I
- Dlaczego? - zapytał Amir.
- Dlatego, Amirze. Przecież nigdy wcześniej do niczego takiego nie doszło.
- Bo i nigdy wcześniej tak się tu nie działo.
- To nie znaczy, że trzeba mordować.
- Może jednak warto zrozumieć desperację. Nie akceptuję terroru i nie znam nikogo, kto by go akceptował. Ale coraz rzadziej spotykam ludzi, którzy nie byliby zdesperowani.
Amir ma trzydzieści lat z niewielkim haczykiem. Należy do pokolenia, które - gdy przyjechałem tu przed laty po raz pierwszy - ledwie zaczynało w miarę świadome życie. Głęboko ciemna karnacja, czarnowłosy, przystojna, pociągła twarz. Delikatny i raczej drobny, a może tylko bardzo szczupły. Mocno przejęty, bo za kilka dni bierze ślub, a w jego społeczności, choć on sam jest już inny niż jego ojciec i wujowie, a nawet starsi bracia, ożenek to ważne wydarzenie: trwa tydzień i sprasza się nań setki gości.
Dlatego Amir bardziej niż o rozmowie o terrorystach myśli o zbliżającym się spotkaniu z kucharzami oraz o tym, gdzie stanie rozłożysty, kolorowy ślubny namiot. No i o tym, że w końcu się udało. Niechcący zdobył pierwsze miejsce w rankingu na najstarszego kawalera w swoim klanie. Narzeczona jest Arabką z północy, nie należy do kręgu kobiet, w którym zwyczajowo szuka się tu żon, więc nawet nie chce mu się tłumaczyć, ilu zabiegów wymagało przekonanie starszych mężczyzn z rodziny - ojca, dziadków, wujów, braci - by zgodzili się na to małżeństwo. Lecz jest uparty i przekonujący, a już niedługo będzie szczęśliwym małżonkiem. Warto chwilę zatrzymać się na jego historii.
Dziś Amir więcej myśli o baraninie oraz koźlinie, duszonej z różnymi warzywami pod zwęglonym drewnem ledwie tlącego się ogniska, o cienkich zbożowych plackach, które podczas uczty weselnej zastąpią sztućce, i o gotowanym na sypko ryżu, aż żółtym od kurkumy, niż o zamachu w Beer Szewie z listopada 2015 roku. Lecz co poradzić, skoro ma rację, gdy wspomina o desperacji?
Tak samo mówią mi Fadi i Marwan, mniej więcej równolatki Amira. Nie inaczej sądzą szejk Sajah i jego syn Aziz, choć im akurat w ogóle nie można się dziwić. A nawet Insaf, Safa oraz Sarab, które bez cienia przesady można nazwać kobietami spełnionymi, ze wspaniale rysującą się karierą.
Podobne jak młody Amir myśli wiekowy szejk Walid, hodowca wielbłądów z głębi pustyni Negew, obozujący opodal miasteczka Micpe Ramon, choć wszystko, co nie dotyczy wielbłądów, ma głęboko w nosie. I osiemdziesięcioletni z okładem Abu Awad, Beduin z najbardziej niebieskimi oczyma, jakie kiedykolwiek widziałem. Abu Awad czasami zatrzymuje się w namiocie szejka Walida. Siada w kucki na wytartym dywanie, sączy przesłodzoną herbatę z zatarem, która od ziół robi się cierpka i szczypie w język, ale za to niezwykle pachnie i orzeźwia w największy skwar. Abu Awad bardziej milczy, niż mówi, świdruje świat błękitnymi ślepiami i choć jego także polityka zajmuje mniej od wielbłądów, przecież nie może udawać, że czuje inaczej niż reszta Beduinów.
Podobnie ma Sulejman, zwany przez żydowskich przyjaciół "Suli meszuge", czyli wariat, pomylony, czubek, mimo że na sto procent wariatem nie jest. Jest raczej marzycielem, któremu pasuje, żeby na Negewie była zgoda, zaś nad swoją nielegalną wioską, w patriotycznym porywie wieloletniego żołnierza izraelskiej armii, powiesił izraelską flagę z gwiazdą Dawida.
Tak myśli również kilku Izraelczyków żydowskich, co niekoniecznie musi być dzisiaj modne i popularne. Chyba się nie przejmują tym, że w pewnym sensie są outsiderami.
*
Chłopak nazywał się Muhand al-Okabi. Skończył dwadzieścia jeden lat. Nie miał wykształcenia, pochodził z blaszanych slumsów beduińskiego miasteczka Hura, słusznie wskazywanego w Izraelu (przez władze centralne, ale i przez krytycznych wobec nich działaczy i aktywistów) jako wzór do naśladowania ze względu na niespotykany gdzie indziej sukces w integrowaniu oraz polepszaniu życia ludzi uznawanych dotąd za wykluczonych, odzieranych z praw obywatelskich, specjalnie i niejako przypadkiem. Hurą chwalą się zarówno oficjalne strony internetowe rządu, jak i opozycyjne gazety. Zdawało się więc, że akurat w Hurze pomysł zamachu nie powinien się nigdy wykluć. Dlatego szok był tak wielki.
18 listopada 2015 roku Muhand przyszedł na dworzec autobusowy w Beer Szewie, dwustutysięcznym mieście na pustyni Negew, pamiętającym - a jakże - czasy biblijne. Minął umundurowanego ochroniarza pilnującego wejścia do hali głównej. Przeszedł przez bramkę wykrywającą niebezpieczne przedmioty. Za bramką zobaczył żołnierza, dziewiętnastolatka Omri Lewiego. Poszedł za nim do toalety.
Gdy Omri odłożył przy pisuarze broń, Muhand zastrzelił go przemyconym pistoletem (inne relacje mówiły, że po prostu go zarżnął). Po zabójstwie Al-Okabi wyrzucił swoją broń i zabrał karabinek automatyczny żołnierza. Potem wmieszał się w tłum pasażerów.
Dworzec w Beer Szewie to nie tylko perony i parking autobusów, ale też hala pełna restauracji i barów, kioski, sklepy i sklepiki. To bardziej centrum handlowe niż zwyczajne miejsce przyjazdów i odjazdów. Wieczorem wypełnia je zimne, martwe, niebieskawe światło. Przychodzą tu zarówno podróżni, jak i flirtujące pary oraz matki z dziećmi, by zrobić zakupy. Przed dworcem w kawiarenkach siedzą przechodnie, a kilku żebraków, jak na całym świecie, wyciąga dłonie z plastikowymi kubkami pełnymi drobnych monet. Dworzec roi się od poborowych i funkcjonariuszy służb wszelakich; niedaleko Beer Szewy rozrzucono jednostki wojskowe i więzienia, gdzie siedzą terroryści skazani na wielokrotne dożywocie, w tym zabójca premiera Icchaka Rabina, Igal Amir.
*
Jestem - to chyba jakaś perwersja - wdzięczny anonimowemu pasażerowi z Beer Szewy, który w kluczowym momencie włączy kamerę w telefonie komórkowym, bo dzięki temu mogę oglądać niemal cały zamach w wersji na żywo. Wcale jednak nie mam przyjemności, by, nawet na monitorze komputera, obcować z przerażeniem i ze śmiercią. Lecz tak już dzisiaj jest - nic się nie ukryje. Zresztą, Muhand najpewniej wiedział, że jego atak jest misją samobójczą, i wcale nie chciał się kryć. Ofiar nikt nie pytał o zdanie.
Gdy Muhand zaczął strzelać, rozpętało się piekło, choć wideo, nakręcone komórką i natychmiast wrzucone do sieci, dla zwolenników niewinności zamachowca, a tacy zaraz się znaleźli - jest dowodem na to, że nic nie zrobił; zaś dla zwolenników jego winy - relacją z pola bitwy. Widać więc zimne, dworcowe światło i bezładnie biegających ludzi, chowających się za stoiska i krzesła poczekalni, spanikowanych, w popłochu ratujących życie. Zdjęcia są nieostre, ale wiemy, że dzieje się coś strasznego: ktoś się kuli, ktoś ucieka, ktoś pada w czarną plamę rozpływającą się po jasnej ceramicznej posadzce - to krew, nie mamy żadnych wątpliwości. Można ten film dopasować do zeznań świadków, a te po prostu jeżyły włos na głowie.
Muhand ranił jedenaście osób, w tym czterech policjantów. Zastrzelono go, bo na dworcu było dość uzbrojonych ludzi, gotowych na wiele i wściekłych, gdyż zamach w Beer Szewie wpasował się jak ulał w ataki nożownicze przeprowadzane przez młodych Arabów. Od wielu tygodni dochodziło do nich w Jerozolimie i w Tel Awiwie, na skrzyżowaniach autostrad i na poboczach prowincjonalnych dróg. Tłum w Beer Szewie chciał rewanżu, dyszał zemstą, strzelano więc i bito na ślepo.
Być może dlatego w dworcowej strzelaninie raniono innego dziewiętnastolatka, izraelskiego żołnierza Daniela Harusza (ledwo się z tego wykaraskał; dochodzenie wykazało, że dostał postrzał z policyjnego pistoletu). Nie udało się za to ustalić, kto pierwszy w tym bezładnym zamieszaniu i powszechnej panice wypatrzył samotnego czarnoskórego mężczyznę, który mógł wydawać się (choć nie musiał) pomagierem Al-Okabiego. Zresztą, ten, kto pierwszy go wypatrzył, nie musiał być w końcu niczemu winien.
Ktoś więc strzelił. Czarnoskóry mężczyzna osunął się na ziemię. Dopadło go pięciu podróżnych, bili rannego, kopali w głowę i w brzuch, a tłum ukryty za kontuarami barów i restauracji wrzeszczał: "Zabić go!". Sekcja zwłok dowiodła, że mężczyzna - okazał się nielegalnym emigrantem z Erytrei i nie miał z zamachem nic wspólnego, skończył dwadzieścia dziewięć lat i nazywał się Abtum Zarhun - zginął od krwotoku wewnętrznego spowodowanego postrzałem, więc piątka mężczyzn w zasadzie pastwiła się już nad zwłokami. Lecz nie ma wątpliwości, że na dworcu w Beer Szewie urządzono lincz; potwierdził to żydowski kierowca autobusu próbujący osłaniać ofiarę.
Powtórzmy: listopad 2015 roku to jeden z tych miesięcy, gdy przez Izrael przetacza się fala zamachów nożowniczych, przeprowadzanych przez Palestyńczyków płci obojga, najczęściej ludzi młodych i bardzo młodych. Ofiarami są przypadkowi przechodnie, zaś palestyńskie matki nastolatków rozsyłają między sobą dramatyczne maile w mediach społecznościowych, by po powrocie do domu dokładnie przeliczyć kuchenne noże, śrubokręty i sztućce (równocześnie palestyńskie portale internetowe wzywają młodych Arabów do szlachtowania Żydów).
Muhand był jednak Beduinem, dlatego po zamachu wielu Izraelczyków wpadło w niemy stupor, a największe gazety świata, od francuskich i brytyjskich po amerykańskiego "New York Timesa", pisały, że atak na dworzec autobusowy w Beer Szewie był zaskoczeniem, czymś niemożliwym do przewidzenia. W siedemdziesięcioletniej historii Izraela ani jeden Beduin nigdy nie był terrorystą, niezależnie od tego, czy pod arabskonacjonalistyczną, czy pod islamską flagą. Było wręcz odwrotnie - powszechna wieść głosiła, że poza druzami z północy kraju (to materiał na zupełnie inną opowieść) to jedyni Arabowie lojalni wobec państwa żydowskiego. Może nie płacą podatków, ale służą w armii, również podczas otwartych konfliktów, jak te ostatnie w Strefie Gazy. Są najlepszymi w świecie pustynnymi zwiadowcami, czytają ślady zostawione w piasku i pośród skał niczym północnoamerykańscy Indianie rozpoznający tropy na trawiastych preriach. Jako urodzeni przemytnicy - bo i nimi niektórzy z nich są - pilnują granic państwa jak nikt inny. Giną za Izrael tak samo jak żydowscy żołnierze. Można więc bez żadnych obaw dać im broń do ręki. A tu pojawił się ten narwaniec z Hury.
*
Policja rychło wyjaśniła, kim był zamachowiec. Nie oznaczało to wcale, że na Negewie się uspokoiło. Pustynia wie, czym są rakiety z Gazy, więc się jakoś przyzwyczaiła. Ale bezpośredni atak to inna rozmowa. Okazało się bowiem, że Al-Okabi miał w telefonie zdjęcia broni, plan dworca w Beer Szewie i innych podobnych obiektów w Izraelu oraz fotografie bojowników Hamasu ze Strefy Gazy i z Da'esz - tak zwanego Państwa Islamskiego. Może należał do jakiejś siatki, może następne beduińskie zamachy to tylko kwestia czasu? Aresztowany później brat Muhanda potwierdził, że znał jego radykalne poglądy, które głosił w jednym z meczetów Hury. Przeczuwał też, że kroi się coś złego.
Gdy dodano do tego kilkudziesięciu izraelskich muzułmanów (w tym Beduinów, czego zrazu starano się zbytnio nie zauważać), o których wiadomo było, że służą w Syrii w islamistycznych bojówkach razem z wojownikami dżihadu z całego świata, zrobiło się elektrycznie. A ponieważ na krążącym w sieci filmie z ataku każdy mógł dostrzec to, co chciał, pojawiły się też różne wersje zamachu i różne jego interpretacje. Histeria za to ani myślała się skończyć.
Beduiński przyjaciel Al-Okabiego powiedział izraelskim dziennikarzom, że Muhand "miał w sobie mocną wiarę, modlił się pięć razy dziennie, zawsze o właściwym czasie, i wierzył, że Państwo Islamskie wyzwoli całą Palestynę". Świeckie władze Autonomii Palestyńskiej i islamiści ze Strefy Gazy (choć od lat nie umieją się ze sobą porozumieć, a nawet od czasu do czasu na siebie polują), prawie wszystkie palestyńskie telewizje, strony internetowe i gazety z miejsca nazwały Muhanda bohaterem i męczennikiem.
Państwo Islamskie wrzuciło do internetu kilka filmów wideo, na których zamaskowany tłum terrorystów wznosi modły za Muhanda - szahida. Z offu pada komentarz, że oto rękami beduińskiego samobójcy zaczyna realizować się boski plan zabijania Żydów i że każdy prawowierny muzułmanin z Negewu winien chwycić za nóż i odciąć przynajmniej jedną żydowską głowę. "To - krzyczał z ekranu pełen pasji, ukryty w czarnej kominiarce głos - dobra wiadomość dla mudżahedinów z Jerozolimy. Zwycięstwo dane przez Najwyższego, Miłosiernego i Sprawiedliwego nadchodzi dla wyzwolicieli, bojowników świętego meczetu Al-Aksa. Bóg nakazuje ścieżkę dżihadu, musimy nią podążać. Błogosławię świętą wojnę przeciwko Żydom. Niech ich serca drżą ze strachu, gdyż są wrogami Allaha".
W tym samym filmie Państwo Islamskie zapowiada, że już niebawem z korzeniami wyrwie władzę Hamasu ze Strefy Gazy - jako skorumpowaną, powolną Izraelowi, brudną i bezbożną - co zdaje się kompletnie nie mieć nic do rzeczy.
Ale już burmistrz rodzinnej Hury Al-Okabiego, Muhammad an-Nabari, potępił zamach. Grubo po fakcie niektórzy urzędnicy z rady miejskiej powiadali, że An-Nabari się pospieszył, a raczej że burmistrzowi, który przecież odnosi niebywałe sukcesy w integrowaniu Beduinów z Izraelem, szło przede wszystkim o zasady wykluczające terror, a nie o ten konkretny zamach, o którym - przekonywali mnie - nic do końca nie wiadomo. Zamach skrytykował również szejk Said, przywódca beduińskiego klanu, z którego wywodził się Muhand, choć nie omieszkał dodać, że Al-Okabi "był dobrym chłopcem i chciał kontynuować za wcześnie przerwaną naukę". Talal al-Krenawi, burmistrz Rahatu, największego miasta zamieszkanego przez Beduinów, również wyraził taką opinię. Obaj dostali baty na Facebooku, groźby wiecznego potępienia i obietnicę rychłej zemsty.
Z kolei beduiński poseł do izraelskiego Knesetu, Taleb Abu Arar (startował ze Zjednoczonej Listy Arabskiej, reprezentując radykalny, choć nie najradykalniejszy, Front Islamski), stwierdził, że nakręcony na dworcu w Beer Szewie film pokazuje raczej egzekucję bezbronnego chłopaka niż unieszkodliwienie terrorysty, a przeciwko Muhandowi nie ma żadnych twardych dowodów (poseł ostatecznie wycofał swoją wypowiedź o egzekucji).
Także ojciec zamachowca, Chalil al-Okabi, uznał, że jego syna po prostu rozstrzelano. A ponieważ władze zwlekały z wydaniem ciała chłopaka, wnet pojawiła się - powtarzana przez ojca i beduińskiego posła, a potem przez beduińską ulicę - plotka, że Muhandowi wycięto organy do transplantacji, co - utrzymywano - dzieje się w przypadku terrorystów zastrzelonych na gorącym uczynku. Co prawda minister obrony Izraela Mosze Ja'alon oświadczył oficjalnie, że z wydaniem ciała zwlekano tylko dlatego, by pogrzeb młodego Al-Okabiego nie zamienił się w zamieszki, lecz wiemy przecież, iż wieść gminna żyje własnym życiem i rytmem.
Związek Erytrejczyków w Izraelu wydał oświadczenie, że lincz na ich rodaku to dowód na postępujący rasizm. Jeśli idzie o rasizm, to tak - na tym polu Izrael odważnie podąża za Europą. Nie można jednak mieć całkowitej pewności, jak zareagują ludzie, gdy nad ich głowami świszczą pociski. Wśród zabójców linczujących Erytrejczyka byli dwaj żołnierze, dwaj funkcjonariusze służby więziennej i jeden cywil. Jeden z klawiszów, wbrew oczywistym faktom, powiedział publicznie: "To nie był lincz. Prawdziwy lincz był w Ramallah w 2000 roku [na początku drugiej intifady palestyński motłoch zatłukł dwóch izraelskich żołnierzy]. Boli mnie, że zginął niewinny człowiek, ale nikogo nie będę przepraszać". Dodał, że gdyby w podobnych okolicznościach znalazł się na dworcu w Beer Szewie po raz drugi, zrobiłby dokładnie to samo. Prokurator generalny Izraela wystąpił o odszkodowanie dla nielegalnie przebywającej w kraju rodziny Erytrejczyka. Klawiszów przesłuchiwano i wyciągnięto konsekwencje, czyli zawieszono ich w obowiązkach służbowych.
Gdy patrzę na fotografie zabitego żołnierza, zabitego terrorysty i zabitego przypadkowego podróżnego, widzę lekko pyzate twarze bardzo młodych mężczyzn, którzy nie tylko mogliby nadal żyć, ale też, być może, zostać kolegami. Muhand ma niewielki młodzieńczy zarost, pełne usta i krótkie włosy; wygląda, jakby dopiero co wyszedł z kina. Lewi jest uśmiechniętym blondasem, właściwie chłopaczkiem przed studniówką. Zaś Erytrejczyk Abtum, ze swoim śniadym uśmiechem, śmiało mógłby być starszym bratem Muhanda.
*
Choć od zamachu w Beer Szewie minęło sporo czasu, nadal nie jest znany jego prawdziwy przebieg. Opowiadane przez ulicę wersje zajścia wzajemnie się wykluczają, a Muhand raz jest terrorystą, raz ofiarą. Kiedyś usłyszałem pytanie: "Co mogłoby sprawić, by Muhand się zawahał?". Zwątpienie w słuszność samobójczej misji? Strach przed śmiercią? Nagłe olśnienie?
A może Al-Okabi miał szansę odpuścić, gdyby przypomniał sobie, że na dworcu autobusowym może zabić również Beduinów: strażników, sprzedawców, podróżnych, wreszcie poborowych żołnierzy? Nie dowiemy się tego nigdy.
Może to przypadek, że po ataku Izrael zaczął uważniej przypatrywać się Beduinom. W grudniu 2015 roku stanął przed sądem (i został skazany) Zuhajr al-Huzajal, lat trzydzieści siedem. Pochodzi z beduińskiego Rahatu; udowodniono mu, że podwiózł do izraelskiego Kirjat Gat pięciu autostopowiczów. Czterech było nielegalnymi robotnikami przeszmuglowanymi z Zachodniego Brzegu. Piątym był Muhammad Szahir, osiemnastolatek, arabski obywatel Izraela. W Kirjat Gat pocięli nożami czwórkę Izraelczyków, w tym trzynastoletnią dziewczynkę. Sąd nie wziął pod uwagę, że Zuhajr od lat trudnił się rozwożeniem po Izraelu palestyńskich nielegalnych gastarbeiterów (brał po sto szekli od łebka) i nigdy wcześniej nikt nie zwracał uwagi na jego zajęcie.
*
- A więc, Amirze, właśnie dlatego - powiedziałem. - Dlatego że Muhand al-Okabi zabił w Beer Szewie. Że równie bezrozumnie zlinczowano Bogu ducha winnego pasażera, a po zamachu wybuchła histeria. Dlatego że to był ten beduiński pierwszy raz, więc nikt nie mógł uwierzyć.
- Kogo to obchodzi? - odrzekł sceptycznie. - Jesteśmy zapomnianym, niewidzialnym, zakopanym w piachu fragmentem historii Izraela i Palestyny. Nie obchodzimy nikogo, nawet arabskich braci. Ale jeśli chcesz, pytaj.