Wrzenie. Francja na krawędzi - Anna Pamuła

Kup ebooka

34.99 zł
31.49 zł (31,49 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać
 
 
 

Najbardziej niezwykłe chwile podczas czytania zdarzają się nie wtedy, gdy napotykam coś nieznanego, ale kiedy wpadam na samego siebie, kiedy czytam zdanie, które doskonale opisuje coś, co znałem lub czułem przez cały czas. Przypomina mi się wtedy, że tak naprawdę nie różnię się od pozostałych ludzi.

 

HISHAM MATAR

 
 
 

Po pierwsze, człowiek.

 

DEWIZA NEGOCJATORÓW POLICYJNYCH

 
 
 
 

Zmyśliłam imię głównego bohatera mojej książki. Jego obydwie żony nie zgodziły się, by występował pod prawdziwym imieniem, chociaż on nie miał nic przeciwko. Rozmawialiśmy przez cztery lata. Nie było łatwo za nim nadążyć, bo często znikał. Nie przychodził na spotkania albo spóźniał się trzy godziny. Potem pisał do mnie z nieznanych numerów, że siedzi na dołku, albo dzwonił, że jest w Barcelonie i nie wie, kiedy wróci. Mówił zawsze bardzo szybko, zmieniał wątki, nie kończył zdań ani opowieści. Często wydawało mu się, że jesteśmy na podsłuchu, że podstawiła mnie policja albo że jestem agentką (- Ibrahim, ale dla kogo? - Może dla Mosadu, skąd mam wiedzieć?). Był nieprzewidywalny, co tłumaczył ADHD, które u siebie zdiagnozował przez internet. Wyczytał mi z listy swoje symptomy: problemy z koncentracją, nadpobudliwość, niecierpliwość, nieumiejętność panowania nad emocjami, wahania nastrojów. Ja z czasem dodałam: intuicja, empatia. Bezbłędnie wyczuwał innych ludzi, mówiąc o nich zaledwie kilka słów, jakby stawiał hasztagi pod zdjęciem na Instagramie. Patrzył wtedy na mnie z zakłopotaniem, jakby te myśli nie należały do niego.

- Umiem czytać z ludzi, nie wiem, co to jest.

- I co czytasz?

- Kim są. Czuję, czego pragną.

- A wyczuwasz złych i dobrych ludzi?

- Tak mi się wydaje.

- A jak ktoś jest pusty w środku, to nic nie czujesz?

- Nie ma pustych ludzi. Tylko zagubieni.

Ibrahim rzadko przeklinał, ciągle tylko "przyrzekał na Koran" albo na "głowę swojej matki". Ale jego język był zadziorny, głównie ze względu na jego melodię, szarpany szyk zdania i niedbałą artykulację. Często wypluwał z siebie opowieści, jakby strzelał z karabinu. Dodałam więc do jego opowieści pewne słowa, w tym wulgarne, wyobrażając sobie, że pewnie by ich używał, gdyby mówił po polsku.

Wybrałam mu imię Ibrahim, czyli Abraham, bo to prorok dla żydów, chrześcijan i muzułmanów. Prorok to ktoś nieustannie zadający pytania, sobie i innym. Ktoś, kto zawsze musi coś namieszać, strzegąc nas przed stężeniem przekonań o innych ludziach (definicję zaczerpnęłam od Marca-Alaina Ouaknina z książki "Tora dla dzieci").

 
 
    PYTANIA IBRAHIMA
     Jakich pytań nie należy zadawać

Gdyby przed nim toczyła się wojna, taka jak na obrazie Wolność wiodąca lud na barykady Delacroix, nie mógłby przestać patrzeć. Lubi konflikty, kłótnie, bałagan. Lubi, kiedy ktoś mu odmawia, nie zgadza się, sprzecza.

Jest wysoki, ma prawie dwa metry, ale się garbi, przez co wydaje się dużo niższy. Robi to, bo nie chce, by inni czuli się przy nim mali. Ramiona skulone, napięta szyja, głowa opuszczona. Zwykle chodzi w dresie. Białe skarpetki, kradzione adidasy, skórzana kurtka. Krótkie czarne włosy, niesymetryczny uśmiech i brwi, jedna uniesiona w zdziwieniu, druga sroga. Czarne oczy, często patrzące z zakłopotaniem. Ruchy nerwowe, pośpieszne. Ciało berberskiego wojownika w kolorze ochry. Pustynnych kamieni. Skóra, system nerwowy i kości. Ani grama tłuszczu.

 

Ibrahim przychodzi na świat w połowie lat osiemdziesiątych we francuskim szpitalu na wschodnim przedmieściu Paryża. Jest szóstym dzieckiem Miriam. Rok wcześniej pochowała kilkumiesięcznego Zakarię. Imienia zmarłego syna nie będzie można nigdy wypowiedzieć na głos. Azar i Miriam przyjechali do Francji z Maroka dziesięć lat przed urodzinami Ibrahima. On pracuje w fabryce metalurgii, ona dorywczo jako sprzątaczka. Mieszkają w departamencie "93", uznawanym - zaraz po Gujanie - za najbardziej niebezpieczny region Francji. Gdy nad placem Republiki świeci słońce, między blokami w "93" zbiera się smog, bo kominy paryskich fabryk zostały zaprojektowane tak, by cały dym osiadał w gettach. Dostają mieszkanie socjalne w szarym, dziesięciopiętrowym bloku z wielkiej płyty 8 kilometrów od Paryża, w północnej części miasta liczącego 50 tysięcy mieszkańców. Dzielnica południowa to merostwo, sklepy z eleganckimi witrynami i pachnące piekarnie. Północna to bloki i centra pomocy społecznej.

Ibrahim dzieli pokój z bratem i czterema siostrami. Jako pięciolatek wszędzie chodzi ze śrubokrętem i patrzy, co gdzie ukraść. Ciągle zbiera grosze. Lubi ogień, więc często coś podpala, na przykład śmietniki, i patrzy, jak się palą. Lubi czuć, że nie ma już wyjścia, ognia nie da się ugasić, i dopiero wtedy bierze nogi za pas. Większość czasu spędza z kolegami pod blokiem, mama i tata nigdy nie wołają go na kolację. W zerówce zaprzyjaźnia się z Taharem, stają się nierozłączni. Mały Ibrahim ma dobrą gadkę, jest wysoki i dojrzały jak na swój wiek, więc garnie się do starszych. Szuka u nich ochrony, bo nie ma starszego brata. Nie jest zbyt silny, a codziennie z kimś zadziera, bo zawsze mówi o kilka słów za dużo. Jakby same uciekają mu z buzi. Jest zawadiacki i bezczelny, ale tylko wobec kolegów. Nigdy nie odważyłby się na arogancję wobec osoby starszej, co wpajają mu rodzice. W podstawówce nie uczy się pilnie, ale ma doskonałą pamięć. Szybko liczy, jest pierwszy w klasie z matematyki i fizyki. Wprawia w zakłopotanie nauczycieli, bo nie wiedzą, co z nim zrobić. Nie potrafi usiedzieć w ławce, brakuje mu koncentracji, szybko wpada w złość i wznieca bójki, ale jest bystry. Starszym kolegom wydaje się dziwnym dzieckiem: gęba łobuza, ale jak coś mówi, to mądrze, jakby przeżył kawał życia. Dzieciak ze starą duszą, mówią. Przyjmują go pod swoje skrzydła. Jak wracają z nocnych operacji, to pozwalają mu rozpakowywać towar, dostaje za to bluzę lub buty. Może je sprzedać albo podarować rodzeństwu. Cieszy się z każdych zarobionych pieniędzy, które chowa do portfela mamie, kiedy ona śpi.

 

Siedmioletni Ibrahim nie mówi nikomu o swoich zmartwieniach, nawet Taharowi. Zwykle nie może zasnąć. Przekręca się z boku na bok, rozkopuje się z kołdry, jakby chciał wytrząsnąć myśli z głowy, ale nic to nie daje. Kiedy wreszcie zapada w sen, to na długo, marząc, by jak najszybciej minął kolejny, smutny dzień. Ma dziwne sny. To jakby urywki rzeczywistości: dźwięki, cienie, twarze jak z fotografii, pojedyncze słowa. Męczą go przez wiele lat i dopiero z czasem zaczyna rozumieć, że te déja vu mają mu służyć jako sygnał do odwrotu. Uruchamiają intuicję, niczym iskra elektryczna w silniku. Dzięki nim na jawie umie się wycofać w odpowiednim momencie, na przykład pewnej nocy, kiedy z kolegami okrada pierwszy sklep.

Nie mówi nikomu, że rodzice go biją. Tahar domyśla się tego po jego siniakach oraz zadrapaniach na głowie, rękach i nogach, ale nie komentuje.

Nie mówi też, że obserwuje z łóżka księżyc. W oknach nie ma zasłon, więc wyobraża sobie, że jego pokój to coś jakby obserwatorium kosmosu, o którym słyszał w szkole. Lubi księżyc, ale trochę go przeraża. Nieraz wydaje mu się, że zbliża się, zaraz uderzy w blok i będzie koniec. Często widuje spadające gwiazdy, ale nie wierzy do końca w wyjaśnienia nauczycielki. Bardziej podoba mu się to, co mówi mama, cytując Koran - że spadające gwiazdy to pociski rzucane w demony, które chciałyby podsłuchać, co aniołowie mówią w raju. To ma dla niego większy sens. Jak to możliwe, żeby coś tak pięknego, w co ludzie wpatrują się od tysięcy lat, wypowiadając życzenia, było tylko drobiną pyłu, która wskutek tarcia o ziemską atmosferę rozgrzewa się i ulega spaleniu?

Ibrahim nigdy nie dopytuje kolegów o ich zmartwienia (jeśli będą w potrzebie, to wiedzą, że zawsze mogą na niego liczyć) ani nie donosi na innych. To koronna zasada. Razem z Taharem chcą być hardzi i honorowi. Już jako siedmiolatek Ibrahim uważa, że człowiek powinien być za siebie odpowiedzialny. Kiedy wiele lat później idzie do więzienia i śledczy zadają mu tysiące pytań, obiecując zmniejszenie kary, podaje tylko swoje imię i nazwisko.

 
 
BEZCZELNA GĘBA FRANCUZA

Nie zdradzę od razu, kim jestem.

Powiem tylko, że mam paskudny charakter. I siedmiu starszych braci: trzech jest bardzo religijnych, dwóch głosuje na Front Narodowy. Uczę historii i geografii w gimnazjum na południu Francji od dwunastu lat. Często myślę, że gdybym miała dzieci, to byłyby w wieku moich uczniów, ale jestem bezpłodna. Próbowałam in vitro pięć razy. Może dlatego moi uczniowie nie są mi obojętni. Angażuję się w ich życie, często doradzam. Czasem to ze mną idą po raz pierwszy do muzeum, do kina. Ich rodzice nie mają takiego zwyczaju, a oni śmiałości, by zrobić coś nowego. Czekam więc na nich obok stacji metra i odprowadzam pod drzwi teatru, nawet w niedziele wieczorem. Lubię zadziornych uczniów, którzy zadają dużo pytań. Mathilde, Mohamed, nazywam ich bébés d'amour, moimi skarbeczkami.

Na początku uczniowie się mnie boją. Przez kilka pierwszych lekcji nie żartuję, nie uśmiecham się. Wsadzam do kąta za gadanie. Ale czują, że traktuję ich z szacunkiem. W toalecie szkolnej ktoś napisał na drzwiach, że fajna ze mnie nauczycielka. Na drzwiach kibla, gdzie zwykle rysuje się penisy! To był największy komplement.

 

Jestem surowa, ale jeszcze nigdy nie wyrzuciłam ucznia z klasy. To norma wśród francuskich nauczycieli, którzy wolą się pozbyć problemu, niż się z nim zmierzyć. We francuskiej szkole o pewnych rzeczach nie należy rozmawiać. A ja z dzieciakami ciągle gadam. Chcę, by mogły z siebie wszystko wyrzucić. Przynosi im to ulgę.

 

Jak stawiam ucznia do kąta, zawsze pytam, czy rozumie, dlaczego to robię.

- Myślisz, że jak mnie nie posłuchasz, to cię uderzę?

- Nie może pani.

- Masz rację. To dlaczego mnie słuchasz?

- Bo tak trzeba.

- A jak kazałabym ci ucałować moje stopy, to zrobiłbyś to?

- Nie! - klasa chichocze.

- Władza działa w dwie strony - tłumaczę im. - Ja wydaję polecenia, ale to wy je akceptujecie. To wasz wybór, że na moich lekcjach jesteście grzeczni. Skoro więc gdzie indziej używacie przemocy albo wyzywacie nauczycieli, to także jest wasz wybór. Nie jesteście ofiarami.

 

Moje ulubione słowo po arabsku to beesif. Oznacza "zmuszać kogoś do czegoś". Ostatnio ojciec mojego ucznia powiedział po zebraniu, że już nie wie, co z nim robić. Nie uczy się, wagaruje. Doradziłam, by przestał go bić, bo on i tak nie czuje już bata. - Proszę ostrzyc mu włosy - powiedziałam. Nessim to czternastolatek z kudłami po pas, jest z nich bardzo dumny. - Ściąć na łyso.

LEKCJA 1. GĘBA

- Ja stąd spadam. Chcę do Maroka - powiedział ostatnio jeden z moich uczniów. Łobuz, ale bardzo go lubię.

- OK, byle szybko - odpowiedziałam.

- Najpierw zbiorę pieniądze, a potem wyjadę, in sza Allah (arab. jeśli Bóg zechce).

- Powiedz mi, bezczelność zawdzięczasz Francji czy Algierii? - patrzy na mnie spode łba, nie rozumie. - Co by się stało, gdybyś w ten sposób rozmawiał z nauczycielem w Algierii?

Uczeń milczy, więc jego kolega podpowiada: "Dostałbyś po twarzy, stary!".

- Właśnie. Twoja niewyparzona gęba jest gębą Francuza, mój drogi. Jesteś bezczelny, bo pozwala ci na to wolność słowa. Może nie czujesz się Francuzem, ale jesteś nim.

 

Moi uczniowie ciągle powtarzają: "nienawidzę Francji, nienawidzę Francuzów". Mam wrażenie, że po rozmowach ze mną czują ulgę. To bardzo trudne nie wiedzieć, kim się jest. - Mówiąc, że Francja to nie jest wasz kraj, robicie przysługę rasistom - tłumaczę. - Francja to JEST wasz kraj. Nie przyjechaliście tutaj z wiosek w Algierii. Rodzice większości z was urodzili się we Francji, do której wasi dziadkowie emigrowali w latach siedemdziesiątych.

 

Cały dzień słyszę na przerwach: bled, bled, bled (arab. "kraj pochodzenia", a także miasteczko lub wieś, z której wywodzą się rodzice lub dziadkowie). Nie umieją powiedzieć jednego zdania po francusku, nie wtrącając arabskich słów. W zeszytach nieustannie rysują flagi Maroka i Algierii. To rodzice robią z nich imigrantów. Co roku zabierają ich na wakacje do Algierii czy Maroka i mówią: "to jest twój kraj". Tworzą konflikt lojalności, dziecko musi zająć stronę: Francja czy kraj rodziców? Bled stał się dla nich mityczny. Kiedyś musiałam tłumaczyć uczennicy, że w zimie w Algierii jest chłodno. Bo dla niej Algieria oznacza wakacje, nikt nie pracuje, jest luz. Nie bierze pod uwagę, że rodzice mogą sobie pozwolić na wiele tygodni wolnego, bo zarabiają w euro. Dzieciaki myślą, że to tam toczy się prawdziwe życie. A to we Francji jest tymczasowe.

Narzekają, że Francuzi są wobec nich rasistowscy. Pytam wtedy, co myślą o Romach. Odpowiadają, że to brudasy, że żebrzą z dziećmi na ulicach, są obrzydliwi. - To samo niektórzy Francuzi myślą o was. Nawet wasz rasizm świadczy o tym, że wspaniale się integrujecie. Jesteście prawdziwymi Francuzami, brawo! - to terapia szokowa, ale działa. Zaczynają myśleć.

 

Czy to, co mówię, oznacza, że nie lubię Arabów? Ostatnio zarzucili mi to członkowie partii komunistycznej.

LEKCJA 2. EDUKACJA PRIORYTETOWA

Jesienią kilkunastu uczniów w kominiarkach zaatakowało liceum w Trembley-en-France, na przedmieściach Paryża. Rzucili dwa koktajle Mołotowa w budynek szkoły, ranili dyrektorkę. W całym kraju trwała dyskusja. "To wina ich złego wychowania, islamu, pobłażliwego systemu edukacji" - mówili konserwatyści. Lewicowcy bronili: "Są wściekli, bo są biedni. Odgrywają się na społeczeństwie i szkole, przez którą są źle traktowani".

 

Bzdura! Przemoc to jest ich wybór. Podkreślając ich inność - "źli i biedni" - wykluczamy ich ze społeczeństwa. A kto traci najwięcej? Ich koledzy ze szkoły, równie biedni jak oni, którzy nie mieli lekcji, bo szkoła w Trembley została na tydzień zamknięta.

 

Francuska szkoła od co najmniej dwudziestu lat pogrąża się w chaosie. W 1981 roku stworzono kategorię ZEP (Strefa Edukacji Priorytetowej). Zerwano wtedy z zasadą równości dzieci. Dyrektorzy szkół ze słabymi wynikami dostali dofinansowanie, nauczyciele - więcej pieniędzy. Programy szkolne dostosowano do najgorszych uczniów. Aby wyrównać różnice społeczne, postanowiono uczyć mniej. W podstawówce uczy się odmiany czasowników, ale tylko w dwóch osobach (on/ona i oni/one) zamiast w sześciu. Ograniczono też naukę nowych słów.

 

Do gimnazjum trafiają dzieci, które słabo mówią po francusku. Zamiast czytać, wciąż składają zdania. Piszą fonetycznie. To wina lewicowych ideologów, którzy tworząc nowy program, uznali, że "kompetencje społeczne" (np. organizacja debat, praca w grupach, większa swoboda w nauczaniu a la Montessori) są ważniejsze od nauki języka. Zapomnieli, że rodzice dzieci z ZEP-ów nie czytają z nimi książek. Szkoła to dla nich wszystko. Umiejętność czytania i pisania jest dla nich najważniejsza, bo daje im wolność. Co z tego, że rozwiążą łatwe testy gimnazjalne, zdadzą maturę - dzięki nowemu systemowi udaje się to 90 procent dzieci. Na egzaminach wstępnych na studia dostaną obuchem w łeb, bo nikt nie będzie traktował ich "priorytetowo".

LEKCJA 3. GETTO

Całe życie uczyłam w ZEP-ach. Pierwsze sześć lat w Marsylii. Rano w gimnazjum na blokowisku, gdzie na pięciuset uczniów było dwudziestu białych. Po południu dziesięciu Arabów - w bogatym miasteczku pod Marsylią. W Tuluzie przez ostatnie kilka lat straciliśmy dużo białych dzieci, a także uczniów z "dobrych" rodzin. Przenieśli się do szkół prywatnych. W niektórych klasach jest po dwóch białych uczniów, w innych dziesięciu. W gimnazjum obok na trzystu jest jeden biały. Według raportu UNESCO z września 2016 roku, który wstrząsnął Francją, szkół gett jest w kraju około stu (na osiem tysięcy szkół). 95 procent ich uczniów to biedni muzułmanie. System edukacji, oparty niby na zasadzie równości, tylko pogłębia różnice społeczne. W ZEP-ach dzieci tracą statystycznie siedem i pół tygodnia w ciągu roku, bo są odsyłane ze szkoły za karę. W najgorszych szkołach dzieci mają nawet trzech nauczycieli matematyki w ciągu roku. Dodatkowo kilka tygodni nieobecności nauczycieli, bo są strajki. Ale znam takich nauczycieli, którzy są zadowoleni. W ZEP-ach nie muszą się wysilać, a dostają około stu euro więcej.

 

Kulturowa różnorodność, aby funkcjonować, musi być kontrolowana. Należałoby dowozić autobusem dzieci z jednej dzielnicy do różnych szkół (obecnie obowiązuje rejonizacja). Badania Susan Eaton z Uniwersytetu Harvarda pokazują, że integracja jest najistotniejszym czynnikiem wpływającym pozytywnie na wyniki nauczania. Dzieci trzeba wyciągnąć z ich dzielnic.

 

Znam uczniów w Marsylii, którzy nigdy nie byli na plaży ani w centrum miasta. Po szkole przesiadują na szarych chodnikach. Ich rodzice stoją w kolejce do CAF-u (Kasa Opieki Rodzinnej) albo po zasiłek do Pôle Emploie (Urząd Pracy). Na osiedlu są szkoła i biura rządowe, ale nie ma ani jednej fabryki. Nie ma biblioteki ani muzeum. Ludzie zostali uwięzieni na blokowiskach. We Francji przestaliśmy się mieszać.

LEKCJA 4. GOŁE PUPY

Po zamachu na redakcję "Charlie Hebdo" jeden z moich uczniów nie chciał uczestniczyć w minucie ciszy. Powiedziałam mu: - Weź krzesło i ustaw przodem do ściany na końcu sali. Siedź tam do końca lekcji. Dla mnie nie istniejesz.

Nie ruszył się z ławki. Potem długo o tym rozmawialiśmy. Zapytałam, dlaczego nie chciał milczeć.

- Dlaczego nie milczymy za Palestynę? - zdenerwował się. Okazało się, że pół klasy myśli podobnie.

- A dlaczego nie milczymy za ludobójstwo w Rwandzie? Za ofiary wojny w Darfourze? Milczymy w sprawach, które dotyczą Francji, a wy jesteście jej obywatelami - tłumaczyłam. - Wasze milczenie nie oznacza, że akceptujecie rysunki w "Charlie Hebdo". Oznacza, że nie zgadzacie się na to, by mordować ludzi tylko dlatego, że są dziennikarzami. Wolność słowa jest inna dla mnie - jako nauczycielka nie mogę wyśmiewać islamu - a inna dla karykaturzysty.

- Ale obrazili naszego proroka - nie ustępowali.

- "Charlie Hebdo" obraża wszystkie religie. Nawet jakby sam Bóg przyszedł do was i powiedział, żebyście kogoś zabili, to macie mu odmówić. Życie ludzkie jest święte. Poza tym czy wasza wiara nie jest silniejsza od jakichś głupich rysunków? - mówiłam. Nie wiedzieli, co odpowiedzieć.

 

W grudniu zorganizowałam debatę w stylu amerykańskim o burkini. Kazałam im przeczytać wszystkie artykuły na ten temat z prasy lewicowej i prawicowej. Czytali teksty feministek - przeciwniczek i zwolenniczek burkini. Poznali zdanie salafitów, którzy też byli przeciwni, ale z innych powodów: według nich burkini jest zbyt obcisłe. Poza tym prawdziwa muzułmanka nie chodzi na plażę - z tym zgodziło się wiele uczennic. Najpierw gadaliśmy. Jedni proponowali: - Niech zrobią osobną plażę dla muzułmanek w burkini.

- Jasne, to jeszcze zróbmy plażę dla białych i czarnych. Czy to wydaje się wam sensowne? - spytałam.

- No nie, to rzeczywiście idiotyczne - przyznali. - Ale kobiety, które opalają się z gołymi pupami i cyckami na wierzchu, dlaczego one mogą? To niesprawiedliwe!

Przeczytaliśmy wspólnie prawo laickości z 1905 roku i kolejne, z 2004 i 2010 roku. Wielu merów, chcąc zakazać burkini, powoływało się na nie.

- Nigdzie tu nie mówią o plażach! - krzyknął jeden z uczniów. W ten sposób doszliśmy wspólnie do wniosku, że burkini nie można zakazać w imię laickości.

Potem podzieliłam ich losowo na grupy. Wcielili się w role w przeciwników i zwolenników burkini. Dzięki temu poznali inny punkt widzenia.

 

Ostatnio pokazałam im zdjęcie mężczyzny, który podciera sobie tyłek flagą Francji. Byli w szoku. - Ktoś to naprawdę zrobił?! - nie mogli uwierzyć.

- A co wam to przeszkadza, to tylko kawałek materiału - wzruszyłam ramionami.

- Nie, nie, to jest flaga!

- Co was obchodzi flaga Francji? - okazywałam obojętność.

- Tak nie można! - byli coraz bardziej oburzeni.

- Czyli jednak wam to przeszkadza? A jakby to była flaga Algierii?

- Ooooooo! To już byłoby przegięcie! - zaczęli krzyczeć jeden przez drugiego.

- To samo powinniście czuć wobec flagi Francji, bo to wasz kraj.

 

Wtedy zaczynam z nimi lekcję o symbolach narodowych, o narodzie, choć we Francji szerzenie patriotyzmu w szkole jest zakazane. Tłumaczę, dlaczego są ważne. Na koniec roku cała klasa mocnym głosem śpiewa ze mną Marsyliankę. Już się nie wstydzą.

LEKCJA 5. APARTHEID

Dwóch moi braci to antysemici. Najpierw byli antysyjonistami, nienawidzili Izraela. Teraz otwarcie mówią, że nienawidzą Żydów. Nie wynieśli tego z domu, bo nigdy nie słyszałam, by moja mama mówiła źle o Żydach. Nigdy.

Dla moich uczniów gwiazdą numer jeden jest Mohamed Merah, islamski terrorysta, który w 2012 roku zamordował siedem osób, w tym troje dzieci. Wielbią go, bo jego ofiarami byli w większości Żydzi, a oni ich nienawidzą. Zaprosiłam więc na lekcję Latifę Ibn Ziaten, matkę żołnierza zastrzelonego przez Meraha. To starsza pani, muzułmanka w chuście. Opowiadała im spokojnym głosem to, czego nie usłyszeliby od polityków. "Kocham Francję i Maroko. Kocham islam. Z moimi dziećmi obchodziłam i Boże Narodzenie, i ramadan. Uczyłam ich miłości do Francji, to z tego powodu mój syn został wojskowym".

Latifa przypominała uczniom ich matki, byli wzruszeni. Gdy wyszła, rozmawialiśmy.

- Poczuliście empatię do drugiego człowieka. Latifa to osoba podobna do was, do waszych mam, więc nie było to trudne. Chciałabym, żebyście to samo czuli wobec wszystkich ludzi na świecie. Także wobec żydowskich dzieci, które zostały zamordowane przez Meraha tylko dlatego, że zamiast Koranu czytały Torę.

 

Ostatnio pewna badaczka z satysfakcją stwierdziła, że odkąd żydowscy rodzice przenieśli swoje dzieci do szkół prywatnych, w szkołach publicznych nie ma antysemityzmu. Politycy Partii Socjalistycznej mówią podobnie: stwórzmy szkoły wyznaniowe dla muzułmanów, skończą się awantury o laickość, dziewczynki będą mogły nosić chusty. Zamiast zwalczać antysemityzm, zadowala ich przeniesienie problemu gdzie indziej. Tłumaczą: "to antysyjonizm, niechęć do Izraela. Nie można do końca winić Arabów, że tak myślą". Ja się z tym nie zgadzam. Antysemityzm to rasizm, jest zakazany przez prawo. Nie chcę, by we Francji było jak w Anglii, gdzie działają trybunały szariackie. Lub w Nowym Jorku - sądy rabiniczne. W sprawach rodzinnych i majątkowych pogłębia to dyskryminację kobiet. Synowie dostają dwa razy więcej spadku niż córki, a w przypadku przemocy domowej sędziowie każą mężom "nauczyć się panować nad gniewem". Rząd brytyjski pozwala na to z lenistwa. Wydaje im się to bardziej praktyczne, ale się mylą. Dzieląc społeczeństwo, tworzą apartheid.

LEKCJA 6. ŻYDZI

Zaprosiłam na lekcję osiemdziesięcioletnią Żydówkę Rachel Roiz?s, która była ukrywana przez francuską rodzinę cztery lata w trakcie wojny. Jej tata został wywieziony do Auschwitz. Przed spotkaniem moi uczniowie złościli się: "Tylko Żydzi i Żydzi, czemu ciągle o nich gadamy? Dlaczego nie uczymy się więcej o Palestynie? Dlaczego musimy czytać teksty o obozach koncentracyjnych, one podobno nie istniały! Ta historia z gazem jest podejrzana". To samo słyszą nauczyciele w wielu francuskich szkołach.

 

A potem usiadła przed nimi ta miła staruszka. Nigdy wcześniej nie widzieli Żydówki, dziwili się, że wygląda tak "zwyczajnie". Słuchali jej opowieści o wojnie z rozdziawionymi ustami. Gdy opowiadała o rodzinie, gdy wypowiedziała słowa "moja mama", "mój tata", widziałam, jak ramiona niektórych chłopców opadają. Rozluźnili się. Po spotkaniu pokazałam im jeszcze filmy dokumentalne o obozach koncentracyjnych. Specjalnie wybierałam najokrutniejsze ujęcia.

Potem znów rozmawialiśmy. Najpierw ich sprowokowałam, bo żeby do nich dotrzeć, trzeba przeciągnąć strunę: - Eee, ci Żydzi to nie są ludzie tacy jak my. Merah miał rację, trzeba ich mordować.

- Nie może pani tak mówić! To obrzydliwe! - krzyknęła jedna z uczennic. Paru uczniów się popłakało, choć większość to "twardziele", zawsze na straży swoich emocji.

 

Idealnie byłoby, gdyby do szkoły przychodzili też rodzice. Powinni się spotkać z mamą żołnierza zamordowanego przez Meraha, porozmawiać z osiemdziesięcioletnią Żydówką. Dzieci powtarzają za rodzicami, bo są wobec nich lojalne. To bardzo trudne dla dwunastolatka przyznać, że jego rodzice nie mają racji.

 

Jeśli nauczyciel nie wyłapie odpowiedniego momentu i nie zainspiruje swoich uczniów, to nigdy nie ruszą do przodu. Najtrudniej jest mi zaakceptować to, co wmawia się nauczycielom na stażach: "nie masz wpływu na to, czy uczeń będzie dobry lub zły. Nie możesz zmienić jego zachowania, to nie twoje zadanie. Nie jesteśmy ich rodzicami. Decyduje przeznaczenie". Wstydzę się za nauczycieli, którzy tak robią. Wstydzę się, że nic nie zrobiłam dla ucznia, którego w pierwszej klasie gimnazjum podejrzewałam o stosowanie przemocy. Nie miał empatii, niczego się nie bał. Był socjopatą. Czułam, że niedługo wyląduje w więzieniu. Trzy lata później zabił człowieka. Ukradł mu skuter, dźgnął nożem.

LEKCJA 7. PAŁA

- Nie słuchajcie nauczycieli, którzy przekonują was, że pasujecie na sekretarkę albo sprzedawcę - mówię uczniom w ostatniej klasie gimnazjum. - Możecie zrobić to, co chcecie. Opowiadam im wtedy, co przeżyłam i kim jestem.

 

Nie ma dnia, by nie zadawali pytań. Z reguły przerywam wtedy lekcję i dyskutujemy o polityce. Nazywają mnie "nauczycielką od newsów". Najbardziej popularne: - Czy to prawda, że lewica to dobrzy ludzie, a prawica niedobrzy?

Najmniej interesuje ich ekologia (dla większości oznacza trawnik przed blokiem), najbardziej konflikt izraelsko-palestyński. Kilka razy dziennie słyszę "Palestyna, Palestyna, Palestyna", nieważne, czy mówię o historii Francji, Shoah, czy wojnie w Algierii. Nie grają w gry komputerowe, ale śledzą wiadomości, oglądają filmy dokumentalne na YouTubie. Uwielbiają dyskutować, kontrargumentować. Są w tym bardzo dobrzy.

 

Na historii najbardziej cieszą się, gdy zaczynamy mówić o wojnie w Algierii. Ale mają słomiany zapał. Jak do arabskiego - nie mogą się tych lekcji doczekać, a potem większość ma na koniec roku pały. Wojnę w Algierii omawiamy bardzo szczegółowo. Tłumaczę, że nie było w niej tylko złych i tylko dobrych bohaterów. Nigdy tak nie jest, i to właśnie najpiękniejsze w nauce historii.

Zawsze pokazuję im pytania kilka dni przed klasówką. - Jeśli dostaniecie złą ocenę, to nie dlatego, że jesteście imbecylami. Po prostu nie pracowaliście wystarczająco dużo!

Nie zastawiam na nich pułapek. Jak obleją, to zawsze mogą napisać sprawdzian raz jeszcze. Oceny mam gdzieś. Najważniejsze, by nauczyć ich pewności siebie.

LEKCJA 8. MINISPÓDNICZKA

Uczennice nie mogą przychodzić na lekcje w krótkich spódnicach. Cały tydzień łażą w spranych dresach. Nie chcą się narażać swoim muzułmańskim kolegom. W filmie z 2009 roku La Journée de la jupe (polski tytuł: Pokolenie nienawiści) Isabelle Adjani gra nauczycielkę, która jako jedyna przychodzi do szkoły na przedmieściach Paryża w spódnicy przed kolano. Jest za to wyzywana przez uczniów od "kurew". Zdarza się to w szkołach, gdzie nauczyciele nie mają żadnego autorytetu. Mnie to nie dotyczy, bo zawsze chodzę w długich spódnicach, wyglądam jak worek kartofli, ale taką mam figurę. Gdybym chciała, mogłabym przyjść do szkoły w kostiumie kąpielowym. Spróbowaliby to skomentować!

 

Jeśli mój uczeń powiedziałby, że nie usiądzie obok dziewczynki, tobym go do tego zmusiła. Zdarzyło się to mojej koleżance w szkole podstawowej. Radykalni muzułmanie przyszli do szkoły i zakazali swoim córkom siedzieć w ławkach z chłopcami. Dziewczynki dostały nagle alergię na chlor, nie mogły chodzić na basen. Nauczycielki poddały się ze strachu. Ja bym poszła na wojnę.

 

Istnieją wartości uniwersalne, niezależne od tego, czy jesteś białym chrześcijaninem, czy czarnym muzułmaninem. Najważniejszą z nich jest równość prawa wobec kobiet i mężczyzn. Jeśli dwuletnia dziewczynka zostaje obrzezana, to w dupie mam tłumaczenie, że to jest "kulturowe". Na szczęście we Francji to nie tylko nielegalne, ale też karalne. Od lat 80. stu rodziców i dwie rzezaczki poszły za to do więzienia na kilka lat. W Anglii zostało to zaniedbane, nikomu jeszcze nie został nawet wytoczony proces. Rezultat: między kwietniem 2015 a marcem 2016 roku 5702 dziewczynki zostały obrzezane, najwięcej w Londynie. We Francji według ostatnich danych GAMS (Stowarzyszenia Zwalczającego Praktykę Obrzezania) nie robi się obrzezania w ogóle.

Nie można twierdzić, że obrzezanie jest straszne, ale posiadanie dwóch żon akceptowalne, skoro wszyscy są szczęśliwi. Zgodziłabym się z tym, gdyby kobiety też mogły mieć dwóch mężów.

 

Jeśli dwunastoletnia dziewczynka nosi chustę, to czy można powiedzieć, że to jest jej wybór? Nie. Robi to, bo chce zrobić przyjemność rodzicom. Moi przeciwnicy argumentują, że prawo z 2004 roku zabraniające noszenia chust w szkołach spowodowało, że dziewczyny zaczęły je nosić z przekory. "Zabraniacie nam? To my się zbuntujemy". Nie jest tak w przypadku moich uczennic. Obowiązkowe zdejmowanie chusty uświadamia im, że nie definiuje ich tylko religia. Ostatnio tłumaczyłam to dwunastolatce, która przychodzi na lekcje coraz szczelniej zakryta. Jak tylko urosły jej piersi, założyła gruby sweter. Przestała chodzić w legginsach, bo zostały uznane przez jej kolegów za zbyt obcisłe. Powiedziałam jej, że islam ani żadna inna religia nie są wrodzone. Gdyby porwała ją katolicka matka, to byłaby katoliczką.

 

We Francji muzułmanka nie potrzebuje chusty. Prawo laickości nie zmieniło się od 1905 roku. To muzułmanie stali się bardziej wymagający. Islam naszych rodziców został zastąpiony przez religię osób takich jak ja. Wykształconych, którym nie wystarczy kultywowanie tradycji. Nigdy we Francji nie było tylu księgarni religijnych! A gdzie młodzi islamiści nauczyli się czytać? Kto nauczył ich myśleć, analizować teksty? Francuska szkoła.

LEKCJA 9. ZWYKŁA RODZINA

Całe szczęście, że urodziłam się w 1979 roku. Gdybym teraz była w gimnazjum, to nosiłabym chustę. Pewnie nie zostałabym nauczycielką, a moi bracia zaaranżowaliby dla mnie małżeństwo z kuzynem w Algierii.

 

Nazywam się Fatiha Boudjahlat. Jestem Arabką. Feministką. Działaczką w radykalnie lewicowej partii Mouvement républicain et citoyen (Ruch republikański i obywatelski). Jestem też wierzącą muzułmanką, nie do końca rozumiem ateistów. Jak można w nic nie wierzyć? Nie wierzę w piekło ani w raj. Nie modlę się, nie obchodzę ramadanu, ale nie jem wieprzowiny.

 

Mam siedmiu braci: dwóch to salafici[1], jeden jest świadkiem Jehowy, dwóch głosuje na Front Narodowy. Zupełnie zwyczajna z nas francuska rodzina XXI wieku.

 

Moja mama sama wychowała ośmioro dzieci. W wieku czterdziestu lat pierwszy raz w życiu poszła do pracy - została sprzątaczką w fabrykach. Rok wcześniej mój ojciec namówił ją, byśmy całą rodziną przeprowadzili się do Algierii. Zaraz po przyjeździe ukradł nasze dokumenty. Wrócił do Francji i sprzedał wszystko, co znalazł w mieszkaniu. Za te pieniądze w Algierii kupił sobie kolejną żonę. Teraz ma ich siedem. Mama spakowała nas i wróciliśmy do Francji, w konsulacie powiedziała, że zgubiliśmy papiery. Miałam wtedy dziesięć lat.

 

Nie widziałam taty od 1993 roku. W ciągu dwudziestu pięciu lat napisał do mnie dwa listy. W pierwszym radził, bym wybrała zawód stewardesy, dzięki temu dobrze zarobię i będę mogła wysyłać mu pieniądze. W drugim oświadczył, że obiecał mnie na żonę jednemu ze swoich siostrzeńców. Gdy pokazałam ten list braciom, tylko się śmiali. Ale to było prawie dwadzieścia lat temu. Teraz moi bracia salafici kazaliby mi wyjść za mąż. Słowo ojca byłoby dla nich święte.

 

Mój ojciec był skurwielem. Bardzo złym człowiekiem. Co pamiętam z dzieciństwa? Że stoję w ciemnym korytarzu i trzęsę się ze strachu, bo tata goni za moim bratem z siekierą. To, że zniknął, było dla nas wybawieniem. Dzięki temu jestem wolna. Gdyby nie zostawił mamy, nigdy nie mogłabym pójść na studia.

 

Moja mama to wspaniała kobieta. Nie znam osoby o większym poczuciu humoru. Poznała mężczyznę, była z nim szczęśliwa, ale moi bracia nie pozwolili jej wyjść ponownie za mąż. Jeden tak bardzo się zdenerwował, że chciał ją uderzyć. Kazał jej wtedy założyć chustę, mimo że nigdy w życiu nie zakrywała włosów. To dlatego nie potrafię znieść patriarchatu. Nie dotyczy on tylko rodzin arabskich, tak samo zachowują się Włosi, Hiszpanie i wielu innych.

 

Wszystko w moim życiu zawdzięczam francuskiej szkole. Do tzw. klasy przygotowawczej o profilu literackim, której celem jest jak najlepsze przygotowanie do egzaminów na uniwersytet, trafiłam dzięki nauczycielce francuskiego. Do egzaminów musiałam przeczytać dwieście książek, a u mnie w domu oprócz Koranu była tylko ilustrowana encyklopedia, którą znaleźliśmy z braćmi na śmietniku. Któregoś dnia moja nauczycielka przyjechała na nasze ohydne blokowisko. W bagażniku miała kartony książek. Potem obwiozła mnie po wszystkich wydziałach politologii w regionie. Jej mąż był komornikiem, który kilka lat wcześniej zlecił konfiskatę mienia w naszym mieszkaniu.

 

Jeden z moich braci spędził w sumie czternaście lat w więzieniu. Za bójki, sprzedaż narkotyków, napad z bronią. Pamiętam, jak przyszłam do sądu zeznawać w jego sprawie. Płakałam, bo musiałam opowiedzieć o tym, co nas spotkało w dzieciństwie. O ojcu, który groził mu siekierą. O potwornej biedzie, o tym, że codziennie jedliśmy w stołówce organizacji charytatywnej Les Restos du C?ur. Brat miał mi za złe, że mówię źle o rodzinie, ale ja chciałam go uratować przed kolejną odsiadką.

 

Często się kłócimy przy rodzinnym stole. Moi bracia mówią na Francuzów "gwer". To bardzo obraźliwe. Dwóch, salafita i świadek Jehowy, mają białe żony. Nawet ich mieszane dzieci nie uważają się za Francuzów. Czy to jest normalne? Dwa lata temu prawie się pobiliśmy. Dyskutowaliśmy o nowym prawie zezwalającym na małżeństwa gejów. Skoczyli na mnie, że bronię chorych ludzi, bo według nich homoseksualizm to choroba, a geje powinni zostać zgładzeni. Zaczęliśmy krzyczeć i się przepychać. Wtedy mama walnęła ręką w stół i kazała się nam zamknąć. Ale to ona podsunęła nam ten temat. Niewinnie spytała, co myślimy, i rozpętała burzę.

 

Większość kolegów ze szkoły nie rozumie mojego zaangażowania. Politycy zarzucają mi rasizm. Biali panowie, którzy ukończyli najlepsze prywatne szkoły, chcą mnie uczyć, jak postępować z arabskimi dziećmi? Niektórzy Arabowie uważają mnie za zdrajczynię, przezywają batonem Bounty - czarna na zewnątrz i biała w środku. Mówią tak, bo według nich nie powinnam kochać Francji, ale Algierię. Ich też mam głęboko gdzieś.

 

W klasie przygotowawczej na studia usłyszałam, że ze względu na mój "stan" powinnam pracować więcej od innych. Jako Arabka miałam pod górkę. Brakowało mi dyscypliny, nagła wolność uderzyła mi do głowy. We Francji od piętnastu lat działa z sukcesem specjalny tryb naboru do najbardziej prestiżowych uczelni dla licealistów z ZEP-ów, jego beneficjentką była m.in. minister edukacji Najat Vallaud-Belkacem. Nie miałam szans, bo się obijałam. Łatwiej było w liceum, gdzie wystarczyło tylko wykonywać polecenia nauczyciela. W moim arabskim domu nikt nie zachęcał mnie do nauki, odrabiałam zadania, bo musiałam, ale wolałam oglądać telewizję. Często zastanawiam się, co by było, gdybym wyrosła w innym środowisku. Żałuję, może teraz miałabym już za sobą dyplom zawodowy. A tak, jestem tylko zwykłą nauczycielką, jedną z 240 tysięcy we Francji.

 
 
    PYTANIA IBRAHIMA
     Kim jestem

Z Ibrahimem poznaliśmy się w Uberze, gdzie pracował przez miesiąc jako kierowca. Gdy dowiedział się, że jestem dziennikarką, chciał koniecznie opowiedzieć mi o swojej walce politycznej. Planował, że w 2020 roku zostanie zastępcą mera w swoim mieście. - Mam niewyparzoną gębę, dlatego mobilizuję wszystkich ziomków spod bloku do działalności politycznej i społecznej. Jeśli mnie się nie uda, to może chociaż któremuś z nas.

 

Umówiliśmy się tydzień później i rozmawialiśmy przez kolejne cztery lata. Dopiero po roku trochę się ze mną oswoił, przedstawił kolegom i pokazał kawałek swojego świata. Zaczął mówić do mnie z rozpędu mon frére (po francusku: mój bracie), jak do kolegów. Nic nie ubierał w ładne zdania tylko po to, żeby dobrze wypaść. Nie kalkulował, mimo że zdawał sobie sprawę, jak widzi go większość Francuzów, szczególnie po zamachach. Arabska młoda gęba schowana za kapturem to na pewno terrorysta, islamista i przestępca, który nie umie dobrze pisać ani mówić po francusku, w jednej ręce trzyma koktajl Mołotowa, w drugiej nóż, pali jointy na klatkach schodowych i podpala samochody, zarabia nielegalnie, głównie na sprzedaży narkotyków, jego duchowość ogranicza się do słuchania kazań najbardziej radykalnych imamów na YouTubie, nienawidzi Francji, Francuzów i ogólnie wszystkich białych, marzy, by wyjechać do Syrii, wyszkolić się na bojownika i wrócić tylko po to, by wysadzić się w metrze. Zawarliśmy umowę: on tłumaczy mi, jak to jest być Arabem i muzułmaninem, czyli najstraszniejszym typem Francuza (choć nie przez wszystkich za Francuza uznawanym), współczesnym ogrem, którym straszy się młode dziewczyny, a ja, jako biała blondynka (Ibrahim też uznaje się za białego, ale wie, że w ocenie innych Francuzów jestem od niego "bardziej biała") i dziennikarka towarzyszę mu na spotkaniach politycznych. Ibrahim uważał, że dzięki temu zapunktuje u białych polityków po pięćdziesiątce, od których chciał przejąć władzę.

 

Ibrahim długo był dla mnie niezrozumiały. Nie miałam pojęcia o islamie, a on jest głęboko wierzącym muzułmaninem. Przez jakiś czas w swoim życiu był nawet salafitą - zapuścił brodę, na dres zakładał długą dżalabiję, chodził regularnie do meczetu i nie słuchał muzyki. Po roku odpuścił, bo salafizm wymaga dużej dyscypliny, a Ibrahim lubi robić to, na co ma ochotę. Praktykowanie rygorystycznego islamu było dla niego zbyt dużym wyzwaniem, ale nigdy nie wątpił w istnienie Boga. Nie wierzy w to, by człowiek dotarł tak naprawdę na księżyc: - To by znaczyło, że jesteśmy wszechmogący. A tylko Bóg taki jest. Po co zresztą człowiek miałby podróżować tak daleko, skoro na ziemi wydarza się tyle cudów? Narodziny robią na mnie większe wrażenie niż lot w kosmos...

Wierzy za to w anioły, dżinny, dzień sądu ostatecznego i przeznaczenie. Dobro i zło dzieje się według niego za wolą Stwórcy, choć nie odrzuca pojęcia wolnej woli człowieka jak część muzułmanów, dla których to przeszkoda dla bożej wszechmocy, będącej poza zasięgiem ludzkiego rozumu. Interpretuje Koran dosłownie, bo to święta księga, która nie powinna być konfrontowana z życiem, ewolucją świata i zmianami w świadomości (w związku z tym żyje w ciągłym poczuciu winy). Wierzy w boskie pochodzenie Koranu i niemożność dokonania jakichkolwiek modyfikacji w tekście, a więc i w prawie religijnym w nim zawartym o wyjątkowym, bo boskim autorytecie. Mimo to wiele razy złapałam go na niespójnościach, na przykład kobiety chodzące w chustach i hidżabach uznaje za "najbardziej bliskie prawdy", ale nie razi go, jeśli francuska muzułmanka zdecyduje się nie zakrywać włosów, bo mieszka we Francji. Uważa, że jeśli prawo we Francji stanowi, że urzędniczka nie może nosić chusty, to powinna się dostosować albo zmienić pracę lub kraj. Ibrahim przestrzega pięciu filarów islamu na swój sposób: wyznaje wiarę w jednego Boga, modli się pięć razy dziennie (jak w ciągu dnia wszystkiego nie wymodli, to odkłada na wieczór), obchodzi ramadan (przez trzydzieści dni nie je i nie pije w ciągu dnia, więc głównie żyje nocą), często daje pieniądze biednym (jeśli jemu akurat nie brakuje) i planuje wyprawę do Mekki (ale boi się latać samolotem). Nie pije alkoholu, nie je wieprzowiny i nie używa perfum, bo zawierają alkohol. Wiele razy powtarzał mi: "islam to jedyna prawda", ale ma szacunek do wszystkich religii. Nie rozumie tylko ateistów. - Oni są głupi czy jak?

 

Jest gadatliwy, więc na początku wydał mi się bardzo otwarty, ale dopiero jak zaczęłam spisywać nasze rozmowy, zorientowałam się, że chętnie mówi o innych, o świecie, polityce, ale mało o sobie. Zdecydowałam się go nie nagrywać, bo przeczuwałam, że inaczej nie uda mi się zdobyć jego zaufania. Nie nadążałam też wszystkiego notować, bo mówił za szybko i w slangu, często zmieniał wątki, więc czasem odtwarzałam nasze rozmowy na podstawie pojedynczych słów, które zapisywałam koślawo, przy słabym świetle na serwetkach w barze, broszurach prawicowych polityków, których wspierał, albo na opakowaniach po cukierkach (coca-cola, żelki Haribo i pianki w czekoladzie - bez tego nie dało się z nim rozmawiać). Nie byłam w stanie posklejać w całość wszystkich jego opowieści ani dopytać o wszystkie porzucone wątki, ale jestem pewna szczerości Ibrahima. Niektóre historie potwierdzali jego znajomi, inne znajdowałam w starych wydaniach "Le Parisien". Poza tym to człowiek, który się nie chwali. Wprawdzie sam zaproponował na początku, że opowie mi o swojej działalności politycznej, ale nie przewidział, że będę ciekawa jego całego życia. To ja zadawałam mu kolejne, coraz bardziej intymne pytania, nieraz obawiając się, że go urażę i więcej nie odbierze mojego telefonu. Mimo zaufania, którym mnie obdarzył (zawsze mi powtarzał, że każdego człowieka obdarza zaufaniem tylko częściowo, nigdy na sto procent), co jakiś czas się wycofywał, szczególnie jak zaczęłam podważać jego zapewnienia, że jest najszczęśliwszym człowiekiem na ziemi. - Po co zadajesz mi tyle pytań? Dlaczego interesujesz się moim życiem, o co ci chodzi? - denerwował się. Mimo to wciąż chciał się ze mną spotykać, przestał się obawiać, że jestem agentką. Uwierzył, że jest wartościowym człowiekiem, który ma naprawdę coś ciekawego do powiedzenia, a po czterech latach rozmów sam zaczął pisać. W miesiąc na iPhonie wystukał ponad sto stron opowieści o swoim doświadczeniu nastolatka, które opublikował na Facebooku. Powiedziałam mu, że moim zdaniem wykazał się odwagą, bo przyznał się do porażek. - Spisałem to w ciągu, nie analizowałem. W życiu trzeba postępować tak, jak się kradnie i jeździ samochodem: szybko, odważnie i z determinacją. Patrzysz szybko w lewo, w prawo, a jak nikogo nie ma, to jedziesz i dłużej się nie zastanawiasz - zaciągnął się jointem i wzruszył ramionami. Dopiero po kilku dniach napisał mi, jak się tak naprawdę czuje. Był smutny. - Jak to spisałem, to przekonałem się, że prowadziłem życie bandyty. Jednak nie byłem dobrym człowiekiem, a moje życie wcale nie było przyjemne. Może to dlatego od dziecka co wieczór chce mi się płakać? Sam nie wiem. Nie mogę teraz patrzeć w lustro. Od dziesięciu lat nie kradnę i nie piję. Nie chodzę na kurwy. Nie biorę koksu. Jedyna moja słabość to marihuana. Ale wciąż coś muszę robić źle, bo mi to życie nie wychodzi. Tylko co?

 
 
    PRZYGODY IBRAHIMA
     Życie to nie zabawa

Moje życie potoczyłoby się inaczej, gdyby mama kupiła mi wymarzone adidasy, ale były za drogie. Kosztowały sto franków, wtedy kupa kasy, dzisiaj marne piętnaście euro. Miałem trzynaście lat i zacząłem szukać pracy. Pieniądze były mi potrzebne, by zbytnio nie różnić się od innych. Pierwszą fuchę dostałem na targu. Musiałem wstawać przed świtem i nosić ciężkie kartony. Bawiło mnie to pięć minut, potem miałem dość, bo dorośli wykorzystywali nas jak psy i płacili grosze. Ale tam poznałem kumpli. Im też czegoś brakowało. Zaczęliśmy snuć plany i niedługo potem wylądowałem na pierwszym dołku. Przez kolejne lata będzie ich w sumie ponad sto.

 

Poniedziałek, ósma rano, angielski. Noc spędziłem w komisariacie. Cała klasa się na mnie gapi, bo mam rany na głowie. Pewnie myślą, że to pały, ale tak naprawdę to moi rodzice. Często mnie biją, jakbyśmy grali w Pokemony, tylko w tej wersji gry to ja jestem ich celem. Atak tygrysa - specjalność mojej mamy, która zawsze zostawia mi zadrapania. Atak Sfinksa - tata, bo rozkwasza mi nos. Tego ranka w szkole nie wiem, czy bardziej się wstydzę mojej gęby, czy tego, że dałem się złapać psom. Nie chcę, by ktokolwiek o tym wiedział, ale informacja i tak wypala jak lont dynamitu. - Ibrahim, to prawda, że cię zamknęli?! - krzyczy mi do ucha Gladys, ławka za mną. Odwijam się jej, mówię, żeby stuliła dziób, zakrywam głowę kapturem i uciekam ze szkoły. Włóczę się między blokami. Dostałem "48" za kradzież skutera z użyciem przemocy. Pomagałem starszym kumplom, którzy pewnie widzieli we mnie jakiś potencjał, sam nie wiem. Moim atutem był wiek, bo nie groził mi prawdziwy wyrok... no, chyba że od rodziców, moich jedynych sędziów, ale oni bili niezależnie od okoliczności, więc nie czułem się ukarany. Krążę po dzielnicy i główkuję: jeśli mam odnieść sukces, a ceną za to jest pobyt na dołku i kilka batów od ojca, pasuje mi to. Kilka dni później ląduję przed sędzią dla małolatów. Biuro R29 w następnych latach stanie się moim drugim domem. Sędzia, zawsze ten sam, nosi okulary i stara się być wyrozumiały. - Ibrahim, życie to nie jest zabawa... - zawsze zaczyna od tego samego zdania. Udaję, że go słucham, ale szczerze, mam to w dupie, bo wiem lepiej od niego, o co chodzi w życiu, a jedyne, co mnie wtedy martwi, to domowy blitzkrieg. Moje wrzaski słychać co wieczór w całym bloku. Wszyscy sąsiedzi wiedzą, kiedy latam pod sufitem salonu, ale nie bardzo się tym przejmuję, bo prawie w każdym mieszkaniu ktoś się drze z tego samego powodu. Nie czujemy się ofiarami. Wiemy, że nam się należy, i kolejnego dnia robimy sobie z tego jaja. Porównujemy siniaki, śmiejemy się i dalej snujemy plany. Z każdym dniem uderzenia bolą nas coraz mniej, a chęć, by coś rozwalić, tylko się wzmaga.

 

Najgorsze są powroty do domu wieczorem. Na parterze zawsze czekają na mnie bracia "Rudzi", żeby spuścić mi wpierdol, a ja nie mam brata, który mógłby mnie ochronić. Uciekam, oni za mną, zatrzymują się na piątym piętrze, ale dla mnie dopiero tam zaczynają się kłopoty. Korytarz z windy do domu - to moja droga do celi śmierci. Za drzwiami czeka mama. - Gdzie byłeś? Co robiłeś? Dlaczego znowu słyszę, że kogoś pobiłeś?! - krzyczy, chociaż zna odpowiedzi na wszystkie pytania, taki już ma dar. Zawsze wszystko wie, jakby była szamanką. Z mamą nie ma żartów, więc tylko spuszczam wzrok. Nigdy bym jej nie odpyskował. Nawet jak urosłem (metr dziewięćdziesiąt) i mama (metr pięćdziesiąt) chciała uderzyć mnie w twarz, to się zniżałem, żeby mogła trafić. Dużo ludzi się mnie bało, ale nigdy nie chciałem dojrzeć strachu w oczach rodziców. Ojciec był dla mnie surowy, ale na dzielnicy był znany z życzliwości. Wszyscy go lubili. Moi kumple nazywali go "Al Pacino", bo przypominał mafiosa z Ojca chrzestnego. Lał mnie czym popadnie, ale szczerze, dzisiaj mnie to śmieszy. Nie oczekuję jego przeprosin, bo nie miałbym czego mu wybaczyć. Jestem wdzięczny, że miałem ojca i matkę, na których zawsze mogłem liczyć. Tahar, mój najlepszy przyjaciel, niech Bóg go ma w swojej opiece, stracił tatę, jak był mały. Musiał się przez to zmagać z życiem dwa razy bardziej, ale dzięki temu był z nas najlepszy! Nikt nie dorastał mu do pięt. Już w wieku dziesięciu lat wzbudzał szacunek u starszych i nikt nie odważył się go uderzyć. Nie znosił niesprawiedliwości. Z Taharem byliśmy przyjaciółmi od przedszkola, wszędzie się razem włóczyliśmy i nikt inny nie był nam potrzebny do szczęścia. Potem zaczęliśmy razem kraść. Ekipa nie z tej ziemi! Teraz nie ma dnia, żebym go nie wspominał, bo to dzięki niemu stałem się lepszym człowiekiem. Idę przez życie, zawsze mając go w sercu. Szkoda, że już nigdy nie porozmawiamy, a przynajmniej nie tutaj, na ziemi.

 
 
W IMIĘ MATKI I SYNA
PIERWSZE ARESZTOWANIE. LIPIEC 2018 ROKU
Mama

Pierwszy raz policja przyszła do mnie na początku lipca 2018 roku. Domofon zadzwonił o 7.50.

- Halo? - powiedziałam nieprzytomnie do słuchawki. Dopiero się przebudziłam, byłam jeszcze w koszuli nocnej. Bolały mnie plecy i prawe kolano. Z wiekiem poranki stają się coraz trudniejsze. Moja córka wyszła z pokoju, właśnie przygotowywała się do wyjścia na uczelnię.

- Kto tam? - zapytała nieufnie.

- Policja! - usłyszałyśmy przytłumiony głos. Léane uchyliła drzwi i poprosiła o dokumenty, jak na filmach. Dopiero potem wpuściła ich do środka, a sama uciekła na zajęcia. Było ich dwóch. Wytłumaczyli, że przyszli mnie aresztować na polecenie sędziny takiej a takiej. Zamachali przed oczami podpisanym dokumentem.

- Z jakiego powodu? - zapytałam, chociaż się domyślałam.

- Dobrze pani wie! - warknął starszy z policjantów. Zapytałam tylko, czy mogę się ubrać. Popatrzyli po sobie, jeden kiwnął głową, a drugi powiedział, że pójdzie ze mną. Wstydziłam się ubierać przy mężczyźnie, więc poprosiłam, by został przed drzwiami. Po co miałby oglądać ciało siedemdziesięcioletniej kobiety? Kazał mi zostawić uchylone drzwi, a wcześniej przeszukał moją sypialnię, grzebał nawet w szufladzie z bielizną. Zawstydziło mnie to. Na szczęście nie założyli mi kajdanek, co przytrafiło się mojej koleżance, oskarżonej o to samo co ja. Policjanci wyprowadzali ją z mieszkania z rękami na plecach! Biedna kobieta, ma sześćdziesiąt lat i słabe zdrowie... Różni nas tylko kolor skóry: ja jestem biała, a ona ma pochodzenie marokańskie. Mnie tylko sprowadzili na dół w obstawie i kazali wsiąść do samochodu. To było zwykłe auto, nie radiowóz. Zawieźli na policję i wsadzili do celi. Po dwóch godzinach przyszło po mnie dwóch śledczych. Przesłuchiwali mnie w pokoju bez okien przez sześć godzin. Tego dnia mojego adwokata nie było, więc poprosiłam o obrońcę z urzędu. Starszy Kongijczyk, biedak, pocił się i jąkał, na pewno cały czas zastanawiał się tylko, co tam robi! Nie miał pojęcia o wojnie w Syrii.

Śledczy mieli wydruki moich transakcji bankowych i pytali po kolei o każdą sumę. Kiedy nie mogłam sobie przypomnieć, kto mi wpłacił dwadzieścia euro, pytali o to przez godzinę, aż wreszcie oświeciło mnie, że to książka, którą napisała o mnie i innych rodzicach pewna dziennikarka. Podarowała mi kilkadziesiąt egzemplarzy, więc parę sprzedałam.

- Jak mogła pani nie wiedzieć o działalności syna? - zapytał mnie śledczy. Jak to jak? Normalnie. Jestem jego matką, prosił mnie o pomoc. Jak mogłam mu odmówić?

W końcu śledczy powiedział, że jestem podejrzana o wspieranie organizacji terrorystycznej. Dobry Boże, pomyślałam i zaśmiałam się nerwowo. Wróciłam do domu. Przez wiele tygodni nie mogłam spać.

Dwa miesiące później znowu przyszli policjanci.

- Na polecenie sędzi takiej a takiej mamy nakaz przeszukania pani mieszkania - powiedzieli od progu. Tym razem było to dwóch mężczyzn i młoda dziewczyna. Jeden został na klatce schodowej. Jakby się bali, że mogę uciec.

- Powodzenia... - burknęła do policjantów moja córka. Dopiero wstała, była w pidżamie. Policjanci westchnęli na widok naszego salonu, gdzie na środku piętrzyły się kartony i worki pełne ubrań. Córka przytargała do domu wszystkie rzeczy jej niedawno zmarłego ojca, w tym chyba dziesięć gitar! Pokój tonął w mroku, nawet nie zdążyłam odsłonić zasłon.

- Mamy taki bałagan, że wasze przeszukanie tylko pomoże nam przy sprzątaniu. Zawsze to cztery pary rąk zamiast dwóch! - dowcipkowała Léane. Policjant kazał jej oddać telefon.

Siostra

Najpierw mnie rozśmieszyło, że koleś chce pooglądać, co mam w telefonie, ale zaraz pomyślałam: halo, czy on ma w ogóle do tego prawo? Kliknął w "kontakty" i zatrzymał się przy jednym imieniu.

- Kto to jest Jawad? - zapytał surowo. Czy on na serio myśli, że moim kumplem jest Jawad Bendaoud, francuski kryminalista, w którego domu spali belgijscy terroryści po zamachach w Paryżu?

- To tylko kolega... - wymamrotałam. Poczułam się nagle, jakby o coś mnie oskarżał. Chciał mi nawet zabrać telefon. Powiedziałam, że nie ma mowy. To mój cały świat, czy on zwariował?

- W porządku, ale proszę włączyć tryb samolotowy i nie ruszać smartfona przez cały dzień - brzmiało, jakbym tam przechowywała sekrety wagi państwowej. Potem ta młoda policjantka zawołała mnie do kuchni i wskazała kalendarz ścienny. Przy dacie 10 lipca napisałam dużymi literami: "Pierwszy dzień walki".

- Co to znaczy? - warknęła. Zaczęłam się śmiać. Jej się wydaje, że jestem bojowniczką islamską czy jak?

- To moja walka osobista... - nie zdążyłam dokończyć zdania.

- Jakiego rodzaju?

Myślałam, że zaraz mnie zaaresztuje.

- To miał być pierwszy dzień kuracji odchudzającej. Przecież widzi pani, jak wyglądam. Czterdzieści kilogramów za dużo! - policjantka spuściła wzrok i bez słowa kontynuowała przeszukiwanie szafek w kuchni. W tym czasie koleś w salonie otwierał szósty czy siódmy karton, cały się pocił.

- Może nam panie pomogą? - zwrócił się do nas.

- Przepraszam, ale to nie należy do naszych obowiązków. Nie wiemy nawet, czego szukacie! - byłam rozdrażniona i zamknęłam się w moim pokoju. Słyszałam, jak mama przekłada z nim książki i pyta raz jeszcze, czego szukają.

- Nie mogę pani powiedzieć nic więcej - odpowiedział. Powtórzył jeszcze raz nazwisko sędzi, z której polecenia tu przyszli. To tyle.

Mama

Wreszcie znaleźli to, czego szukali. Dwa komputery. Odetchnęłam, bo wiedziałam, że nic tam nie znajdą. Byłam pewna, że na tym się skończy i wreszcie zostawią nas w spokoju, ale starszy policjant kazał mi się ubrać.

- Pójdzie pani z nami - oświadczył. Moja córka zamknęła za nami drzwi. Odwieźli mnie do komisariatu. Wsadzili do celi. Miałam spędzić w niej noc, rano chcieli mnie przesłuchać. Mogłam zatelefonować tylko do mojego adwokata. Obiecał przyjść następnego dnia. Dobry Boże.

Siostra

Nie miałam pojęcia, o której godzinie wróci mama, ale jak zaczęło się ściemniać, zadzwoniłam do komisariatu. Zapytałam, czy mogę z nią rozmawiać, ale odmówili. Poszłam spać z uczuciem ciężkości w żołądku, jakbym miała tam wielką, metalową kulę. Oprócz tego nie czułam nic.

RODZICE DŻIHADYSTÓW

W całej Europie kilkudziesięcioro rodziców było lub jest sądzonych za "finansowanie organizacji terrorystycznej". Wszyscy przesłali lub zamierzali przesłać pieniądze swoim dzieciom dżihadystom przebywającym w Syrii.

Lingolsheim, Alzacja. 28 września 2017 roku Nathalie Haddadi, matka francusko-algierskiego terrorysty Belabbasa Bounagi, została skazana na dwa lata więzienia. W listopadzie 2015 roku opłaciła synowi bilet lotniczy i wysłała go do ojca w Algierii. Belabbas chwilę wcześniej wyszedł z więzienia, gdzie nawrócił się na islam. Decyzją sądu nie mógł opuszczać Francji. Następnie Haddadi kupiła Belabbasowi bilety do Malezji i przelała na jego konto 2,8 tysiąca euro, co umożliwiło mu podróż na teren ówczesnego kalifatu Państwa Islamskiego. W 2016 roku Belabbas zginął w walce. Sąd karny zamienił Haddadi karę dwóch lat więzienia na nadzór sądowy. Kobieta złożyła apelację, broniąc się, że wszystko to zrobiła z miłości do syna. Kolejny proces odbędzie się w grudniu 2020 roku.

Nantes. 5 grudnia 2017 roku państwo Dubreuil, rodzice Margaux Dubreuil, francuskiej dżihadystki, która wyjechała do Syrii w 2013 roku, zostali zatrzymani przez policję i przesłuchani. Wysłali córce około 10 tysięcy euro. Paryska prokuratura wszczęła śledztwo, ale sprawa została umorzona. Margaux prawdopodobnie przebywa obecnie w obozie Roj na terenie syryjskiego Kurdystanu z trójką dzieci. Grozi jej kara śmierci za terroryzm.

Oksford. 21 czerwca 2019 roku John Letts i Sally Lane zostali skazani na piętnaście miesięcy w więzienia, w tym dwanaście w zawieszeniu, za wysłanie synowi Jackowi Lettsowi 223 funtów do Syrii. Letts od dwóch lat jest więźniem w Iraku.

WIĘZIENIE. WRZESIEŃ 2018 ROKU
Mama

Wieczorem dostałam kolację, ale nie dałabym tego nawet mojemu psu. Zresztą nie byłam głodna. Było mi zimno, więc położyłam się na łóżku polowym i przykryłam szarym kocem, który chyba pamiętał pierwszą wojnę światową. Śmierdział starocią. Nie mogłam zasnąć, szczególnie że więźniowie obok krzyczeli całą noc, uderzając o pręty cel. Rano ledwo podniosłam z pryczy obolałe ciało. Na szczęście nie było lustra. Musiałam mieć każdy włos w inną stronę. Nie mogłam nawet umyć zębów! Włożyłam okulary, bez których nic nie widzę, i dałam się odprowadzić strażnikowi do pokoju przesłuchań. Zaproponowano mi croissanta i coca-colę, ale nie byłam w stanie nic przełknąć. Ciągle tylko chciało mi się siusiu, więc co chwilę wychodziłam do toalety. Z nerwów. Sędzia zadawała mi pytania, które słyszałam już w lipcu. Ale tym razem miałam u boku adwokata. Czułam się pewniej. Sędzia wytłumaczyła mi, że za pierwszym razem byłam przesłuchiwana ze względu na niepokojąco duże sumy pieniędzy, które przesłałam synowi do Syrii, a teraz zostałam zatrzymana, bo prowadzone jest dochodzenie w sprawie osób, które... jak by to powiedzieć... zasilały finansowo zamachy z 13 listopada w Paryżu. Chciała wiedzieć, czy miałam z tym coś wspólnego.

- Coś podobnego! Mam iść do więzienia za pomoc synowi? - chciałam krzyczeć, ale z moich ust wydobył się pisk. Byłam rozdrażniona, bo nie spałam całą noc.

- Proszę się nie martwić, oprócz więzienia jest jeszcze wiele innych kar, które mogę pani wymierzyć - powiedziała lodowatym tonem sędzia i poprosiła, bym opowiedziała jej o Samym. Trwało to około piętnastu minut. Co chwilę oglądałam się nerwowo za siebie, bo wiedziałam, że za drzwiami stoją policjanci z kajdankami, gotowi mnie aresztować.

- Będziemy kontynuować śledztwo i wczytywać się w dane z pani komputera. Istnieje możliwość, że spotkamy się na procesie w 2020 roku - przestrzegła sędzia. Mój Boże... Adwokat wyjaśnił mi, że robi wszystko, bym wcześniej została oczyszczona z zarzutów. Przecież nie będę siedzieć na ławie oskarżonych z terrorystami Państwa Islamskiego! Ja, stara kobieta, z młodymi dżihadystami? Przyznałam się przecież, że wysłałam pieniądze Sammy'emu. Niczego nie ukryłam przed policją. To były moje prywatne oszczędności. Czy ta sędzia myśli, że świadomie postanowiłam zasilić konto organizacji terrorystycznej? Ja, która całe życie poświęciłam, żeby pomagać innym... Gdyby mój syn pojechał do Teksasu hodować krowy, też bym mu pomagała. Czy to zbrodnia, że chciałam wesprzeć dziecko, które znalazło się na terytorium objętym działaniami wojennymi? Nie miałam pojęcia, do czego użyje tych pieniędzy. Na początku miałam nadzieję, że zorganizuje powrót dla całej rodziny, ale potem robiłam przelewy, żeby on i jego dzieci mieli w Syrii lepsze życie. To było moje jedyne pragnienie. Planowałam nawet, że jak sytuacja się uspokoi, to ich odwiedzę. Bagdadi i Mohamed. Moi dwaj wnukowie, jeśli żyją, mają teraz około pięciu i trzech lat. Czy ich mama przeżyła? Gdzie mieszkają? Czy mają co jeść, pić? A może są w obozie dla uchodźców? Czy są podobni do mojego syna? Moim marzeniem jest kiedyś ich spotkać, ale wiem, że to będzie trudne, bo Europejczycy nie życzą sobie ich powrotu. Współczuję oczywiście wszystkim rodzinom i ofiarom zamachów, ale dlaczego karę mają płacić za to dzieci dżihadystów?

Siostra

W nocy myślałam o mamie w areszcie. Czy pójdzie do więzienia? Czy ją też stracę, jak tatę, który zmarł na raka trzy miesiące wcześniej? Myślałam też o moim bracie. O tym, że mama wysyłała mu pieniądze, dowiedziałam się po pierwszym aresztowaniu. Wcześniej nic nie zauważyłam, może to przez depresję, która zaczęła się pogłębiać po wyjeździe Sammy'ego? Mama wytłumaczyła mi, że została oskarżona o wspieranie działalności terrorystycznej. Że co?! Nie mówiła mi nic o przelewach, bo chciała mnie ochronić. Czułam się z tym źle. Byłam zła, strasznie zła. Sammy, ty kretynie! Jak mogłeś zrobić coś takiego własnej matce? Przez sekundę nie pomyślałeś, na jakie narażasz ją niebezpieczeństwo. To przez ciebie wszystko nam się zawaliło... Nienawidzę cię za to. Zrujnowałeś życie naszej mamie. Manipulowałeś nią, grałeś na jej emocjach tylko po to, by wyłudzić od niej kasę. Ale to nie ty patrzyłeś, jak płakała, Sammy, a wiesz, że nasza mama nigdy nie płakała. Nigdy! Mówiliśmy na nią Wonderwoman, pamiętasz? Jak pierwszy raz zobaczyłam jej łzy po twoim wyjeździe, to myślałam, że padnę z przerażenia. To ja jestem przy niej, odkąd zniknąłeś. Ty uciekłeś spełnić swoje marzenie, zostawiłeś nas, i jeszcze na tym zarobiłeś! Sammy, jak mogłeś?! Wiem, że mama robiła to, żeby mieć z tobą kontakt, ale nawet jakby nie dawała ci pieniędzy, to wyszłoby na to samo. Nie ma cię tutaj. Nie ma cię tutaj dla twojej siedemdziesięcioletniej, schorowanej mamy, która dała ci życie. Wybrałeś Allaha. Ja pierdolę, Sammy, im dłużej o tym myślę, tym bardziej jestem przekonana, że po prostu oszalałeś.

Warto było? Warto?

Już mi nie odpowiesz.

FINANSOWANIE ZAMACHÓW

Szanowna Pani,

kieruję do Pani niniejsze pismo zgodnie z art. 61 bis ust. 1 kodeksu postępowania karnego.

 

W świetle dowodów zebranych w aktach dochodzenia, którego numer referencyjny znajduje się pod nagłówkiem niniejszego dokumentu, oraz biorąc pod uwagę istnienie poważnych przesłanek winy z Pani strony, pragnę poinformować, iż wszcząłem z urzędu postępowanie przeciwko Pani pod zarzutem uczestnictwa w działalności grupy terrorystycznej, w tym poprzez dostarczanie informacji lub środków materialnych grupie terrorystycznej, lub poprzez jakąkolwiek formę finansowania działalności grupy terrorystycznej, ze świadomością, że takie uczestnictwo przyczynia się do popełnienia przestępstwa lub wykroczenia.

 

Proszę przyjąć wyrazy szacunku,

sędzia śledczy.

 

Véronique L. została oskarżona w czerwcu 2018 roku o przynależność do organizacji terrorystycznej i finansowanie tejże. Sprawa jest w toku.

 

10 października 2018 France Inter i RTBF podają, że "Véronique L. jest podejrzana o finansowanie zamachów terrorystycznych w Paryżu z 13 listopada 2015 roku. (...) W sumie przesłała swojemu synowi Sammy'emu Djedou 65 tysięcy euro w latach 2013-2015. Pierwszy raz tak duża suma została przekazana dżihadyście przez matkę w Europie. Ponadto Véronique L. przesłała kilka tysięcy euro w marcu 2015 roku, dokładnie wtedy, gdy planowane były zamachy w Paryżu. Po przesłuchaniu, które trwało dziesięć godzin, Véronique L. została zwolniona. Na razie nie wszczęto wobec niej postępowania. Śledczy analizują jej komputery i telefony".

ŚMIERĆ Z DRONA. GRUDZIEŃ 2016 ROKU
Mama

- Pani syn został zabity z drona przez Amerykanów. Zajmował wysokie stanowisko w ISIS i był prawdopodobnie odpowiedzialny za planowanie zamachów... - usłyszałam w słuchawce głos nieznajomej kobiety z wydziału bezpieczeństwa narodowego. Nic więcej z tej rozmowy nie pamiętam. Był grudzień 2016 roku. Nie wiem, co wtedy czułam, ale córce, siostrze i mężowi, którzy byli ze mną, powtórzyłam tylko, że Sammy nie żyje. Nie umiałam powiedzieć nic więcej. Do tej pory nie przechodzi mi przez gardło, że mój syn jest oskarżony o planowanie zamachu terrorystycznego. Może to nie on? Nie umiem go nazwać terrorystą, ciągle myślę, że po prostu dał się zmanipulować rekruterom, osobom silniejszym od niego. Tak długo przebywał z wariatami, że sam oszalał. Kiedy półtora roku wcześniej, w sierpniu, ostatni raz rozmawiałam z Sammym przez Skype'a, ostrzegał mnie, że jakiś czas nie będzie mógł do mnie dzwonić, bo jego telefon został namierzony. Jeśli będzie go używał, to mogą go zestrzelić. Nie do końca rozumiałam, co do mnie mówi. Nie znam się na technologii, ale może wtedy, w grudniu, włączył telefon, przez co został zlokalizowany przez Amerykanów? Oni chyba wyłapują jakieś fale, siedzą w małych kabinach przed komputerami, jakby grali w gry, i strzelają do ludzi. Mój Boże, jakiś Amerykanin w Teksasie nacisnął guzik, paf, paf, i było po moim synu... Czy to jest normalne? Z tego, co wiem, w Belgii kara śmierci jest zakazana. Do tej pory sąd belgijski nie wydał oświadczenia o jego śmierci, więc na razie jest uznany za osobę zaginioną. Nie jest możliwe stwierdzenie jego zgonu, bo fakt śmierci jest wątpliwy. Ja też, dopóki nie zobaczę ciała Sammy'ego, nie będę miała pewności, że nie żyje. Wciąż mam nadzieję. Może w tym samochodzie, który został namierzony przez Amerykanów, był ktoś inny?

Siostra

Wypadł mi dysk, nie mogłam chodzić, więc odwiedzili mnie tata i Charlotte, siostra bliźniaczka mamy. Była godzina 17, kiedy zadzwonił telefon. Mama tylko potakiwała do słuchawki, odłożyła telefon, a potem po prostu powtórzyła to, co usłyszała, jakby informowała nas o prognozie pogody na jutro:

- Powiedzieli, że Sammy nie żyje.

I tyle.

- Mówiłem, żeby mu nie pozwolić na zmianę religii! Wszystko przez ten islam! - krzyczał tata. - Wiedziałem, że muzułmanie go w końcu zabiją! Gdyby mnie posłuchał, to nie wyjechałby do Syrii!

Chodził w tę i z powrotem po mieszkaniu, w kółko powtarzał to samo, ale nie płakał. Przez całe życie go na tym nie złapałam. Raz przed śmiercią, ale to była tylko jedna łza. Mama nie powiedziała więcej ani słowa. Charlotte i ja płakałyśmy, ale nie pamiętam dokładnie, co się działo potem. Strasznie bolały mnie plecy i nie spałam chyba całą noc. Wyłam jak wariatka. Straciłam starszego brata! Mimo że walczył po niewłaściwej stronie na tej głupiej wojnie, był i zawsze będzie moim bratem. Wspominałam nasze dzieciństwo. Jak byliśmy mali, robiłam wszystko, żeby mnie zaakceptował. Byłam gotowa zrezygnować z bycia dziewczyną i udawałam młodszego brata. Sammy rysował? Ja też. Grał w kosza? Ja też. Płakałam, bo myślałam o wszystkim, co chciałam mu powiedzieć przez lata, ale nie mogłam, bo się ode mnie oddalił. Marzyłam o starszym bracie, który by o mnie dbał, ale dla Sammy'ego najważniejszy był islam. Nigdy nie powiedział, że mnie kocha, więc tej nocy płakałam, bo wiedziałam, że już nigdy nie dowiem się, co tak naprawdę do mnie czuł. Czy byłam dla niego ważna? Poczułam się potwornie samotna. Od tej pory nie będę miała nawet komu się zwierzyć. Kto będzie chciał wysłuchać siostry terrorysty?

OŚWIADCZENIE PRASOWE PENTAGONU

13 grudnia amerykański wydział bezpieczeństwa opublikował oświadczenie prasowe numer NR-441-16 autorstwa Petera Cooka, sekretarza Pentagonu: "Nalot powietrzny przeprowadzony przez siły koalicyjne 4 grudnia w Rakce w Syrii spowodował śmierć trzech przywódców ISIS bezpośrednio zaangażowanych w zewnętrzne operacje terrorystyczne i rekrutację zagranicznych bojowników. Dwóch z nich - Salah Gourmat i Sammy Djedou - było zaangażowanych w organizacje ataków terrorystycznych z 13 listopada 2015 roku w Paryżu. Obaj byli bliskimi współpracownikami Abu Muhammada al-Adnaniego, przywódcy operacji zewnętrznych ISIS, który zginął w sierpniowym nalocie koalicyjnym. Trzeci przywódca ISIS zabity w trakcie tego nalotu, Walid Hamman, był terrorystą kamikadze, który został skazany zaocznie w Belgii za spisek terrorystyczny w 2015 roku. Wszyscy trzej byli częścią sieci kierowanej przez Boubakera al-Hakima, który zginął w nalocie 26 listopada tego samego roku. W czasie nalotu wszyscy trzej współpracowali nad planowaniem kolejnych ataków terrorystycznych".

TELEFONY Z SYRII. LATA 2012-2015
Siostra

Raz włączyłam na YouTubie reportaż o Syrii, bo chciałam zobaczyć, gdzie zamieszkał mój brat. Prawie zwymiotowałam. W filmie pokazano Syrię przed wojną, raj archeologów, i to, co z niej zostało. Totalna apokalipsa. Spalone domy, ludzie we krwi, pełno trupów. Po co tam wyjechałeś, idioto?! Nie umiałam zrozumieć mojego brata. Wiedziałam, że często rozmawia z mamą, ale ja nie chciałam go nawet słyszeć. Byłam na niego wściekła. Tylko raz włączyłam się do ich rozmowy na Skypie, chyba w 2014 roku, dwa lata po jego wyjeździe. Byłam zdesperowana. Mama płakała codziennie, nie mogła spać, a ja nie wiedziałam już, jak jej pomóc.

- Sammy, wracaj, mama przez ciebie cierpi... - powiedziałam do mikrofonu. Nie pokazał się w kamerze, usłyszałam tylko jego głęboki, chociaż wciąż chłopięcy głos.

- Léane, nie rozmawiajmy o tym. To nie jest najważniejsze. Życz mi, siostro, bym zginął jako męczennik.

Wezbrała we mnie złość. Nie wiedziałam, co powiedzieć, ale miałam ochotę krzyczeć. Zamknęłam się w pokoju. Kurwa mać! Ja mówię, że nasza mama jest przez ciebie chora, a ty, że jedyne, czego pragniesz, to umrzeć dla Boga?! Sammy, chyba cię pojebało. Mój brat oszalał - myślałam i gryzłam poduszkę ze złości.

Mama

Sammy dzwonił do mnie z Syrii co tydzień na Skypie. Nigdy nie włączał kamery, chociaż go o to prosiłam. Nigdy nie mówił, gdzie przebywa. Zawsze kiedy dzwonił, miałam wrażenie, jakbyśmy spotykali się w długim, ciemnym tunelu. Ja z jednej strony, mój syn z drugiej. Oprócz nas nie ma tam nikogo. Nikt nam nie przeszkadza. On dzwoni, zdaje krótką relację ze swojego życia, prosi o pieniądze, dostaje przelew, więc pojawia się tam znowu. Dzięki tym rozmowom dowiedziałam się, że ożenił się z osiemnastoletnią Syryjką, która urodziła mu dwójkę dzieci. Miała na imię Miriam. Pierwszy synek to Bagdadi, na cześć szefa ISIS, a drugi Mohamed. Mieszkali z matką dziewczyny i kilkoma braćmi. Wszyscy byli dżihadystami. Sammy raz mówił mi, że potrzebują kupić nowy samochód, innym razem, że żona rodzi, a on nie ma pieniędzy, żeby zapłacić za poród. Jakże mogłam mu odmówić? Dobry Boże... Niby wiedziałam, że wcale nie pojechał do Syrii budować szkoły, do czego mnie na początku przekonywał, tylko jest na wojnie i walczy, ale to wyparłam. W naszym tunelu panowała cisza. Nie było słychać wybuchów bomb ani strzałów z karabinów. Czytałam w gazetach o Państwie Islamskim, ale nasz tunel to była strefa wolna od działań wojennych. Jak słyszałam jego głos, oznaczało, że jest bezpieczny. Żyje. Nic więcej się nie liczyło.

- Mamo, kiedy nawrócisz się na islam? - za każdym razem zadawał mi to pytanie.

- Synku, a po co miałabym to zrobić? - mówiłam. Po wyjeździe do Syrii zostawił dla mnie egzemplarz Koranu, ale nigdy go nie przeczytałam.

- Żebyśmy spotkali się po śmierci w raju.

Sammy złościł się na mnie za rozmowy z dziennikarzami. Na początku w trakcie wywiadów nie pokazywałam twarzy, ale potem uznałam, że jak Sammy mnie zobaczy, to może wróci?

- Mamo, przestań! Znowu opowiadałaś w telewizji, że jako dziecko lubiłem Żółwie Ninja. Ośmieszasz mnie! - krzyczał przez Skype'a.

Ale ja tylko wzmocniłam działania. Założyłam stowarzyszenie dla rodziców Les Parents Concernés, których dzieci wyjechały do Syrii. Prowadziliśmy lekcje z dziećmi w belgijskich szkołach, by ustrzec je przed radykalizacją, ale nie mogliśmy się porozumieć. Każdy z nas ciągnął w swoją stronę, bo jedyne, co nas łączyło, to dzieci w Syrii. Kiedy Geraldine Henneghien, współzałożycielka stowarzyszenia, została oskarżona o finansowanie terroryzmu za przekazanie rannemu synowi tysiąca euro, zamknęłam działalność. Poza tym od roku nie miałam już kontaktu z synem. Ostatni raz słyszałam go w sierpniu 2015. Powiedział mi wtedy, że więcej nie będziemy mogli rozmawiać, ale nigdy nie wytłumaczył dlaczego. Skąd miałam wiedzieć, że wtedy planował zamachy w Paryżu?

ZAMACHY W PARYŻU. 13 LISTOPADA 2015 ROKU

Prawdopodobnie w pierwszym kwartale 2021 roku w Paryżu rozpocznie się proces stulecia. Będzie trwał od czterech do sześciu miesięcy. Nie wiadomo jeszcze, gdzie się odbędzie, ze względu na liczbę osób w niego zaangażowanych: kilkunastu sędziów, osiemnastu podejrzanych, 1,7 tysiąca stron postępowania cywilnego, 300 adwokatów, paręset dziennikarzy i publiczność. Łącznie około 3 tysięcy osób. Nie jest jeszcze rozstrzygnięte, czy Sammy Djedou będzie sądzony w Paryżu, czy w Belgii.

W zamachach 13 listopada zginęło 131 osób, w tym siedmiu terrorystów. Było 413 rannych. To najbardziej krwawy zamach terrorystyczny we Francji od końca drugiej wojny światowej i drugi w Europie, po 11 marca 2004 roku w Madrycie, gdzie zginęło 191 osób.

Dzień później w nagraniu opublikowanym w internecie do zamachów w Paryżu przyznała się organizacja terrorystyczna ISIS.

SAMMY ZNIKA. 26 PAŹDZIERNIKA 2012 ROKU
Siostra

Mama planowała wakacje u rodziny w Niemczech, więc dzwoniłam do brata, żeby wpadł pogadać. "Abonent czasowo niedostępny" - usłyszałam. Wydało mi się to dziwne, bo Sammy z reguły miał naładowany telefon. Był piątek, 26 października 2012 roku. Miałam 21 lat, mój brat 23.

Mama

Pewnego dnia po prostu zniknął. W sobotę rano wyjechałam do rodziny w Hamburgu. Córka napisała, że Sammy nie odpowiada, więc zaczęłam się martwić. Zwykle telefonował codziennie. Dzwoniłam do niego kilkanaście razy tego dnia, ale bez skutku. Telefon był wciąż wyłączony. W niedzielę rano to samo. W nocy wróciłam do Brukseli. Mimo zmęczenia skontaktowałam się ze wszystkimi kolegami syna, do których miałam namiar. "Abonent czasowo niedostępny" - usłyszałam. To był telefon jego najlepszego przyjaciela. Poszłam spotkać się z matką Seana, ale nic nie wiedziała. Zniknięcie chłopców jej nie zaniepokoiło. Są przecież dorośli, tłumaczyła. Inni koledzy tylko wzruszali ramionami. Mój były mąż też nic nie wiedział. W środę zgłosiliśmy zaginięcie Sammy'ego na policję i uruchomiłam moje kontakty, by śledztwo zaczęło się jak najszybciej. Codziennie wydzwaniałam do Zacharii. On, Sean i Sammy byli jak Trzej Muszkieterowie. Nierozłączni. Po trzech tygodniach zagroziłam mu, że jak mi nie powie, gdzie jest Sammy, to podam go na policję. Tego samego dnia, w niedzielę, przyszedł do mnie i położył na stole telefon komórkowy.

- Pani syn zadzwoni dzisiaj po południu.

Około szesnastej usłyszałam dzwonek. Na ekranie wyświetlił się długi numer z prefiksem, którego nie znałam.

- Mamo, uspokój się. Jestem w Turcji - usłyszałam głos Sammy'ego.

- Dziecko, co ty tam robisz?! - zapiszczałam. Z nerwów mój głos zawsze staje się wyższy o kilka tonów.

- Jestem tu z kolegami, nie martw się.

Już nie pamiętam, czy powiedział coś więcej, to była krótka rozmowa. Od razu zatelefonowałam do mojego kolegi Turka.

- Mój syn jest w Turcji, ale nie chce mi powiedzieć dlaczego. Masz jakiś pomysł? - nie przyszło mi wtedy do głowy, że mógł być w drodze do Syrii, by walczyć u boku dżihadystów przeciw reżimowi Asada.

- Może chce podjąć naukę w szkole koranicznej? U nas jest ich bardzo dużo - zasugerował znajomy.

W ciągu kolejnego miesiąca Sammy dzwonił rzadko i na krótko. Zawsze z innego numeru, ale prefiks był ten sam. Ciągle z Turcji. W międzyczasie byłam w kontakcie z Zacharią, który obiecał pomalować mi ściany w kuchni, ale nie przyszedł. Kiedy Sammy zatelefonował na początku stycznia, powiedziałam, że jego przyjaciel zachował się nie w porządku.

- Mamo, jesteśmy już w komplecie: ja, Sean i Zacharia.

- Ale gdzie wy jesteście? - zapytałam. Prefiks na ekranie był tym razem inny. +963 i rząd cyfr.

- W Syrii.

Zrobiło mi się słabo.

- Co robicie w Syrii?! - znów wydałam z siebie pisk.

- Odbudowujemy szkołę zniszczoną przez bomby... - połączenie zostało przerwane.

Dzień później poszłam do komisariatu porozmawiać z zaufanym policjantem. Tak samo jak ja nie miał pojęcia, co Sammy z kolegami mogli robić w Syrii. Wiedzieliśmy oczywiście, że trwa wojna, ale po co młodzi belgijscy chłopcy się tam pchają, tego już nie mogliśmy zrozumieć.

W marcu odwiedziło mnie dwóch śledczych, żeby pokazać mi pewne nagranie.

- Czy to pani syn? - wskazali na ekranie jedynego czarnego chłopca. Głowę miał owiniętą biało-czarną chustą, a na ramieniu trzymał karabin. Był uśmiechnięty. Policjanci wyjaśnili mi, że to nagranie propagandowe organizacji terrorystycznej Państwa Islamskiego. Nic z tego nie rozumiałam. Kilka dni później zadzwonił Sammy. Został ranny w plecy, a Sean zginął na jego oczach.

- Mamo, kiedy umierał, poczułem przyjemny, rajski zapach piżma... Sean odszedł jako szahid, boży męczennik. - Zrozumiałam, że mój syn pogrążył się jeszcze bardziej w religii i nie wróci do domu, a ja przestałam być Véronique Loute. Stałam się matką dżihadysty.

Siostra

To przez Sammy'ego przerwałam edukację. Kiedy wyjechał w październiku 2012 roku, studiowałam dziennikarstwo. Byłam na bieżąco z wojną w Syrii i domyślałam się, że Sammy nie wyjechał tam w celach charytatywnych. Zaczęłam się bać: a jeśli ktoś połączy klocki i obczai, że jestem siostrą muzułmańskiego fundamentalisty, który wyjechał na wojnę z niewiernymi? W marcu Sammy był jednym z głównych bohaterów nagrania wideo organizacji terrorystycznej. Nosił dumnie karabin na ramieniu. Byłam przerażona i nie wiedziałam, co robić, więc poszłam do psychologa. Stwierdził, że nie może mi pomóc, bo czuje się niekompetentny. Nie zna się na terroryzmie ani na wojnie w Syrii. Mniej więcej w tym samym czasie poznałam przez internet chłopaka i wyjechałam z nim do Francji. Chciałam uciec z Belgii. Zamieszkałam z nim w Bretanii, ale źle się tam czułam. Ciągle się czegoś bałam, a najbardziej spotkań z nieznajomymi. Byłam pewna, że zaraz wszyscy dowiedzą się, że jestem siostrą dżihadysty. Serce waliło mi wtedy jak oszalałe, robiło mi się gorąco, myślałam, że umieram, i lądowałam w szpitalu. Tak zaczęły się moje ataki paniki i trwają do dzisiaj. Przez pół roku we Francji przytyłam czterdzieści kilogramów, których nie udało mi się zrzucić, ale teraz przestałam się nawet odchudzać. Po co mam być szczupła, skoro boję się wychodzić z domu? Jak tylko jestem na zewnątrz, dopada mnie lęk. Nie jeżdżę metrem, nie chodzę do kawiarni, nie pracuję. Pod koniec 2014 roku wróciłam do mamy do Brukseli, rozstałam się z chłopakiem, potem umarł Sammy. Jak się pozbierałam, zapisałam się na studium dla sekretarek, ale znów nie było mi łatwo. Moja grupa zamierzała iść na komedię pod tytułem Dżihad. Jak się o tym dowiedziałam, wybuchłam płaczem i uciekłam z sali. Nie mogłam im powiedzieć: ludzie, dla mnie to nie jest śmieszne, to jest moje życie! Przerwałam studia, bo zachorowałam. Najpierw wypadł mi dysk, potem przez rwę kulszową nie mogłam się ruszać przez kilka miesięcy. Kiedy zaczęłam chodzić, znów podjęłam studia, ale zmarł mój tata i nie miałam na nic siły. Dwa miesiące później mama została aresztowana, teraz czeka ją proces za finansowanie terroryzmu. Nie przetrwam bez niej. Sammy, dlaczego nam to zrobiłeś?

EUROPEJSCY DŻIHADYŚCI

9 marca 2013 roku belgijska gazeta "La Libre" jako jedna z pierwszych publikuje informację, że "około siedemdziesięciu Belgów walczy po stronie rewolucjonistów w Syrii. (...) Istnieje ryzyko, że niektórzy z tych młodych ludzi dostaną misję od grup takich jak Al-Kaida, by dokonać zamachu w swoim kraju pochodzenia. W Syrii (...) kraje europejskie zajęły pozycję obserwatora. Nie istnieje zbrojna koalicja państw zachodnich, przeciwko której mieliby walczyć islamiści. W związku z tym nie ma podstawy prawnej, która zakazywałaby młodym Belgom (...) walczyć za granicą".

Od 2012 roku na wojnę do Syrii u boku organizacji terrorystycznej ISIS wyjechało od trzystu do czterystu Belgów i około tysiąca Francuzów (według różnych źródeł liczba waha się od ośmiuset do 1,5 tysiąca osób), kobiet i mężczyzn. Na miejscu przebywa jeszcze kilkuset Belgów. 27 osób zostało skazanych na karę więzienia. Według francuskiego wywiadu DGSE w 2018 na terenie Iraku i Syrii przebywało 730 dorosłych Francuzów i kilkaset dzieci.

POŻEGNANIE. TYDZIEŃ PRZED WYJAZDEM DO SYRII, PAŹDZIERNIK 2012 ROKU
Mama

Kilka dni przed wyjazdem Sammy zaprosił mnie na kolację. Byłam zaskoczona, bo zwykle stołował się u mnie. Prosił, żebym została na noc. Zjedliśmy pizzę halal, położyłam się obok jego łóżka na materacu, przykryłam śpiworem i w ciemnościach rozmawialiśmy do późnej nocy. Mówił głównie o religii, opowiadał o lekcjach arabskiego, które pobierał od kilku miesięcy. Zapytałam, kim jest jego nauczyciel, ale nie chciał zdradzić mi jego nazwiska. Przewidział, że śledczy będą mnie o to pytać... Nie znałam żadnych szczegółów. Zanim zasnęliśmy, śpiewał mi wersety koraniczne po arabsku. Rano zjedliśmy śniadanie i zapytał, czy mogłabym zostać na jeszcze jedną noc. Byłam szczęśliwa. Był znany ze swojej uczynności, miał rodzaj aury, która sprawiała, że garnęło się do niego wielu kolegów. Nigdy nie pił, nie palił, nie brał narkotyków i nie przeklinał. Tego wieczoru zjedliśmy razem kolację i znów rozmawialiśmy wiele godzin. Na pożegnanie przytulał mnie mocniej niż zwykle. Przez myśl mi nie przeszło, że widzę go ostatni raz. Poszłam nawet zapłacić na poczcie jego rachunki za gaz, żeby było mu ciepło w zimie. Nic nie obudziło mojej czujności. Nic! Może gdybym była lepszą matką, to wyczułabym, że opuszcza mnie na zawsze.

Siostra

- Obiecaj, że jeśli kiedyś mnie zabraknie, to nawrócisz się na islam - Sammy popatrzył na mnie z ukosa. Odwoził mnie do domu. Na tylnych siedzeniach i w bagażniku walały się ciastka i kanapki w plastikowych opakowaniach, które rozwoził w ramach pracy w restauracji dla biednych Tawhid.

- Co ty gadasz, Sammy? Wierzę w Boga, ale nie w twojego. Zostaw mnie w spokoju.

To było tydzień przed jego wyjazdem do Syrii. Przekonywał mnie, że islam to jedyna prawda.

- Siostra, nawet raperka Diam's założyła hidżab!

- Przecież nie zmienię całego życia ze względu na jakąś gwiazdę pop, jeszcze nie zwariowałam! Sammy, przestań już mnie nawracać. Po co miałabym wierzyć w to samo co ty?

- Żebyśmy się spotkali po śmierci w raju - odpowiedział. Roześmiałam się, ale on zachował powagę.

- Sammy, dobrze się czujesz? Masz gorszy czas? Przecież jesteś młody. Ze statystycznego punktu widzenia raczej nie umrzesz w najbliższych latach...

Popatrzył na mnie, jakby znał sekret, który był mi niedostępny. Ale wydał mi się smutny. Może ma depresję? - pomyślałam i zaproponowałam, żeby przyszedł kiedyś pogadać. Moglibyśmy nadrobić stracony czas, bo od kilku lat prawie się nie widywaliśmy. Nie domyśliłam się, że tak naprawdę to było pożegnanie. W bardzo zawoalowany sposób chciał mnie przygotować, że niedługo go już nie będzie.

PROPAGANDYSTA DŻIHADU

W piątek 20 kwietnia 2013 roku burmistrz Schaerbeek, dzielnicy Brukseli, zakazał rozdawania jedzenia bezdomnym w okolicach dworca Bruxelles-Nord, by ograniczyć podejrzaną działalność Le Resto du Tawhid, organizacji charytatywnej, na czele której stoi Jean-Louis Denis.

- Pan Denis korzysta ze swoich sobotnich dystrybucji posiłków do szerzenia idei radykalnego islamu. Wzywa młodych, by udali się do Syrii - powiedział w telewizji burmistrz.

- To nie ja nawołuję do czegokolwiek. To Allah ich wzywa, by pomogli wdowom i sierotom w potrzebie. To on wzywa nas, byśmy co sobotę pomagali najbardziej potrzebującym. Działamy według rozkazów Allaha - próbował się bronić Denis, który osiem lat wcześniej nawrócił się na islam.

Jean-Louis Denis został zatrzymany w grudniu 2013 roku i skazany trzy lata później na dziesięć lat więzienia za kierowanie grupą terrorystyczną i wysłanie młodych belgijskich muzułmanów na wojnę w Syrii. Złożył apelację i jego kara została zmniejszona do pięciu lat. Według sądu nie jest winny rekrutacji, ale propagandy dżihadu. Jest wolnym człowiekiem od grudnia 2018 roku.

- Kiedy byłem w więzieniu, moja dusza nie cierpiała. Byłem i jestem w zgodzie z tym, czego dokonałem. Możecie mnie zamknąć na dwadzieścia albo sto lat. Ja jestem muzułmaninem poddanym Bogu i z tego powodu zawsze będę szczęśliwym człowiekiem - powiedział mediom.

KONWERSJA. 2006 ROK, SZEŚĆ LAT PRZED WYJAZDEM DO SYRII
Siostra

- Masz dziewczynę? - zapytałam raz Sammy'ego.

- Nie - odpowiedział obojętnie.

- A jak sobie wyobrażasz kobietę marzeń? - miałam wtedy trzynaście lat, spodziewałam się odpowiedzi typu: blondynka albo brunetka, z niebieskimi oczami, niegłupia, miła. A Sammy na to:

- Kobieta moich marzeń będzie zakryta od stóp do głów. Zamieszkam z nią na ziemi Allaha.

Według mnie bardzo wcześnie przyjął rygorystyczną wersję islamu, może nawet w trakcie konwersji, którą przeszedł w wieku piętnastu lat. Rodzice się rozwodzili i ja z mamą przeprowadziłam się do nieco lepszej dzielnicy Brukseli, a Sammy postanowił zostać z tatą. Kiedy do nas wpadał, tylko mnie pouczał: nie noś spódnic mini, zwiąż włosy! Opowiadał nam o inspirujących imamach, których spotykał, i kazaniach w meczetach, które zrobiły na nim największe wrażenie.

Zawsze był blisko Boga, któremu zmieniając religię na islam, po prostu nadał nowe imię. W wieku ośmiu lat postanowił się ochrzcić, czego mama nie zrobiła po naszych narodzinach, bo chciała pozostawić nam wolny wybór. Dlatego zaakceptowała islam bez mrugnięcia okiem. Kiedy Sammy wpadał do nas na obiad, kupowała produkty halal, a w trakcie ramadanu, trwającego miesiąc postu, wstawała o piątej rano, żeby mu przygotować jedzenie, więc jego konwersja nie mogła być formą buntu, chyba że wobec taty.

- Nie wydałem na świat muzułmanina! - krzyczał, kiedy Sammy oświadczył, że zmienił wiarę. - Powinieneś czytać Biblię, a nie to gówno! - wskazał na Koran.

Kochaliśmy tatę, ale nie byliśmy z nim blisko. Właściwie go nie znaliśmy, bo rzadko bywał w domu. Często myślę, że gdyby był bardziej obecny, to Sammy nie musiałby szukać autorytetów wśród imamów. Może nie poznałby tego nawiedzonego kolesia z Resto du Tawhid i nie wyjechałby do Syrii... Sama nie wiem. Jego radykalizacja i wyjazd na wojnę na pewno były wynikiem wielu wydarzeń. Gdyby wszystkie dzieci bez ojcowskiego autorytetu jechały na dżihad, to szefowie ISIS mieliby armię większą od chińskiej! Powodem wyjazdu nie był też islam. Mam wielu przyjaciół muzułmanów i wszyscy uważają mojego brata za fanatyka, chociaż z drugiej strony gdyby wybrał buddyzm, to żaden mnich nie kazałby mu umierać za wiarę. To skomplikowane. Moi rodzice też nie są winni, bo przecież wychowali nas tak samo. Zanim się rozwiedli, mieszkaliśmy w robotniczej dzielnicy Brukseli Laeken. Nasz dom był gówniany, przeciekał mu dach, w lecie było gorąco jak w Acapulco, w zimie - Syberia. Mieliśmy tylko dwa pokoje. Mama ciągle pracowała, a my ciupaliśmy japońskie mangi w telewizji albo przesiadywaliśmy u sąsiadów. Sammy w wieku czterech lat zaprzyjaźnił się z Zacharią, a potem z Seanem. Dwadzieścia lat później wyjechali w trójkę do Syrii... Mama Seana była muzułmanką, a tata buddystą. Zacharia miał dużą, zgraną rodzinę. Byli tradycyjnymi muzułmanami, którzy jedli halal i obchodzili ramadan. Na co dzień doświadczali rasizmu, w szkole i w pracy, przez co mieli zapewne poczucie odrzucenia przez belgijskie społeczeństwo. Musieli zadawać sobie dużo pytań egzystencjalnych: kim jestem? Kim chcę być w nowym kraju? Kim staną się moje dzieci? Mój brat identyfikował się z tym w naturalny sposób, bo wprawdzie nasza mama była białą Belgijką, ale tata pochodził z Wybrzeża Kości Słoniowej, więc właściwie jesteśmy czarni. Sammy na pewno czuł się bardziej czarny niż biały. Ja na odwrót. On był Afrykaninem, a ja Belgijką. Nawet nie znałam rodzin muzułmańskich, z którymi przebywał, moja najlepsza przyjaciółka Wendy była białą dziewczynką, mieszkała tuż obok. Jej rodzina była zwyczajna. Dorastaliśmy z Sammym w tym samym domu, ale żyliśmy zupełnie inaczej. Może gdybyśmy nie doświadczyli rodzinnej pustki, nie musielibyśmy gdzie indziej szukać ciepła i akceptacji.

Mama

- Dziecko, jak możesz mieszkać w dzielnicy muzułmańskiej? - zapytała z obrzydzeniem mama, kiedy pierwszy raz przyszła odwiedzić mnie w Laeken. Nasza dzielnica zaczęła się zmieniać w latach dziewięćdziesiątych. Biedne rodziny Belgów zastąpiły wielodzietne rodziny marokańskie. Mamę przeraziło nasze mieszkanie. Była przyzwyczajona do luksusu. Nigdy nie potrafiłam jej zrozumieć, w końcu przeżyła wojnę i chude lata powojenne, ale widocznie mój tata ją rozpuścił... Nasz dom w Laeken był skromny, ale dla mnie najważniejsze było, że dzieci miały co jeść i ciepło w zimie. Zdarzało mi się wspominać z rozmarzeniem willę, w której dorastałam. Było nas ośmioro i każde z nas miało swój pokój! Ale zaciskałam zęby i robiłam swoje. Przez dwadzieścia lat pracowałam w domach pomocy społecznej jako opiekunka osób niepełnosprawnych intelektualnie. Wybrałam nocną zmianę, by móc być z dziećmi w ciągu dnia. Arnaud był nieodpowiedzialnym ojcem, pojawiał się i znikał. To ja odrabiałam z nimi lekcje, prowadziłam je na basen i wszystkie zajęcia pozaszkolne, jakie sobie zamarzyły. Ciągle zadaję sobie pytanie: jaki popełniłam błąd? Czy za dużo pracowałam? Ale jak inaczej mogłabym utrzymać rodzinę, skoro mój mąż nie dzielił się z nami zarobionymi pieniędzmi? Wszystkie oszczędności wysyłał rodzinie do Afryki. Ode mnie też wyciągnął tysiące franków. Czy mogłam mu odmówić, kiedy opowiadał o strasznej biedzie, jakiej doświadczali jego najbliżsi? Raz trzeba było naprawić przeciekający dach jego brata, innym razem opłacić operację mamy. Nie wiem, co mogłam zrobić inaczej... Czuję się winna, choć wydaje mi się, że jako matka dałam z siebie wszystko. Czy rodzice są zawsze odpowiedzialni za błędy swoich dzieci? Wiele razy rozmawialiśmy o tym w grupie rodziców, którą założyłam po wyjeździe Sammy'ego. Większość z nich zajmowała mieszkania socjalne, a ich dzieci odrabiały lekcje na kolanie, bo w domu nie było nawet biurka. Nie mieli zaplecza intelektualnego, niektórzy nie umieli nawet czytać ani pisać. To dla mnie dowód, że nawet gdyby Sammy został inaczej wychowany, i tak wyjechałby do Syrii. Może nie mamy aż tak dużego wpływu na decyzje naszych dzieci, jak nam się wydaje? Mój mąż zarzucał mi, że zgodziłam się na zmianę religii Sammy'ego.

- Mamo, chciałbym przejść na islam - oświadczył w wieku piętnastu lat. Zbiegło się to z naszym rozwodem i ze śmiercią jednego z jego przyjaciół. Sammy'ego bardzo to poruszyło, przeżywał żałobę wraz z innymi kolegami muzułmanami i wtedy postanowił zmienić wyznanie.

- Dobrze. To twój wybór - nawet gdybym stawiała opór, i tak zrobiłby po swojemu, jak każdy nastolatek. Może nawet szybciej by się zradykalizował? Wypisałam go ze szkoły katolickiej i zapisałam do liceum publicznego, w którym uczniowie mogli dołączyć do grupy katolickiej, protestanckiej, żydowskiej albo muzułmańskiej. Sammy był wreszcie szczęśliwy, bo był w tej samej szkole co Sean i Zacharia. Byli dla niego całym światem.

- Wolisz mieszkać ze mną czy z tatą? - zapytałam go kilka miesięcy później, kiedy rozwodziłam się z Arnaudem.

- Chcę zostać w Laeken - był pewny swojej decyzji. Dla piętnastoletniego chłopca nie liczy się mama, ale koledzy. Znalazłam tanie mieszkanie w Saint-Gilles, bo miałam dość życia w getcie. Wybrałam dzielnicę, gdzie za sąsiadów miałam nie tylko muzułmanów, ale też Brazylijczyków, Chińczyków i Portugalczyków. Sammy dzwonił do mnie codziennie i często przychodził. Przygotowywaliśmy się razem do matury i dużo rozmawialiśmy, często o polityce, bo to Sammy'ego interesowało od małego. Chodził ze mną na marsze pacyfistyczne przeciw wojnie w Iraku, potem dużo czytał o tej wojnie i o problematyce palestyńsko-izraelskiej. W tamtym czasie przeważnie nosił dżalabiję zarzuconą na dżinsy, ale mnie to nie przeszkadzało. Zmartwiło mnie, kiedy przestał chodzić do babci na obiady, bo serwowano tam alkohol i wieprzowinę, ale starałam się go zrozumieć. Wiedziałam, że chodzi pięć razy dziennie do meczetu, uczy się arabskiego, ciągle czyta Koran i udziela pomocy charytatywnej w restauracji Tawhid, ale jak mogłam przewidzieć, że właśnie tam pozna rekrutera, który namówi go na wyjazd do Syrii? Wtedy wydawało mi się to bardzo szlachetne.

Kiedy Sammy miał dziewiętnaście lat, wybłagał mnie, bym wynajęła mu mieszkanie, bo nie mógł się dogadać z ojcem. Znaleźliśmy małe studio blisko meczetu i od tej pory radził sobie sam. Wciąż regularnie wpadał, zaczął pracować. Nawet na chwilę nie straciłam go z oczu.

PRZYJACIELE

W dzień Bożego Narodzenia 2013 roku Ghita znalazła na stole w pokoju starszego syna bilet lotniczy do Turcji. W jedną stronę. Skonfiskowała Zacharii paszport, zgłosiła sprawę na policję ("nic nie możemy dla pani zrobić, syn jest pełnoletni"), a ojciec zabrał go na rozmowę z imamem, który tłumaczył mu, że wojna w Syrii go nie dotyczy. Mimo to dwudziestotrzylatek wyjechał 17 stycznia. Wieczorem wysłał młodszemu bratu Ismaelowi esemesa: "I już, jestem w Turcji". Rodzice wyruszają ratować syna. Docierają do hotelu w Antiochii, dwieście kilometrów od granicy z Syrią, gdzie chłopiec spędził noc cztery dni wcześniej, ale przybywają za późno. Zacharia był już w drodze do Aleppo, gdzie dołączył do Sammy'ego i Seana. W marcu rozpoczął szkolenie wojskowe, a miesiąc później dojechał do niego piętnastoletni brat, zachęcony przez Jeana-Louisa Daniela z Resto du Tawhid. Obaj bracia prawdopodobnie nie żyją. W kwietniu 2019 roku matka chłopców złożyła pozew sądowy przeciw belgijskiemu rządowi. Żąda 60 tysięcy euro odszkodowania za nieudzielenie pomocy jej synom, a szczególnie nieletniemu Ismaelowi. Jednocześnie Ghita jest oskarżona o "wspieranie działalności terrorystycznej". W sumie wysłała synom do Syrii kilka tysięcy euro.

DZIECIŃSTWO. LATA PIĘĆDZIESIĄTE I DZIEWIĘĆDZIESIĄTE
Mama

- Czy pani syn w dzieciństwie często brał udział w bójkach? Rzucał się z kolegami kamieniami? - zapytali mnie pewnego razu śledczy, którzy prowadzili dochodzenie w sprawie belgijskich dżihadystów. - Nigdy! Panowie sobie pewnie wyobrażają, że skoro teraz jest bojownikiem w Syrii, tO jako mały chłopiec był łobuzem, ale to nieprawda.

- To skąd blizna na jego czole? - zapytali, a ja się roześmiałam.

Siostra

Jak byliśmy mali, spędzaliśmy dużo czasu u dziadków na wsi. Rodzice mamy mieli ogromny, stary dom w okolicach Dinant. Chodziliśmy tam po lesie i kąpaliśmy się w rzece. W domu gosposia podawała nam obiady i chociaż dziadkowie ciągle patrzyli, czy nie jemy za dużo, bo byliśmy według nich za grubi, to uwielbialiśmy tam jeździć. Pewnego razu poszliśmy z mamą na rowery. Sammy miał dziesięć lat, a ja osiem. Po drodze zatrzymaliśmy się na śliwki, które zrywaliśmy prosto z drzewa.

- Ścigamy się? - rzucił mój brat. Zawsze podejmowałam jego wyzwania. Mama krzyknęła tylko, żebyśmy uważali, bo górka, z której chcemy zjechać, jest bardzo stroma. Sammy rozpędził się, zniknął mi z oczu i kilka sekund później usłyszałam jego wrzask, a zaraz potem płacz. Pobiegłam do niego, wołając mamę i dziadków. Jechał tak szybko, że nie zdążył wyhamować i uderzył w drewniane okiennice. Z oddali widziałam, jak krew tryska mu z głowy! W szpitalu założyli mu dziewięć szwów i powiedzieli, że gdyby okiennice nie były stare i nie rozleciały się podczas uderzenia, Sammy mógłby nawet umrzeć. Strasznie się wtedy o niego bałam i byłam szczęśliwa, kiedy wrócił wieczorem do domu. Kolejne dni spędzaliśmy razem. Rysowaliśmy mangi. Wieczorami dziadek palił w kominku, a my wylegiwaliśmy się na kanapach i rozmawialiśmy. Tak samo fajny czas spędzaliśmy tam w Boże Narodzenie. Dziadek ścinał choinkę, która była tak wielka, że dotykała sufitu. Pachniało świętami. To był wyjątkowy czas.

Mama

Mój mąż Arnaud nie lubił jeździć do moich rodziców na wieś. Uważał, że nigdy go nie zaakceptowali, bo był czarny. Mama była zbyt dobrze wychowana, by to wypowiedzieć na głos, ale jak urodził się Sammy, to nie odwiedziła mnie ani razu przez cały rok, chociaż bardzo potrzebowałam jej pomocy. Sammy urodził się malutki, wymagał ciągłej opieki. Był śliczny! Z czasem zaokrąglił się na buzi, ciągle się uśmiechał. Przyciągał wzrok. Był miłym, radosnym chłopcem. Moim małym synkiem... Co rano przychodził do mojego łóżka i długo się tuliliśmy. Zawsze lubił się do mnie przytulać, nawet jako nastolatek. Był bardzo czuły i kiedy wyjechał do Syrii, tego mi najbardziej zabrakło.

Paradoksalnie to mama zmusiła mnie do małżeństwa z Arnaudem. Miałam wtedy czterdzieści lat, byliśmy parą ponad trzy lata. Poznaliśmy się w 1988 roku w pracy, podczas wieczorku zorganizowanego przez związek zawodowy. Sammy urodził się rok później. Mama ciągle powtarzała, że jak mnie zostawi, to zostanę z niczym. Przekonywała, że małżeństwo to dla kobiety polisa ubezpieczeniowa. Dałam się namówić, chociaż całe życie byłam buntowniczką. Mama wyobrażała sobie, że tak jak ona nie będę pracować, ale na szczęście tata, który był pediatrą, pomógł mi znaleźć pracę w domu opieki społecznej dla osób niepełnosprawnych ruchowo. Zawsze byłam wrażliwa, jak ojciec, który ciągle sprowadzał do domu bezdomnych. Kiedy wstawaliśmy rano i widzieliśmy w korytarzu nieznaną parę butów, wiedzieliśmy, że tato znów kogoś przygarnął. Ku rozpaczy mamy ja robiłam to samo. Wyprowadziłam się od rodziców w wieku dziewiętnastu lat, rezygnując z komfortu, który mi proponowali. W ciągu trzech lat skończyłam studium pedagogiczne ze specjalizacją niepełnosprawność intelektualna u młodzieży. Był początek lat siedemdziesiątych, kilka lat po rewolucji obyczajowej, która wszystko zmieniła. Razem z przyjaciółmi angażowaliśmy się w ruchy feministyczne i ciągle strajkowaliśmy. Uważaliśmy się za bardziej tolerancyjnych od naszych rodziców i chcieliśmy Belgii wieloetnicznej i wielowyznaniowej. Utrzymywałam się ze skromnej pensji, wynajmując mały pokój w gorszej części miasta, ale byłam szczęśliwa, bo wreszcie mogłam robić to, na co miałam ochotę. Oszczędzania nauczyłam się od babci, która wprawdzie wyszła bogato za mąż, ale pochodziła z rodziny robotniczej. Mieszkała z nami przez sześć miesięcy w roku. Drugie pół spędzała w domu nad morzem, gdzie jeździliśmy na wakacje. Byłam zaradna, bo od dziecka opiekowałam się młodszym rodzeństwem. Miałam siostrę bliźniaczkę, w sumie było nas ośmioro. Mieszkaliśmy w dwudziestotrzypokojowej neoklasycystycznej willi, blisko parku, w bogatej dzielnicy Brukseli. Mieliśmy dwie gosposie. Wszyscy uczęszczaliśmy do szkół katolickich, zadania domowe odrabiały z nami guwernantki. W niedziele rano chodziliśmy całą rodziną na msze, a popołudnia spędzaliśmy w harcerstwie. Moje dzieci dorastały w latach dziewięćdziesiątych, Belgia już nie była tym samym krajem co czterdzieści lat wcześniej. Kiedy Sammy wyjechał do Syrii, spotkałam się z moim tatą. Miał wtedy prawie dziewięćdziesiąt lat. Nie wiem, czy wiedział cokolwiek o wojnie w Syrii, ale był bardzo wierzący i powiedział tylko jedno zdanie: "Mam nadzieję, że Bóg da mojemu wnukowi długie życie". Rok później zmarł i zostawił mi spory spadek. Majątek zarobił w czasie II wojny światowej. Nie chcę zdradzić, czym się zajmował, ale gdyby nie to, nigdy nie mogłabym wysłać Sammy'emu 65 tysięcy euro.

Siostra

Zawsze kiedy myślę o dzieciństwie mamy, które było tak różne od mojego, zastanawiam się, czy ona stała się buntowniczką, czy już taka się urodziła. To samo pytanie zadaję sobie w kontekście Sammy'ego. Może to jest w genach? Mama na przekór babci pracowała, i to jeszcze z niepełnosprawnymi, wyszła za mąż za Afrykanina, urodziła dwójkę mieszanych dzieci i mieszkała w skromnych warunkach w taniej, muzułmańskiej dzielnicy... A mogła mieszkać w rodzinnej willi, jeść obiady gotowane przez gosposię, poznać jakiegoś miłego księgowego i mieć z nim gromadkę białych dzieci. Może wtedy żadne z nich nie wyjechałoby do Syrii? Ale czy na pewno? Podobno większość matek pomagała swoim synom i córkom w Syrii, wysyłając im pieniądze lub w inny sposób. Nieważne, jakie przestępstwa popełnili, zawsze pozostaną ich dziećmi. Każdy z nas powinien zadać sobie to pytanie: co bym zrobił na ich miejscu?