ROZDZIAŁ PIERWSZY
Wytłumacz to KGB
Witold Jurasz / Białoruś
- Ale na pewno nie będzie można mnie zidentyfikować?
Zapewniam mojego białoruskiego rozmówcę, że zadbam o jego anonimowość i zmienię jego imię oraz zawód.
- A jeśli mimo to się domyślą? To może zmień płeć. I wymieszaj wszystko
tak, żeby nikt w KGB się nie zorientował, że ze mną rozmawiałeś.
Gwarantuję mu, że nikt go nie rozpozna. Mimo to Paweł, białoruski
biznesmen, jest bardzo oszczędny w słowach.
Ostrożna jest również pracująca w Polsce jako kierowca taksówki Tamara,
której mąż nadal znajduje się na Białorusi. Co prawda to ona była
zmuszona do wyjazdu z powodu udziału w demonstracjach, a nie on, ale kto
wie, czy pewnego dnia represje białoruskich władz nie dotkną również jej
męża. Dlatego wkrótce i on wyjedzie. Zresztą dołączyłby do żony już
dawno, ale na razie nie jest w stanie uzyskać wizy.
W demonstracjach przeciwko Łukaszence nie brał udziału informatyk Igor,
który ostatecznie wyjechał nie ze strachu, ale dlatego, że w pewnym
momencie uznał, iż nie ma już żadnego sensu, żeby dłużej pozostawać w kraju.
- Białoruś to kraj bez przyszłości - mówi.
Pytam, czy skoro nie podpadł władzy, to może wrócić. Igor kiwa przecząco
głową. Po wyjeździe zaczął pisać komentarze w mediach społecznościowych,
za co może trafić do więzienia. Strach niby nie towarzyszy mu na co
dzień, ale białoruskie służby wyspecjalizowały się w śledzeniu nie tylko
opozycjonistów - śledzą też zwykłych obywateli, którzy od czasu do czasu
zamieszczają w sieci niepochlebny komentarz o reżimie.
- Cały problem w tym, że to jest loteria. Nie wiesz, czy cię dopadną.
Jeżeli cię namierzą, to może aresztują, a może jednak nie. Może wsadzą
cię do więzienia na tydzień, a może na kilka lat. W efekcie, jadąc na
Białoruś, nigdy nie wiesz, czy stamtąd wrócisz, czy zostaniesz
zatrzymany. Kilka razy odwiedzałem rodzinę, ale czułem, że igram z losem. Po pewnym czasie stwierdziłem, że mam już tego dość.
- Czyli teraz to rodzice przyjeżdżają do ciebie?
- Mama tak, natomiast ojciec uważa, że zaprzedałem się Zachodowi.
Ostatnio nawet wykrzyczał mi przez telefon, że wspieram NATO. Tak,
jestem po stronie Ukrainy i nie popieram tej wojny. On z kolei uważa, że
Amerykanie szykowali napaść na Rosję. Próbowałem mu tłumaczyć, że tutaj
wszyscy o niczym innym nie marzą, jak tylko o tym, żeby się Putin
odczepił od Zachodu, a przy okazji my na Białorusi też. Mój ojciec jest
jednak głęboko przekonany, że jest dokładnie na odwrót, i Amerykanie
oraz CIA chcą napaść na Rosję i Białoruś. Próbowałem przekonać go, żeby
zaczął czytać opozycyjne strony internetowe, ale nic do niego nie
dociera. Nie jeżdżę również dlatego, że nie chcę mu powiedzieć tego, co
o nim myślę.
- A może on się boi? Może chce mieć pewność, że nie będziesz mówił, co
myślisz, bo to może być niebezpieczne.
- Nie, nie o to chodzi. To nie jest kwestia strachu. Mój ojciec ma po
prostu mózg tak wyprany przez propagandę, że nie jestem w stanie z nim
rozmawiać, nie mam z nim już nic wspólnego.
- A twoja mama?
- Z mamą staram się tego tematu nie poruszać. Ona ma co prawda takie
poglądy jak ja, ale kocha ojca i gdybyśmy zaczęli szczerze rozmawiać o polityce, to musiałaby przyznać, że jej mąż całkowicie zgłupiał. Za
każdym razem, kiedy tu przyjeżdża, widzę smutek i strach w jej oczach.
Wiesz, najbardziej mnie to uderzyło, kiedy, jeszcze za rządów PiS, w Warszawie odbywała się wielka demonstracja ówczesnej opozycji. Mama była
przerażona i chciała, żebyśmy szybko uciekali, bo była przekonana, że
zaraz pojawią się policjanci i będą pałować. Tłumaczyłem jej, że nic
takiego się nie stanie i że możemy po prostu się przyglądać. Stała obok
mnie i mimo że było ciepło, założyła chustkę i okulary. Ona po prostu
bardzo się bała, że ktoś ją sfotografuje.
Igor opowiada o swoich spostrzeżeniach z mieszaniną rozbawienia i smutku. Pytam go, kim z zawodu są jego rodzice. Okazuje się, że pochodzi
z inteligenckiej rodziny, rodzice mają wolne zawody.
- To mnie przeraża najbardziej, że wykształceni ludzie mogą być tak
bardzo zniewoleni. Bo przecież w przypadku ojca dokładnie z tym mam do
czynienia... To jaką przyszłość ma mój kraj?
- Czy decyzja o emigracji była łatwa?
- Dla mnie tak, jestem informatykiem. Wyjeżdżając, spakowałem się jak na
wycieczkę, a wszystko, co było mi potrzebne, umieściłem w chmurze na
wszelki wypadek. Nie wziąłem nawet swojego laptopa, bo uznałem, że
prościej będzie kupić nowy w Polsce. To był czas, kiedy na granicy
sprawdzano, z czym wyjeżdżasz, by wiedzieć, czy na stałe, czy na krótko.
- Ja, nawet kiedy wyjeżdżam na weekend, to biorę ze sobą laptop -
wtrącam.
Igor się uśmiecha:
- Wytłumacz to KGB na granicy. Jak widzą laptop, to zakładają, że
emigrujesz. A jak zakładają, że emigrujesz, to zaczynają cię sprawdzać
we wszystkich bazach danych. A kto wie, czy czegoś tam na mnie nie mają?
Więc na wszelki wypadek wyjechałem bez komputera.
* * *
Zupełnie inna jest historia polityka opozycji Maksima, którego imię
również zostało tu zmienione dlatego, że jego ocena białoruskiej
rzeczywistości jest niezgodna nie tylko z reżimową wykładnią, ale
również z linią obowiązującą wśród opozycji.
- Dla mnie sprawa była oczywista - mówi Maksim. - Najpierw swoje
odsiedziałem, potem wyjechałem. Nie mam powrotu. Nie wiem, czy pamiętasz
naszą rozmowę z 2011 roku, kiedy spotkaliśmy się w Wilnie?
Oczywiście, że pamiętam. Z Maksimem znam się z czasów, kiedy jeszcze nie
byłem dziennikarzem, lecz pracowałem jako dyplomata na Białorusi.
- Powiedziałem ci, że jeszcze rok, dwa i to wszystko się zawali, a ja
wrócę na Białoruś - kontynuuje Maksim.
- A pamiętasz, co ci poradziłem?
- Tak, żebym sobie ułożył życie, założył rodzinę, a na Białoruś wrócę,
jak dobrze pójdzie, za 20 lat. Minęło już 14 lat z tych 20, które mi
wtedy wróżyłeś.
- Myślisz, że w ciągu sześciu lat dasz radę wrócić?
- Myślę, że może się tak złożyć, że nigdy nie wrócę.
- A rodzinę założyłeś?
- Tak, ale jeżeli pytasz mnie o to, czy zapuściłem tu korzenie, to
jestem cały czas, jak to się mówi, na walizkach. To znaczy, wszystko
wydaje mi się takie... tymczasowe. Czuję się, jakby to był jakiś urlop,
przecinek, nawias, coś nierzeczywistego.
Pytam Igora, czy on również czuje się tak, jakby był w Polsce tylko na
chwilę. Zaprzecza.
- Postanowiłem związać swoje życie z Polską. Chociaż powiem ci uczciwie,
że po pierwszych dwóch latach zastanawiałem się, czy nie emigrować
dalej. Wielu moich kolegów pojechało na Zachód. To jest w ogóle dylemat,
czy jeżeli wyjeżdżasz, to masz traktować swój pobyt jako tymczasowy i być Białorusinem na emigracji, czy może stać się Polakiem, Niemcem,
Szwedem i tak dalej. Nie jestem tu tymczasowo, a równocześnie dobrze się
czuję ze świadomością, że jestem blisko kraju. Może chodzi też o to,
żeby rodzice mieli bliżej? Kiedy rozmawiałem z mamą, to zawsze używała
tego argumentu. Niby nie ma żadnej różnicy, czy jestem tu, czy gdzieś
dalej... Jak przyjeżdża do mnie, to tak czy siak płacę za jej przyjazd.
Najwyżej wsiadłaby w samolot. Szczerze? Myślę, że mój wyjazd to jest dla
nich dramat, bo jestem ich jedynym synem i matka chciałaby mieć
poczucie, że jestem w jakimś sensie blisko.
- A ojciec?
- Nie wiem. Mam nadzieję, że też.
* * *
Paweł jest biznesmenem z majątkiem wartym kilkanaście milionów dolarów.
Jego syn studiuje w Warszawie, a córka po zakończeniu studiów na
Uniwersytecie Jagiellońskim osiadła w Krakowie. On nie wyemigrował, ale
gdy pytam go o poczucie tymczasowości, opowiada, że przez kolejne lata
krok po kroku wywiózł już z Białorusi kilka milionów.
- Gdybym wyjechał z dnia na dzień, straciłbym wszystko. A tak to, jakby
co, sporo mam na Zachodzie.
Gdy pytam go, czy jego dzieci trafiły do Polski, a nie do innego kraju,
żeby być bliżej Białorusi, stwierdza:
- Przede wszystkim musieliśmy je szybko wywieźć, bo i syn, i córka
chodzili na demonstracje i panicznie się baliśmy, że trafią do
więzienia. Pewnie dałbym radę jakoś ich wyciągnąć, ale nawet miesiąc w więzieniu KGB to jest horror. Chłopak jeszcze by sobie dał radę, ale
przecież dziewczyny zdarzało się, że gwałcili.
Gdy wracam do pytania, dlaczego wybrali Polskę, Paweł przyznaje:
- Chodziło chyba o to, że zakładałem, iż kiedyś może dzieci będą mogły
wrócić. I nie chciałem, żeby wyjechały do jakiegoś kraju, który byłby
kulturowo tak odległy, że z czasem na powrót nie byłoby szans. Inna
sprawa, że jak założą rodziny, to też nie wrócą. Na tamtym etapie
chodziło o to, że wasz kraj jest swojski, mamy wiele wspólnego.
Paweł w Polsce jest raz na kilka miesięcy. Czasem kupuje bilety do
Dubaju, by tam spędzić z dziećmi kilka dni.
- Problem polega na tym, że córka zaczęła już pracę i ma tu męża. Nie
chce spędzać każdych wakacji z rodzicami. Dla nas z kolei urlopy to
jedyny czas, kiedy możemy się z nimi widywać, więc przyjeżdżamy po
prostu do Polski. Niby turystycznie, a tak naprawdę po to, żeby się z nimi zobaczyć. Nie byłem chyba gotowy na to, że całkowicie opuszczą dom
rodzinny. To się stało nie tak jak zazwyczaj, etapami, ale w zasadzie z dnia na dzień. Dzieci nie mają z tym problemu, moja żona też nie. Ale ja
tak.
- Macie przecież komunikatory.
- Komunikatorom to jednak nie ufam. To znaczy, rozmawiamy sobie na
tematy rodzinne, ale pewnych pytań nie możemy zadawać. Oni to rozumieją
i my to rozumiemy.
- Możecie mówić aluzjami.
- Wolę nie mówić nawet aluzjami, mam za dużo do stracenia. Więcej
wolności masz, jak mieszkasz w Brześciu, a właściwie w bezpośredniej
bliskości granicy. Bo wtedy kupujesz polską kartę SIM, wyłączasz
roaming, czyli nie przełączasz się na sieć białoruską, i serfujesz po
Internecie tak, jakbyś był w Polsce. Chociaż niektórzy mówią, że służby
i tak mogą wyłapać twoje komentarze. Więc ja sobie tylko czytam, ale nic
nie komentuję.
* * *
Gdy pytam Tamarę, kiedy ostatnio widziała się z mężem, tłumaczy, że
niestety jest ciągły problem z uzyskaniem wizy do Polski, a w zasadzie z umówieniem się na rozmowę w tej sprawie, i to blokuje jego przyjazd.
- Gdyby nie to, nie zobaczylibyśmy Stambułu. Mąż na Białorusi wykupił
wycieczkę do Turcji, a ja poleciałam tam z Polski.
Tamarę, w przeciwieństwie do pozostałych rozmówców, spotkałem całkowicie
przypadkowo. Zamówiłem kiedyś Bolta i zaczęliśmy rozmawiać. Nie
spodziewałem się tak eleganckiej kobiety jako kierowcy taksówki. Z ciekawości spytałem, z jakiego jest kraju, i gdy dowiedziałem się, że z Białorusi, zaciekawiły mnie okoliczności jej przyjazdu. Okazało się, że
była wykładowczynią na wyższej uczelni.
Czy nie czuje się upokorzona tym, że mając doktorat, zajmuje się teraz
jeżdżeniem taksówką? Tamara przyznaje, że takie uczucie towarzyszyło jej
bardzo długo. Paradoks polega na tym, że prowadząc taksówkę w Polsce,
jest w stanie zarobić znacznie więcej niż na Białorusi jako wykładowca.
- Przyzwyczaiłam się. Jedyna różnica polega na tym, że w Mińsku mieliśmy
piękne mieszkanie, a tutaj wynajmuję pokój. W dwóch pozostałych
mieszkają studenci.
- To nie boli?
- Boli. I to bardzo.
Dlaczego wyjechała?
Została uprzedzona przez przyjaciółkę, której mąż pracował w KGB, że
grozi jej aresztowanie.
* * *
Podobnie białoruską rzeczywistość opisuje Paweł, który zdołał sprawdzić,
czy w bazie danych osób poszukiwanych nie znajdują się jego dzieci.
- Gdyby tam były, wyjechalibyśmy na Zachód przez Rosję. Jak wiesz, na
granicy Białorusi z Rosją przez długi czas nie było żadnej kontroli,
istniała więc ta zaskakująca droga ucieczki. Teraz to się oczywiście
zmieniło.
Paweł dodaje, że w ostatnim czasie można zaobserwować ciekawe zjawisko.
Odkąd wyjazdy na Zachód stały się dla Rosjan znacznie trudniejsze, wielu
zaczęło przyjeżdżać na Białoruś.
- Mamy zatrzęsienie turystów z Rosji. Zwiedzają gubernię - dodaje
złośliwie.
Igor, który jako informatyk jest na bieżąco ze wszystkim, co się dzieje
w sieci, zwraca moją uwagę na to, że kawiarnie i restauracje na
Białorusi bardzo dbają o dobre opinie w Google.
- Kiedyś, kiedy głównie miejscowi chodzili do kawiarni i restauracji,
żadnych opinii na Google mieć nie musiałeś. Teraz, jak ktoś prowadzi
restaurację, to musi zebrać oceny przynajmniej 4,1 lub 4,2, żeby
przyciągnąć rosyjskich turystów, którzy niezmiennie mają więcej
pieniędzy.
Białoruś, którą sam pamiętam sprzed 15 lat, to kraj, w którym w mniejszych miastach trudno było cokolwiek przyzwoitego zjeść. Dzisiaj w każdej miejscowości jest przynajmniej kilka dobrych lokali.
- To jest uderzające - ocenia opozycjonista Maksim, podkreślając, że
przecież sytuacja gospodarcza na Białorusi ewidentnie się pogarsza, co
widać po jakości dróg.
Jego uwaga bardzo mnie zaskakuje, bo jeszcze 15 lat temu białoruskie
drogi były lepsze niż polskie.
- To odległa przeszłość - stwierdza Paweł. - Łukaszence w pewnym
momencie ewidentnie zaczęło brakować pieniędzy i kilka lat temu musiał
nawet publicznie przyznać, że na Białorusi jest problem z jakością dróg.
Paweł, podobnie jak Maksim, wskazuje na fakt, że rosnącym kłopotom
gospodarczym towarzyszy równocześnie rozkwit branży restauracyjnej i klubowej. Po pierwsze dlatego, że przyjeżdżają turyści z Rosji. Po
drugie, Łukaszenko ostatecznie pogodził się już z tym, że musi pozwolić
ludziom się bogacić. W efekcie nawet w mniejszych miastach można wypić
sojowe latte albo matchę.
Tamara przekonuje, że w pewnym momencie, zaraz po demonstracjach w 2020
roku, pojawiło się wręcz odgórne zalecenie, żeby dbać o rozrywki dla
młodzieży.
- Chodziło o to, żeby się bawili, a nie spiskowali. To naprawdę proste.
Paradoks sytuacji polega na tym, że na Białorusi, jak zgodnie zauważają
moi rozmówcy, jest z jednej strony biedniej niż kiedyś, a z drugiej
uderza też bogactwo, którego kiedyś nie było. Białoruś przez długie lata
była krajem z bardzo niedużymi różnicami majątkowymi. Dziś, jak
stwierdza Tamara, "z łukaszenkowskiego socjalizmu już niewiele zostało".
Paweł podkreśla, że dzisiaj na Białorusi dwa tysiące złotych to naprawdę
przyzwoite wynagrodzenie. Równocześnie wiele towarów jest droższych niż
w Polsce. Tamara z uniwersyteckiej pensji była w stanie kupować tylko
zupełnie podstawowe produkty żywnościowe. Świadomość rosnącej biedy
spowodowała, że władze zaczęły wprowadzać ceny urzędowe czy też,
precyzyjniej rzecz ujmując, maksymalne ceny urzędowe na niektóre
kategorie towarów.
Igor wspomina, że przed obecną wojną Wilno było miastem, w którym każdy
białoruski informatyk bywał przynajmniej raz na miesiąc.
- Różnica polega na tym, że kiedyś jeździło się tam na zakupy. A teraz,
żeby spotkać znajomych, bo dobrze ponad połowa białoruskich informatyków
osiadła na Litwie.
* * *
Gdy pytam Igora, co było impulsem, by wyjechać, skoro - inaczej niż
wielu jego kolegów - nie opuścił kraju zaraz po stłumieniu białoruskiej
rewolucji, odpowiada jednoznacznie:
- Wojna. Wtedy zrozumiałem, że to już koniec. Albo wyjadę, albo będę
całe życie w takim sowieckim syfie żył. Wcześniej się ociągałem, ale
napaść Rosji na Ukrainę była tym momentem, który zaważył. Nie wahałem
się już ani sekundy dłużej. To był dzień, w którym przede wszystkim
uspokajałem swoją żonę. Nigdy nie sądziliśmy, że dożyjemy czegoś
takiego. Powiem ci uczciwie, ja się czuję jako Białorusin winny.
Paweł widzi to podobnie.
- Nie wysłaliśmy tam naszych wojsk, ale tak czy inaczej wzięliśmy w tym
udział. Ja osobiście strachu nie odczuwałem, ale bałem się, żeby moje
dzieci nie miały w Polsce jakichś kłopotów. Na szczęście szybko się
okazało, że pomijając kilka zupełnie odosobnionych incydentów, Polacy
nie obciążali Białorusinów żadną odpowiedzialnością za to, co się stało.
Tamara dodaje, że może nawet lepiej być w Polsce Białorusinem niż
Ukraińcem. Wspomina pasażera, który zaczął w bardzo niesympatyczny
sposób rozmawiać z nią, pytając, czy popiera Banderę. Uspokoił się, gdy
usłyszał, że jest z Białorusi.
- Nie spodziewałam się, że bycie obywatelem kraju sprzymierzonego z Rosją może w którymś momencie oznaczać, iż jest się w Polsce lepiej
odbieranym...
Maksim twierdzi, że w dniu wybuchu wojny wielu polityków białoruskiej
opozycji spodziewało się, iż wywoła to taki wstrząs, że ludzie znów
wyjdą na ulice.
- Wyszliby, gdyby Łukaszenko wysłał nasze wojska do walki - uważa
Maksim. - Wtedy rzeczywiście mogłoby dojść do buntu. Przy czym jako
pierwsza zbuntowałaby się sama armia.
Przypominam mu, że nadzieje na bunt struktur siłowych dominowały w środowiskach opozycyjnych już w czasie protestów po wyborach w 2020
roku, i pytam, czy nie jest zbyt naiwny, wciąż na to licząc. Maksim
odpowiada, że po stronie Rosji walczyłyby pewnie lojalne siły specjalne
złożone z zawodowych żołnierzy, natomiast zwykła armia poborowych albo
nie wykonałaby rozkazu, albo by się zbuntowała. Według Maksima to
dlatego Łukaszenko nie przyłączył się bezpośrednio do działań wojennych.
Paweł wspomina, że w tygodniach poprzedzających wybuch wojny i w tych,
które nastąpiły bezpośrednio po rozpoczęciu rosyjskiej inwazji, na
ulicach białoruskich miast zaroiło się od rosyjskich żołnierzy. Pamięta
sytuację, kiedy w centrum handlowym w Mińsku dwóch rosyjskich oficerów
spytało go, gdzie jest kantor. Na co żona Pawła po białorusku
odpowiedziała, że bardzo przeprasza, ale nie rozumie języka rosyjskiego.
- Uwierz mi, że wszyscy wokół się uśmiechali. My naprawdę czymś się
jednak od Rosjan różnimy.
Z tą opinią zgadzają się wszyscy pozostali moi rozmówcy. Podkreślają, że
na Białorusi, inaczej niż w Rosji, wojny niemal nikt nie popierał. Igor
wspomina, że bezpośrednio po rozpoczęciu inwazji w białoruskim
Internecie zaroiło się od filmów z przeróbkami wystąpienia Aleksandra
Łukaszenki, w którym uzasadniał konieczność rosyjskiej napaści na
Ukrainę. Kilka z nich przedstawiało go jako homoseksualistę, chociaż
raczej należałoby użyć powszechnie stosowanego za naszą wschodnią
granicą słowa pidarasa.
Nieco mniej optymistyczna jest Tamara. Podkreśla, że wielu studentów na
Białorusi niestety zaczęło przyjmować rosyjską perspektywę.
- To nie jest tak, jak twierdzą zwolennicy opozycji, że Łukaszenki i Rosji nikt nie popiera. Robi to mniejszość, ale dostatecznie liczna. Nie
wiem, czy to jest 30 czy 40 procent ludzi, ale na pewno jest ich
dostatecznie wielu, żeby białoruski reżim z jego prorosyjskim
nastawieniem miał jednak jakieś oparcie w społeczeństwie - twierdzi
Tamara. - Najgorsze jest to, że Zachód odpuścił sobie Białoruś.
Wszyscy moi rozmówcy, gdy pytam ich o kwestię polskich wiz, stwierdzają,
że nie rozumieją, dlaczego Polska nie robi wszystkiego, żeby jakoś
ułatwić Białorusinom przyjazdy do nas.
- Przecież moglibyście dawać pięcioletnie wizy Schengen i wprowadzić
elektroniczną kolejkę, tak jak jest to zorganizowane po stronie
białoruskiej. To chyba dobrze, żeby Białorusini wyjeżdżali do Polski,
czy też dalej na Zachód, i wracali do siebie, opowiadając, że gdzieś
obok, naprawdę blisko jest zupełnie inny świat - mówi Paweł. - Teraz
wyjazdy do Polski są dla nas logistycznym koszmarem. I jest w tym bardzo
dużo polskiej winy. Ja czasem naprawdę wolę polecieć do Polski przez
Dubaj. No ale to jest paranoja.
* * *
Jak wygląda codzienne życie Białorusinów? Tamara, Paweł, Igor i Maksim
odpowiadają mi zdziwionym spojrzeniem i mówią, że ludzie żyją
zwyczajnie. Tamara dodaje, że młodzi ludzie oczywiście będą się bawić w każdych okolicznościach, bo takie jest prawo wieku. Będą się wygłupiać i chodzić na imprezy.
- Ale panuje też poczucie beznadziei. Tu nie chodzi tylko o kwestie
wolności czy też praw politycznych, ale o poczucie, że nie możesz nic
osiągnąć. To jest troszkę tak, jak u was w latach osiemdziesiątych,
chociaż my porównujemy to częściej do epoki breżniewowskiej. To znaczy,
masz to, co masz, i nie będziesz mieć nic więcej.
Z tą ostatnią opinią nie do końca zgadza się Paweł, który ocenia, że
masowa emigracja spowodowała, iż paradoksalnie dla ludzi zamożnych
otworzyło się dużo możliwości.
- Ja na przykład kupiłem dwie firmy, które sprzedawali ludzie emigrujący
z Białorusi - mówi Paweł.
O wyprzedaży majątku opowiada też Igor, według którego wyjechało ponad
80 procent jego znajomych z branży. Pierwsza fala po spacyfikowaniu
demonstracji opozycji w 2020 roku i druga - po wybuchu wojny. Wszyscy
sprzedawali na przykład mieszkania.
Zapytany o codzienne życie na Białorusi Maksim stwierdza, że jest już
tyle lat na emigracji, iż nie jest przekonany, czy jeszcze wie cokolwiek
o własnej ojczyźnie.
- To jest zresztą chyba nasz największy problem. Kiedyś napisałeś dość
ironicznie o nas jako o "rządzie londyńskim". I tak to niestety chyba
jest. Nie mamy już dzisiaj nie tylko żadnego wpływu na to, co się dzieje
na Białorusi, ale przede wszystkim nie wiemy, co tam się dzieje. To
znaczy znamy fakty, nominacje, obserwujemy przetasowania kadrowe, ale
nie czujemy sytuacji. Z tego, co słyszę od znajomych, ludzie uciekają w życie prywatne. Każdy, kogo stać, jeździ sobie na wycieczki
krajoznawcze. Ludzie chodzą na spacery, częściej odwiedzają muzea. Modny
stał się sport, zajęcia z tańca, joga. No wszystko, rozumiesz, co nie
jest podejrzane.
Słowa Pawła potwierdza Tamara.
- To jest dość popularny sposób demonstrowania białoruskiego
patriotyzmu. Niby nic, ale demonstrujesz w ten sposób przywiązanie do
swojego kraju. Powstał też bardzo specyficzny język: słowa klucze, przy
pomocy których podkreślasz swoją białoruskość - tłumaczy Tamara.
O tym, że coraz więcej ludzi zaczyna się uczyć białoruskiego, mówi
również Paweł, którego żona opanowała białoruski do perfekcji.
Równocześnie jednak to wszystko jest działaniem indywidualnym, oddolnym.
- Na pewno nie ma na Białorusi czegoś takiego, co wy mieliście w Polsce
w latach osiemdziesiątych, czyli oparcia w Kościele. Cerkiew prawosławna
jest nie tylko lojalna wobec reżimu, ale chyba też lojalna w stosunku do
Rosji. Nieco inaczej wygląda sytuacja Kościoła katolickiego, który
jednak trzyma się z dala od polityki. Nie ma zresztą innego wyjścia,
jest mniejszościowy i jeżeli tylko się zaangażuje w politykę, to
przestanie istnieć.
Igor stwierdza, że być może coś takiego jak wzrost popularności języka
białoruskiego rzeczywiście ma miejsce, ale gdyby on miał opowiedzieć o swoim środowisku, to raczej byłaby to opowieść o braku zainteresowania
czymkolwiek poza życiem prywatnym.
- Dla mnie największym szokiem było to, jak łatwo jest człowiekowi
odebrać wszystko, co ma - mówi Igor. - Tym zresztą różniły się represje
z 2020 roku od tych poprzednich. One po prostu stały się powszechne.
Wiem, że może sam powinienem się bardziej interesować życiem publicznym,
ale mam jedno życie i chcę je przeżyć w miarę sensownie, dlatego unikam
jakiejkolwiek aktywności. Nic dobrego zresztą z tego całego
demonstrowania nie wyszło. Ludzie chcą po prostu żyć.
Pytam moich rozmówców o życie kulturalne na Białorusi. Wszyscy zgodnie
twierdzą, że nie ma niczego, co nie byłoby sprawdzane przez KGB:
działalność artystyczna czy jakakolwiek niszowa aktywność. Paweł, który
ma w strukturach reżimu wielu znajomych, zauważa:
- Nawet ludzie na stanowiskach dziwią się, do jakiego stopnia władze
oszalały. Był taki moment, że nawet organizacje kobiece czy broniące
praw zwierząt były sprawdzane pod kątem prawomyślności. A ty mnie pytasz
o jakieś offowe teatry. Daj spokój!
Zdaniem Tamary na Białorusi tak naprawdę były łącznie cztery lata czegoś
na kształt demokracji. Był to zresztą według niej "bardziej chaos niż
demokracja w zachodnim znaczeniu tego słowa".
- My jesteśmy po prostu Związkiem Radzieckim. A jak jesteś Związkiem
Radzieckim, to dla wielu ludzi emigracja wewnętrzna jest stanem
naturalnym - tłumaczy.
Paweł dodaje, że Białoruś to, owszem, ZSRR, ale z prywatnym kapitałem,
bo jednak przedsiębiorców prywatnych na Białorusi są tysiące.
- A multimilionerów?
- Setki, jeśli nie tysiące.
Ciekawi mnie opinia moich rozmówców, czy przedsiębiorcy mogą być siłą,
która jest w stanie zmienić Białoruś.
Paweł na takie pytanie przecząco kiwa głową i stwierdza, że ci, którzy
mogliby być zagrożeniem dla reżimu, dawno już wyjechali.
Z powyższą uwagą zgadza się Maksim. Jego zdaniem odkryciem, które
poczynili białoruscy biznesmeni, jest to, że zupełnie swobodnie można
funkcjonować w obiegu gospodarczym pomiędzy Białorusią, Rosją, Chinami,
Turcją i Zjednoczonymi Emiratami Arabskimi. Przecież przelewy zawsze
możesz zrobić przez bank w Dubaju. Na wakacje możesz polecieć na Bali
albo do Turcji. Samochód możesz kupić chiński.
Pytam przy okazji o białoruską motoryzację. Paweł stwierdza, że Białoruś
w coraz większym stopniu upodabnia się do Rosji, gdzie salony
samochodowe zachodnich marek zostały zastąpione przez salony samochodowe
chińskich marek.
- Dwadzieścia lat temu to byłaby rzecz smutna, bo oznaczałaby jeżdżenie
tanimi podróbkami. Ale teraz Chińczycy produkują już naprawdę luksusowe
auta. Zresztą Lexusa też przecież możesz u nas kupić.
A gdzie wolność?
- W tym, że masz paszport i połączenie ze światem, jeśli nie
bezpośrednio, to przez Dubaj albo Stambuł - mówi Paweł.
* * *
A jak wygląda stosunek Polaków do Białorusinów?
- Mam wrażenie, że wy w ogóle nie macie jakiegoś szczególnego stosunku
do nas, bo tak naprawdę nie do końca wiecie, co to jest ta Białoruś i kto to są ci Białorusini - ocenia gorzko Igor. - Jakiś taki naród, który
mieszka obok, ale za bardzo nie wiadomo, czym jest. Wy, Polacy, macie
jakiś określony stosunek do Rosjan, macie jakiś stosunek do Ukraińców,
nawet Litwini istnieją w waszej świadomości. Czesi to są dla was Pepiki
i macie ich gdzieś, ale przynajmniej nazwaliście ich jakoś. A do
Białorusinów nie macie żadnego stosunku. I to nawet zresztą dobrze.
Łatwiej się w tłum wtopić.
Maksim, który głównie z powodu właśnie tej wypowiedzi prosił mnie, żebym
zmienił jego imię, stwierdza, że Polacy mają generalnie dobry stosunek
do Białorusinów, ale to dotyczy tych Polaków, którzy nie mają pojęcia o Białorusinach.
- Niestety ci, którzy się nami zajmują, a już na pewno ci, którzy
bohatersko z biur w Warszawie walczą o wolność na Białorusi, chyba
niezbyt nas szanują - twierdzi Maksim. - Albo wiesz co, może powiem tak,
jak ty to czasem pisałeś. Wyczuwam w waszym polskim stosunku do nas
pogardę.
Kiedy pytam o przejawy tego braku szacunku czy też nawet pogardy, o której nieraz rzeczywiście pisałem, Maksim podkreśla, że nie chodzi o to, iż białoruska opozycja w Polsce dostaje dostatecznie dużo pieniędzy,
żeby nie umrzeć z głodu, a jednocześnie niedostatecznie, żeby móc
działać, ale o coś znacznie bardziej dla opozycji i narodowej godności
ważniejszego:
- Cała ta pomoc jest wydzielana tak, żeby dać nam odczuć, że jesteśmy
dziadami - twierdzi Maksim. - W czasie rozmów o Białorusi bardzo często
padają słowa, że Białorusini są narodem, za przeproszeniem, bez jaj,
takim, który nie jest zdolny do stawiania oporu.
I pyta retorycznie:
- A gdzie jest ten wasz opór, kiedy polscy politycy zachowują się w skrajnie nieodpowiedzialny sposób w obliczu wojny? Tak, Solidarność się
wam udała, ale co wy tak naprawdę niby wiecie o obalaniu dyktatury, i to
nie takiej, która albo zgniła i chce oddać władzę, albo takiej jak ta
pisowska, czyli z tektury, która nie wsadziła ani jednego więźnia
politycznego, ale takiej prawdziwej? Bo nam się, owszem, nie udało, ale,
do cholery, próbowaliśmy, i to kilka razy.
Gdy odpowiadam, że chodzi o sytuację, gdy na ulice wychodzą setki
tysięcy ludzi, Maksim przypomina, że Białorusini wychodzili na ulice na
początku niepodległości, a następnie w roku 2020. I dodaje:
- No dobrze, może to jest raz na 30 lat, ale czy wy robicie rewolucję
częściej niż raz na 30 lat?
Żal w głosie słychać też, gdy rozmawiam z Tamarą, która mówi, że Polacy
zauważają tylko te narody, które w nich przekonaniu zrobiły Polsce
krzywdę.
- A z nami jest tak, że jeśli już ktoś komuś kiedyś coś złego zrobił, to
na pewno nie Białorusini Polakom. Białoruś to w polskim odbiorze tacy,
nie wiem, jak to powiedzieć po polsku... kołchoźnicy. Niegodni uwagi.
Na uwagę Tamary odpowiadam, że może chodzi o to, że obraz Białorusi w oczach Polaków stworzył Łukaszenko, a precyzyjniej, fakt, że był
dyrektorem sowchozu. Może przez to, że w przekonaniu polskich polityków
był po prostu człowiekiem ze wsi, by nie rzec wieśniakiem, to go nie
docenialiśmy i w efekcie najpierw go poparliśmy, bo uważaliśmy, że jest
głupkiem, a później z kolei nieskutecznie z nim walczyliśmy.
Maksim w rozmowie na ten temat stwierdza, że cały problem polega na tym,
że Łukaszenko jest człowiekiem wykształconym, który znakomicie udawał, a chwilami wciąż jeszcze udaje wiejskiego głupka. A tymczasem jest
niezwykle sprytnym, owszem, w bardzo sowieckim typie, ale jednak
inteligentnym człowiekiem.
Gdy pytam o ten malowany przez Polaków obraz Białorusinów jako ludzi
prostych i nieskomplikowanych, zastanawiam się, czy nasz stosunek do
Białorusinów nie jest w jakimś stopniu pochodną pogardy, którą polska
inteligencja odczuwa w stosunku do polskiej wsi.
Paweł zaznacza, że jego pochodzący z pogranicza polsko-białoruskiego
dziadek opowiadał mu o tym, jak Polska tępiła białoruski język - przy
czym nie chodzi tylko o działania II Rzeczpospolitej, ale również tak
zwanych leśnych, czyli podziemie antykomunistyczne, które traktowało
nauczanie języka białoruskiego jako zdradę Polski.
- Był taki moment, gdy zaczęliście czcić jednego ze swoich żołnierzy
wyklętych, który wymordował białoruską wioskę - wspomina Maksim. - Na
szczęście w to szaleństwo nie wszedł ówczesny prezydent Andrzej Duda,
który pojechał i pokłonił się ofiarom. Problem polega na tym, że nikt
tego u was nie zauważył. Tak jakbyśmy nie byli godni uwagi.
Gdy pytam Igora i Tamarę o gest prezydenta, bardzo wyraźnie widać, że
szukają w pamięci i nie przypominają sobie takiego wydarzenia. Z ciekawości pytam kilkoro polskich przyjaciół o te czarne plamy w polsko-białoruskiej historii, kiedy to Polacy nie byli ofiarami albo
równocześnie ofiarami i sprawcami, ale byli wyłącznie sprawcami. Nikt
nie wie, o co w ogóle chodzi. Gdy relacjonuję to Maksimowi, ten
stwierdza:
- I to jest właśnie to. Gdyby rzecz dotyczyła Ukrainy, w twoim kręgu
towarzyskim przynajmniej co drugi człowiek wiedziałby, o co chodzi. Ale
o krzywdach wyrządzonych Białorusinom nikt w Polsce nie pamięta. My
jesteśmy jakby na drugim planie.
Proszę Pawła, by nakreślił ze swojej perspektywy nieco głębsze tło
relacji polsko-białoruskich. Najpierw zaznacza, że wśród jego znajomych
biznesmenów białoruskich jest kilku, którzy mają polskie pochodzenie.
Jego zdaniem wszyscy oni traktują je jako coś całkowicie prywatnego. I dodaje, że oni, rzecz jasna, nie włączają się w żaden sposób w działania
polskiej mniejszości.
- Polska mniejszość, inaczej niż litewska, zaczęła się kojarzyć z opozycją, a skoro tak, to nieuchronnie stała się przedmiotem walki
politycznej - podkreśla Paweł.
Maksim stwierdza, że w istocie tak było od początku, a polskie władze
zamiast trzymać polską mniejszość z dala od polityki, pozwoliły, by
polskość i walka z reżimem stały się niemal synonimami.
- W warunkach dyktatury to się nie mogło dobrze skończyć - podsumowuje.
* * *
Opinie moich rozmówców zderzam w pamięci z osobistym spotkaniem z jednym
z najbogatszych białoruskich biznesmenów, który powiedział mi wprost, że
stara się trzymać od polskiej ambasady z daleka. Przypomina mi się też
słynny satyryczny obrazek pokazujący Białorusinów, którzy w czasie
protestów w 2020 roku kładli gazetę na ławce i dopiero potem na nią
wchodzili, bo nie chcieli jej pobrudzić.
- Dokładnie tacy jesteśmy - mówi Paweł. - I to dokładnie z tego powodu
jeszcze nie obaliliśmy Łukaszenki. Bo jesteśmy zbyt grzecznym narodem,
żeby komuś dać w mordę. Ten nasz spokojny do bólu charakter bardzo źle
wróży obaleniu dyktatury, ale bardzo dobrze wróży Białorusi, gdy pewnego
dnia stanie się demokracją.
Igor przyznaje, że Białorusini rzeczywiście co do zasady wolą unikać
konfliktów. Tamara dzieli się z kolei wspomnieniem z czasów, kiedy
pracowała na uniwersytecie:
- Białoruscy studenci pod pewnym względem dość zasadniczo różnią się od
studentów polskich. Bardzo przykładnie wszystko robią na czas. Prawie
zawsze są przygotowani do zajęć. Jak każesz im coś przeczytać, to 75
procent z nich naprawdę to przeczyta. Choćbym im poleciła przestudiować
sto stron na następny dzień. I to nie jest kwestia systemu politycznego
i presji ze strony KGB. To jest pewien rys charakteru narodowego.
Ta uwaga Tamary rezonuje w mojej głowie. Przypominam sobie rozmowę z rektorem jednej z wyższych uczelni w Polsce, który opowiadał mi, czym
się różni akademik w większości zamieszkany przez studentów ukraińskich
od akademika w większości zamieszkanego przez studentów białoruskich. W tym pierwszym imprezy są nie tylko w każdy weekend, ale w zasadzie
każdego dnia. W tym drugim o godzinie 22 panuje cisza i tylko w weekend
muzyka gra "aż do północy".
Pytam Maksima, czy Aleksander Łukaszenko, obiecując Białorusinom spokój
i porządek oraz w istocie zapewniając im przez pewien czas ten spokój i porządek (jakimi metodami, to zupełnie inna sprawa), nie okazał się
człowiekiem, który doskonale rozumie swój naród. Białoruski
opozycjonista stwierdza, że może i na początku tak było, ale dzisiaj
jest już po prostu starym zgredem, który nie zauważył upływu czasu.
- Łukaszenko się zgrał - dodaje Tamara. - Kto by się zresztą po 30
latach u władzy nie zgrał?
Jak zauważa Igor, Łukaszenko nie zaktualizował software'u. I dodaje,
odnosząc się do wyraźnie gorszej fizycznej formy białoruskiego
dyktatora:
- Hardware też już mu się zestarzał. Jak masz tak bardzo przestarzały
software, to albo ci się pewnego dnia cały system zawiesi, albo ktoś ci
ten system zhakuje.
Maksim, usłyszawszy tę uwagę, którą mu zrelacjonowałem, wybucha śmiechem
i gorzko puentuje:
- Niestety, obawiam się, że to nie wy, Polacy, zhakujecie mu ten system.
* * *
W czasie rozmów, które odbyłem z moimi białoruskimi znajomymi, pojawia
się jeszcze jeden wątek, kiedy dzielę się z nimi moimi wspomnieniami z podróży po Białorusi. Wspomnieniami, bo bez immunitetu dyplomatycznego
nie odważyłbym się dziś tam pojechać.
Opowiadam im o mojej pierwszej podróży z Moskwy, w której pracowałem w polskiej ambasadzie, do Warszawy. Gdy spytałem jednego z kolegów o wskazówki, którędy należy jechać, usłyszałem, że należy wyjechać z bramy
ambasady i skręcić w lewo, następnie znowu w lewo, a potem w prawo na
Kutuzowski Prospekt w Moskwie. Następnie trzeba jechać mniej więcej 600
kilometrów prosto. W pewnym momencie na autostradzie pojawi się rozjazd.
Mińsk w prawo. Brześć do przodu. Trzeba jechać cały czas prosto. W Brześciu należy skręcić raz w lewo, raz w prawo, a potem już wjeżdża się
do Warszawy. Proszę sobie wyobrazić opisanie jakiejkolwiek liczącej 1250
kilometrów trasy po Europie w tak zwięzły sposób.
Różnica między Rosją a Białorusią polegała na tym, że w Rosji była zła
nawierzchnia, a na Białorusi doskonała. Przede wszystkim jednak w Rosji
przez 150 kilometrów od Moskwy przejeżdżało się cały czas przez jakieś
miasteczka, potem mijało się albo jakiś zakład przemysłowy, albo jakąś
mniejszą miejscowość. Gdy wjeżdżało się na Białoruś, w aucie robiło się
cicho, a pasażerów ogarniał spokój. Przez niemal 600 kilometrów nie
mijało się w zasadzie żadnych miast, żadnych wsi, żadnych zakładów
przemysłowych. Gdy po lewej i po prawej zaczynały się pola uprawne, to
widać je było przez dziesiątki kilometrów. Potem pojawiał się las. I znów ciągnął się przez kilkadziesiąt kilometrów. Gdy parkowało się na
przydrożnym parkingu, można było znaleźć miejsce oddalone od
jakiegokolwiek innego samochodu.
W Rosji ludzie rozbijali się, bo ktoś po alkoholu wyjeżdżał z bocznej
drogi albo jechał jak szaleniec. Na białoruskich drogach największym
ryzykiem było zaśnięcie za kierownicą z nudów. Wystarczy zresztą
spojrzeć na mapę, dostrzec wielkość Białorusi i uświadomić sobie, że
mieszka tam zaledwie jakieś 9 milionów ludzi, żeby zrozumieć, jak słabo
zaludnionym państwem jest nasz wschodni sąsiad.
Jeszcze większe wrażenie zrobiła na mnie podróż nad Jeziora Brasławskie.
Oto moim oczom ukazał się obraz, który widziałem jedynie na starych,
pochodzących jeszcze z epoki Gomułki filmach o Mazurach. Nie było zbyt
wielu ludzi. Ruch samochodowy był znikomy. Stało niewiele domów,
niewiele ośrodków wypoczynkowych, kilka lokali, w których można coś
zjeść. Zero reklam. Można się było zatrzymać przy drodze i po wyłączeniu
silnika człowieka otaczała absolutna cisza. Podobne wrażenie miałem
zresztą też nad znanym z literatury Mickiewicza jeziorem Świteź. Jezioro
ma kształt koła i bardzo wyraźnie widać przeciwny brzeg. Przede
wszystkim jednak z pomostu widać każdy kamyczek na dnie jeziora, woda
jest bowiem krystalicznie czysta. Cisza jest uderzająca. Jest
idyllicznie i - to oczywiście rusycyzm - ujutnie.
Paweł, słysząc to, mówi:
- Wiesz, ja ze swoim biznesem, z luksusowymi samochodami, do których
zawsze miałem słabość, z napędem do życia, z ambicjami, mam czasem takie
poczucie, jakbym nie pasował do swojego kraju.
Zauważam, że przecież Mińsk jest dużym, pełnym dobrych lokali miastem, a Białorusini są wykształconym, inteligentnym narodem.
- A nie miałeś nigdy wrażenia, że w Mińsku nikt się nigdy nigdzie nie
spieszy? Że jest ospały? Bo ja mam. Nigdy tego nie lubiłem, ale gdy
wyjeżdżam, to się męczę tym waszym tempem - mówi.
Tamara, słuchając moich wspomnień, wzrusza się.
- Bo myśmy się troszkę zatrzymali w czasie. My jesteśmy z innej epoki. Z czasów bez reklam przy drogach, bez barów szybkiej obsługi. Bez szybkiej
obsługi. U nas nic nie dzieje się szybko.
Witold Jurasz - dziennikarz i publicysta Onetu; publikuje artykuły
poświęcone polityce zagranicznej i bezpieczeństwa oraz prowadzi podcast
Raport międzynarodowy. Autor książek o Rosji i Władimirze Putinie
(Demony Rosji) oraz Białorusi i Aleksandrze Łukaszence (Demon zza
miedzy). Współautor wraz z prof. Hieronimem Gralą książki o kremlowskiej elicie władzy (Wataha Putina). Były chargé d'affaires RP
na Białorusi oraz dyplomata w Rosji. Pracował też w strukturach
obronnych zajmujących się programem NATO Security Investment Programme
oraz w prywatnej spółce zajmującej się międzynarodowym handlem bronią.
ROZDZIAŁ DRUGI
Ostatnia plaża w Schengen
Marcin Terlik / Rosja
W mieszkaniu mojej babci, w dużym pokoju, na regale stoi zegar. Jest
dosyć osobliwy: to drewniane pudełko w kształcie trapezu z tarczą w kolorze złota pośrodku. Gdyby doczepić do niego antenę, przypominałby
starodawne radio. Stoi tam od zawsze, jest niezmiennym wystrojem pokoju.
Przy każdej wizycie zerkam na niego odruchowo, sprawdzając godzinę na
czarnych wskazówkach.
Dopiero niedawno przyjrzałem mu się bliżej. Pod ozdobną, zamaszyście
wyrysowaną cyfrą sześć znajduje się napis, tak mały, że aby go odczytać,
trzeba przysunąć głowę do samej szybki. Krótkie zdanie zapisane
cyrylicą: "zdielano w SSSR", czyli "wyprodukowano w ZSRR". Trapezowaty
zegar to pozostałość po pasji mojego dziadka.
Albo po nałogu, jak mówi dziś babcia.
- Szedł codziennie na rynek. A jak nie codziennie, to co drugi dzień.
Nosił i nosił. Ten wielki przywiózł autobusem.
Babcia pokazuje mi kolejny zegar w postaci wysokiego drewnianego pudła,
tym razem schowany w głębi mieszkania. Bo szczególnym upodobaniem
dziadek obdarzył właśnie zegary. Jak wynika z rodzinnych wyliczeń,
przyniósł ich do domu łącznie 27, a może i nawet 30. Wszystkie kupione
od Rosjan z Kaliningradu.
Gdy pod koniec lat osiemdziesiątych walił się stary porządek świata,
upadła nie tylko żelazna kurtyna dzieląca świat komunistyczny od świata
kapitalistycznego. Nagle otworzyły się też granice między bratnimi
krajami bloku wschodniego. Ich mieszkańcy ruszyli do siebie nawzajem,
taszcząc torby wypchane towarem na sprzedaż. Europa Środkowa i Wschodnia
zmieniła się w wielki szlak handlowy czy raczej w gęstą siatkę wielu
szlaków przemierzanych przez kupców amatorów wiedzionych intuicją,
pogłoską i niedoborem.
Do Polski po raz pierwszy przyjechali Rosjanie z Kaliningradu, dotąd
szczelnie zamknięci w swoim zmilitaryzowanym obwodzie. Przyjechali
przede wszystkim na handel. W moim rodzinnym Olsztynie i w innych
miastach Warmii i Mazur sąsiadujących z Rosją jak grzyby po deszczu
zaczęły wyrastać "ruskie rynki".
- Oni nas wtedy podratowali. Tutaj nic w sklepach nie było - wspomina
babcia. Bo choć z pewnym dystansem patrzyła na dziadkowe zamiłowanie do
rosyjskich zegarów, to inne przynoszone przez niego skarby docenia. -
Naczynia, sztućce, zastawy, pościel. W zlewie ten garnek to od nich. O ta sukienka też przecież! Gdzie teraz taki len dostaniesz? - przypomina
sobie w trakcie rozmowy.
Rzeczywiście, kwiecista sukienka, którą ma na sobie, mimo upływu ponad
30 lat, jest cały czas w całkiem dobrym stanie.
- U nich była bieda. Więc nie było zbytu i wyprzedawali to u nas.
Wszystko było tanie. Czego to dziadek nie nazwoził - opowiada dalej
babcia. - Jak była zima, a zimy były wtedy ciężkie, mówił: szkoda tych
kobiet, siedzą takie zmarznięte. Więc kupował, żeby im ulżyć. A może tak
to sobie trochę tłumaczył.
Gdy zaczynam dopytywać rodzinę, okazuje się, że, nie bardzo zdając sobie
z tego sprawę, żyłem wśród przedmiotów z "ruskiego rynku". Miłośnikiem
takich zakupów był też drugi dziadek.
- Grzejniki, lustra, lampy, odkurzacze, wentylatory, latarki, żarówki,
wkrętaki, miksery, imbryczki, samowary - dziadek wylicza przywożone zza
północnej granicy sprzęty. - Obrazy. Twórczość socjalistyczna, ale były
też wartościowe. Stare ikony wyszabrowane gdzieś ze świątyni, wycięte z ołtarza, bo w całości nie mogli tego zabrać. Ile dawali radę udźwignąć,
tyle przywozili.
Przypomina sobie Rosjankę, którą spotykał w tamtych czasach na rynku.
Elegancka, wysoka. Mówiła, że z wykształcenia jest chemiczką, ale bieda,
która zapanowała w sypiącym się ustroju, zmusiła ją do
przekwalifikowania się na handlarkę.
- "Przywożę byle co, sprzedaję i zabieram z powrotem żywność",
tłumaczyła. Widziałem ją kiedyś na przystanku, gdy wsiadała do autobusu
kursującego z Olsztyna na północ - wspomina dziadek. - Miała ze sobą
wielki worek, cały wypełniony głowami kapusty. Kierowca się denerwował,
nie chciał jej wpuścić. Była wściekła, że musi się tym zajmować.
Ja także byłem beneficjentem tamtej wymiany handlowej. Dostałem
zabawkowy karabin, w którym najlepsze było to, że wcale nie wydawał się
zabawkowy. Duży, ciężki, metalowy, do tego z jakimś napisem wymalowanym
bukwami, co dodawało mu grozy i odróżniało od wszystkich innych tego
typu chłopięcych zabawek. Wyposażony był w mechanizm, który miał wydawać
dźwięki wystrzałów, ale nie pamiętam, żeby kiedykolwiek działał, co i tak nie ujmowało mu wówczas wyjątkowości.
To jednak tylko przedmioty, chowające się coraz głębiej w szufladach i szafkach. Bazarowy boom trwał kilka lat i skończył się niemal tak
szybko, jak zaczął. Polska wychodziła z kryzysu, dziury w domowym
wyposażeniu się zapełniały, rynki zalały plastiki i tekstylia z dalekiej
Azji. Rosyjskie produkty - grubo ciosane, ciężkie i zawodne - straciły
na atrakcyjności. Cudaczne sprzęty wszelakiego użytku zniknęły z targów,
a wraz z nimi zniknęli ich sprzedawcy.
Sam nie załapałem się na "ruskie rynki". Byłem wtedy zbyt mały, żeby je
pamiętać. Choć urodziłem się i wychowałem w Olsztynie, niewiele ponad
godzinę drogi od rosyjskiej granicy, obwód kaliningradzki (bo wówczas
jeszcze nie mówiło się o nim "królewiecki") był odległym światem.
Owszem, przydrożne tablice odmierzały kilometry do Kaliningradu, ale
nikt raczej nie myślał, żeby tam jechać, bo i po co. Położone na drugim
krańcu Polski Czechy wydawały się bliższym sąsiadem niż znajdujący się
tuż za miedzą obwód. Jeśli jakkolwiek odczuwałem jego istnienie, to
tylko ze względu na tiry, powolne, uciążliwe i tarasujące wąską drogę
krajową, zmierzające przez Europę na północ, w kierunku przejścia
granicznego w Bezledach.
Zabierając się do pisania o sąsiadach zza północnej granicy, zdałem
sobie sprawę, że poznałem w życiu różnych Rosjan: z Moskwy, z Kazania, z Rostowa nad Donem, nawet tych zza Uralu, z Nowosybirska i Tomska, ale
tych z Kaliningradu - nigdy. O najbliższych sąsiadach nie wiedziałem w zasadzie nic.
* * *
Z Lizą spotykam się w kawiarni na warszawskich Bielanach. Mieszka w Polsce od ponad 10 lat, po polsku mówi perfekcyjnie. Skończyła w Polsce
studia, tutaj wyszła za mąż i pracuje w jednej z warszawskich
korporacji. Z Polską wiąże swoją przyszłość, choć obywatelstwa jeszcze
nie ma i, jak mówi, jedna decyzja urzędnika może wywrócić jej życie do
góry nogami.
W Kaliningradzie spędziła 17 pierwszych lat życia. Pytam, co przychodzi
jej pierwsze do głowy, gdy myśli o swoim rodzinnym mieście. Zastanawia
się krótką chwilę i odpowiada: korki.
- W Warszawie transport miejski działa dużo lepiej. Czasem aż wstyd
jechać gdzieś samochodem. W Rosji nie, tam wszędzie jeździ się swoim
autem.
Kolejna rzecz to architektura. Kaliningrad, czy też Królewiec, to
Königsberg, przez kilka stuleci najważniejsze miasto i perła niemieckich
Prus Wschodnich. Pod koniec drugiej wojny światowej został potężnie
zniszczony, najpierw przez alianckie naloty, potem przez oblężenie i szturm Amii Czerwonej. A po wojnie, gdy znalazł się w granicach Związku
Radzieckiego, architekturze miasta ostateczny cios zadała nowa władza i nowi mieszkańcy.
- Ci, którzy przyjechali, nie mieli do tych budynków sentymentu -
tłumaczy Liza. - Wręcz przeciwnie, czuli niechęć, bo to było przecież
niemieckie. Nie było też jakiegoś szczególnego planu odbudowy. Powstał
miszmasz. Miasto jest przez to dziwne - dodaje. Zrekonstruowane zostały
pojedyncze budynki, a i to często dopiero po upadku komunizmu, jak
gotycka katedra, która odzyskała swój kształt w latach
dziewięćdziesiątych. W innych miejscach nieliczne pozostałości po
niemieckich czasach sąsiadują z sowieckimi molochami i najnowszymi
wykwitami ery rosyjskiego kapitalizmu.
Liza najbardziej w mieście lubi rejon swojej szkoły. Tam stare budynki
przetrwały w niezłym stanie. Poza tym niedaleko mieszkała jej babcia,
okolica kojarzy jej się więc z dzieciństwem.
Pokazuje mi na telefonie zdjęcie szkoły. Duży poniemiecki budynek z czerwonej cegły, przed wojną mieścił się w nim szpital. Przypomina mi
moją podstawówkę, w której z kolei kiedyś były pruskie koszary. Nie
byłem nigdy w Królewcu, ale wydaje mi się, że mogę wyobrazić sobie
"miszmasz", o którym opowiada Liza. W końcu na tak zwanych Ziemiach
Odzyskanych mamy go pod dostatkiem. Myślę o Legnicy, gdzie w samym sercu
starego miasta wyrosły dziesięciopiętrowe bloki z wielkiej płyty. Albo o moim Olsztynie, gdzie średniowieczna Wysoka Brama sąsiaduje z modernistycznymi klockami i radośnie oszklonym centrum handlowym epoki
transformacji.
- Wiesz, w Rosji jest taki mit, że w Kaliningradzie mieszkają Niemcy
albo mieszanka Niemców i Rosjan. To zupełna nieprawda. Po wojnie wszyscy
Niemcy zostali wysiedleni, a na ich miejsce przyjechały różne
narodowości Związku Radzieckiego - zaznacza.
Jej własna rodzina w większości pochodzi z Białorusi, dokładnie z okolic
Brześcia. Dziadkowie wyemigrowali do obwodu w latach pięćdziesiątych.
- Przyjechali tam, bo była praca, były możliwości. Puste terytorium,
fajny kawał ziemi z dostępem do morza. Jeden dziadek został rybakiem,
drugi mechanikiem na rybackim statku. To były w tamtych czasach jedne z lepszych zawodów - opowiada Liza.
Oswajanie pustego terytorium po Niemcach trwało długo. W zasadzie
oswoiło go dopiero trzecie, nasze pokolenie.
- Moja babcia nigdy nie powie, że Kaliningrad jest jej bliski. To dla
niej ciągle coś obcego. Tata, choć tu urodzony, utożsamia się jeszcze
jako Białorusin. A przynajmniej pół na pół. Ja już nie. W mojej
świadomości jestem Rosjanką z Kaliningradu.
Od białoruskich korzeni zaczęły się kontakty Lizy z Polską. Jako dziecko
jeździła na wakacje do rodziny pod Brześciem. Pierwsze wspomnienie z Polski to przesiadka do autobusu na Białoruś na Dworcu Zachodnim w Warszawie.
- Rozumiesz, że to nie może być dobre wspomnienie - mówi ze śmiechem.
Faktycznie, autobusowa Warszawa Zachodnia, choć niedawno ruszył jej
remont, do dziś nie należy do najprzyjemniejszych miejsc w stolicy. Co
dopiero 25 lat temu.
- Potem było już lepiej - dodaje szybko Liza.
Ze zdumieniem dowiaduję się, że jako dziecko była w Polsce kilkadziesiąt
razy. Granica, która dla mnie i moich znajomych po tej stronie wydawała
się złowieszczą i prawie że nieprzekraczalną barierą, dla
kaliningradzkich Rosjan z tego samego pokolenia była zwykłym
utrudnieniem na drodze. Korkiem na dobrze znanej trasie, który trzeba
cierpliwie przeczekać.
- To było zupełnie normalne, że w piątek wieczorem tata mówił: a może
pojedziemy do Sopotu. Wchodziliśmy na Booking, patrzyliśmy na oferty
last minute i w sobotę, od razu po moich lekcjach, wsiadaliśmy w samochód, bo w Rosji lekcje są także w sobotę. To było tak, jakbyś z Warszawy jechał do Łodzi - tłumaczy Liza.
Pamięta, że w Polsce nad morzem już wtedy, w latach dwutysięcznych, było
całkiem zachodnio. Można było wypić kawę w ładnej kawiarni albo
wypożyczyć na jeden dzień rowery. W rosyjskich kurortach nad Bałtykiem,
Zielonogradsku czy Swietłogorsku, panował wtedy jeszcze sowiecki klimat.
Rosjanie bez trudu zdobywali turystyczne wizy, uprawniające do
wielokrotnych wjazdów do Polski. Kiedy kończyła się jedna, od razu
wyrabiali kolejną.
- Wiza po prostu zawsze była. To było zupełnie naturalne - tłumaczy.
Jej szkoła organizowała wycieczki do zamku w Malborku. Na letnie obozy
dla rosyjskich dzieci Liza jeździła na Mazury. Po ubrania wybierali się
do Gdańska, bo tam w sklepach był większy wybór. A w drodze powrotnej
koniecznie robili przystanek w supermarkecie po proszki do prania,
wybielacze i papier toaletowy.
- Kupowaliśmy chyba dlatego, że wszyscy kupowali - zastanawia się Liza,
bo akurat takie same towary były w Rosji.
Najwidoczniej na wszystkich działała magia produktów z zachodu. Coś w rodzaju polskiego upodobania do chemii z Niemiec.
- Kiedy lecieliśmy na wakacje, nie patrzyliśmy na loty z Kaliningradu,
tylko z Gdańska albo Warszawy. Nie zastanawialiśmy się nad tym
szczególnie. Szanowaliśmy granicę, jasne, ale to była po prostu
procedura do przejścia. Polska od początku była oczywistym aspektem
mojego życia.
* * *
Granica, która dla Lizy wydawała się czymś tak normalnym, normalna
jednak nie jest. Gdy spojrzeć na mapę, widać, że to najmniej naturalna z polskich granic. Gdy inne meandrują wraz z rzekami albo biegną zygzakiem
po górskich szczytach, ta jest w zasadzie prostą kreską. Przypomina
postkolonialne granice znane z map Afryki czy Bliskiego Wschodu,
wytyczane przez mocarstwa bez oglądania się na miejscową ludność.
Słyszałem kilka razy opowieść o kciuku Stalina. Sowiecki przywódca,
znudzony deliberacjami na którejś z konferencji urządzających świat po
drugiej wojnie światowej, miał przyłożyć do mapy swój kciuk i ołówkiem
odrysować od niego północną granicę Polski.
Historia ta nie jest prawdziwa, przynajmniej nie dosłownie. Być może
została wymyślona ze względu na lekko wybrzuszony kształt granicy, która
na wysokości Kętrzyna odchyla się nieco na południe. Przez to
niezupełnie pasuje do niej określenie "od linijki", za to "od kciuka" -
już bardziej. Ale anegdota o zniecierpliwionym Stalinie pokazuje też
arbitralność, przypadkowość czy po prostu bezczelność, z jaką zwycięscy
Sowieci dzielili po wojnie niemieckie Prusy Wschodnie. I w tym sensie
jest już całkiem bliska prawdy.
Tereny te, podbite przez Krzyżaków jeszcze w średniowieczu, przez długie
stulecia pozostawały w niemieckiej strefie kulturowej. W złotym wieku
Rzeczpospolitej stały się na jakiś czas jej lennem, co upamiętnia dobrze
znany Polakom obraz Jana Matejki Hołd pruski, ale ich silna
germanizacja nie mogła budzić wątpliwości co do historii tych ziem. W międzywojniu Królewiec był nie mniej niemieckim miastem niż Monachium
czy Hamburg. W niesławnych wyborach do Reichstagu w marcu 1933 roku
Prusy Wschodnie masowo zagłosowały na Hitlera. Nazistowska partia
uzyskała tu jeden z najwyższych wyników w całym kraju.
Druga wojna światowa przyniosła możliwość zmiany odwiecznej
przynależności tych terenów do Niemiec. Polski rząd na uchodźstwie już w listopadzie 1939 roku zgłaszał roszczenia, by w ramach przyszłego
europejskiego porządku całe Prusy Wschodnie znalazły się w polskich
granicach. Wówczas, chwilę po wrześniowej klęsce, mogło się to wydawać
mrzonką. Za to już całkiem serio za dzielenie niemieckich terenów wzięła
się cztery lata później wielka trójka, czyli przywódcy USA, Wielkiej
Brytanii i ZSRR. Roosevelt, Churchill i Stalin spotkali się pod koniec
1943 roku w Teheranie, by ustalać nowy kształt świata po nadchodzącym
nieuchronnie upadku III Rzeszy. Na ich stole znalazła się też mapa Prus.
Churchill miał zaproponować, by cały region przypadł po wojnie Polsce.
Swoje zastrzeżenia zgłosił jednak Stalin, który wyraził zainteresowanie
Królewcem, a w szczególności jego portem, który bardzo przydałby się
sowieckiej flocie na Bałtyku. Trójka rozjechała się do domów bez
konkretnych ustaleń, mając na głowach bardziej palące problemy.
Gdy Churchill, Roosevelt i Stalin spotkali się po raz kolejny, tym razem
w Jałcie, był już luty 1945 roku. Armia Czerwona toczyła właśnie krwawe
boje o Prusy Wschodnie, znacząc swój szlak gwałtami, mordami i spaloną
ziemią. Choć sprawa północnej granicy między Polską a ZSRR stała się
zdecydowanie bardziej nagląca, przywódcy mocarstw zadowolili się jedynie
ogólnikową konkluzją, że ma ona przebiegać "na południe od Królewca".
W tej niejednoznacznej sytuacji na ziemie te od razu po zdobyciu ich
przez Armię Czerwoną zaczęli napływać polscy osadnicy i urzędnicy.
Sowieccy wojskowi w powojennym zamieszaniu przekazywali im tereny leżące
na północ od dzisiejszej granicy. Zalążek czegoś w rodzaju polskiej
administracji zaczął powstawać nawet w samym Królewcu, gdzie
spontanicznie organizowali się Polacy wywiezieni tam wcześniej przez
Niemców na przymusowe roboty.
Bardziej konkretne rozwiązanie przyszło dopiero na konferencji w Poczdamie, gdzie latem 1945 roku raz jeszcze zebrali się przywódcy
zwycięskich mocarstw. W swoich postanowieniach zapisali, że nowa granica
ma zostać ustalona "od punktu na wschodnim wybrzeżu Zatoki Gdańskiej, na
północ od Braniewa i Gołdapi, do punktu, w którym stykają się granice
Litwy, Polski i Prus Wschodnich". Szczegółowy przebieg miał zostać
wyznaczony na przyszłej konferencji pokojowej. Ta jednak nigdy się nie
odbyła.
Bliźniaczy zapis znalazł się w zawartej kilkanaście dni później umowie
granicznej między Polską i ZSRR. Jednak rozumienie określenia "od punktu
do punktu" okazało się różne po obu stronach. "Racjonalny przebieg
granicy, o ile w ogóle dochodziło do dzielenia ukształtowanej przez
kilkaset lat krainy, pozostawiałby po polskiej stronie całą Mierzeję
Wiślaną, a granica na północ od Braniewa i Gołdapi biegłaby w sposób
bardziej naturalny, na przykład według granic administracyjnych
powiatów" - ocenia w swojej pracy poświęconej temu tematowi historyk
profesor Mirosław Golon.
Tak też uważali polscy starostowie, którzy według podobnej logiki
zaczęli się już instalować na pograniczu. Szybko się przekonali, że
Sowieci mają na ten temat inne zdanie, bo "od punktu do punktu"
rozumieją bardziej dosłownie. Radzieccy wojskowi jesienią 1945 roku
przystąpili do prostowania granicy od linijki, nakazując polskim
urzędnikom wynosić się na południe. Nie pomogły protesty słane do
Warszawy. Polska straciła przygraniczne miasteczka, do których zdążyła
już wysłać pierwszych administratorów, a nawet nadać im swojskie nazwy.
Święta Siekierka po kilku miesiącach stała się radzieckim Mamonowem,
Gierdawy skończyły jako Żelaznodrożnyj, a Iławka Pruska zmieniła się w Bagrationowsk.
Rząd w Warszawie, zależny od Sowietów, musiał zaakceptować politykę
faktów dokonanych. Samowolne poczynania Rosjan spowodowały jednak
kolejny problem. Polscy osadnicy nie chcieli zajmować wiosek przy samej
granicy, obawiając się, że i one zostaną połknięte przez Związek
Radziecki. Z tego powodu trafili do nich Ukraińcy i Łemkowie, przymusowo
wysiedleni w 1947 roku przez komunistyczne władze z południowo-wschodniej Polski w ramach akcji "Wisła". Mieszkają tam do
dziś. Pas przy granicy znaczą greckokatolickie cerkwie urządzone w opuszczonych przez Niemców protestanckich świątyniach.
Szansa na zmianę granicy przyszła w 1956 roku. Na fali odwilży po
śmierci Stalina Polska i ZSRR wznowiły rozmowy, by wreszcie formalnie
uregulować jej dokładny przebieg. Poza kilkoma drobnymi poprawkami
rozmowy nie doprowadziły jednak do korekt. Ostateczna umowa po prostu
usankcjonowała linię wskazaną tuż po wojnie przez sowieckich wojskowych.
Pod koniec lat pięćdziesiątych po obu stronach zostały wbite słupy i granica na dobre się usadowiła w miejscu, w którym pozostaje do dzisiaj.
Dawna tkanka dróg, kanałów i linii kolejowych łączących pruskie
miasteczka została definitywnie przekrojona. Tak jakby ktoś położył na
mapie kciuk i poprowadził wzdłuż niego ołówek.
* * *
Nigdzie nie widać tego tak dobrze jak w Szczurkowie. Przedwojenna
niemiecka wieś Schönbruch została podzielona granicą przez sam środek.
Słupy przecięły ją pomiędzy kościołem a szkołą.
Dziś na powierzchni trzyma się tylko polska część. Domy są w większości
odmalowane, ale ich poniemieckość zdradzają spadziste dachy i czerwone,
ceglane dachówki. Zbudowane zostały wzdłuż wybrukowanej kocimi łbami
alei, obsadzonej po bokach wiekowymi dziś dębami. Na jednym jej końcu,
przy wjeździe do wsi, stoi omszały kamień. Wciąż można na nim odczytać
napis ułożony z gotyckich liter, który w poprzedniej epoce odliczał
"Meilen bis Königsberg", mile do Królewca. Drugi koniec alei urywa się
tuż za budynkami i wpada na biało-czerwony szlaban. Dalej jest płot,
zwoje drutu kolczastego i Rosja. Ani śladu drugiej, odciętej części
Szczurkowa. Za drutem wyrasta tylko kępa drzew, chaszcze i wysoka trawa.
Sowieci po wojnie nie zasiedlili swojego, większego kawałka Schönbruchu.
Być może bali się dopuścić własnych obywateli tak blisko Polski, nawet
jeśli ludowej, to przecież nigdy do końca pewnej. Piętrowe poniemieckie
domy porozpadały się z upływem lat, ewangelicki cmentarz zarósł lasem.
Najdłużej wytrzymał kościół. Stał od razu po drugiej stronie, Polacy
oglądali go codziennie. Ci, którzy pamiętają tamte czasy, opowiadają, że
wyglądał jak kościół w pobliskim Sępopolu albo jak ten w trochę dalszym
Dobrym Mieście.
Rosjanie trzymali w nim konie. Służył też ich wojsku za punkt
obserwacyjny. Widzieli z niego Szczurkowo jak na dłoni. Aż któregoś dnia
polską wsią wstrząsnął wybuch. Wspomina Stefania, jedna ze starszych
mieszkanek:
- W domach po naszej stronie powylatywały szyby. Ruskie wzięli i wysadzili ten kościół do końca.
Dziś w miejscu dawnej świątyni, czyli tuż za szlabanem na końcu alei,
przez gęste krzaki nie widać nawet kawałka czerwonego muru. Sam szlaban
tak naprawdę stoi bez celu. Nikt go nigdy nie podnosi, bo przejścia
tutaj nie ma. Droga zagrodzona jest nie tylko metalową siatką, ale też
betonowymi klocami. Przeciwczołgowe zapory, kojarzące się z obrazkami z Ukrainy, przypominają, że w chaszczach po drugiej stronie zaczyna się
agresywne imperium, które dopiero co napadło na jednego ze swoich
sąsiadów.
Dębowa aleja nie prowadzi jednak donikąd. Przy szlabanie pod kątem
prostym odbija od niej szutrowa droga i biegnie chwilę wzdłuż granicy,
by po kilkudziesięciu metrach dotrzeć do stojącego wśród drzew okazałego
budynku. Za Niemców była tu szkoła. Dziś mieści się Dom Pomocy
Społecznej, nazywany przez mieszkańców Szczurkowa po prostu domem
starców.
- Jesteśmy pierwszym domem w Unii Europejskiej. Albo ostatnim, zależy
jak patrzeć - mówi Wioletta Wach, dyrektorka DPS-u w Szczurkowie.
Okna z jej biura na pierwszym piętrze wychodzą prosto na Rosję. Można do
tego kraju zaglądać ponad granicznym płotem jak do ogrodu sąsiada.
Pytam, czy nie obawia się siedzieć tutaj, jakieś 50 metrów od państwa
rządzonego przez Władimira Putina.
- Nawet mniej niż 50! Ale nie, nie ma strachu. Jesteśmy za blisko. Jakby
coś się miało zacząć, rakiety przelecą nam nad głowami - odpowiada.
Do życia w takim miejscu można, a nawet trzeba się przyzwyczaić.
Wioletta mieszka w Ostrym Bardzie, wsi leżącej siedem kilometrów na
wschód od Szczurkowa. Codziennie dojeżdża do pracy rowerem, a droga
łącząca obie miejscowości biegnie przy samym granicznym płocie.
Przyznaje, że w 2022 roku, po rozpoczęciu się wojny w Ukrainie, z obawą
zerkała w stronę rosyjskiego lasu. Zastanawiała się, czy komuś nie
przyjdzie do głowy strzelić w stronę samotnej rowerzystki. Ale z czasem
obawy odeszły. Nikt nigdy nie strzelał.
A podopieczni? W DPS-ie w Szczurkowie jest ich ponad czterdziestu.
Wioletta Wach mówi, że zaraz po rosyjskiej inwazji na Ukrainę pojawiły
się opory, by przysyłać tu starszych ludzi. Teraz jednak nikt ich nie
ma. Trzeba żyć normalnie.
Kierownikiem działu gospodarczego "pierwszego domu w Unii" jest Daniel
Wasylik, energiczny, czterdziestokilkuletni mężczyzna. Pochodzi ze
Szczurkowa, spędził tu całe życie. Wspomina, że kiedyś podopieczni DPS-u uciekali do Rosji. Czy raczej gubili drogę. Wśród mieszkańców były
osoby, które ze względu na wiek i choroby nie do końca orientowały się w rzeczywistości. Wystarczyło, że ktoś wyszedł z domu, zrobił kilka kroków
w złą stronę i trafiał do innego kraju. Rosyjscy pogranicznicy, kiedy
łapali takiego delikwenta, po prostu odstawiali go do szlabanu, nie
robiąc z tego zdarzenia nawet notatki, nie mówiąc już o karaniu.
Bo do niedawna granica wyglądała zupełnie inaczej. Zwoje żyletkowej
concertiny i słupy z czujnymi obiektywami kamer stanęły dopiero
ostatnio, po rosyjskiej inwazji na Ukrainę. Wcześniej była stara, waląca
się siatka, a w innych miejscach nie było nawet i tego. Daniel wspomina,
że jako nastolatek w latach dziewięćdziesiątych chodził kilka razy z kolegami na rosyjską stronę jak na spacer.
- Ot, tak z ciekawości, zobaczyć, jak tam jest. Ze dwa kilometry od
granicy był kołchoz. Szliśmy, posiedzieliśmy z ludźmi, pogadaliśmy i wracaliśmy. Nikt nas nie zatrzymywał. Tak samo Rosjanie przychodzili
czasem tutaj. Bieda u nich była.
Takich opowieści o dawnych kontaktach przez dziurawą granicę jest w okolicy mnóstwo. Raz dobrych, raz złych. We wspomnianym Ostrym Bardzie
słyszałem historię, jak jeszcze w czasach Związku Radzieckiego na zabawę
do wiejskiej świetlicy przyszło dwóch sowieckich pograniczników. Zwabiła
ich muzyka ciągnąca się w nocy po polach. Siedzieli do rana, spokojnie,
nikomu nie robili problemów. Tylko wychodząc, pomylili drogę i zamiast
do siebie poszli w głąb Polski. Złapali ich nasi żołnierze i kilka dni
potrzymali, zanim oddali radzieckiej ojczyźnie.
Albo opowieść o starszym mężczyźnie, który zaraz po wojnie wyszedł kosić
łąkę. Linia graniczna nie była wtedy jeszcze zbyt jasna i zaszedł trochę
za daleko.
- Przyszedł ruski żołnierz i mówi: eto nie wasze. Ale starszy pan nic
sobie z tego nie robił i kosił dalej. Taki już był. Żołnierz zaczął mu
wygrażać karabinem. Dziadek się długo nie zastanawiał, zabrał karabin i rzucił o ziemię. No to Rusek podniósł i strzelił dziadkowi w nogę -
opowiadała mi Maria Kuper, jedna ze starszych mieszkanek Ostrego Barda.
- Syn usłyszał wystrzał i przyszedł na łąkę. Patrzy i mówi do żołnierza:
no nie, jakżeś go skrzywdził, to go teraz lecz. A Ruski z chęcią, wziął
tego dziadka do szpitala. Tyle że tak go leczyli, jak to u nich. Obcięli
mu nogę powyżej kolana, zrobili drewnianą i oddali do domu. Nosił potem
taką przyczepioną na pasie, a ciężkie to było strasznie.
W Szczurkowie najsłynniejsza jest historia Adama. To dużo nowsza sprawa.
Doszło do niej na początku 2022 roku, gdy Rosja szykowała się do ataku
na Ukrainę, a stosunki międzynarodowe były napięte jak postronki.
Kolczaste zasieki w Szczurkowie miały pojawić się dopiero rok później.
Wtedy na granicy stała tylko licha siatka.
Jak to bywa z miejscowymi legendami, wersje różnią się w szczegółach.
Jedni opowiadają, że Adam podniósł stary szlaban, drudzy, że przeciął
siatkę. Niektórzy twierdzą, że chciał porozmawiać z Putinem i wybić mu z głowy imperialistyczne plany. Inni, że sam nie wiedział, co robił, bo
nie był wówczas do końca trzeźwy. Wszyscy są zgodni, że mieszkający przy
samej granicy mężczyzna pewnego dnia wsiadł na skuter i przejechał w szalonym rajdzie na drugą stronę. Tam sam miał zaczepić rosyjskich
żołnierzy, chcąc im coś szczerze wytłumaczyć. Ci jednak nie mieli ochoty
na dyskusje. Zamiast tego go zatrzymali i wydali w ręce swoich władz.
Adam rok spędził w rosyjskim więzieniu, zanim wreszcie oddano go Polakom
i mógł wrócić do Szczurkowa.
Spotykam Adama na jego ganku, kilka kroków od granicznego szlabanu. Nie
chce jednak rozmawiać o tamtych zdarzeniach. Spieszy mu się, bo gotuje
obiad. Poza tym i tak wszystko, co miał do powiedzenia dziennikarzom,
powiedział.
Rzeczywiście, w 2023 roku, krótko po swoim zwolnieniu, udzielił wywiadu
"Faktowi". Opowiadał, że Rosjanie "w miarę dobrze go traktowali", choć
"polskie więzienie przy rosyjskim wygląda jak przedszkole".
"Groziło mi od dwóch do siedmiu lat pozbawienia wolności. W więzieniu
miałem celę czteroosobową, w końcu jednak sprawę umorzono i odesłano
mnie do domu. Skuter też oddali. Na okrągło podawali kaszę i ryż, ryż i kaszę. Schudłem 18 kilogramów. Raz mnie potraktowali paralizatorem, bo
za dnia usiadłem na łóżku, a tam jest to zabronione" - wspominał w tamtej rozmowie.
Jeśli ktoś miał jeszcze wątpliwości, to przypadek Adama musiał mu
uświadomić, że czasy się zupełnie zmieniły. Zbłąkani grzybiarze czy
nieuważni zbieracze ślimaków nie mogą już liczyć na zwykłe odstawienie
pod bramkę w płocie.
- Wcześniej rosyjscy żołnierze chodzili wzdłuż granicy, kiwali do nas
głowami jak ludzie. Mówili nawet czasem po polsku "dzień dobry" -
wspomina Daniel Wasylik. - Teraz nie ma szans, żeby z nimi zamienić
słowo. Zresztą prawie ich nie widać. Siedzą w krzakach i unikają
Polaków. Nawet jak coś tam u siebie wycinają, to tak, żeby się nie
pokazać.
- A co tam wycinają?
- Mówią, że drogę na Polskę robią. Ale to ludzie tak chyba tylko
żartują.
* * *
Liza, kiedy kończyła liceum, wiedziała, że na studia chce wyjechać z obwodu. W grę wchodziły trzy kierunki: Moskwa, Petersburg albo Unia
Europejska.
- Moskwa nigdy mi się nie podobała. Wielka, tłoczna. W Petersburgu
nikogo nie miałam. To było dla mnie obce miasto. Polska była logicznym
wyborem. Znałam ją z wakacji, była bliżej domu. Dużo szybciej i taniej
można było dojechać do Kaliningradu z Warszawy niż z Moskwy czy z Petersburga. Poza tym nie podobała mi się sytuacja polityczna. Chciałam
wyjechać z Rosji.
Najpierw uczyła się polskiego w Łodzi, w specjalnym studium językowym
dla obcokrajowców. Podstawowe zwroty znała już wcześniej, ale niuanse
polskiej gramatyki okazały się sporym wyzwaniem. Na przykład rodzaj
niemęskoosobowy. To, że kobiety i zwierzęta wrzucone są do jednego
gramatycznego worka.
- Że mówi się "te dziewczyny" i "te psy", ale "ci chłopcy" - dziwi się
do tej pory Liza. No i zbitki spółgłosek. To z ich powodu w Rosji na
Polaków mówi się "Pszeki".
Ostatecznie język polski nie był dla Rosjanki wielką przeszkodą. Po roku
w Łodzi dostała się na studia, finanse na Uniwersytecie Warszawskim
- A co cię zaskoczyło w Polakach? Jak już tu przyjechałaś na stałe i lepiej ich poznałaś.
- Religia - odpowiada bez zastanowienia. - Mieszkałam w akademiku z polską współlokatorką. Była niedziela. Budzę się i widzę, że ona już
wstała i zaczyna się gdzieś szykować. Patrzę na zegarek: ósma. Mówię:
coś ci się pomyliło, dzisiaj jest niedziela, a nie poniedziałek,
przecież nie ma zajęć. A ona, że nie, nie pomyliła się. To dokąd się
wybierasz? Do kościoła. Do kościoła? To był dla mnie szok. U nas w Kaliningradzie ludzie nie chodzą co tydzień do cerkwi, nawet ci starsi,
bardziej religijni, modlą się raczej w domu. Do cerkwi się idzie na
święta i tyle. Nie ma lekcji religii w szkołach. Jak ślub, to cywilny.
Kościelny ludzie biorą może po kilku albo kilkunastu latach.
Wydaje jej się, że młodzi Polacy są bardziej konserwatywni, gdy chodzi o obyczajowość. Choć nie do końca, bo na przykład osoby homoseksualne mają
w Rosji gorzej. Tam za paradę równości można trafić do więzienia.
Co jeszcze zaskoczyło? Kawior. Że nawet nie ma go w sklepach.
- U nas na nowy rok zawsze musi być na stole kawior. Ludzie kupują tyle,
że ma się go dosyć. Ten czerwony w Kaliningradzie nie był nawet
szczególnie luksusowym produktem. Co innego ten czarny, to już jest
droga sprawa. W ogóle Polacy jedzą mało ryb. Na przykład suszonych w zasadzie tu nie ma. Teraz jest trochę łatwiej je kupić, bo Ukraińcy
pootwierali sklepy z żywnością ze Wschodu.
Wreszcie urzędy. W Rosji są czynne w tygodniu do godziny 20 i dodatkowo
w sobotę.
- Jak mam coś załatwić w polskim urzędzie, jeśli otwarty jest tylko do
16? - dziwi się Liza. - Do dzisiaj nie mogę tego zrozumieć.
A uprzedzenia?
- W Rosji jest taki stereotyp o Polakach, że nie lubią Rosjan -
przyznaje Liza.
Myślę sobie, że nie jest on taki bezpodstawny, szczególnie w ostatnim
czasie. Pytam więc, jak ona to odczuwa. W końcu jest w Polsce od ponad
10 lat.
- Naprawdę trudno mi sobie przypomnieć jakieś złe sytuacje - mówi. -
Okej, raz, jak przyjechaliśmy z rodzicami do Gdańska, ktoś próbował
zniszczyć nasze rejestracje. To było po 2014 roku i aneksji Krymu. I potem, kiedy już tutaj studiowałam i miałam samochód z Kaliningradu. Na
strzeżonym parkingu na Mokotowie odmówili mi wykupienia abonamentu.
Wskazali na moje numery i powiedzieli "pani nie obsługujemy". Nie
powiedzieli tego wprost, ale zrozumiałam, że chodzi o to, że jestem
Rosjanką.
- A po lutym 2022?
Liza się waha. Bała się wtedy, że każą jej wyjeżdżać z Polski, nieważne,
że praca, mąż i prawo pobytu. Ale nikt jej niczego nie kazał. Nikt
niczego nie powiedział. Z drugiej strony nikt przypadkowy na ulicy nie
rozpozna, że jest Rosjanką.
Myśli o swoich bliskich i znajomych, tych, którzy zostali w Kaliningradzie. Wszyscy mają masę doświadczeń z Polską. Wyjazdy na
handel, weekendy, wakacje, zakupy przy granicy. Przez lata "oczywisty
aspekt życia".
- Wiesz, takie osoby trudno przekonać, że w Polsce jest źle. Widzieli ją
w końcu na własne oczy - mówi Liza.
I dodaje po chwili zastanowienia:
- Wydaje mi się, że inaczej jest z młodszym pokoleniem. Tym, które ma
teraz 20 lat. Jeździli do Polski tylko jako dzieci. Oni mogą uwierzyć,
kiedy słyszą, że tu jest rusofobia i nieprzyjaźń. A jak ktoś nie może
sam sprawdzić faktów, to wierzy w to, co jest w telewizji.
* * *
Zielone tablice przy polskiej drodze krajowej numer 51 zostały niedawno
wymienione. Nie znajdzie się już na nich nazwy Kaliningrad. Na wyjeździe
z Olsztyna znak pokazuje, że do Królewca zostało trochę ponad 100
kilometrów. Liczba ta szybko się kurczy wraz z zakrętami na
niebezpiecznie wijącej się drodze. Dobre Miasto, Lidzbark Warmiński,
Bartoszyce, i zostały już tylko 52 kilometry. W tym ostatnim mieście
pojawiają się banery w krzykliwych kolorach: "tłumaczenia", "wizy do
Rosji", "akcyza". Obok reklama pisana cyrylicą.
Za Bartoszycami ruch na szosie się przerzedza. Jeszcze tylko Bezledy, od
których nazwę bierze położone kilka kilometrów dalej przejście
graniczne. Na drodze jest już pusto. Tuż za ostrym zakrętem zatrzymało
się sportowe BMW w błękitnym kolorze, na niemieckich numerach. Kierowca,
młody, krótko ostrzyżony mężczyzna, wysiadł z samochodu i rozmawia przez
telefon na żwirowym poboczu.
Przed samą granicą przy drodze stoją dwa opuszczone auta i jeden jacht
na przyczepie. Dalej droga opada i rozszerza się ku przejściu. Dochodzą
kolejne pasy, ale większość z nich nie jest obsługiwana. W dwóch
króciutkich ogonkach stoi łącznie nie więcej niż 10 samochodów
osobowych.
Drogą numer 51 jeździłem niezliczoną ilość razy, ale na jej końcu jestem
po raz pierwszy. Nie wiem, czego się spodziewałem. Na pewno nie tego. Za
pusto, za spokojnie jak na to słynne przejście. Zawracam do wsi Bezledy.
Od razu rzuca się w oczy, że to dawny PGR. Wśród pól wyrastają
klockowate, kilkupiętrowe bloki. Kawałek miasta wycięty i wklejony w wiejski krajobraz. W środku spory parking, trawnik i rozłożysty
parterowy budynek.
Bezledy kojarzą się z miasteczkiem opuszczonym po gorączce złota. Z dawnych biznesów otwarty jest tylko sklep spożywczy. A przecież wkoło
widać, że jeszcze niedawno było zupełnie inaczej. Na całej ścianie
budynku przy parkingu wymalowany jest ogromny napis "Kantor 24H". Gdyby
podróżny cudem go nie zauważył, tuż nad nim ktoś dodał czerwony baner
raz jeszcze informujący wielkimi literami: "Kantor". Ale przeszklone
drzwi są zamknięte. Przez przykurzoną szybę widać, że w środku świeci
pustkami. Tak samo zatrzaśnięte na głucho jest wejście do baru, którego
właściciel w czasach świetności wyłożył całą fasadę fantazyjnymi
niebieskimi kafelkami.
Naprzeciwko restauracja "Alicja" obiecuje w dwóch alfabetach, że jest
"otwarta" i "odkryta", ale to też nieprawda - przed jej drzwiami
pomiędzy brukową kostką zdążyła wyrosnąć trawa. Wszystko jest jakby
porzucone w pośpiechu, bez opuszczenia rolet i zwinięcia reklam. Tylko
kolejny, mniejszy kantor o nazwie "BOND 007 J.B." zostawia swoim
klientom słowa wyjaśnienia. "W związku z zagrożeniem zakażenia
koronawirusem kantor zostaje nieczynny do odwołania" - głosi kartka
przylepiona po wewnętrznej stronie szyby. Odwołanie dotąd nie nadeszło,
drzwi są zamknięte tak samo jak wszystkie inne.
Idę do jedynego otwartego sklepu.
- Proszę pana, nie ma żadnego porównania z tym, co było. Kiedyś cała
okolica z tego żyła - mówi sprzedawczyni. - Trochę Ruscy jeszcze
zachodzą, ale to już inni Ruscy. Z Niemiec, nie tacy prawdziwi. Zajadą
przed granicą, głównie po słodycze i wędliny. Za 400, 500 złotych
potrafią nakupić. Schaby to całe, o takie biorą. - Kobieta rozkłada
szeroko ręce.
Na parkingu w Bezledach rzeczywiście od czasu do czasu zatrzymuje się
samochód z niemiecką rejestracją. Czego oni mogą tu szukać? Odpowiedź
podsuwa mi Liza. W ramach sankcji po napaści na Ukrainę wstrzymane
zostały połączenia lotnicze między Rosją a Unią Europejską. Rosyjscy
emigranci na zachodzie Europy, a w Niemczech jest ich szczególnie dużo,
żeby odwiedzić rodzinę w kraju, jadą autami na lotnisko w Królewcu i stamtąd łapią połączenia do głębi Rosji. Latem, w sezonie wakacyjnym,
jest ich więcej niż zwykle.
Na plac przed sklepem i nieczynnymi kantorami zajeżdża bus kursujący
między Bartoszycami a przejściem granicznym. Jest w nim jedynie
kierowca. Nie zatrzymuje się. Dla formalności zwalnia tylko przed
przystankową wiatą i jedzie dalej w swoją stronę.
* * *
Czasy świetności zaczęły się w Bezledach wraz z upadkiem komunizmu,
otwarciem granicy i pielgrzymkami na "ruskie rynki". Trochę później, gdy
pierwszy, kolorowy okres handlu mydłem i powidłem się wyczerpał, wymiana
się ustabilizowała według prostej zasady: z Polski do Rosji produkty
spożywcze, z Rosji do Polski papierosy, wódka i paliwo.
O tamtym okresie opowiada mi Andrzej. Nie jest to jego prawdziwe imię,
ale mimo upływu czasu woli, żeby prawdziwego nie podawać. Andrzej w latach dziewięćdziesiątych woził papierosy do Polski. Nie po kilka
kartonów, tylko całe transporty.
- Wiadomo, w Polsce kwitła wtedy gangsterka - wspomina. - To były złote
czasy dla takich interesów. Granica była kupiona. Po naszej i po ruskiej
stronie.
W samochód dostawczy wsiadał w Olsztynie i jechał na pusto na Bezledy.
Tam ustawiał się na końcu długiej kolejki aut, ale stać w niej nie
musiał. Jego samochód był wcześniej zgłoszony. Do kabiny dosiadał się
polski żołnierz. Przeprowadzał go obok czekających i dalej przez
szlaban. Potem szybka droga do Kaliningradu, gdzie w hurtowni czekali
już na niego ludzie. Kupował Golden Americany, za gotówkę, którą wiózł
ze sobą. Zwykle było to między 10 a 15 tysięcy dolarów.
- Dziś, jak o tym myślę, to największą głupotą była ta gotówka - dodaje
Andrzej. - Że ją zgłaszałem Rosjanom na przejściu. Taki był obowiązek,
więc wolałem zgłosić. Oni siadali, liczyli banknot po banknocie.
Wszystko legalnie, nic sobie z tego nie zabierali. Ale wystarczyłoby,
żeby dali cynk komuś na drodze i już bym nie wrócił. Tam nie za takie
pieniądze wtedy potrafili zabić.
Rosyjscy celnicy nigdy jednak cynku nikomu nie dali, a Andrzej mógł
spokojnie wracać z busem pełnym Golden Americanów. Na wierzch ładował
jeszcze armaturę łazienkową, którą to niby oficjalnie importował do
Polski. Nawet nie żeby zasłonić kontrabandę, bo przez urządzenia i tak
wyzierały kartony papierosów. Bardziej po to, żeby dać polskim celnikom
pretekst. Otworzyli, zajrzeli, no tak, armatura, proszę jechać. W końcu
wszystko było z góry opłacone.
W dzikich latach dziewięćdziesiątych transgraniczną współpracę nawiązały
też złodziejskie szajki. Przez Bezledy jechały samochody ukradzione
niemieckim turystom, którzy po upadku żelaznej kurtyny ruszyli na Warmię
i Mazury szukać swoich korzeni. Zanim Niemiec zdążył zgłosić sprawę
policji, jego auto rozpływało się w Rosji. Złodzieje również mogli
liczyć na specjalne traktowanie i szybką odprawę na przejściu.
Cały proceder oliwiły lokalne znajomości między tymi, którzy mieli być
ścigani, i tymi, którzy mieli ich ścigać. W niewielkich miastach strefy
przygranicznej ludzie kojarzyli wzajemnie, kto jest kim. Jedna z moich
rozmówczyń wspomina, jak 30 lat temu bawiła się na weselu pod
Bartoszycami. Sala wypełniona była ludźmi żyjącymi z nielegalnego
handlu. Wśród gości znalazł się też miejscowy prokurator. Nie mogło to
jednak nikomu popsuć zabawy. Wręcz przeciwnie, w pewnym momencie
przemytnicy chwycili się za ręce i utworzyli na parkiecie kółko, krążąc
wokół tańczącego w środku prokuratora.
Na handlarzy padł blady strach, gdy Polska wchodziła do Unii. Żarty się
kończyły, w końcu miała tu być nowa granica całej wspólnoty,
uszczelniona i europejska. O swoje wizy obawiali się też Rosjanie, a rozpoczynający dopiero rządy Władimir Putin zaczął się domagać
utworzenia korytarza przez Polskę, Litwę i Białoruś, łączącego obwód
kaliningradzki z resztą kraju. Co oczywiście wywołało w Polsce jak
najgorsze skojarzenia.
Ostatecznie rozszerzenie Unii w praktyce nie zablokowało granicy.
Wkrótce zasady zostały nawet poluzowane. W 2011 roku Warszawa zawarła z Moskwą umowę o małym ruchu granicznym, dającym możliwość jeżdżenia na
drugą stronę bez wizy. Dostali ją mieszkańcy strefy przygranicznej, przy
czym umowa rozumiała tę strefę szeroko: w Rosji obejmowała ona cały
obwód kaliningradzki, a w Polsce sięgała po Olsztyn i Gdańsk włącznie.
Zaczęło się eldorado. Po polskiej stronie jeden po drugim wyrastały
supermarkety, w których Rosjanie całymi wózkami wykupywali jedzenie i artykuły chemiczne. Wracając do siebie, mogli dostać za nie zwrot VAT-u,
a potem sprzedać z przebiciem na kaliningradzkich bazarach. Albo po
prostu taniej zaopatrzyć swoje domy na kilka tygodni do przodu.
Polacy zaś ruszyli ławą po nieśmiertelną trójcę rosyjskich surowców:
alkohol, papierosy i paliwo. Kursować można było codziennie, powstały
więc cieplarniane warunki dla "mrówek" - drobnych przemytników
regularnie przekraczających granicę tam i z powrotem ze stosunkowo
niewielką, choć niedokładnie legalną, ilością towarów.
Jedną z takich mrówek był Mirosław, którego spotkałem kiedyś w Górowie
Iławeckim, miasteczku leżącym 30 kilometrów od przejścia w Bezledach.
Chętnie dzielił się tajnikami swojego byłego już fachu.
- Wszyscy kupowali jeden model Passata. Nazywaliśmy go "cysterką",
ponieważ miał wyjątkowo duży bak. Oficjalnie wchodziło 70 litrów, ale
jak dobrze pokombinować, to sporo więcej. Woziliśmy ze sobą belki i deseczki, żeby przechylić samochód przy tankowaniu. Najlepiej podnieść
przód i trochę na bok. - Pokazywał mi w powietrzu. - Zresztą czasem nie
trzeba było nawet belek. Rosjanie rozumieli Polaków. Na stacjach zrobili
specjalne podjazdy, żeby przechylać auta przy tankowaniu.
Mirosław ze znawstwem opisał szczegóły przygotowania auta:
- Wymieniłem opaski na baku, trochę go poluzowałem. Udawało mi się 108,
nawet 109 litrów wlać za jednym razem. Do tego jeszcze dziesiątkę można
było mieć ze sobą w kanistrze. No to kupiłem taki plastikowy, nalałem do
niego kipiącej wody, napompowałem na gorąco. I wchodziło spokojnie 15
litrów, a pisało, że 10.
Do tego obowiązkowo alkohol. Tu Rosjanie też wiedzieli, o co chodzi.
Spirytus oklejali etykietami wódki, bo tej można było legalnie przewieźć
więcej. Sprzedawali go w plastikowych butelkach, bo mają cieńsze ścianki
i te 1,5-litrowe wyglądały jak litr.
Złotych lat nie było wiele. Dokładnie pięć. Latem 2016 roku polski rząd
zawiesił umowę o małym ruchu granicznym, oficjalnie ze względu na
odbywające się wtedy Światowe Dni Młodzieży w Krakowie i szczyt NATO w Warszawie. Umowa nigdy nie została odwieszona.
Potem przyszła pandemia i wszystkie przejścia graniczne zamknęły się na
głucho. A gdy koronawirus już ustępował, Putin napadł na Ukrainę i na
Rosję posypały się sankcje. Ostały się tylko dwa otwarte przejścia z obwodem królewieckim. O wizy ciężko po jednej i drugiej stronie. Poza
tym strach jeździć.
Świeżo otwarta Biedronka przy samym przejściu w Bezledach została
zamknięta. Inne sklepy w przygranicznych miasteczkach cienko przędą.
Mirosław złościł się, że bonanza trwała tak krótko. Z drugiej strony,
dziś, nawet gdyby wróciły stare czasy, po paliwo i spirytus już by tam
nie jeździł.
- Dobrze mi się powodziło, mieszkanie za to kupiłem - tłumaczył. -
Zarobiony jestem. Teraz już by mi się nie chciało stać w kolejkach. Nie
palę, nie piję, to mam odłożone do końca życia.
* * *
Pandemia i sankcje odbiły się mocno na mieszkańcach Kaliningradu. Słyszę
to wielokrotnie. Powtarzają to Rusłana, Aleksiej i druga Liza, do
których kontakty dostaję od wspólnych znajomych. Wszyscy oni żyli w tym
mieście i wszyscy albo już z Rosji wyjechali, albo planują z niej
wyjazd. Bo ciężko, bo strach przed poborem, bo sytuacja polityczna.
Jak jest teraz w Królewcu? Po pierwsze, ludzie utknęli w otoczonym przez
Polskę i Litwę obwodzie. Wyjazdy do Unii stały się niemal niemożliwe, a bilety lotnicze do "dużej" Rosji dużo kosztują. Po drugie, ceny na
miejscu poszły ostro w górę. Wymiana towarów z resztą Rosji idzie przede
wszystkim przez terytorium Litwy, a ta nie patyczkuje się w egzekwowaniu
sankcji. Od napaści na Ukrainę konsekwentnie ogranicza tranzyt do
Królewca. Ponad milion mieszkańców obwodu coraz bardziej uzależnionych
jest od transportu drogą morską. Który ojczyzna zapewnia im z coraz
większym trudem.
Wreszcie ceny windują turyści wewnętrzni. Bo Kaliningrad stał się
popularnym kierunkiem dla bogatszych Rosjan z Moskwy czy Petersburga.
Pozbawieni możliwości podróżowania na Zachód, lecą do Królewca po
namiastkę europejskości i bałtyckie powietrze. Robią sobie zdjęcia na
tle ulic z poniemieckim brukiem. Kupują mieszkania w mieście i letnie
dacze nad morzem.
- Kaliningrad jest zatłoczony, szczególnie latem - mówi mi druga Liza,
nauczycielka angielskiego, z którą łączę się przez popularną w Rosji
aplikację Telegram.
W Królewcu spędziła całe życie. Dopiero w zeszłym roku wyprowadziła się
do Moskwy, bo jej chłopak dostał tam pracę.
- Najbardziej zmieniły się miasteczka nad morzem. Jeśli chcesz dojechać
publicznym transportem, będziesz stał w ścisku i miał problemy z oddychaniem. Przez turystów urosły też ceny. W restauracjach są już
takie same jak w Moskwie. A zarobki nie są tak wysokie i nie jest wcale
łatwo znaleźć pracę. Wszystko się pogorszyło, kiedy zaczęła się wojna w Ukrainie.
Wzdycha. Mimo to marzy, żeby wrócić do rodzinnego miasta. Nie znosi
ogromu Moskwy, wyobcowania jej mieszkańców.
- Dopiero kiedy wyjechałam z Kaliningradu, zdałam sobie sprawę, w jak
pięknym miejscu mieszkałam. Kocham tę atmosferę, Bałtyk, to, że wszędzie
jest blisko. Ludzie są wspaniali. Przed wojną myśleliśmy o sobie jako o części Europy. W Rosji byłam po raz pierwszy, gdy miałam 24 lata -
dodaje, uznając w domyśle, że bycie w Królewcu nie liczy się jako bycie
w Rosji. - Teraz to się zmienia. Nie możemy już jeździć na Zachód. Nie
mamy już tej przewagi nad resztą.
Zgadza się z nią Aleksiej, niespełna 30-latek, który w obawie przed
mobilizacją do wojska wyjechał do Wielkiej Brytanii:
- Mogę nie być obiektywny, ale myślę, że ludzie z Kaliningradu są inni.
Przedtem opuścił Królewiec, by studiować w Petersburgu. Poznał tam ludzi
z całej Rosji.
- Oni nie chcieli po studiach wracać w swoje rodzinne strony. I rzeczywiście nie wrócili. Z przyjaciółmi z Kaliningradu było inaczej.
Większość z tych, którzy studiowali w Petersburgu albo w Moskwie,
prędzej czy później zamieszkała znów w Kaliningradzie. To po prostu
fajne miasto do życia.
Rusłana przyjechała do Królewca z Workuty na dalekiej północy, kiedy
miała 15 lat. Przeprowadziła się z całą rodziną. Jej ojciec, wojskowy,
za wysługę lat dostał tu wtedy mieszkanie.
- Moje pierwsze wrażenie: w mieście jest strasznie zielono. Zupełnie
inaczej niż w Workucie. Był maj, było ciepło, wszyscy chodzili w letnich
ubraniach. Od razu mi się spodobało. I jeszcze te małe, ładne,
niemieckie domy. To było coś nowego.
Ona też uważa, że ludzie z Kaliningradu są inni.
- Pamiętam, jak poznałam nowych znajomych, takich, co to mieszkali tam
od urodzenia. Mówili do mnie: "A, to ty jesteś z Rosji". Odpowiadałam
im, że oni też przecież są z Rosji. Ale myślę, że nie do końca czuli się
jej częścią.
* * *
- Kontakty? W tej chwili nie ma kontaktów. Od wojny w Ukrainie jesteśmy
wrogiem numer jeden dla rosyjskiej propagandy.
Ryszard Doda siedzi za biurkiem w niewielkiej budce, która robi za jego
bosmanat. Na ścianie ma mapę Zalewu Wiślanego, za oknem rzekę Pasłękę,
która kilkaset metrów dalej do tego zalewu wpada. Przy obu brzegach
rzeki kołyszą się zacumowane jachty.
- Miałem znajomych z tamtej strony, takich, którzy negowali działania
Putina - kontynuuje bosman. - Walili w niego publicznie, na Facebooku. I nagle zniknęli. Zdjęcia skasowane, nie odpisują na wiadomości. No więc
tak, kontakty się zerwały.
Rozmawiamy w Starej Pasłęce, małej wsi nad Zalewem Wiślanym kilka minut
drogi od Braniewa. Miejscowość leży po północnej stronie rzeki, czyli
tej bliżej Rosji. Po stronie południowej, od razu za mostem, jest Nowa
Pasłęka. I w Starej, i w Nowej Ryszarda Dodę znają wszyscy. Stworzył tu
przystań dla żaglówek jeszcze w latach dziewięćdziesiątych i od tamtej
pory jest jej szefem.
Ten 60-latek z Braniewa jest barwną postacią. Zanim został żeglarzem i bosmanem, służył we francuskiej Legii Cudzoziemskiej, zjeździł z nią
kawał świata. Gdy Rosja rozpoczęła wojnę, wsiadł w samochód i jeszcze w lutym 2022 roku ruszył z pomocą do Ukrainy. Wiele razy był na frontach
pod Kijowem i w Donbasie.
- Do Kaliningradu już nie pojadę. Przecież bym nie wrócił. Nogi by mi z dupy powyrywali.
Kiedyś, wcale nie tak dawno temu, pływał tam przez Zalew Wiślany. Wtedy
jeszcze było można, wystarczyło wypełnić kilka papierów. A Rosjanie
przypływali z Królewca do jego portu na Pasłęce. Bawili się razem,
biesiadowali, przywozili sobie prezenty.
- Relacje były więcej niż rodzinne.
Żeglarze z obwodu woleli pływać po polskiej stronie Zalewu Wiślanego.
Dlaczego? Żeby to wyjaśnić, Doda robi mi szybki wykład z historii
drugiej wojny światowej, a ma do tego, jak do wielu innych rzeczy,
wyraźne zacięcie. No więc na początku 1945 roku nacierający Sowieci
odcięli Prusy Wschodnie od reszty Rzeszy, zamykając żołnierzy i cywilów
w wielkim worku. Niemcy, przerażeni okrucieństwami czerwonoarmistów,
ruszyli do ucieczki przez zamarznięty zalew na Mierzeję Wiślaną. Cienki
marcowy lód załamywał się pod wozami, saniami i ciężarówkami. Tysiące
ludzi utonęły, a płytkie wody stały się cmentarzyskiem wraków. Po wojnie
Polacy oczyścili swoją część zalewu, Rosjanie - nie za bardzo. Do tej
pory żeglowanie po ich stronie poza wyznaczonym szlakiem to ryzyko
zahaczenia łodzią o zatopione niemieckie pojazdy. Na weekendy rosyjskie
jachty przypływały więc na polskie wody.
- Bardzo dobrzy żeglarze - wspomina Ryszard Doda pełen uznania dla
sąsiadów.
Rozparty na krześle w swoim bosmanacie żywo gestykuluje z niezapalonym
papierosem w dłoni.
- Najpierw, jak zaczęli przypływać, to na takim byle czym. Potem u nas
podpatrzyli i zaczęli zmieniać łódki. Kupowali nowe na Zachodzie, a swoje stare wypychali w głęboką Rosję. Wyrwać od nich metr wody na
regatach to trzeba się było dobrze namęczyć.
Sportowa rywalizacja na Zalewie jeszcze do niedawna była czymś
normalnym. Najsłynniejszą pozycją w żeglarskim kalendarzu były regaty
organizowane wspólnie przez marszałków województw warmińsko-mazurskiego
i pomorskiego oraz gubernatora obwodu kaliningradzkiego. W Polsce znane
jako Regaty o Puchar Trzech Marszałków, w Rosji - o Puchar Trzech
Gubernatorów. Ścigające się łódki przecinały Zalew tam i z powrotem.
Bywało nawet, że wpływały z honorami Pregołą do samego Kaliningradu.
- Trzy dni harówy - wspomina regaty Ryszard Doda.
Harówy na wodzie i harówy po zejściu na ląd. Obie strony stawały na
głowie, żeby się wzajemnie ugościć. Rosjanie pierwszą imprezę zrobili w ruinach niemieckiego fortu na Mierzei Wiślanej, która u nich znana jest
jako "Kosa". Polacy zastanawiali się, co planują gospodarze, prowadząc
ich na odludzie przez trawę wyższą od dorosłego mężczyzny. Na końcu
czekała ich skoszona polana, namioty, orkiestra i kelnerzy w białych
rękawiczkach. A w namiotach stoły pełne wódki, poprzekładanej orzeszkami
i konserwą rybną. W kolejnych latach poregatowe imprezy przeniosły się
już do najlepszych restauracji w Królewcu.
- Znajomi namawiali mnie wiele razy, żebym tam do nich popłynął - mówi
jeden z żeglarzy, którego spotykam w Nowej Pasłęce. - Człowiek myślał,
że to już zawsze będzie można, i odkładał. No, a teraz raczej szybko nie
popłynę.
Po pandemii i inwazji na Ukrainę ruch w poprzek Zalewu zamarł. Regaty
Trzech Marszałków stały się Regatami Dwóch Marszałków - wyłącznie tych
polskich. Rosjanie przestali przypływać na weekend do przystani na
Pasłęce.
- Raz, że wiz nie dostają, dwa, że z tamtej strony to by nie było pewnie
mile widziane, trzy, że propaganda zrobiła swoje - słyszę.
Nad rzeką stoją wyłącznie polskie jachty.
Przy moście łączącym Nową i Starą Pasłękę wbite są tablice oznajmiające,
że tędy przebiegała historyczna granica Prus i Warmii. Gdyby po wojnie
przejmowano się takimi szczegółami, to właśnie na tej rzece mogłaby
stanąć granica między Polską i ZSRR, a Ryszard Doda pół wieku później
nie mógłby założyć swojej przystani na północnym brzegu. W tym miejscu
przykładanie linijki do mapy okazało się korzystne dla Polaków.
Granica biegnie jakieś trzy kilometry za portem. Wsiadam na rower i jadę
zobaczyć jej początek.
- A dowód pan ma ze sobą? Na pewno pana będą kontrolować. Nasi teraz
strasznie pilnują - słyszę we wsi.
Rzeczywiście, gdy jadę wałem między podmokłymi polami, z daleka widzę
zmierzającą w moim kierunku terenówkę Straży Granicznej. Zatrzymanie,
dokumenty, pytania: dokąd i po co.
- Na ostatnią plażę w Polsce - odpowiadam.
- Ostatnią plażę w Schengen - poprawia mnie młody funkcjonariusz.
Oboje z koleżanką są uprzejmi, rzeczowi i chyba trochę znużeni służbą na
szczelnie zadrutowanej granicy, na której - tu wszyscy w okolicy są
zgodni - jest spokój. Ale pogranicznicy nie dają się wciągać w pogawędkę, nawet jeśli mają na nią ochotę. Pytania to do rzecznika,
wiadomo. Trzy razy słyszę, że zarządzeniem wojewody obowiązuje zakaz
wstępu na 15-metrowy pas przygraniczny i pod żadnym pozorem nie wolno
robić zdjęć drugiej stronie. A Straż ma swoje sposoby, żeby się
dowiedzieć, że ktoś takie zdjęcia robił.
Odpowiednio pouczony mogę jechać dalej po betonowych płytach. Gdy wał
się kończy, w lewo odbija od niego wąska ścieżka. Prowadzi między
trzcinami, jest grząska i rozmokła. Pieszo nie dałoby się jej przejść
bez wysokich gumiaków. Rozpędzam rower, obryzguję się błotem i wyjeżdżam
z szuwarów na otwartą przestrzeń. Ostatnia plaża w Schengen jest mała,
cicha i dzika. Na ziemi nie ma śladów po imprezach w plenerze,
zwyczajowo spotykanych w takich miejscach. Z boku w trawie leży tylko
jeden plastikowy kanister.
Pas jasnego piasku ciągnie się do końca Polski, to znaczy do zwojów
kolczastego drutu przecinających plażę i na wszelki wypadek włożonych
jeszcze do wody. Po drugiej stronie plaży nie ma. W Rosji zarośla
docierają do samego brzegu. Za nimi, w oddali widać białą plamę na
Mierzei Wiślanej. To musi być dawna pruska Piława, twierdza strzegąca
cieśniny łączącej Zalew z otwartym morzem. Dziś Piława to Bałtyjsk,
wojskowy ośrodek i baza rosyjskiej Floty Bałtyckiej. A jednocześnie
najbardziej wysunięte na zachód miasto w całej Federacji.
Wracam do Nowej Pasłęki. O drodze na dziką plażę opowiedziała mi Joanna,
doskonale poinformowana sprzedawczyni w miejscowym sklepie. Chciała,
żebym koniecznie do niej wrócił i złożył relację, czy udało mi się tam
dotrzeć. Staję więc w sklepie z ubłoconymi spodniami i mówię, że
znalazłem ostatnią plażę w Polsce. Czy może raczej pierwszą. Gubię się w tym. Joanna ma na ten temat jasne zdanie.
- Przyszedł już do mnie kiedyś dziennikarz i pyta, jak się mieszka na
końcu świata. Mówię: hola hola proszę pana, na początku. Mieszkamy nie
na końcu, tylko na początku świata - mówi.
No i jak się mieszka?
- Normalnie się mieszka. Ruskich się nie boję. Absolutnie. Ich to w ogóle przecież nie ma.
Marcin Terlik - redaktor i dziennikarz Onetu od 2018 roku; pisze o sprawach zagranicznych, społecznych i pracowniczych. Jest współautorem
serii tekstów o zatrudnianiu ludzi z partyjnego klucza w spółkach Skarbu
Państwa oraz cyklu artykułów Mieszkam w Polsce o nietypowych osiedlach
i ich mieszkańcach. Publikował również reportaże z Turcji, Ukrainy,
Francji, Kenii, Litwy, Łotwy i Niemiec. Relacjonował z Brukseli wybory
do europarlamentu i spotkania szczytu Rady Europejskiej. Jego teksty
ukazywały się między innymi w "Tygodniku Powszechnym" i "Przeglądzie".
Studiował filozofię i prawo.