Wiktoria i ja
Warszawa, lato 2022 roku
Pytasz mnie o książkę. Wiem, jaki jest jej tytuł. Wiktoria.
No właśnie. I to jest rodzaj zobowiązania. Dlatego pytam Cię: jaka ta książka o Tobie i o sprawie powinna być, żebyś czuła się z nią okej?
Ale to są dwa różne pytania! Czy ma być o mnie, czy mam się z nią komfortowo czuć? Jeśli ma być o mnie, to niech po prostu będzie o mnie. Jeśli ma być komfortowo, to lepiej, żeby o mnie było jak najmniej. Dopytuję, bo wiesz, że myślę w sposób bardzo precyzyjny...
Wiem, że taka jesteś. Do bólu precyzyjna. I muszę przyznać, że gdy byłaś dzieckiem, strasznie mnie to wkurzało. Twój umysł mnie przerażał... Nie, może nie tak twardo. Niepokoił mnie. Onieśmielał. Ale od czasu Twojego wyoutowania chyba więcej rozumiem. I teraz mnie ten umysł zachwyca.
Mam mnóstwo momentów w życiu, kiedy nie lubię mojego sposobu myślenia. Chodzi mi o te różne autystyczne sprawy. Bo ja sobie z wieloma rzeczami po prostu nie radzę. To czysta nieporadność: społeczna czy relacyjna. I wtedy pytam sama siebie: dlaczego, dlaczego ja tak mam!? Ale M. - Moja Ukochana Osoba - powiedziała: "Ja ciebie znam i taką, i taką. I zaradną, i nieporadną. I kocham cię w całości".
Bo taka jest ta Twoja całość.
Na studiach mieliśmy ostatnio zadanie: opisać obrazek w dziesięciu zdaniach. Nie wiemy, w jakim celu. Po prostu opis. Więc okej, ja pomyślałam tak: mamy obrazek, jesteśmy na zajęciach z psychologii, dokładnie z diagnozy. Na tych zajęciach uczyliśmy się już, że nie mówimy, jak jest, tylko ewentualnie jak nam się wydaje, że jest. Zakładamy, że prawdopodobnie coś jest czymś, a w związku z tym coś innego może znaczyć to lub to. To jest nasz język. I ten język broni nas i nasze osoby klienckie, żeby nie mówić czegoś, co nie jest prawdą.
Bo z psychologią nigdy nic nie wiesz do końca. Konceptualizacja trwa całą terapię. Stąd to wstrzymywanie się od kategorycznego sądu - tego przeświadczenia, że wiem, jak jest. Wolę zastrzeżenie - że coś mi się tylko wydaje. Wracam do obrazka. Ponieważ pamiętałam o tych założeniach "niepewności", to nie mówimy, że obrazek to kadr z filmu. Nie mówimy, że ta kobieta nosi czapkę wojskową. Tylko mówimy, że ta osoba wygląda jak człowiek, wygląda jak kobieta - nie znamy przecież jej tożsamości; że ma nakrycie głowy, które wygląda jak czapka, chyba wojskowa, to wszystko wygląda jak kadr z filmu, możliwe, że jest to jakaś inscenizacja, ale tego nie wiemy. W grupie tylko ja zwróciłam na to uwagę. Niektórzy nawet sobie z tego trochę żartowali. A potem się okazało, że...
Że trafiłaś...
Że my zrobiłyśmy to zadanie najlepiej. Byłam z siebie zadowolona.
Byłaś w tym sobą. Z tym swoim precyzyjnym sposobem myślenia.
To tak jak w filmach. Nie lubię bohaterek, bohaterów, które, którzy są jakieś, jacyś, bo po prostu takie, tacy są. Przestaję oglądać film, w którym ktoś jest zły, bo jest zły. Lubię historie, w których mogę zapytać o przyczynę. I wtedy okazuje się, że ktoś jest zły, bo go na przykład skrzywdzono.
Lubisz pytać: "dlaczego?".
Ty też.
O czym ta książka powinna być, żeby tytuł Wiktoria się z Tobą zgadzał?
Ale czekaj, to Ty mi odpowiedz na pytanie: dlaczego dajesz taki tytuł?
Hmm. Dlatego że to jest... dobry tytuł.
No tak, jasne. Wiktoria - zwycięstwo. Wiktoria, bo to ja...
Ta książka ma być bardziej osobista od pierwszej. Tam słuchałem cudzych historii. Teraz chcę mocniej wpleść w nie także naszą.
W sumie nie wiem, jaki masz pomysł na tę książkę. Z pół roku temu mówiłeś, że to ma być ta jaśniejsza strona życia. Coś optymistycznego. Ale teraz rozbijasz się ciągle o sprawy sądowe, o których publicznie opowiadasz, więc gdzieś ten optymizm przepadł. Mówisz też o śmierci...
Miałem takie naiwne przeświadczenie, że teraz będziemy pląsać po łące, trzymając się za ręce, bo przecież sąd masz już za sobą, więc właściwie nic, tylko żyć pełnią życia i to opisywać. Ale to było, no właśnie, naiwne. Nie chodzi o to, że życie nas zawodzi i dobija, tylko ono ciągle jest i takie, i takie. I fajne, i czasem niefajne. I chciałbym to wszystko opisać. Opisać, czym bywa to zwycięstwo. I kim Ty bywasz.
Bywam różna. Nie, jeszcze inaczej: ja jestem różna. I zdecydowanie nie tylko transpłciowa. Mam także mnóstwo innych cech. Zresztą gdy mówisz "osoba transpłciowa", to łączy się to z jakimiś założeniami wyjściowymi o takiej osobie. Zwłaszcza prawica ma bardzo jasno określone wyobrażenia o nas - o tych transpłciowych mężczyznach, to jeszcze jak cię mogę, ale o kobietach trans?! Wiesz, jak w filmie pojawia się zwykle jakaś osoba homoseksualna, to cała jej osobowość sprowadzana jest do tego, że jest homoseksualna. Nic innego się nie liczy. Wszystko kręci się wokół jej orientacji, osoba zostaje do niej zredukowana. I jeszcze jedno: w ogóle wszelkie inności, osobności są postrzegane przez większość jako monolit. Bo są rysowane grubą kreską. Zbyt często nie ma miejsca na niuanse. Nie ma miejsca na cechy indywidualne.
To jest taki slalom między stereotypami.
Rządzi zasada: my i oni. Podstawowa kategoryzacja świata. "My" jesteśmy zawsze bardziej skomplikowani, mamy swoje odcienie, tony i półtony. Jesteśmy wielowątkowi i wielowymiarowi. A "oni" są tacy. I kropka. Na przykład: ci źli "prawacy" są głupi i świętoszkowaci. Bo to działa w dwie strony. My też mamy dla nich takie dwie etykiety i to nam wystarcza. A ci "lewacy" to z kolei tylko seksualizują dzieci i na dodatek nie mogą się zdecydować, kim są. I już wszystko o nich wiemy. I żeby było jasne, to, że sobie zdaję sprawę z istnienia tego podziału na "my i oni", wcale nie znaczy, że jestem od niego wolna.
Też tak mam. Choć wydaje mi się, że przez nasze wspólne doświadczenia w wielu sferach życia mam więcej czujności.
Znam takie badania1 - a mówię o nich oczywiście dlatego, że idealnie opisują to, co myślę (uwaga! Jestem tego świadoma! Uwaga! Stać mnie na dystans! Uwaga! Używam też teraz sarkazmu i patrzę wymownie w dyktafon) - które pokazują, że osoby o bardziej lewicowych, liberalnych poglądach rzetelniej opisują prawą stronę. Rzetelniej niż prawa lewą.
Ale wiesz, że to znów trąci jakimś stereotypem? Oto prawa strona jest z zasady bardziej zamknięta, a lewa bardziej otwarta.
Ciekawe, że w tych badaniach do obu stron przypisano pewien zestaw wartości, i to często były te same wartości, tylko podawane w innej kolejności.
I trochę inaczej rozumiane...?
Były tam wolność, tolerancja, porządek, bezpieczeństwo. Na przykład ja bardzo cenię bezpieczeństwo i porządek, ale ważniejsza jest dla mnie otwartość. Po prawej stronie kolejność jest inna. Dla mnie bardzo ważna jest rodzina. Dla nich, prawych też. Tylko nie nasza... No ale ochrona rodziny jak najbardziej, tak! Rodzina jest najważniejsza! Ale skoro tak myślę, to oznacza, że jestem prawaczką?
Chyba zgubiliśmy główny wątek...
Okej. Osoby transpłciowe to są przede wszystkim... osoby. Ludzie. Mogą być samotne, mogą być szczęśliwe, mogą być znerwicowane, mogą być biedne i tak dalej. Więc jeśli o tym ma być książka, żeby pokazać różne odcienie szczęścia i nieszczęścia u osoby transpłciowej, to idąc za tym, co mawia Maja Heban2, bardzo proszę o usunięcie przedrostka "trans". Skupmy się na osobach. Ja też, jak każda i każdy, mam swoje strachy, swoje trudności, swoje marzenia, chwile satysfakcji, a nawet euforii, swoje zwątpienia i momenty dumy. Jak inni i inne. Jestem człowiekiem. Więc jeśli ta książka ma o tym opowiedzieć, nie mówmy za bardzo o transpłciowości. Mówmy o niej tyle, ile trzeba. A jeżeli chcesz się skupić na transpłciowości, to nie mówmy o moim szczęściu...
Mój wstęp
Mam w życiu dużo szczęścia. Mam rodzinę, o której - gdy byłem osiemnastoletnim chłopakiem i z niepokojem myślałem o swojej dorosłości - nie mogłem nawet marzyć. W tej projektowanej wtedy przyszłości byłem raczej sam: nie umiałem znaleźć nikogo, kto chciałby ze mną i z kim ja chciałbym robić życie. Nie myślałem o sobie jako o mężu, partnerze, ojcu. Ojcostwa zresztą bałem się chyba najbardziej. Z moim ojcem nie mieliśmy bliskiego kontaktu - chyba nie umiał mi go dać. Nie chciałbym jednak, żeby to zabrzmiało jak oskarżenie. Gdy byłem młodszy, miałem w sobie ten rodzaj pretensji. Kiedy to piszę, mam czterdzieści osiem lat i wiem, że ról społecznych nikt nas za bardzo nie uczy, choć powszechnie oczekuje się przecież, że powinniśmy dobrze je grać. Mój ojciec miał i dalej ma prawo być ojcem, który nie daje bliskości (bo nie potrafi, bo może nie chce, lub może daje tę bliskość, ale tylko tak, jak sam ją czuje i jak sam, jako syn swoich rodziców, został tych wzajemnych relacji nauczony). Nie zmienia to faktu, że się bałem.
Inaczej było z moją Mamą, która zbudowała cały fundament tego, kim dziś jestem. Kiedy na moich spotkaniach aktywistycznych dochodzimy do tego wątku - rodzicielstwa - ze wzruszeniem opowiadam zwykle pewną anegdotę z dzieciństwa. W pierwszej klasie podstawówki zdecydowaliśmy z Mamą, że będę do szkoły chodził sam. Mieszkaliśmy w Sopocie. Do Dziesiątki nie było daleko, ale trzeba było pokonać kilka przejść dla pieszych. Najpierw szło się przez parking, potem obok kościoła Gwiazdy Morza, schodami w dół i tu pierwsze pasy, potem przy przychodni kolejne, jakiś zakręt obok garażów i już na horyzoncie był szkolny płot. Ten pierwszy raz był ekstremalnie emocjonujący. Skupienie, rozglądanie się na jezdni, uważne zaliczanie kolejnych etapów, na końcu ulga i w sumie zdziwienie, że poszło tak łatwo. Że to nie jest trudne. I że potrafię, potrafię sam! Dopiero po latach Mama opowiedziała mi, że całą tamtą drogę... przeszła za mną. Chowała się za drzewami. Chciała mieć pewność, że jestem bezpieczny, ale wolała, żebym jej nie widział. Nie chciała odbierać mi poczucia samodzielności.
Z Magdą na rodzicielstwo nie zdążyliśmy się umówić. Jesienią 1999 roku wszystko między nami poszło szybko. I byliśmy tym zachwyceni! Pławiliśmy się w nagłym byciu razem (co prawda znaliśmy się wcześniej, bo pracowaliśmy razem w Radiu Plus w Gdańsku już od kilku dobrych lat, ale przez cały ten czas właściwie byliśmy sobie obojętni, aż nagle...!), byliśmy zachwyceni wspólnym mieszkaniem z widokiem na Motławę, do którego przeprowadziliśmy się dwa tygodnie od pierwszej randki... Myślę, że Magda wolałaby zostawić tamte nasze czułe wspomnienia dla nas - i słusznie - więc dość szczegółów. Ważne jest to, że pamięć o nich celebrujemy wspólnie również teraz, prawie ćwierć wieku później. Tak. Mam w życiu dużo szczęścia.
Mam też w pamięci pierwsze chwile z moim pierwszym dzieckiem. Szpital Miejski w Gdyni. Poród był długi, Magda zmęczona. Nawet nie wiem, czy mieliśmy wtedy siłę, by odczuwać szczęście. To była raczej ulga, że się udało. Mieliśmy dziecko. Pępowinę przecinałem bez jakichś większych emocji. Technicznie, zdziwiony, że taka miękka. Wiktoria leżała na wadze (używam wybranego przez nią imienia, choć wtedy przyzwyczajałem się do innego - tego, które wybraliśmy my. Używam tego drugiego, bo piszę przecież o tej samej osobie, którą była już po urodzeniu, była maleńkim transpłciowym człowiekiem, o czym jednak my mieliśmy się przekonać dopiero za dwadzieścia lat). Pamiętam, że liczyłem jej palce - by mieć pewność, że urodziła się cała i zdrowa. Patrzyłem na jej oczy, na twarz - z lękiem, bo naczytałem się o chorobach, z którymi rodzą się dzieci. Bałem się, że zobaczę jakiś grymas, który włączy mi w głowie alarm. Ale nic takiego się nie wydarzyło. Dziecko było spokojne i bezradne. Nagie, w pozie rozkraczonej żaby. A więc to tak? Tak to się zaczyna? Miałem dwadzieścia cztery lata. Młody chłopak o gładkiej twarzy, płochliwie czerwieniący się ze wstydu, a wstydzący się często i najbardziej siebie. Ja - ojciec.
Tatą bywałem różnym. Zlepkiem kompleksów, ambicji, talentów, czasami pewności siebie, czasami pychy, a czasami kompletnej niewiary w siebie i załamań psychicznych. Cierpliwym i niecierpliwym. Czułym i surowym. Beztroskim i pamiętliwym. Sprawiedliwym i tendencyjnym - zwłaszcza gdy pięć lat później urodziła się Hela, młodsza córka, nie udawało mi się uniknąć jakiejś nierówności w traktowaniu naszych dzieci. I być może trwa to do dziś. Wtedy, na początku, czułem głównie presję - i to raczej narzuconą przez siebie samego - że muszę dać radę jako ojciec.
Pamiętam takie zdarzenie: wracałem z pracy. W radiu zwykle wymienialiśmy się dzieckiem. Magda przyjeżdżała naszym czerwonym maluchem i przekazywała mi wózek, torby z pieluchami, kocykami i butelką mleka, no i samą Wiktorię. Ja z tym wszystkim (bo nie miałem jeszcze wtedy prawa jazdy) szedłem na autobus, potem na kolejkę i kolejny autobus, by w końcu wspiąć się pod górę do domu. Zdarzenie miało miejsce w kolejce. Stałem w przedziale "dla podróżnych z większym bagażem", wokół nas sporo miejsca, ale w pewnym momencie przysiadł się do nas jakiś facet, pijanie gadatliwy, nie agresywny, ale dość nachalny. Coś tam zagadywał, aż nagle nachylił się nad wózkiem i chwycił Wiktorię za rękę. Zmroziło mnie. Czułem, że on robi źle, że przekracza jakąś granicę, ale jednocześnie nie potrafiłem stanowczo zareagować. Uśmiechałem się głupio, przesunąłem wózek niby do wyjścia, żeby jakoś się od faceta uwolnić... Nie potrafię wyrzucić tego z pamięci. Mnie - który nie dał rady ochronić dziecka. Mnie - który zawiódł. Zawiódł i miał szczęście, że nic złego z jego słabości nie wyniknęło.
Nie wiem dlaczego, ale uruchamiają się teraz we mnie obrazy rodzicielskich tąpnięć. Chyba zaczynam rachunek sumienia.
Parę lat później: chłodny, szary poranek. Starą służbową octavią wiozłem Wiktorię do przedszkola. Musiała być zima - mocowanie się z dzieckiem ubranym w puchową kurtkę nie było łatwe. Jej też się nie podobało, poza tym nie chciała do przedszkola, tak jak ja nie chciałem do mojej ówczesnej pracy. Zaczęła płakać. Siedziałem już za kierownicą. Jeszcze nie ruszyłem, ale już podniosłem głos. W aucie byliśmy tylko ona i ja. Ona płakała, a ja się darłem. Struchlała, zrobiło się cicho, ruszyłem. I poczułem się tak strasznie źle. Chciało mi się płakać ze wstydu, z bezradności i chyba trochę z miłości, którą tak głupio pobrudziłem. Wygrałem z jej płaczem, przegrałem ze wszystkim innym. Wstydziłem się przez całą drogę do przedszkola. I dalej się wstydzę.
Nasze ostatnie wspólne wakacje we Francji, jeszcze przed pandemią. Mieszkaliśmy właściwie na plaży. Było pięknie. Przypływy, odpływy. Raj. I tylko to dziecko... Co z nim? Dlaczego praktycznie nie wychodziło z pokoju? Dlaczego w pokoju z widokiem na morze okna były szczelnie zasłonięte? Dlaczego prawie z nami nie rozmawiało? Dlaczego tak się izolowało? To jest ten młodzieńczy bunt? Robiło nam na złość? Bo te wspólne wakacje to bardziej przymus niż chęć? Ile my się wtedy z Magdą o tym nagadaliśmy. Ile było w nas pretensji. Ile pomysłów, jak to zmienić. Głównie siłowe. "Choć raz się wykąp w morzu! Rusz się z tego łóżka! Zrób coś! Zrób to dla nas!" I zmusiliśmy. Chyba nigdy nie zapomnę tego widoku. Tej zrezygnowanej, przegranej, nastoletniej osoby, która wkłada kąpielówki na blade ciało, schodzi na plażę, zgarbiona, z opuszczonymi ramionami, i sztywno stawiając kroki, idzie w kierunku wody. Wokół plażowe radości, gry i zabawy. Migotliwe słońce i kontur smutnego człowieka. Nasze dziecko, nie zmieniając tempa, wchodzi do wody, nie dalej niż do kolan, po czym odwraca się i w tym samym tempie, z tą samą twardością gestów wraca do domu, bez słowa wchodzi do pokoju i kładzie się do swojego łóżka. "Chcieliście, to macie!"
Nic z tego nie rozumieliśmy. A im mniej rozumieliśmy, tym bardziej się kłóciliśmy. Z dzieckiem, ale i między sobą - obwiniając się o bezradność, szukając zaradności (każde na swój sposób) i kłócąc się jeszcze bardziej. Skąd mieliśmy wiedzieć - skoro i nasze dziecko jeszcze wtedy tego nie wiedziało - że to, co je tak zamyka w mrocznym pokoju, to dysforia płciowa? Nawet nie wiedzieliśmy, że coś takiego istnieje.
Potem było tylko gorzej - trochę już widzieliśmy, a trochę tylko przeczuwaliśmy. Wypieraliśmy przy tym nawet najbardziej alarmistyczne sygnały, łudząc się, że to jedynie przejściowe i standardowe kłopoty nastoletniości. W ten sposób przeoczyliśmy albo wyparliśmy samookaleczenia. Wyparliśmy albo przeoczyliśmy próbę samobójczą - kurczowo trzymaliśmy się zdania usłyszanego od lekarza w szpitalu, do którego karetką nieprzytomne i przypięte pasami do noszy przyjechało nasze dziecko: "To nie była próba samobójcza, bo dziecko mówi, że to nie była próba samobójcza". Głupota tego zdania dotarła do nas dopiero po latach. Wtedy, gdy już wiedzieliśmy, co było czym.
"Mam na imię Wiktoria" - pewnie nie byliśmy gotowi, by usłyszeć to zdanie od naszego dziecka, ale nie miało to znaczenia. Zdanie padło, a my dalej przecież byliśmy tymi samymi rodzicami - reagującymi a vista, bo inaczej się nie da. Od tamtej wrześniowej rozmowy telefonicznej z Wiktorią w 2020 roku mijają już lata. I znów mogę napisać: mam w życiu dużo szczęścia.
Bo odzyskaliśmy nasze starsze dziecko. Bo w porę zorientowaliśmy się, że nasza młodsza córka w nie mniejszym stopniu potrzebuje rodziców. Bo nie zgubiliśmy się nawzajem - a wręcz może odnaleźliśmy się bardziej. Droga, którą jako rodzina przeszliśmy, była (i nadal bywa) trudna, ale jest - i nie mam co do tego najmniejszych wątpliwości - ogromnie wartościowa.
Nie byliśmy na tę drogę przygotowani, to jasne. I my wszyscy, jako społeczeństwo, też bywamy nieprzygotowani - emocjonalnie, intelektualnie - na przyjęcie tego, co różne. Nie rozumiemy. A kiedy nie rozumiemy, to się buntujemy. Wściekamy, a czasem rozpaczamy. Dopiero potem zaczynamy pytać, uczymy się słuchać i powoli rozumieć, by na końcu już tylko kochać. I wierzę, że ma to głęboki sens.
Od psychoterapeutki, psycholożki Joanny Flis usłyszałem takie słowa: "Dojrzale, to znaczy widzieć szerzej. Widzieć różne konteksty życia. Że nie ma prawdy ostatecznej. Że nawet prawda naukowa tylko przybliża nas do poznania prawdy. To również umiejętność łączenia rzeczy z pozoru niepołączalnych - jak wiara i nauka. I właśnie to połączenie daje nadzieję - choć nie jest to nadzieja naiwniaka, który powtarza: "Będzie dobrze". To jest nadzieja dojrzałego dorosłego, który mówi: "Wiem, jak jest, ale wybieram wiarę, że będzie dobrze". Ta dojrzałość zaczyna się wtedy, gdy nie znamy odpowiedzi na wiele pytań i jesteśmy z tego dumni. Bo czasem dobrze postawione pytanie jest ważniejsze niż odpowiedź. Poza tym w odpowiedzi nie ma już tajemnicy. I nie ma ciekawości".
A kiedy przestałem być "gładkim" ojcem transpłciowej Wiktorii? Bo że przestałem - to fakt. Przynajmniej medialnie. Prawda jest taka, że ja w sobie nie zauważałem jakichś rewolucyjnych zmian. Od dwóch lat jeździłem na spotkania autorskie, brałem udział w debatach, panelach, szkoleniach, zjazdach, kongresach... wszędzie tam - jak mi się wydawało - ciągle byłem po prostu sobą. Piotr Jacoń, lat czterdzieści parę, ojciec, mąż, dziennikarz, pan z telewizji, pan z Gdyni, pan empatyczny, pan uśmiechnięty, pan ambasador osób wykluczonych...
Wszystkie te określenia pasowały mi, bo były miłe. Ale - i to zaczynałem odczuwać stopniowo i dopiero po jakimś czasie - trochę (używając języka Gombrowicza) mnie upupiały. Stawały się - owszem przyjemną, ale etykietą. A ja co prawda jestem raczej uśmiechnięty, ale potrafię być także wściekły i dawać temu - również publicznie - wyraz. Coraz częściej więc właśnie publicznie używałem słowa "wkurw", bo dobrze oddawało mój stosunek do opresyjności i bezmyślności państwa na przykład wobec osób trans. Jestem empatyczny, ale jestem też bezkompromisowy wtedy, gdy w moim przekonaniu rozmawiamy o kwestiach fundamentalnych. A przecież pojęcia takie jak równość czy godność to fundament. Tak było we sierpniu 2022 roku na uroczystości wręczenia Medali Wolności Słowa w Gdańsku. Już sam charakter tego spotkania, w okopach na wojnie z rządami PiS, robił swoje - czuliśmy się dobrze w swoim towarzystwie. Bo byliśmy "my" kontra "oni". A to jednak nie jest do końca tak. Przypomniałem, że ci "my", a dokładnie Platforma Obywatelska w 2015 roku zostawiła osoby trans z prezydenckim (Andrzeja Dudy) wetem do ustawy o uzgodnieniu płci. Ówczesna władza nie odrzuciła go, choć mogła. I że teraz jest dług do spłacenia. Po uroczystości jedna z posłanek PO podeszła do mnie wyraźnie niezadowolona: "Ależ był pan dla nas srogi!".
O zamieszaniu ze Szkłem kontaktowym napiszę tylko kilka zdań. Nie chcę drobiazgowo opowiadać, co się wtedy na antenie wydarzyło i co potem o tym mówiono i pisano. Po tym jednym parosekundowym momencie, gdy Krzysztof Daukszewicz zainspirowany transfobicznymi "żartami" Jarosława Kaczyńskiego rzucił do mnie na antenie pytanie: "Jakiej jestem dziś płci?", nastąpiła seria atomowych odprysków, które poobijały nas wszystkich mocniej niż samo zajście. Cokolwiek zrobię - czy dobrego, czy nieudanego (zwłaszcza!) - dla wielu pozostanę już tym, który "zniszczył pana Krzysztofa" i redakcję Szkła kontaktowego. Będę radykałem, hipokrytą, który z jednej strony jest piewcą otwartości, z drugiej zaś poluje na cudze wpadki. I nie odpuszcza. Przekonywanie, że to nie jest prawda, nie ma sensu. Bo ci, którzy wiedzą swoje - słysząc tłumaczenia - jeszcze bardziej utwierdzają się w słuszności swojej wersji. Więc z bólem, ale jednocześnie dystansem muszę zaakceptować, że jest to już część mojego publicznego wizerunku.
Afera Szkła... uświadomiła mi coś, co trudno byłoby mi pewnie poczuć bez tego wstrząsu. Pokazała, co w praktyce oznacza fakt, że jestem wyoutowanym (co to w ogóle za absurd, że można być WYOUTOWANYM ojcem kogoś transpłciowego?! Absurd, by osoba transpłciowa i w ogóle jakakolwiek inna musiała się OUTOWAĆ!) ojcem transpłciowej młodej kobiety i jednocześnie aktywistą. A ciągle przecież także dziennikarzem. Na antenie byłem wtedy jako dziennikarz. Ale pytanie skierowane w moją stronę nagle - bez mojego przecież aktywnego w tym udziału, bo niczego wtedy nadzwyczajnego nie powiedziałem, stałem tylko ze skamieniałą twarzą, głucho recytując formułkę zapowiedzi Dnia po dniu - wyciągnęło na plan pierwszy mnie ojca i całą naszą rodzinną historię. Te parę sekund pokazało, jak bardzo to, co osobiste, jest sklejone z tym, co oficjalne - i jak to działa. Konstruktywnie i destrukcyjnie. Dotąd byłem przyzwyczajany do konstruktywnego odbioru. Wtedy, podczas łączenia ze Szkłem, też początkowo wydawało mi się, że zadziałał ten schemat. Że transfobiczna uwaga wywołana - o czym jestem przekonany: w sposób niecelowy i bez świadomości jej transfobicznego ładunku - przez samą moją obecność została do jakiegoś stopnia zdemaskowana. Trudno było nie odczuć, jak bardzo była nie na miejscu. Ale nie musiało minąć dużo czasu, by to, co konstruktywne, zaczęło pękać i powoli się okruszać.
Zawstydzenie autorów zamieniało się w zniecierpliwienie - zwłaszcza gdy okazało się, że bohater tego incydentu, czyli ja, ma na jego temat jakieś przemyślenia, a nawet oczekiwanie wspólnej nauki. Właśnie ta postawa zaczęła zwyczajnie wkurzać. Dopóki byłem "ofiarą" niezręczności, można było mi bez większego wysiłku współczuć. Gdy jednak "ofiara" postanowiła przemówić własnym głosem, przestała nią być. Silna ofiara - cóż to za koncept?! Cóż to za oszustwo?! I tak następowały po sobie kolejne fazy: od zawstydzenia przez zniecierpliwienie do wkurzenia na tego pana, który już nie tyle uczył, ile zaczął pouczać. A przede wszystkim zepsuł atmosferę i odebrał powszechne poczucie samozadowolenia. Moje oczekiwania zamieniały się w oczach innych w roszczenia. I dlatego takim "radykałom" jak ja - w rozumieniu wielu - w końcu należało powiedzieć stanowcze DOŚĆ.
Cały ten wywód pokazuje moją naiwność. Bo przecież to, że na takiego gościa jak ja od początku patrzono i z uśmiechem, i z grymasem zaniepokojenia, jest oczywiste. Tylko różnorodność tych spojrzeń nie od początku do mnie docierała. W mainstreamie przez dwa ostatnie lata byłem odbierany pozytywnie: chwalony za życiową postawę i za dziennikarską pracę na rzecz "sprawy". I to wystarczyło, by umościć się w tym kokonie komplementów i jednocześnie stracić kontakt z rzeczywistością. Był moment, jeszcze długo przed "aferą", gdy Maja Heban, pisząc do mnie przy jakiejś okazji, rzuciła pytanie: "A może chcesz wiedzieć, co o tobie złego piszą w internecie - na tych stronach, gdzie raczej nie zaglądasz?". Nie chciałem. Nawet nie dlatego, że bałem się tego, co mogę tam znaleźć. Wtedy myślałem raczej o moim stanie psychicznym - po co dodatkowo się obciążać? Po co nasiąkać tym wirtualnym szambem na własne życzenie? Lepiej żyć czysto.
Ale rzeczywistość nigdy czysta nie była. I prędzej czy później musiała dać o sobie znać. Prędzej czy później musiałem zostać aktywistycznie poddany próbie. Trwający dwa lata miesiąc miodowy miał swój kres. Innymi słowy - tak widzę to teraz - gdyby afera związana ze Szkłem... się nie wydarzyła, musiałoby wydarzyć się coś innego. Coś, co pozwoliłoby obu stronom stanąć w prawdzie. Mnie - który wreszcie poczuje, że świat może nie jest taki zły, ale nie jest też taki znów dobry, jak mogło mi się wydawać. I światu - że można w końcu wyrzucić z siebie skrywane dotąd pokątnie uczucia wobec takich ludzi jak ja, którzy oczekują, by on się naprawiał, czyli żeby coś zrobił. Tak dochodzimy do odwiecznego pewnie konfliktu: aktywiści kontra reszta świata. Konfliktu, który zacząłem czuć na własnej skórze.
No i jeszcze jedna prawda, która wtedy do mnie dotarła. Że naszym ulubionym (jako społeczeństwa) zajęciem jest prowadzenie zażartych dysput o innych bez udziału tych innych w dyskusji. Tak było i w tym przypadku. Powstawały felietony, artykuły, analizy. A największymi specjalistami i specjalistkami od wykluczonych stawały się osoby, które żadnego wykluczenia nigdy nie poczuły. Syci recenzowali głodnych i to w tonie zniecierpliwienia: "No ile można gadać o jedzeniu! Przestańcie! Jakie to żałosne i roszczeniowe!". To, czego już się nauczyliśmy w rozmawianiu o prawach kobiet - że usadzanie w studiu trzech zadowolonych z siebie panów, którzy prawią o rodzeniu dzieci, jest dla kobiet obraźliwe, bo odbiera im podmiotowość - ciągle jest nieodrobioną lekcją w sprawach osób wykluczonych ze względu na orientację seksualną czy tożsamość płciową (choć dotyczy to nie tylko osób LGBTQIA+3). Czy tak zwany homofobiczny żart jest żartem czy homofobią (bo jednym i drugim jednocześnie być nie może) "ekspercko" oceniane jest najczęściej przez heteronormatywnych4 silniejszych. Ta "siłowa" dyskusja zwykle kończy się argumentem typu: "No, przecież mnie to nie obraża, więc o co wam chodzi?". "Chyba jesteście przewrażliwieni" - mówią ci, którzy nie są obrażani, bo "żart" nie jest o nich, więc i nie jest testem ich wrażliwości. I chyba to w tej całej "szkielnej" historii ruszało mnie najbardziej: powtórne wykluczenie już wykluczonych w odwecie za to, że o swojej niesłusznie słabszej pozycji społecznej powiedzieli głośno. Gdy tymczasem ci wykluczeni przypominają o swoich prawach nie po to, żeby komuś jakiekolwiek prawa zabrać, tylko by wreszcie z tych swoich móc skorzystać!