Każdemu mogło się zdarzyć
Teraz
Przed dwudziestą są już na miejscu. Parkują obok myjni, pod zakazem. Czarne, lśniące bmw i wysłużona toyota, audi, passat, sportowa honda accord, srebrny nissan.
Średnia wieku: dwadzieścia lat. Chłopcy: bluzy z kapturem, krótkie spodenki, czapki z daszkiem, włosy na żel. Dziewczyny: trampki, bluzy odsłaniające pępek, szorty. Piwa bez procentów, kebaby, hot-dogi i fajki ze stacji. Śmiechy i przeciągłe spojrzenia. Papierki i butelki lądują w koszu, "kurwy" i "spierdalaj" latają w powietrzu, ale nie za głośno. Klienci i pracownicy stacji benzynowej nie zwracają na nich uwagi.
Chłopak z kebabem w ręce przeżywa ostatniego grilla.
- Poszliśmy, kurwa, na te afterki, i ten cielak podchodzi, taka świnia. Typ pokazuje na mnie palcem, mówi, że mam wpierdol. Mówią: stary, najgorzej z ekipy wybrałeś. Dostałby w pizdę jak chuj ode mnie.
Chłopak z nosem w komórce rzuca:
- Dwudziestego piątego będzie jakieś upalanie. Już do mnie piszą.
Z piskiem opon na parking zajeżdża beemka. Wysiada z niej dwóch gości w wieku mocno licealnym.
- Jak nawracaliśmy przy Kiepury, to wziął normalnie zajebał bokiem. Ale się jaram, kurwa. Normalnie bokiem polecieliśmy!
- Po co wrzucać dwa tysiące, żeby zajebać cały dyfer z 2.8? Po co hajs wydawać? Ale weź mu to przetłumacz.
O północy wciąż tam będą. Drive Club może oficjalnie nie istnieje, ale ma się całkiem dobrze.
Wtedy
- To jak, Iza, idziemy czy zostajemy? - pyta Grzegorz znad kufla lanego lecha. Kolega przyniósł do baru koszyk świeżo zebranych grzybów. Wzbudził tym zazdrość Grzegorza i Izy, zapalonych grzybiarzy. Teraz rozważają, czy może jednak jutro z rana nie wyskoczyć do lasu. - Bo jak mamy rano jechać, to ja już więcej piwa nie biorę - podkreśla Grzegorz.
- No to chodźmy - decyduje po namyśle Iza.
Ta decyzja ich zabije.
Jest sobotni wieczór, kilka minut przed jedenastą, 28 października 2018 roku. Zabobrze - ogromne blokowisko z lat sześćdziesiątych - to pierwsze, co widzą kierowcy wjeżdżający do Jeleniej Góry. Czteropasmowa krajówka dzieli osiedle na pół. Wciśnięty między osiedlowy parking a dziesięciopiętrowe bloki przycupnął bar Torreto's, serce osiedla. Długi drewniany blat, barowe stołki, flippery i bilard, na ścianach rejestracje amerykańskich wozów i telewizory ustawione na rozgrywki meczowe. To właśnie tutaj Grzegorz poznał Izę.
Powiedzieć o nich, że przeciwieństwa się przyciągają, to nic nie powiedzieć. Grzegorz: wesoły gaduła, potężny, brodaty brat łata. Pięćdziesięciosiedmiolatek sprzedawał chemię budowlaną. Budowlańcy z okolicy lubili się go poradzić: "Grzesiek, jaką techniką byś ten basen uszczelnił?", "Stary, wchodzą mi robociarze jutro, nie wiem, jak zrobić elewację. Co doradzisz?". Koledzy z Torreto's zwracali mu uwagę: "Grzegorz, ty pracą żyjesz. Odpocznij". Żona zostawiła go po dwudziestu pięciu latach małżeństwa. Córka w Niemczech, wnuki widuje kilka razy do roku. Czas zabijał przy kuflu lecha i chesterfieldach z kolegami z baru. Tak trafił na Izę.
Młodsza o dziesięć lat. Pogodna, nieśmiała, cicha. Myszka, nie lwica. Dorabiała przy sprzątaniu, sprzedawała umowy na telefon, jej synowie jeździli po budowach w Holandii i Anglii. Z Grześkiem zawsze trzymali się za ręce. Jeździli na grzyby albo koncerty, zwiedzali okoliczne zamki albo czeskie miasta: Pragę, Liberec, Jablonec. Weekendami słuchali płyt, przycinali drzewka w ogródku Izy, rozpalali grilla i zwoływali znajomych.
Tydzień temu Iza wniosła swoje rzeczy do mieszkania Grzegorza na Zabobrzu.
W piątek do Grzegorza zadzwonił kumpel z baru.
- Hej, co robicie wieczorem z Izą? Przyjechał Irek, może wpadniecie na piwo?
Irek to kolega ze Śląska, dla znajomych ma świeże DVD z koncertem André Rieu.
W Torreto's zameldowali się przed dwudziestą. Iza przy kawie, Grzegorz przy lechu. Rysio przyniósł koszyk grzybów. Grzegorz dopytuje, gdzie tyle nazbierał.
Zbliża się dwudziesta trzecia. Grzesiek nie bierze kolejnego piwa, bo ciągnie go z Izą na te grzyby. Jeszcze tylko wypalą po papierosie i lecą.
W tym momencie kilka kilometrów dalej misiowaty i potężny Łukasz, dumny posiadacz seata, łapie kontakt wzrokowy z Oskarem, chudym i wyszczekanym kierowcą golfa. Kiwają sobie głowami na przywitanie. Zazwyczaj spotykają się na stacji benzynowej przy szosie prowadzącej na Zabobrze. W piątki i soboty parking przy stacji jest zastawiony stuningowanymi wozami - pracownicy przymykają oko na te spotkania. Obok jest McDonald oraz Lidl z wielkim parkingiem, idealnym do driftów. Prosto ze stacji benzynowej fani driftów wyjeżdżają na aleję Jana Pawła II: szeroką drogę krajową, gdzie w nocy sygnalizacja przechodzi w tryb żółtego pulsującego światła.
Mieszkańcy Zabobrza dobrze znają zlotowiczów. Znają ze słuchu, a dokładniej - z odgłosu silników wyjących po nocach.
Zloty w social mediach nazywane są "spotkaniami Drive Clubu".
Dwudziestopięcioletni Łukasz O. to mechanik po zawodówce. Prawko zrobił zaraz po osiemnastych urodzinach. Bez matury, za to z warsztatem, w którym naprawia samochody po znajomości. Specjalizacja - ople. Wszyscy w mieście wiedzą, że po lakierkę to do Łukasza.
Matka Łukasza to emerytowana konduktorka, ojciec - były górnik na rencie.
Tego dnia Łukasz podróżuje srebrnym seatem alteą ojca. To zwykły rodzinny van w gazie. Przed obwodnicą wpada na czarnego golfa.
Dwudziestojednoletni Oskar, kierowca volkswagena, to z wykształcenia elektromechanik, obecnie na bezrobociu. Plany życiowe: wyjazd do brata do Holandii. Wolny czas zabija, grzebiąc w żółtym peugeocie albo w piętnastoletnim czarnym golfie, którego brat przywiózł z Holandii.
Oskar dał się już poznać lokalnej drogówce. Ma na koncie sześć mandatów, zdążył spowodować dwie kolizje, raz nawet jechał powyżej setki i stracił prawko na trzy miesiące.
W sobotnią podróż zabiera Jacka. To dwudziestoletni, wielki jak szafa wielbiciel miękkich narkotyków, cudzych motorów i tureckich kebabów.
Chłopaki wypalili papierosa na parkingu, pomknęli przez kanion poniemieckich kamienic, minęli basztę grodzką i zamkową, galerię handlową i Lidla, przy stacji benzynowej na Zabobrzu dostrzegli srebrną alteę.
Może Oskar liczył, że spotka znajomego, który też lubi polatać po mieście? Jeśli tak, to się nie pomylił.
Łukasz i Oskar uśmiechają się do siebie i kiwają głowami: "Siema!". Patrzą sobie w oczy, bez słowa dochodzą do porozumienia. Ruszają szeroką trasą Jana Pawła II w stronę Wrocławia.
Dwa kilometry dalej Iza i Grzegorz dogaszają papierosa, żegnają się z kumplami, ruszają do mieszkania Grześka. Muszą tylko przejść na drugą stronę alei Jana Pawła.
Oskar w golfie próbuje dogonić Łukasza, który wyprzedza go o jakieś trzydzieści metrów. Panowie mają na liczniku po sto czterdzieści kilometrów na godzinę. Mijają sześć skrzyżowań, nad każdym pulsuje żółte światło. Zbliżają się do Galerii Sudeckiej i baru Torreto's.
Łukasz przyspiesza, zostawia Oskara z tyłu. Pieszych dostrzega zbyt późno.
W tym momencie świadkowie zdarzenia słyszą huk.
Wóz Łukasza wpada w Izę i Grzegorza, obraca się, zatrzymuje dwieście metrów za pasami.
Obok pasów hamuje czarny golf. Jacek wypada z auta, widzi połamane ciało Izy, urwaną nogę Grzegorza. Chce mu się wymiotować, zawraca do samochodu. Z seata wytacza się Łukasz, trzyma się za głowę, lekko krwawi.
- Ktoś dzwonił po pogotowie? Oni żyją? - dopytuje.
Wychodzący właśnie z kina ludzie trafili na widok rodem z filmów Tarantino. Rozpędzony samochód urwał Grzegorzowi rękę i nogę. Obok pokiereszowanego ciała walają się paczka chesterfieldów, popękany czarny telefon, czerwona zapalniczka, okulary i portfel ze zdjęciami dwunastoletniego chłopca i ośmioletniej dziewczynki.
Przyjaciele pary dopalali właśnie papierosy pod Torreto's, gdy usłyszeli huk. Ruszyli w kierunku skrzyżowania, dostrzegli połamaną kobietę w czarnej pikowanej kurtce i dżinsowych spodniach. Wokół jej głowy rozlewała się kałuża krwi. Nogi powyginane we wszystkie strony, kości przebijają skórę. Jarek podbiegł i złapał ją za dłoń. Krzyknął do Ryśka:
- Żyje! Dzwoń po pogotowie!
Wciąż ściska rękę kobiety, gdy zauważa na jezdni opakowanie DVD z podpisem "André Rieu". Dopiero wtedy zdaje sobie sprawę, że dłoń, którą kurczowo trzyma, należy do jego przyjaciółki Izy.
Świadkowie zapamiętają sprawców opartych o samochód, dopalających papierosy. Nie podchodzą do ofiar. Wyglądają, jakby wypadek w ogóle ich nie ruszał.
Gdy ratownicy przyjeżdżają na miejsce, nie mają kogo reanimować. Ktoś krzyczy do Łukasza zza taśmy policyjnej:
- Ty gnoju! Zabiłeś mojego przyjaciela!
Mundurowy zakłada chłopakowi kajdanki na ręce, prowadzi do radiowozu. Łukasz mówi tylko:
- Do końca życia będę miał problemy.
Teraz
Od wypadku Izy i Grzegorza minęły trzy lata. Jest październik. Znajduję pokoik w Cieplicach, zaraz przy ulicy Wolności.
Nie mogę zasnąć. Co chwilę budzi mnie ryk silników. Może jestem przewrażliwiony, może to ten temat, ale wyobrażam sobie, że pod moimi oknami odchodzą teraz wyścigi na ćwierć mili.
Ale może tu się tak po prostu jeździ.
Wtedy
- Ja ogólnie przyznać to się nie przyznaję, bo to nie było w sumie z mojej winy.
Oskar jest rozluźniony i pewny siebie. Uśmiecha się nonszalancko, odpowiadając na pytania prokuratora.
- To nie jest moja wina, bo ja w tych ludzi nie uderzyłem, tylko kierowca przede mną.
Oskar upiera się, że nie zna Łukasza. Jest zdziwiony, że w ogóle ma problemy. A ma, i to nieliche. Prokurator postawił mu zarzut zabójstwa. Te same zarzuty usłyszał Łukasz O.
Oskar jeszcze nie wie, że jego przyjaciel Jacek, który razem z nim jechał golfem, opowiedział już śledczym o Drive Clubie, lataniu bokiem i wspólnych spotkaniach na stacji.
- Moim zdaniem to nie były żadne wyścigi. Po prostu jechałem za tym seatem.
Policjanci włączają komputer. Pokazują Oskarowi zapisy z monitoringu miejskiego. Widać na nim przejazd obu samochodów. Oskar milczy, ukrywa twarz w dłoniach i zaczyna płakać. Prokurator stwierdza, że z podejrzanym nie ma już kontaktu. Przesłuchanie trzeba zakończyć.
Teraz
Piętrowy bliźniak, obok park i cmentarz. Połowa domu jak opuszczona: okna zasłonięte, ogród zarośnięty i zaniedbany.
Katarzyna, mama Izy, od śmierci córki podupadła na zdrowiu. Został jej tylko wnuk Dawid. Po śmierci matki siedział trochę w Holandii, Anglii, przez covid wrócił, teraz pracuje w Jeleniej przy produkcji maseczek.
O losach Karola, drugiego syna Izy, opowiada mi sąsiad:
- Nie mógł sobie po śmierci matki poradzić. Taki zakręcony chodził od lewa do prawa. W końcu pojechał w świat. Nikt nie wie, co się z nim dzieje.
I zaraz dodaje:
- Takich gości, jak ci Izy mordercy, to tu jest mnóstwo. Latają po mieście, bo co innego mają robić? Ludzi w moim wieku, koło trzydziestki, to tu prawie nie ma. Wszyscy wyjeżdżają.
Wtedy
Oskar i Łukasz ukrywali prawdę o swoich wozach przed prokuraturą.
Śledczy odkryli, że samochód z takim samym numerem VIN jak volkswagen Oskara został znaleziony na stacji w Niemczech. W samochodzie zamontowano wyścigowe zawieszenie i amortyzatory, nowe elementy pomagały w pokonywaniu łuków drogi z większą prędkością. Sterownik układu wydechowego zmieniono tak, żeby podnieść moc i zwiększyć moment obrotowy. Za to hamulce były skorodowane i zużyte, a opony gołe.
Oskar upiera się, że o przeróbkach pierwsze słyszy. Widocznie auto w takim stanie jego brat kupił już w Holandii.
Seat altea, którym Łukasz O. potrącił Izę i Grzegorza, również miał komputerowo zmienione sterowniki. Biegli dochodzą do wniosku, że pojazdy nie powinny być w ogóle dopuszczone do ruchu.
Teraz
Joanna, siostra Grzegorza, to księgowa znana w całym mieście. Przyjmuje mnie z mężem w swoim biurze.
- Grzegorz to był taki brat łata, który wszystkich potrafił rozbawić. Byliśmy zżytą rodziną, często się spotykaliśmy. Swoje wnuki, dwunastoletniego Kubę i ośmioletnią Julkę, rozpieszczał ponad miarę. Zaopiekował się też synami Izy. Ogromny cios dla wszystkich.
Pogodna blondynka mówi dużo i rzeczowo. Stara się trzymać fason, ale emocje biorą górę, gdy opowiada o dniu śmierci brata.
- Najgorzej było powiedzieć Kamili, córce Grzegorza. Strasznie krzyczałam do słuchawki: "Przepraszam cię, dziecko, że ja ci to muszę powiedzieć, ale twój tata zginął dzisiaj w nocy. Ja cię strasznie przepraszam!". A nie, skłamałam panu. Najgorzej było powiedzieć tacie. Ojciec mieszka nade mną. Otworzył z uśmiechem na ustach, ręce rozłożył, bo myślał, że dzieci idą go odwiedzić w imieniny. A ja przyszłam powiedzieć, że jego syn nie żyje. Usiadł na ziemi. Był taki bezbronny. Obejmowałam go i głaskałam po głowie jak małe dziecko. Mama też zaczęła płakać, a potem się znowu śmiała. Alzheimer lata temu zabrał jej wszystko. Zawsze się dziwiłam, jak to możliwe, że księgową z taką świetną pamięcią mogło to spotkać. A dzisiaj myślę, że to w sumie dobrze. Mamę ominęła wiadomość, że jej syn nie żyje.
Po pogrzebie Joanna z mężem, zamiast poddać się żałobie, przeszli w tryb zadaniowy. W pewnym sensie zostali fanami Drive Clubu.
Sprawdzili, że zarówno Oskar, jak i Łukasz należeli do facebookowej grupy Drive Clubu. Założyciele Clubu organizowali regularne spotkania, Motopasterki czy Halloween. Mają sponsorów, nagrody i własne gadżety.
Joanna z mężem obejrzeli wnikliwie wszystkie klubowe filmy. Na zlocie w Galerii Nowy Rynek dostrzegli żółtego peugeota, którym na co dzień jeździł Oskar L. Z kolei Łukasza O. w jego oplu widać na zlocie w Galerii Sudeckiej.
Według Joanny Drive Club jest organizacją nielegalną. Nie są zarejestrowani w KRS, ale mają zloty, sponsorów, sprzedają wlepki, koszulki i gadżety, na przykład podkładki pod rejestracje.
Na filmach ze zlotów widać, jak samochody szaleją po mieście, wyprzedzają się na podwójnej ciągłej. Mąż Joanny na własne oczy widział, jak driftowali po parkingu przy Tesco.
Joanna znalazła filmik, jak Oskar i Jacek jadą bmw po estakadzie na Jana Pawła II. Licznik pokazuje dwieście na godzinę.
Znaleźli też stary wpis Łukasza O.: "a zapomniałeś, kto ostatni wyścig po Jelonce wikusią wygrał?". Wikusia, czyli opel vectra, to jeden z samochodów Łukasza.
Klubowicze umawiają się na przykład na Warsaw Night Racing - warszawskie nielegalne wyścigi.
Jeden klubowicz pisze: "Moim zdaniem pomysł git, tylko nie mogło by być jak z naszym nocnymi spotami, że każdy zapierdala, połowa się gubi i zanim dojedzie i stanie, pierwsza połowa rusza bo mi 500 km zapierdalać na złamanie karku się nie uśmiecha".
Joanna i jej mąż przez rok zbierali informacje o Drive Clubie. Swoje odkrycia przekazali prokuraturze jako jeden z dowodów, że śmierć Grzegorza to nie był żaden wypadek, tylko konsekwencja nielegalnych wyścigów.
Wtedy
Na grupie Drive Clubu wrze. Internauci chcą wiedzieć na przykład, czy "było ścigane"? Bo wszyscy twierdzą, że było.
Kamil: "To jeszcze pokasujcie posty, gdzie to się umawiacie na szybką jazdę".
Krzysztof: "To jak bezpiecznie jeździcie widać na waszych filmach z nocnych przejazdów... wyprzedzanie na ciągłej i przejściach dla pieszych, jest normalnością dla członków waszego klubu".
Karol: "Kilka samochodów z waszej grupy szalało, z piskiem wchodzili w zakręty i ścigali się od świateł do świateł. Nie panujecie nad tym, co się dzieje i przyznajcie się do tego!".
Administratorzy profilu zaprzeczają, by mieli cokolwiek wspólnego z oskarżonymi.
Na Facebooku odzywa się też osiemnastoletnia Wiktoria, świadkini wypadku. Wychodząc z klubu fitness, widziała pędzące auta, teraz komentuje: "gdyby nie jechali tak szybko, nic złego by się nie stało". Dostaje prywatną wiadomość od Oli, dziewczyny Łukasza: "Dziewczyno, jak będziesz miała auto to zrozumiesz, że mogło to się przytrafić każdemu z nas. Sama słyszysz o wypadkach itp. ale oni nie mieli zamiaru nikogo potrącić i zabić. Mój chłopak ich nie widział. Para była pijana. Nie slyszeli ze auta zapieprzają? Ja bardzo współczuję dzieciom zmarłych. Ale to nie był żaden spacer. Oni po imprezie wracali do domu. Wszyscy bronią się i chca zwalić na mojego Łukasza. Ale ja nie pozwolę na to. Będę go bronić i tyle. To co przezywa moja rodzina i jego i on sam jest wielką tragedią... Bo traktują go jak jakieś potwora, jak scierwo. Te sprawy nie są latwe. I takie jak w telewizji. Na widzenie rodzice czekali miesiąc. Ja nie mowie ze lukasz jest nie winny. bo jest. Stało się
Ale to był wypadek
A nie morderstwo".
Teraz
Warsztat Łukasza wciśnięty jest w ciasne podwórko, pomiędzy salon meblarski a firmę przemysłową. Placyk zastawiony oplami. Żadnej reklamy. Próżno szukać informacji o warsztacie w spisie firm czy KRS-ie, ale inni mechanicy mówią, że Łukasz wciąż składa auta. Gospodarza nie ma, brat Łukasza na mój widok szybko odjeżdża swoim oplem.
Zostaje Ola, dziewczyna Łukasza: srebrny dres z kapturem, nerka przewieszona w pasie, różowe włosy upięte w dwie kitki. Wygląda jak Young Leosia. Uśmiecha się miło, ale dodaje:
- Za rozmowę podziękujemy.
Szkoda. Miałem dużo pytań: Po co Łukasz zmieniał sterowniki w aucie, jeżeli nie po to, by jeździć szybciej? Czy Łukasz naprawdę żałuje? Czemu upiera się, że w życiu nie był na spotkaniach Drive Clubu, skoro są nagrania i świadkowie, jednoznacznie dowodzący, że było inaczej? Czy w Jeleniej Górze nie ma co robić?
I jak jazdę z prędkością stu trzydziestu kilometrów na godzinę w terenie zabudowanym można nazwać zwykłym wypadkiem, który każdemu może się zdarzyć?
Teraz
Cieplice to dwa światy.
Jeden to uzdrowisko pamiętające pruskich królów. Po szerokich alejach przechadzają się zrelaksowani kuracjusze. Monumentalny pałac Schaffgotschów, ogromny park Zdrojowy, zabytkowe kamienice, nastrój wczasowy.
Drugi, za mostkiem nad rzeką Kamienną, to budynki może i piękne, ale z odpadającym tynkiem i brudnymi ścianami. Pijalnia piwa Klubowa, nastolatki w kapturach spluwające przez ramię, panowie pod sklepem.
Budynek ma piękne drewniane okna i drzwi, metalowy dach i balkon, elegancję kamienic z uzdrowiska. Tylko klatkę schodową odrapaną i zniszczoną. Tu mieszka kierowca golfa, Oskar L. Jego ojciec to budowlaniec pracujący na czarno. Filarem domowego budżetu jest matka, opiekunka seniorów w Szwajcarii. Syna widuje kilka razy w roku.
W drewnianej zagrodzie na podwórku żółty peugeot czeka, aż jego właściciel odzyska prawo jazdy.
Oskar: fioletowa podkoszulka, spodenki dresowe, sportowe buty, włosy obcięte na jeża. Wraca ze spaceru z wielkim psem o sierści w kolorze biszkoptowym. Uśmiecha się pod nosem, skręca papierosa, ćmi z ojcem fajkę na ławce przed domem. Ojciec Oskara ma gęstą brodę, potargane włosy, wielki brzuch i groźną minę. Nie chcą rozmawiać. I tak pytam.
- Popłakał się pan jak dziecko u prokuratora. Musieli aż przerwać przesłuchanie. Płakał pan nad sobą czy nad ofiarami?
Oskar pali fajkę, grzebie w telefonie.
- Pan w ogóle wie, jak ofiary miały na imię? Iza i Grzegorz. Grzegorz miał dwoje wnucząt. Ich zdjęcia wypadły z portfela, jak mu nogę urwało.
- Ucięło - poprawia mnie Oskar, i jest to jedyny komentarz, jaki od niego uzyskam.
- A Iza miała dwóch synów, Dawida i Karola. Jest pan ciekaw, co się z nimi stało?
- Pan poczeka, tylko psa wprowadzę - mówi Oskar i znika za drzwiami.
Ojca widocznie zdenerwowały moje pytania.
- No i po co to, kurwa, jątrzysz? Po co wracasz do tego?
- Bo dwoje ludzi nie żyje!
- A co on miał z tym wspólnego?
- Jacek, co z nim jechał, mówi, że się ścigał.
- A, kurwa, bo ten Jacek, stary ćpun i oszust. Ukradł dwa motory z sanatorium i je tu do nas na podwórko przyprowadził. Razem je z Oskarem na części rozbierali.
- Ćpun nie ćpun, ale mógł zeznawać prawdę. Jeszcze świadkowie widzieli, jak się ścigali.
- A jak to można niby zobaczyć?
- No, jadą dwa auta bardzo szybko obok siebie.
- Jeden z myjni wyjeżdżał, drugi z McDonalda, to jak się ścigali! Na ściganie to się chyba trzeba umawiać?
- Może to był spontaniczny wyścig?
- To jest fakt, słyszałem, że wyścigi sobie robią na Zabobrzu. Policja nie umie z tym porządku zrobić. I dlatego się dopierdalają do Oskara, bo kogoś muszą złapać!
- Jechał szybko i mógł ludzi zabić.
- No jechał szybko, i co z tego? - Ojciec najwyraźniej nie widzi problemu w jeździe z prędkością stu trzydziestu kilometrów na godzinę po terenie zabudowanym. - To nie wyścigi. A zresztą to nie było jego auto, tylko brata. Oskar niczego w nim nie przerabiał.
- A Oskar by cofnął czas, jakby mógł?
- Nie wiem, ja z nim nie rozmawiam o tym temacie w ogóle.
- Dlaczego?
- Bo po co to jątrzyć? Już wystarczy, że chłopak ma stresa przez całą sprawę...
- Chyba dobrze, że się stresuje, bo dwoje ludzi nie żyje.
- No i co z tego? Życia im nie wrócisz.
Pod kamienicę podjeżdża radiowóz. Policjanci podchodzą do mnie.
- Pan podobno nachodzi pana Oskara.
- Potwierdzam.
- A jaki jest powód tego nachodzenia?
- Jestem dziennikarzem.
- Mogę zobaczyć legitymację?
- Proszę bardzo, panu Oskarowi też pokazywałem.
- No ale to tak trzeba inaczej jakoś załatwić - duka mundurowy.
Wracam do samochodu. Oskar odprowadza mnie wzrokiem. Ręce w kieszeniach, na ustach złośliwy uśmiech. Rzucam jeszcze:
- Czyli nie chce pan wiedzieć, co się stało z synem Izy?
- Do widzenia.
Wtedy
Przed prokuraturą i na sali sądowej Łukasz O. przyznał się do spowodowania wypadku, ale zaprzeczył wersji o wyścigach. Golf po prostu jechał za nim, Łukasz ledwo zwracał na niego uwagę. Twierdził, że Jacka i Oskara wcześniej nie widział na oczy (Jacek wielokrotnie zaprzeczył tym słowom). Feralnej nocy tak pędził, bo spieszył się do kolegi. Pieszych nie widział ani przez chwilę.
Gdy zrozumiał, co się stało, był przerażony. Od razu zadzwonił po pogotowie, nie planował uciekać. Nie podszedł pomóc rannym, bo ludzie zgromadzeni wokół grozili mu, byli pod wpływem alkoholu.
Nigdy nie należał do Drive Clubu, nie brał udziału w wyścigach, driftach i tym podobnych.
Seat należy do ojca, Łukasz jeździł nim sporadycznie. Faktycznie zmieniali w nim oprogramowanie, ale w pełni legalnie, żeby poprawić spalanie. Łukasz wiedział, że moc samochodu mogła się przez to zwiększyć, ale tego akurat z ojcem nie badał.
- W życiu nie miałem dużo czasu dla rodziny - opowiadał. - Od czterech lat prowadzę własną działalność i interesuję się zawodem, który jest istotą mojego życia: mechaniką samochodową. W wieku piętnastu lat złożyłem pierwszy silnik. Całe życie starałem się żyć tak, aby nikt przeze mnie nie cierpiał. Chcę być postrzegany jako normalny człowiek, a nie taki, którego wykreowały media. Jestem przerażony tym, co dzieje się na polskich drogach i że tak wiele osób traci życie w ruchu drogowym. Wiem, że jestem postrzegany jako bardzo zły, a nawet wróg, staram się to zrozumieć. Często śni mi się ta tragedia. Codziennie modlę się do Boga o przebaczenie. Ta tragedia jest również moją i mojej rodziny tragedią.
Teraz
Paweł Skatulski pierwszy raz prowadził samochód w wieku jedenastu lat. Chłopak mamy wziął go na przejażdżkę fiatem uno. W dniu osiemnastych urodzin Paweł odebrał prawo jazdy. Pierwsze własne auto kupił rok później - mitsubishi colt w wersji Cyborg, sto pięć koni pod maską. Zarobił na nie sam, naprawiając komputery znajomych. Ma jeden cel - każdy kolejny wóz musi być mocniejszy od poprzedniego. Obecnie ma audi S3, trzysta siedemdziesiąt koni.
- Kolejne będzie musiało mieć pod pięćset. Nie ma opcji, że nie - uśmiecha się. Z wygoloną po bokach głową i irokezem wygląda jak gwiazda rocka. Mówi spokojnie, często się uśmiecha, skraca dystans.
Siedzimy w barze przy Rynku nad kuflami piwa bez procentów. Paweł opowiada, jak na pasję motoryzacyjną zarabia jako elektryk pod Berlinem.
- Nie chciałbym tam mieszkać na stałe. Jelenia to mój dom. - Z ekipą zapoczątkowali spontaniczne zloty na stacji benzynowej przy Zabobrzu. - Podjeżdżali do nas ludzie: "Słuchajcie, ale macie fajne auta, a ja czymś takim jeżdżę". Nasze motto od początku brzmiało: "Nieważne, czym jeździsz i ile to kosztowało. Ważne, żebyś wkładał w to pasję".
Tak narodził się Drive Club. Do grupy na Facebooku szybko dołączyło tysiąc osób. Pierwszy porządny zlot zrobili na parkingu w galerii. Zjechało kilkuset kierowców. Samochody po domowych tuningach, pick-upy, dodge'e i porsche, syrenki i mercedes sprzed wojny. Podniesione maski i rozmowy o kutych tłokach, momentach obrotowych i napędach na cztery koła. Konkursy na najgłośniejszy wydech, na auto o najniższym zawieszeniu, nagrody od sponsorów. Zanim się obejrzeli, połowa aut w mieście jeździła z wlepkami "Drive Club Jelenia Góra".
- Zawsze jest ten element rywalizacji, że ja coś zrobię w aucie, czego inni nie mają. Jest duma, bo ja w swoje audi włożyłem mnóstwo pracy.
Skatulski opowiada, że na zloty przychodziło mnóstwo dziewczyn, ale zaraz zarzeka się, że nie o podryw im chodziło.
- Dla nas najważniejsze było, żeby zrobić coś fajnego w naszym mieście. Bo tu się totalnie nic nie dzieje.
Wspomina, jak po wypadku spadła na nich fala hejtu.
- Ludzie pisali: "Znowu te gnoje opalają auta". Wyzywali nas od morderców, grozili, że nas pobiją. Zacząłem się oglądać na ulicach, czy nikt za mną nie idzie. Gdzieś to w każdym z nas zgasło. A przecież myśmy z wypadkiem nie mieli nic wspólnego.
- Przyjeżdżali na wasze zloty - zauważam.
- Tak samo jak tysiąc innych osób. My nie jesteśmy w stanie każdego upilnować.
Paweł przyznaje: zdarzają się osoby, które po mieście latają jak szatany. Trzeba to potępiać. Kary za szybką jazdę po mieście muszą być bezwzględne.
- Bo poza miastem, jak ktoś jedzie i złamie prędkość, no to już że tak powiem... ty jeździsz przepisowo?
- W Polsce nikt nie jeździ.
- No właśnie! Nikt nie jest święty. Trzeba jeździć z głową przede wszystkim i mieć respekt do auta i do siebie. Zawsze zostawić sobie ten margines błędu. Ja czuję, na ile mogę sobie pozwolić ze swoimi umiejętnościami.
Drive Club zniknął z Facebooka, przestał istnieć - teoretycznie, bo w praktyce fani motoryzacji z Jelonki wciąż spotykają się na stacji. Gdy już wychodzimy z baru, Paweł dodaje, że chłopaki mogli faktycznie spontanicznie się ścigać. Paweł dobrze wie, jak coś takiego wygląda. A poza tym para na pasach była pod wpływem alkoholu, wyszli na jezdnię... Trochę dziwne - nie widzieli, że auta jadą? Oczywiście sprawcą jest chłopak w seacie, ale tak naprawdę wina leży po obu stronach.
Wyrok
Sędzia w Jeleniej Górze nie zgodził się z prokuraturą, że Łukasz O. i Oskar L. popełnili zabójstwo. Ale wersję obrony, że mamy do czynienia ze zwykłym wypadkiem drogowym, również odrzucił. Dowody według sądu wystarczyły, by potwierdzić, że panowie znali się z Drive Clubu, a ich drogowe spotkanie było nielegalnym, spontanicznym wyścigiem.
Łukasz i Oskar zostali skazani za sprowadzenie niebezpieczeństwa katastrofy w ruchu lądowym. Łukasz dostał siedem lat bezwzględnego więzienia. Oskar półtora roku. Wyrok jest prawomocny. Sprawcy złożyli wniosek o kasację.
Sygnalizacja na Jana Pawła II od wypadku świeci się już całą dobę.
Łukasz O. stracił prawo jazdy na dziesięć lat, Oskar. L. na trzy lata, licząc od momentu wypadku.
Trzy lata minęły 28 października 2021 roku. Oskar L. może już prowadzić.