rozdział_drugi_
Direct Orient Express
Duffill włożył okulary, miały drucianą oprawkę i szkła tak szczelnie zaklejone taśmą, że nie zauważyłby Błękitnego Meczetu, nawet gdyby przed nim stanął. Pozbierał swoje paczki i chrząkając, wyciągnął skądś walizkę obwiązaną pękiem skórzanych i płóciennych pasków, które miały ją zabezpieczyć przed niespodziewanym pęknięciem w szwach. Wysiedliśmy, ale spotkaliśmy się po chwili kilka wagonów dalej, pod sypialnym, gdzie przystanęliśmy, by przestudiować tabliczkę: "Direct Orient", i jego trasa: "Paryż-Lozanna-Mediolan-Triest-Zagrzeb-Belgrad-Sofia-Stambuł". Staliśmy tak, a Duffill oddalał i przybliżał okulary, jakby to była lornetka. Wreszcie powiedział:
- Jechałem tym pociągiem w dwudziestym dziewiątym.
Wydawało mi się, że powinienem coś odpowiedzieć, ale gdy przyszło mi do głowy co ("Sądząc po tym, w jakim stanie są wagony, to prawdopodobnie ten sam pociąg"), Duffill ze swymi paczkami i obwiązaną walizką poszedł już dalej. W 1929 roku był to istotnie wspaniały pociąg, sam zaś Orient Express jest bez wątpienia najsłynniejszym pociągiem świata. Podobnie jak kolej transsyberyjska, łączy Europę z Azją, i to w dużej mierze odpowiada za otaczającą go legendę. Ale oddawano mu cześć także w literaturze: jechała nim niespokojna Lady Chatterley, po niej Herkules Poirot i James Bond, a Graham Greene wysłał nim kilku swoich niedowiarków, jeszcze zanim sam miał okazję udać się nim w podróż ("Ponieważ nie mogłem pojechać do Stambułu pociągiem, pozostało mi kupić sobie Pacific 231 Honeggera[5]", pisze w przedmowie do Pociągu do Stambułu). Powieściowym źródłem tej romantycznej aury jest także Madonna slipingów (1925) Maurice'a Dekobry. Jego bohaterka, Lady Diana ("którą John Ruskin niewątpliwie by się zachwycał"), dała się porwać magii Orient Expressu: "Mam bilet do Konstantynopola. Ale nie jest wykluczone, że zatrzymam się w Wiedniu albo w Budapeszcie. Zależeć to będzie od przypadku albo koloru oczu mojego przygodnego towarzysza podróży". Po jakimś czasie przestałem się jednak dziwić, dlaczego tak wielu pisarzom pociąg ten służył za tło dla kryminalnych intryg - pod wieloma względami Orient Express jest naprawdę morderczy.
Mój przedział wyglądał jak ciasna szafa z dwiema półkami i tarasującą przejście drabinką. Gdy położyłem walizkę na siedzeniu, okazało się, że dla mnie nie ma już miejsca. Konduktor pokazał mi, jak kopniakiem wepchnąć bagaż pod łóżko. Potem pokręcił się chwilę, czekając na napiwek.
- Jedzie tu ktoś jeszcze?
Nie przyszło mi do głowy, że będę miał towarzystwo. Podróżnik wyruszający w długą drogę wyobraża sobie w swej arogancji, że skoro wybiera się tak daleko, będzie przemieszał się sam. Nikt inny nie mógł przecież wpaść na równie wspaniały pomysł.
Konduktor wzruszył ramionami. Wobec takiego lekceważenia postanowiłem nie dać mu napiwku. Wyszedłem rozejrzeć się po wagonie: tuż obok, w przedziale z kuszetkami, jechało japońskie małżeństwo (widziałem ich wtedy po raz pierwszy i ostatni), dalej starsi Amerykanie, tęga Francuzka czujnie obserwująca swoją śliczną córkę, ogromna młoda Belgijka (miała dobrze ponad metr osiemdziesiąt i wielkie buty) podróżująca z elegancką Francuzką oraz (zajrzałem tylko na chwilę, bo drzwi właśnie się zamykały) zakonnica albo pulchny satanista. W przedziale na samym końcu wagonu mężczyzna w golfie, marynarskiej czapce i monoklu ustawiał na stoliku pod oknem butelki: trzy wina, woda Perrier i duża flaszka dżinu - na pewno jechał daleko.
Przed moim przedziałem stał Duffill. Zdyszany. Tłumaczył, że nie mógł znaleźć wagonu, bo słabo mówi po francusku. Głęboko odetchnął, zrzucił gabardynowy płaszcz i powiesił go wraz z kaszkietem na wieszaku obok moich rzeczy.
- To moje miejsce - oznajmił, dotykając górnego łóżka.
Był niedużym mężczyzną, ale gdy tylko znalazł się w przedziale, zapełnił go niemal w całości.
- Dokąd pan jedzie? - zapytałem odważnie i chociaż znałem odpowiedź, zdrętwiałem, gdy usłyszałem, co powiedział.
Myślałem, że będę go obserwować z daleka, liczyłem, że będę w przedziale sam. Nie była to więc najlepsza wiadomość. Widział, że nie jestem zachwycony.
- Nie będę panu przeszkadzał - zapewnił. Jego paczki leżały na podłodze. - Muszę to tylko gdzieś upchnąć.
- Niech pan z nimi zrobi, co zechce.
Pozostali pasażerowie stali na korytarzu, czekając na odjazd pociągu. Amerykanie przecierali okno, dopóki nie zrozumieli, że jest brudne od zewnątrz, mężczyzna z monoklem wyglądał na peron i popijał, Francuzka kończyła jakieś zdanie:
- ...Szwajcaria.
- Stambuł - oświadczyła młoda Belgijka. Miała szeroką twarz, którą dodatkowo powiększały duże okulary, była o głowę wyższa ode mnie. - To mój pierwszy raz.
- Ja jestem w Stambule dwa lata przedtem - powiedziała Francuzka, krzywiąc się, jak to Francuzi, nim z ulgą wrócą do ojczystego języka.
- Jak tam jest? - zapytała Belgijka.
Czekała. Ja także czekałem. Próbowała pomóc Francuzce.
- Bardzo przyjemnie?
Francuzka uśmiechnęła się i potrząsnęła głową.
- Tr?s sale. Bardzo brudnie.
- Ale miasto ładne? Stare? Kościoły? - Belgijka bardzo się starała.
- Sale.
Nie wiedziałem, dlaczego się uśmiecha.
- Jadę do ?zmiru, Kapadocji i...
Francuzka cmoknęła i powtórzyła:
- Sale, sale, sale.
Weszła z powrotem do przedziału. Belgijka przewróciła oczami i po chwili mrugnęła do mnie.
Pociąg ruszył. Na końcu korytarza człowiek w marynarskiej czapce stał oparty o drzwi, pił i obserwował bieg pociągu. Po kilku minutach pasażerowie wrócili do przedziałów - z mojego dochodziły dźwięki upychania papierowych paczek. W przejściu pozostał tylko mężczyzna w czapce, którego nazwałem Kapitanem, i ja. Spojrzał w moją stronę i zapytał:
- Stambuł?
- Tak.
- Napijmy się.
- Piję już cały dzień - odparłem. - Ma pan może wodę mineralną?
- Mam, ale zostawiam ją sobie do mycia zębów. Nigdy nie korzystam z wody w pociągach. Niech pan da spokój i napije się czegoś normalnego. Na co ma pan ochotę?
- Najchętniej na piwo.
- Nie pijam piwa. Niech się pan lepiej napije tego. - Wskazał na swój kieliszek, po czym podszedł do półki i czegoś mi nalał. - To całkiem niezłe chablis, zupełnie nie czuć go kredą, w przeciwieństwie do tych eksportowanych.
Trąciliśmy się kieliszkami. Pociąg jechał już szybko.
- Za Stambuł.
- Za Stambuł.
Nazywał się Molesworth, ale wypowiedział to tak wyraźnie, że z początku myślałem, że to dwuczłonowe nazwisko. W jego postawie i szybkim sposobie mówienia było coś wojskowego, choć mógł to być równie dobrze aktorski sznyt. Zbliżał się do sześćdziesiątki, był żwawy, nieco porywczy, i mogłem sobie doskonale wyobrazić, jak strofuje młodych oficerów w klubie w Aldershot[6] albo w trzecim akcie sztuki Rattigana[7]. Szkiełko, które nosił na łańcuszku, nie było - jak mi się wydawało - monoklem, tylko lupą. Użył go, by znaleźć chablis.
- Jestem agentem aktorskim - powiedział. - Mam własną firmę w Londynie. Malutką, ale dajemy sobie radę. Zawsze mamy więcej zleceń, niż możemy obsłużyć.
- Czy mogę znać któregoś z waszych aktorów?
Wymienił kilka sławnych nazwisk.
- Myślałem, że jest pan wojskowym.
- Naprawdę?
Powiedział, że służył w armii indyjskiej - w Punie, Śimli, Madrasie - a do jego obowiązków należało organizowanie przedstawień dla żołnierzy. Przygotował trasę po Indiach dla Noëla Cowarda w 1946 roku. Kochał wojsko. Wspominał, że wówczas w Indiach wielu Hindusów było tak dobrze wychowanych, że można ich było traktować jak równych sobie.
- Rozmawiając z nimi, w ogóle nie miało się wrażenia, że to Hindusi.
- Znałem pewnego brytyjskiego oficera, który był w Śimli w latach czterdziestych - powiedziałem. - Poznałem go w Kenii. Mówili na niego Bunny.
Molesworth zamyślił się na chwilę.
- Znałem kilku Bunnych.
Zaczęliśmy rozmawiać o indyjskich pociągach. Zdaniem Moleswortha były wspaniałe.
- Mają w nich prysznice, a po korytarzu zawsze kręci się mały człowieczek, który przynosi wszystko, czego ci trzeba. W porze posiłku telegrafują do następnej stacji po przekąski. Och, spodoba się panu!
Duffill wyjrzał zza drzwi i poinformował:
- Kładę się spać.
- To pana towarzysz? - zapytał Molesworth, po czym rozejrzał się po przedziale - Ten pociąg nie jest już taki jak kiedyś. Szkoda. Uchodził za jeden z najlepszych, de luxe, jeździła nim rodzina królewska. A teraz? Nie jestem pewien, ale chyba nie mamy nawet wagonu restauracyjnego. Jeżeli to prawda, będzie niemały kłopot. Ma pan coś do jedzenia?
Odpowiedziałem, że nie, chociaż radzono mi, żebym coś zabrał.
- To była dobra rada - przyznał Molesworth. - Ja niczego nie wziąłem, ale w ogóle nie jadam dużo. Lubię myśleć o jedzeniu, ale znacznie bardziej wolę pić. Jak panu smakuje chablis? Dolać? - Przyłożył szkiełko do oka i odnalazł butelkę. - Strasznie wszyscy krytykują te francuskie wina.
Pół godziny później poszedłem do siebie. W przedziale paliło się światło, a na górnym łóżku spał Duffill - w piżamie zapiętej pod szyję, na wznak, z twarzą zwróconą do lampki, której blask nadawał mu trupi wygląd. Rysy miał stężałe, a jego głowa poruszała się w takt ruchu pociągu. Zgasiłem światło i wsunąłem się na dolną półkę. Ale nie mogłem zasnąć: dokuczało mi przeziębienie, wypity alkohol, zmęczenie. Nagle zaniepokoiło mnie jeszcze coś: świecąca tarcza zegarka Duffilla - ramię zsunęło mu się z łóżka i kołysało tam i z powrotem, a zielona fluorescencyjna tarcza przesuwała się nad moją twarzą jak wahadło.
Nagle znikła. Usłyszałem, jak Duffill schodzi po drabince, stękając przy każdym szczeblu. Tarcza zegarka dotarła do umywalki i nagle zapaliło się światło. Odwróciłem się do ściany. Usłyszałem brzęk wyjmowanego z szafki pod umywalką nocnika. Czekałem i po chwili rozległo się bulgotanie, dźwięk zmieniał wysokość w miarę napełniania się naczynia, potem dał się słyszeć plusk, który zabrzmiał jak westchnienie, światło zgasło, drabina zaskrzypiała, Duffill jęknął po raz ostatni, a ja zasnąłem.
Gdy się obudziłem, Duffilla nie było. Leżałem w łóżku i próbowałem rozsunąć nogą firankę. Wreszcie się udało i ujrzałem oświetlone stoki - Alpy w pełnym słońcu. Właśnie wtedy, tego pierwszego ranka w pociągu, po raz pierwszy od wielu dni zobaczyłem słońce i od razu muszę zaznaczyć, że towarzyszyło mi nieprzerwanie przez następne dwa miesiące. Podróżowałem pod jasnym niebem przez całą drogę do południowych Indii i dopiero tam, w Madrasie, dwa miesiące później, znów złapał mnie deszcz.
W Vevey pomyślałem o Daisy[8] i dodałem sobie sił szklanką sody oczyszczonej, a w Montreux czułem się na tyle dobrze, że zacząłem się golić. Duffill wrócił w samą porę, by z podziwem obejrzeć moją elektryczną maszynkę. On, jak przyznał, golił się brzytwą i w pociągach zawsze okropnie się kaleczył. Pokazał mi najświeższe zacięcie, a potem się przedstawił. Jechał do Turcji, miał tam spędzić najbliższe dwa miesiące, ale nie powiedział, co będzie tam robił. W słońcu wyglądał znacznie starzej niż w szarości Victoria Station. Miał pod siedemdziesiątkę, ale nie był żwawy ani dziarski i nie wyobrażałem sobie, jak i po co ktoś taki - pod warunkiem że nie jest uciekającym przed pościgiem defraudantem - miałby spędzić dwa miesiące w Turcji.
Tymczasem Duffill popatrzył na Alpy i powiedział:
- Mówią, że gdyby to Szwajcarzy zaprojektowali te góry, to, cóż... byłyby bardziej płaskie.
Uznałem, że czas na śniadanie, ale choć przemierzyłem cały pociąg, nie znalazłem wagonu restauracyjnego. Mijałem tylko wiele innych slipingów i ludzi drzemiących na rozsuniętych fotelach w wagonach drugiej klasy. Gdy wracałem do wagonu dziewięćdziesiątego dziewiątego, szło za mną trzech chłopców, Szwajcarów. Zatrzymywali się przy każdym przedziale, chwytali za klamkę i gdy drzwi się otwierały, zaglądali do środka. Rzucali okiem na ubierających się lub wylegujących jeszcze w łóżkach pasażerów i wykrzykiwali szybko: "Pardon, madame!", "Pardon, monsieur!", podczas gdy tamci pospiesznie próbowali się okryć. Kiedy ci pomysłowi podglądacze dotarli wreszcie do mojego wagonu, byli w świetnych humorach, krzyczeli i parskali śmiechem, ale wsadzając głowę do przedziału, za każdym razem bardzo grzecznie mówili: "Pardon, madame!". Potem zniknęli.
Niebawem otworzyły się drzwi do przedziału Amerykanów. Pierwszy wyszedł mężczyzna, w pośpiechu zawiązując krawat, za nim kobieta o lasce, która z trudem utrzymywała równowagę i idąc, uderzała ramieniem i biodrem o okna. Alpy potężniały. Na stromych zboczach, przycupnięte tuż przy ziemi i przytulone do siebie jak grzyby, stały domy o szerokich, spadzistych dachach, a nieopodal widać było kościoły zbudowane jakby wbrew sile ciążenia. Wiele dolin tonęło w mroku, słońce pokazywało się dopiero wyżej, na graniach i szczytach. Pociąg jechał przez sady i czyściutkie wsie, mijał pedałujące na rowerach Szwajcarki w chustkach i krajobrazy jak ze ściennego kalendarza, które podziwia się przez chwilę, nim nie zapragnie się zerwać strony, żeby zobaczyć następny miesiąc.
Amerykanie wrócili.
- Nie mogę go znaleźć - powiedział mężczyzna, patrząc w moją stronę.
- Nie wiem, czy poszliśmy dostatecznie daleko - martwiła się kobieta.
- Nie bądź niemądra. Dalej była już tylko lokomotywa. - Spojrzał na mnie. - Czy pan go znalazł?
- Kogo, przepraszam?
- Wagon restauracyjny.
- Nie ma. Sprawdziłem.
- To dlaczego, do diabła, wzywali nas na śniadanie?
- Wzywali?
- Tak. "Ostatni dzwonek". Nie słyszał pan? "Ostatni dzwonek na śniadanie", tak mówili. Dlatego wyszliśmy w pośpiechu.
Zanim Amerykanie wyszli, korytarzem przebiegli rozbawieni szwajcarscy chłopcy. To ich krzyki i śmiechy starsi państwo zinterpretowali jako zaproszenie na śniadanie - ucho głodnego niezbyt dokładnie rozróżnia dźwięki.
- Nienawidzę Francji - westchnął Amerykanin.
- Chyba już z niej wyjechaliśmy - powiedziała jego żona, wyglądając przez okno. - To nie Francja.
- Wszystko jedno - odparł. - I tak mam dość. Nie chcę narzekać, ale zapłaciłem dwadzieścia dolarów za taksówkę od Saint Lazar do Gare de Lyon. Tragarz za przeniesienie dwóch naszych walizek z taksówki na peron zażądał dziesięciu dolarów. Nie chciał francuskich pieniędzy, chciał dziesięć dolarów.
Przyznałem, że to sporo, i zapytałem, czy zapłacił.
- Oczywiście.
- Moim zdaniem powinien był zrobić mu awanturę - wtrąciła się żona.
- Nigdy nie sprzeczam się z ludźmi, gdy jestem za granicą.
- Baliśmy się, że pociąg nam ucieknie - zagdakała Amerykanka. - Omal nie dostałam krwotoku.
Na czczo nie była to przyjemna rozmowa. Odetchnąłem więc z ulgą, gdy Amerykanin zakomenderował:
- Chodźmy, mateczko, skoro nie będzie śniadania, możemy wracać do przedziału.
Duffill jadł resztki swojego salami, chciał mnie nawet poczęstować, ale podziękowałem. Miałem zamiar kupić coś, gdy zatrzymamy się na pierwszej włoskiej stacji. Duffill włożył salami do ust, ale w chwili, gdy ugryzł kęs, wjechaliśmy do tunelu i zrobiło się całkiem ciemno.
- Czy może pan zapalić światło? - zapytał. - Nie mogę jeść po ciemku. Nie czuję smaku.
Po omacku przekręciłem włącznik, ale nic to nie dało.
- Może oszczędzają prąd?
W ciemności usłyszałem jego głos tuż koło mojego ucha. Wstałem i podszedłem do okna, by zobaczyć ściany tunelu, ale przed oczami miałem tylko mrok. Stukot kół w ciemności wydawał się jeszcze głośniejszy, a pociąg nabierał prędkości. Ruch i mrok wywołały we mnie duszące uczucie klaustrofobii, które potęgowała przenikliwa woń panująca w przedziale - Duffillowego salami, jego swetra i chlebowych okruszków. Mijały minuty, a my wciąż byliśmy w tunelu - jakbyśmy wpadli do studni, do wielkiej dziury w Alpach, i mieli się wkrótce znaleźć w brzuchu Szwajcarii, który z pewnością przypominał wnętrze zegara, z lodowcowymi trybami, zapadkami i zmrożonymi na kość kukułkami.
- To pewnie Simplon - odezwał się Duffill.
- Mogliby jednak zapalić światło.
Usłyszałem, że Duffill pakuje niezjedzone salami i wciska paczkę w kąt.
- Co będzie pan robił w Turcji?
- Ja? - Duffill zapytał tak, jakby w przedziale siedziało jeszcze kilkunastu staruszków jadących do Turcji i każdy miał przedstawić cel swojej podróży. - Zatrzymam się na trochę w Stambule, a potem będę podróżował po kraju.
- Interesy czy wakacje?
Umierałem z ciekawości, a konfesjonałowa ciemność przedziału sprawiała, że nie czułem wyrzutów sumienia, że go zadręczam. Nie mógł przecież zobaczyć wyrazu mojej twarzy. W jego głosie zabrzmiało wahanie.
- Po trochu jedno i drugie.
Nie była to żadna odpowiedź. Miałem nadzieję, że doda coś więcej, a gdy nadal milczał, spytałem:
- Czym się pan właściwie zajmuje, panie Duffill?
- Ja? - znowu się zdziwił, ale nim zdążyłem odpowiedzieć mu z ironią, na jaką zasłużył, wyjechaliśmy z tunelu i przedział wypełniło słońce. - To pewnie Włochy - oznajmił.
Nałożył kaszkiet. Zobaczył, że mu się przyglądam.
- Mam tę czapkę od lat, od jedenastu lat. Pierze się ją chemicznie. Kupiłem ją w Barrow upon Humber.
Po czym wyciągnął paczkę z salami i wrócił do śniadania, które przerwała mu ciemność tunelu Simplon.
O 9:35 zatrzymaliśmy się na włoskiej stacji Domodossola. Na peronie mężczyzna nalewał z dzbanka kawę i sprzedawał jedzenie z wyładowanego wózka. Miał owoce, chleb, kanapki, wędliny, a w papierowych torebkach gotowe zestawy śniadaniowe, które - jak mówił - zawierały "tante belle cose". Miał również wina. Molesworth kupił bardolino i ("na wszelki wypadek") trzy butelki chianti. Ja wybrałem orvieto i chianti, a Duffill clareta.
- Zaniosę je do przedziału - zaproponował Molesworth. - Weźmie mi pan zestaw śniadaniowy?
Poprosiłem o dwa i dokupiłem kilka jabłek.
- Pieniądze, mam tylko angielskie pieniądze... - zmartwił się Duffill.
Ale Włoch już chwycił funta, którego wyciągnął staruszek, i wydał mu resztę w lirach.
Tymczasem wrócił Molesworth.
- Te jabłka trzeba umyć. Mają tu cholerę. - Raz jeszcze spojrzał na wózek. - Niech będą dwa zestawy śniadaniowe, na wszelki wypadek.
Kiedy Molesworth robił zapasy i prosił o jeszcze jedną butelkę bardolino, Duffill znowu wyznał:
- Jechałem tym pociągiem w dwudziestym dziewiątym.
- Wtedy było warto - odezwał się Molesworth. - Tak, wtedy to był wspaniały pociąg.
- Na jak długo się tu zatrzymujemy? - zapytałem znienacka.
Nikt nie wiedział. Molesworth zwrócił się do stojącego na peronie strażnika.
- Jak długi mamy postój, George?
Strażnik wzruszył ramionami i w tej samej chwili pociąg zaczął się cofać.
- Czy nie powinniśmy przypadkiem wsiadać? - zapytałem.
- Nie, jedzie do tyłu - odparł Molesworth. - Chyba przetaczają wagony.
Usłyszeliśmy, jak strażnik woła: "Andiamo!".
- Włosi kochają mundury - ciągnął, nie zwracając na niego uwagi Molesworth. - Zresztą niech pan na niego popatrzy. Tylko że zawsze mają je zniszczone. Wyglądają jak wyrośnięci chłopcy. Mówiłeś coś do nas, George?
- Chyba chce, żebyśmy wsiedli.
Pociąg stanął. Wskoczyłem do środka i spojrzałem za siebie. Molesworth z Duffillem stali przy stopniach.
- Pan ma paczki, niech pan idzie pierwszy - zachęcał Duffill.
- Dam sobie radę. Niech pan wsiada.
- Ale pan ma paczki - powtórzył Duffill. Wyciągnął z kieszeni płaszcza fajkę i zaczął ssać cybuch. - Proszę przodem!
Cofnął się i przepuścił Moleswortha.
- Jest pan pewien?
- Wtedy, w dwudziestym dziewiątym, nie przejechałem całej trasy. Udało mi się dopiero po drugiej wojnie.
Włożył fajkę do ust i uśmiechał się.
Molesworth powoli wspinał się po stopniach, niosąc butelkę wina w jednej i torebkę ze śniadaniem w drugiej ręce. Gdy znalazł się na górze, Duffill chwycił się poręczy, lecz w tej samej chwili pociąg ruszył. Staruszek stanął bezradnie. Dwóch strażników złapało go pod ręce i podbiegło razem z nim do umykających schodów wagonu numer dziewięćdziesiąt dziewięć, lecz Duffill odtrącił Włochów, stanął, potem się cofnął, zrobił pół obrotu i uśmiechnął się słabo w stronę umykających drzwi. Wydawało się, że ma sto lat. Pociąg mijał go szybko.
- George! - krzyknął Molesworth. - Zatrzymaj pociąg!
- On wciąż jest na peronie - zawołałem, wychylając się przez drzwi.
Dwóch Włochów stało obok nas, konduktor i chłopak od słania łóżek, nie reagowali.
- Pociągnijcie za hamulec! - krzyknął Molesworth.
- Nie, nie, nie - zdenerwował się konduktor. - Jeśli pociągnę, będę musiał zapłacić pięć tysięcy lirów. Proszę nie ruszać!
- Czy jest inny pociąg? - zapytałem.
- Si - odparł z irytacją chłopak od łóżek. - Ten pan może nas dogonić w Mediolanie.
- A o której tam będzie?
- O drugiej.
- A my?
- O pierwszej - odpowiedział konduktor. - I odjeżdżamy o drugiej.
- To jak, do diabła...?
- Starszy pan może pojechać samochodem - wyjaśnił chłopak od łóżek. - Nie ma się co martwić. Weźmie taksówkę w Domodossoli, taksówka pędzi. Będzie w Mediolanie przed nami.
- Ci ludzie powinni się nauczyć, jak się zarządza koleją - westchnął Molesworth.
Posiłek, który z braku innych rozwiązań zjedliśmy po zgubieniu Duffilla, zasługiwał na ten sam komentarz. Urządziliśmy sobie piknik w przedziale Moleswortha, dołączyła do nas Belgijka, Monique, która przyniosła ser. Poprosiła o wodę mineralną i także naraziła się na reprymendę Moleswortha:
- Przykro mi, ale woda jest do zębów.
Siedzieliśmy ramię w ramię na jego łóżku i ponuro zaglądaliśmy do torebek.
- Nie byłem na to przygotowany - oświadczył Molesworth. - Moim zdaniem każdy kraj, przez który przejeżdżamy, powinien dołączać swój wagon restauracyjny. Mogliby zmieniać je na granicy i serwować wyśmienite posiłki. - Odgryzł kawałek jajka na twardo. - Może powinniśmy napisać list do Cooka[9]?
Orient Express, słynący niegdyś z pierwszorzędnej obsługi, słynie teraz z jej braku. W pakistańskim ekspresie do przełęczy Chajber, podobnie jak w indyjskim Radźdhani serwuje się curry, w pociągu do Meszhedu można zjeść irański kebab z kurczaka, a jadąc do Sapporo w północnej Japonii - wędzoną rybę i ryż. Na dworcu w Rangunie sprzedaje się gotowe zestawy obiadowe, a w Malezji do składu zawsze dołączany jest wagon restauracyjny, przypominający bar makaronowy, w którym można zjeść zupę mee-hoon. Nawet Amtrak, operator kolei amerykańskich, o którym zawsze sądziłem, że jest najgorszy na świecie, na linii Waszyngton-Chicago serwuje hamburgery. Głód odbiera przyjemność podróżowania, i z tego punktu widzenia Orient Express jest gorszy od najbiedniejszego pociągu z Madrasu, gdzie w zamian za poplamione kupony obiadowe dostaje się cynową tacę ryżu z warzywami.
- Mam nadzieję, że uda mu się złapać taksówkę - odezwała się Monique.
- Biedny staruszek - westchnął Molesworth. - Spanikował. Zaczął się cofać. "Pan ma paczki - mówił - niech pan idzie pierwszy". Wsiadłby, gdyby nie spanikował. Zobaczymy, czy dotrze do Mediolanu. Powinno mu się udać. Ale martwię się, czy nie dostał zawału. Nie wyglądał dobrze. Wie pan, jak on się nazywa?
- Duffill - odpowiedziałem.
- Duffill - powtórzył Molesworth. - Jeżeli ma trochę oleju w głowie, powinien najpierw usiąść i się napić, a potem pojechać taksówką do Mediolanu. To niedaleko. No ale jeśli znów spanikuje, jest stracony.
Jedliśmy i piliśmy. Gdyby w pociągu był wagon restauracyjny, zjedlibyśmy obiad i tyle. A tak żuliśmy i pogryzaliśmy przez całą drogę do Mediolanu, bo świadomość, że moglibyśmy zgłodnieć, natychmiast wywoływała głód. Monique powiedziała, że jesteśmy jak Belgowie, którzy jedzą bez przerwy.
Po pierwszej przybyliśmy do Mediolanu. Nie było śladu Duffilla - ani na peronie, ani w zatłoczonej poczekalni. Stacja przypominała katedrę, miała wysokie sklepienia, a zwykłe tabliczki, takie jak "Wyjście" czy "Wejście", wypisane wielkimi literami i umieszczone wysoko na ścianach nabierały metaforycznego wydźwięku religijnych haseł. Balkony zaś służyły wyłącznie jako grzędy dla wysiadujących jaja kamiennych orłów, zbyt tłustych, by mogły latać. Kupiliśmy więcej zestawów śniadaniowych, kolejną butelkę wina i "Herald Tribune".
- Biedny staruszek - powiedział Molesworth, rozglądając się za Duffillem.
- Zdaje się, że mu się nie udało.
- Oni chyba przed tym ostrzegają, prawda? Że można nie zdążyć. Wydaje ci się, że doczepiają wagon, a tymczasem pociąg jedzie już na dobre. Tak jest zwłaszcza z Orient Expressem. Pisali o tym w "Observerze". Każdy w końcu nie zdąża, to znana rzecz.
Reszta tekstu dostępna w regularniej sprzedaży.