Powstanie
Najpierw jest mit, choć prawdziwy. Wydarzenie przełomowe dla istnienia wspólnoty.
Na Cyprze - zamieszkanym przez dwie społeczności silnie związane z Grecją i Turcją - trudno o takie zajście. Bo i legendy docierały tu zza wody, z "ojczyzn", jak co poniektórzy nazywają państwa ze stolicami w Atenach i w Ankarze. Ale na tej małej wyspie we wschodniej części Morza Śródziemnego, gdzie z piany miała się wyłonić Afrodyta, krążą bohaterskie opowieści, które można przytoczyć bez zbędnych podróży. Dla greckich Cypryjczyków takim mitem, mitem założycielskim, jest rewolucja EOKA (Etniki Organosis ton Kiprion Agoniston, Cypryjska Organizacja Wyzwolenia Narodowego).
Gdy w 1878 roku Brytyjczycy przejęli kontrolę nad Cyprem od imperium osmańskiego, wielu greckich Cypryjczyków wierzyło, że jest to pierwszy krok do przyłączenia wyspy do Grecji. Mylili się. Cypr był dla Londynu zbyt ważnym miejscem, by się go ot tak pozbywać - znajdował się na szlaku do kolonialnych Indii.
Na początku Brytyjczycy tylko dzierżawili wyspę od sułtana, który de facto oddał im ją w zamian za wsparcie w konflikcie z Rosjanami. Ale gdy imperium stanęło po stronie państw centralnych w I wojnie światowej, Londyn postanowił je ukarać - i w 1914 roku anektował Cypr. Zaraz później Brytyjczycy znowu chcieli wykorzystać wyspę jako kartę przetargową. Zaproponowali Atenom, że zgodzą się na zjednoczenie Cypru z "ojczyzną", jeśli Grecy poprą ententę. Proniemiecki król Grecji odmówił. Niektórzy greccy Cypryjczycy rozpamiętują to do dzisiaj.
W 1925 roku Londyn nadał Cyprowi status kolonii. Ta decyzja tylko wzmogła grecki nacjonalizm na wyspie, w której rozwój Brytyjczycy niezbyt chcieli inwestować. Światowy kryzys, susze - wszystko to doprowadziło sześć lat później do pierwszych antybrytyjskich zamieszek. W odpowiedzi Londyn przykręcił śrubę: między innymi zdelegalizował partie polityczne i zakazał wywieszania greckich flag. "Inaczej wywrotowa działalność będzie trwać", mniej więcej tak tłumaczono te kroki w brytyjskiej stolicy, oddalonej od wyspy o trzy i pół tysiąca kilometrów. W oczach wielu greckich Cypryjczyków Brytyjczycy zmienili się z potencjalnych oswobodzicieli w zwykłych okupantów.
Mimo to mieszkańcy wyspy masowo zgłaszali się do brytyjskiej armii, gdy wybuchła II wojna światowa. Niektórzy politycy w Londynie zaczęli sugerować, że nie zostanie im to zapomniane, że przyłączenie do Grecji wcale nie jest niemożliwe. Sam Winston Churchill obiecywał, że Cypr znajdzie się na liście dobrze zasłużonych. Ale gdy wojna się skończyła, brytyjskie zapewnienia ucichły.
W 1955 roku greccy Cypryjczycy powiedzieli dosyć. Była ich garstka - w sumie nie więcej niż dwustu pięćdziesięciu regularnych członków EOKA i jakiś tysiąc wspierających ich osób. Londyn do obrony swoich interesów rzucił niemal czterdzieści tysięcy żołnierzy i policjantów.
Wśród tych, którzy walczyli w organizacji lub ją wspomagali, byli Charalambos Batarias, rodzina Leli Schizy-Kokinidu i Panajotis Kodzias.
Oto ich mity, choć jak najbardziej prawdziwe.
Charalambos
Pochodzę z małej wioski w górach Troodos. Rodzice nie byli wykształceni, nie chodzili do szkoły. Gorliwie wierzyli za to w Boga. Mimo że nie mieli zapewnionej edukacji, to znali historię Cypru. Wiedzieli, że jest związana z Grecją. Poczuwali się do bycia Grekami.
Ojciec był rolnikiem. Leszczyny, winorośle, żyto - z nich się utrzymywaliśmy. Mieliśmy też drzewa karobowe. Karob nazywano kiedyś czarnym złotem Cypru. To był nasz główny produkt eksportowy. Z jego strąków robiło się na przykład cukier. Mama zajmowała się domem. Dbała o dzieci, gotowała, sprzątała.
Miałem trzy siostry. Miałem, bo dzisiaj wszystkie już nie żyją. Ja po szkole wyprowadziłem się do innej wioski, gdzie opanowałem sztukę robienia i naprawiania butów. Nauczyłem się też grać na skrzypcach. Gdy wróciłem w rodzinne strony w wieku siedemnastu lat, otworzyłem własny zakład obuwniczy. Dorabiałem, grając na skrzypcach na weselach.
Zacząłem mieć problemy z zakładem, tak że musiałem go w końcu zamknąć. To były czasy, gdy Brytyjczycy robili wszystko, żeby utrzymać kontrolę nad Kanałem Sueskim. Brali wtedy pracowników z Cypru do Egiptu. Wyjechałem tam na siedem miesięcy, pracowałem w knajpie w brytyjskiej bazie. Ale nic nie wiedziałem o antybrytyjskich wysiłkach Egipcjan. Odcięli nas od świata.
W końcu musiałem wrócić na Cypr, bo rozchorowała się moja matka. O wyzwolenie i przyłączenie Cypru do Grecji chciałem walczyć od najmłodszych lat. Zachęcał nas do tego wioskowy ksiądz. Już jako dziecko wiedziałem, że Cypr zawsze walczył, że był okupowany przez Wenecjan i Osmanów. Potem nastał czas Brytyjczyków, którzy też byli źli, chociaż wierzono, że coś zmienią. Nie poprawiło się. Brytyjscy politycy deklarowali, że nigdy nie oddadzą naszej wyspy. My, greccy Cypryjczycy, chcieliśmy enosis, przyłączenia do Grecji! W 1950 roku przeprowadzono referendum w tej sprawie. Ponad dziewięćdziesiąt pięć procent głosujących opowiedziało się za![4] Nikt na świecie nie przywiązywał do tego wagi. Mamy takie powiedzenie: "Do drzwi głuchego możesz pukać, ile chcesz". Tak się wtedy czuliśmy - nie obchodziliśmy świata.
Lela
Było nas siedmioro - ja, cztery siostry i dwóch braci. Moja bliźniaczka odeszła, gdy miała trochę więcej niż roczek. Wcześnie umarł też jeden z braci. Do podstawówki chodziliśmy w wiosce, później uczyliśmy się w Nikozji. Tam - oprócz ludzi z wyspy - wykładali też Grecy.
Do domu wracaliśmy tylko na święta i w czasie dłuższych przerw. Inaczej byłoby to strasznie męczące. Trzeba by było wyjechać już o czwartej rano i podróżować z robotnikami. Zresztą i tak bylibyśmy spóźnieni, ponieważ autobus docierał do miasta po rozpoczęciu zajęć o siódmej. Wtedy przemieszczało się znacznie dłużej niż obecnie! Drogi były jednopasmowe, kursy trwały tak długo, że ludzie spali w autobusach, które zatrzymywały się w każdej wiosce po drodze.
Za Brytyjczyków wszystko słabo się rozwijało. Także dlatego chcieliśmy walczyć o wolność! Ojciec pracował w Cyprus Mines Corporation, amerykańskiej firmie, która miała kopalnie miedzi między innymi w Skuriotisie. To wioska zaraz obok naszej Katidaty, gdzie urodziłam się - mana mu, matko - osiemdziesiąt lat temu! Całe okoliczne wioski zarabiały w tej kopalni. Ojciec pracował w CMC w biurze. Był sekretarzem. Skończył angielską szkołę, znał język, więc miał u Amerykanów bardzo dobrą pozycję.
Jak poznał matkę? Mieszkali obok siebie. Rodzice wychowali nas na Greków. Mieliśmy greckie flagi, po prostu uważaliśmy się za Greków. Tata był bardzo religijny, nie było szans, żebyśmy w niedzielę nie poszli wcześnie rano do kościoła. Mama też była bardzo blisko Boga. To w domu jej rodziny siedzimy i rozmawiamy. Kiedy go wybudowano? Dawno temu! Mieszkała tu już moja praprababcia. Dokładnej daty budowy nie znam, ale to było naprawdę przed wieloma laty! O, tutaj wisi zdjęcie babci, a obok jest fotografia prababci. Dziadek, którego zdjęcie jest tutaj, był księdzem, duchownym był też pradziadek. W rodzinie wszyscy mieli bardzo dobre wykształcenie. Mama co prawda skończyła tylko podstawówkę, ale to była mądra kobieta. Pisała, świetnie opowiadała historie. Po prostu nie chciała wyjeżdżać do szkoły do Nikozji. Wolała zostać z rodziną.
Panajotis
Mój ojciec był wyrafinowanym i wykształconym - jak na tamte czasy - człowiekiem. Uczył się sam. Przez trzydzieści pięć lat sprawował funkcję muhtara Jeri. Był nim za angielskiej okupacji. Mieliśmy dużo ziemi, ojciec się nią zajmował, jak to robili mieszkańcy wiosek. Zatrudniał trochę ludzi. Ja urodziłem się w roku 1936. Jeri, z którego pochodzę, znajduje się jakieś dziesięć kilometrów od Nikozji. Za mojej młodości żyło tam około pół tysiąca osób, może więcej, z siedemset.
Oprócz mnie było jeszcze trzech braci. Jeden wyjechał po szkole do Wielkiej Brytanii na studia. Poznał tam dziewczynę, Austriaczkę. Rzucił naukę, wzięli ślub. Nie wrócił na wyspę, urodziło mu się ośmioro dzieci. Drugi brat został, żeby pomagać ojcu, bo straciliśmy matkę bardzo wcześnie. Miałem jakieś trzynaście lat, gdy zmarła. Ja też chciałem pojechać na studia do Wielkiej Brytanii, dlatego pilnie uczyłem się języka.
Sam nie wiem czemu, ale jako nastolatek postanowiłem opanować również turecki. Intuicja? Może przeczuwałem, że kiedyś będzie potrzebny? Nie mam pojęcia. Tyle że w Jeri nie mieszkali tureccy Cypryjczycy, więc nie miałem z kim ćwiczyć, a w szkole nie uczyli ich języka. Moja rodzina nie narzekała na brak pieniędzy, znalazłem więc bardzo dobrego nauczyciela w tak zwanej tureckiej dzielnicy Nikozji. Chodziłem do niego na płatne korepetycje dwa, trzy razy w tygodniu. Nazywał się doktor Aziz. Bardzo fajny człowiek, lubił greckich i tureckich Cypryjczyków tak samo, nic nas wtedy nie różniło. Wciąż potrafię czytać i pisać po turecku, ale ze względu na to, że nie używam tego języka, zapomniałem już wiele słów.
W domu nie rozmawiało się o polityce. W wiosce mało kto o niej dyskutował - tylko ci, którzy uczęszczali do szkoły w Nikozji, mieli o niej jakiekolwiek pojęcie. Ja o rewolucji zacząłem myśleć, gdy miałem około szesnastu lat. W szkole uczyli nas na przykład o wojnie o niepodległość Grecji. "Chcemy być jak jej uczestnicy", tak mówiliśmy między sobą z kolegami na korytarzach. Też moglibyśmy zostać bohaterami!
Nauczyciele nie mówili wprost, że należy wzniecić powstanie na wyspie. Przekazywali tylko wiedzę. Bardziej bezpośredni byli księża. Oni na katichitiko, czyli takiej religii po szkole, wieścili, że nadejdzie dzień, w którym będzie trzeba rozpocząć rewolucję, żeby wyzwolić Cypr. Duchowni sączyli nam to do głów, mieli na młodych znacznie większy wpływ niż nauczyciele. "Zobaczcie, Grecy walczyli przez kilkaset lat i im się udało, są wolni, my możemy zrobić to samo!", tak mówili księża. Dlatego gdy wybuchło powstanie, wielu kapłanów się w nie zaangażowało. My mieliśmy do duchownych duży szacunek. W ogóle bardziej szanowało się wtedy starszych. Inaczej wszystko wyglądało niż teraz. Gdy wybuchła wolnościowa rewolucja, poczuliśmy się tak, jakbyśmy zostali wybrani przez los. Naprawdę chcieliśmy coś zmienić. Dzisiaj młodych nic nie obchodzi. Nie winię ich. Nie mają autorytetów, nikt ich nie uczy, politycy tylko kradną.
Charalambos
Miałem wuja. Był księdzem. On wiedział, co i jak z EOKA. Pewnego dnia podszedł do mnie i powiedział, że będą potrzebowali więcej ludzi do pomocy bojownikom. Zgodziłem się, ale zacząłem też się zastanawiać... Czy dam radę? Czy w razie pojmania przetrwam tortury?
Siedziałem w pokoju na łóżku. Miałem ze sobą Biblię. Mijały kolejne godziny, nie mogłem spać. W końcu położyłem rękę na księdze i powiedziałem, że zniosę wszystko. Od tego czasu zawsze miałem Pismo przy sobie. Pewnego dnia bardzo mi to pomogło, ale o tym opowiem za chwilę.
Przysięgę wierności EOKA złożyłem z dwoma innymi chłopakami. Studiowali w Grecji, wrócili na wyspę, żeby dołączyć do powstania.
Przysięgam na Trójcę Świętą, że...
Po pierwsze, będę robił wszystko, żeby wyzwolić Cypr z angielskiego jarzma, nawet jeśli będzie to oznaczało poświęcenie życia.
Po drugie, będę wykonywał wszystkie polecenia Organizacji, które mogą zostać mi wydane, i nie będę się im sprzeciwiał, jakkolwiek mogłyby one być trudne lub niebezpieczne.
Po trzecie, nie zaprzestanę walki, chyba że taki będzie rozkaz lidera Organizacji, i po tym, jak nasz cel zostanie osiągnięty.
Po czwarte, nikomu nie zdradzę sekretów naszej Organizacji ani nazwisk moich przełożonych, ani innych członków, nawet wtedy, gdy zostanę schwytany lub poddany torturom.
Po piąte, nie ujawnię żadnych poleceń, które mogą zostać mi wydane, ani tych, które zostaną wydane moim towarzyszom broni.
Po szóste, jeśli złamię tę przysięgę, niech spotka mnie każda kara jako zdrajcę i niech spadnie na mnie wieczna pogarda[5].
Panajotis
Przystąpiłem do EOKA jeszcze przed wybuchem rewolucji. Chciałem walczyć o wolność dla mojego kraju! Rozumiem przez to oczywiście enosis. Cypryjczycy zawsze byli niewolnikami, Cypr od wieków był pod okupacją różnych krajów. Nasi politycy? To przedstawiciele kilku bogatych rodzin, które mieszkały w Nikozji czy Limassolu. Tyle że oni bardziej wierzyli w Brytyjczyków niż w Cypr i jego przyłączenie do Grecji.
My najpierw się przygotowywaliśmy. Wykonywaliśmy rozkazy. Czyściliśmy starą broń, transportowaliśmy ją do wiosek, drążyliśmy kryjówki. W dniu rozpoczęcia powstania byłem z oddziałem w domu. Siedziało nas tam z sześciu. Wszyscy młodzi, wszyscy podekscytowani. Będziemy walczyć! Wygramy! Cypr będzie częścią Grecji! Ale rozkazy były takie, że mamy nie wychodzić. Więc pierwszego dnia rewolucji koniec końców zrobiliśmy niewiele.
Potem pakowałem się we wszystkie akcje. Chowaliśmy i transportowaliśmy broń. Ukrywaliśmy i karmiliśmy bojowników. Wysadzaliśmy. Zabijaliśmy brytyjskich żołnierzy. O nie, nie powiem, że ja zabijałem, nikt otwarcie się do tego nie przyzna, ale to była przecież wojna! Inaczej my byśmy ginęli. Oczywiście nie likwidowaliśmy kobiet i dzieci, tak jak chwilę wcześniej mieli to w zwyczaju robić Brytyjczycy w czasie kenijskiego powstania Mau-Mau. Oprócz brytyjskich żołnierzy eliminowaliśmy też zdrajców - przede wszystkim greckich Cypryjczyków. Czy tureckich też? Brytyjczycy byli dosyć sprytni, angażowali ich do walki w swoich szeregach [w ten sposób mieli chcieć podzielić obydwie społeczności, to zarzut często powtarzany na wyspie - przyp. aut.]. Rozkazy były jednak jasne - nigdy nie zabijajcie nikogo tylko dlatego, że jest tureckim Cypryjczykiem. "Walczymy z Brytyjczykami, żeby się ich pozbyć". Wiem, że dzisiaj krążą rewelacje o tym, że eliminowaliśmy tureckich Cypryjczyków, bo byli tureckimi Cypryjczykami. To propaganda. To fałsz. Przysięgam na kości mojej matki - nigdy tego nie robiliśmy. Nigdy! Tak samo nieprawdą jest, że likwidowaliśmy lewicowców. Te kłamstwa rozpowszechnia partia komunistyczna. Oprócz Brytyjczyków zabijaliśmy tylko zdrajców.
Lela
Przed wybuchem powstania działałam w młodzieżowej organizacji kościelnej. Przygotowywaliśmy różne uroczystości i wydarzenia, które miały związek z Grecją i enosis. Pamiętam, że śpiewaliśmy patriotyczne piosenki. Każdy tak wtedy robił.
Gdy wybuchło powstanie, nie miałam jeszcze siedemnastu lat. Wszystko zaczęło się pierwszego kwietnia. Myślałam, że eksplozje bomb to prima aprilis! Że ludzie robią to dla żartów!
Włączałam się w działania młodzieżówki EOKA, rozdawałam ulotki, przekazywałam listy. Przez kilka pierwszych miesięcy rewolucji nasza rodzina nie była jednak bardzo zaangażowana w walkę. Aż do momentu, gdy do powstania wciągnął nas jeden z mieszkańców wioski. Wtedy wszystko się zmieniło. Dom został kryjówką dla bojowników.
Inni mieszkańcy nie mieli pojęcia, że pomagamy EOKA. Zresztą na początku ojca nikt nie podejrzewał, sąsiedzi mieli go za zwolennika Brytyjczyków - chodził do angielskiej szkoły i był zatrudniony w CMC, gdzie pracowało sporo ludzi z Wysp. Brytyjczycy próbowali się dowiedzieć, kto w firmie pomaga organizacji, ale przełożeni ojca zarzekali się, że to niemożliwe, aby on brał udział w powstaniu. Rodzice zresztą odsuwali od nas podejrzenia - w domu wisiało zdjęcie królowej.
Charalambos
Na początku roznosiłem listy między partyzantami. Nie byłem wtedy jednym z nich. Przygotowywałem też skrytki na broń. Zakopywaliśmy ją w beczkach. Gdy walki stały się bardziej intensywne, dowództwo chciało je przenieść z wiosek w góry. To wtedy zostałem prawdziwym bojownikiem.
Wylądowałem z innymi chłopakami w wiosce Spilia, skąd powstaniem dowodził Dijenis, czyli Jeorjos Griwas, lider EOKA. Niepozorny człowiek - raczej niski, szczupły. Ale gdy patrzyło się w jego oczy, widać było pasję. Inspirował ludzi, motywował ich do walki. Przez tę energię wiele osób chciało go poznać.
Spotkałem też Grigorisa Afksendiju, zastępcę Griwasa i prawdziwego bohatera narodowego. Walczyliśmy wszyscy razem w bitwie o Spilię. Była straszna mgła, udało się nam przechytrzyć Brytyjczyków - strzelali sami do siebie, a my uciekliśmy. Wielu z nich zginęło. Afksendiju określiłbym czterema słowami: Grek, bojownik, patriota, człowiek. Prawdziwy Grek, bo w Grecji studiował, służył w jej armii. Człowiek, bo po długim marszu potrafił powiedzieć, żebyśmy odpoczęli, a wartę brał na siebie.
Brytyjczycy spalili go później żywcem w kryjówce.
Panajotis
Organizowałem odbicie Polikarposa Jeorkadzisa[6] ze szpitala w Nikozji. To znana bitwa, straciłem w niej dwóch ludzi. Później ocalony mnie za nią ochrzanił. "Naraziłeś najlepszy oddział egzekucyjny w stolicy, nie powinieneś tego robić". A ja przecież tylko wykonywałem rozkazy! Po tych wydarzeniach od razu stałem się poszukiwany. Proszę, oto list gończy, który wystawili za mną Brytyjczycy:
Niezwłocznie należy przeprowadzić pilne śledztwo w kawiarniach i innych miejscach, aby odnaleźć poniżej opisaną osobę. Ma ona zostać doprowadzona na przesłuchanie w związku z użyciem siły zbrojnej przeciwko Rządowi w Głównym Szpitalu Nikozji 31 sierpnia 1956 roku. KODZIAS Panajotis z Jeri. Opis: dwadzieścia dwa lata; sto siedemdziesiąt centymetrów wzrostu; średnia budowa; kasztanowe włosy zaczesane do tyłu, przedzielone po lewej stronie; krzaczaste brwi, brązowe oczy; spiczasty nos; szerokie nozdrza; duże usta; pełne wargi; kwadratowa szczęka; małe uszy przylegające do głowy; pieprzyk na prawym policzku powyżej prawego rogu ust. Urzędnik, grecki Cypryjczyk.
Po wystawieniu tego listu uciekłem w góry. Czatowaliśmy tam na brytyjskie konwoje. Podkładaliśmy ładunki wybuchowe, przygotowywaliśmy broń i czekaliśmy, aż nadjadą. Było nas niewielu, więc musieliśmy prowadzić działania w ten sposób. Strzelaliśmy, a potem uciekaliśmy. To była typowa wojna partyzancka.
Lela
W domu funkcję strażniczki pełniła moja młodsza, dziewięcioletnia siostra. Udawała, że bawi się przy wejściu, a tak naprawdę strzegła nas przed nieproszonymi gośćmi. To samo robiła babcia. Bojownicy - w sumie przez okres powstania było ich u nas siedmiu - zazwyczaj siedzieli normalnie w pokoju, chyba że Brytyjczycy prowadzili akurat jakąś obławę; wtedy chowali się do kryjówki. Ta znajdowała się pod domem - wiodło do niej przejście, które partyzanci wydrążyli w podłodze przybudówki. W salonie stała też wielka szafa, w której, jakby co, mogli szybko się schować. Ale to nie zdarzało się zbyt często.
W domu ukrywał się między innymi Markos Drakos, znany bojownik EOKA. Poznałam w życiu mnóstwo ludzi, ale on... Kyrie eleison, wspaniały człowiek... Uprzejmy, bardzo religijny, przed wyjściem z kryjówki odczytywał zawsze kilka zdań z Biblii. Wierzył w sprawę. Inspirujący, charyzmatyczny. Imponowali mi wszyscy bojownicy EOKA, ale Drakos... On był wyjątkowy.
Pierwszy raz ukrywał się u nas trochę ponad dwa tygodnie. Byli tacy, co plotkowali, że niektórzy rewolucjoniści źle się zachowują. Radzili, żeby uważać na córki. Ale ja nigdy tego nie doświadczyłam. To byli bardzo szlachetni ludzie. Zresztą obowiązywał ich zakaz utrzymywania jakichkolwiek kontaktów miłosnych z mieszkańcami domów, w których się ukrywali! Moja siostra związała się z partyzantem, ale on poprosił o jej rękę dopiero po zakończeniu rewolucji.
Czy ojciec się o nas nie obawiał? Nie. Znał swoje córki, wiedział, że dowództwo EOKA pilnuje przestrzegania zasad. Gotowaliśmy i jedliśmy wspólnie. Bojownicy - w końcu młode chłopaki - opowiadali historie i żartowali. Wspominali życie w swoich wioskach, przywoływali szkolne anegdoty. Wszystko robiliśmy razem. Obserwowałam ich nawet, jak czyszczą broń! Nie wychodzili z domu, więc przebywaliśmy z nimi całymi dniami.
Drakos ukrywał się u nas jeszcze raz - został ze swoją grupą przez kilka dni. Była deszczowa noc, gdy jego koledzy z oddziału przyszli nam to powiedzieć... Jeden z nich kazał wezwać rodziców. Strasznie, strasznie lało. "Gdzie jest Markos?", zapytał ojciec. "Nie żyje". "Nieprawda, to niemożliwe", odpowiedziałam. Nie chciałam w to uwierzyć! Markos Drakos zginął tego samego dnia w obławie Brytyjczyków na inną kryjówkę. Reszcie udało się uciec i trafić do nas. Jego śmierć była dla mnie jednym z najważniejszych wydarzeń w czasie całej rewolucji.
Reszta tekstu dostępna w regularnej sprzedaży.