Szymon Hołownia
Dziennikarz, publicysta, podróżnik
It's hot, it's hotter, it's Guam!
Niczym fondue topię się w upale, podczas gdy dwoje do bólu romantycznych topielców i posępny malarz z plemienia Chamorro próbują mnie przekonać, że Ewangelia to nie "Ogniem i mieczem".
Guam można by na dobrą sprawę objechać autem w półtorej godziny. Warto jednak sprawdzić, czy to auto ma sprawną klimatyzację, bo aura jest tu po prostu mordercza, nawet w porównaniu z innymi zakątkami różniącej się jednak cokolwiek od Syberii Mikronezji. Miejscowi podający przyjezdnym obowiązującą na wyspie trzystopniową skalę temperatur: "It's hot, it's hotter, it's Guam!", doskonale wiedzą, co mówią. Na międzynarodowym lotnisku Antonio B. Won Pat, obsługującym połączenia do Azji (z Europy najprościej dostać się tu przez Seul), Australii (to z kolei moja trasa - przyleciałem z Cairns w stanie Queensland) i na Hawaje (główny kanał komunikacyjny dla tubylców - Guam to zamorskie terytorium Stanów Zjednoczonych), lądowałem wczoraj przed szóstą. Dzień jeszcze nie zdążył przejąć pełnej kontroli nad nocą, a po wyjściu z terminalu momentalnie poczułem, że się topię. I topię się do tej chwili, nie mogąc się jednak stopić. Tortura nieznana nawet starożytnym - Prometeuszowi sęp wyżerał co rano wątrobę przez marne trzydzieści lat, na Guam człowiek spędza w charakterze fondue całe swoje życie.
Temperatura to jeszcze pół biedy, w tropikach czterdzieści pięć stopni w suchym powietrzu to raj w porównaniu z trzydziestoma pięcioma przy dużej wilgotności. Na Guam, mam wrażenie, wilgotność przekracza wskaźniki frekwencji w północnokoreańskich wyborach. Niby to zrozumiałe - wysepka rzucona podczas stwarzania świata wraz z całym archipelagiem Marianów gdzieś na środek oceanu, niedaleko od równika, ponad dwa tysiące kilometrów wody dzieli ją od Japonii, tyleż od Filipin, prawie sześć i pół tysiąca od Hawajów, pełna tropikalnych lasów, strumyczków, jeziorek, sucha być po prostu nie może. Godzinę temu zaryzykowałem wyjście z auta, by zrobić kilka zdjęć w zatoczce Umatac na południowym zachodzie wyspy, do której 6 marca 1521 roku wpłynął ze swoimi trzema statkami wycieńczony Ferdynand Magellan. Pamiętniki jego żeglarzy mówią, że łatwo nie miał, podekscytowani tubylcy, znani w całej okolicy z tego, że budowali świetne łódki, natychmiast podpłynęli do przybyszów z intencją zabrania im wszystkiego, co się dało. Magellan zmuszony był dokonać cywilizacyjnego rozdziewiczenia wyspiarzy - wyjaśnił, że oni mogą sobie mieć wyspę, ale to on ma armatę, więc rządzi. Zatankował wodę, wziął wałówkę i popłynął dalej. Może on też, gdy stanął na tej plaży, poczuł to, co ja tam czułem, ten osobliwy miks wyczerpania i depresji, który każe odtąd człowiekowi patrzeć ze współczuciem na każdą parującą w słońcu kałużę? Tak czy siak, Hiszpanie oficjalnie posiedli Guam dopiero w 1565 roku, zaś kolonizatorzy, a wśród nich rzecz jasna katoliccy księża, zjechali na wyspę dopiero sto lat później.
W tej zatoczce nie sposób nie zadać sobie pytania, które wraca do człowieka w każdym odległym od Europy kącie globu: Co myśmy najlepszego zrobili? Dziś członkowie ludu Chamorro, zamieszkujący te wyspy od mniej więcej czterech tysięcy lat, są chrześcijanami, wymieszali się niemal dokumentnie z białymi i Azjatami (i na dobre im to nie wyszło - na starych ilustracjach są potężni, wysocy, smukli, dziś są zaprzeczeniem każdego z tych przymiotników), pełnią odpowiedzialne funkcje, pracują w amerykańskim wojsku albo przy obsłudze japońskich turystów (którzy notabene w sporej części Azji traktowani są dziś jak u nas Niemcy, bo w czasie drugiej wojny światowej okupowali tu prawie wszystko i robili sporo, by dorównać w okrucieństwie swoim europejskim sojusznikom). Rozmawiając z niektórymi z nich, nie można jednak oprzeć się wrażeniu, że są jak rolnik przesiedlony na siłę z ojcowizny do luksusowego domu starców. To nie jego świat, nie jego reguły, nie ten krajobraz, jasne - może się do niego dostosować, ale zawsze będzie w nim czarna dziura pochłaniająca światło, uśmiech, szczęście.
Poprzedniego wieczora byłem w zatoce Tumon, w miejscu znanym wszystkim jako Puntan Dos Amantes, względnie Two Lovers Point (Miejsce Dwojga Kochanków). Z pozoru wygląda to na dość niewyszukaną pułapkę na naiwnych turystów. Kwietnik z usypanym z kamieni napisem, za nim obowiązkowo kasa i sklep z pamiątkami, w strefie biletowanej - wykuta w kamieniu w tekście i obrazku romantyczna historia niespełnionej miłości, za nią klif, z którego zakochani rzucili się do oceanu. Zarządca miejsca chętnie wynajmie państwu młodym cały ten zakątek na ślub, turyści z całego świata zostawią imiona zakochanych. Czyste karteczki można za kilka dolarów nabyć w sklepiku, w którym grupka Japończyków kupowała właśnie jakieś dziesięć kilo paskudnych rzeźb, kubeczków i magnesów, oczywiście robiąc sobie przy tym zdjęcia.
[...]