Wstęp do wydania polskiego
Dwadzieścia długich lat
Moja matka znalazła niedawno plik starych rodzinnych fotografii, a wśród nich kilka, które szczególnie przykuły moją uwagę. Małe, czarno-białe zdjęcia przedstawiały siostrę mamy, moją ciotkę Valerie z Liverpoolu, w 1945 roku, kiedy to po zakończeniu służby w brytyjskiej marynarce wojennej pomagała układać linię kolejową między Belgradem i Zagrzebiem, budując w ten sposób nową, socjalistyczną Jugosławię. Jak wielu młodych ludzi w tamtym czasie, Valerie działała przez krótki czas w partii komunistycznej (którą szybko się rozczarowała) i w tym właśnie okresie dołączyła do zastępów dzielnych budowniczych. Uśmiecha się do obiektywu, opalona, rozpromieniona, podobnie jak otaczający ją młodzi, przystojni towarzysze rozebrani do pasa, z ciężkimi narzędziami w dłoniach.
Nie sądzę, by wielu ludzi w Polsce dzieliło ich lewicowy entuzjazm. Wasz kraj był w tym czasie okupowany przez Armię Czerwoną, a potem skazany na wieloletnie cierpienia. Jednak z perspektywy Liverpoolu sprawy wyglądały wtedy inaczej, proszę więc o wyrozumiałość: po klęsce faszyzmu przed Europą zajaśniała obietnica nowego świata, a jej symbolem było to właśnie kolejowe braterstwo pracy.
Prawie pół wieku później, w czerwcu 1991 roku, siedziałem w ostatnim nocnym pociągu, który wyjechał z Zagrzebia do Belgradu, nim połączenie kolejowe między tymi miastami zostało zlikwidowane w wyniku czteroletniej wojny - najkrwawszego konfliktu, jaki wstrząsał Europą od czasu klęski Trzeciej Rzeszy. Pociąg zatrzymał się, gdy dosięgnął go ogień snajperów, między chorwackim miastem Vukovar, które później zostało zrównane z ziemią, a serbską miejscowością Borovo Selo, gdzie stacjonowała znacząca część artylerii oblężniczej. Staliśmy tam przez trzy godziny, aż wreszcie zawarto krótkotrwały rozejm, a pociąg ruszył do Belgradu, gdzie dotarł następnego dnia. Kolejnej nocy połączenie odwołano i przywrócono je dopiero w 2003 roku. Jedno pokolenie w mojej rodzinie - zaledwie tyle dzieli uśmiechy z fotografii od masakry będącej przedmiotem tej książki, braterstwo i "jedność" od głuchej nienawiści.
Wiosną 2014 wydawało się przez jakiś czas, że ból, który - niemal wbrew mojej woli - stał się tematem przewodnim tej książki w dniu jej publikacji w 2012 roku, choć częściowo, a może i całkowicie, ustąpi przed blaskiem nowej nadziei - tej szczególnej nadziei, która daje człowiekowi siły do życia.
To był słodko-gorzki czas związany z trzema wydarzeniami, którym towarzyszyły kolejno radość, udręka i słuszny gniew; zepchnęły one na dalszy plan, a może nawet zastąpiły ból i nienawiść przenikające tę książkę. Pierwszym z tych trzech istotnych wydarzeń był sukces bośniackiej reprezentacji piłkarskiej w eliminacjach do finałów mistrzostw świata w Brazylii. To niezwykłe osiągnięcie, będące swego rodzaju aneksem do rozdziału o bośniackiej piłce nożnej, który znajduje się w tej książce, zostało najtrafniej podsumowane przez napastnika reprezentacji Bośni, Vedada Ibiševicia. Po strzeleniu w meczu z Litwą gola, który zapewnił Bośni awans, Ibišević powiedział: "Ludzie z innych krajów tego nie rozumieją. Dla nich to zwykły mecz i zwykły gol. Ale to coś więcej niż kolejny gol. To cała historia". Tak było w istocie. Ibišević dorastał jako uchodźca w St. Louis w stanie Missouri. Miał zaledwie siedem lat, gdy patrzył z ukrycia, jak płonie jego dom w rodzinnej miejscowości Vlasenica, a bośniaccy Serbowie mordują jego ojca podczas czystek etnicznych.
W czasie kwalifikacji i samych finałów, w których reprezentacja wypadła poniżej oczekiwań, bośniaccy Serbowie po raz pierwszy dopingowali drużynę narodową - od wielu lat jedyny sprawnie funkcjonujący wieloetniczny organizm w tym kraju. Futbol dokonał tego, do czego nie mogły doprowadzić dwie dekady politycznych manewrów - obalił bariery bólu i nienawiści, by zjednoczyć ludzi wokół wspólnego przedsięwzięcia. Wcześniej udało się to osiągnąć tylko dzięki muzyce, za sprawą największej pieśniarki sevdah całego pokolenia, Amiry Medunjanin, dziecka oblężonego Sarajewa, która stała się bałkańską Billie Holiday. Jej piękna, często melancholijna muzyka, którą wykonuje wraz z artystami z Serbii i Bośni oraz z członkami bośniackiej diaspory, pochodzi, jak sama pieśniarka podkreśla, z różnych części całego regionu i należy do wszystkich jego mieszkańców. Wszyscy też równie chętnie przychodzą jej posłuchać: bilety na koncerty Amiry wyprzedają się równie szybko w Serbii i Macedonii, jak i w jej rodzinnym Sarajewie.
Innym rodzajem siły jednoczącej cały naród był gniew natury. Powódź, która nawiedziła kraj wiosną 2014 roku, pochłonęła trzydzieści cztery ofiary i pozbawiła dachu nad głową niemal tyle samo osób, co niegdyś wojna. Zniszczeniu uległy tysiące domów, ale tym razem mówiło się przede wszystkim o tym, jak sąsiedzi pomagają sobie nawzajem, nie zważając na podziały etniczne, które doprowadziły te same domy do ruiny w czasie wojny. Młodzi ludzie z boszniackiego Sarajewa spieszyli z pomocą Serbom z Banja Luki i mieszkańcom chorwackich dolin w centralnej Bośni. Gdy woda opadła, pozostawiając po sobie zniszczenia i błoto, Muzułmanie, Serbowie i Chorwaci znów znaleźli się w takiej samej sytuacji: pozbawieni obiecanych odszkodowań, miliardów euro międzynarodowej pomocy, które zniknęły w labiryntach skorumpowanej politycznej maszynerii trzech podzielonych narodów.
Trzecim, a zarazem najważniejszym impulsem skłaniającym zwaśnione narody do pojednania był nagły wybuch protestów, a nawet zamieszek, wywołanych nieuczciwą wyprzedażą państwowych przedsiębiorstw i aktywów, a tym samym utratą pracy przez wielu mieszkańców kraju. Bośnia - do tej pory kraj podzielony i okaleczony ostrzami fanatyzmu wyznaniowego - stała się nagle pierwszym państwem Europy Wschodniej na tyle dojrzałym politycznie, by zrozumieć, że system globalnego kapitalizmu kartelowego, który zastąpił kajdany komunizmu, wcale nie jest przyjazny ludziom. W całym kraju organizowano zebrania, by dyskutować o alternatywnych rozwiązaniach, zloty, nocne czuwania... Bośnia przeżywała swoją wersję 1968 roku. Pojawili się nowi młodzi przywódcy, którzy zamiast głosić nienawiść do sąsiadów, zachęcali do solidarności. Jednym z nich była moja bliska przyjaciółka Nidžara Ahmetašević, która została ranna podczas oblężenia Sarajewa, a teraz toczyła walkę z rakiem.
Te wydarzenia sprawiły, że elity polityczne trzech odrębnych grup etnicznych - powstałe w wyniku wojny i katastrofalnego podziału Bośni zgodnego z "porozumieniem pokojowym" z Dayton - znalazły się w głębokim kryzysie. Ludzie ci, wraz z całą armią "kolesi" wplątanych w patologiczne układy zależności i protekcji, mogli liczyć jedynie na rychły kres tego oddolnego procesu, który na dłuższą metę pozbawiłby ich władzy i wpływów. Ten kres - sprowokowany między innymi brutalnymi represjami i karami dla ludzi, którzy w jakikolwiek sposób byli związani z demonstracjami - nadszedł wraz z kampanią wyborczą w 2014 roku. Nidžara należała do grupy kilkuset osób prześladowanych, aresztowanych i skazanych tylko za to, że skorzystały z prawa do protestu. Strategia zastraszania okazała się skuteczna. Naród bośniacki zaprzepaścił swoją szansę, głosując tak, jak zawsze: partie nacjonalistyczne zwyciężyły właśnie tam, gdzie miały zwyciężyć, kosztem partii postępowych i tych, które głosiły ponadetniczną jedność. Bośnia najwyraźniej woli taki układ. Dlatego też linie podziałów, głębokie przepaście dzielące narody tego regionu, pozostają nietknięte. Zaprzeczanie zbrodniom wojennym, nawet masakrze w Srebrenicy, pozostaje czymś naturalnym - szczególnie w psychotycznej, zakłamanej historii bośniackich Serbów, dla których polityczna machina wyparcia jest niezbędnym elementem lukratywnej politycznej egzystencji. Ciała tysięcy zaginionych, które można by bez trudu ekshumować, gdyby tylko ktoś naprawdę się postarał, pozostają w ukryciu, niedostępne dla nieutulonych w żalu najbliższych, choć w tym roku przypada już dwudziesta rocznica zbrodni.
"Pojednanie" jest w Bośni słowem używanym i nadużywanym równie często jak slogany reklamowe. To synonim lukratywnego interesu i obiecującej kariery, choć w tym wypadku dotyczy to "międzynarodowych instytucji", które w czasie wojny zostawiły Bośnię własnemu, tragicznemu losowi, teraz zaś działają w imieniu "społeczności międzynarodowej", wypłacają sobie wysokie wynagrodzenia i mnożą koszty, głosząc pojednanie i nie osiągając żadnych efektów. Ta książka obrała inną drogę: zajmuje się ludzką rzeczywistością braku pojednania oraz czymś, co nazywam "rozrachunkiem", procesem znacznie trudniejszym i bardziej wymagającym. W bezsprzecznie najlepszej dotąd książce XXI wieku, 2666 autorstwa Roberta Bola?o, pojawia się postać tajemniczego niemieckiego pisarza o nazwisku Archimboldi, "osoby, która nie chciała godzić tego, co nie do pogodzenia, choć było to wówczas bardzo modne". Ten opis był dla mnie inspiracją: odrzucenie fałszywego "pojednania", które ma być lekarstwem na wszystko i o którym politycy i dyplomaci mówią jak o aspirynie na kaca. Handlują nim bezwstydnie, choć tak rozumiane pojednanie nie ma żadnego znaczenia dla ludzi dotkniętych nawałnicą przemocy, która rozszalała się w sercu Europy w 1992 roku i nie ustawała przez kolejne trzy krwawe lata, w najlepszym wypadku nieco wyciszana, a w najgorszym podsycana przez Zachód.
Nie chciałem i nie chcę być jak Archimboldi. Wolałbym żyć nadzieją, jak moja ciotka i jak ci przystojni mężczyźni na fotografiach z 1945 roku. Wolałbym wierzyć w pojednanie lub "postęp", jak wolą to nazywać inni, poddać się temu cudownemu przekonaniu, że "nadchodzi lepszy świat" - doktrynie, pod którą podpisuje się na swój sposób zarówno polityczna lewica, jak i prawica, a także wszystkie religie monoteistyczne. "Podtrzymujcie nadzieję" - mówił Barack Obama. Z pewnością miło jest wierzyć w coraz lepszy świat, a wydarzenia wiosny 2014 roku w Bośni sprawiły, że i mnie zaczęła kusić taka wiara: może istnieje nadzieja. Obawiam się jednak, że to ja miałem rację, a tezy postawione w tej książce nie straciły na aktualności.
Dwadzieścia lat to dużo czasu w życiu kobiety, która straciła dwóch braci i męża w obozie koncentracyjnym. Nasiha Klipić wróciła do Omarskiej 6 sierpnia 2012 roku, w dwudziestą rocznicę ewakuacji obozu, by odwiedzić Biały Dom i hangar, gdzie zginęli. To właśnie głównie o tym miejscu traktuje niniejsza książka, o Omarskiej oraz innych obozach powstałych w sercu Europy pod koniec XX wieku, o miejscach, gdzie dochodziło do masowych mordów, okaleczeń, tortur, gwałtów i przymusowych wysiedleń.
Nasiha jest kuzynką mężczyzny, którego zdjęcie stało się symbolem zbrodni popełnionych w Bośni - Fikreta Alicia, wychudzonego więźnia obozu w Trnopolju, stojącego za ogrodzeniem z drutu kolczastego. Jest również córką Mehmeda Alicia, który musiał powiedzieć o śmierci starszego brata swojemu młodszemu synowi, Enverowi, również zamkniętemu w Omarskiej, potem zaś przyglądać się i jego śmierci. Mehmed umarł na serce w 2006 roku w Niemczech, opisawszy te zbrodnie przed trybunałem do spraw zbrodni wojennych w Hadze.
Nasiha jest nieodrodną córką swego dzielnego ojca - piękną pięćdziesięcioletnią kobietą o farbowanych blond włosach. Kiedy wychodzi z domu, wkłada zwykle ubrania w wyrazistych, jaskrawych kolorach, ale dziś - na uroczystość dwudziestej rocznicy - wybiera zwykłą koszulkę. Mieszka w Bernie, w Szwajcarii, i podróżuje po Europie oraz Stanach Zjednoczonych z bośniackimi muzykami, zmieniając zespoły według swojego - i ich - upodobania. "Ludzie śmieją się ze mnie, ale właśnie takie życie odpowiada mi po wszystkim, co przydarzyło się mojej rodzinie - a inni niech sobie myślą, co chcą". Nasa jest charyzmatyczna, wyzywająca, znosi cierpienie z uśmiechem i nie chce słyszeć o przebaczeniu. Wywołała powszechną konsternację, gdy podczas wystąpienia w filmie nakręconym przez Penny Marshall z brytyjskiej telewizji ITN - to właśnie z Penny odkryłem obóz w Omarskiej w 1992 roku - oznajmiła: "Prawdę mówiąc, chciałabym dożyć następnej wojny", wojny odwetowej. Dziś, w rocznicę tych strasznych wydarzeń, płacze, ale mimo wszystko zdobywa się na uśmiech przez łzy.
Niniejsza książka mówi nie tylko o tych wydarzeniach, ale także - a może przede wszystkim - o procesie wymazywania ich ze zbiorowej pamięci, o zapomnieniu i rozproszeniu, jakie stało się udziałem ofiar i ich krewnych rozsianych po całym świecie. Omarska to jedyne tego rodzaju miejsce w Europie, które nie doczekało się pomnika na cześć pomordowanych tu ludzi, ponieważ obecny właściciel tego terenu, olbrzymi koncern ArcelorMittal, od lat uparcie zachowuje w tej kwestii rzekomą "neutralność". Obóz powstał na terenie kopalni rudy żelaza i znajduje się teraz na terytorium bośniackich Serbów, zarządzanym przez sojuszników i spadkobierców tych, którzy w 1992 roku dopuszczali się tutaj niewyobrażalnych zbrodni. Za żadną cenę nie chcą oni upamiętnić tego, czego dopuścili się ich współpracownicy i przodkowie, Mittal zaś nie zamierza im się narażać. "Musimy być neutralni" - tłumaczyła rzeczniczka firmy, Lynn Robbroeckx, gdy zadzwoniła do mnie, by porozmawiać o tej sprawie, o bólu i gniewie ocalonych i o tej książce. Do pojęcia neutralności często odwoływano się także w czasie samej wojny, o czym również tu piszę. (Firma Mittal zaprojektowała i wykonała słynną wieżę widokową, upamiętniającą Letnie Igrzyska Olimpijskie w Londynie. Wygląda na to, że śmierć, gwałty i tortury w Omarskiej są w porównaniu z tym wydarzeniem jedynie kłopotliwymi drobiazgami).
9 maja, w dniu pamięci o ofiarach obozów, Mittal odmówił wstępu grupie byłych więźniów i krewnych ofiar, którzy chcieli oddać hołd pomordowanym w Omarskiej. Co istotne, grupie tej towarzyszyły wówczas Serbki z ruchu pokojowego Kobiety w Czerni z Belgradu oraz studenci z Goldsmiths College, części Uniwersytetu Londyńskiego. Gdy pojawili się pod bramą, ich przywódca - Edin Ramulić, którego spotkamy również na kartach tej książki - nie mógł nawet złożyć pamiątkowego wieńca przed kopalnią, powstrzymywany przez agresywnych ochroniarzy Mittal. Władze miasta, a nawet zgromadzenie Republiki Serbskiej, jednostki terytorialnej wchodzącej w skład Bośni, zagroziły kierowanej przez Ramulicia organizacji Izvor, że pozwą ją do sądu, jeśli nie przestanie używać terminu "ludobójstwo" w odniesieniu do tego obszaru.
W odpowiedzi Edin i Sabahudin Garibović ze stowarzyszenia byłych więźniów obozu koncentracyjnego zorganizowali w przededniu obchodów rocznicowych, 5 sierpnia 2012, bezprecedensowy marsz przez centrum Prijedoru. Uczestnicy kilkusetosobowego pochodu, w tym i ja, nieśli szkolne tornistry, a na każdym z nich znajdowało się nazwisko jednego dziecka z Prijedoru zamordowanego podczas pogromów. Szliśmy w milczeniu przez miasto, witani milczeniem serbskich gapiów. Niektórzy patrzyli na nas wyzywająco, inni chowali twarze za płachtami gazet. "Jeśli będą na was krzyczeć, nie odpowiadajcie, nie dajcie się sprowokować" - mówił przed wymarszem Edin. Ostatecznie usłyszeliśmy jedynie trochę gwizdów i szyderczych okrzyków ze strony grupki młodzieńców, którzy prezentowali nacjonalistyczne slogany wytatuowane na swoich piwnych brzuchach.
Dotarłszy na główny plac, oddaliśmy tornistry organizatorom, którzy ułożyli je na ziemi w wielki napis GENOCID (ludobójstwo). Od krwawych wydarzeń 1992 roku nikt nie odważył się w Prijedorze na coś równie zuchwałego i trudno się temu dziwić: Garibović został wkrótce zatrzymany przez policję, aresztowany i potępiony za uczczenie pamięci pomordowanych dzieci oraz użycie słowa na "G".
Tego wieczora równie niezwykłe wydarzenie miało miejsce w Trnopolju, gdzie w 1992 roku także działał obóz. Izvor i inni zdołali zdobyć pozwolenie na "okupację" dawnych terenów obozowych i pod czujnym okiem jednego jedynego policjanta do wczesnego rana prowadzili tam dyskusje i oglądali filmy. Kobieta, którą spotkamy na kartach tej książki, Nerma Jelačić, pokazała film przygotowany przez Międzynarodowy Trybunał Karny dla byłej Jugosławii (MTKJ), przedstawiający zbrodnie popełnione w Trnopolju. Publiczność oglądała go z zapartym tchem: większość obecnych była niegdyś więźniami tego obozu, poniżanymi, bitymi i gwałconymi w opustoszałych teraz budynkach. Ich dzieci leżały na trawie, opierały brody na dłoniach i oglądały... twarz, która pasowała do każdego z nazwisk wymienianych w komentarzach - więźniów, strażników i dowódców - i którą dobrze znały, choć w tym czasie nie było ich jeszcze na świecie. Wśród publiczności znajdowała się również Victoria-Amina Dautović, pierwsze dziecko bośniackich uchodźców urodzone w Anglii; obecnie mieszka w Luton pod Londynem. Rozmyślała o tym, że i ona była tu wcześniej, w brzuchu swojej matki. Victoria studiowała medycynę sądową na Uniwersytecie West London, niczego nie pragnęła bowiem bardziej, niż po zakończeniu studiów wrócić do tego miejsca i dołączyć do poszukiwań tysiąca jej rodaków, których ciała wciąż pozostają w masowych grobach. Udało jej się to w 2014 roku, gdy w pobliskiej Tomašicy odkryto masowy grób zawierający 430 ciał, wśród nich rodziców jej przyjaciół lub przyjaciół jej rodziców.
W Trnopolju była tego wieczora także Edina Striković, bez której ta książka by nie powstała. Poznałem ją w obozie, gdy miała zaledwie siedem lat i trzymała się kurczowo dłoni swojej matki, Azry Blažević. Edina - która była moją tłumaczką i towarzyszką podróży podczas zbierania materiałów do tej książki - pomagała również przy tworzeniu tego filmu jako stażystka w Hadze. Choć Edina miała specjalistyczną wiedzę i była świadkiem tych tragicznych wydarzeń, Trybunał nie uznał za stosowne zaproponować jej na stałe pracę, na którą bez wątpienia zasługiwała i której ogromnie pragnęła. Pomimo magisterium i doktoratu w dziedzinie stosunków międzynarodowych, uzyskanych odpowiednio w Ameryce i Niemczech, nie rozpoczęła kariery naukowej, lecz pojechała do obozu koncentracyjnego. Nie należała do tej rodzącej się międzynarodowej klasy, tej kolonialnej kliki, która nazywa samą siebie "ruchem na rzecz praw człowieka", ale nie zatrudnia byłych więźniów obozów, osób najbliższych tym problemom, nawet młodych, inteligentnych i doskonale wykształconych. Dina pomieszkiwała więc w tym czasie kątem u rodziny bośniackich uchodźców w Monachium i zastanawiała się nad swoją przyszłością. Emocje, jakie towarzyszyły naszemu spotkaniu w tym miejscu, gdzie poznałem ją jako dziecko, w dodatku w otoczeniu jej byłych współwięźniów, były tak silne, że właściwie nie odzywaliśmy się do siebie, bo żadne słowa nie wydawały się odpowiednie - choć to właśnie słowa mają być moją mocną stroną i powołaniem. Długi, serdeczny uścisk wyraził wszystko.
Nazajutrz, 6 sierpnia, wróciliśmy wszyscy do Omarskiej na obchody dwudziestej rocznicy zamknięcia obozu. Tym razem Mittal udzielił nam odpowiedniego zezwolenia. Przygotowano kilkaset białych balonów, a do każdego z nich przymocowano karteczkę z nazwiskiem zamordowanej tu osoby. Baloniki rozdano uczestnikom obchodów, którzy na uzgodniony wcześniej sygnał mieli je wypuścić. Przypadek sprawił, że Nasiha Klipić dostała karteczkę z nazwiskiem swego wuja. W jednej chwili wszystkie balony uleciały ku górze, niczym płatki śniegu wracające do nieba, jakby każdy z nich unosił ku wolności ducha człowieka zamordowanego w tym przeklętym miejscu. Jeszcze przez wiele dni balony opadały na ogrody, dachy i drogi tej nacjonalistycznej serbskiej krainy.
W obchodach brała również udział pewna samotna młoda kobieta. Z jakiegoś powodu trzymała się z dala od innych uczestników, choć trudno jej było odmówić zaangażowania. Wcześniej brała także udział w marszu pamięci dzieci zamordowanych w Prijedorze. To był jej "pierwszy powrót" do obozu. Helena Anušić miała piętnaście lat, gdy pewnego majowego poranka 1992 roku usłyszała w szkole pytanie: "Za kim jesteś?". "Nie rozumiem" - odparła Helena, a oni zapytali ponownie: "Za kim jesteś? Za Aliją czy Tuđmanem?". Pytanie dotyczyło przywódców muzułmańskiej i chorwackiej partii politycznej. Oczekiwano od niej odpowiedzi: "Za Tuđmanem" - Chorwatem - choć Helena nie opowiadała się za żadną partią i uważała się za nastoletnią bośniacką Chorwatkę, która żyje spokojnie wśród Serbów i Muzułmanów.
Gdybym miał wskazać jakiś temat, który nie został wystarczająco obszernie opisany w tej książce, byłby to los Chorwatów żyjących obok Muzułmanów i podobnie jak oni więzionych, torturowanych i zabijanych w obozach koncentracyjnych (choć głównym świadkiem - i ofiarą - zbiorowych gwałtów w Omarskiej jest w książce bośniacka Chorwatka). Uważam, że mogłem opisać tę kwestię obszerniej, choćby dlatego, że Chorwacja, podobnie jak Polska, jest krajem katolickim.
Helena mieszkała w zróżnicowanej etnicznie wiosce Ljubija położonej niedaleko granicy bośniacko-chorwackiej. Główną postacią chorwackiej społeczności Ljubii był ojciec Stipo Šošić, więziony później w obozie Keraterm. Wszyscy chorwaccy współwięźniowie duchownego mówią o nim to samo: że im doradzał, a nawet próbował ich pocieszać, że udzielał im sakramentu chorych, że był bohaterem. W liście z 11 września 1992 roku, zaadresowanym do miejscowego szefa służby bezpieczeństwa publicznego, Stojana Župljanina (skazanego później w Hadze), katolicki biskup Banja Luki Franjo Komarica pisze o całkowitym zniszczeniu czterdziestu kościołów i poważnych uszkodzeniach kolejnych pięćdziesięciu, wymienia również wielu księży, w tym ojca Šošicia, którzy "choć nie udowodniono im żadnej winy, byli w straszliwy sposób maltretowani fizycznie i psychicznie w izbach zatrzymań i obozach koncentracyjnych, w ciągu dwunastu do osiemdziesięciu dni. Teraz są inwalidami lub stoją na progu śmierci". Ojciec Šošić przeżył, wyjechał do Chorwacji pod koniec wojny, a potem zmarł po długiej walce z chorobą. Żałuję, że nie miałem okazji spotkać się z nim i porozmawiać - choć zostawił po sobie książkę zatytułowaną Do pakla i natrag [Do piekła i z powrotem]. Opisuje w niej straszliwe tortury, którym poddawano go w obozie; był tak udręczony, że śmierć przyjąłby wówczas z ulgą jako "wyzwolenie".
Później ojciec Šošić został przeniesiony do Manjačy, gdzie trzymano go w zimnej i wilgotnej celi przeznaczonej dla tych, którzy nie chcieli poprzeć władz obozu. Šošić wprowadza do historii konfliktu nowy wątek, z którym nie spotkałem się, pisząc tę książkę: dręczenie więźniów przez serbskie kobiety i dzieci sprowadzane do obozów specjalnie w tym celu. Opisuje, jak taka właśnie grupa "rozerwała biednego mężczyznę na kawałki niczym wyparzoną kurę". Jako jedyny spośród byłych więźniów otwarcie krytykuje prawosławnych duchownych oraz dziennikarzy za to, że nie podjęli większego ryzyka, by pomóc więźniom obozów. Mam nadzieję, że odnosi się to do moich kolegów po fachu, którzy przybyli do Omarskiej i Manjačy po tym, jak ujawniliśmy istnienie tych obozów, ale w tym surowym głosie słyszę również przyganę, że tego pamiętnego dnia w 1992 roku nie zignorowaliśmy karabinów maszynowych wycelowanych w nas i broniących nam wstępu do innych części obozu w Omarskiej - o czym również przeczytacie w tej książce.
Uważałem za pewną niesprawiedliwość fakt, że na obchodach dwudziestej rocznicy Helena Anušić musiała wysłuchiwać muzułmańskich modlitw prowadzonych przez imama - co robiła z pełnym szacunkiem - a nie mogła pomodlić się za katolików zamordowanych w obozach, bo nie zaproszono żadnego księdza. Muszę przyznać ze skruchą, że sam nigdy wcześniej nie byłem w Ljubii, poprosiłem więc Helenę, by mnie tam zabrała. Zgodziła się. W odróżnieniu od zrównanego z ziemią Kozaraca - skąd pochodziła większość muzułmańskich więźniów - Ljubija i inne chorwackie osady zostały po prostu "oczyszczone" i nienaruszone, by Serbowie mogli skonfiskować i zająć domy zabitych lub uwięzionych w obozach, jak ojciec Heleny. Ta rodzina przeżyła jednak wojnę i teraz mieszka w Rijece, na chorwackim wybrzeżu na półwyspie Istria.
Pojechaliśmy więc do Ljubii, gdzie mieści się jeszcze jedna kopalnia kompleksu Omarskiej, zakupionego przez Mittal. Gdy tylko przekroczyliśmy bramę kopalni i znaleźliśmy się na głównej drodze, naszym oczom ukazał się ponury, zaniedbany krajobraz, przesycony beznadzieją zupełnie różną od spokojnego smutku, który malował się na twarzy Heleny. "To był park, gdzie spotykaliśmy się po lekcjach, żeby pospacerować i porozmawiać w letnie wieczory. Tutaj po raz pierwszy całowałam się z chłopakiem" - wspominała, gdy wjechaliśmy w boczną ulicę, równoległą do głównej drogi. "A tutaj była opera i teatr, do których zabierał mnie tato" - wskazała na zamknięty budynek z wybitymi oknami. "Tutaj graliśmy w piłkę ręczną..." - głos Heleny się załamał, zamilkła, a po jej policzku potoczyła się łza.
"Wystarczy, Heleno, wracajmy" - zaproponowałem. Pokręciła stanowczo głową. "Nie. Chcę ci pokazać. Zabrali nasze domy - wyjaśniła, gdy mijaliśmy budynki o tynkowanych lub kamiennych ścianach; pokrywała je warstwa brudu, wynik niedbalstwa lub oddziaływania chemikaliów z kopalni, być może jednego i drugiego. - Ale nie umieją o nie dbać, spójrz tylko. Wydaje się, że po prostu wolą je właśnie takie: brudne, przygnębiające i smutne, jakby sprawiało im to przyjemność". Przejechaliśmy główną drogą, a potem skręciliśmy w boczną uliczkę po drugiej stronie, biegnącą wzdłuż szeregu domów. "Tutaj mieszkaliśmy. A to był dom Serbów, dla których pracowałam jako opiekunka do dzieci. A w tym niebieskim domu mieszkał pewien Serb o imieniu Pero, któremu zapłacili za zamordowanie moich rodziców, po trzydzieści pięć niemieckich marek od głowy, tyle byli warci. Pero przyszedł do nas, żeby wykonać umowę, ale przekonałam go, żeby tego nie robił, żeby darował życie mojej matce i mojemu ojcu". Tak zaczęły się cierpienia pana Anušicia - wygnanie, a potem uwięzienie.
"Przez dwadzieścia lat trwałam w letargu - mówiła Helena. - Ale teraz się przebudziłam i uświadomiłam sobie, co nas spotkało". Tak się rzeczywiście stało, Helena współorganizowała konferencję i spotkania byłych więźniów mieszkających w Chorwacji, muzułmanów i katolików. Stała się nową przywódczynią nie tylko chorwackich ofiar zbrodni dokonanych w Krajinie, lecz także całego ruchu. Ale wyrzucono ją. Spotkaliśmy się na konferencji byłych więźniów i innych zainteresowanych, które Helena z wielkim zaangażowaniem organizowała w Rijece, ale za ten właśnie wysiłek została odrzucona przez muzułmańską diasporę. Zazdrościli jej, bo miała to, czego im brakowało: była młodą, bystrą, piękną kobietą - i katoliczką.
Po publikacji tej książki pojawiła się - a właściwie nabrała znaczenia - jeszcze jedna kwestia. Zarówno w czasie wojny, jak i po jej zakończeniu istotnym wątkiem opowieści o Bośni był szczególny charakter islamu w tym kraju. Mówiąc oględnie, bośniaccy muzułmanie nie byli zbyt pobożni, a przed wojną islam odgrywał niewielką rolę w życiu większości z nich, pomijając oczywiście kwestię tożsamości kulturowej. Lubili się napić. W meczecie bywali tylko sporadycznie. W książce o starciu bośniackiego islamu z jego bardziej ortodoksyjną wersją wspaniale opowiada Sefer Haškić, wspominając początki pobytu swej rodziny w Anglii.
Ludobójstwo wpłynęło również i na tę kwestię. Nieuchronnie pchnęło bośniackich muzułmanów ku ich religii. Już w 1994 roku obywatelskie ideały, o które walczyła większość bośniackich żołnierzy - w tym wielu Serbów i Chorwatów, szczególnie w Sarajewie i Tuzli - mieszały się z islamem. Islam umocnił się w oblężonym Sarajewie i od czasu wojny z roku na rok jest coraz silniejszy. Przybywają tu licznie zarówno szyici, jak i sunnici z Iranu i Arabii Saudyjskiej. Bośnia odnosi się przychylnie do coraz bardziej zislamizowanej Turcji, podobnie jak bośniaccy Serbowie chętnie poddają się wpływom coraz bardziej wojowniczej Rosji, cytując bzdury wygłaszane przez Władimira Putina w odniesieniu do Ukrainy jako usprawiedliwienie dla ich roszczeń terytorialnych. Wielu mieszkańców Bośni postrzega swój kraj jako strefę podzieloną wpływami Moskwy i Stambułu.
Owszem, w czasie wojny w Bośni walczyli mudżahedini, chętnie przyjmowani przez rząd w Sarajewie, co trudno nazwać inaczej niż głupotą. Większość bośniackich żołnierzy gardziła nimi jednak ze względu na ich odrażający fanatyzm i gotowość do popełniania najgorszych nawet zbrodni. Niektórzy dziennikarze dla taniego poklasku opisywali ich działania, inni uważali ich - zgodnie z prawdą - za mało istotny element całej historii.
Jednak teraz, dwadzieścia lat później, nadchodzi ich czas. Wojujący islam jest w Bośni silniejszy niż kiedykolwiek dotąd, z pewnością silniejszy niż w czasie, gdy pisałem tę książkę. Zdarza się nawet, że nad niektórymi domami pojawia się flaga odrażającego Państwa Islamskiego - to kolejny krok w stronę zagłady, kolejny powód do rozpaczy nad tym wspaniałym krajem wielkich rzek i majestatycznych gór.
Niniejsza książka jest zdecydowanie zbyt pobłażliwa wobec Międzynarodowego Trybunału Karnego dla byłej Jugosławii. Stało się tak dlatego, że opisuję tu udane początki działalności Trybunału, poprzedzające próby schwytania dwóch przywódców bośniackich Serbów: Radovana Karadžicia i generała Ratka Mladicia. Już po jej wydaniu zeznawałem przeciwko Mladiciowi, rzeźnikowi ze Srebrenicy, kierowany poczuciem obowiązku: jak zawsze byłem zdenerwowany i świadom powagi chwili, ale - w odróżnieniu od tego, co czułem podczas procesu Karadžicia opisanego w tej książce - ten człowiek był mi prawie obojętny, w sposób niemal perwersyjny. Stałem naprzeciwko jednego z największych zbrodniarzy końca XX wieku i składałem świadectwo jego zbrodni, ale prawie na niego nie patrzyłem. Po części dlatego, by moje zeznania były jak najbardziej precyzyjne, a po części ze względu na egzystencjalne znużenie całą tą historią.
Trybunał podejmował dziwaczne decyzje. Uznał za winnego nie zbrodniarza wojennego, lecz jedną ze swych najbardziej oddanych sług, a zarazem jedną z najlepszych reporterek opisujących wojnę w Bośni, która teraz jest poszukiwana w Holandii i musi uciekać przed wymiarem sprawiedliwości. Florence Hartmann była wybitną dziennikarką "Le Monde", w 1999 roku wydała książkę o prezydencie Serbii, Slobodanie Miloševiciu. Trzy lata później została rzeczniczką i specjalną doradczynią prokuratury Trybunału i zajmowała to stanowisko do 2006 roku. Po odejściu stała się ofiarą działań, które kazały się wielu zwolennikom MTKJ - także i mnie - głęboko zastanowić, czy Trybunał nie postradał rozumu.
A stało się to tak: w Hadze, w Międzynarodowym Trybunale Sprawiedliwości utworzonym w 1945 roku - instytucji, w której mogą sądzić się ze sobą całe kraje - Bośnia (bez powodzenia) podała do sądu Serbię za ludobójstwo. Najważniejszym elementem oskarżenia była masakra w Srebrenicy, uznana za ludobójstwo w licznych wyrokach wydanych przez MTKJ. W tym wypadku konieczna była dokumentacja przygotowana w Belgradzie, pozostająca w posiadaniu Trybunału, wykorzystana podczas procesu Miloševicia i innych jako dowód, który pozwolił osądzić wysokich rangą przedstawicieli serbskich władz i armii powiązanych z tą zbrodnią. Jednak w dokumentacji przekazanej przez MTKJ Międzynarodowemu Trybunałowi Sprawiedliwości wykreślono najważniejsze fragmenty dowodzące bezpośredniego zaangażowania Serbii. Tłumaczono przy tym, że są to materiały ściśle tajne, a wykreślone informacje mają wpływ na "interesy narodowe" Serbii.
W 2007 roku Hartmann wydała książkę zatytułowaną Paix et Châtiment [Pokój i kara], w której opisywała nie tyle treść tej dokumentacji - nie naruszyła tajemnicy - ile kulisy decyzji o wyłączeniu jej kluczowych elementów z procesu przed Międzynarodowym Trybunałem Sprawiedliwości. Krytykowała również uzasadnienie tej decyzji i dowodziła, że materiały dotyczące tak ciężkich zbrodni nie powinny być zatajane przed rodzinami ofiar ze Srebrenicy.
Choć trudno w to uwierzyć, w sierpniu 2008 roku MTKJ oskarżył Hartmann o naruszenie tajemnicy i wezwał ją przed sąd. Trybunał nie kwestionował treści jej książki ani faktu, że napisała ją jako dziennikarka; nie została również oskarżona o to, że jako pracownica MTKJ przekroczyła swoje uprawnienia (Florence zobaczyła utajniony tekst już po odejściu z Trybunału). Chodziło jedynie o fakt, że decyzja o zaczernieniu części dokumentacji oraz jej uzasadnienie były objęte tajemnicą.
14 września 2009 roku, po procesie, który w pełni zasługuje na miano tragifarsy, Hartmann została uznana za winną obrazy sądu i skazana na grzywnę w wysokości siedmiu tysięcy euro. Odwołała się od wyroku, ale w lipcu 2011 jej apelacja została odrzucona. Sąd apelacyjny nie określił, która część książki Hartmann łamała prawo; do tego czasu znaczna część wykreślonych informacji została zresztą ujawniona, choćby podczas procesu byłego szefa sztabu Jugosłowiańskiej Armii Ludowej, Momčila Perišicia, w związku z jego udziałem w zbrodniach wojennych w Bośni, szczególnie w Srebrenicy.
Hartmann zdeponowała grzywnę na koncie we francuskim banku i zaproponowała Trybunałowi, by ten odebrał pieniądze za pośrednictwem francuskich władz. Trybunał uznał, że grzywna nie została zapłacona i - zamieniając tragifarsę w skandal - skazał dziennikarkę na siedem dni więzienia, wzywając Francję, by natychmiast przekazała ją do Hagi. Francja oczywiście odmówiła, a były pracodawca Hartmann, dziennik "Le Monde", wyraził opinię nas wszystkich, pisząc w listopadzie 2011 roku: "Kiedy sędziowie stawiają na głowie międzynarodowy porządek prawny tylko dlatego, że nie potrafią przyjąć krytyki, podważają wiarygodność międzynarodowej sprawiedliwości".
Jakby tego było mało, Trybunał zaczął potem niweczyć rezultaty własnej ciężkiej pracy. Dwa orzeczenia sądu apelacyjnego z 2012 i 2013 roku unieważniły wyroki wydane na chorwackiego generała Gotovinę oraz dowódcę serbskiej (jugosłowiańskiej) armii Momčila Perišicia. Większość składu orzekającego, któremu w obu przypadkach przewodniczył sędzia Theodor Meron - ofiara Holokaustu, były izraelski dyplomata i obywatel USA - uznała, że w materiale dowodowym brakuje "konkretnych rozkazów" wydanych przez generałów wojskom biorącym udział w zbrodniach. Innymi słowy, właściwie nie wiadomo, kto zlecił te zbrodnie, choć wszyscy dobrze wiemy, że je popełniono.
Wzbudziło to zrozumiały gniew prokuratorów, bo w pierwszym okresie działalności Trybunału, po dramatycznych i przejmujących zeznaniach ofiar godzących w płotki, trzeba było wykonać tytaniczną pracę, by sięgając coraz wyżej w hierarchii służbowej, wykazać związki przywództwa wojskowego i cywilnego z tymi zbrodniami. Teraz cała ta misterna konstrukcja legła w gruzach - co może być ważnym sygnałem dla prezydenta Syrii, Asada - gdyż komplet sędziowski pod przewodnictwem sędziego Merona uznał na przykład, że ostrzeliwanie osady aż do momentu, gdy jej mieszkańcy zmuszeni będą opuścić zniszczone domy, nie jest równe deportacji, bo wygnanie ofiar ostrzału nie zostało ujęte w "konkretnym rozkazie". Zdaniem Hagi nie jest zbrodnią wojenną bombardowanie i ostrzeliwanie bezbronnych cywilów i zmuszanie ich do ucieczki - jeśli są jeszcze w stanie to zrobić - o ile rozkazy nie mówią wprost o takim właśnie celu ataków.
W książce wspominam rozrastającą się i obezwładniającą biurokrację i hierarchiczność, które zaczęły paraliżować działania Trybunału, a czytelnik może bezpiecznie założyć, że od momentu jej wydania sytuacja zmieniła się tylko na gorsze. Najwyższą rangą Bośniaczką w strukturach Trybunału - który miał szczęście, że choć przez jakiś czas zaszczycała go ona swoją obecnością - była Nerma Jelačić, ważna postać tej opowieści, a zarazem szefowa działu komunikacji i wsparcia MTKJ w czasie publikacji książki. Później jednak, gdy Trybunał ugrzązł w bagnie biurokracji, Nerma nie mogła tego dłużej znieść i odeszła.
Poważne wątpliwości budzi nie tylko obecna działalność Trybunału, ale i jego przyszłość. Trybunał tworzono między innymi po to, by dyktatorzy z różnych zakątków świata, świadomi nieuchronnej kary, dobrze się zastanowili, nim spuszczą ze smyczy swoje psy wojny. Wydaje się jednak, że prezydent Asad i jego adwersarze z Państwa Islamskiego nie przejmują się tym w najmniejszym nawet stopniu.
O losach Trybunału może również zdecydować to, kto zostanie postawiony w stan oskarżenia w nowym wspaniałym świecie praw człowieka. W 2012 roku arcybiskup Desmond Tutu z RPA napisał w dzienniku "The Observer", dla którego pracuję, że były premier Wielkiej Brytanii, Tony Blair, powinien stanąć przed sądem za zbrodnie wojenne w Iraku. Tym samym podniósł bardzo ważną kwestię: Jak wysoko będzie w przyszłości mierzył Międzynarodowy Trybunał Sprawiedliwości lub młodsze instytucje, takie jak MTKJ? Czy po procesach zbrodniarzy z byłej Jugosławii międzynarodowe sądownictwo sięgnie wyżej, czy też obniży loty? Do tej pory Międzynarodowy Trybunał Karny (MTK), realizujący podobno w szerszym zakresie misję MTKJ, nie skazał ani jednej białej osoby. Odmówił zdecydowanie wszczęcia śledztwa przeciwko generałowi Augustowi Pinochetowi z Chile; Tony Blair pozostaje daleko poza kręgiem jego zainteresowań pomimo gorących apeli arcybiskupa.
Bez odpowiedzi pozostają również inne pytania. Dlaczego Trybunał skazał Charlesa Taylora z Sierra Leone, ale nie dowództwo izraelskiej artylerii, która ostrzelała szkoły w Libanie i cywilne osiedla w Strefie Gazy? Kiedy MTK zajmie się przestępstwami przeciwko środowisku naturalnemu czy prawom pracowników wielkich korporacji; firmami wydobywczymi, które doprowadzają do zagłady całych społeczności w Afryce i Ameryce Łacińskiej, bankami zamieszanymi w pranie brudnych pieniędzy należących do karteli narkotykowych?
Grecki filozof prawa Costas Douzinas napisał książkę, w której ośmiela się sugerować, że prawa człowieka stają się narzędziem w rękach potężnych państw i coraz bardziej się oddalają od zbioru nienaruszalnych zasad stworzonych przez jego przodków ze starożytnej Grecji, ideologów Wielkiej Rewolucji Francuskiej i Thomasa Paine'a. Na przekór wyrażonemu w tej książce optymizmowi, który wynikał z początkowych działań Hagi, obecnie międzynarodowe sądy służą głównie bogatym prawnikom i dowodzą słuszności tez Douzinasa.
Po wydaniu tej książki miałem zaszczyt przeprowadzić dla "The Observer" wywiad z Claude'em Lanzmannem - teraz mogę tylko żałować, że nie stało się to w czasie, gdy ją pisałem. Lanzmann to człowiek legenda, członek francuskiego ruchu oporu, kochanek Simone de Beauvoir i bliski przyjaciel Jeana-Paula Sartre'a, ale także człowiek, który przygotował i przeprowadził fantastyczne wywiady na potrzeby być może najważniejszego - a z pewnością najambitniejszego - filmu wszech czasów: dziewięcioipółgodzinnego materiału zatytułowanego Shoah. Dzieło to pozostaje najpełniejszym i najbardziej przerażającym zapisem największej katastrofy w dziejach ludzkości.
Znalezienie właściwego słowa na określenie tych, którzy przeżyli nazistowską eksterminację, to problem wszystkich autorów poruszających temat - ten sam problem pojawił się również w mojej książce. Nie lubię słowa "ofiara", bo deprecjonuje pozostałych przy życiu i nie odróżnia ich od tych, którzy zginęli; określenie "ocalony" wydaje się nie najgorsze i właśnie nim się tutaj posługuję, ale Lanzmann znalazł jeszcze lepsze; revenant - "powracający", a po francusku także "duch". Żałuję, że nie wiedziałem o "powracających", gdy pisałem tę książkę - to określenie przywodzi na myśl przerażający fragment wiersza rodaczki Lanzmanna, członkini ruchu oporu i byłej więźniarki Auschwitz, Charlotte Delbo, który cytuję w dalszej części tekstu i który pozwolę sobie zacytować również tutaj: "Więc wróciłam. Nie wiedzieliście, że stamtąd można wrócić, prawda?". Jednak spotkanie z Lanzmannem natchnęło mnie jeszcze inną myślą, która z pewnością wpłynęłaby na kształt tej książki.
Lanzmann był łaskaw porozmawiać ze mną o moim projekcie. Gdy wyjaśniłem mu, że piszę głównie o ocalonych, powiedział: "Sporo dyskutowaliśmy o tym, co powinno być tematem tego filmu. I muszę panu wyznać, że moim głównym tematem nie jest przeżycie. To film o śmierci". Oczywiście. Jak mówi Lawrence Langer, cytowany na kartach tej książki, wszelkie dzieła dotyczące Shoah obciążone są faktem, że ich główni bohaterowie, zmarli, nie mogą już nic powiedzieć. "Teoretycznie żaden z nich nie miał ocaleć, by świadczyć o prawdzie - mówił cicho Lanzmann. - Oni też mieli umrzeć. Udało im się przechytrzyć los dzięki niezwykłej odwadze, zuchwałości i szczypcie szczęścia. Ale [w filmie] nie chcieli mówić o tym, jak zdołali uciec, jak przeżyli. Byli w pełni świadomi faktu, że są rzecznikami zmarłych". W tej książce głos zmarłych nie wybrzmiewa dość głośno. Gdybym spotkał Lanzmanna wcześniej, napisałbym o nich więcej, przedstawiłbym więcej szczegółów z ich życia, pokazałbym więcej spotkań z duchami w życiu ocalonych, którzy oczywiście w każdej ze swych wypowiedzi są "rzecznikami zmarłych".
Tytuł tej książki wymaga być może krótkiego wyjaśnienia. Nie jestem monarchistą - broń Boże! Jestem żarliwym republikaninem - a tytuł jest parafrazą zdania wygłaszanego po śmierci brytyjskiego władcy: "Król umarł, niech żyje król" i podkreślającego dziedziczność oraz ciągłość władzy. Paralela jest prosta i wyraża to samo, co napisałem w odniesieniu do Iraku w artykule z maja 2003: "Wojny, w odróżnieniu od meczów piłkarskich, nie kończą się wraz z ostatnim gwizdkiem sędziego".
Ta książka nie sprzedawała się zbyt dobrze w Anglii, choć naprawdę uważam, że nie dlatego, że jest kiepska. Nie byłem tym jednak zaskoczony. Jednym z tematów, których nie omówiłem tu wystarczająco obszernie, była dziwna apatia Europy i Stanów Zjednoczonych wobec zbrodni dokonywanych, jak ujął to jeden z winowajców, "trzy kroki od Wenecji". Doprowadzało mnie do szaleństwa, gdy w czasie wojny wracałem do Anglii lub Włoch i przekonywałem się, że większość ludzi zupełnie nie przejmuje się tymi potwornościami albo nie wie, co właściwie ma o nich myśleć, więc woli się nimi nie interesować. Ta obojętność trwa do dziś i to w stopniu większym niż w stosunku do, na przykład, konfliktów na Bliskim Wschodzie czy w Afryce, a ja często się zastanawiam, co jest tego powodem. Być może po prostu ludzi nie obchodzą masowe zbrodnie, nawet jeśli dochodzi do nich tuż za miedzą, "trzy kroki od Wenecji" - a może właśnie dlatego, że dzieje się to za miedzą, że bośniacka tragedia rozgrywała się - i nadal się rozgrywa - tak blisko.
W odróżnieniu od mojej poprzedniej książki o wojnie narkotykowej w Meksyku, która odniosła duży sukces i została przetłumaczona na wiele języków, ta praca do tej pory nie ukazała się w żadnym innym języku, nawet serbsko-chorwackim (albo serbskim, chorwackim i bośniackim, jak zwał, tak zwał - ludzie nie potrafią dojść do porozumienia nawet w tak prostej kwestii). Cieszę się więc ogromnie, że trzymacie właśnie w dłoniach przekład na język kraju, który jest bardzo bliski mojemu sercu, Polski. Zastanawiam się też, dlaczego właśnie Polska? Mam pewną teorię na ten temat.
Choć noszę francuskie nazwisko i mam brytyjski paszport, moje DNA jest przede wszystkim irlandzkie, a jedynym krajem, w którym ta książka wzbudziła spore zainteresowanie, była właśnie Irlandia. Myślę więc o miejscach, które mnie interesują: Meksyku, Bośni, a teraz również - po wielkim zaszczycie, jakim była dla mnie nagroda imienia Ryszarda Kapuścińskiego - Polsce. Co mają ze sobą wspólnego wszystkie te państwa? Historię ciągłych napaści ze strony najbliższego sąsiada - a w przypadku Polski ze strony dwóch najbliższych sąsiadów. Uwielbiam żart, który w latach osiemdziesiątych opowiedział mi Jacek Kuroń: Piotrek i Bolek popijają wódkę w knajpie na przemysłowych obrzeżach Warszawy, wreszcie Piotrek pyta Bolka: "Kogo byś zabił najpierw, Ruska czy Niemca?". Bolek długo się zastanawia. "Hmm, bardzo trudny wybór - odpowiada w końcu. - Chyba Niemca. Najpierw obowiązek, potem przyjemność".
Bolek i Piotrek z tego żartu mogliby równie dobrze być Irlandczykami, Meksykanami lub Bośniakami. Wspólnota doświadczeń w postaci cierpień doznawanych raz po raz z rąk najbliższych sąsiadów owocuje nie tylko wyjątkowym zrozumieniem i współczuciem między narodami, których to dotyka - czego dowodzi Wasze zainteresowanie tą historią - ale i czymś znacznie więcej. Wydaje mi się, że tłumaczy to szelmowski humor, cechujący wszystkie te narody, pewien fatalizm, zamiłowanie do trunków, poetycki anarchizm (w odróżnieniu od politycznego) i na swój sposób pogodne, choć niepozbawione melancholii nieposłuszeństwo, które gra na nosie władzy - cechy, które sam ogromnie lubię. Gdy spytałem Fikreta Alicia, mężczyznę stojącego za drutem kolczastym obozu w Trnopolju w 1992 roku, jak przetrwał te straszne chwile i jak radził sobie z późniejszą traumą, odpowiedział mi po angielsku: "Eddie, przetrwałem, bo jestem człowiekiem, który potrafi się śmiać". Nie był to żart, ale gdyby nim był, większość Polaków natychmiast by go zrozumiała.
Dziękuję więc Wydawnictwu Czarne i dziękuję Tobie, Polsko. A do podziękowań dołączam bośniackie rozrachunki - a właściwie kilka słów o tym, dlaczego wciąż ich brak.
Ed Vulliamy
Glastonbury, Anglia
kwiecień 2015