.

31 grudnia przykazałem osiodłać dwa konie (jednego z nich kupiłem poprzedniego dnia) i o ósmej rano w towarzystwie jednego sługi szybko ruszyłem drogą ku mostowi na Baro. Wzięliśmy ze sobą trochę sucharów i uzbroiliśmy się: ja w szablę, rewolwer i strzelbę, mój sługa - w mój sztucer i szablę. Każdy z nas miał po 40 nabojów. W południe doszliśmy do gór Didu. W ciągu 4 godzin, często przeprawiając się przez rzeki, przeszliśmy 50 wiorst. Do Baro pozostawało jeszcze około 15 wiorst trudnej, grząskiej leśnej drogi. Daliśmy koniom kwadrans na odpoczynek i ruszyliśmy dalej, lecz wkrótce zmuszeni byliśmy zsiąść z wierzchowców. Zrobiło się tak grząsko, że czasem po kolana grzęźliśmy w błocie. Las był cienisty i chłodny, olbrzymie wiekowe drzewa nie dopuszczały słońca. Pomiędzy drzewami wszystko zarosło krzewami kawy.

Już po 8 wiorstach usłyszeliśmy huk wodospadu i wreszcie o trzeciej po południu dotarliśmy do wielkiej rzeki. Wisiał nad nią most, przymocowany do dwu skał leżących pośrodku koryta. W ten sposób most miał trzy przęsła, każde długości 40 kroków. Za Baro zaczynał się rejon działań wojennych. Zaczynała się Mocza, państwo pokrewne Kaffie, zamieszkane przez lud tego samego plemienia Sidamo. Na północ od Mocza zaczynały się plemiona murzyńskie. Nie mając możliwości dokładnego poznania tych dzielnic, chciałem choć rzucić na nie okiem i dlatego nie zważając na namowy sługi, ruszyłem dalej. Słońce już zachodziło a las się nie kończył. Nie natrafiliśmy na żadne ślady ludzi. Lecz oto w gęstwinie dał się słyszeć gwar. Poszliśmy w jego kierunku i po półgodzinie znaleźliśmy się wśród zbieraczy kawy. Była tam żona abisyńskiego szuma tej strony Baro, która zebrawszy resztę żołnierzy męża odważyła się przeprawić przez rzekę po zapas kawy. U wejścia do pokrytego liśćmi bananowca szałasu trzaskało ognisko, a wokół niego siedziało może piętnastu Abisyńczyków. Rozmawiali półgłosem. Nasza wizyta wprawiła ich w ogromne zdumienie Wszedłem do szałasu i ujrzałem dzielną przywódczynię tego małego oddziału. Bardzo piękna, o niemal białej skórze, spoczywała półleżąc na łożu i karmiła piersią niemowlę. Ugoszczono mnie kukurydzianym plackiem i dopiero co zebraną kawą. Było to całe ich zaopatrzenie. Wesoło trajkocząc, przesiedzieliśmy prawie do nastania nowego roku.

Moje zniknięcie wywołało w mieście straszny popłoch. Fitaurari Walde Ajb postawił wszystkich na nogi i posłał za mną. Przestraszył się nie na żarty, że coś mi się stanie.

Następnego dnia pożegnałem się z gospodynią i ruszyłem ku granicy Moczy. Szliśmy drogą naznaczoną wszędzie zniszczeniami wojennymi. Skręciliśmy na północ i dotarliśmy do ostatniego abisyńskiego punktu obserwacyjnego Alga. Było to coś w rodzaju małej twierdzy otoczonej głębokim rowem z mostkiem. Strażnicy zatrzymali nas w imię Menelika i nie wpuścili dopóty, dopóki nie przyszedł komendant i nie dowiedział się kim jestem. W Aldze dogoniła mnie część wysłanych przez fitaurari ludzi z kaniazmaczem Sentajuchem i azadżem62 Dubala. Prosili, bym wrócił. Mówili, że narażam się na śmierć a ich na zgubę. Następnego dnia, wziąwszy kierunek na północ, górskim zboczem doszliśmy po bardzo trudnym marszu do Sale, dzielnicy graniczącej z plemionami murzyńskimi. Stąd poszliśmy dalej zboczem góry na północ, zeszliśmy w dolinę i znów znaleźliśmy się nad Baro. W tym miejscu rzeka jest jeszcze piękniejsza niż tam, gdzie przekroczyłem ją po raz pierwszy. W odległości około 15 wiorst poniżej mostu Baro dzieli się na dwie odnogi, które tutaj zlewają się na powrót, tworząc dwa urocze wodospady - pierwszy o kilka sążni wyższy od drugiego. Piechurzy przeprawiają się w tym miejscu, skacząc z kamienia na kamień, lecz konie i muły uczynić tego nie mogą. Spróbowaliśmy przeprawić jednego muła wpław powyżej spadku, gdzie prąd nie był tak silny, lecz muł i prowadzący go Abisyńczyk omal nie zginęli. W połowie rzeki sługa uderzył się o podwodną skałę, wypuścił mula a prąd pociągnął go w wodospad. Na szczęście w porę podaliśmy mu włócznię, której się uczepił i wyskoczył na brzeg. Podczas gdy ratowaliśmy Abisyńczyka, mul, z trudem walcząc z prądem, przypłynął z powrotem i bezradnie szamotał się w wodzie, nie mając siły wdrapać się na stromy rozmyty przez wodę brzeg. Przeciągnęliśmy mu pod brzuchem liany, złapaliśmy jedni za uszy, drudzy za ogon i jakoś wreszcie wyciągnęliśmy go z wody.

Zmuszeni zbudować most, puściliśmy w ruch wszystkie ostre narzędzia, jakie mieliśmy pod ręką. Most wiązaliśmy z lian. Robota wrzała i w ciągu trzech godzin most był gotowy. Na początek trzeba było przejść po gładkich kamieniach, po których płynęła woda. Mój koń się pośliznął, upadł i zaczął się staczać po pochyłej płaszczyźnie do wodospadu. Uratowało go tylko poświęcenie mych sług. Jakimś cudem utrzymując się na śliskiej pochyłości chwycili go za co tylko mogli, obwiązali lianami i wyciągnęli na górę. Tego dnia, przeszedłszy bezludne pogranicze pomiędzy ziemiami Gallasów i Murzynów z plemienia Bako, nocowaliśmy w pobliżu słynnego bazaru w Bure.

Bure jest ważnym ośrodkiem handlu wymiennego z murzyńskimi plemionami tej strony Baro. W sobotę przynoszą na bazary kość słoniową na sprzedaż, czasem swoje bydło, a kupują ozdoby, paciorki, tkaniny. Oprócz tego Burie, znajdując się na drodze z Zachodniej Ualagi do Kaffy i z Mocza i Zachodniej Kaffy do Leki i Godżamu, jest ważnym rynkiem kawowym. Z Kaffy, Mocza i sąsiednich dzielnic kawa idzie do Bure, gdzie odsprzedaje się ją innym kupcom, którzy z kolei dostarczają ją do Leki lub Bilo i tam znów odsprzedają. Wraz z kawą idzie stąd dużo piżma cywet. Kotkę cywety63 udało mi się zobaczyć u kupca Gallasa, który trzymał dużą ich liczbę64. Zwierzę to występuje w tych okolicach w dużych ilościach; chwyta się je w sidła. Złapaną kotkę zamykają w długiej okrągłej klatce, w której nie może się odwrócić, Trzymają je zawsze przy domowym ognisku. Prawie w każdym domu spotkacie dwie lub trzy klatki. Karmią je pieczonym na maśle mięsem, na dziesięć cywet idzie jeden baran dziennie. Co dziewięć dni zbiera się piżmo. Potrzeba do tego trzech ludzi. Jeden, otworzywszy od tyłu klatkę, chwyta cywetę za ogon, drugi - za obie tylne nogi, trzeci zaś rogową łyżeczką dokładnie wyskrobuje nagromadzoną przez ten czas wydzielinę. W ciągu dziewięciu dni zbiera się około dwóch łyżeczek do herbaty.

Następnego dnia rano, zanim ruszyliśmy do Gori, poszliśmy obejrzeć bazar. Była dopiero ósma i ludzie zaczynali się zbierać na wielkim placu otoczonym niziutkimi szałasami, krytymi liśćmi bananowca. Starcy, kobiety z oseskami przywiązanymi u lędźwi i wyrostki ciągnęli długim sznurem. Każdy coś niósł: kurę, bryłkę soli, wielkie liście bananowca, korale, kilka garści kawy... Wszyscy w oczekiwaniu na czekaszuma65 tłoczyli się u wejścia i ze strachem i ciekawością patrzyli na niewidzianego do tej pory białego człowieka. Wreszcie przyszedł szum i wdrapał się na swą wieżyczkę. Jednego za drugim przepuszczano przybyłych. Pomocnicy szuma oglądali, co kto miał ze sobą i jeśli miał niedużo - przepuszczali. Od pozostałych zaś zbierali podatki. Za barana lub kozę brano sól (1/20 talara); za szammę - także małą sól; za woreczek bawełny - kilka jej garści, za woreczek kukurydzy - tak samo, i tak ze wszystkimi produktami. Nie było tu wielkich kupców. Ci mają domy w pobliżu bazaru, im artykuły na sprzedaż przynoszą do domu. Na bazarze zebrała się cała okoliczna ludność, jak na raut. Każdy miał z sobą choćby jakiś drobiazg, by zamienić go na coś innego. Za kilka ziaren kawy sprzedawano szklankę piwa; za kilka pęczków bawełny - tytoniu na jedną fajkę. Talarów prawie nie było w obiegu a cały handel był wyłącznie wymienny. Przyprowadzano tu także krowy, by połączyć je z dobrym bykiem - także za określoną cenę. Sprzedawano tu i koszyki, i maty z liści bananowca. Większość Gallasów miała narzucone na ramiona szammy, wokół pasa skórzany fartuszek, na głowie spiczastą czapkę ze skóry kozła lub małpy. Galla z tej dzielnicy są szczególnie wysocy i pięknie zbudowani. Wśród Gallasek widziałem wiele pięknych kobiet. Wokół pasa obwiązane miały duże, wyszyte paciorkami i muszelkami kawały skóry, które noszą jak małoruskie spódnice; niektóre noszą nawet coś w rodzaju skórzanego sarafanu. Większość miała długie do ramion włosy zaplecione w mnóstwo warkoczyków. Inne miały włosy zmierzwione, obwiedzione wokół cieniutkimi, splecionymi przy głowie warkoczykami. Jedna z kobiet Galla miała jeszcze bardziej oryginalną fryzurę: włosy były nawinięte na mnóstwo ostrych pałeczek, jak igły sterczących z głowy. Mężczyźni noszą włosy krótkie, a dzieci mają głowy ogolone, z kępką włosów na czubku.

Oprócz Gallasów na bazar przyszło kilku Murzynów z plemion Jambo i Bako. Nosili fartuszki z liści. Przednie górne zęby mieli wybite a na policzkach i czołach po trzy podłużne kreski. Przynieśli ze sobą bawełnę.

Tego dnia wróciłem do Gori, pokonawszy 50-60 wiorst w 5,5 godziny. Wszyscy w mieście, nie mając o mnie żadnych wieści, byli w całkowitej rozpaczy. Fitaurari aresztował arabskiego kupca, który sprzedał mi konia. Ze wzmożoną uwagą obserwował też mych służących. Dowiedziawszy się o mym powrocie przyszedł z pokłonami wyrazić swą radość z mego szczęśliwego powrotu i na moje nalegania uwolnił skutego Araba. Wyjazd wyznaczyłem na 7 stycznia.

Wieczorem z 5 na 6 stycznia wzięliśmy udział w procesji z okazji święta Jordan. Cała okoliczna ludność zjechała na święto, procesja sformowała się więc ogromna. Na przedzie szli diakoni, wszystko dzieci od 8 do 12 lat, za nimi kapłani uroczyście nieśli na głowach święte księgi i naczynia; dalej chór uczonych w Piśmie - dabtara66, a następnie niekończące się tłumy wiernych, tworzących mnóstwo oddzielnych chórów śpiewających pieśni zupełnie nie religijnej treści. Diakoni dzwonią w dzwonki, dabtara śpiewają kościelne pieśni i biją w bębny, dzieci i kobiety przenikliwie krzyczą, niektórzy strzelają i tak procesja uroczyście przesuwa się ku Jordanowi. Później podjąłem wodzów kolacją w moim namiocie. Przez całą noc śpiewy i tańce nie ustawały. W tym ożywieniu zaobserwowałem zadziwiające kontrasty. Przez natchnione śpiewy dabtarów przebijał krzykliwy kobiecy chór z pieśnią "Gobilje, gobilje", co znaczy "Kochanek, kochanek" a w przerwach słychać było jednostajne czytanie Ewangelii i księgi Mistir67, Pośród tego wszystkiego raz po raz rozlegały się wystrzały-

O drugiej w nocy rozpoczęła się msza nad Jordanem. Wczesnym rankiem, około 5, odbyło się poświęcenie wody. Kapłan trzy razy zanurzył w wodzie krzyż, w imię Ojca i Syna i Ducha Świętego, po czym trzy razy oblał głowę sobie, innym kapłanom i mnie. Potem, napierając jedni na drugich, ruszył w kierunku Jordanu lud. Po obiedzie od brzegu rzeki rozpoczął się powrotny pochód, jeszcze bardziej ożywiony niż poprzedniego dnia. Do chórów dołączył jeszcze jeden - chór Gallasów, którzy, choć poganie, zarażeni ogólną wesołością przyłączyli się do świętujących i odtańczyli swój taniec. W środku wielkiego kręgu szedł solista, ogromnego wzrostu Gallas o zwierzęcej twarzy. Chór z furią powtarza jeden refren: ,dioda, hoda" a Galla plecami do siebie, formując ciasny krąg i trzymając pionowo włócznie, podrygują do taktu. Solista jest w pełnej ekstazie, na ustach ma pianę. Przyskakuje to do jednego, to do drugiego, mierząc w nich włócznią. Ostrze wymierzone jest prosto w pierś - gdy patrzysz na okrutnie i zwierzęco wyglądającego Gallasa, wydaje się, że nie powstrzyma się i włócznia wbije się w ciało... Niektórzy podrygują, rycząc dziko, czyniąc w czasie skoków nieobyczajne ruchy... Wreszcie procesja dotarła do kościoła i trzykrotnie obeszła go dookoła. Rozległa się salwa ze wszystkich strzelb i kapłan wszedł do środka.

8 stycznia napisałem do dadiazmacza list z wyrazami wdzięczności za gościnność. oddałem go fitaurari i wyjechałem. Odprowadzał mnie ogromny konwój z azadżem Dubala i kaniazmaczem Uorke na czele. Fitaurari w imieniu dadiazmacza obdarował wszystkich moich służących i mnie także prosił o przyjęcie muła z uprzężą, Odmówilem jednak tłumacząc, że nie znam dadiazmacza i nie mogę przyjmować od niego prezentów. Fitaurari odprowadził mnie za miasto ze wszystkimi swymi żołnierzami. Dowiedziałem się jednak, że mimo wszystkich tych honorów przykazał w tajemnicy, by nie prowadzono mnie żadną inną drogą prócz tej, którą przyjechałem.

Daleko do przodu wysłał żołnierzy z rozkazem przepędzania Gallasów, których mógłbym spytać o drogę. Zamierzałem po przejściu Gaby ruszyć na północ w kierunku drogi z Leki do Uałagi, lecz przypadkiem dowiedziałem się, że istnieje jeszcze inny most i wygodniejsza droga. Mimo wszystkich utrudnień i forteli konwoju skręciłem w tamtą stronę. 11 stycznia doszliśmy do strażnicy przy moście na rzece Gaba. Nie chcieli nas przepuścić, przeszliśmy więc siłą. Po tej stronie zaczyna się Ualaga i okolica całkowicie się zmienia. Nie jest tu tak wilgotno, jak w Ilu-Babur i Mocza a roślinność nie jest tak bogata, ale kraj jest bardziej ludny. Gleba, choć nie czarnoziemna, jest tam również, jak się zdaje, żyzna. Wśród drzew przeważają mimozy. Mieszkamy należą to tego samego plemienia, lecz są chyba bogatsi. Wszyscy byli ubrani w szammy a wielu nosiło także spodnie. Również domy są lepsze i większe, a to niezawodny znak obfitości bydła. Spotyka się wiele kobiet o czekoladowym odcieniu skóry; niektóre z daleka wydają się blondynkami: mają włosy rozdzielone na mnóstwo cieniutkich kosmyków, pokrytych warstwą jasnożółtej gliny.

12 stycznia przekroczyliśmy granicę włości dadiazmacza Tasamy i wstąpiliśmy na ziemie dadiazmacza Demesje. Minęliśmy duże bazary w Supe i Sodo i zanocowaliśmy w krainie Abeko. 13 stycznia dotarliśmy do dużego osiedla handlowego Gunżi. Gunżi i Sodo, podobnie jak Bilo, podlegają nagadirasowi. Tutaj otrzymałem wiadomość, która całkowicie zmieniła moje poprzednie plany. Dowiedziałem się, że dadiazmacz energicznie gromadzi zaopatrzenie na wyprawę przeciwko Abdurahmanowi (włada on dorzeczem Tumatu i Beni-Szangul) a dadiazmacz Dżoti został wezwany przez dadiazmacza Demesje i już jest w podróży. Ponieważ wyprawy nie można było odłożyć ze względu na zbliżające się deszcze, postanowiłem tak szybko jak tylko się da jechać do dadiazmacza Demesje, dowiedzieć się od niego jak naprawdę wygląda sytuacja i jeśli planowana jest wyprawa - wziąć w niej udział. O 7 rano w towarzystwie sługi i przewodnika, który wyprowadził nas na główną drogę, ruszyłem ku Didessie. Po pięciogodzinnym szybkim marszu bardzo trudną górską drogą, z przeprawą przez rzeką Dobana, dotarliśmy do strażnicy nad Didessą. Na mą prośbę o przewodnika, który pokazałby mi bród, dowódca odpowiedział odmową. Przyszło nam szukać go we dwóch ze sługą. Poszukiwania były tym trudniejsze, że z naszego brzegu trudno było rozróżnić wśród mnóstwa ścieżek na drugim brzegu, które z nich wydeptali ludzie, a które hipopotamy. Poszliśmy w ciemno i szczęśliwie przeszliśmy. O 6 wieczorem, po 80-90 wiorstowym marszu, dotarliśmy do obozu dadiazmacza. Był chory, lecz przyjął mnie z wielką radością, jak starego przyjaciela. Dowiedziałem się od niego, że cesarz rzeczywiście rozkazał mu przygotować się do wyprawy, tak by na pierwszy rozkaz niezwłocznie mógł ruszyć ku zachodnim granicom do walki z Abdurahmanem. Wszystko już miał przygotowane do wyprawy, prócz 1000 strzelb, które miał otrzymać z Adis-Ababy, i po które już był posłał ludzi. Gdy dowiedział się, że chcę wziąć udział w wyprawie, powiedział, że byłby uszczęśliwiony, gdybym towarzyszył mu w podróży, lecz na to potrzeba pozwolenia Jego Wysokości. Następnego ranka wysłałem listy: jeden do cesarza z prośbą o pozwolenie na udział w ekspedycji, drugi z takąż prośbą - do Rosji.

Trzeciego dnia po mym przyjeździe nadeszli pozostali słudzy i muły. Podczas przeprawy przez Didessę zdarzyło im się nieszczęście: jednego ze sług porwały krokodyle.

W oczekiwaniu na odpowiedź cesarza zająłem się polowaniem. Próżno przeczekawszy 14 dni zacząłem się obawiać, czy nie wyniknęły jakieś trudności. Postanowiłem więc osobiście pojechać do Adis-Ababy. Dwudziestego dziewiątego o 8 rano wyruszyłem w towarzystwie jednego sługi - on na mule, ja na koniu. Znaliśmy drogę, więc posuwaliśmy się szybko. Mieliśmy trochę sucharów i kilka funtów68 jęczmienia, którego zapas uzupełnialiśmy w czasie postojów. Porządek dnia był następujący: o świecie karmiliśmy muły, wyruszaliśmy o szóstej i jechaliśmy, jeśli okolica pozwalała, rysią, a w przeciwnym wypadku stępa lub szliśmy pieszo do godziny dwunastej lub pierwszej. W południe robiliśmy krótki odpoczynek, po czym szliśmy do zachodu słońca. W ten sposób, w zależności od drogi, pokonywaliśmy od 90 do 110 wiorst na dobę. Czwartego dnia, 1 lutego, po 350-370 wiorstowej podróży przybyłem wieczorem do stolicy i zatrzymałem się u pana Mondona69.

Następnego dnia cesarz przyjął mnie na audiencji. Bardzo się interesował mą podróżą, dziwił się, że jechałem tak szybko. Co do ekspedycji zaś powiedział mi, że nie dojdzie do niej, ponieważ Abdurahman wyraził gotowość poddania się i zgodził się na życzenie negusa, by przyjechał osobiście lub przysłał do Adis-Ababy swego ojca, by złożył hołd.

Po kilku dniach przyszły niepomyślne wieści od rasa Walde Georgisa dowodzącego ekspedycją przeciwko Kaffie i cesarz rozkazał Demesje iść mu ze swymi wojskami na pomoc. Dowiedziawszy się o tym, znów wystąpiłem z poprzednią prośbą, lecz negus uchylił się: obawiał się, bym nie zginął w jego kraju. Wszystkie wyruszające tam wojska brały udział w wojnie włoskiej, wielu zabito tam krewnych i przyjaciół. Wiedząc, że Abisyńczycy nie widzą wielkiej różnicy między białymi, cesarz bardzo się obawiał, że mogą znaleźć się tacy, którzy wykorzystają okazję pomszczenia śmierci przyjaciela czy krewnego i w dniu bitwy strzelą mi w plecy. Mimo mych zapewnień, że biorę wszystkie skutki na swoją odpowiedzialność, pozostał nieugięty - musiałem się pogodzić z gorzką myślą, że byłem tak blisko wojny i nie wziąłem w niej udziału.

11 lutego przybyły moje muły i słudzy a 13 lutego udałem się bez taboru do dadiazmacza Gabro Egziabiejera do Leki na polowanie na słonie.

WSTĘP

Latem 1896 roku nadarzyła mi się sposobność odbycia podróży w głąb Abisynii. Postanowiłem z niej skorzystać. Udałem się w zachodnie rejony, ponieważ ta część Etiopii była jeszcze prawie zupełnie niezbadana. Dotychczas tylko trzej Europejczycy przebywali po drugiej stronie rzeki Didessy: 1) p. Ilg - na rozkaz cesarza Menelika doszedł do rzeki Dabus, nie przekroczył jednak rzeki Gaby; 2) p. Schuver40 z Gedarefu - przekroczył rzekę Abaj między rzekami Dabus i Tumat i zbadał basen tej ostatniej i 3) p. Pino, francuski kupiec, odbył kilka kampanii z rasem Gobana41 i jako jedyny z Europejczyków przekroczył Gabę, lecz do rzeki Baro nie dotarł. To, że cała południowo-zachodnia część Wyżyny Etiopskiej pozostała do tej pory całkowicie niezbadana, spowodowane jest nie tyle brakiem chętnych, nie tyle rzeczywistymi, nieprzezwyciężonymi trudnościami w prowadzeniu takich badań, ile tym, że aż do ostatnich czasów kraj ten podzielony był między szereg niezależnych plemion Galla42. Dotrzeć doń można było tylko przez Szoa, a to wskutek ciągłych wojen Abisyńczyków z Gallasami było niemożliwe. Teraz krajem tym zawładnęli Abisyńczycy i bardzo niechętnie dopuszczają tam kogokolwiek.

Poza tym podróż wydała mi się interesująca jeszcze i z tego powodu, że według nielicznych przekazów zachodnie prowincje wraz z Hararem są najbogatszymi w Abisynii i stanowią jedyne źródło dochodów dla skarbu państwa. Interesującym było także przyjrzenie się, jak Abisyńczycy zarządzają dopiero co podbitym krajem.

Z punktu widzenia etnograficznego interesującą wydała mi się możliwość studiowania zwyczajów, obyczajów i charakteru Gallasów, rdzennych mieszkańców tego kraju. Na ich temat niewiele dotąd wiedziano.

Na zachodzie Etiopii stacjonują główne siły wojskowe Abisynii. Odwiedzenie lego rejonu miało więc i tę zaletę, że umożliwiało zgłębienie tajników abisyńskiej armii. Byłoby to bardzo trudne w Entoto.

Niedostateczne przygotowanie do podróży i brak odpowiednich przyrządów zmusiły mnie niestety do rezygnacji z zadań naukowych, które w przeciwnym wypadku mógłbym przed sobą postawić. Zdobycie instrumentów było jednak niemożliwe: pozwolenie na podróż otrzymałem dopiero w końcu września, tak więc gdybym je nawet zamówił, w najlepszym wypadku nadeszłyby nie wcześniej niż na początku stycznia. A i wówczas mogłyby po drodze ulec zniszczeniu. Dlatego, nie wytyczając sobie zbyt wielkich celów naukowych, postanowiłem skorzystać z nadarzającej się rzadkiej sposobności odwiedzenia tego interesującego kraju. Starałem się uczynić wszystko, co możliwe, by moja wyprawa przyniosła choć jakikolwiek pożytek.

Przedstawiając sprawozdanie z mej podróży i opis kraju, jego ustroju państwowego, religii i zwyczajów zamieszkujących go plemion - owoce mych intensywnych obserwacji - jestem w pełni przekonany, że moje wywody okażą się pod wieloma względami niekompletne. Nie uniknąłem pomyłek, które ujawnią się przy dokładniejszych studiach. Ja sam w czasie mej podróży wielokrotnie musiałem poprawiać własne błędy. Starałem się, na ile było to w mej mocy, dotrzeć do prawdy i mając w pamięci porzekadło: "Tylko ten się nie myli, kto nic nie robi", postanawiam przedstawić swe dzieło czytelnikom.

WPROWADZENIE

Wiedza o dziejach każdego kraju pochodzi ze źródeł wewnętrznych i zewnętrznych. W wypadku większości państw afrykańskich tymi pierwszymi są tylko przekazy ustne. Inaczej rzecz się ma, gdy chodzi o Etiopię - kraj od tysiącleci posiadający własne pismo i piśmienniczą tradycję. A jednak jak cała Afryka, tak i Etiopia zawdzięcza wiele, jeśli chodzi o poznanie jej geografii, geologii, etnografii, kultury, fauny i flory a także historii, pochodzącym spoza Etiopii podróżnikom, szczególnie XIX-wiecznym. To m.in. ich relacje z podróży stanowią źródła zewnętrzne do badania jej dziejów. Najbardziej znane w etiopistyce są opisy podróżników europejskich. Są znane i doceniane, czego przykładem jest książka R. Pankhursta Travellers in Ethiopia, gdzie wymienia się wielu podróżników z zachodniej Europy, którzy odwiedzili Etiopię. O Rosjanach natomiast nie ma w niej ani słowa. Niewątpliwie m.in. ze względów językowych opisy podróżników rosyjskich są badaczom Etiopii mało znane. A byli wśród nich ludzie, którzy wnieśli spory wkład w poznanie tej części Afryki. Człowiekiem, który zdziałał bardzo dużo, a jednocześnie pozostawił barwny opis Etiopii końca XIX w., był Aleksander Ksawieriewicz Bułatowicz. W Etiopii trwała wówczas już od lat 70-tych XIX w. ekspansja Szeua skierowana na wschód, zachód i południe.

Relacje Bułatowicza są niezwykłe i unikalne w porównaniu z innymi opisami ze względu na jego podejście do etiopskiej cywilizacji. Będąc w Etiopii, starał się żyć wedle etiopskich zwyczajów, by poznać, a w konsekwencji opisać kraj i jego mieszkańców. Zadziwiłby zapewne swą postawą wielu ze słynnych podróżników, którzy za barbarzyńskie czy niecywilizowane uznawali obyczaje, których naruszenie on poczytywał za niegrzeczność. Jego książki przepełnione są głębokim szacunkiem dla Etiopczyków: było to możliwe, ponieważ w odróżnieniu od większości podróżników europejskich starał się żyć na sposób etiopski.

Nie znaczy to jednak, by Bułatowicz był całkowicie wolny od "europejskich" uprzedzeń: również dla niego istnieli "dzicy" Afrykanie, w odróżnieniu od będących chrześcijanami Etiopczyków. Także i on uznawał wyższość jednej kultury nad drugą - według niego jednak to cesarstwo etiopskie niosło wyższą cywilizację tym, których uważał za "pogańskich" mieszkańców Afryki. Podejście takie było wówczas wyjątkowe wśród podróżników z Europy, dzięki czemu pozwoliło na stworzenie niezwykłego w owych czasach obrazu Etiopii - pełnego życzliwości i szacunku dla jej mieszkańców.

W czasie mojego pobytu w Petersburgu, na początku 1996 roku, szukałam pierwszych wydań książek Bułatowicza oraz wszystkiego, co o nim samym napisano. Okazało się, że spuścizna Bułatowicza zaginęła. Ocalały jedynie dokumenty pochodzące z jego trzeciej podróży, które Izydor S. Kacnelson zamieścił w swej wydanej w 1987 r. książce Третье путешествие. Nie udało mi się uzyskać zgody na wejście do archiwów, dotarłam natomiast do pierwszych wydań książek Bułatowicza, a więc do wydanej w roku 1897 Отъ Знтото до реки Баро oraz С войсками Менелика II z roku 1900. Są to relacje z jego dwu pierwszych podróży do Etiopii, dwie następne wyprawy, w których uczestniczył Bułatowicz, nie doczekały się jego opisu. Drugie wydanie dzieł Bułatowicza pojawiło się w 1971 r.: pod wspólnym tytułem С войсками Менелика II wydano obie wymienione wyżej książki oraz referat Bułatowicza wygłoszony na zebraniu Rosyjskiego Towarzystwa Geograficznego, poświęcony jego drugiej wyprawie, zatytułowany Из Абиссинии через страну Каффа на Озеро Рудольфаа. Miałam więc dzięki pobytowi w Petersburgu okazję porównać oba wydania. Okazało się, że różnice nie są znaczne, polegają głównie na usunięciu wszelkich oznak czci dla cara i dla Boga.

Podstawą tłumaczenia było wydanie z 1971 roku. Na podstawie notatek sporządzonych w Petersburgu w miejscach, gdzie wydanie to odbiega od pierwszego, mogłam podać pierwotną wersję tekstu Bułatowicza. Pomocą służyło mi również tłumaczenie tych książek na angielski, którego dokonał Richard Seltzer, i które opublikował w Internecie. Niedawno wydało je również wydawnictwo The Red Sea Press. Głównym zaś źródłem wiedzy o samym Bułatowiczu była książka wspomnianego już I.S. Kacnelsona oraz G.I. Tieriechowej По неизведанным землям Зфиопии, będąca prawdopodobnie jedyną biografią Bułatowicza.

Zdaję sobie sprawę z niedoskonałości mojego tłumaczenia, w miarę swoich możliwości zrobiłam jednak wszystko, by było jak najlepsze. Wiele słów i zwrotów XIX-wiecznego języka rosyjskiego zdążyło już wyjść z użycia, a i znalezienie dla nich polskich odpowiedników nie zawsze było łatwe.

Osobnym problemem była transkrypcja etiopskich imion i nazw geograficznych. Zdecydowałam się na zachowanie ich w cytatach z tekstów Bułatowicza w brzmieniu takim, w jakim w nich występują, nawet jeśli dana nazwa czy imię ma już ustaloną inną polską wersję: stąd Szoa a nie Szeua, Walde Georgis a nie Uelde Gijorgis. Przeważył argument, że samo to, jak Bułatowicz je zapisywał, daje pewien obraz jego postaci: pisanie "Walde", gdy z pewnością mówił "Uelde", świadczyłoby o jego znajomości języka angielskiego, który, jak skądinąd wiem, znał. Wyjątek uczyniłam dla utrwalonych już w języku polskim imion etiopskich cesarzy, by nie nazywać cesarza Teodora, co i tak jest polską wersją jego imienia, rosyjskim imieniem Fiodor. We własnym tekście natomiast piszę w sposób spolszczony, przyjęty w Historii Etiopii.1 Wydaje mi się, że wynikające stąd różnice w pisowni są na tyle czytelne, że nie wymagają dodatkowych wyjaśnień.

Możliwość i wielką przyjemność dokonania tłumaczenia, a więc do pewnego stopnia stworzenia własnej książki, zawdzięczam wielu osobom. Życzliwości wielu z nich dostąpiłam już podczas pisania pracy magisterskiej. Pozwolę sobie jeszcze raz im wszystkim podziękować:

Dziękuję więc przede wszystkim Pani Prof. dr. hab. Joannie Mantel-Niećko za przerażający pomysł - któremu nie śmiałam się sprzeciwić - bym przebrnęła przez całą książkę napisaną po rosyjsku. Następstwem tego pomysłu jest nie tylko powstanie tej książki, ale i to, że mogę dziś czytać Dostojewskiego w oryginale - o czym nie śmiałam wcześniej marzyć - i dzięki czemu poznałam jego miasto, które stało się również moim. Wyprawa do Petersburga była kolejnym pomysłem Pani Profesor. Dziękuję też Pani Profesor za książki - nie tylko etiopistyczne, których przeczytanie mi zasugerowała. Dziękuję wreszcie za pomoc, jakiej udzielała mi przez cały czas powstawania tej książki.

Panu prof. dr. hab. Stanisławowi Piłaszewiczowi i pani prof. dr hab. Ninie Pawlak pragnę podziękować za wszystko, co zrobili, by moja podróż do Petersburga doszła do skutku.

Panu dr. Aleksandrowi Ferencowi dziękuję za podzielenie się ze mną swą wiedzą na temat Kościoła Etiopskiego, a także prawosławia i chrześcijaństwa w ogóle, a więc za pomoc w przetłumaczeniu rozdziału o Kościele Etiopskim.

Za pomoc w tłumaczeniu pragnę podziękować przede wszystkim pani Stanisławie Radomskiej. Należą się jej również podziękowania za to, że przekonała mnie, iż Petersburg nie jest taki straszny, jak się wydaje.

Od pana dr. Eugeniusza Rzewuskiego dowiedziałam się o istnieniu angielskiego przekładu książek Bułatowicza, gdy wydrukował je z Internetu. Bardzo pomogły mi one w pracy nad tłumaczeniem, za co jestem panu dr. ogromnie wdzięczna.

Dziękuję wreszcie panom profesorom Andriejowi Aleksiejewiczowi Żukowowi i Sewirowi Borysowiczowi Czerniecowowi z Uniwersytetu w Sankt Petersburgu za pomoc w zdobywaniu materiałów do mojej pracy oraz za troskę, jaką okazywali mi podczas całego mego pobytu w Rosji.

***

W drugiej połowie XIX w. w Rosji zaczął się rodzić kapitalizm. Długo jeszcze jednak przetrwały przeżytki poprzedniej epoki. Kapitalizm ten zaczął się przeradzać w imperializm - choć nie na taką skalę jak w zachodniej Europie - z dążeniem do zdobycia rynków zbytu i źródeł surowców, a więc potrzebą ekspansji. Kapitalizm oznaczał jednocześnie powstanie zjawiska nieznanego dotąd w historii Rosji - wielkiej fali migracji ze wsi do miast, możliwej po wprowadzeniu w 1861 r. reformy chłopskiej znoszącej poddaństwo. Reforma ta stała się przełomowym momentem w historii ówczesnej Rosji, dając wolność ogromnym rzeszom ludzi. Nie rozwiązała jednak problemu ziemi: zaczęto więc żądać nie tylko wolności, ale i ziemi dla chłopów. Działaczy, którzy podjęli tę walkę, nazwano narodnikami. Występowali ostro przeciw całemu systemowi państwowemu, uniemożliwiającemu naprawienie krzywd społecznych. Byli zdecydowanymi przeciwnikami caratu, chcieli Rosji socjalistycznej. Równocześnie coraz aktywniej działał ruch robotniczy - mocno początkowo powiązany z ruchami narodnickimi. Powstawały kółka robotnicze, wygłaszano prelekcje i wydawano zakazane książki. W 1872 r. ukazał się rosyjski przekład pierwszemu tomu Kapitału Karola Marksa.

Tymczasem od zakończenia w 1856 r. wojny krymskiej (1853-1856) trwał podbój Azji Środkowej; do roku 1875 Rosja podporządkowała sobie istniejące tam organizmy państwowe: chanat Kokandzki i Chiwański oraz emirat Buchary. W roku 1875 powstała pierwsza organizacja robotnicza - Związek Robotników Południowej Rosji, potem powstawało ich coraz więcej. W 1877 r. Rosja wypowiedziała kolejną wojnę Turcji, w niekorzystnej dla siebie sytuacji: nie zakończono jeszcze reorganizacji armii po reformie wojskowej. Wojna ta skończyła się w marcu 1878 roku.

Powstanie w Petersburgu Północnego Związku Robotników Rosyjskich w roku 1879 zapoczątkowało okres licznych strajków, które nasiliły się jeszcze po roku 1881. Pod koniec lat 70-tych zaczęły też powstawać pierwsze organizacje narodnickie, których członków masowo aresztowano i skazywano na śmierć lub zesłanie. Młodzież prowadziła propagandę rewolucyjną na wsi wierząc, że w ten sposób zdoła doprowadzić do szybkiego przewrotu. Rok 1874 był rokiem "szalonego lata"2 - rzesze młodych zapaleńców ruszyły na wieś, wierząc w niemal natychmiastowe odrodzenie Rosji. Znów zaczęły się aresztowania na ogromną skalę. W 1876 r. powstała organizacja Ziemia i Wola, której członkowie osiedlali się na wsi jako nauczyciele, felczerzy, pisarze, rzemieślnicy. I ta akcja się nie powiodła. Powstała więc koncepcja nowej walki - terroru. Mordowano szpiegów i donosicieli, a przede wszystkim przedstawicieli władzy: Wiera Zasulicz dokonała zamachu na naczelnika miasta Petersburga, Fiodora Trepowa. Uniewinniono ją i zwolennicy terroryzmu zaczęli działać śmielej. Po tym wydarzeniu miały miejsce całe serie innych zamachów. 14 kwietnia 1879 r. Aleksander Sołowiow strzelał do cara przy Pałacu Zimowym, chybił, stracono go. W tym samym roku powstała Wola Ludu - organizacja prowadząca zdecydowaną działalność terrorystyczną. Od jesieni 1879 r. ciągle podejmowano próby zamordowania cara Aleksandra II, próbowano wysadzić pociąg carski, pod koniec roku 1879 przystąpiono do realizacji planu wysadzenia Pałacu Zimowego. 17 lutego 1880 roku wybuch zniszczył całe skrzydło Pałacu. Car ocalał, jednak tym razem w kołach rządowych zapanowało przerażenie - zdano sobie sprawę, że należy nieco zliberalizować politykę wewnętrzną. Car powołał Najwyższą Komisję Zarządzającą do Spraw Zachowania Ładu Państwowego i Spokoju Publicznego. Jej przewodniczący, generał - gubernator Michał Loris-Mielnikow do marca 1881 r. sprawował praktycznie dyktaturę. Chciał nakłonić cara do włączenia części społeczeństwa do współpracy nad przygotowaniem ważniejszych aktów ustawodawczych - bez sukcesu. Rok 1880 upłynął pod znakiem ciągłych wysiłków Woli Ludu, by pozbyć się cara. 13 marca 1881 r. znów miał miejsce zamach na Aleksandra II przy Kanale Jekatierińskim. Ładunek wybuchowy rzucił Polak - Ignacy Hryniewiecki. Tym razem car zginął, nie przeżył również jego zabójca. Mimo tego sukcesu Wola Ludu zaczęła upadać; jej członkowie oczekiwali bowiem, że wraz ze śmiercią cara nastąpi natychmiastowa poprawa sytuacji chłopów. Miał się stać cud - tymczasem Rosja ani drgnęła.

Natychmiast po śmierci ojca władzę objął Aleksander III (1881-1894), ogłaszając od razu "manifest o niewzruszoności samowładztwa", w którym zobowiązywał się do kontynuowania polityki Aleksandra II. Władze przystąpiły do zdecydowanej walki z nastrojami rewolucyjnymi i do umocnienia systemu policyjnego. Do roku 1883 działała Święta Drużyna (do powiązań z nią władze nie przyznawały się oficjalnie), która prowadząc działalność szpiegowską i prowokacyjną, dezawuowała działalność rewolucjonistów. W roku 1883 zaczęły powstawać pierwsze kółka marksistowskie. W latach 1885-1889 miały miejsce ciągłe strajki w Petersburgu i nie tylko. Przełom lat 80-tych i 90-tych był więc okresem rozpowszechniania się ideałów narodnickich i narodowego socjalizmu utopijnego - ideałów tych ciągle jednak nie udawało się wprowadzić w życie. Ostatnie lata panowania Aleksandra III przyniosły wręcz kontrreformy - nazwane tak, bo wprowadzały ograniczenia do ustaw o reformach: ziemskiej, miejskiej i sądowej.

Tymczasem w roku 1893 w Petersburgu zaczął swą działalność Włodzimierz Lenin, tworząc w stolicy Związek Walki o Wyzwolenie Klasy Robotniczej. W listopadzie 1894 r. car umarł i na tron wstąpił ostatni car Rosji, Mikołaj II (1894-1917), syn Aleksandra III. W r. 1895 Lenina aresztowano - wrócił z zesłania w roku 1890. W maju 1896 roku podczas koronacji Mikołaja II na Polu Chodyńskim w Moskwie doszło do katastrofy. Zebrały się tam tysiące ludzi zwabionych obietnicą okolicznościowych podarków. W strasznym tłoku ponad tysiąc osób straciło życie. Opinia publiczna była wstrząśnięta, władze miasta i cara oskarżano o zaniedbanie i dopuszczenie do tragedii.

***

Czy wiedział o tym wydarzeniu Aleksander Ksawieriewicz Bułatowicz, człowiek, którego przeznaczeniem było znalezienie się w przyszłości w centrum zainteresowania owej opinii publicznej? Nawet jeśli słyszał o nim, to myśli miał zajęte zupełnie innymi sprawami. W maju 1896 r. znajdował się już bowiem, po raz pierwszy w życiu, lecz nie ostatni, w Etiopii3. Człowiek, który miał wkrótce stać się sławnym (a później całkowicie zapomnianym), urodził się w Rosji drugiej połowy XIX wieku - Rosji wstrząsanej przedstawionymi powyżej wydarzeniami. Myliłby się jednak ten, kto sądziłby, że Bułatowicz czynnie włączył się w nurt działań mających doprowadzić do rewolucji. Był oficerem gwardii carskiej, jasne więc jest, po czyjej stronie stał. Czytając jego biografię4 odnosi się nawet wrażenie, że młodego człowieka wychowywanego w prestiżowej szkole, a potem obracającego się zamkniętym świecie równie prestiżowej gwardii, ominęły zupełnie burze końca XIX wieku.

Ale cofnijmy się teraz raz jeszcze do roku 1870. Wtedy to, 26 września, w księdze kościoła 143-go dorohobużskiego pułku stacjonującego w Orle zapisano, że w rodzinie generał-majora Ksawerego Wikientiewicza Bułatowicza urodził się syn Aleksander. Generałowi-majorowi nie dane było żyć długo. Zmarł, gdy Aleksander Ksawieriewicz miał 3 lata, a młoda wdowa przeniosła się do majątku swej ciotki do Łucykowki, dziś leżącej na Ukrainie. Po śmierci ciotki matka Aleksandra odziedziczyła Łucykowkę, gdzie jej dzieci spędziły dzieciństwo; nadszedł jednak czas, aby syn i dwie córki poszli do szkół i cała rodzina przeprowadziła się do Petersburga. Był to rok 1884. Aleksandra przyjęto do przygotowawczej klasy Liceum Aleksandrowskiego - jednej z najbardziej prestiżowych szkół w Rosji, znajdującej się w Carskim Siole koło Petersburga. Po roku zdał ze świetnymi wynikami egzaminy wstępne, tylko z geografii przyszły podróżnik ledwie osiągnął pozytywną ocenę.

Liceum Aleksandrowskie kształciło przyszłych dyplomatów i wyższych urzędników państwowych, kładziono więc szczególny nacisk na języki obce: francuski, niemiecki, angielski oraz prawo. W roku 1891, w gronie najlepszych absolwentów, Aleksander ukończył liceum, po czym natychmiast został zatrudniony jako urzędnik carskiej administracji i otrzymał tytuł radcy tytularnego. Nie było to zapewne to, o czym marzył, bo wkrótce, kontynuując rodzinne tradycje, wstąpił jako szeregowy do pułku ułanów 2 kawaleryjskiej dywizji Lejbgwardii. Nie był to pułk dostępny dla każdego - uważany był za jeden z najbardziej arystokratycznych. Po roku i trzech miesiącach, 16 sierpnia 1892 roku, Bułatowicz otrzymał pierwszy stopień oficerski, stopień korneta, czyli podporucznika kawalerii. Pułk jego stacjonował wtedy w Carskim Siole. W niedziele więc Bułatowicz odwiedzał rodzinę w niedalekim Petersburgu. Siostra zapamiętała go z tego okresu jako poważnego, milczącego młodzieńca (wówczas 22-letniego), który nie zapraszał nigdy kolegów a w czasie bali stał z miną męczennika i wodził wzrokiem za tańczącymi. A jednak w jej wspomnieniach pozostał jako człowiek, któremu nie brakowało talentu komicznego, napisała bowiem o bracie: "Zaśmiewałam się do łez na spektaklu w liceum, kiedy grał rolę córki naczelnika miasta w Rewizorze Gogola."5 Aktorem wprawdzie Bułatowicz nie został, lecz poczucie humoru nie opuściło go i później, w czasie podróży po Etiopii. Talent zaś niewątpliwy, i taki, z którego uczynił użytek, przejawiał w jeździe konnej. Byli tacy, którzy zaliczali go w poczet najlepszych jeźdźców epoki. Jego trener twierdził, że nie ma konia, którego nie potrafiłby ujeździć.

Tymczasem 5 marca 1896 roku rosyjskie Towarzystwo Czerwonego Krzyża zawiadomiło ministra wojny P.S. Wannowskiego o zamiarze wysłania do Etiopii oddziału sanitarnego, mającego nieść pomoc chorym i rannym w bitwie pod Aduą, która zakończyła trwającą od 1894 r. wojnę Etiopii z Włochami. Trzeba przyznać, że Rosyjski Czerwony Krzyż działał szybko, zważywszy, że bitwa rozegrała się 1 marca.

Etiopia już wcześniej wzbudzała w Rosji żywe zainteresowanie. Działo się tak głównie za przyczyną chrześcijaństwa etiopskiego, otoczonego w Rosji legendą i traktowanego jako zbliżone do prawosławia. Przełom XIX i XX wieku stał się więc okresem szybkiego rozwoju etiopistyki w Rosji. Odwiedziło wtedy Etiopię kilku rosyjskich podróżników - Bułatowicz nie miał być pierwszym. Do powodów zainteresowania Etiopią w Rosji jeszcze wrócimy - teraz zajmijmy się Bułatowiczem. Zgłosił on chęć udziału w ekspedycji i kiedy 10 marca 1896 r. car Mikołaj II zatwierdził plan i listę uczestników, znajdował się na niej i on. Nie wiadomo dziś, dlaczego podjął taką decyzję. Zachowało się tylko świadectwo innego członka wyprawy, RE. Krindacza, mówiące o tym, że Bułatowicz wszedł w skład oddziału na swą własną prośbę, jako osoba prywatna. Najlepszym jednak wyjaśnieniem pozostaje jego dalekie od monotonii życie: człowiek ten nie wahał się, gdy stało przed nim wyzwanie. Czy jednak postanowił wyruszyć do kraju znanego sobie tylko z nazwy? Wydaje się, że nie.

Przed niespełna rokiem powrócił z Etiopii Mikołaj Stiepanowicz Leontiew, a wraz z nim przybyła przysłana przez cesarza Etiopii, Menelika II, etiopska misja dyplomatyczna. Jej członków witano entuzjastycznie i z wielką pompą, gdziekolwiek się pojawili. Stanowili niewątpliwie ciekawostkę dla Rosjan. Być może niektórzy oczekujący na pociąg wiozący gości pamiętali czarnoskórego amerykańskiego aktora Irę Aldridge'a występującego w Rosji w latach 1858-1859, niektórzy mogli pamiętać dwóch etiopskich księży biorących udział w obchodach 900-lecia rosyjskiej cerkwi prawosławnej. Byli tam być może i ci, którzy wiedzieli, że przodkiem Aleksandra Puszkina, wielkiego rosyjskiego poety, był właśnie Etiopczyk6. Choć przybycia pociągu do Petersburga nie zapowiedziano, na dworcu oczekiwały tłumy. Być może znalazł się tam i Bułatowicz?

Był tam czy nie - w niecały rok później przygotowywał się do podróży. A jak się jeszcze nie raz okaże, wszystko co w życiu robił, robił solidnie i z wielkim zaangażowaniem. 27 marca 1896 roku uczony etiopista, profesor W. W. Bołotow, tak pisał do matki: "...zjawił się u mnie mnich [wyświęcony na diakona] Gabra Rrystos i powiedział, że chce mnie widzieć gwardzista, ułan Bułatowicz, jadący do Abisynii. Okazało się, że ma pytanie: o jaką by gramatyką i leksykon amharskiego się postarać..."7 A więc był w Petersburgu Etiopczyk, którego Bułatowicz mógł znać osobiście! Po roku zaś, po powrocie Bułatowicza z Etiopii do Rosji, ten sam Bołotow pisał: "W marcu nie było w Petersburgu człowieka, który "amarynia" rozumiałby lepiej ode mnie. Teraz Lejb-ułan, komet A. K. Bułatowicz, powróciwszy z Abisynii, i mówi, i trochę pisze w tym języku."8

Pozwólmy teraz Bułatowiczowi czynić przygotowania, a my przyjrzyjmy się sytuacji, jaka oczekiwała go u celu podróży. Dla Etiopii był to okres rywalizacji o wpływy w tym kraju trzech mocarstw: Wielkiej Brytanii, Francji i Włoch. Kląska Włoch pod Aduą w dniu 1 marca 1896 r. przekreśliła nadzieje tego państwa na opanowanie Etiopii. Etiopii zaś przyniosła nie tylko trofea w postaci broni, całej włoskiej artylerii i zaopatrzenia, lecz także międzynarodowy autorytet i sławę afrykańskiego kraju, który pokonał Europejczyków. Kląska Włoch wzmogła za to działalność dwóch pozostałych państw: Wielkiej Brytanii i Francji. Etiopia stała się areną zaciekłej rywalizacji tych mocarstw, czemu w dużej mierze zawdzięcza zachowanie niepodległości, gdyż żadna ze stron konfliktu nie dopuszczała rywali do niepodzielnego uzyskania przez nie wpływów w cesarstwie. Francuzi próbowali uzyskać wpływy, udzielając pomocy władcy Tigraj, dedżazmaczowi Nygusje, w wojnie z cesarzem Teodorem II. Plany te nie powiodły się jednak wobec klęski Nygusje w 1861 roku.

W następnym roku francuski konsul w Adenie zakupił dla Francji za 10 tysięcy talarów Marii Teresy leżący nad zatoką Tadżura port Obock. W roku 1869 otwarto Kanał Sueski, co wzmogło zainteresowanie Francji rejonem Morza Czerwonego. Jednak wobec porażki w zupełnie innym regionie, mianowicie w wojnie z Prusami w 1870 roku, Francja musiała zaniechać na razie realizacji swoich planów kolonialnych. Od roku 1882 polityka kolonialna Francji znów nabrała rozmachu, wzrosło również jej zainteresowanie rejonem cieśniny Bab-el-Mandeb i zatoki Tadżura. Francuzi założyli w Obock filię handlową i rozpoczęli fortyfikowanie portu, a w roku 1885 ogłosili protektorat nad rejonem Zatoki. W ten sposób powstała nowa kolonia - Somali Francuskie.

Od lat 80-tych Francja rozpoczęła próby ożywienia kontaktów z Etiopią, ułatwione dążeniem Menelika do znalezienia sprzymierzeńca przeciw Włochom wobec ich poczynań przeciwko Etiopii, między innymi dotyczących interpretacji układu w Uccialli9. Sytuacja była tym dla Francji dogodniejsza, że w tym okresie Wielka Brytania popierała jeszcze politykę włoską w tym rejonie. Przyjaznym stosunkom sprzyjało też to, że Francja, poza rejonem Zatoki Tadżura, który nie interesował zbytnio Menelika II, nie dążyła do podboju innych terenów graniczących z Etiopią.

Kontakty te zaowocowały m.in. przyznaniem Francuzom przez cesarza koncesji na budowę linii kolejowej od Dżibuti w głąb Etiopii. Do roku 1898 wpływ na politykę Francji miała rywalizacja francusko-angielska w rejonie Górnego Nilu. Incydent w Faszodzie w 1898 r10. oraz rozgromienie wojsk mahdystów pod Omdurmanem 2 września 1898 r. przez Kitchenera przekreśliły nadzieje Francji na opanowanie całego Sudanu.

Dążąc do zacieśnienia stosunków z Etiopią, rząd francuski postanowił zawrzeć z nią traktat, aby w ten sposób odciąć Anglików od terytoriów leżących nad Białym Nilem. Z misją został wysłany gubernator Somali Francuskiego, Leon Lagarde. Zawarto układ o przyjaźni i handlu, osiągnięto porozumienie w sprawie współdziałania Etiopii i Francji w basenie Nilu Białego oraz ustalono granice między Etiopią a Somali Francuskim. Odtąd poczynania Francji wobec Etiopii skupiły się na dążeniu do zdobycia dominujących pozycji gospodarczych w tym kraju.

Na początku lat 80-tych XIX w. Wielka Brytania rozpoczęła okupację Egiptu, następnie zajęła Sudan, dążąc do budowy imperium, które ciągnęłoby się od Kairu na północnym krańcu Afryki, poprzez Afryką Wschodnią, aż do Kapsztadu u jej południowych granic. Przeszkodę w realizacji tego zamierzenia stanowiły ziemie oddzielające ich kolonię Ugandę od również kontrolowanego przez Anglię Sudanu. Państwo etiopskie stanowiło też przeszkodą w budowie linii kolejowej od Mombasy do Chartumu. Dlatego Anglia nie tylko nie piętnowała agresywnych zamiarów Włoch, a wręcz je popierała.

W marcu i kwietniu 1892 r. Anglia i Włochy podpisały protokoły o podziale stref wpływów w rejonie Morza Czerwonego. Powstanie mahdystów w Sudanie wyłączyło ten kraj na kilkanaście lat spod kontroli angielskiej, nadal jednak ważną dla Wielkiej Brytanii pozostawała kwestia opanowania źródeł Nilu, z których najważniejsze, Nil Błękitny wypływający z jeziora Tana, znajdowało się na terytorium Etiopii. Kto kontroluje źródła Nilu, ten ma wpływ na polityką Egiptu i Sudanu - takie było założenie polityki brytyjskiej. Anglia nie chciała więc dopuścić do zdobycia wpływów w Etiopii przez inne europejskie mocarstwo, w czym głównym konkurentem była Francja. Czuwając nad tym, by ani Etiopia z jeziorem Tana, ani Sudan nie dostały się w ręce francuskie, Brytyjczycy umacniali się jednocześnie nad Morzem Czerwonym, który to rejon, zwłaszcza po otwarciu Kanału Sueskiego w 1869 r., miał zasadnicze znaczenie strategiczne. W połowie lat 80-tych, po opuszczeniu wybrzeża somalijskiego przez garnizony egipskie, na ich miejscu pojawiły się wojska brytyjskie. Wtedy to powstało Somali Brytyjskie, nowa kolonia angielska w Afryce.

Po ogłoszeniu protektoratu nad Etiopią na mocy artykułu 17 układu z Uccialli rząd włoski dążył do oficjalnego uznania tego porozumienia przez Wielką Brytanię. Rezultatem stały się układy z 1891 i 1894 roku, na mocy których Anglia zabezpieczała sobie jednocześnie swobodę działania w Sudanie. Jednak po klęsce pod Aduą Anglia nie mogła już liczyć na Włochy jako skuteczną zaporę przeciw poczynaniom Francji w Afryce Północno-Wschodniej. W połowie lat 90-tych, planując podbój Sudanu, Wielka Brytania podjęła aktywniejszą politykę wobec Etiopii. 28 kwietnia 1897 r. (a więc dokładnie w tydzień po opuszczeniu Afryki przez Bułatowicza po jego pierwszej podróży) przybyła do Addis Abeby misja brytyjska z Rennelem Roddem na czele. Jej celem było zawarcie układu etiopsko-brytyjskiego w celu osłabienia wpływów francuskich w Etiopii oraz niedopuszczenie do zacieśnienia kontaktów etiopsko-sudańskich. W maju 1897 r. podpisano układ etiopsko-brytyjski, ustanawiający granice między Etiopią a Somali Brytyjskim. Stosunki brytyjsko-etiopskie poprawiły się, nie udało się jednak Anglii doprowadzić do osłabienia wpływów francuskich ani do rezygnacji cesarza Menelika II z zamiaru rozszerzenia terytorium Etiopii kosztem Sudanu, który Anglia zamierzała wkrótce uczynić swą kolonią. W rokowaniach z Roddem Menelik określił terytorium Etiopii jako leżące między 2° a 14° szerokości geograficznej północnej, sięgające na wschodzie wybrzeży oceanu a na zachodzie prawego brzegu Nilu.

Jego podboje, w których miał wziąć udział Bułatowicz w czasie swej drugiej podróży, miały na celu ustanowienie władzy cesarstwa na tak określonym terytorium. W wyniku ówczesnych podbojów cesarstwo etiopskie miało kilkakrotnie powiększyć swe terytorium.

W latach 90-tych, wskutek antagonizmów między państwami europejskimi, sytuacja międzynarodowa Etiopii ukształtowała się w sposób dla niej dość korzystny, tym bardziej, że po przegranej wojnie (1894-1896) Włochy, utraciwszy szanse na zbrojny podbój Etiopii, zainteresowane były utrzymaniem jej niepodległości, nie chcąc dopuścić do podporządkowania sobie przez inne państwo terytoriów między Erytreą a Somali Włoskim. Od tego okresu Etiopia stała się rejonem, w którym europejskie państwa kolonialne starały się rozszerzać swoje wpływy w drodze penetracji gospodarczej.

Polityka cesarza Menelika II, a później Hajle Syllasje I, zmierzała do tego, by koncesji gospodarczych udzielać różnym krajom europejskim i jednocześnie, by koncesje te nie umniejszały niezależności politycznej Etiopii. W roku 1891 Menelik stwierdził, że nie pozostanie biernym obserwatorem, jeśli kraje europejskie zaczną dzielić między siebie ziemie niegdyś należące do Etiopii. Za takie cesarz uważał tereny położone daleko na południe i na zachód - aż do Jeziora Wiktorii i prawego brzegu Nilu Białego. Nie były to jednak ziemie tradycyjnie etiopskie, przyłączano je do cesarstwa okresowo, choć hasło podbojów głosiło, że Etiopia chce tylko odzyskać dawne ziemie cesarskie.

Menelik zdawał sobie sprawę, że pozostawiając Anglii swobodę działania, naraziłby niepodległość swego kraju. Rozciągając zaś granice Etiopii aż do dzisiejszego Zairu przekreśliłby nadzieje Anglii na połączenie Ugandy i Sudanu.

Jakie motywy kierowały w tej sytuacji Rosją? Poza wspomnianym już zainteresowaniem etiopskim chrześcijaństwem były i inne. Pod koniec XIX w. stosunki etiopsko-rosyjskie układały się bardzo pomyślnie. Rosja, nie posiadająca żadnych kolonii w Afryce, nie stanowiła zagrożenia dla Etiopii, nie tylko więc Rosjanie, ale i Menelik był żywo zainteresowany kontaktami z ojczyzną Bułatowicza. Rosję zaś dodatkowo skłaniał do zainteresowania się Etiopią ostry konflikt z Anglią, powstały jeszcze w latach 30-tych XIX w. w Azji Środkowej, gdzie Anglia próbowała opanować Afganistan. Antagonizm ten spowodował, że Rosja życzliwie odnosiła się do Etiopii, z zadowoleniem witając klęską popieranych przez Anglię Włoch i stając jednocześnie po stronie swego sojusznika - Francji. Istnienie silnej i niezależnej Etiopii oznaczało ograniczenie swobody działania Anglii w Afryce i osłabienie jej pozycji na szlakach morskich wiodących w rejon Morza Czerwonego. Etiopia stanowiła też dla Rosji potencjalny rynek zbytu wielu towarów. Rosja z kolei była jedynym znaczącym państwem europejskim, które nie uznało 17 punktu układu w Uccialli w wersji włoskiej.

Pierwsze żywsze kontakty rosyjsko - etiopskie przypadły na rok 1894, kiedy to Etiopię odwiedziła ekspedycja naukowa z Aleksandrem Wasiliewiczem Jelisiejewem i Mikołajem Stiepanowiczem Leontiewem na czele. Leontiew pozostał w Etiopii dłużej, w latach 1895 - 1897 pełnił funkcję wojskowego doradcy Menelika. On i nasz bohater mieli się spotkać w czasie pierwszej wyprawy Bułatowicza.

Lecz zanim dojdzie do spotkania, cofnijmy się do czasu, gdy przygotowany już do swej pierwszej wyprawy Bułatowicz wyruszył wraz z rosyjskim oddziałem Czerwonego Krzyża ku Afryce. Podróż oddziału do Etiopii potrwała dłużej niż ktokolwiek początkowo przypuszczał. Włosi, mimo klęski pod Aduą, nie porzucali nadziei na zachowanie swych wpływów w cesarstwie i starali się uczynić wszystko, by nie dopuścić do Etiopii rosyjskiej misji. Krążyły pogłoski jakoby rosyjski oddział prócz lekarzy i sióstr miłosierdzia składał się z oficerów i dwustu żołnierzy mających wstąpić do etiopskiej armii. Tak więc Włosi nie udzielili misji zezwolenia na przejście przez Massauę. Zmieniono więc plan, oddział miał udać się do należącego do Francji portu Dżibuti. Dotarł tam szczęśliwie angielskim parowcem 18 kwietnia 1896 roku. Tu spotkało misję serdeczne przyjęcie Francuzów, ale i kolejna zła wiadomość: nie można dostać wielbłądów, wszystkie zabrano na zakończoną właśnie wojnę, nie ma ich też w Harerze, którego władze nie chcą poza tym podejmować żadnych działań bez porozumienia z cesarzem. Rosjanie uznali, że poza dwumiesięcznym czekaniem w Dżibuti wyjście jest tylko jedno: należy wysłać do Harem kuriera, który tam, bez udziału Yntoto11, zdobyłby muły. Do wypełnienia tego zadania zgłosił się Bułatowicz. Decyzja Rosjan wzbudziła wielkie wzburzenie wśród Europejczyków przebywających w Dżibuti, snuto przeróżne domysły co do ewentualnego rezultatu tak niebezpiecznej misji. Bułatowicz tymczasem bardzo szybko dostał się do Hareru, a wkrótce przybyli tam i pozostali członkowie misji i w ciągu kilku dni wszystko było przygotowane do wyruszenia w kierunku Yntoto. Tu jednak znów przyszła zła wiadomość: z Yntoto nadeszło polecenie zatrzymania Rosjan w Harerze. I znów Bułatowicz podjął się zadań kuriera mającego udać się do stolicy i wyjednać zmianę tego postanowienia. Przebywający również w Etiopii Mikołaj Leontiew wspominał, że na Bułatowicza i jego towarzyszy napadli po drodze Danakilczycy i odebrali im wszystko, co mieli przy sobie, pozostawiając ich bez mułów i wody. Tylko pojawienie się jego, Leontiewa, oddziału miało uratować im życie. O fakcie tym milczy sam Bułatowicz. W końcu jednak dotarł dzielny kurier do stolicy i niemal natychmiast został przyjęty na audiencji u cesarza. Nie pozostawił żadnego opisu tego spotkania, wiadomo tylko, że po audiencji rosyjski oddział sanitarny uzyskał zgodę na przybycie do stolicy.

Tak o przyczynach wahania cesarza napisał dowodzący oddziałem generał N. K. Szwedów w doniesieniu do Petersburga z 3 sierpnia: "Przyczyną zwłoki była nieznajomość idei Czerwonego Krzyża i niezrozumienie celu, w jakim Rosjanie przybywają do Entoto. Uważając zaś, że ponieważ jesteśmy Rosjanami, to należy nas dobrze przyjąć, a w porze deszczowej w Addis Abebie przebywa mało wojsk, cesarz obawiał się, że, jakby to powiedzieć, poselstwo z Rosji będzie niezadowolone z przyjęcia, a z drugiej strony - Jego Wysokość uważał za zupełnie niemożliwe, abyśmy podróżowali w okresie deszczów tak trudną drogą."12 Wreszcie 26 lipca oddział Czerwonego Krzyża przybył do Addis Abeby. W ciągu pięciu dni założony przez jego lekarzy szpital rozpoczął pracę. Przyjmowano po stu a nawet dwustu pacjentów dziennie. Sam cesarz żywo się interesował pracą lekarzy, był nawet obecny przy pięciu operacjach. Szybko nadszedł czas wyjazdu; część oddziału opuściła Addis Abebę 8 października, pozostawiając na miejscu lekarzy, dwóch studentów, felczera i sanitariusza. Cesarz osobiście odprowadził za miasto opuszczający stolicę oddział, a po kilku dniach generał Szwedów otrzymał od Menelika list: "Za wasze dobre uczynki dla naszego kraju wyrażamy naszą wdzięczność cesarzowi Rosji, całemu Towarzystwu Czerwonego Krzyża i wszystkim jego członkom oraz cesarzowej Marii Fiodorownie13. (...) Rosyjski naród wykazał w tym taką miłość do mnie, jakiej nie można nigdy zapomnieć... Nigdy nie zapomnimy waszej wspaniałej pracy. Zapewniamy was o naszych przyjacielskich wobec was uczuciach. Nie wątpimy również w waszą przyjaźń dla nas. Niech Bóg ma w opiece naszych przyjaciół, którzy przyszli nam na pomoc w leczeniu chorych. Modlimy się do Boga, byście szczęśliwie wrócili do ojczyzny."14 Wreszcie i pozostali członkowie misji opuścili Addis Abebę, a wraz z nimi pięciu młodych Etiopczyków wyruszyło do Rosji po wykształcenie.

Bułatowicz jednak nie opuścił Etiopii. Postanowił zostać i, wykorzystując swój urlop, udać się do mało zbadanych rejonów graniczących z nią od zachodu. Chciał dotrzeć do Keffy, która wkrótce miała utracić niepodległość. Z taką prośbą zwrócił się do rosyjskiego Sztabu Głównego. Komentując prośbę Bułatowicza, naczelnik oddziału azjatyckiego Sztabu Głównego, generał-lejtnant A. P. Procenko, napisał: "Kornet Bułatowicz energicznie pracuje nie tylko na rzecz Czerwonego Krzyża, ale i w celu zapoznania się tak z historią kraju, jak i jej współczesną sytuacją. Dostateczna znajomość języka abisyńskiego... bez wątpienia odda mu wielkie usługi w realizowaniu wyznaczonego celu. Tak więc istnieją wszelkie dane po temu, aby przypuszczać, że informacje, których dostarczy ten oficer, mogą posłużyć nie tylko jako pewny materiał dla wyjaśnienia obecnej sytuacji kraju, lecz mogą okazać się użyteczne w naszych dalszych stosunkach z Abisynią."15

7 września Sztab Główny przychylił się do prośby Bułatowicza. 28 października Menelik udzielił mu audiencji. Bułatowicz prosił cesarza, by zmienił swe postanowienie zabraniające przekraczania granic jego władania. Menelik zaś uważał, że podróż w zachodnie rejony Etiopii grozi rosyjskiemu oficerowi nieuchronną zgubą. Wiedział jednak o krążących w kraju opowieściach o legendarnej wręcz odwadze i wytrzymałości Bułatowicza. Dał więc zgodę na wyprawę, lecz o przekroczeniu granic Keffy nie chciał nawet słyszeć. Już następnego dnia mały oddział Bułatowicza wyruszył z Addis Abeby drogą wiodącą na zachód. I od tego dnia Bułatowicz prowadził dziennik, zapisując w nim wszystko, czego się dowiedział. Interesowały go język i stroje, obyczaje, system gospodarczy kraju i wszystko, co dotyczyło geografii. Informacje te zawarł później w swej książce, stanowiącej pierwszy w Rosji szczegółowy opis Abisynii. Ostatnią atrakcją podróży było polowanie w Leka, w gościnie u dedżazmacza Gabro Ygziabhiera, po czym podróżnik przez Addis Abebę i Harar udał się do Dżibuti, skąd 21 kwietnia na pokładzie francuskiego parowca Amazon odpłynął do Rosji.

W Petersburgu oczekiwała go radosna nowina: awansowano go na porucznika, a za pomoc oddziałowi Czerwonego Krzyża i za uwieńczoną sukcesem ekspedycję nagrodzono orderem św. Anny III klasy16. Już we wrześniu na zlecenie Głównego Sztabu wydano jego książkę Оть Знтото до реки Баро. Generał-lejtnant A. P. Procenko pisał: "Praca ta zawiera wielce interesujący i bogaty materiał, przedstawiony zwięźle, lecz obejmujący geografię kraju, jego historię i system gospodarczy, siły wojskowe, charakter władzy, dwór negusa i głównych współczesnych dostojników."17

Jedną z zasług Bułatowicza w tej pierwszej podróży stało się naniesienie na mapę znacznej części systemu rzecznego południowo - zachodniej części Wyżyny Abisyńskiej, w tym źródeł kilku rzek. Bułatowicz podróżował po bardzo urozmaiconych pod względem rzeźby terenach, gdzie wysokie górskie grzbiety rozdzielają głębokie doliny. Nie należy się więc dziwić, że jak wielu jego poprzedników i następców, nie ustrzegł się pomyłek. Błędy te miał skorygować w czasie następnej podróży.

Po raz drugi Bułatowicz wybrał się do Etiopii jako członek nadzwyczajnej misji dyplomatycznej pod przewodnictwem P. M. Własowa, dyplomaty, który spędził wiele lat w Iranie i w Jerozolimie. 14 czerwca nadszedł z Berlina do organizatorów misji list od generała Szwedowa z rekomendacją dla Bułatowicza jako znającego język amharski i mającego doświadczenie w organizowaniu i prowadzeniu karawan przez pustynię. Szwedów podkreślał też fakt, że Bułatowicz zna w Etiopii osobiście wiele wpływowych osób i cieszy się ich sympatią. Wyjazd wyznaczono na połowę października. Bułatowicz jak zwykle starannie przygotowywał się do podróży. Tymczasem Własow orzekł, że Menelik powinien być uprzedzony o przybyciu misji do Addis Abeby. W przeciwnym wypadku władze mogłyby znów zatrzymać poselstwo na granicy. I, jak poprzednio, podjęto znów postanowienie o wysłaniu przodem kuriera, człowieka, który był już w Abisynii i zna jej zwyczaje: np. porucznika Bułatowicza.

Po uzyskaniu zgody cara Bułatowicz zwrócił się do Głównego Sztabu z prośbą o wydanie mu broni i instrumentów do pomiarów astronomicznych i sporządzania map, których tak mu brakowało w czasie pierwszej podróży. Miał jeszcze jedną prośbę: chciał wziąć ze sobą ordynansa, szeregowego Zelepukina. Wszystkie prośby spełniono i 10 września 1897 roku Bułatowicz wyjechał do Paryża, a stamtąd przez Marsylię do Dżibuti i do Etiopii. Tym razem nic nie zatrzymało go w drodze i 15 października przybył szczęśliwie do Addis Abeby i stanął przed etiopskim cesarzem. Nie zauważył w stolicy szczególnych zmian: było to ciągle to samo ciche, senne miasto. Ale w cesarskim pałacu panowało ożywienie. Do cesarza jeden po drugim przybywali dowódcy, w pałacu obradowała rada wojenna pod przewodnictwem samego cesarza. 20 października Menelik ogłosił mobilizację swych wojsk.

Cesarz pytał Bułatowicza, jak on odnosi się do jego planów wojennych. Ten zaś uważał, że dążąc do rozszerzenia granic swego państwa, Menelik czyni nowy krok ku umocnieniu swego imperium, które od dawna jednoczyło plemiona Wyżyny Abisyńskiej i niosło im nową, wyższą kulturę. Oprócz politycznego, widział także moralny aspekt sprawy, uważał, że Rosjanie nie mogą nie popierać tych dążeń Menelika. "My, Rosjanie... - powiedział Bułatowicz - nie możemy nie życzyć bratniemu nam w religii narodowi przyjęcia najlepszych zdobyczy europejskiej cywilizacji i zachowania przy tym wolności, niepodległości i ziemi, którą władali jego przodkowie i którą chcą mu odebrać nasi chciwi biali bracia."18 Pod koniec audiencji Menelik zaproponował swemu gościowi wzięcie udziału w jednej z wypraw wojennych.

To było to, o czym marzył Bułatowicz w czasie swej pierwszej podróży. Tak więc jeśli to możliwe, chciałby pojechać do Keffy, a przecież udaje się tam ras Uelde Gijorgis. Podróż do tej nie oglądanej jeszcze przez Europejczyka krainy umożliwiłaby mu także wyjaśnienie geograficznej zagadki: gdzie kończy bieg jedna z największych rzek Etiopii - Omo: czy wpada do Jeziora Rudolfa, czy do Nilu, i jeśli Omo nie jest źródłową rzeką Sobatu, to gdzie są jego źródła.

Należało teraz zdobyć zgodę Własowa. Pozostało zbyt mało czasu, by czekać na przybycie misji do Addis Abeby - wojska Uelde Gijorgisa miały wyruszyć na początku stycznia, a Bułatowicz musiałby jeszcze dotrzeć do stolicy Keffy, Andaracza, gdzie wojska te stacjonowały. Nie czekając więc ani dnia, Bułatowicz wyruszył w powrotną podróż do Dżibuti. Dwunastego dnia w Bajade, o sześć godzin drogi od Dżibuti, spotkał rosyjskie poselstwo idące w stronę Addis Abeby. Uzyskał zgodę swego przełożonego i 26 grudnia pisał do Petersburga do A. P. Procenki: "Jeśli o mnie chodzi, już pożegnałem się z Menelikiem, wszystko już mam przygotowane i mam nadzieję jutro wyruszyć. Trzeba być jednak na wszystko gotowym. I dlatego pozwalam sobie, Wasza Ekscelencjo, z całej duszy podziękować Panu za okazaną mi życzliwość."19

W Andaracza ras Uelde Gijorgis uroczyście powitał przybyłego w ostatniej chwili przed wymarszem rosyjskiego oficera. Armia rasa była już gotowa do wyruszenia.

15 stycznia przybyły do Andaracza ostatnie pułki, a na 24 stycznia wyznaczono wymarsz. Wśród żołnierzy krążyły rozmaite opowieści o celu wyprawy w nieznane i udziale w niej Europejczyka. Nie było aż tak źle. Bułatowicz, jako doświadczony oficer, wiedział, że najlepszym sposobem obrony jest atak. Bez przerwy kusił los, a ten narażał go na śmiertelne próby. Wielokrotnie wychodził cało z, wydawałoby się, sytuacji bez wyjścia. Istotnie, los nie tylko wystawiał go na próby, ale i chronił.

Wreszcie i ta podróż dobiegła końca. 14 maja ras Uelde Gijorgis, a z nim i Bułatowicz, po czteromiesięcznej nieobecności powrócił do domu do Andaracza. 20 maja 1898 r. Bułatowicz pożegnał się z Uelde Gijorgisem.

30 lipca 1898 r., zaraz po powrocie do Petersburga, Bułatowicz przedstawił ministrowi spraw zagranicznych, grafowi M. N. Murawiewowi, opis sytuacji w Etiopii i wskazał, jakie korzyści może odnieść Rosja z przyjacielskich z nią stosunków. Minister stwierdził, że informacje zawarte w opisie "mogą mieć w przyszłości poważne znaczenie" i posłał owo doniesienie ministrowi wojny A. N. Kuropatkinowi, a także rosyjskim posłom w Londynie, Paryżu, Konstantynopolu oraz agentowi dyplomatycznemu w Kairze20. Kuropatkin, choć uznał dzieło Bułatowicza za interesujące, nie zgodził się z zawartymi w niej propozycjami, uznając, że Rosja powinna jak najdłużej unikać mieszania się do spraw afrykańskich. Tym razem także doceniono w Rosji zasługi podróżnika. Został sztabs-rotmistrzem, a do jego odznaczeń przybył order św. Stanisława II klasy21.

W Petersburgu Bułatowicz pozostał do 10 marca 1899 r., kiedy to znów został wysłany do Etiopii na osobistą prośbę ministra spraw zagranicznych, który napisał o nim do Kuropatkina: "...wymieniony oficer zdołał zaprezentować się w sposób wspaniały w czasie swych podróży po pograniczach Etiopii... w pełni oswoił się z tamtejszymi zwyczajami i obyczajami, poznał język kraju, którym swobodnie włada i okazał rzadką wytrzymałość, odwagę i przytomność umysłu, i... wreszcie, dzięki wszystkim swym zaletom potrafił zdobyć szacunek abisyńskich wodzów i zaufanie samego negusa, darzącego go szczególną sympatią, i któremu wybór porucznika Bułatowicza byłby szczególnie miły."22

Jeszcze przed wyjazdem, 13 stycznia 1899 roku, na zebraniu Rosyjskiego Towarzystwa Geograficznego Bułatowicz odczytał doniesienie zatytułowane Из Абиссинии через страну Каффа на Озеро Рудольфа, które wydrukowane później zostało w "Известиях Русского географического общества"23. Jednocześnie zakończył pracę nad С войсками Менелика II, która to książka ukazała się w następnym, 1900 roku. Specjaliści od razu zwrócili na nią uwagę. Ówczesny uczony, geograf J. M. Szokalski stwierdził, że wynikiem badań Bułatowicza "okazały się nie tylko geograficzne opisy miejscowości i kolekcje etnograficzne, lecz i nowa mapa ziem, na których przebywał, sporządzona na podstawie pomiarów przeprowadzonych przez samego podróżnika oraz obserwacji astronomicznych, dzięki którym wyznaczył na mapie położenie 34 punktów"24.

Opinie recenzentów prasowych były podzielone. "Русская мысль", jedno z najpoważniejszych wówczas czasopism, w anonimowej recenzji życzliwie wypowiedziało się o książce i o naukowych zasługach autora, uznając wagę dokonanych przez niego odkryć w dziedzinie geografii i etnografii. O recenzji innego czasopisma tak napisał Kacnelson: ""Мир божий" powierzył recenzję krytykowi skrywającemu się za inicjałami A. B. Zastąpiwszy lekką drwiną i tanią demagogią poważną ocenę książki, recenzent wykazał zupełny brak wyczucia historycznego i naukowego obiektywizmu."25

Dzieło Bułatowicza ocenili też specjaliści z zachodu. Najlepszy ówczesny znawca i badacz Keffy, Friedrich Bieber, napisał: "Pierwszym Europejczykiem, który odwiedził Kaffę po jej podbiciu i przyłączeniu i mającym możliwość swobodnego po niej podróżowania, był Rosjanin, A. K. Bułatowicz, kapitan carskiej Lejbgwardii. O swej podróży Bułatowicz napisał książkę z wieloma rzadkimi ilustracjami i dużą mapą. Niestety, dla nie-Rosjan pozostaje ona niedostępną. Autor przytacza w niej szczegółowe informacje o kraju i ludności Kaffy."26

Wreszcie Bułatowicz wyruszył do Addis Abeby, gdzie ponownie miał się oddać pod rozkazy P.M. Własowa. 22 marca na pokładzie parowca Tambow wypłynął z Odessy i 4 kwietnia 1900 r. przybył do Adenu. 5 kwietnia parowiec przybił do Zejli. Po drodze do Addis Abeby, kiedy Bułatowicz zatrzymał się na nocleg w Belau, spotkał się tam z majorem Marchandem, który ze swymi ludźmi kierował się do Dżibuti po słynnym incydencie w Faszodzie. Europejczycy rozmawiali o sytuacji między Anglią a Etiopią i przewidywali przyszłe wydarzenia. 14 maja koło południa Bułatowicz przybył do Addis Abeby, gdzie powitali go wszyscy przebywający tam Rosjanie. Na audiencji u cesarza Własow zapytał, czy Menelik nie życzyłby sobie jeszcze raz skorzystać z usług Bułatowicza. Cesarz stwierdził, że chętnie by to zrobił, lecz nie wie jakie zadanie mógłby mu w obecnej sytuacji poruczyć. Własow przypomniał cesarzowi, że dzięki Bułatowiczowi dysponuje on szczegółowymi mapami południowo - zachodnich rejonów Etiopii, nie ma jednak mapy rejonów zachodnich i kraju Beni Szengul. Menelik od razu zgodził się odkomenderować tam Bułatowicza.

20 czerwca Bułatowicz otrzymał muły oraz list cesarza do dedżazmacza Demesje z prośbą o okazanie mu wszelkiej pomocy w wypełnianiu powierzonych zadań. Jakie to były zadania? Z tajnego zapisu P. M. Własowa, wysłanego do Petersburga w dniu 23 czerwca 1899 r., dowiadujemy się, że były one następujące: wybadanie nastrojów mieszkańców Beni Szengul oraz terytoriów Galla - Uellega i Leki: na ile mocny jest wśród nich autorytet zwycięzców, jakie stosunki panują między zarządzającymi a ludnością, jak odnosi się ludność do pojawienia się na ich granicach Anglików, po czyjej stronie znajdą się ich sympatie w razie konfliktu zbrojnego między Anglikami a Etiopczykami. Interesowała również Menelika sytuacja strategiczna zachodnich ziem cesarstwa, ich zdolność do obrony i zasoby ekonomiczne. Miał też Bułatowicz zaznaczyć na mapie położenie angielskich posterunków w dolinie Błękitnego Nilu i w Gedarefie.

26 czerwca Bułatowicz wyjechał z Addis Abeby, a 6 lipca przybył do rezydencji dedżazmacza Demesje w mieście Desseta. Z wyprawy tej pochodzi niezrealizowany plan Bułatowicza. Podróżnik donosił do Addis Abeby Własowowi: "Nominalnie przechodzę na służbę u cesarza Etiopii... i otrzymuję we władanie na dziesięć lat wszystkie ziemie Murzynów w dolinie rzeki Baro do Nasyru i w dolinie rzeki Dabus do rzeki Abbaj (Nilu Błękitnego)... Cesarz Etiopii oddaje mi komorę celną na rzece Baro i zdobywanie kości słoniowej. Ja zobowiązuję się zebrać pięć-piętnaście tysięcy murzyńskich żołnierzy. Zorganizować powierzone mi dzielnice. Poprowadzić drogi. Ustanowić komorę celną. Zająć ważniejsze punkty na rzece Baro. Przygotować się do tego, by w razie sposobności szybko przemieścić się na włości anglo-egipskie i zająć miejsce przepraw na rzece Baro-Nasyr. Po skończeniu się dziesięcioletniego okresu na życzenie Menelika przekazuję mu zorganizowane przeze mnie dzielnice, wojsko i mienie.

Czy nie wyda się Waszej Ekscelencji mój plan dziwnym... Proszę nie uważać moich myśli za obłąkańcze mrzonki. Zapewniam, że są możliwe do spełnienia. Osobiście gotów jestem poświęcić cały majątek, zdrowie i życie, żeby wprowadzić je w czyn, gdyż myślę, że mogą przynieść wielki pożytek. Jedno, czego nie chciałbym poświęcić, to prawo zaliczania się do szeregów naszej armii."27 Nie zachowały się żadne wzmianki o tym, by Własow przekazał ten plan do Petersburga. Widocznie uznał plan za dziwny, a myśli za obłąkańcze mrzonki.

Efektem tej podróży były raporty, przetłumaczone dla cesarza Menelika na amharski, o których będzie mowa w rozdziale poświęconym cesarzowi i cesarzowej. Menelik zachwycał się energią Bułatowicza, jego wytrzymałością i zdolnością do wyrzekania się wszelkich wygód, znajomością sztuki wojennej i niespotykaną odwagą. Własow donosił do Petersburga: "...nie można nie zauważyć, że ten oficer w czasie ostatniej delegacji, jak i w czasie dwu pierwszych, w pełni zachował opinię, jaką cieszy się wśród Abisyńczyków: całkowicie zasłużoną reputację znakomitego i dziarskiego kawalerzysty, niestrudzonego, nieustraszonego i bezwarunkowo oddanego swym obowiązkom, i w ten sposób pokazał dobitnie nie tylko Abisyńczykom, ale i wszystkim przebywającym tu Europejczykom, do jakich poświęceń zdolny jest oficer z rosyjskiej szkoły, mający wielki zaszczyt zaliczać się do szeregów cesarskiej gwardii."28 Jeszcze wcześniej Własow pisał: "Bułatowicz dysponuje wielkim zapasem, więcej, nadmiarem, tak odwagi, stanowczości i cierpliwości, jak i sił fizycznych i intelektualnych oraz energii; niezależnie od tego przyswoił sobie dobrze tak etiopski język, jak i zwyczaje, obyczaje i sposób życia Etiopczyków, zupełnie nimi nie gardząc; i zupełnie najwidoczniej nie ciąży mu stosowanie ich w praktyce i czucie się przy tym we własnej sferze..."29

Po audiencji u cesarza 2 stycznia 1900 r. zakończyła się trzecia podróż Bułatowicza do Etiopii. Dokonał w jej trakcie ponad 80 pomiarów astronomicznych dla oznaczenia na mapie wielu punktów pomiędzy Addis Abebą a Fazogli. Prowadził, jak w czasie poprzednich podróży, badania geograficzne i etnograficzne, których efekty przepadły niestety po jego śmierci. Nie zdążył ich opublikować, gdyż po powrocie do Petersburga w jego życiu nastąpił nagły zwrot. Pisał do A. N. Kuropatkina: "Opuszczam Abisynię w przekonaniu, że w chwili obecnej rosyjski oficer niewiele ma tam do roboty. Przydamy się, gdy wybuchnie wojna z Anglią, lub stanie się w sposób oczywisty nieuchronną. Teraz zaś cesarz Menelik być może nawet krępuje się naszą obecnością, wiedząc, że drażni ona Anglików. Ośmielam się donieść Waszej Ekscelencji, że mnie osobiście ciągnie tam, gdzie istnieje dla rosyjskiego oficera możliwość działania..."30

I znów niedługo przebywał w Rosji. Do Petersburga przyjechał na początku maja 1900, a 23 czerwca tegoż roku na polecenie cara Mikołaja II udał się do Port Artur, by wstąpić do jednej z kawaleryjskich lub kozackich jednostek stacjonujących w Chinach. I tu także Bułatowicz wykazał odwagę i energię, uczestnicząc w starciach i dowodząc konnymi patrolami. Z relacji jego siostry, Marii Ksawieriewny Orbeliani, dowiadujemy się, że pod koniec podróży do Chin Bułatowicz zaraził się od uwolnionego przez siebie francuskiego misjonarza tyfusem i ciężko zachorował31. Dla podreperowania zdrowia wysłano go do Japonii. W czasie silnego sztormu Bułatowicz nieostrożnie wyszedł na pokład parowca i przeziębił swe chore już oczy. Zapalenie oczu prześladowało go odtąd do końca życia.

Po zakończeniu działań wojennych 8 czerwca 1901 r. Bułatowicz powrócił do swego pułku. 14 kwietnia 1902 r. został rotmistrzem. Nagrodzono go orderami Anny 11 klasy z mieczami i Włodzimierza IV klasy z mieczami i kokardą32, a 21 sierpnia 1902 r. przyznano mu Legię Honorową. Wtedy też, z najlepszym spośród uczestników wynikiem, ukończył przyśpieszony kurs 4-tej Pawłowskiej Uczelni Wojskowej.

I znów nastąpił ostry zwrot w życiu obiecującego oficera. Ostatnich kilkanaście lat jego życia pozostaje dziś tajemnicą, znane są tylko niektóre epizody i daty. 18 grudnia 1902 r. zrezygnował z dowodzenia eskadronem i 27 stycznia 1903 roku przeniósł się do rezerwy, "ze względów rodzinnych". Nie wiadomo dziś, jakie miały to być względy, jasne jest jedno: Bułatowicz postanowił zostać zakonnikiem. Cały Petersburg był poruszony decyzją sławnego podróżnika, nawet najbliżsi przyjaciele nie rozumieli, czym był podyktowany ten krok. Można się było tylko domyślać: jedna z wersji mówiła, że Bułatowicz dostał się pod wpływ słynnego wtedy kaznodziei i mistyka, przeora soboru kronsztadzkiego, Joana. Według innej wersji ciążyły mu nieodwzajemnione uczucia do córki komendanta pułku, księcia Wasilczikowa. Doszukiwano się też roli wrażeń z pól bitewnych, krwawe okrucieństwa wojny miały podziałać zniechęcająco na dobrego, religijnego człowieka. Te przypuszczenia miały okazać się błędne: Bułatowicz do końca życia pozostał przede wszystkim żołnierzem33.

Tymczasem jednak Bułatowicz przeszedł w stan spoczynku i został nowicjuszem w pustelni Ważeozierskiej Nikiforo-Gienadijewskiej, po czym udał się do Grecji na świętą górę Afon, gdzie w roku 1907 przyjął święcenia, a wraz z nimi nowe imię - Antoni. Razem z Bułatowiczem, zapewne pod wpływem dowódcy, ostrzygło głowy sześciu żołnierzy jego eskadronu. Zaczął nowe życie - zamknięte, milczące i samotne. Z własnej woli Bułatowicz nie wiedział, co się dzieje na świecie, nie czytał gazet. Na samym początku 1911 roku Bułatowicz - ojciec Antoni udał się w swą ostatnią podróż do Etiopii. Sam podawał jako powód chęć zobaczenia się ze swym kalekim wychowankiem Waśką, za którym bardzo tęsknił. Wracając z drugiej podróży zabrał Waśkę ze sobą, ochrzcił (nie był ochrzczony w Kościele Etiopskim, czy chrzest ten nie zasługiwał na uznanie?), nauczył rosyjskiego i kształcił. Kalekiego chłopca ojciec Antoni wziął ze sobą do klasztoru jako nowicjusza. Ale rówieśnicy ciągle się z niego śmiali. W 1908 r. Bułatowicz przy sposobności odesłał Waśkę do Etiopii. Chciał się teraz z nim zobaczyć i przekazać mu "święte tajemnice". Czym się tam zajmował oprócz ich przekazywania?

Według Kacnelsona nie tylko troska o zbawienie duszy Waśki przywiodła go do Etiopii. W tym czasie cesarz Menelik był już ciężko chory, krążyły nawet pogłoski, że nie żyje. Bułatowicz, korzystając z dawnych znajomości i przyjaźni cesarza, został przyjęty na audiencji i podjął się leczenia władcy. Rzeczywistym powodem miało być założenie w Etiopii rosyjskiej misji prawosławnej i afońskiego domu zajazdowego. Na wyspie jeziora Szala (wówczas były to trzy dni podróży na południe od stolicy) Bułatowicz - ojciec Antoni - chciał założyć klasztor ze szkołą, gdzie dzieci z okolicy otrzymywałyby podstawowe wykształcenie. Ten zamiar się nie powiódł: zabrakło poparcia dla projektu zarówno w Etiopii, jak i na Afonie.

8 grudnia 1911 r. Bułatowicz po raz ostatni opuścił Etiopię. Nic ponadto nie wiadomo dziś na temat tej podróży. Dokumenty etiopskie uległy zniszczeniu podczas wojny z Włochami w 1936 r., dokumenty rosyjskie w 1919 r. przekazano pod opiekę poselstwu we Francji, a w roku 1936 przewieziono je do Paryża, gdzie wraz z innymi archiwami spłonęły w roku 194034. Po miesiącu ojciec Antoni powrócił na świętą górę Afon.

I tu w książce Kacnelsona zaczyna się zamęt w datowaniu35. Oto w marcu 1913 roku ukazała się sensacyjna wiadomość: na Afonie zbuntowali się rosyjscy mnisi. Podłożem buntu stał się spór o to, czy imię Boga jest samym Bogiem, czy też nie. Mnisi podzielili się: ojciec Antoni z całym oddaniem, a nawet fanatyzmem, stanął po stronie tych, którzy imię Boga uważali za Boga samego. Pisał artykuły i proklamacje, wysyłał je do Odessy i Petersburga. Został zmuszony do opuszczenia klasztoru, gdy od gwałtownych sporów mnisi przeszli do rękoczynów. Zwołano sobór, który miał osądzić buntowników. Obrady, którym przewodził igumen klasztoru, przekształciły się w sąd nad nim samym; po wygnaniu igumena ojciec Antoni powrócił do Grecji na Świętą Górę. I znów doszło do rękoczynów. Wkroczyło greckie wojsko. Sprawa nabrała wymiaru politycznego i ojciec Antoni znów musiał opuścić Grecję. 13 lutego (czyżby następnego, 1914 r.?) Bułatowicz na zawsze opuścił Afon. Przez dwa lata nazwisko Bułatowicza nie znikało z gazet. Tu dopiero Kacnelson wspomina, że pisano, iż ożenił się z Etiopką36. Wtedy też w dodatku do "Русского слова" - tygodniku "Искры" - w numerze 9 z 1914 r., pojawiły się zdjęcia Bułatowicza z podpisami, które niemal dosłownie zostały wykorzystane przez I. Ilfa i J. Piętrowa w Dwunastu krzesłach, na początku opowiadania o huzarze-mnichu, hrabim Alieksieju Bułanowie37. Tak rodziła się druga legenda Bułatowicza. W ciągu swego życia dwa razy znajdował się w centrum uwagi zarówno rodzimej, jak i zagranicznej prasy, by potem zostać całkowicie zapomnianym.

Tymczasem po opuszczeniu Grecji Bułatowicz osiedlił się znów w Petersburgu. Wtedy pojawiła się w prasie wiadomość o tajemniczym zniknięciu mnicha. Rok 1913 zaczęto uważać za ostatni rok jego życia. Bułatowicz tymczasem mieszkał u swojej siostry Marii i znów prowadził energiczną działalność: pisał artykuły polemiczne i listy do swych pobratymców w wierze, zalecał im, by się nie poddawali. Rosyjskich buntowników deportowano z Grecji. Bułatowicz opowiadał się za sądem nad nimi, uznanymi za heretyków, uważając, że rozporządzenia synodu to za mało. Mnichów nic wysłuchano, sprawę zatuszowano. Bułatowicz spędzał teraz całe dnie w swej celi w ogrodzie. Prawie nie wychodził, chore oczy nie znosiły słonecznego światła. Odwiedził go tam dziennikarz A. Pankratow i napisał artykuł do "Русского слова". Interesowało go, jak teraz Bułatowicz odnosi się do wojny.

W tej chwili gotów jestem rzucić się do walki - odpowiedział.

Doprawdy? - zdziwiłem się.

- Chwila walki to najszlachetniejszy, najświętszy moment. Nie ma nic ponad tę chwilę. Czyż są wtedy w człowieku złość, wyrachowanie, chytrość, chciwość i inne przywary? Święte wojny służą obronie. Są dziełem Boga. Objawiają się w nich cuda odwagi. W wojnach ofensywnych takich cudów jest niewiele...

Mówił o wojnie jak o komunii, gdy jest jasno i radośnie...

Wydawało się, że zamiast skufy38 głowę mnicha zdobi legendarna czerwona czapka. Spod brzemienia dogmatycznych sporów patrzyły na mnie wesołe oczy oficera gwardii."39 I oficer w nim zwyciężył.

Jak tylko rozpoczęła się I wojna światowa, opuścił Łucykowkę. Pojechał do Petersburga, gdzie został kapelanem oddziału Czerwonego Krzyża. W marcu 1915 roku ojciec Antoni znalazł się w Karpatach, gdzie ciężko zachorował. Wyzdrowiał, odtąd jednak ciągle zapadał na zdrowiu i w listopadzie 1916 r. zmuszony był wrócić do Petersburga. Nie powrócił więcej do oddziału. Mieszkał przeważnie u siostry w Petersburgu, czasem wyjeżdżał do Łucykowki. Gdy pewnego dnia siostra odprowadziła go na Dworzec Warszawski, pociąg był przepełniony żołnierzami. Niewiele myśląc, ojciec Antoni zakasał sutannę i ze zręcznością kawalerzysty wskoczył w okno wagonu. Takim widziała go po raz ostatni jego siostra, Maria Orbeliani.

Niewiele wiadomo o ostatnim roku życia Bułatowicza. W nocy z 5 na 6 grudnia 1919 roku napadnięto na celę ojca Antoniego w łucykowskim ogrodzie. Złodziejami kierowała prawdopodobnie wyłącznie chęć zysku: w domu syna łucykowskiej dziedziczki mieli nadzieję suto się obłowić. Rano chłopi znaleźli martwego ojca Antoniego na ścieżce. Pochowano go na miejscowym cmentarzu.

DRUGA WYPRAWA

Mój ekwipunek składał się z małego namiotu, dwóch juków z podarkami, bielizną i ubraniami oraz dwóch dużych bukłaków z grochem70. Miałem sześć strzelb Gra, dwie strzelby kalibru 7,6 mm, jeden sztucer, jedną myśliwską dwururkę oraz strzelbę na słonie systemu Gras czwartego kalibru z pociskami rozpryskowymi o wadze 24 funtów. Kupiłem ją w Adis-Abebie za 120 talarów. Razem z moim osobistym sługą i dowódcą sług miałem 14 ludzi, po jednym na strzelbę. Do strzelby na słonie, bardzo ciężkiej, przydzielonych było dwóch ludzi. Nieśli ją na przemian, ponieważ oprócz tego mieli jeszcze inne ciężary, a planowaliśmy długie marsze. Odległość między Adis-Ababą a Lekamti, rezydencją dadiazmacza Gabro Egziabiejera, liczy 360-400 wiorst. Sezon polowań na słonie już się rozpoczął; pozostało mi więc mało czasu. Zamierzałem pokonać tę odległość jak najszybciej aby po polowaniu zdążyć na parowiec odchodzący z Dżibuti 2 kwietnia. Dlatego zaopatrzyłem się tylko w list od cesarza do dadiazmacza Gabro Egziabiejera, zrezygnowałem i z przewodnika, i z zaopatrywania się w durgo po drodze. Wyruszyliśmy trzynastego lutego, a piętnastego w południe nocowaliśmy na przełęczy po drodze do Czalea. Szesnastego, minąwszy miasto Wareila, weszliśmy w góry Tibje. W ciągu dnia zrobiliśmy mały popas w mieście likamakosa71 Abaty. Szum likamakosa zarżnął dla nas barana i najedliśmy się przed Wielkim Postem. Siedemnastego minęliśmy szczyty Tibje i Tulu-Amara. Osiemnastego przebyliśmy źródła rzeki Gibje a dziewiętnastego w południe przybyliśmy do Lekamti. W ten sposób całą odległość przejechaliśmy w 6 dób, robiąc około 60 wiorst dziennie bardzo trudną, górską drogą. Wyruszaliśmy o 6 rano i szliśmy do południa lub do pierwszej, robiliśmy krótki odpoczynek, po czym znów szliśmy do wieczora. Wypadało po 10-11 godzin marszu dziennie. Żywiliśmy się w tym czasie prawie wyłącznie podsmażanym na patelni grochem, a w ciągu pierwszych dni, do rozpoczęcia Wielkiego Postu, jedliśmy zabijane po drodze gazele, przeważnie na surowo, żeby nie dźwigać ich ze sobą.

Dadiazmacz, zawiadomiony o moim przyjeździe, wysłał mi na spotkanie wszystkich żołnierzy, jakich miał po ręką. Dadiazmacza Gabro Egziabiejera znałem już wcześniej: w czasie mego pobytu u dadiazmacza Demesje był bardzo chory. Miał ciężką febrę, której nabawił się podczas polowania na słonie. Było to zaraz po deszczach, kiedy wysoka trawa nie była jeszcze wypalona. Myśliwi otoczyli słonie i podpalili trawę. Nagle zerwał się silny wiatr, który momentalnie rozprzestrzenił ogień po całej okolicy i poniósł płomienie na myśliwych. Ci za późno dostrzegli niebezpieczeństwo: nie mieli już żadnej możliwości ucieczki. Na szczęście w pobliżu było bagno, w które wszyscy się rzucili i schowali w błocie wraz z głowami. Ogień przeszedł nad bagnem i zabrał kilka ofiar, pozostali zaś, wszyscy bez wyjątku zapadli na febrę. Kilku z nich umarło. Będąc bardzo mocnej budowy ciała i nie znając wcześniej chorób, dadiazmacz cierpiał od febry szczególnie silnie i prosił mnie w liście o pomoc. Pojechałem do niego na jeden dzień i dałem mu część swojej chininy.

Dadiazmacz Gabro Egziabiejer jest Gallasem; jego ród od dawien dawna włada tą dzielnicą. Około 20 lat temu podbił ją godżamski negus Tekla Hajmanot, lecz nie zdołał się tu utrzymać. Ras Gobana, znamienity wódz cesarza Menelika, ujarzmił wszystkie sąsiednie gallaskie ziemie. Leka, widząc, że znajduje się w sytuacji bez wyjścia, dobrowolnie poddała się Menelikowi i płaci mu teraz daninę w wysokości 100 uketów72 (150 pudów) kości słoniowej, 500 uketów złota (około puda) i podatek od domów i bydła. Oprócz tego mieszkańcy są zobowiązani utrzymywać przebywające w granicach dzielnicy wojska cesarza. Po śmierci swego ojca Abakumsa (tak nazywał się wcześniej dadiazmacz Gabro Egziabiejer) ochrzcił siebie oraz jedną z trzech żon a pozostałe oddał swym zausznikom. Cesarz Menelik i cesarzowa Taitu zostali rodzicami chrzestnymi. Na chrzcie Abakumsa otrzymał imię Gabro Egziabiejer, dosłownie "niewolnik boży". Menelik uczynił go dadiazmaczem i oddał we władanie olbrzymie włości jego ojca graniczące na zachodzie z włościami Abdurahmana. Dadiazmacz jest człowiekiem ogromnie sympatycznym i inteligentnym, wszystkim się interesuje a z drugiej strony rozumie, że sam może interesować Europejczyka. Opowiada bardzo mądrze i ciekawie o historii swego narodu i jego dawnych obyczajach.

20 lutego z towarzyszeniem 800 żołnierzy uzbrojonych w strzelby wyruszyliśmy na polowanie. Skierowaliśmy się na północ, ku dolinie Abaju - Nilu Błękitnego. Każdy żołnierz prócz strzelby niósł jeszcze bukłak ziarna lub mąki - zapas na 10 dni. Za nami szła kuchnia: dwie służące niosły na ramionach w sznurkowych siatkach duże wydrążone tykwy, w których chlupotało kiszące się ciasto na endżerę. Był to zbytek, którego gotów byłem sobie odmówić, lecz dadiazmacz się przy tym upierał. Cały mój bagaż został załadowany na jednego muła i składał się z małego namiotu, jednej zmiany bielizny i dwóch dużych bukłaków kukurydzy dla służących. Ten zapas jedzenia miał wystarczyć na 10 dni. Dowódcą myśliwych był baldżeron73 Hajle Mariam, także Gallas, ochrzczony i starający się we wszystkim naśladować Abisyńczyków. Polowanie nie udało się. Dziesięć dni błąkaliśmy się, rozsyłając zwiadowców i szukając słoni tam, gdzie wcześniej zawsze były; znajdowaliśmy stare ślady, ale słoni nie było. Inna dziczyzna trafiała się w dużych ilościach, lecz strzelanie do niej było zabronione. Ostatniego dnia zabiłem w rzece Angar hipopotama. Galla już od doby nic nie jedli, gdyż żywność się skończyła. Wyciągnęli więc przy pomocy lian zabitego hipopotama na brzeg i w mgnieniu oka zjedli, piekąc jego białe mięso na ognisku. 2 marca wróciliśmy do Lekamti.

Handek - tak nazywa się kraina, w której polowaliśmy - obejmuje całą południową część biegu Angaru i wpadających do niego z lewej strony rzek oraz dolinę Didessy. Za Angarem zaczyna się Limu - włości godżamskiego negusa sięgające do rzeki Abaj. W następstwie straszliwej febry zarówno jedna, jak i druga dzielnica w swych nizinnych częściach są całkowicie bezludne. Zwabieni żyznością ziemi Galla schodzą tu w zdrowych porach roku, robią zasiewy, a potem przychodzą znów na zbiory. Duże połacie ziemi obsiane są bawełną. Trudno wyobrazić sobie piękniejszą krainę. Ograniczona od południowego wschodu, wschodu i północnego wschodu wysokimi górami, poprzecinanymi licznymi potokami i rzeczkami, których brzegi porastają gęste lasy, cała jest porośnięta niewysokimi drzewami owocowymi o jaskrawo zielonym, lśniącym listowiu. Drzewa te dają kilka rodzajów owoców, z których wszystkie mają bardzo cienką warstwę miąższu i pestkę w środku: w smaku są w większości kwaśne.

Następnego dnia po powrocie dadiazmacz zebrał inną partię myśliwych i 4 marca znów wyruszyliśmy, tym razem z oddziałem składającym się z 1000 Gallasów uzbrojonych tylko we włócznie. Zmierzaliśmy do miejsc, gdzie przez ostatnie trzy lata nikt słoni nie niepokoił. Przywódcami polowania byli azadż Hajle Jesus i agafari74 Walde Georgis. Na tysiąc ludzi czterystu jechało na koniach, a każdy z nich był uzbrojony w trzy małe dzidy. Pozostałych sześciuset szło pieszo; połowa z nich miała małe dzidy, reszta wielkie włócznie długości pięciu arszynów z olbrzymimi grotami i na arszyn długimi ostrzami. Taka włócznia nazywa się dżambi; ciska się nią ze szczytu wielkiego drzewa w przechodzącego słonia. Siła uderzenia jest tak wielka, że czasem włócznia przebija słonia na wylot; najczęściej do powalenia słonia wystarcza zaledwie jedna. W strzelby uzbrojeni byli tylko moi służący i kilku żołnierzy dadiazmacza. Z początku podzieliliśmy się na dwa oddziały, jeden pod dowództwem azadża, drugi agafari, i poszliśmy na zachód, do doliny Didessy. Po bezowocnych poszukiwaniach w okolicznych lasach trzeciego dnia znów się połączyliśmy i ruszyliśmy na północ, w kierunku działu wodnego między Angarem a Didessą. Przez pięć dni nasze poszukiwania kończyły się niepowodzeniem, mimo że wyruszaliśmy o świcie i zatrzymywaliśmy się na biwak dopiero o zachodzie słońca. Zadziwiała mnie wytrzymałość Gallasów, szczególnie wysyłanych przodem zwiadowców: jeśli my robiliśmy 40 wiorst, to oni na pewno nie mniej niż 60 przez zwarte, kolczaste zagajniki, częściowo przez gęstą, na poły spaloną trawę o ostrych i twardych źdźbłach. Patrząc na nie dziwisz się, jak można nie tylko chodzić po nich boso, ale i biegać.

Na biwak zatrzymywaliśmy się zwykle w dolinie jakiejś rzeczki. Kiedy zapadała noc i rozpalano ogniska, wszyscy starcy Galla zbierali się na naradę u azadża i rozważali, co przedsięwziąć i dokąd pójść nazajutrz. Siwi, małomówni, z nieodłączną fajką w zębach, rozsiadali się wokół ogniska i statecznie się naradzali. Czasem również wróżyli. Gdy obóz zaczynał cichnąć, codziennie powtarzał się ten sam dialog: miał on z jednej strony znaczenie rozkazu na następny dzień, z drugiej - publicznej modlitwy.

- Abe, abe - rozlegało się z jednego krańca obozu.

- E, e, e - odpowiadali z drugiego.

- Jutro wyruszymy wcześnie tam-i-tam.

- Dobrze, dobrze.

- Jest z nami gość.

- Wiem, wiem.

- Póki on nie wystrzeli, inni niech nie zaczynają.

- Dobrze, dobrze.

- Iść cicho, nie rozmawiać.

- Dobrze, dobrze.

- Niech Bóg nam pomoże znaleźć słonia.

- Niech tak będzie.

- Niech zatrzyma go w dogodnym miejscu.

- Niech tak będzie.

- Niech odwróci od nas jego kły i trąbę.

- Niech tak będzie.

- Niech uczyni lżejszymi nasze ciężary.

- Niech tak będzie.

- Niech trawa nie rani nam nóg.

- Niech tak będzie.

- Niech pomoże nam Mariam.

- Niech pomoże nam Georgis, Mikael, Gabriel.

- Słuchaj, słuchaj - krzyczy znów ten, do którego wcześniej mówili: - Niech Sajtan się na nas nie złości.

- Niech nie zsyła na nas goro.75

- Niech nie porazi nas chorobą.

- Angar, Didessa (rzeki) niech pomogą nam.

- Tulu Żirgo, Tume Sibu, Tibje (góry) niech nam pomogą.

- Módlcie się wszyscy do Boga, żeby nam pomógł - i wśród nocnej ciszy rozlega się przeciągła, żałosna pieśń. Ktoś prosi o łaskę, ktoś o zesłanie mu słonia, ktoś o wyostrzenie włóczni, niektórzy wyliczają swe dotychczasowe zwycięstwa i długo, długo w nocnej ciszy rozlegają się te żałosne dźwięki.

Wreszcie w niedzielę, 9 marca rano wysłani przodem zwiadowcy donieśli, że wpadli na świeży, nocny trop. Cała wataha (jeźdźcy - rysią, pozostali biegiem) pomknęła we wskazanym kierunku. Do południa nie mogliśmy dopędzić słoni. Wreszcie o pół do pierwszej zwiadowcy donieśli, że słonie odpoczywają w cieniu drzew przy najbliższym strumieniu. Azadż wydał rozkaz otoczenia słonia a 70 kawalerzystów - w liczbie tej i ja, jako że na tydzień przedtem kupiłem sobie przyzwyczajonego do polowania konia - ruszyło galopem. Przecwałowaliśmy ze trzy wiorsty, gdy nagle usłyszeliśmy krzyki: "Oto one" i o około 50 kroków od nas ujrzeliśmy uciekające przed nami olbrzymie stado słoni. Było ich sto: duże i małe. Cała ta czerwona od gliny strumienia masa machając uszami, trzęsąc całymi ciałami i wysoko podnosząc trąby, uciekała w panice. Strzeliłem kilka razy z konia, niektórzy moi towarzysze również, lecz słonie się schowały. Przez ten czas ci, którzy mieli dżambi, zdążyli powchodzić na drzewa stojące pośrodku strumienia, nadążyli także pozostali piesi uzbrojeni w dzidy. Próbujące uciec na tamtą stronę strumienia słonie zawrócili stojący tam kawalerzyści. Podpalili wokół trawę i wystraszone słonie rozbiegły się jak rozproszony lęg kuropatw. Znikąd nie było dla nich ratunku. W lesie atakowały je dżambi, na jego skraju - piesi włócznicy i moi słudzy ze strzelbami, a gdy tylko przedzierały się dalej, otaczaliśmy je jak rój much i ledwie nadążając za nimi na równinie porośniętej wysoką trawą i gęstymi drzewami, atakowaliśmy czym kto mógł. Kto miał strzelbę - strzelał, pozostali ciskali głęboko wbijające się w ciało włócznie, które słoń wyjmował trąbą z rany i ze złością rzucał w któregoś z nas. Ten, na kogo słoń się rzucał, ratował się ucieczką, a inni w tym czasie odciągali zwierzę na stronę. Przed słoniem, jeśli ściga pod górę, prawie nie można się uratować. Widziałem, jak zwierz rzucił się na galopującego o 20 kroków ode mnie Gallasa i w mgnieniu oka zdjął go trąbą z siodła, nabił sobie na kieł i rzucił o ziemię, zamierzając go rozdeptać; na szczęście w tym momencie odciągnęli go inni i porzucił swą ofiarę. W innego Gallasa słoń rzucił dużą złamaną gałęzią i pogruchotał mu rękę. 5, 10, 15 minut ścigania i słoń padał, uznany za zdobycz tego, kto pierwszy go ranił. Szczęśliwy myśliwy spieszył odrąbać mu ogon, koniec trąby i uszy - rzeczowe dowody jego zwycięstwa.

Interesujący widok przedstawiał teren polowania. Wokół z trzaskiem płonęła trawa, w lesie rozlegała się niekończąca się strzelanina i okrzyki strachu lub triumfu, a nad całym tym zgiełkiem panował ryk i skowyt ogłupiałych ze strachu słoni, rzucających się tymczasem to na jednego, to na drugiego. Galla zapewniają, że w takich chwilach słonie modlą się do Boga, rzucając w niebo piasek i trawę; to ostatnie osobiście widziałem.

Polowanie, które prawdę mówiąc bardziej przypominało bitwę, skończyło się dopiero o pół do siódmej. Nikt z nas od rana nie miał w ustach ani kęsa jedzenia, ani kropli wody. Pić z czerwonego od krwi strumienia było niepodobna. Lecz o tym nie myśleliśmy.

Zabiliśmy tego dnia 41 słoni. Pięć przypadło w udziale nam (trzy zabiłem ja a dwa moi słudzy). Straciliśmy pięciu ludzi: trzech zadeptały słonie, dwaj zginęli od naszych wystrzałów. Jeden był ranny, miał pogruchotaną prawą dłoń. Nie czując zmęczenia, ze zwycięskimi pieśniami wróciliśmy do obozu. Następnego dnia część ludzi udała się wyjmować kły, a część tropić ranne słonie. Zbadałem rany zadane strzelbą kalibru 7,6 mm; okazała się ona niezwykle skuteczna. Wszystkie moje słonie zabiłem przy jej pomocy, w tym jednego - jednym strzałem w głowę.

We wtorek zebrali się wszyscy starcy, by rozsądzić spory o to, kto pierwszy ranił słonia. Czego nie chwytali się Galla, by dowieść swego prawa do słonia: uciekali się i do przekupstwa, i do podstępów. Ale azadż wiedział z kim ma do czynienia. Odczekał, aż skończy się żywność i głód wskaże, kto miał rację. I nie zawiódł się. Ja zaś nie czekałem do zakończenia sporów, ponieważ co do moich słoni nie było wątpliwości, i pospieszyłem ze swymi trofeami do Lekamti. W czwartek, 13 marca w południe powitał mnie uroczyście dadiazmacz, a w piątek, czternastego o 3 po południu wyruszyłem do Adis-Ababy. Pożegnania były wzruszające: podczas polowania Galla bardzo mnie polubili, wielu z nich przyniosło mi w podarunku swoje włócznie pokryte nie zaschniętą jeszcze krwią słoni. Zrobili to całkowicie bezinteresownie. Z dadiazmaczem Gabro Egziabiejerem wymieniliśmy się podarkami. Ja podarowałem mu strzelbę na słonie Gras czwartego kalibru, a on mnie swą własną szablę i duży kubek z rogu bawołu. Zapomniałem dodać, że w drodze powrotnej Galla upolowali bawołu. Tropiliśmy go konno. Bawół wymykał się nadzwyczaj zwinnie i odpierał oszczepy rogami, ale utrata krwi i długi bieg zmęczyły go. Opuszczał głowę coraz niżej, wysoko podnosił ogon i dyszał ciężko, gdy podskoczył do niego Gallas i dobił go włócznią.

Opuściłem miasto Lekamti, bardzo ważny ośrodek handlowy. Przecinają się tu wszystkie drogi z południowej i zachodniej Abisynii do Godżamu i z tego ostatniego do Massowy. Poza tym w pobliżu znajdują się brody na Didessie i Abaju. Przechodzi również przez miasto droga z Ualagi do Szoa. Wreszcie, poza tym co już wymieniłem, tutaj skupia się cały handel złotem i tu mają siedziby najwięksi handlarze piżmem skupowanym w południowo-zachodnich dzielnicach. Lekamti to bardzo ożywiona miejscowość: pstra mieszanina języków, strojów i narodowości. Zobaczycie tu i Araba z Beni Szangul, i Murzyna, i Godżamczyka, i Tigrejczyka, i Gallasa. Jest nawet jeden Grek i jeden Anglik. Są to dwaj bardzo interesujący osobnicy. Grek, balambaras76 Georgis, osiedlił się tu 25 lat temu; walczył w szeregach negusa Tekla Hajmanota i brał udział w buncie przeciw niemu. Kilkakrotnie zakuwano go w kajdany i znów przebaczano. Odlewał swego czasu armaty dla negusa, teraz zaś żyje w Lekamti i jest głównym handlarzem skupującym złoto i piżmo cywet. Opisał swe życie w ilustrowanej książce, napisanej po grecku.