Z przyczyn naturalnych. Ludzka obsesja dobrego samopoczucia i nadludzkie wysiłki, aby żyć dłużej - Barbara Ehrenreich

Kup ebooka

44.90 zł
34.73 zł (33,93 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Wprowadzenie

Jako nasto­latka mia­łam ambi­cję, by zostać naukow­czy­nią, jed­nak wyda­rzyło się zbyt wiele rze­czy, które odwró­ciły moją uwagę od tego celu, osta­tecz­nie więc zosta­łam ama­torką nauk ści­słych. Nie chce mi się spę­dzać życia w labo­ra­to­rium czy obser­wa­to­rium na cier­pli­wym reje­stro­wa­niu wyni­ków pomia­rów, namięt­nie nato­miast czy­tam spra­woz­da­nia ludzi, któ­rzy się tym zaj­mują, nie­ważne, czy mowa o astro­no­mii, czy bio­che­mii, przy czym na ogół kon­su­muję te rela­cje w nie­prze­two­rzo­nej for­mie, na przy­kład w "Disco­ver" albo "Scien­ti­fic Ame­ri­can". Dzie­sięć lat temu w tym dru­gim cza­so­pi­śmie natra­fi­łam na coś tak głę­boko nie­po­ko­ją­cego, że byłam w sta­nie pomy­śleć jedy­nie: To zmie­nia wszystko.

W arty­kule, autor­stwa jed­nego z redak­to­rów "Scien­ti­fic Ame­ri­can", dono­szono, że układ odpor­no­ściowy de facto wspiera roz­rost i roz­prze­strze­nia­nie się nowo­two­rów -?to tak, jakby powie­dzieć, że straż pożarna tak naprawdę zatrud­nia pod­pa­la­czy1. Powszech­nie wia­domo, że funk­cją układu odpor­no­ścio­wego jest nas chro­nić, przede wszyst­kim przed bak­te­riami i wiru­sami, można by się więc było spo­dzie­wać, że na raka powi­nien on zare­ago­wać zde­cy­do­waną i bojową obroną. Na stu­diach dok­to­ranc­kich pra­co­wa­łam w dwóch róż­nych labo­ra­to­riach zaj­mu­ją­cych się obja­śnia­niem spo­so­bów, w jaki układ odpor­no­ściowy orga­ni­zuje obronę, i zaczę­łam myśleć o nim jako o cza­ro­dziej­skiej i prze­waż­nie nie­wi­dzial­nej pele­ry­nie ochron­nej. Mogłam, że tak powiem, kro­czyć ciemną doliną, w cie­niu śmierci, albo wysta­wiać się na mor­der­cze drob­no­ustroje i zła się nie ulęk­nąć, ponie­waż moje komórki odpor­no­ściowe i prze­ciw­ciała miały strzec mnie przed krzywdą. A tu pro­szę -?wszystko wywró­ciło się na nice.

Po tro­sze mia­łam nadzieję, że oskar­że­nia pod adre­sem układu odpor­no­ścio­wego w ciągu kilku lat zosta­ną­o­drzu­cone i skoń­czą na śmiet­niku razem z innymi "nie­od­twa­rzal­nymi wyni­kami badań". One jed­nak prze­trwały i dziś są uzna­wane przez spe­cja­li­stów i spe­cja­listki otwar­cie, choć z pew­nym roz­draż­nie­niem, na które wska­zuje czę­ste uży­cie słowa "para­dok­salne". Nie jest to tego rodzaju słowo, jakie spo­dzie­wamy się zna­leźć w lite­ra­tu­rze nauko­wej, do któ­rej prze­nio­słam się z popu­lar­nych cza­so­pism. Jeśli w nauce coś wydaje się "para­dok­salne", ozna­cza to, że masz przed sobą jesz­cze masę pracy, żeby roz­wią­zać rze­komy para­doks -?albo, rzecz jasna, odrzu­cić część swo­ich pier­wot­nych zało­żeń i zacząć poszu­ki­wać nowego para­dyg­matu.

Para­doks układu odpor­no­ścio­wego i raka nie jest jedy­nie zagadką naukową: ma potężny moralny oddźwięk. Wiemy, że układ odpor­no­ściowy powi­nien dzia­łać "dobrze", i w popu­lar­nych tek­stach proz­dro­wot­nych zachęca się nas do podej­mo­wa­nia kro­ków mają­cych na celu jego wzmoc­nie­nie. Zwłasz­cza cho­rych na raka nama­wia się do "pozy­tyw­nego myśle­nia", zgod­nie z nie­udo­wod­nioną teo­rią gło­szącą, że układ odpor­no­ściowy sta­nowi kanał komu­ni­ka­cyjny mię­dzy świa­do­mym umy­słem a ewi­dent­nie nieświa­do­mym cia­łem. Tyle że jeśli układ odpor­no­ściowy może wzmac­niać wzrost i roz­prze­strze­nia­nie się raka, ozna­cza to, że im jest sil­niej­szy, tym dla pacjenta lub pacjentki gor­szy. Powinno się więc raczej dora­dzać cho­rym wytłu­mia­nie go, za pomocą, powiedzmy, immu­no­su­pre­san­tów albo "nega­tyw­nych myśli".

W ide­al­nym świe­cie, takim, jaki wyobra­żali sobie bio­lo­dzy z połowy XX wieku, układ odpor­no­ściowy stale moni­to­ro­wałby napo­tkane przez sie­bie komórki i natknąw­szy się na jakie­kol­wiek anor­malne, rzu­cał się, by je znisz­czyć. Te dzia­ła­nia moni­to­rin­gowe, nazwane nad­zo­rem immu­no­lo­gicz­nym, powinny móc zagwa­ran­to­wać, że ciało pozo­sta­nie wolne od intru­zów i wszel­kiego rodzaju podej­rza­nych typów, w tym także od komó­rek rako­wych. Jed­nak w miarę jak stu­le­cie zbli­żało się ku koń­cowi, sta­wało się coraz bar­dziej oczy­wi­ste, że układ odpor­no­ściowy nie tylko otwiera komór­kom rako­wym przej­ście i mówiąc meta­fo­rycz­nie, mach­nię­ciem ręki prze­pusz­cza je przez punkt kon­tro­lny. Jakby tego było mało, prze­wrot­nie i wbrew wszel­kim bio­lo­gicz­nym uza­sad­nie­niom pomaga im się roz­prze­strze­niać i two­rzyć w całym ciele nowe guzy.

Potrak­to­wa­łam to bar­dzo oso­bi­ście. Po pierw­sze, w 2000 roku zdia­gno­zo­wano u mnie raka piersi, a jest to jeden z wielu rodza­jów raka, któ­remu, jak usta­lono, układ odpor­no­ściowy sprzyja. Mój w momen­cie wykry­cia zajął jedy­nie węzeł chłonny, stam­tąd jed­nak gotów był zaata­ko­wać -?"nie daj Boże", jak bogo­boj­nie ujmo­wali to leka­rze - wątrobę lub kości. Poza tym mam jesz­cze oso­bi­sty zwią­zek z dokład­nie tego typu komór­kami układu odpor­no­ścio­wego, które, jak się oka­zało, uła­twiają roz­prze­strze­nia­nie się raka: cho­dzi o tak zwane makro­fagi (dosłow­nie: "wiel­ko­żercy").

Tak się zło­żyło, że wiem o makro­fa­gach wię­cej niż o dowol­nego innego typu komór­kach w ludz­kim ciele, co nie zna­czy rzecz jasna, że wiem jakoś wyjąt­kowo dużo. Nato­miast z naj­róż­niej­szych powo­dów bada­nia do dyplomu robi­łam wła­śnie na makro­fa­gach, by­naj­mniej nie z powodu ich związ­ków z rakiem, któ­rych ist­nie­nia w owym cza­sie nikt się nawet nie domy­ślał. Makro­fagi uwa­żane są za pierw­szą linię obrony w nie­koń­czą­cej się walce ciała z najaz­dami drob­no­ustro­jów. Są wiel­kie, powią­zane z wie­loma innymi komór­kami ciała, zabi­jają mikroby, poże­ra­jąc je, przy czym na ogół są żar­łoczne. Hodo­wa­łam makro­fagi na szal­kach Petriego, bada­łam je pod mikro­sko­pem, ety­kie­to­wa­łam ich czą­steczki za pomocą radio­ak­tyw­nych mar­ke­rów, czyli gene­ral­nie robi­łam wszystko to, co magi­strantka robić powinna, chcąc pojąć te maleń­kie formy życia. Myśla­łam, że są moimi przy­ja­ciółmi.

W mię­dzy­cza­sie zaję­łam się bada­niem i rela­cjo­no­wa­niem wyda­rzeń roz­gry­wa­ją­cych się w o wiele roz­le­glej­szej skali -?całych ludz­kich ciał i w jesz­cze więk­szej -?spo­łe­czeństw. Jako socjo­lożka ama­torka obser­wo­wa­łam, jak sys­tem ochrony zdro­wia w moim kraju z "cha­łup­ni­czego" roz­ra­sta się do poziomu przed­się­wzię­cia war­tego trzy biliony dola­rów rocz­nie -?zatrud­nia­ją­cego miliony, domi­nu­ją­cego nad całymi dziel­ni­cami, a nawet nad hory­zon­tem, wznie­ca­ją­cego walki poli­tyczne o to, kto powi­nien zań pła­cić, i ska­zu­ją­cego na klę­skę poli­ty­ków, któ­rzy udzie­lili złej odpo­wie­dzi. I cóż takiego całe to przed­się­wzię­cie ma do zaofe­ro­wa­nia ludziom, któ­rych nie zatrud­nia bez­po­śred­nio? Obie­cuje dłu­go­wiecz­ność, a także parę innych rze­czy, w tym wol­ność od nie­peł­no­spraw­no­ści, bez­pieczne porody i zdrowe dzieci. Krótko mówiąc, ofe­ruje nam kon­trolę -?nie nad rzą­dem czy oto­cze­niem spo­łecz­nym, ale nad naszymi wła­snymi cia­łami.

Co bar­dziej ambitne osoby dążą do kon­tro­lo­wa­nia ludzi ze swo­jego oto­cze­nia, powiedzmy -?pra­cow­ni­ków czy ogól­nie pod­wład­nych. Jed­nak nawet od najbar­dziej bez­pre­ten­sjo­nal­nych i naj­skrom­niej­szych spo­śród nas ocze­kuje się, że zechcemy pod­da­wać kon­troli to, co leży w gra­ni­cach naszej skóry. Gor­li­wie sta­ramy się zapa­no­wać nad naszą wagą i kształ­tami za pomocą diet i ćwi­czeń, a jeśli wszystko inne zawie­dzie, nawet inter­wen­cji chi­rur­gicz­nych. Cały pogrą­żony w pół­cie­niu obszar myśli i emo­cji, które wywo­dzą się z naszych fizycz­nych ciał, także domaga się uwagi i ręcz­nego ste­ro­wa­nia. Od dzie­ciń­stwa każe się nam kon­tro­lo­wać emo­cje i w miarę jak dora­stamy, ofe­ruje się dzie­siątki słu­żą­cych do tego algo­ryt­mów, od medy­ta­cji po psy­cho­te­ra­pię. W doj­rzal­szym wieku pona­gla się nas do tego, byśmy dla ochrony inte­lektu zaj­mo­wały się roz­gry­wa­niem men­tal­nie pobu­dza­ją­cych gier, jak lumo­sity czy sudoku. Wszystko, co nas doty­czy, może poten­cjal­nie stać się przed­mio­tem naszej kon­troli.

Tak powszechny jest ów nacisk na kon­trolę, że zasad­nie możemy cza­sem poczuć potrzebę zafun­do­wa­nia sobie home­opa­tycz­nej dawki cze­goś wręcz prze­ciw­nego -?jak flirt z nie­zna­jo­mym, pijacka noc na mie­ście czy zamieszki dla uczcze­nia swo­jej dru­żyny. Naj­bo­gatsi i naj­po­tęż­niejsi spo­śród nas mogą spró­bo­wać otrzeć się o utratę kon­troli pod posta­cią "waka­cji z przy­godą", ulo­ko­wa­nych w egzo­tycz­nej sce­ne­rii i uwzględ­nia­ją­cych ryzy­kowne spo­soby spę­dza­nia czasu, w rodzaju wspi­naczki wyso­ko­gór­skiej lub sko­ków na spa­do­chro­nie. A kiedy waka­cje się skoń­czą, powrócą do swo­ich reży­mów samokon­troli i pano­wa­nia nad sobą.

Tyle że nie­ważne, jak bar­dzo będziemy się sta­rać, by­naj­mniej nie wszystko poten­cjal­nie znaj­duje się w zakre­sie naszej kon­troli -?doty­czy to nawet naszych ciał i umy­słów. Jest to dla mnie pierw­sza z lek­cji, jakich udzie­liły mi makro­fagi, prze­wrot­nie wspie­ra­jące zabój­czego raka. Ciało -?albo, jeśli użyć bar­dziej nowa­tor­skiego języka, "cia­ło­umysł" - nie jest płyn­nie dzia­ła­ją­cym mecha­ni­zmem, w któ­rym każda część posłusz­nie wyko­nuje swoje zada­nia, przy­czy­nia­jąc się do wspól­nego dobra. W naj­lep­szym razie sta­nowi kon­fe­de­ra­cję róż­nych czę­ści -?komó­rek, tka­nek, nawet wzor­ców myślo­wych -?z któ­rych każda może dążyć do reali­za­cji wła­snych celów, nie­za­leż­nie od tego, że są one nisz­czy­ciel­skie dla cało­ści. Czym osta­tecz­nie jest rak, jeśli nie bun­tem komó­rek prze­ciwko całemu orga­ni­zmowi? Nawet w tak pozor­nie łagod­nym sta­nie jak ciąża trwają nie­ustan­nie, jak się oka­zuje, rywa­li­za­cja i kon­flikty w bar­dzo małej skali.

Wiem, że w epoce, w któ­rej zarówno medy­cyna kon­wen­cjo­nalna, jak i naj­bar­dziej mętne "alter­na­tywy" stają po stro­nie pano­wa­nia nad sobą albo przy­naj­mniej bro­nią obiet­nicy, zgod­nie z którą możemy prze­dłu­żyć nasze życie i popra­wić stan zdro­wia, jeśli będziemy sta­ran­nie moni­to­ro­wać swój spo­sób funk­cjo­no­wa­nia, wiele osób uzna mój punkt widze­nia za roz­cza­ro­wu­jący, nawet defe­ty­styczny. Jaki sens ma sta­ranne kali­bro­wa­nie diety i czas spę­dzony na bieżni, jeśli kilka łaj­dac­kich komó­rek two­jego wła­snego ciała może cię cał­ko­wi­cie roz­gro­mić?

Jest to jed­nak dopiero pierw­sza lek­cja udzie­lona przez zdra­dziec­kie makro­fagi, które zain­spi­ro­wały mnie do napi­sa­nia tej książki, a moja opo­wieść się na niej nie koń­czy. Oka­zuje się, że wiele komó­rek w ciele zdol­nych jest do cze­goś, co bio­lo­dzy zaczy­nają nazy­wać "komór­ko­wym pro­ce­sem decy­zyj­nym". Okre­ślone komórki mogą "decy­do­wać", dokąd iść i co dalej robić, bez instruk­cji ze strony cen­tral­nego ośrodka wła­dzy, nie­mal jak gdyby posia­dały "wolną wolę". Podobna wol­ność, jak zoba­czymy, roz­ciąga się na wiele dro­bin mate­rii, zazwy­czaj uwa­ża­nych za pozba­wione życia, jak wirusy czy nawet atomy.

Obiekty, które, jak uczono mnie wie­rzyć, miały być bez­władne, bierne albo po pro­stu pozba­wione zna­cze­nia -?jak poje­dyn­cze komórki -?są w rze­czy­wi­sto­ści zdolne do podej­mo­wa­nia decy­zji, także bar­dzo złych. Nie będzie prze­sadą, jeśli powie się, że świat przy­rody, tak jak zaczy­namy go poj­mo­wać, pul­suje czymś bar­dzo przy­po­mi­na­ją­cym "życie". A jak zamie­rzam wyka­zać, ta obser­wa­cja powinna wpły­nąć na nasz spo­sób myśle­nia, nie tylko o naszych życiach, ale także o śmierci i o tym, jak umie­ramy.

Nie da się pod­su­mo­wać tej książki jed­nym lub dwoma zda­niami, oto jed­nak przy­bli­żona mapa tego, co dalej: pierw­sza połowa poświę­cona została opi­sa­niu dąże­nia do kon­troli, tak jak wyraża się ono w spo­so­bie rozu­mie­nia opieki zdro­wot­nej, mody­fi­ka­cji "trybu życia" w obsza­rze diet, ćwi­czeń i mgli­stego, ale rosną­cego w siłę prze­my­słu "wel­l­ness", który obej­muje umysł na równi z cia­łem. Wszyst­kie te formy inter­wen­cji pro­wo­kują do pytań o gra­nice ludz­kiej kon­troli, a to z kolei pro­wa­dzi nas do dzie­dziny bio­lo­gii -?co znaj­duje się w ciele i czy jego róż­no­ra­kie skła­dowe i ele­menty są w ogóle podatne na świa­domą ludzką kon­trolę? Czy two­rzą har­mo­nijną całość, czy też zaan­ga­żo­wane są w wieczny kon­flikt?

Przed­sta­wiam tu argu­menty na rzecz coraz wyraź­niej obec­nej w nauce dys­to­pij­nej wizji ciała -?nie jako dosko­nale zarzą­dza­nej maszyny, ale obszaru nie­ustan­nego kon­fliktu na pozio­mie komór­ko­wym, któ­rego fina­łem, przy­naj­mniej w zna­nych nam przy­pad­kach, jest śmierć. Tak więc pod koniec książki, jeśli nie pod koniec naszego jed­nost­ko­wego życia, zosta­jemy z nie­uchron­nym pyta­niem: "Czym jestem?" -?albo czym jesteś ty. Czym jest "jaźń", jeśli nie jest osa­dzona w har­mo­nij­nie dzia­ła­ją­cym ciele, i do czego wła­ści­wie jest nam potrzebna?

Nie znaj­dzie­cie tu żad­nych porad ani instruk­cji, żad­nych wska­zó­wek na temat tego, jak prze­dłu­żyć swoje życie, popra­wić dietę i reżym ćwi­czeń czy zmie­nić swoje nasta­wie­nie i prze­stroić się na zdrow­szy kie­ru­nek. Mam nato­miast nadzieję, że być może ta książka zachęci was do ponow­nego prze­my­śle­nia pro­jektu spra­wo­wa­nia kon­troli nad wła­snym cia­łem i umy­słem. Wszy­scy i wszyst­kie chcie­li­by­śmy żyć dłu­żej i cie­szyć się lep­szym zdro­wiem, pyta­nie brzmi, ile z naszego życia należy poświę­cić na ten pro­jekt, jeśli wszy­scy, a w każ­dym razie więk­szość z nas, ma inne, bar­dziej sen­sowne rze­czy do roboty. Żoł­nie­rze dążą do fizycz­nej spraw­no­ści, ale przy­go­to­wani są na to, że zginą w bitwie. Pra­cow­nicy opieki zdro­wot­nej ryzy­kują wła­sne życie, by oca­lić cudze, pod­czas klęsk głodu i epi­de­mii. Dobrzy sama­ry­ta­nie wła­snym cia­łem osła­niają poten­cjalne ofiary przed napast­ni­kami.

Myśl o wła­snej śmierci może napeł­niać was gory­czą lub rezy­gna­cją, może­cie myśleć o niej jako o tra­gicz­nej wyrwie, koń­czą­cej wasze życie, i się­gać po wszyst­kie moż­liwe środki, by ją opóź­nić. Albo też, z więk­szą dozą reali­zmu, może­cie pomy­śleć o swoim życiu jako o wyrwie w wiecz­no­ści nie­ist­nie­nia i potrak­to­wać je jako szybko prze­mi­ja­jącą oka­zję, by poob­ser­wo­wać i powcho­dzić w rela­cje z żywym, nie­ustan­nie zaska­ku­ją­cym świa­tem, który nas ota­cza.

Rozdział 1. Bunt wieku średniego

Roz­dział 1

Bunt wieku śred­niego

Ostat­nimi laty zre­zy­gno­wa­łam z wielu zabie­gów medycz­nych -?na przy­kład z badań prze­sie­wo­wych pod kątem raka, z badań kon­tro­l­nych, cyto­lo­gii - któ­rym powinna pod­da­wać się roz­sądna osoba, posia­da­jąca ubez­pie­cze­nie zdro­wotne. Nie wyni­kało to z żad­nego samo­bój­czego impulsu. Wła­ści­wie nie była to nawet tak do końca decy­zja, raczej nagro­ma­dze­nie mikro­de­cy­zji: zostać przy biurku, żeby zdą­żyć z pracą, czy poja­wić się u leka­rza pierw­szego kon­taktu i pod­dać aktu­al­nym bada­niom oce­nia­ją­cym moją bio­lo­giczną sta­bil­ność; spę­dzić popo­łu­dnie w sztucz­nie przy­tul­nym oto­cze­niu kor­po­ra­cyj­nego gabi­netu lekar­skiego czy iść na spa­cer. Począt­kowo kry­ty­ko­wa­łam samą sie­bie za leni­stwo i pro­kra­sty­na­cję, za to, że pozwa­lam sobie na zale­gło­ści w pro­stych, oczy­wi­stych rze­czach, które mogą prze­dłu­żyć mi życie. Osta­tecz­nie na tym prze­cież polega wielka obiet­nica współ­cze­snej medy­cyny: nie musisz cho­ro­wać i umie­rać (przy­naj­mniej przez jakiś czas), ponie­waż pro­blemy daje się wykryć "wcze­śnie", kiedy są jesz­cze łatwo ule­czalne. Lepiej namie­rzyć guz, kiedy jest wiel­ko­ści oliwki, a nie melona.

Wie­dzia­łam, że dzia­łam wbrew podej­ściu, bli­skiemu mi prze­cież od dawna, zgod­nie z któ­rym pro­fi­lak­tyka ma prze­wagę nad dro­gimi i inwa­zyj­nymi zaawan­so­wa­nymi tech­ni­kami inter­wen­cji medycz­nej. Nie­wiele jest rze­czy rów­nie absur­dal­nych jak szpi­tal w cen­trum mia­sta, który ma w ofer­cie komorę hiper­ba­ryczną, ale nie jest w sta­nie zmo­bi­li­zo­wać się i prze­pro­wa­dzić w oko­licy badań pod kątem zatruć oło­wiem. Z per­spek­tywy zarówno zdro­wia publicz­nego, jak i oso­bi­stego o wiele wię­cej sensu ma bada­nie pozwa­la­jące wykryć pro­blemy, któ­rym można zapo­biec, niż prze­zna­cza­nie potęż­nych zaso­bów na lecze­nie poważ­nie cho­rych.

Nie mia­łam też wąt­pli­wo­ści, że postę­puję dokład­nie odwrot­nie niż ten seg­ment popu­la­cji, do któ­rego należę. Więk­szość moich wykształ­co­nych zna­jo­mych z klasy śred­niej w miarę jak zbli­żał się schy­łek ich mło­do­ści, podwo­iło wysiłki w kwe­stiach zwią­za­nych ze zdro­wiem. Zaczy­nali ćwi­czyć lub upra­wiać jogę, zapeł­niali kalen­da­rze datami zbli­ża­ją­cych się badań, szczy­cili się pozio­mem "dobrego" i "złego" cho­le­ste­rolu, tęt­nem, ciśnie­niem krwi. Prze­waż­nie uzna­wali, że sta­rze­nie się narzuca wyrze­cze­nia, przede wszyst­kim w dzie­dzi­nie diet, w któ­rej kolejne medyczne mody, takie lub inne bada­nie potę­piały tłuszcz i mięso, węglo­wo­dany, glu­ten, pro­dukty mleczne lub wszel­kie pro­dukty pocho­dze­nia zwie­rzę­cego. W ramach proz­dro­wot­nego spo­sobu myśle­nia, domi­nu­ją­cego już od jakichś czter­dzie­stu lat wśród co zamoż­niej­szych ludzi tego świata, zdro­wie staje się nie do odróż­nie­nia od cnoty, smaczne jedze­nie jest "grzesz­nie roz­koszne", nato­miast zdrowe, jeśli ma dość dobry smak, można rekla­mo­wać hasłem "bez poczu­cia winy". Kto stara się nad­ro­bić chwilę sła­bo­ści, wymie­rza sobie kary w postaci postów, środ­ków prze­czysz­cza­ją­cych lub diet zło­żo­nych z róż­no­ra­kich soków, poda­wa­nych o róż­nych porach dnia w sta­ran­nie zapla­no­wa­nej sekwen­cji.

Moja reak­cja na sta­rze­nie się jest inna: stop­niowo zaczę­łam sobie uświa­da­miać, że jestem dość stara, by umrzeć, przy czym nie zamie­rzam tu suge­ro­wać, że każdy i każda z nas ma jakąś datę waż­no­ści. Nie ma, rzecz jasna, żad­nego okre­ślo­nego wieku, w któ­rym dana osoba prze­staje być warta dal­szych medycz­nych inwe­sty­cji, nie­ważne, czy mają­cych na celu pre­wen­cję, czy lecze­nie. Armia uznaje, że czło­wiek jest dość stary, by umrzeć -?by jego lub ją umie­ścić na linii ognia -?w wieku lat osiem­na­stu. Na dru­gim końcu życia wielu świa­to­wych przy­wód­ców pozo­staje na sta­no­wi­skach po sie­dem­dzie­siątce lub dłu­żej i nikt nie pod­waża ich potrzeby nie­ustan­nych, inten­syw­nych badań i lecze­nia. Robert Mugabe, pre­zy­dent Zim­ba­bwe, ma 92 dwa lata i prze­cho­dzi kolejne kura­cje na raka pro­staty.

Tyle że jeśli przej­rzymy nekro­logi w gaze­tach, zauwa­żymy, że ist­nieje pewien wiek, w któ­rym śmierć nie wymaga już więk­szych wyja­śnień. Cho­ciaż nie jest to gene­ralna dzien­ni­kar­ska zasada, to jeśli osoba zmarła ma 70 lat lub wię­cej, zazwy­czaj piszący nekro­log wspo­mina jedy­nie o "przy­czy­nach natu­ral­nych". Każda śmierć jest smutna, jed­nak nikomu nie przyj­dzie na myśl uży­wać słowa "tra­giczna", gdy mowa o sie­dem­dzie­się­cio­lat­kach, nikt też nie będzie żądał wsz­czę­cia docho­dze­nia.

Kiedy zda­łam sobie sprawę, że jestem dość stara, by umrzeć, uzna­łam, że jestem też dość stara, żeby nie nara­żać się już wię­cej na cier­pie­nia, przy­kro­ści lub nudę zwią­zane z pogo­nią za dłuż­szym życiem. Jem dobrze, co ozna­cza, że wybie­ram jedze­nie, które jest smaczne i które zaha­muje głód na tak długo, jak się da, jak białko, błon­nik i tłuszcz. Ćwi­czę - nie dla­tego, że dzięki temu będę żyć dłu­żej, ale dla­tego, że dzięki temu czuję się dobrze. Co do opieki lekar­skiej: jeśli coś się zda­rzy, zwrócę się o pomoc, ale nie jestem już zain­te­re­so­wana poszu­ki­wa­niem pro­ble­mów, które dla mnie samej są nie­wy­kry­walne. W ide­al­nym świe­cie okre­śle­nie, kiedy jest się dość starą, żeby umrzeć, powinno być oso­bi­stą decy­zją, opartą na osza­co­wa­niu praw­do­po­dob­nych plu­sów, jeśli ist­nieją, korzy­sta­nia z opieki medycz­nej i tego -?co w pew­nym wieku jest rów­nie ważne -?jak chcemy spę­dzić czas, który nam pozo­stał.

Tak się składa, że zawsze wypy­ty­wa­łam o każdy zabieg, jaki pro­po­no­wano mi w ramach opieki zdro­wot­nej: należę do poko­le­nia kobiet, które upie­rały się, że mają prawo sta­wiać pyta­nia, i nie godziły się, żeby w ich kar­cie pacjentki poja­wiały się okre­śle­nia w rodzaju "nie­współ­pra­cu­jąca" lub gor­sze. Kiedy więc kilka lat temu mój lekarz pierw­szego kon­taktu powie­dział, że potrze­buję pomiaru gęsto­ści kości, spy­ta­łam go, rzecz jasna, po co: co można zro­bić, jeśli okaże się, że wiek podziu­ra­wił mi kości? Na szczę­ście, odparł, mamy na to obec­nie nowy lek. Powie­dzia­łam, że dosko­nale zdaję sobie z tego sprawę, po pierw­sze, dzięki cało­stro­ni­co­wym rekla­mom nowego środka w gaze­tach, a po dru­gie, dzięki arty­ku­łom, w któ­rych kwe­stio­nuje się jego sku­tecz­ność i bez­pie­czeń­stwo. Pro­szę pomy­śleć o alter­na­ty­wie, powie­dział, czyli na przy­kład o pęk­nię­ciu bio­dra, które może szybko dopro­wa­dzić do zna­le­zie­nia się w domu opieki. Nie­chęt­nie przy­zna­łam więc, że pod­da­nie się bada­niu, które nie jest inwa­zyjne i które moje ubez­pie­cze­nie pokrywa, może być lep­sze niż unie­ru­cho­mie­nie i umiesz­cze­nie w zakła­dzie.

Rezul­ta­tem była dia­gnoza "oste­ope­nii", czyli zmniej­sze­nia masy kości, stanu, który mógłby być alar­mu­jący, gdy­bym nie dowie­działa się, że wystę­puje u nie­mal wszyst­kich kobiet powy­żej trzy­dzie­stego pią­tego roku życia. Innymi słowy, oste­ope­nia nie jest cho­robą, ale natu­ral­nym obja­wem sta­rze­nia się. Dzięki odro­bi­nie dal­szych poszu­ki­wań, do któ­rych wystar­czyły łatwo dostępne źró­dła, oka­zało się, że ruty­nowe skany kości są pro­mo­wane, a nawet dofi­nan­so­wy­wane, przez pro­du­centa leku.2 Gorzej jesz­cze: lecze­nie, pre­fe­ro­wane w okre­sie, w któ­rym ja dosta­łam moją dia­gnozę, jak się oka­zało, mogło powo­do­wać dokład­nie te pro­blemy, któ­rym rze­komo miało zapo­bie­gać -?dege­ne­ra­cję i łam­li­wość kości. Ktoś cyniczny mógłby dojść do wnio­sku, że pro­fi­lak­tyka ist­nieje po to, żeby prze­kształ­cać ludzi w suro­wiec dla spra­gnio­nego zysków kom­pleksu medyczno-prze­my­sło­wego.

Kata­li­za­to­rem mojego pierw­szego poważ­niej­szego odstęp­stwa od wyma­ga­nego reżymu badań była mam­mo­gra­fia. Nikt nie lubi mam­mo­gra­fii, która spro­wa­dza się do prób wymu­sze­nia na pier­siach siłą, żeby stały się prze­źro­czy­ste. Naj­pierw pierś zostaje spłasz­czona mię­dzy dwiema pły­tami, a następ­nie bom­bar­duje się ją pro­mie­niami Roe­ntgena, które, tak się składa, są jedy­nym czyn­ni­kiem śro­do­wi­sko­wym, co do któ­rego wia­domo z pew­no­ścią, że może powo­do­wać raka piersi. Bar­dzo sumien­nie pod­da­wa­łam się mam­mo­gra­fii od czasu, gdy na prze­ło­mie wieku leczono mnie na raka piersi, i oto teraz, jakieś dzie­sięć lat póź­niej, gabi­net gine­ko­lo­giczny poin­for­mo­wał mnie, że moje zdję­cie rent­ge­now­skie wygląda "kiep­sko". Prze­ży­łam kilka kolej­nych peł­nych nie­po­koju tygo­dni, pod­czas któ­rych pod­da­wano mnie dal­szym bada­niom, a w mię­dzyczasie udało mi się dostać man­dat za "pro­wa­dze­nie w sta­nie roz­ko­ja­rze­nia". Jasne, że byłam roz­ko­ja­rzona -?z powodu maja­czą­cej na hory­zon­cie koniecz­no­ści pod­ję­cia decy­zji, czy zamie­rzam znów prze­cho­dzić wynisz­cza­jące lecze­nie, czy po pro­stu pozwo­lić, żeby tym razem cho­roba poto­czyła się swoim torem.

Kiedy już zro­biono mi USG i gdy zwal­czy­łam atak paniki w przy­po­mi­na­ją­cej trumnę tubie do rezo­nansu magne­tycz­nego, oka­zało się, że "kiep­ski" wynik mam­mo­gra­fii był fał­szy­wie pozy­tyw­nym rezul­ta­tem bar­dzo czu­łych nowych cyfro­wych form obra­zo­wa­nia. Była to moja ostat­nia mam­mo­gra­fia. Nawet jeśli brzmi lek­ko­myśl­nie, mia­łam wspar­cie wiel­ko­miej­skiego onko­loga pierw­szej klasy, który przej­rzał wszyst­kie moje zdję­cia i powie­dział, że nie ma potrzeby, żebym przy­cho­dziła ponow­nie -?co zin­ter­pre­to­wa­łam jako "ni­gdy wię­cej".

Od tego czasu każde spo­tka­nie z leka­rzem lub den­ty­stą koń­czyło się zwar­ciem. Den­ty­ści -?a w trak­cie moich podróży po całym kraju pozna­łam ich wielu -?zawsze chcieli świe­żego zestawu zdjęć rent­ge­now­skich, nawet jeśli jedy­nym pro­ble­mem był odprysk na szczy­cie zęba. A ja potra­fi­łam myśleć jedy­nie o apa­ra­tach rent­ge­now­skich, które w cza­sach mojej mło­do­ści miał każdy sklep obuw­ni­czy, i o tym, jak zachę­cano dzieci, żeby poru­szały pal­cami stóp i oglą­dały swoje kości. Zabawa ta skoń­czyła się w latach sie­dem­dzie­sią­tych, kiedy osta­tecz­nie zaka­zano uży­wa­nia "flu­oro­sko­pów", uzna­wa­nych teraz za źró­dło nie­bez­piecz­nego pro­mie­nio­wa­nia. No więc czemu mia­ła­bym ruty­nowo wysta­wiać usta, o wiele bar­dziej niż stopy podatne na nowo­twory, na wyso­kie coroczne dawki pro­mieni Roe­ntgena? Gdyby był jakiś powód, żeby podej­rze­wać ist­nie­nie ukry­tych pro­ble­mów struk­tu­ral­nych, w porządku, ale robić to tylko po to, żeby zaspo­koić cie­ka­wość den­ty­sty albo speł­nić jakieś abs­trak­cyjne "stan­dardy opieki" -?nie.

Pod­czas każ­dego z tych zwarć ude­rzało mnie to, że pro­fe­sjo­na­li­ści odrzu­cają moje subiek­tywne rela­cje -?zazwy­czaj brzmiące mniej wię­cej "czuję się dobrze" -?na rzecz tajem­nych usta­leń uży­wa­nego przez sie­bie sprzętu. Pewien lekarz, spon­ta­nicz­nie, bez jakich­kol­wiek oczy­wi­stych oznak czy symp­to­mów, posta­no­wił zba­dać mi pojem­ność płuc za pomocą nowego prze­no­śnego instru­mentu, który wła­śnie nabył w tym celu. Zgod­nie z instruk­cją wydy­cha­łam powie­trze do apa­ratu tak mocno, jak potra­fi­łam, ale ekran nie reje­stro­wał mojego odde­chu. Lekarz bawił się apa­ra­tem, naj­wy­raź­niej zanie­po­ko­jony, po czym stwier­dził, że wygląda na to, że cier­pię na zator płucny. Na swoją obronę przy­po­mnia­łam mu, że codzien­nie ćwi­czę aero­bik przy­naj­mniej przez pół godziny, nie licząc zwy­kłych spa­ce­rów, ale byłam zbyt uprzejma, żeby zade­mon­stro­wać, że wciąż mam dość tchu na ener­giczną kłót­nię.

Nie­ocze­ki­wa­nie to moja den­tystka, pod­czas zwy­kłego plom­bo­wa­nia, zasu­ge­ro­wała, że powin­nam zba­dać się pod kątem bez­de­chu sen­nego. Nie mam poję­cia, czemu den­tystka zajęła się czymś, co nor­mal­nie należy do dzie­dziny spe­cja­li­stów od uszu, nosa i gar­dła, w każ­dym razie dora­dziła, żeby prze­ba­dać się w "cen­trum snu", gdzie mia­ła­bym posta­rać się prze­spać popo­dłą­czana do urzą­dzeń moni­to­ru­ją­cych, a następ­nie mogła­bym zafun­do­wać sobie u niej lecze­nie: prze­ra­ża­jącą maskę w kształ­cie czaszki, która powinna zapo­bie­gać bez­de­chowi sen­nemu i która z pew­no­ścią wyklu­czy­łaby jaką­kol­wiek ist­nie­jącą jesz­cze moż­li­wość podej­mo­wa­nia aktyw­no­ści sek­su­al­nej. Kiedy stwier­dzi­łam, że nic nie wska­zuje, żebym cier­piała na to zabu­rze­nie -?żad­nych obja­wów ani wykry­wal­nych oznak -?den­tystka orze­kła, że mogę nie być go świa­doma, i dodała, że bez­dech może zabić mnie we śnie. To aku­rat, odpar­łam, jest per­spek­tywa, z którą jestem w sta­nie żyć.

Gdy tylko dobi­łam do pięć­dzie­siątki, leka­rze zaczęli zale­cać -?a w jed­nym przy­padku nawet bła­gać -?żebym pod­dała się kolo­no­sko­pii. Podob­nie jak w przy­padku mam­mo­gra­fii, trudno unik­nąć pre­sji na bada­nie wnę­trza okręż­nicy. Pro­mują je gwiazdy, pod­śmie­wają się z niego komicy. W marcu, Mie­siącu Świa­do­mo­ści Raka Jelita Gru­bego, dwu­ipół­me­trowa replika okręż­nicy objeż­dża kraj, aby umoż­li­wić zaspo­ko­je­nie cie­ka­wo­ści anal­nej, odby­cie spa­ceru i obej­rze­nie poten­cjal­nie zło­śli­wych poli­pów "od wewnątrz"3. Z tym że jeśli mam­mo­gra­fia wygląda jak wyra­fi­no­wana forma sady­zmu, kolo­no­sko­pia przy­po­mina napaść na tle sek­su­al­nym. Naj­pierw pacjent zostaje uśpiony -?czę­sto czymś, co potocz­nie jest nazy­wane "tabletką gwałtu", czyli lekiem Ver­sed -?a następ­nie wpro­wa­dza się długą, ela­styczną tubę, z kamerką na końcu, do odbytu i dalej, do okręż­nicy. Tym, co odrzu­cało mnie bar­dziej nawet niż sama ta per­wer­syjna pro­ce­dura, był dzień postu i bra­nia leków na prze­czysz­cze­nie, który powi­nien ją poprze­dzać, by zapew­nić, że kamerka natrafi na coś innego niż odchody. Odkła­da­łam to bada­nie z roku na rok, aż osta­tecz­nie poczu­cie bez­pie­czeń­stwa dała mi świa­do­mość, że skoro rak jelita gru­bego zazwy­czaj roz­wija się powoli, to nawet jeśli noszę w sobie jakie­kol­wiek zło­śliwe polipy, zanim zdo­łają się roz­wi­nąć, będę już zapewne i tak bli­ska śmierci z innych powo­dów.

Następ­nie mój inter­ni­sta, naczelny lekarz w śred­niej wiel­ko­ści spół­dzielni lekar­skiej, roze­słał list, oznaj­mia­jąc w nim, że zawie­sza swoją zwy­kłą prak­tykę po to, by zaofe­ro­wać "dodat­kową odpłatną opiekę" na nowym pozio­mie, dostępną tym, któ­rzy i które gotowi są wybu­lić dodat­kowe 1500 dola­rów rocz­nie ponad to, co już płacą za ubez­pie­cze­nie. Eli­tarna obsługa miała obej­mo­wać dostęp do leka­rza dwa­dzie­ścia cztery godziny na dobę, wizyty w cza­sie wol­nym i, jak obie­cy­wano w liście, wszel­kiego rodzaju testy i bada­nia jako doda­tek do ruty­no­wych. Wtedy wła­śnie wykry­sta­li­zo­wało się moje posta­no­wie­nie: umó­wi­łam się na wizytę i powie­dzia­łam leka­rzowi pro­sto w twarz, że po pierw­sze, prze­raża mnie jego goto­wość do porzu­ce­nia mniej zamoż­nych pacjen­tów, któ­rzy, rzecz jasna, sta­no­wili więk­szość popu­la­cji zalud­nia­ją­cej pocze­kal­nię. A po dru­gie, nie chcę kolej­nych badań: chcę leka­rza, który będzie mnie chro­nił przed zbęd­nymi zabie­gami. Zamie­rzam pozo­stać z masami zwy­czaj­nych, bada­nych na chy­bił tra­fił pacjen­tów.

Oczy­wi­ście do wszyst­kich zbęd­nych badań prze­sie­wo­wych i testów docho­dzi dla­tego, że zle­cają je leka­rze, jed­nak wśród medy­ków nara­sta już bunt. Fał­szywe dodat­nie roz­po­zna­nia zaczy­nają być uzna­wane za pro­blem z zakresu zdro­wia publicz­nego, nie­kiedy nawet mówi się już o "epi­de­mii". Stały się tema­tem god­nym mię­dzy­na­ro­do­wych kon­fe­ren­cji medycz­nych i obcią­ża­ją­cych, wypeł­nio­nych danymi publi­ka­cji w rodzaju: Over­dia­gno­sed: Making People Sick in the Pur­suit of Health H. Gil­berta Welcha i jego kole­gów z Dart­mo­uth, Lisy Schwartz i Steve'a Wolo­shina. Nawet Jane Brody, dzien­ni­karka pro­wa­dząca rubrykę poświę­coną zdro­wiu, daw­niej przez długi czas gorąca rzecz­niczka pro­fi­lak­tyki, zaleca teraz, by dwa razy zasta­no­wić się przed pod­da­niem cze­muś, co było kie­dyś trak­to­wane jako ruty­nowe bada­nie. Lekarz i blo­ger John M. Man­drola zaleca otwar­cie:

Zamiast oba­wiać się o to, że nie uda się wykryć cho­roby, zarówno pacjenci, jak i leka­rze powinni raczej oba­wiać się opieki zdro­wot­nej. Naj­lep­szym spo­so­bem unik­nię­cia błę­dów lekar­skich jest uni­ka­nie opieki medycz­nej. Punk­tem wyj­ścia powinno być: mam się dobrze. Spo­so­bem na to, żeby tak zostało, jest trzy­ma­nie się dobrych decy­zji -?a nie lekarz szu­ka­jący pro­ble­mów4.

Z wie­kiem zmie­nia się wynik ana­lizy kosz­tów i korzy­ści. Z jed­nej strony, opieka zdro­wotna staje się bar­dziej dostępna finan­sowo -?przy­naj­mniej dla oby­wa­teli Sta­nów -?po osią­gnię­ciu 65 roku życia, kiedy każda osoba jest upraw­niona do korzy­sta­nia z Medi­care. Nawo­ły­wa­nia do tego, by pod­da­wać się bada­niom i testom, nie cichną, przy czym do chóru dołą­czają uko­chani naj­bliżsi. W moim przy­padku jed­nak ape­tyt na dowol­nego rodzaju spo­tka­nia z medy­cyną spada z każ­dym mija­ją­cym tygo­dniem. Załóżmy, że bada­nie pro­fi­lak­tyczne wykryje jakąś dole­gli­wość, która wyma­ga­łaby bole­snego lecze­nia albo poświę­ceń z mojej strony -?oka­le­cza­ją­cej ope­ra­cji, naświe­tla­nia, dra­stycz­nych ogra­ni­czeń trybu życia. Być może te środki byłyby w sta­nie dodać do mojego życia kilka lat, ale to dłuż­sze życie byłoby zara­zem bole­sne i zubo­żone. Obec­nie pro­fi­lak­tyka czę­sto wydłuża koniec życia: sie­dem­dzie­się­cio­pię­cio­latki zachęca się do pod­da­wa­nia się mam­mo­gra­fii, ludzie, któ­rymi zawład­nęła już jedna śmier­telna cho­roba, mogą stać się przed­mio­tem badań w kie­runku kolej­nych5. Pod­czas zjazdu leka­rzy ktoś rela­cjo­no­wał przy­pa­dek stu­latki, która wła­śnie otrzy­mała wyniki swo­jej pierw­szej mam­mo­gra­fii, co skło­niło publicz­ność do "gło­śnych wiwa­tów"6.

Jed­nym z powo­dów kom­pul­syw­nego pra­gnie­nia testo­wa­nia, bada­nia i moni­to­ro­wa­nia są pie­nią­dze, przy czym jest to główna przy­czyna zwłasz­cza w Sta­nach Zjed­no­czo­nych, z ich wysoce spry­wa­ty­zo­wa­nym i czę­sto nasta­wio­nym na zysk sys­te­mem opieki zdro­wot­nej. Jak lekarz -?albo szpi­tal, albo firma pro­du­ku­jąca leki -?ma zara­biać na zasad­ni­czo zdro­wych pacjen­tach? Pod­da­jąc ich testom i bada­niom, które, prze­pro­wa­dzone w odpo­wied­niej licz­bie, muszą wykryć coś złego albo przy­naj­mniej coś war­tego dal­szych badań. Gil­bert i współ­au­to­rzy pod­su­wają obra­zową ana­lo­gię, zapo­ży­czoną od spe­cja­li­sty z dzie­dziny geo­me­trii frak­tal­nej, pyta­jąc: "Ile wysp ota­cza wybrzeża Anglii?". Odpo­wiedź, rzecz jasna, zależy od roz­dziel­czo­ści mapy, któ­rej się użyje, a także od tego, jak zde­fi­niuje się "wyspę". Kiedy korzy­sta się z bar­dzo czu­łych tech­no­lo­gii, w rodzaju tomo­gra­fii kom­pu­te­ro­wej, wykry­cie nie­wiel­kich nie­pra­wi­dło­wo­ści staje się nie­mal nie­unik­nione i pro­wa­dzi do kolej­nych badań, recept i wizyt u leka­rza. Przy czym ten­den­cja do nad­mier­nego testo­wa­nia wzra­sta, kiedy lekarz bądź lekarka zle­ca­jący testy ma finan­sowe powią­za­nia z ośrod­kiem pro­wa­dzą­cym bada­nia lub wyko­nu­ją­cym zdję­cia, do któ­rego kie­ruje ludzi.

Nie tylko spra­gniony zysków sys­tem opieki zdro­wot­nej nakręca zja­wi­sko nad­mier­nego testo­wa­nia i zbęd­nych dia­gnoz. Kon­kretni kon­su­menci, czyli byli i poten­cjalni pacjenci i pacjentki, potra­fią doma­gać się badań i nawet gro­zić pozwami o błąd w sztuce, jeśli uwa­żają, że się im ich odma­wia. W ciągu ostat­nich kil­ku­dzie­się­ciu lat grupy "rzecz­ni­ków pacjen­tów" poja­wiały się jak grzyby po desz­czu, by "obran­do­wać" dzie­siątki cho­rób i rekla­mo­wać koniecz­ność badań prze­sie­wo­wych. Nie­jedna cho­roba ma w roli rzecz­niczki wła­sną gwiazdę -?Katie Couric dla raka jelita gru­bego, Rudy Giu­liani dla raka pro­staty -?i każda pro­po­nuje wła­sną wstążkę, ozdo­bioną odpo­wied­nim kolo­rem -?różową dla raka piersi, fio­le­tową dla raka jąder, czarną dla czer­niaka, z puz­zlo­wym wzo­rem dla auty­zmu i tak dalej -?a także kon­kretne dni lub mie­siące prze­zna­czone na skon­cen­tro­waną reklamę i dzia­ła­nia lob­bin­gowe. Celem tego wszyst­kiego jest przede wszyst­kim "świa­do­mość", innymi słowy -?goto­wość do pod­da­nia się odpo­wied­niemu bada­niu, w rodzaju mam­mo­gra­fii czy bada­nia swo­istego anty­genu ster­czo­wego.

Nawet skom­pro­mi­to­wane testy mają swoje zna­czące grupy rzecz­ni­cze. Kiedy w U.S. Pre­ven­tive Servi­ces Task Force posta­no­wiło wyco­fać zale­ce­nie pod­da­wa­nia ruty­no­wej mam­mo­gra­fii kobiet poni­żej 50 roku życia, nawet nie­które femi­ni­styczne orga­ni­za­cje proz­dro­wotne, po któ­rych ocze­ki­wa­ła­bym więk­szego kry­ty­cy­zmu w sto­sunku do kon­wen­cjo­nal­nych prak­tyk medycz­nych, zabrały głos, aby zapro­te­sto­wać. Nie­wielka gro­madka kobiet, iden­ty­fi­ku­ją­cych się jako prze­trwanki raka piersi, demon­stro­wała na auto­stra­dzie przed sie­dzibą grupy do zadań spe­cjal­nych, ponie­kąd doma­ga­jąc się tego, by ich piersi pod­dano uci­skowi. W 2008 roku ta sama grupa robo­cza dała ocenę D bada­niom anty­genu ster­czo­wego, jed­nak rzecz­nicy tego bada­nia, w rodzaju Giu­lia­niego, który twier­dził, że ura­to­wało mu ono życie, nie prze­sta­wali się go doma­gać, podob­nie zresztą jak więk­szość leka­rzy7. Wielu leka­rzy uza­sad­nia wąt­pli­wej war­to­ści testy argu­men­tem "spo­koju ducha", który rze­komo mają one zapew­niać -?z wyjąt­kiem, rzecz jasna, sytu­acji, w któ­rych dadzą fał­szy­wie pozy­tywny wynik.

Szcze­gól­nie podatny na fał­szywe dodat­nie roz­po­zna­nie jest rak tar­czycy. W miarę wpro­wa­dza­nia tech­nik obra­zo­wa­nia o coraz więk­szej mocy leka­rze mogli wykry­wać o wiele mniej­sze guzki w ludz­kich szy­jach i usu­wać je chi­rur­gicz­nie, nie­za­leż­nie od tego, czy ope­ra­cja była uza­sad­niona. Sza­cun­kowo od 70 do 80 pro­cent ope­ra­cji raka tar­czycy wyko­na­nych na Ame­ry­kan­kach, Fran­cuz­kach i Włosz­kach w pierw­szej deka­dzie XXI wieku teraz oce­nia się jako zbędne. W Korei Połu­dnio­wej, gdzie leka­rze byli szcze­gól­nie sumienni, jeśli cho­dzi o bada­nia prze­sie­wowe tar­czycy, ta liczba wzro­sła do 90 pro­cent (męż­czyzn także dia­gno­zo­wano fał­szy­wie, ale w znacz­nie mniej­szej licz­bie). To pacjenci pono­szą koszt tych ope­ra­cji, który obej­muje przyj­mo­wa­nie do końca życia hor­mo­nów tar­czycy, a bio­rąc pod uwagę, że nie są one zawsze w pełni sku­teczne, pacjent może zostać z chro­niczną "depre­sją i ocię­ża­ło­ścią"8.

Jak dotąd nie zdo­ła­łam wykryć żad­nych zacząt­ków powszech­nego buntu prze­ciwko reży­mowi zbęd­nych i czę­sto szko­dli­wych badań lekar­skich. Pra­wie nikt nie przy­znaje się do tego, że oso­bi­ście odrzuca testy, a ten, kto to zro­bił -?John Hor­gan, który zaj­muje się pisa­niem na tematy naukowe i który na blogu w "Scien­ti­fic Ame­ri­can" wyja­śniał, dla­czego nie podda się kolo­no­sko­pii -?ponie­kąd sam pod­wa­żył swoją dobrze uza­sad­nioną argu­men­ta­cję, przed­sta­wia­jąc się jako "anty­te­stowy świr"9. Więk­szość ludzi żar­tuje sobie z tego, jak bar­dzo zale­cane bada­nia potra­fią być nie­przy­jemne, a jed­no­cze­śnie dziel­nie pod­dają się temu, czego się od nich ocze­kuje.

Zanosi się jed­nak na zna­czący bunt na innym fron­cie. Coraz czę­ściej czy­tamy lamenty na temat "medy­ka­li­za­cji umie­ra­nia", zazwy­czaj sku­pia­jące się na nie­gdyś peł­nym wigoru rodzicu, dziadku lub babci, któ­rzy bar­dzo jasno wyra­zili życze­nia natu­ral­nej, nie­zme­dy­ka­li­zo­wa­nej śmierci tylko po to, żeby skoń­czyć uwią­zani kablami i rur­kami do łóżka na inten­syw­nej tera­pii. Leka­rze nie­ustan­nie mają z tym do czy­nie­nia -?bły­sko­tliwe osoby uci­szone pod respi­ra­to­rem, zadbani ludzie dopro­wa­dzeni do nie­trzy­ma­nia moczu -?i niektó­rzy zaparli się, że nie pozwolą, żeby im przy­da­rzyło się to samo. Mogą odmó­wić opieki, wie­dząc, że z więk­szym praw­do­po­do­bień­stwem dopro­wa­dzi ona do nie­peł­no­spraw­no­ści niż do zdro­wia -?jak ten orto­peda, który otrzy­maw­szy dia­gnozę raka trzustki, natych­miast zamknął prak­tykę i wró­cił do domu, żeby umrzeć we względ­nej wygo­dzie i spo­koju10. Kilku leka­rzy, bar­dziej pro­ak­tyw­nych i zde­ter­mi­no­wa­nych, wyta­tu­owało sobie "No Code" albo "DNR", czyli "do not resu­sci­tate" -?nie podej­mo­wać resu­scy­ta­cji. Odrzu­cają te same dra­styczne ter­mi­nalne dzia­ła­nia, któ­rym ruty­nowo pod­dają swo­ich pacjen­tów.

Co do mnie, rezy­gnu­jąc z pro­fi­lak­tyki, postę­puję zgod­nie z tą samą linią rozu­mo­wa­nia, tyle że idę o krok dalej: nie tylko odrzu­cam udręki zme­dy­ka­li­zo­wa­nej śmierci, ale też odma­wiam zgody na zme­dy­ka­li­zo­wane życie, przy czym mój upór z wie­kiem jedy­nie się umac­nia. W miarę jak kur­czy się czas, który mi pozo­stał, każdy mie­siąc i każdy dzień staje się zbyt cenny, żeby spę­dzać go w pozba­wio­nych okien pocze­kal­niach i pod nad­zo­rem zim­nych maszyn. Bycie dość starą, żeby umrzeć, jest osią­gnię­ciem, nie klę­ską, a zatem warto cele­bro­wać wol­ność, którą ono przy­nosi.

Rozdział 2. Rytuały poniżenia

Roz­dział 2

Rytu­ały poni­że­nia

Podob­nie jak w przy­padku więk­szo­ści mło­dych kobiet z mojej klasy i z mojego poko­le­nia, po raz pierw­szy zetknę­łam się z medy­cyną, kiedy osią­gnę­łam wiek repro­duk­cyjny, przede wszyst­kim z powodu zapo­trze­bo­wa­nia na anty­kon­cep­cję. Głów­nym dostęp­nym wów­czas środ­kiem anty­kon­cep­cyj­nym był krą­żek doma­ciczny -?nie­zbyt zaawan­so­wana tech­nicz­nie metoda barie­rowa, któ­rej sto­so­wa­nie nie wyma­gało zbyt dużej wie­dzy medycz­nej. Jed­nak by zyskać popar­cie śro­do­wi­ska lekar­skiego dla lega­li­za­cji kon­troli uro­dzeń, Mar­ga­ret San­ger prze­pi­sy­wa­nie dia­fragmy i innych metod anty­kon­cep­cji sce­do­wała na leka­rzy. Tak więc w wieku mniej wię­cej 18 lat zosta­łam po raz pierw­szy zmu­szona do przy­ję­cia pozy­cji lito­to­mij­nej przed gine­ko­lo­giem, rzecz jasna męż­czy­zną, aby przejść zabieg, który uzna­łam za skraj­nie poni­ża­jący. Jakąś dekadę póź­niej z powodu ciąży wpa­dłam w sidła regu­lar­nych comie­sięcz­nych wizyt u leka­rza, któ­rych moment kul­mi­na­cyjny nastą­pił kilka tygo­dni przed samym poro­dem, pod­czas bada­nia mied­nicy, prze­pro­wa­dza­nego przez ordy­na­tora położ­nic­twa w kli­nice, do któ­rej uczęsz­cza­łam. Nie zamie­ni­li­śmy ani jed­nego słowa, póki wzier­nik znaj­do­wał się w mojej pochwie, gdy już jed­nak został z niej usu­nięty, spy­ta­łam, czy moja szyjka zaczyna się roz­sze­rzać. Lekarz spoj­rzał na pie­lę­gniarkę i spy­tał figlar­nym tonem: "A gdzież to taka miła dziew­czyna nauczyła się mówić w ten spo­sób?".

Nie mam poję­cia, czy to bada­nie miało jaki­kol­wiek wpływ na mój -?czy też, co waż­niej­sze, mojego nie­na­ro­dzo­nego dziecka -?dobro­stan, nato­miast na mój stan emo­cjo­nalny wpły­nęło natych­miast. Byłam wście­kła. Nie tylko zdą­ży­łam już prze­czy­tać stan­dar­dowe, prze­zna­czone dla maso­wego odbiorcy książki na temat ciąży, ale wła­śnie zro­bi­łam dok­to­rat z bio­lo­gii komór­ko­wej i mogła­bym długo gadać języ­kiem, który ordy­na­to­rowi położ­nic­twa wydałby się rów­nie obsce­niczny. Był to, co powin­nam zazna­czyć, moment, w któ­rym sta­łam się femi­nistką w naj­peł­niej­szym tego słowa zna­cze­niu -?to zna­czy kobietą świa­domą, która nie jest ani przed­mio­tem, ani idiotką. Pie­lę­gniarka, ku jej wiecz­nej chwale, nie ode­zwała się i zacho­wała poke­rowy wyraz twa­rzy.

W kolej­nych latach ni­gdy nie kwe­stio­no­wa­łam potrzeby regu­lar­nych wizyt w ramach opieki pre­na­tal­nej, pouro­dze­nio­wej, nie­mow­lę­cej i póź­niej pedia­trycz­nej. Byłam dobrą matką i sta­wia­łam się zgod­nie z ocze­ki­wa­niami na wszyst­kie szcze­pie­nia i każdy pomiar pozwa­la­jący oce­nić, jak rosną moje dzieci. Jed­nak nie­ustan­nie poja­wiały się oznaki, że dzieje się coś jesz­cze, coś innego niż zapew­nia­nie nie­zbęd­nej opieki. Kiedy pedia­tra prze­pi­sał mojemu dru­giemu dziecku anty­bio­tyk na prze­zię­bie­nie, spy­ta­łam, czy ma powody, by uwa­żać, że to cho­roba bak­te­ryjna. "Nie, nie, wiru­sowa, ale zawsze prze­pi­suję anty­bio­tyki ner­wo­wym mat­kom". Recepta była, innymi słowy, przed­sta­wie­niem pomy­śla­nym dla mnie. Mru­cząc, że to nie ja będę je zaży­wać, zabra­łam swoje dziecko i wyszłam.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki

1. Gary Stix, A Mali­gnant Flame, "Scien­ti­fic Ame­ri­can", 1 lipca 2008, www.scien­ti­fi­ca­me­ri­can.com/article/a-mali­gnant-flame-2008-07/. [wróć]

2. Alix Spie­gel, How a Bone Dise­ase Grew to Fit the Pre­scrip­tion, "All Things Con­si­de­red", NPR, 21 grud­nia 2009, www.npr. org/ 2009/12/21/121609815/how-a-bone-dise­ase-grew-to-fit-the­pre­scrip­tion. [wróć]

3. Paula Span, Too Many Colo­no­sco­pies in the Elderly, The New Old Age (blog), "New York Times", 12 marca 2013, http://newol­dage.blogs.nyti­mes.com/2013/03/12/too-many­co­lo­no­sco­pies- in-the-elderly/?_r=1&module=Arrow­sNav &con­tent­Col­lec­tion=Health&action=key­press&region= Fixe­dLeft&pgtype=Blogs. [wróć]

4. John M. Man­drola, Rede­fi­ning the Annual Phy­si­cal: A (Bro­ken) Win­dow into Ame­ri­can Heal­th­care, "Med­scape", 15 stycz­nia 2015, www.med­scape.com/vie­war­ticle/838132. [wróć]

5. San­dra G. Bood­man, Seniors Get More Medi­cal Tests Than Are Good for Them, Experts Say, "Washing­ton Post", 12 wrze­śnia 2011, www.washing­ton­post.com/natio­nal/health-science/seniors­get- more-medi­cal-tests-than-are-good-for-them-experts-say/2011/ 08/10/gIQAX3OWNK_story.html?utm_term=.4eff254f9fcc. [wróć]

6. Ibid. [wróć]

7. The PSA Test: What's Right for You?, "Harvard Men's Health Watch", marzec 2012, www.health.harvard.edu/mens-health/thepsa- test-whats-right-for-you. [wróć]

8. Gina Kolata, Got a Thy­roid Tumor? Most Sho­uld Be Left Alone, "New York Times", 22 sierp­nia 2016, www.nyti­mes.com/2016/08/23/ health/got-a-thy­roid-tumor-most-sho­uld-be-left-alone.html?_r=0. [wróć]

9. John Hor­gan, Why I Won't Get a Colo­no­scopy, Cross-Check (blog), "Scien­ti­fic Ame­ri­can", 12 marca 2012, https://blogs.scien­ti­fi­ca­me­ri­can.com/cross-check/why-i-wont-geta- colo­no­scopy/. [wróć]

10. Ken Mur­ray, Why Doctors Die Dif­fe­ren­tly, "Wall Street Jour­nal", 25 lutego 2012, www.wsj.com/artic­les/ SB10001424052970203918304577243321242833962. [wróć]