Wprowadzenie
Jako nastolatka miałam ambicję, by zostać naukowczynią, jednak wydarzyło
się zbyt wiele rzeczy, które odwróciły moją uwagę od tego celu,
ostatecznie więc zostałam amatorką nauk ścisłych. Nie chce mi się
spędzać życia w laboratorium czy obserwatorium na cierpliwym
rejestrowaniu wyników pomiarów, namiętnie natomiast czytam sprawozdania
ludzi, którzy się tym zajmują, nieważne, czy mowa o astronomii, czy
biochemii, przy czym na ogół konsumuję te relacje w nieprzetworzonej
formie, na przykład w "Discover" albo "Scientific American". Dziesięć
lat temu w tym drugim czasopiśmie natrafiłam na coś tak głęboko
niepokojącego, że byłam w stanie pomyśleć jedynie: To zmienia
wszystko.
W artykule, autorstwa jednego z redaktorów "Scientific American",
donoszono, że układ odpornościowy de facto wspiera rozrost i rozprzestrzenianie się nowotworów -?to tak, jakby powiedzieć, że straż
pożarna tak naprawdę zatrudnia podpalaczy1. Powszechnie
wiadomo, że funkcją układu odpornościowego jest nas chronić, przede
wszystkim przed bakteriami i wirusami, można by się więc było
spodziewać, że na raka powinien on zareagować zdecydowaną i bojową
obroną. Na studiach doktoranckich pracowałam w dwóch różnych
laboratoriach zajmujących się objaśnianiem sposobów, w jaki układ
odpornościowy organizuje obronę, i zaczęłam myśleć o nim jako o czarodziejskiej i przeważnie niewidzialnej pelerynie ochronnej. Mogłam,
że tak powiem, kroczyć ciemną doliną, w cieniu śmierci, albo wystawiać
się na mordercze drobnoustroje i zła się nie ulęknąć, ponieważ moje
komórki odpornościowe i przeciwciała miały strzec mnie przed krzywdą. A tu proszę -?wszystko wywróciło się na nice.
Po trosze miałam nadzieję, że oskarżenia pod adresem układu
odpornościowego w ciągu kilku lat zostanąodrzucone i skończą na
śmietniku razem z innymi "nieodtwarzalnymi wynikami badań". One jednak
przetrwały i dziś są uznawane przez specjalistów i specjalistki
otwarcie, choć z pewnym rozdrażnieniem, na które wskazuje częste użycie
słowa "paradoksalne". Nie jest to tego rodzaju słowo, jakie spodziewamy
się znaleźć w literaturze naukowej, do której przeniosłam się z popularnych czasopism. Jeśli w nauce coś wydaje się "paradoksalne",
oznacza to, że masz przed sobą jeszcze masę pracy, żeby rozwiązać
rzekomy paradoks -?albo, rzecz jasna, odrzucić część swoich pierwotnych
założeń i zacząć poszukiwać nowego paradygmatu.
Paradoks układu odpornościowego i raka nie jest jedynie zagadką naukową:
ma potężny moralny oddźwięk. Wiemy, że układ odpornościowy powinien
działać "dobrze", i w popularnych tekstach prozdrowotnych zachęca się
nas do podejmowania kroków mających na celu jego wzmocnienie. Zwłaszcza
chorych na raka namawia się do "pozytywnego myślenia", zgodnie z nieudowodnioną teorią głoszącą, że układ odpornościowy stanowi kanał
komunikacyjny między świadomym umysłem a ewidentnie nieświadomym ciałem.
Tyle że jeśli układ odpornościowy może wzmacniać wzrost i rozprzestrzenianie się raka, oznacza to, że im jest silniejszy, tym dla
pacjenta lub pacjentki gorszy. Powinno się więc raczej doradzać chorym
wytłumianie go, za pomocą, powiedzmy, immunosupresantów albo
"negatywnych myśli".
W idealnym świecie, takim, jaki wyobrażali sobie biolodzy z połowy XX
wieku, układ odpornościowy stale monitorowałby napotkane przez siebie
komórki i natknąwszy się na jakiekolwiek anormalne, rzucał się, by je
zniszczyć. Te działania monitoringowe, nazwane nadzorem immunologicznym,
powinny móc zagwarantować, że ciało pozostanie wolne od intruzów i wszelkiego rodzaju podejrzanych typów, w tym także od komórek rakowych.
Jednak w miarę jak stulecie zbliżało się ku końcowi, stawało się coraz
bardziej oczywiste, że układ odpornościowy nie tylko otwiera komórkom
rakowym przejście i mówiąc metaforycznie, machnięciem ręki przepuszcza
je przez punkt kontrolny. Jakby tego było mało, przewrotnie i wbrew
wszelkim biologicznym uzasadnieniom pomaga im się rozprzestrzeniać i tworzyć w całym ciele nowe guzy.
Potraktowałam to bardzo osobiście. Po pierwsze, w 2000 roku
zdiagnozowano u mnie raka piersi, a jest to jeden z wielu rodzajów raka,
któremu, jak ustalono, układ odpornościowy sprzyja. Mój w momencie
wykrycia zajął jedynie węzeł chłonny, stamtąd jednak gotów był
zaatakować -?"nie daj Boże", jak bogobojnie ujmowali to lekarze -
wątrobę lub kości. Poza tym mam jeszcze osobisty związek z dokładnie
tego typu komórkami układu odpornościowego, które, jak się okazało,
ułatwiają rozprzestrzenianie się raka: chodzi o tak zwane makrofagi
(dosłownie: "wielkożercy").
Tak się złożyło, że wiem o makrofagach więcej niż o dowolnego innego
typu komórkach w ludzkim ciele, co nie znaczy rzecz jasna, że wiem jakoś
wyjątkowo dużo. Natomiast z najróżniejszych powodów badania do dyplomu
robiłam właśnie na makrofagach, bynajmniej nie z powodu ich związków z rakiem, których istnienia w owym czasie nikt się nawet nie domyślał.
Makrofagi uważane są za pierwszą linię obrony w niekończącej się walce
ciała z najazdami drobnoustrojów. Są wielkie, powiązane z wieloma innymi
komórkami ciała, zabijają mikroby, pożerając je, przy czym na ogół są
żarłoczne. Hodowałam makrofagi na szalkach Petriego, badałam je pod
mikroskopem, etykietowałam ich cząsteczki za pomocą radioaktywnych
markerów, czyli generalnie robiłam wszystko to, co magistrantka robić
powinna, chcąc pojąć te maleńkie formy życia. Myślałam, że są moimi
przyjaciółmi.
W międzyczasie zajęłam się badaniem i relacjonowaniem wydarzeń
rozgrywających się w o wiele rozleglejszej skali -?całych ludzkich ciał
i w jeszcze większej -?społeczeństw. Jako socjolożka amatorka
obserwowałam, jak system ochrony zdrowia w moim kraju z "chałupniczego"
rozrasta się do poziomu przedsięwzięcia wartego trzy biliony dolarów
rocznie -?zatrudniającego miliony, dominującego nad całymi dzielnicami,
a nawet nad horyzontem, wzniecającego walki polityczne o to, kto
powinien zań płacić, i skazującego na klęskę polityków, którzy udzielili
złej odpowiedzi. I cóż takiego całe to przedsięwzięcie ma do
zaoferowania ludziom, których nie zatrudnia bezpośrednio? Obiecuje
długowieczność, a także parę innych rzeczy, w tym wolność od
niepełnosprawności, bezpieczne porody i zdrowe dzieci. Krótko mówiąc,
oferuje nam kontrolę -?nie nad rządem czy otoczeniem społecznym, ale nad
naszymi własnymi ciałami.
Co bardziej ambitne osoby dążą do kontrolowania ludzi ze swojego
otoczenia, powiedzmy -?pracowników czy ogólnie podwładnych. Jednak nawet
od najbardziej bezpretensjonalnych i najskromniejszych spośród nas
oczekuje się, że zechcemy poddawać kontroli to, co leży w granicach
naszej skóry. Gorliwie staramy się zapanować nad naszą wagą i kształtami
za pomocą diet i ćwiczeń, a jeśli wszystko inne zawiedzie, nawet
interwencji chirurgicznych. Cały pogrążony w półcieniu obszar myśli i emocji, które wywodzą się z naszych fizycznych ciał, także domaga się
uwagi i ręcznego sterowania. Od dzieciństwa każe się nam kontrolować
emocje i w miarę jak dorastamy, oferuje się dziesiątki służących do tego
algorytmów, od medytacji po psychoterapię. W dojrzalszym wieku ponagla
się nas do tego, byśmy dla ochrony intelektu zajmowały się rozgrywaniem
mentalnie pobudzających gier, jak lumosity czy sudoku. Wszystko, co nas
dotyczy, może potencjalnie stać się przedmiotem naszej kontroli.
Tak powszechny jest ów nacisk na kontrolę, że zasadnie możemy czasem
poczuć potrzebę zafundowania sobie homeopatycznej dawki czegoś wręcz
przeciwnego -?jak flirt z nieznajomym, pijacka noc na mieście czy
zamieszki dla uczczenia swojej drużyny. Najbogatsi i najpotężniejsi
spośród nas mogą spróbować otrzeć się o utratę kontroli pod postacią
"wakacji z przygodą", ulokowanych w egzotycznej scenerii i uwzględniających ryzykowne sposoby spędzania czasu, w rodzaju wspinaczki
wysokogórskiej lub skoków na spadochronie. A kiedy wakacje się skończą,
powrócą do swoich reżymów samokontroli i panowania nad sobą.
Tyle że nieważne, jak bardzo będziemy się starać, bynajmniej nie
wszystko potencjalnie znajduje się w zakresie naszej kontroli -?dotyczy
to nawet naszych ciał i umysłów. Jest to dla mnie pierwsza z lekcji,
jakich udzieliły mi makrofagi, przewrotnie wspierające zabójczego raka.
Ciało -?albo, jeśli użyć bardziej nowatorskiego języka, "ciałoumysł" -
nie jest płynnie działającym mechanizmem, w którym każda część
posłusznie wykonuje swoje zadania, przyczyniając się do wspólnego dobra.
W najlepszym razie stanowi konfederację różnych części -?komórek,
tkanek, nawet wzorców myślowych -?z których każda może dążyć do
realizacji własnych celów, niezależnie od tego, że są one
niszczycielskie dla całości. Czym ostatecznie jest rak, jeśli nie buntem
komórek przeciwko całemu organizmowi? Nawet w tak pozornie łagodnym
stanie jak ciąża trwają nieustannie, jak się okazuje, rywalizacja i konflikty w bardzo małej skali.
Wiem, że w epoce, w której zarówno medycyna konwencjonalna, jak i najbardziej mętne "alternatywy" stają po stronie panowania nad sobą albo
przynajmniej bronią obietnicy, zgodnie z którą możemy przedłużyć nasze
życie i poprawić stan zdrowia, jeśli będziemy starannie monitorować swój
sposób funkcjonowania, wiele osób uzna mój punkt widzenia za
rozczarowujący, nawet defetystyczny. Jaki sens ma staranne kalibrowanie
diety i czas spędzony na bieżni, jeśli kilka łajdackich komórek twojego
własnego ciała może cię całkowicie rozgromić?
Jest to jednak dopiero pierwsza lekcja udzielona przez zdradzieckie
makrofagi, które zainspirowały mnie do napisania tej książki, a moja
opowieść się na niej nie kończy. Okazuje się, że wiele komórek w ciele
zdolnych jest do czegoś, co biolodzy zaczynają nazywać "komórkowym
procesem decyzyjnym". Określone komórki mogą "decydować", dokąd iść i co
dalej robić, bez instrukcji ze strony centralnego ośrodka władzy, niemal
jak gdyby posiadały "wolną wolę". Podobna wolność, jak zobaczymy,
rozciąga się na wiele drobin materii, zazwyczaj uważanych za pozbawione
życia, jak wirusy czy nawet atomy.
Obiekty, które, jak uczono mnie wierzyć, miały być bezwładne, bierne
albo po prostu pozbawione znaczenia -?jak pojedyncze komórki -?są w rzeczywistości zdolne do podejmowania decyzji, także bardzo złych. Nie
będzie przesadą, jeśli powie się, że świat przyrody, tak jak zaczynamy
go pojmować, pulsuje czymś bardzo przypominającym "życie". A jak
zamierzam wykazać, ta obserwacja powinna wpłynąć na nasz sposób
myślenia, nie tylko o naszych życiach, ale także o śmierci i o tym, jak
umieramy.
Nie da się podsumować tej książki jednym lub dwoma zdaniami, oto jednak
przybliżona mapa tego, co dalej: pierwsza połowa poświęcona została
opisaniu dążenia do kontroli, tak jak wyraża się ono w sposobie
rozumienia opieki zdrowotnej, modyfikacji "trybu życia" w obszarze diet,
ćwiczeń i mglistego, ale rosnącego w siłę przemysłu "wellness", który
obejmuje umysł na równi z ciałem. Wszystkie te formy interwencji
prowokują do pytań o granice ludzkiej kontroli, a to z kolei prowadzi
nas do dziedziny biologii -?co znajduje się w ciele i czy jego
różnorakie składowe i elementy są w ogóle podatne na świadomą ludzką
kontrolę? Czy tworzą harmonijną całość, czy też zaangażowane są w wieczny konflikt?
Przedstawiam tu argumenty na rzecz coraz wyraźniej obecnej w nauce
dystopijnej wizji ciała -?nie jako doskonale zarządzanej maszyny, ale
obszaru nieustannego konfliktu na poziomie komórkowym, którego finałem,
przynajmniej w znanych nam przypadkach, jest śmierć. Tak więc pod koniec
książki, jeśli nie pod koniec naszego jednostkowego życia, zostajemy z nieuchronnym pytaniem: "Czym jestem?" -?albo czym jesteś ty. Czym jest
"jaźń", jeśli nie jest osadzona w harmonijnie działającym ciele, i do
czego właściwie jest nam potrzebna?
Nie znajdziecie tu żadnych porad ani instrukcji, żadnych wskazówek na
temat tego, jak przedłużyć swoje życie, poprawić dietę i reżym ćwiczeń
czy zmienić swoje nastawienie i przestroić się na zdrowszy kierunek. Mam
natomiast nadzieję, że być może ta książka zachęci was do ponownego
przemyślenia projektu sprawowania kontroli nad własnym ciałem i umysłem.
Wszyscy i wszystkie chcielibyśmy żyć dłużej i cieszyć się lepszym
zdrowiem, pytanie brzmi, ile z naszego życia należy poświęcić na ten
projekt, jeśli wszyscy, a w każdym razie większość z nas, ma inne,
bardziej sensowne rzeczy do roboty. Żołnierze dążą do fizycznej
sprawności, ale przygotowani są na to, że zginą w bitwie. Pracownicy
opieki zdrowotnej ryzykują własne życie, by ocalić cudze, podczas klęsk
głodu i epidemii. Dobrzy samarytanie własnym ciałem osłaniają
potencjalne ofiary przed napastnikami.
Myśl o własnej śmierci może napełniać was goryczą lub rezygnacją,
możecie myśleć o niej jako o tragicznej wyrwie, kończącej wasze życie, i sięgać po wszystkie możliwe środki, by ją opóźnić. Albo też, z większą
dozą realizmu, możecie pomyśleć o swoim życiu jako o wyrwie w wieczności
nieistnienia i potraktować je jako szybko przemijającą okazję, by
poobserwować i powchodzić w relacje z żywym, nieustannie zaskakującym
światem, który nas otacza.
Rozdział 1. Bunt wieku średniego
Rozdział 1
Bunt wieku średniego
Ostatnimi laty zrezygnowałam z wielu zabiegów medycznych -?na przykład z badań przesiewowych pod kątem raka, z badań kontrolnych, cytologii -
którym powinna poddawać się rozsądna osoba, posiadająca ubezpieczenie
zdrowotne. Nie wynikało to z żadnego samobójczego impulsu. Właściwie nie
była to nawet tak do końca decyzja, raczej nagromadzenie mikrodecyzji:
zostać przy biurku, żeby zdążyć z pracą, czy pojawić się u lekarza
pierwszego kontaktu i poddać aktualnym badaniom oceniającym moją
biologiczną stabilność; spędzić popołudnie w sztucznie przytulnym
otoczeniu korporacyjnego gabinetu lekarskiego czy iść na spacer.
Początkowo krytykowałam samą siebie za lenistwo i prokrastynację, za to,
że pozwalam sobie na zaległości w prostych, oczywistych rzeczach, które
mogą przedłużyć mi życie. Ostatecznie na tym przecież polega wielka
obietnica współczesnej medycyny: nie musisz chorować i umierać
(przynajmniej przez jakiś czas), ponieważ problemy daje się wykryć
"wcześnie", kiedy są jeszcze łatwo uleczalne. Lepiej namierzyć guz,
kiedy jest wielkości oliwki, a nie melona.
Wiedziałam, że działam wbrew podejściu, bliskiemu mi przecież od dawna,
zgodnie z którym profilaktyka ma przewagę nad drogimi i inwazyjnymi
zaawansowanymi technikami interwencji medycznej. Niewiele jest rzeczy
równie absurdalnych jak szpital w centrum miasta, który ma w ofercie
komorę hiperbaryczną, ale nie jest w stanie zmobilizować się i przeprowadzić w okolicy badań pod kątem zatruć ołowiem. Z perspektywy
zarówno zdrowia publicznego, jak i osobistego o wiele więcej sensu ma
badanie pozwalające wykryć problemy, którym można zapobiec, niż
przeznaczanie potężnych zasobów na leczenie poważnie chorych.
Nie miałam też wątpliwości, że postępuję dokładnie odwrotnie niż ten
segment populacji, do którego należę. Większość moich wykształconych
znajomych z klasy średniej w miarę jak zbliżał się schyłek ich młodości,
podwoiło wysiłki w kwestiach związanych ze zdrowiem. Zaczynali ćwiczyć
lub uprawiać jogę, zapełniali kalendarze datami zbliżających się badań,
szczycili się poziomem "dobrego" i "złego" cholesterolu, tętnem,
ciśnieniem krwi. Przeważnie uznawali, że starzenie się narzuca
wyrzeczenia, przede wszystkim w dziedzinie diet, w której kolejne
medyczne mody, takie lub inne badanie potępiały tłuszcz i mięso,
węglowodany, gluten, produkty mleczne lub wszelkie produkty pochodzenia
zwierzęcego. W ramach prozdrowotnego sposobu myślenia, dominującego już
od jakichś czterdziestu lat wśród co zamożniejszych ludzi tego świata,
zdrowie staje się nie do odróżnienia od cnoty, smaczne jedzenie jest
"grzesznie rozkoszne", natomiast zdrowe, jeśli ma dość dobry smak, można
reklamować hasłem "bez poczucia winy". Kto stara się nadrobić chwilę
słabości, wymierza sobie kary w postaci postów, środków
przeczyszczających lub diet złożonych z różnorakich soków, podawanych o różnych porach dnia w starannie zaplanowanej sekwencji.
Moja reakcja na starzenie się jest inna: stopniowo zaczęłam sobie
uświadamiać, że jestem dość stara, by umrzeć, przy czym nie zamierzam tu
sugerować, że każdy i każda z nas ma jakąś datę ważności. Nie ma, rzecz
jasna, żadnego określonego wieku, w którym dana osoba przestaje być
warta dalszych medycznych inwestycji, nieważne, czy mających na celu
prewencję, czy leczenie. Armia uznaje, że człowiek jest dość stary, by
umrzeć -?by jego lub ją umieścić na linii ognia -?w wieku lat
osiemnastu. Na drugim końcu życia wielu światowych przywódców pozostaje
na stanowiskach po siedemdziesiątce lub dłużej i nikt nie podważa ich
potrzeby nieustannych, intensywnych badań i leczenia. Robert Mugabe,
prezydent Zimbabwe, ma 92 dwa lata i przechodzi kolejne kuracje na raka
prostaty.
Tyle że jeśli przejrzymy nekrologi w gazetach, zauważymy, że istnieje
pewien wiek, w którym śmierć nie wymaga już większych wyjaśnień. Chociaż
nie jest to generalna dziennikarska zasada, to jeśli osoba zmarła ma 70
lat lub więcej, zazwyczaj piszący nekrolog wspomina jedynie o "przyczynach naturalnych". Każda śmierć jest smutna, jednak nikomu nie
przyjdzie na myśl używać słowa "tragiczna", gdy mowa o siedemdziesięciolatkach, nikt też nie będzie żądał wszczęcia
dochodzenia.
Kiedy zdałam sobie sprawę, że jestem dość stara, by umrzeć, uznałam, że
jestem też dość stara, żeby nie narażać się już więcej na cierpienia,
przykrości lub nudę związane z pogonią za dłuższym życiem. Jem dobrze,
co oznacza, że wybieram jedzenie, które jest smaczne i które zahamuje
głód na tak długo, jak się da, jak białko, błonnik i tłuszcz. Ćwiczę -
nie dlatego, że dzięki temu będę żyć dłużej, ale dlatego, że dzięki temu
czuję się dobrze. Co do opieki lekarskiej: jeśli coś się zdarzy, zwrócę
się o pomoc, ale nie jestem już zainteresowana poszukiwaniem problemów,
które dla mnie samej są niewykrywalne. W idealnym świecie określenie,
kiedy jest się dość starą, żeby umrzeć, powinno być osobistą decyzją,
opartą na oszacowaniu prawdopodobnych plusów, jeśli istnieją,
korzystania z opieki medycznej i tego -?co w pewnym wieku jest równie
ważne -?jak chcemy spędzić czas, który nam pozostał.
Tak się składa, że zawsze wypytywałam o każdy zabieg, jaki proponowano
mi w ramach opieki zdrowotnej: należę do pokolenia kobiet, które
upierały się, że mają prawo stawiać pytania, i nie godziły się, żeby w ich karcie pacjentki pojawiały się określenia w rodzaju
"niewspółpracująca" lub gorsze. Kiedy więc kilka lat temu mój lekarz
pierwszego kontaktu powiedział, że potrzebuję pomiaru gęstości kości,
spytałam go, rzecz jasna, po co: co można zrobić, jeśli okaże się, że
wiek podziurawił mi kości? Na szczęście, odparł, mamy na to obecnie nowy
lek. Powiedziałam, że doskonale zdaję sobie z tego sprawę, po pierwsze,
dzięki całostronicowym reklamom nowego środka w gazetach, a po drugie,
dzięki artykułom, w których kwestionuje się jego skuteczność i bezpieczeństwo. Proszę pomyśleć o alternatywie, powiedział, czyli na
przykład o pęknięciu biodra, które może szybko doprowadzić do
znalezienia się w domu opieki. Niechętnie przyznałam więc, że poddanie
się badaniu, które nie jest inwazyjne i które moje ubezpieczenie
pokrywa, może być lepsze niż unieruchomienie i umieszczenie w zakładzie.
Rezultatem była diagnoza "osteopenii", czyli zmniejszenia masy kości,
stanu, który mógłby być alarmujący, gdybym nie dowiedziała się, że
występuje u niemal wszystkich kobiet powyżej trzydziestego piątego roku
życia. Innymi słowy, osteopenia nie jest chorobą, ale naturalnym objawem
starzenia się. Dzięki odrobinie dalszych poszukiwań, do których
wystarczyły łatwo dostępne źródła, okazało się, że rutynowe skany kości
są promowane, a nawet dofinansowywane, przez producenta
leku.2 Gorzej jeszcze: leczenie, preferowane w okresie, w którym ja dostałam moją diagnozę, jak się okazało, mogło powodować
dokładnie te problemy, którym rzekomo miało zapobiegać -?degenerację i łamliwość kości. Ktoś cyniczny mógłby dojść do wniosku, że profilaktyka
istnieje po to, żeby przekształcać ludzi w surowiec dla spragnionego
zysków kompleksu medyczno-przemysłowego.
Katalizatorem mojego pierwszego poważniejszego odstępstwa od wymaganego
reżymu badań była mammografia. Nikt nie lubi mammografii, która
sprowadza się do prób wymuszenia na piersiach siłą, żeby stały się
przeźroczyste. Najpierw pierś zostaje spłaszczona między dwiema płytami,
a następnie bombarduje się ją promieniami Roentgena, które, tak się
składa, są jedynym czynnikiem środowiskowym, co do którego wiadomo z pewnością, że może powodować raka piersi. Bardzo sumiennie poddawałam
się mammografii od czasu, gdy na przełomie wieku leczono mnie na raka
piersi, i oto teraz, jakieś dziesięć lat później, gabinet ginekologiczny
poinformował mnie, że moje zdjęcie rentgenowskie wygląda "kiepsko".
Przeżyłam kilka kolejnych pełnych niepokoju tygodni, podczas których
poddawano mnie dalszym badaniom, a w międzyczasie udało mi się dostać
mandat za "prowadzenie w stanie rozkojarzenia". Jasne, że byłam
rozkojarzona -?z powodu majaczącej na horyzoncie konieczności podjęcia
decyzji, czy zamierzam znów przechodzić wyniszczające leczenie, czy po
prostu pozwolić, żeby tym razem choroba potoczyła się swoim torem.
Kiedy już zrobiono mi USG i gdy zwalczyłam atak paniki w przypominającej
trumnę tubie do rezonansu magnetycznego, okazało się, że "kiepski" wynik
mammografii był fałszywie pozytywnym rezultatem bardzo czułych nowych
cyfrowych form obrazowania. Była to moja ostatnia mammografia. Nawet
jeśli brzmi lekkomyślnie, miałam wsparcie wielkomiejskiego onkologa
pierwszej klasy, który przejrzał wszystkie moje zdjęcia i powiedział, że
nie ma potrzeby, żebym przychodziła ponownie -?co zinterpretowałam jako
"nigdy więcej".
Od tego czasu każde spotkanie z lekarzem lub dentystą kończyło się
zwarciem. Dentyści -?a w trakcie moich podróży po całym kraju poznałam
ich wielu -?zawsze chcieli świeżego zestawu zdjęć rentgenowskich, nawet
jeśli jedynym problemem był odprysk na szczycie zęba. A ja potrafiłam
myśleć jedynie o aparatach rentgenowskich, które w czasach mojej
młodości miał każdy sklep obuwniczy, i o tym, jak zachęcano dzieci, żeby
poruszały palcami stóp i oglądały swoje kości. Zabawa ta skończyła się w latach siedemdziesiątych, kiedy ostatecznie zakazano używania
"fluoroskopów", uznawanych teraz za źródło niebezpiecznego
promieniowania. No więc czemu miałabym rutynowo wystawiać usta, o wiele
bardziej niż stopy podatne na nowotwory, na wysokie coroczne dawki
promieni Roentgena? Gdyby był jakiś powód, żeby podejrzewać istnienie
ukrytych problemów strukturalnych, w porządku, ale robić to tylko po to,
żeby zaspokoić ciekawość dentysty albo spełnić jakieś abstrakcyjne
"standardy opieki" -?nie.
Podczas każdego z tych zwarć uderzało mnie to, że profesjonaliści
odrzucają moje subiektywne relacje -?zazwyczaj brzmiące mniej więcej
"czuję się dobrze" -?na rzecz tajemnych ustaleń używanego przez siebie
sprzętu. Pewien lekarz, spontanicznie, bez jakichkolwiek oczywistych
oznak czy symptomów, postanowił zbadać mi pojemność płuc za pomocą
nowego przenośnego instrumentu, który właśnie nabył w tym celu. Zgodnie
z instrukcją wydychałam powietrze do aparatu tak mocno, jak potrafiłam,
ale ekran nie rejestrował mojego oddechu. Lekarz bawił się aparatem,
najwyraźniej zaniepokojony, po czym stwierdził, że wygląda na to, że
cierpię na zator płucny. Na swoją obronę przypomniałam mu, że codziennie
ćwiczę aerobik przynajmniej przez pół godziny, nie licząc zwykłych
spacerów, ale byłam zbyt uprzejma, żeby zademonstrować, że wciąż mam
dość tchu na energiczną kłótnię.
Nieoczekiwanie to moja dentystka, podczas zwykłego plombowania,
zasugerowała, że powinnam zbadać się pod kątem bezdechu sennego. Nie mam
pojęcia, czemu dentystka zajęła się czymś, co normalnie należy do
dziedziny specjalistów od uszu, nosa i gardła, w każdym razie doradziła,
żeby przebadać się w "centrum snu", gdzie miałabym postarać się przespać
popodłączana do urządzeń monitorujących, a następnie mogłabym zafundować
sobie u niej leczenie: przerażającą maskę w kształcie czaszki, która
powinna zapobiegać bezdechowi sennemu i która z pewnością wykluczyłaby
jakąkolwiek istniejącą jeszcze możliwość podejmowania aktywności
seksualnej. Kiedy stwierdziłam, że nic nie wskazuje, żebym cierpiała na
to zaburzenie -?żadnych objawów ani wykrywalnych oznak -?dentystka
orzekła, że mogę nie być go świadoma, i dodała, że bezdech może zabić
mnie we śnie. To akurat, odparłam, jest perspektywa, z którą jestem w stanie żyć.
Gdy tylko dobiłam do pięćdziesiątki, lekarze zaczęli zalecać -?a w jednym przypadku nawet błagać -?żebym poddała się kolonoskopii. Podobnie
jak w przypadku mammografii, trudno uniknąć presji na badanie wnętrza
okrężnicy. Promują je gwiazdy, podśmiewają się z niego komicy. W marcu,
Miesiącu Świadomości Raka Jelita Grubego, dwuipółmetrowa replika
okrężnicy objeżdża kraj, aby umożliwić zaspokojenie ciekawości analnej,
odbycie spaceru i obejrzenie potencjalnie złośliwych polipów "od
wewnątrz"3. Z tym że jeśli mammografia wygląda jak
wyrafinowana forma sadyzmu, kolonoskopia przypomina napaść na tle
seksualnym. Najpierw pacjent zostaje uśpiony -?często czymś, co
potocznie jest nazywane "tabletką gwałtu", czyli lekiem Versed -?a następnie wprowadza się długą, elastyczną tubę, z kamerką na końcu, do
odbytu i dalej, do okrężnicy. Tym, co odrzucało mnie bardziej nawet niż
sama ta perwersyjna procedura, był dzień postu i brania leków na
przeczyszczenie, który powinien ją poprzedzać, by zapewnić, że kamerka
natrafi na coś innego niż odchody. Odkładałam to badanie z roku na rok,
aż ostatecznie poczucie bezpieczeństwa dała mi świadomość, że skoro rak
jelita grubego zazwyczaj rozwija się powoli, to nawet jeśli noszę w sobie jakiekolwiek złośliwe polipy, zanim zdołają się rozwinąć, będę już
zapewne i tak bliska śmierci z innych powodów.
Następnie mój internista, naczelny lekarz w średniej wielkości
spółdzielni lekarskiej, rozesłał list, oznajmiając w nim, że zawiesza
swoją zwykłą praktykę po to, by zaoferować "dodatkową odpłatną opiekę"
na nowym poziomie, dostępną tym, którzy i które gotowi są wybulić
dodatkowe 1500 dolarów rocznie ponad to, co już płacą za ubezpieczenie.
Elitarna obsługa miała obejmować dostęp do lekarza dwadzieścia cztery
godziny na dobę, wizyty w czasie wolnym i, jak obiecywano w liście,
wszelkiego rodzaju testy i badania jako dodatek do rutynowych. Wtedy
właśnie wykrystalizowało się moje postanowienie: umówiłam się na wizytę
i powiedziałam lekarzowi prosto w twarz, że po pierwsze, przeraża mnie
jego gotowość do porzucenia mniej zamożnych pacjentów, którzy, rzecz
jasna, stanowili większość populacji zaludniającej poczekalnię. A po
drugie, nie chcę kolejnych badań: chcę lekarza, który będzie mnie
chronił przed zbędnymi zabiegami. Zamierzam pozostać z masami
zwyczajnych, badanych na chybił trafił pacjentów.
Oczywiście do wszystkich zbędnych badań przesiewowych i testów dochodzi
dlatego, że zlecają je lekarze, jednak wśród medyków narasta już bunt.
Fałszywe dodatnie rozpoznania zaczynają być uznawane za problem z zakresu zdrowia publicznego, niekiedy nawet mówi się już o "epidemii".
Stały się tematem godnym międzynarodowych konferencji medycznych i obciążających, wypełnionych danymi publikacji w rodzaju: Overdiagnosed:
Making People Sick in the Pursuit of Health H. Gilberta Welcha i jego
kolegów z Dartmouth, Lisy Schwartz i Steve'a Woloshina. Nawet Jane
Brody, dziennikarka prowadząca rubrykę poświęconą zdrowiu, dawniej przez
długi czas gorąca rzeczniczka profilaktyki, zaleca teraz, by dwa razy
zastanowić się przed poddaniem czemuś, co było kiedyś traktowane jako
rutynowe badanie. Lekarz i bloger John M. Mandrola zaleca otwarcie:
Zamiast obawiać się o to, że nie uda się wykryć choroby, zarówno
pacjenci, jak i lekarze powinni raczej obawiać się opieki zdrowotnej.
Najlepszym sposobem uniknięcia błędów lekarskich jest unikanie opieki
medycznej. Punktem wyjścia powinno być: mam się dobrze. Sposobem na to,
żeby tak zostało, jest trzymanie się dobrych decyzji -?a nie lekarz
szukający problemów4.
Z wiekiem zmienia się wynik analizy kosztów i korzyści. Z jednej strony,
opieka zdrowotna staje się bardziej dostępna finansowo -?przynajmniej
dla obywateli Stanów -?po osiągnięciu 65 roku życia, kiedy każda osoba
jest uprawniona do korzystania z Medicare. Nawoływania do tego, by
poddawać się badaniom i testom, nie cichną, przy czym do chóru dołączają
ukochani najbliżsi. W moim przypadku jednak apetyt na dowolnego rodzaju
spotkania z medycyną spada z każdym mijającym tygodniem. Załóżmy, że
badanie profilaktyczne wykryje jakąś dolegliwość, która wymagałaby
bolesnego leczenia albo poświęceń z mojej strony -?okaleczającej
operacji, naświetlania, drastycznych ograniczeń trybu życia. Być może te
środki byłyby w stanie dodać do mojego życia kilka lat, ale to dłuższe
życie byłoby zarazem bolesne i zubożone. Obecnie profilaktyka często
wydłuża koniec życia: siedemdziesięciopięciolatki zachęca się do
poddawania się mammografii, ludzie, którymi zawładnęła już jedna
śmiertelna choroba, mogą stać się przedmiotem badań w kierunku
kolejnych5. Podczas zjazdu lekarzy ktoś relacjonował
przypadek stulatki, która właśnie otrzymała wyniki swojej pierwszej
mammografii, co skłoniło publiczność do "głośnych wiwatów"6.
Jednym z powodów kompulsywnego pragnienia testowania, badania i monitorowania są pieniądze, przy czym jest to główna przyczyna zwłaszcza
w Stanach Zjednoczonych, z ich wysoce sprywatyzowanym i często
nastawionym na zysk systemem opieki zdrowotnej. Jak lekarz -?albo
szpital, albo firma produkująca leki -?ma zarabiać na zasadniczo
zdrowych pacjentach? Poddając ich testom i badaniom, które,
przeprowadzone w odpowiedniej liczbie, muszą wykryć coś złego albo
przynajmniej coś wartego dalszych badań. Gilbert i współautorzy
podsuwają obrazową analogię, zapożyczoną od specjalisty z dziedziny
geometrii fraktalnej, pytając: "Ile wysp otacza wybrzeża Anglii?".
Odpowiedź, rzecz jasna, zależy od rozdzielczości mapy, której się użyje,
a także od tego, jak zdefiniuje się "wyspę". Kiedy korzysta się z bardzo
czułych technologii, w rodzaju tomografii komputerowej, wykrycie
niewielkich nieprawidłowości staje się niemal nieuniknione i prowadzi do
kolejnych badań, recept i wizyt u lekarza. Przy czym tendencja do
nadmiernego testowania wzrasta, kiedy lekarz bądź lekarka zlecający
testy ma finansowe powiązania z ośrodkiem prowadzącym badania lub
wykonującym zdjęcia, do którego kieruje ludzi.
Nie tylko spragniony zysków system opieki zdrowotnej nakręca zjawisko
nadmiernego testowania i zbędnych diagnoz. Konkretni konsumenci, czyli
byli i potencjalni pacjenci i pacjentki, potrafią domagać się badań i nawet grozić pozwami o błąd w sztuce, jeśli uważają, że się im ich
odmawia. W ciągu ostatnich kilkudziesięciu lat grupy "rzeczników
pacjentów" pojawiały się jak grzyby po deszczu, by "obrandować"
dziesiątki chorób i reklamować konieczność badań przesiewowych. Niejedna
choroba ma w roli rzeczniczki własną gwiazdę -?Katie Couric dla raka
jelita grubego, Rudy Giuliani dla raka prostaty -?i każda proponuje
własną wstążkę, ozdobioną odpowiednim kolorem -?różową dla raka piersi,
fioletową dla raka jąder, czarną dla czerniaka, z puzzlowym wzorem dla
autyzmu i tak dalej -?a także konkretne dni lub miesiące przeznaczone na
skoncentrowaną reklamę i działania lobbingowe. Celem tego wszystkiego
jest przede wszystkim "świadomość", innymi słowy -?gotowość do poddania
się odpowiedniemu badaniu, w rodzaju mammografii czy badania swoistego
antygenu sterczowego.
Nawet skompromitowane testy mają swoje znaczące grupy rzecznicze. Kiedy
w U.S. Preventive Services Task Force postanowiło wycofać zalecenie
poddawania rutynowej mammografii kobiet poniżej 50 roku życia, nawet
niektóre feministyczne organizacje prozdrowotne, po których
oczekiwałabym większego krytycyzmu w stosunku do konwencjonalnych
praktyk medycznych, zabrały głos, aby zaprotestować. Niewielka gromadka
kobiet, identyfikujących się jako przetrwanki raka piersi, demonstrowała
na autostradzie przed siedzibą grupy do zadań specjalnych, poniekąd
domagając się tego, by ich piersi poddano uciskowi. W 2008 roku ta sama
grupa robocza dała ocenę D badaniom antygenu sterczowego, jednak
rzecznicy tego badania, w rodzaju Giulianiego, który twierdził, że
uratowało mu ono życie, nie przestawali się go domagać, podobnie zresztą
jak większość lekarzy7. Wielu lekarzy uzasadnia wątpliwej
wartości testy argumentem "spokoju ducha", który rzekomo mają one
zapewniać -?z wyjątkiem, rzecz jasna, sytuacji, w których dadzą
fałszywie pozytywny wynik.
Szczególnie podatny na fałszywe dodatnie rozpoznanie jest rak tarczycy.
W miarę wprowadzania technik obrazowania o coraz większej mocy lekarze
mogli wykrywać o wiele mniejsze guzki w ludzkich szyjach i usuwać je
chirurgicznie, niezależnie od tego, czy operacja była uzasadniona.
Szacunkowo od 70 do 80 procent operacji raka tarczycy wykonanych na
Amerykankach, Francuzkach i Włoszkach w pierwszej dekadzie XXI wieku
teraz ocenia się jako zbędne. W Korei Południowej, gdzie lekarze byli
szczególnie sumienni, jeśli chodzi o badania przesiewowe tarczycy, ta
liczba wzrosła do 90 procent (mężczyzn także diagnozowano fałszywie, ale
w znacznie mniejszej liczbie). To pacjenci ponoszą koszt tych operacji,
który obejmuje przyjmowanie do końca życia hormonów tarczycy, a biorąc
pod uwagę, że nie są one zawsze w pełni skuteczne, pacjent może zostać z chroniczną "depresją i ociężałością"8.
Jak dotąd nie zdołałam wykryć żadnych zaczątków powszechnego buntu
przeciwko reżymowi zbędnych i często szkodliwych badań lekarskich.
Prawie nikt nie przyznaje się do tego, że osobiście odrzuca testy, a ten, kto to zrobił -?John Horgan, który zajmuje się pisaniem na tematy
naukowe i który na blogu w "Scientific American" wyjaśniał, dlaczego nie
podda się kolonoskopii -?poniekąd sam podważył swoją dobrze uzasadnioną
argumentację, przedstawiając się jako "antytestowy świr"9.
Większość ludzi żartuje sobie z tego, jak bardzo zalecane badania
potrafią być nieprzyjemne, a jednocześnie dzielnie poddają się temu,
czego się od nich oczekuje.
Zanosi się jednak na znaczący bunt na innym froncie. Coraz częściej
czytamy lamenty na temat "medykalizacji umierania", zazwyczaj skupiające
się na niegdyś pełnym wigoru rodzicu, dziadku lub babci, którzy bardzo
jasno wyrazili życzenia naturalnej, niezmedykalizowanej śmierci tylko po
to, żeby skończyć uwiązani kablami i rurkami do łóżka na intensywnej
terapii. Lekarze nieustannie mają z tym do czynienia -?błyskotliwe osoby
uciszone pod respiratorem, zadbani ludzie doprowadzeni do nietrzymania
moczu -?i niektórzy zaparli się, że nie pozwolą, żeby im przydarzyło się
to samo. Mogą odmówić opieki, wiedząc, że z większym prawdopodobieństwem
doprowadzi ona do niepełnosprawności niż do zdrowia -?jak ten ortopeda,
który otrzymawszy diagnozę raka trzustki, natychmiast zamknął praktykę i wrócił do domu, żeby umrzeć we względnej wygodzie i spokoju10.
Kilku lekarzy, bardziej proaktywnych i zdeterminowanych, wytatuowało
sobie "No Code" albo "DNR", czyli "do not resuscitate" -?nie podejmować
resuscytacji. Odrzucają te same drastyczne terminalne działania, którym
rutynowo poddają swoich pacjentów.
Co do mnie, rezygnując z profilaktyki, postępuję zgodnie z tą samą linią
rozumowania, tyle że idę o krok dalej: nie tylko odrzucam udręki
zmedykalizowanej śmierci, ale też odmawiam zgody na zmedykalizowane
życie, przy czym mój upór z wiekiem jedynie się umacnia. W miarę jak
kurczy się czas, który mi pozostał, każdy miesiąc i każdy dzień staje
się zbyt cenny, żeby spędzać go w pozbawionych okien poczekalniach i pod
nadzorem zimnych maszyn. Bycie dość starą, żeby umrzeć, jest
osiągnięciem, nie klęską, a zatem warto celebrować wolność, którą ono
przynosi.