ROZDZIAŁ PIERWSZY
Przerwane wakacje
W ostatnich dziesięciu latach nie było na naszym uniwersytecie mniej
pomyślnego roku niż ten. Ze względu na kryzys monachijski wykłady
rozpoczęły się z tygodniowym opóźnieniem. Cały pierwszy trymestr był
jednym wielkim zamieszaniem i praca wróciła do normy dopiero podczas
drugiego, tyle tylko, że mieliśmy mniej amerykańskich studentów niż
zwykle. Jednak z początkiem trzeciego trymestru zarówno wśród studentów,
jak i kadry dała się wyczuć ta lekka atmosfera podekscytowania, która
nie sprzyja dobrej pracy. Całe dnie wszyscy spędzali na czytaniu gazet.
Wydarzenia następowały szybko i panowała ogólna nerwowość.
Inter arma silent Musae. Wydział badań naukowych również nie miał się
najlepiej - prowadził rutynową pracę, ale oprócz tego rezultaty były
mizerne. Młodsi studenci byli bardziej zainteresowani dopiero co
wprowadzonym poborem i datą powołania do służby niż egzaminami, których
wyniki w ogólnej ocenie były poniżej średniej.
Tak więc koniec roku był dla wszystkich prawdziwą ulgą.
Należałem do tych, którzy nie wierzyli, iż Niemcy ośmielą się rozpocząć
wojnę, niemniej zawsze byłem zdania, że tylko zdecydowana postawa jest w stanie ich powstrzymać. Wierzyłem w rząd brytyjski, ufając, że podejmie
on wszelkie kroki, aby wzmocnić i w krótkim czasie uzbroić kraj. Innymi
słowy, nie sądziłem, że wojna wybuchnie, mimo iż niebo nad Europą
zaciągało się czarnymi chmurami. Myślałem, że brytyjski, francuski i polski rząd są już dobrze przygotowane na taką ewentualność. Byłem
optymistą i miałem nadzieję, że z wielkiej chmury będzie mały, a może i żaden deszcz. Pewne fakty jednakże podkopały częściowo mój optymizm, w szczególności skromne finansowe wsparcie, jakiego Wielka Brytania
udzieliła Polsce, chociaż powszechnie wiedziano, jak bardzo potrzebuje
ona wyposażenia, które nie mogło być zakupione bez silnego finansowego
zaplecza.
Prawdopodobnie jeszcze mniejsza była świadomość niebezpieczeństwa w samej Polsce, mimo że presja Niemiec wzrastała z każdym dniem.
Dziesięcioletni pakt o nieagresji, ta ostatnia deska ratunku dla relacji
polsko-niemieckich, został jednostronnie wypowiedziany przez Hitlera.
Polskie spokój i opanowanie bardzo mnie zaskakiwały, ale z drugiej
strony pomagały mi wierzyć, że - jeśli mamy zdecydowaną wolę
przeciwstawić się jego agresji - w najbliższej przyszłości nie będzie
wojny.
W związku z tym zaplanowałem wakacje zupełnie normalnie, mówiąc sobie,
iż w tych niebezpiecznych dniach nie można snuć dalekosiężnych planów.
Nie widziałem rodziny od pewnego już czasu i ojciec zdążył napisać kilka
listów, w których sugerował, że powinienem wpaść na chwilę do domu.
Mój brat Feliks1 został wezwany na miesięczne szkolenie wojskowe
w maju, ale zdążył już wrócić do cywila, matka2 natomiast
potrzebowała wypoczynku u wód po publikacji swojej książki. Wszystko
wskazywało na to, że faktycznie powinienem jechać do domu.
Poza tym wyjazd do Polski, a szczególnie do Warszawy, był zawsze dla
mnie wielką przyjemnością. Spotykałem przyjaciół z uniwersytetu,
odwiedzałem wydawców czasopism, z którymi pozostawałem w przyjaznych
stosunkach i dla których pracowałem jako brytyjski korespondent. Ale
przede wszystkim miło było podziwiać ducha ciężkiej pracy, z którym
Polacy przystępowali do budowy i rozwoju kraju. Zawsze wracałem z Polski
wypoczęty i pełen nadziei, po tym jak doświadczałem sukcesu i postępu w wielu dziedzinach życia.
Budowano drogi, otwierano centra, rozbudowywano komunikację, powstawały
nowe miejsca na uniwersytetach, biblioteki, wystawy malarstwa, otwierano
szkoły architektury i sztuki - wszystko, co dotyczyło kultury i rozwoju
kraju, było w rozkwicie. Rzeczpospolita rozwijała się i ten rozwój
sprawiał mi wiele radości. W końcu to był mój kraj.
O ile wiem, jestem jedynym członkiem mojej rodziny, który kiedykolwiek
mieszkał za granicą. Rodzina Poloniusów od zawsze żyła w Polsce,
uprawiała polską ziemię i od czasu do czasu, za sprawą jakiegoś wybryku
natury, dostarczała ojczyźnie naukowców i nauczycieli.
Wyjazd do Warszawy był jak list od żony mówiący o postępach w rozwoju
dziecka: "Piotruś waży trzy kilo". "Piotruś znowu przybrał na wadze".
"On już waży całe sześć kilo". To wieści, które niewiele mówią osobom
postronnym, ale są tak ważne dla ojca. Pamiętam dzień, w którym
usłyszałem: "Nasza stolica ma już milion mieszkańców", a każdego roku,
kiedy odwiedzałem Warszawę, słyszałem o nowych budynkach, dzielnicach,
placach, ogrodach, a także szkołach, które dopełniały tego pięknego
obrazu.
Tego roku nie mogłem się doczekać, kiedy zobaczę nowe bulwary nad
Wisłą3, o których pisał mi Feliks. Był tam z matką, gdyż obecnie
można było dotrzeć tamtędy do Bielan. Wzdłuż nich powstało kilka
wspaniałych restauracji. Ludność Warszawy, której tak brakowało
porządnego miejsca letniego wypoczynku, będzie mogła teraz korzystać w pełni z tych atrakcyjnych terenów nad rzeką.
Nowe gatunki zwierząt zostały sprowadzone do przebudowanego pod zarządem
profesora Żabińskiego4 ogrodu zoologicznego.
Moja siostra Zula5 z entuzjazmem pisała mi o kolejnym skrzydle
Muzeum Narodowego, które w całości zostało przeniesione do nowej
siedziby. Jeszcze nie oglądałem kolekcji obrazów Wyspiańskiego, mojego
ulubionego malarza i poety, którego akwarele i pastele ukazywały
żarliwy, niepoddający się żadnym ograniczeniom talent i były tak bardzo
pokrewne pejzażom Gauguina.
Ach tak! I najnowsze osiągnięcie energicznego prezydenta Warszawy,
Starzyńskiego - odsłonięcie niektórych starych murów miejskich dzięki
wyburzeniu slumsów.
Rosjanie podczas długiej okupacji zrobili co w ich mocy, by nie dopuścić
do jakiegokolwiek postępu i "zohydzić" miasto czy też - gdy zbudowali
sobór - je "zrusyfikować". Ale teraz nowe pokolenie Polaków ciężko
pracowało nad odkryciem prawdziwej Warszawy i zbudowaniem nowej.
Było tak wiele do zobaczenia, że byłem pewien, iż znowu wyjadę, nie
zobaczywszy wszystkiego. Jakże chciałem wreszcie obejrzeć nowe rewie i sztuki oraz usłyszeć najświeższe, zabawne i niewinnie nieprzyzwoite
warszawskie dowcipy, które lotem błyskawicy roznoszą się po salonach i modnych kawiarniach.
Cieszyło mnie, że Polska wreszcie zakończyła flirt z Niemcami, a naszym
politykom wrócił zdrowy rozsądek. Zeszłego roku antyliberalna fala,
przelewająca się przez miasta i uniwersytety, osiągnęła - ku rozpaczy
wszystkich przyzwoitych ludzi - dosyć wysoki poziom, ale jak za
dotknięciem czarodziejskiej różdżki zniknęła, kiedy tylko Hitler
otwarcie ogłosił swoje wrogie zamiary wobec Polski.
Zbliżał się dzień mojego wyjazdu. Chciałem być w Warszawie w pierwszym
tygodniu sierpnia. Ostatnią rzeczą w Londynie było uzyskanie niemieckiej
wizy, której teraz wymagano od wszystkich podróżujących.
Moja wizyta w konsulacie Niemiec była krótka, niemniej bardzo
interesująca. Nowe biuro wydziału paszportowego znajduje się obecnie w byłym poselstwie austriackim na Belgrave Square, do niedawna domu muzyki
i nauki.
W wielkim pokoju z miękkim tureckim dywanem, ładnymi meblami i ozdobnym
kominkiem znajdowało się wiele szkaradnych stołów. Przy każdym z nich
siedziała młoda Niemka, która wydawała wizy z uśmiechem ściśle
przypisanym do rodzaju podróżnych.
Nieliczni, którzy jeszcze chcieli jechać do Niemiec w celach
turystycznych, byli kierowani do najatrakcyjniejszej blondynki. Wydawała
ona wizy łatwo i szybko, okraszając to zapraszającym uśmiechem.
Biznesmeni byli traktowani równie uprzejmie, ale uśmiech był już mniej
czarujący. Ludzie tacy jak ja, którzy potrzebowali jedynie wizy
tranzytowej i nie zamierzali zatrzymywać się w tym kraju ani wydawać w nim pieniędzy, otrzymywali wyłącznie dokument, bez uśmiechu. Uchodźcy
albo nieszczęśni obywatele podbitej Austrii czy Czechosłowacji musieli
udać się do innego pomieszczenia i tylko oni mogli powiedzieć, jak byli
tam traktowani.
Wszystko w Niemczech jest usystematyzowane i zorganizowane - nawet
uśmiechy i okazywanie dobrych manier mierzy się ilością gotówki, którą
chcesz wydać.
To wszystko obserwował cesarz Franciszek Józef, posępnie uśmiechając się
z pozłacanych ram swego portretu. Wielki cesarz Austrii, kiedyś pan i władca sześćdziesięciu milionów dusz, został zredukowany do wasala
Trzeciej Rzeszy i był uprzejmie tolerowany na ścianie konsulatu przez
nowych urzędników.
Opuściłem Londyn w sierpniowe święto bankowe, poniedziałek wolny od
pracy, i podróżując za dnia przez Holandię, około południa we wtorek
dotarłem do Neu Bentschen6 na wschodniej granicy Niemiec. Ze
względu na napiętą sytuację polityczną pociąg był prawie pusty. Jednak
napotkałem tutaj trudności w postaci kontroli walutowej i dowiedziałem
się, że aby wywieźć pieniądze z Niemiec, muszę posiadać dodatkowe
zaświadczenia. Z tego powodu spóźniłem się na pociąg do Warszawy. Było
to bardzo denerwujące, ale nic nie można było na to poradzić. Kazałem
zanieść bagaże do przechowalni i oto znalazłem się sam na peronie tej
granicznej stacji.
Czułem się trochę niesamowicie. Absolutnie nie było ku temu powodów -
wszystko było w całkowitym porządku, liczni policjanci i SS-mani
zniknęli w budynkach stacji, kolejarze sprzątali papiery i niedopałki
oraz opróżniali kosze na śmieci, podczas gdy inni oliwili zwrotnice. A jednak byłem zaniepokojony. Czułem, że nie powinienem być zbyt
dociekliwy, że ciekawość może być niebezpieczna. Słyszałem już, że
Niemcy stają się coraz bardziej nieuprzejmi wobec pasażerów, zwłaszcza
członkowie SS, których buta i pewność siebie nie wróżyły niczego dobrego
na przyszłość. Niemiecka skrupulatność nie kryła się już za maską
wyuczonej grzeczności, co było szczególnie widoczne we wschodnich
rejonach Rzeszy. Wszystko w Niemczech jest bardziej sztywne i ciężkie,
nawet uprzejmość. Podczas gdy my, na przykład, bronimy się przed
niechcianymi gośćmi za pomocą słowa "Private" na drzwiach, Niemcy
zastąpią je zwrotem "Surowo wzbronione" albo "Policyjny zakaz". I tak
jest u nich w każdej dziedzinie życia.
Nic nie wskazywało na to, że pasażerowie z wizami tranzytowymi nie mogą
wchodzić do budynku dworca, ale że była to miejscowość przygraniczna i przepisy mogły być zaostrzone, uznałem za stosowne zapytać tragarza, czy
mogę pójść do bufetu. Otrzymałem raczej gburowatą odpowiedź, iż
restauracja jest po drugiej stronie ulicy i tam mogę się udać. Nagle
mężczyzna ten dodał:
- Lepiej niech pan pójdzie do miasteczka, jeśli panu pozwolą. Nie
spodoba się panu na stacji.
- Dlaczegóż to? - zapytałem, wręczając mu hojny napiwek, który sprawił,
że stał się bardziej rozmowny.
- Właśnie transportują polskich Żydów siłą ewakuowanych z Rzeszy. Cała
stacja jest ich pełna, ale dopóki nie przejedzie międzynarodowy ekspres,
nie wolno im pokazywać się na peronie. Zawiadowca nie uważa za stosowne,
by pasażerowie oglądali takie widoki.
Nagle ucichł. Obok nas stał dobrze zbudowany SS-man w pełnym
umundurowaniu, czarnych getrach, z pistoletem i noszonym przez każdego
członka tej formacji kordzikiem. Tragarz gorliwie zajął się swoją pracą,
zostawiając mnie sam na sam z SS-manem. Nie wiedząc, jak rozpocząć
rozmowę, powiedziałem:
- Mam nadzieję, że nie będzie pan miał mi za złe, jeśli udam się do
restauracji.
- A co mnie to obchodzi? Przypuszczam, że może pan pójść, jeśli zapyta
pan peronowego - odparł bardzo nieuprzejmie.
Prasa rozpisywała się o okrutnym wypędzaniu przez Niemców Żydów z polskimi paszportami, i to bez względu na to, od jak dawna mieszkali oni
w Rzeszy. Pakowano ich do pociągów, przewożono przez granicę i porzucano
na ziemi niczyjej między dwoma granicznymi miastami. To, co działo się
na moich oczach, było zapewne częścią tej brutalnej zsyłki.
Minąwszy kasy, wszedłem do hallu. Zobaczyłem tu ogrom żydowskiego
nieszczęścia - przeważnie kobiety z dziećmi oraz starych ludzi
siedzących obok lub na swoich tobołkach. SS-mani zepchnęli ich pod
ściany, aby zrobić przejście do kas. Żydzi byli stłoczeni jak zwierzęta,
niepewni, przerażeni, ponurzy. Kilka matek pytało, czy mogą napełnić
butelki wodą.
- Nie teraz - padła odpowiedź. - Napełnicie flaszki, jak zajedziecie do
Polski!
- Ale moje dziecko musi się napić. Nie może mu pan przecież odmówić
kropli wody. Wrócę za minutkę! - błagała kobieta.
- Nie teraz, powiedziałem! - warknął zwalisty mężczyzna ze swastyką.
Usiadłem na ławce w pobliżu i udając, że czytam książkę, uważnie
obserwowałem rozwój wydarzeń. Wrzawa kobiet i płacz dzieci sprowadziły
wyższego urzędnika.
- O co ten cały zgiełk? - zapytał znudzony młodego SS-mana, a otrzymawszy odpowiedź, szczeknął na kobiety: - Cisza, to nie getto!
Jeszcze nie jesteście w Polsce. Kazano wam czekać. Teraz nie będzie
żadnej wody. Pozwolę jej nabrać przed odjazdem pociągu.
- Ale czekamy już tak długo - głośno narzekały kobiety. - Kiedy ten
pociąg odjedzie?
- Odjedzie, kiedy odjedzie. Zamknijcie się! - rzucił urzędnik i obróciwszy się na pięcie, odszedł.
Konieczność oglądania takiej sceny była nie do opisania przykra.
Niewolników nie potraktowano by gorzej. Niemniej byłem na wakacjach i nie chciałem być świadkiem tragedii, na która nie miałem żadnego wpływu.
Życzyłem tylko owym ludziom skrócenia tej biedy i tego, by pociąg zabrał
ich wreszcie do ich nowego kraju, w którym będą mogli żyć w godnych
warunkach.
Poszedłem do restauracji. Można było tu dostać wszystkie niemieckie
czasopisma ilustrowane i pochylało się właśnie nad nimi, popijając
pilznera, kilku urzędników celnych i SS-manów. Wszystkie pisma były
kolportowane przez jedną agencję propagandową odpowiedzialną za obszary
przylegające do wschodniej granicy, o czym zaświadczała odpowiednia
pieczęć.
Po obiedzie otrzymałem pozwolenie na przechadzkę po miasteczku. Było ono
czyste i wydawało się opuszczone, bez śladu wojska. Kilkoro dzieci
kupowało słodycze w sklepiku, ale oprócz nich ulice były puste.
Obok kościoła, między wierzbami płaczącymi, stała tablica ogłoszeń.
Wisiał na niej plakat z reprodukcją obrazu Dorégo przedstawiającego
dokonaną przez Brytyjczyków masakrę hinduskich kobiet i dzieci. Były tam
także obelżywe ataki na komandora Stephena King-Halla7 i jego
K-H News-Letter Service, wypominające mu prześladowania ludności w Indiach. To wszystko miało udowodnić, że Brytyjczycy gnębią własnych
obywateli, udając jednocześnie bogobojnych dobroczyńców. Był to typowy
niemiecki plakat propagandowy - prymitywny, a jednak dający złudzenie
bezstronności poprzez wykorzystanie obrazu namalowanego przez Francuza.
Proszę, nie tylko Niemcy tak myślą o Brytyjczykach. Spójrzcie! Nawet
Francuz Doré ukazuje ich w takim świetle. Francuz nie powinien być
posądzany o nieprzychylność wobec Brytyjczyków, a tu proszę! Popatrzcie
i oceńcie sami okrucieństwo Anglików widziane oczami ich sprzymierzeńca!
Jaki interes ma zatem komandor King-Hall w węszeniu i wtykaniu nosa w niemieckie sprawy? Jedyną wszakże rzeczą, o której plakat nie mówił, był
fakt, iż obraz Dorégo został namalowany wiele dekad wcześniej i cokolwiek by sądzić o brytyjskich rządach w Indiach, nie miało to już
dzisiaj zastosowania.
Spacerkiem udałem się z powrotem w kierunku stacji, chłonąc ciepło
słońca, które pomału zachodziło za kościołem, pozłacając swoimi
promieniami zielone listki wierzb płaczących. Było bezwietrznie.
Jakże przesadzone wydawały się w tym momencie wszystkie te doniesienia
prasowe o niemieckich przygotowaniach do wojny i koncentracji ich wojsk
na granicy. Oto byłem tu, w nadgranicznym mieście, i nie zobaczyłem ani
śladu żołnierza. Prawda, widziałem ich wielu z okien pociągu w drodze do
Berlina, ale tu, w Neu Bentschen, nie dostrzegłem ani jednego. Tak, będę
mógł powiedzieć przyjaciołom w Warszawie, że nie widziałem tutaj niczego
niepokojącego. Ilu ludzi kiedykolwiek zatrzymuje się w tym miejscu?
Przypuszczam, że niewielu, szczególnie teraz, kiedy ruch między Polską a Niemcami jest tak ograniczony. Słyszano nawet o aresztowaniach.
Rozważając to wszystko, pomału wracałem na stację. Lecz cóż to za dziwny
hałas, jakieś zawodzenie i płacz dochodzące z placu przy dworcu? Nawet z tej odległości wydawało się, że ktoś jest tam bity. Nie myliłem się - na
dziedzińcu znajdowało się wielu żydowskich emigrantów. Byli oni
popychani i zmuszani do pozostawienia bagaży, wybuch paniki wisiał w powietrzu. Mężowie wołali żony, które od nich oddzielono, matki z desperacją krzyczały na dzieci, kilka kobiet prosiło SS-manów, aby
pozwolili im zabrać pościel, gdyż nie będą miały gdzie spać, jeszcze
inni błagali o zgodę na wysłanie listu do tych, którzy zostali.
Wszystkie te prośby spotykały się ze stanowczą i chłodną odmową.
- Nie wolno zabierać ze sobą pościeli, bo nie została zbadana przez
odpowiednie władze - powiedział lodowatym tonem SS-man pochłonięty
wkładaniem rękawiczek.
- Ale niechże zlituje się pan nad biedną wdową. Mam trójkę dzieci. Gdzie
one mają spać? - zawołała mizerna, chuda kobieta.
- Będziesz musiała poprosić żydowski komitet w Polsce, by dostarczył to,
czego ci trzeba. Nie możemy zawracać sobie głowy twoimi gratami.
Tymczasem zostaną w naszej przechowalni pod twoim nazwiskiem.
To oczywiście oznaczało, że już nigdy nie zobaczy swoich rzeczy -
ograniczenia dotyczące przenoszenia mienia żydowskiego były ogromne - o czym SS-man wiedział doskonale. Ale wszystko w Rzeszy musi mieć pozory
poprawności, nawet jeśli chodzi o pozbawianie ludzi ich ostatnich
poduszek i koców.
Pociąg, sfatygowany lokalny skład, przybył wreszcie na stację ciągnięty
przez niewielką lokomotywę manewrową. Wszyscy dostali zaledwie dziesięć
minut, aby do niego wsiąść. Wybuchła oczywiście wielka wrzawa, gdy cały
ten niezdyscyplinowany tłum ruszył do przodu, starając się za wszelką
cenę załadować ze swoimi walizami i tobołkami. Tratowano dzieci i słabsze kobiety.
W tym zamieszaniu pewną bardzo korpulentną kobietę w średnim wieku
dopadł atak wątroby i upadła na peron. Jakaś inna niewiasta rozpięła jej
ubranie i zaczęła nacierać skronie lawendą, ale widok kobiety w konwulsjach na niemieckim peronie tak zaburzył poczucie estetyki jednego
z SS-manów, że niczym kłodę drewna przekulał ją pod ścianę swoim ciężkim
czarnym buciorem.
To nie był sadyzm - zostało naruszone jedynie jego poczucie porządku i czystości. Gdyby to był akt sadyzmu, to - z ludzkiego punktu widzenia -
byłoby to nawet lepsze, naturalne, wynikające ze zdegenerowania. Ale to
było coś, czego tego człowieka celowo nauczono: nie należy przejmować
się cierpieniem kobiety, szczególnie jeśli jest ona Żydówką. To hańba,
że niemiecka stacja graniczna jest zaśmiecana przez takie wiedźmy!
Na miejsce zdarzenia został wezwany dworcowy doktor. Przybył w nieskazitelnie czystym kitlu i zaaplikował Żydówce jakieś leki, które
prawdopodobnie łagodziły ból. Tymczasem SS-man z wielką skrupulatnością
badał zawartość torby nieszczęsnej kobiety, gdyż ona sama była zbyt
słaba. Wysypał wszystkie jej pieniądze na ławkę, policzył je i wręczając
w całości lekarzowi, powiedział:
- Ma tylko dwie marki i siedemdziesiąt trzy fenigi. Będzie pan stratny
ponad markę.
Istotnie, miejscowy lekarz był stratny markę. To było wszystko, co ta
kobieta posiadała. Jestem jednak pewien, że gdyby zemdlał zagraniczny
pasażer ekspresu, ten sam lekarz udzieliłby mu pomocy za darmo,
zapewniając, że Rzesza udziela jej automatycznie każdemu. I taki pasażer
opuściłby Niemcy oczarowany świetną organizacją życia tego cudownego
narodu.
Spotkałem tę biedną kobietę ponownie w Zbąszyniu i ofiarowałem jej kilka
złotych. Była w takim stanie, że nie rozumiała, co dla niej robię.
Musiała jej to wytłumaczyć inna kobieta.
- Ten pan daje ci pieniądze, podziękuj mu.
Ale ona już nie wierzyła, że ktokolwiek może zrobić dla niej coś
dobrego. Inni wyglądali zresztą podobnie. Tamtejszy zawiadowca
powiedział mi, jak przykro było patrzeć na tych biednych Żydów
przybywających w takim stanie dzień po dniu...
W Zbąszyniu musiałem dokupić bilet. Kasjer poprosił mnie, bym zapłacił
drobnymi, gdyż nie był w stanie wydać mi reszty z banknotu.
- To pan nie wie, że brakuje nam monet?
- Nie wiedziałem, przyjeżdżam z zagranicy.
- To część niemieckiej gry w zdezorganizowanie naszej ekonomii, ich
"srebrna wojna".
Nie rozumiałem zbytnio, o czym on mówi, ale nie mogłem zapytać o szczegóły, gdyż za mną była kolejka po bilety.
W pociągu wdałem się w dyskusję z kupcem z Poznania. Uśmiechnął się
pobłażliwie, kiedy przyznałem się, że nie wiem, o co w tym chodzi.
- Ostatnio dało się zauważyć gromadzenie na niespotykaną skalę srebrnych
i niklowych monet, przy wielkim wsparciu Niemców i ich agentów. To
kompletnie dezorganizuje życie ekonomiczne kraju i dlatego rząd podjął
wszelkie środki, aby temu zapobiec. Prawdopodobnie nie uda się panu
rozmienić banknotu dwudziestozłotowego. A ludzie interesu nie mogą
pracować ze względu na tę sztucznie wywołaną koniunkturę. Wczoraj władze
przeszukały niemiecki bank spółdzielczy w Toruniu i okazało się, że dużą
część ich gotówki stanowiły srebrne monety. To stoi w oczywistej
sprzeczności z apelem rządu, aby nie gromadzić srebra.
- Rzeczywiście jest aż tak źle?
- Prawdopodobnie jest gorzej, niż może pan sobie wyobrazić. Mówię panu,
ludzie muszą odsyłać klientów, bo nie są w stanie wydać im reszty.
- A co robi rząd?
- Wypuścił na rynek ogromną liczbę nowych monet, ale to jest studnia bez
dna. Niemieccy agenci rozpowszechniają wśród chłopów pogłoski, że
srebrne monety mają większą wartość niż banknoty. To oczywiście głupota,
gdyż zawartość srebra jest tylko częścią nominalnej wartości monety.
W wagonie restauracyjnym musiałem zapłacić banknotem, ale kelner nie
miał jak wydać reszty, za co bardzo mnie przepraszał. Zanotował mój
adres i nazwisko, zapewniając, że pieniądze zostaną przesłane później. W tych okolicznościach byłem zadowolony, że Feliks, do którego wysłałem
depeszę, że uciekł mi pociąg, przyjechał autem, by odebrać mnie ze
stacji.
Jedno z pierwszych pytań, jakie zadano mi w domu, brzmiało:
- Czy możemy być całkowicie pewni, że w razie kłopotów z Niemcami możemy
liczyć na naszych aliantów?
Jeszcze nigdy nie widziałem moich rodziców tak niezrażonych i pewnych
tego, co nadejdzie.
- Sprawy nie wyglądają najlepiej, ale jestem pewien, że Niemcy blefują.
Jeśli nasi alianci zamierzają dotrzymać słowa i przyjść nam z pomocą,
Niemcy nigdy nie ośmielą się nas zaatakować. Co więcej, możemy obronić
się sami.
Następnie kobiety zmieniły temat, zwracając uwagę na ważki problem
wakacji.
- Chyba nie zostaniemy w Warszawie przez całe lato? Ojciec może spędzać
wieczory w ogrodzie i wyobrażać sobie, że jest na wsi, ale przedmieścia
Warszawy to jednak nie wieś.
Jak zwykle (i myślę, że nasza rodzina nie jest w tym odosobniona) każdy
chciał jechać gdzie indziej. Ostatecznie zdecydowaliśmy, że Feliks z Zulą pojadą autem do Gdyni, gdzie co roku jest coś ciekawego do
zobaczenia. Szczególnie teraz wiele osób uważało za patriotyczny
obowiązek spędzić chociaż kilka dni nad morzem, które było przedmiotem
sporu z Hitlerem. Nad polskim morzem!
Prawda, że coś niedobrego szykowało się w Gdańsku, gdzie Niemcy
nielegalnie gromadzili duże zapasy broni i amunicji, ale dopóki mieliśmy
w naszych rękach Westerplatte z jego dalekosiężnymi działami8,
dopóty wszystko było w porządku. Wiele słyszałem o naszym dowództwie w Gdańsku. Mówiono, że polskie umocnienia na Westerplatte są wspaniałe i że nasze dalekosiężne działa sprawują kontrolę nad miastem.
Wielu moich warszawskich przyjaciół zdążyło już wyjechać na wakacje.
Władze zachęcały zresztą do tego, by w miarę możliwości nie przejmować
się sytuacją, gdyż Niemcy mogą chcieć wywierać na nas taką presję
latami, starając się dezorganizować życie ekonomiczne i społeczne w Polsce. Niektórzy twierdzili, że Niemcy liczą na nasze załamanie
finansowe po przeprowadzeniu częściowej mobilizacji i tym samym na
pogodzenie się z ich warunkami dotyczącymi polskiego korytarza.
Te plotki zawsze rodziły najmniej pożądane pytanie: Dlaczego Wielka
Brytania i Francja nie udzieliły nam wsparcia finansowego? Kilka
milionów funtów zrobiłoby dużą różnicę, a co znaczy kilka milionów
funtów dla alianta, który godzi się na walkę o wspólną sprawę?
Ale podczas negocjacji pojawiły się nieoczekiwane komplikacje i ta
naprawdę znaczna pożyczka nie doszła do skutku. Wszyscy zastanawialiśmy
się dlaczego, w niezliczonych kawiarnianych rozmowach zaś wciąż
powracały pytania:
- Na co oni czekają? Czy oni w ogóle chcą tego, czy nie?
Tymczasem pojechałem z matką na południe, do wód przy granicy ze
Słowacją. Matce należał się solidny wypoczynek, a tamtejsze kurorty
znane są w całym kraju. Także dla mnie była to urocza ucieczka od
codziennego życia spędzana wśród gór oraz wspaniałych jodłowych i sosnowych lasów ojczyzny niezrównanego folkloru - Krynicy. Jeśli dodać
do tego komfort nowo wybudowanych hoteli, a także możliwość gry w tenisa
z godnym siebie przeciwnikiem, otrzymamy typowy obrazek szczęśliwych
wakacji. Ale te wakacje z pewnością takie nie były.
Rządowi oficjele zażywający wraz z małżonkami kąpieli słonecznych robili
wszystko, żeby nie czytać wiadomości, ale gdy tylko na brzegu rzeki
pojawiali się gazeciarze, całe nakłady były natychmiast rozchwytywane i niefrasobliwe zajmowanie się kolorem opalenizny czy robieniem babek z piasku ustępowało poważniejszym tematom.
Podczas gdy niemieckie żądania stawały się coraz bardziej natarczywe,
"Nie" ze strony Francji i Wielkiej Brytanii nie było wystarczająco
stanowcze. Wciąż zbyt dużo było słów na temat "rozsądnych" rozwiązań,
zbyt mało za to konkretów, i co najważniejsze - wciąż nie otrzymaliśmy
pieniędzy od Wielkiej Brytanii. Trzeba jednak przyznać, że zachodnie
mocarstwa przyspieszyły zbrojenia i ich przygotowania nabrały tempa.
Tu i ówdzie spotykało się w Polsce ludzi, których bracia, synowie czy
mężowie zostali bezterminowo powołani do wojska, ale jak dotąd nic nie
słychać o - choćby częściowej - mobilizacji.
Flisacy, którzy przypływali Popradem ze Słowacji, opowiadali o dziwnej
aktywności po drugiej stronie granicy i o wielkich zapasach gromadzonych
przez Niemców. Ludzie słuchali tych wieści jednym uchem i starali się o nich zapomnieć, oddając się pływaniu, grze w tenisa czy brydża. Ale jak
było można?
Poniedziałek, 21 sierpnia 1939
Udaliśmy się dziś z matką na doprawdy ekscytującą wycieczkę doliną
Dunajca, jednym z najpiękniejszych i najsłynniejszych miejsc w kraju.
Część drogi przebywa się na tratwach prowadzonych przez górali w tradycyjnych strojach. Przecinając podstawę gór, rzeka tworzy strome
kaniony i wąwozy i pozwala rzucić okiem na przecudowny górski krajobraz.
Ta wspaniała całodniowa wycieczka połączona z degustacją słynnego
rzecznego pstrąga sprawiła, iż niemal zapomniałem o sytuacji
politycznej.
Ale ta dała o sobie znać w niewyszukany sposób, skoro tylko wróciliśmy
do hotelu. Większość kuracjuszy znajdowała się w stanie paniki,
niektórzy byli już w trakcie pakowania bagaży i mówili o powrocie do
domu.
- Ribbentrop leci do Moskwy pertraktować ze Stalinem! Hitler negocjuje z bolszewikami! Wyobrażają sobie państwo?! Nic dobrego z tego nie
wyniknie.
Wieść o tym, że dwóch zagorzałych wrogów nagle zapragnęło mieć ze sobą
coś wspólnego, zelektryzowała wszystkich. Zelektryzowała cały świat. Co
za wylęgarnia zła!
Wtorek, 22 sierpnia
Wiele osób z naszego hotelu otrzymało telegramy wzywające je do
natychmiastowego powrotu do Warszawy. Niemal wszyscy urzędnicy państwowi
wyruszają jeszcze dziś. Chłopcy hotelowi byli cały dzień zajęci
znoszeniem waliz, a pociągi niemożliwie przepełnione. Niektórzy spośród
tych, którzy mieli wykupione miejsca w wagonach sypialnych, gotowi byli
wcisnąć się do przedziałów trzeciej klasy, byle tylko dotrzeć do domu.
Niemieckie żądania terytorialne zdają się nie ograniczać tylko do
Gdańska; rosną z godziny na godzinę. Hitler naciska na nasz rząd, aby
wysłał do Berlina przedstawiciela zaopatrzonego we wszelkie
pełnomocnictwa, które pozwolą mu scedować na rzecz Niemiec część naszego
terytorium.
Dzięki Bogu mamy silną armię strzegącą granic oraz aliantów, którzy je
zagwarantowali. Nasz minister spraw zagranicznych jasno postawił sprawę
w maju, mówiąc, że jest gotowy do podjęcia negocjacji z kanclerzem
Niemiec, zaznaczając jednak, że są dla nas wartości cenniejsze nawet niż
pokój. Tymi słowami wyraził odczucia całego narodu.
Środa, 23 sierpnia
Tego wieczoru definitywnie potwierdzono w radiu, że niemiecko-radziecki
pakt został podpisany w Moskwie i że kraje te znalazły wspólny język.
Cóż może to oznaczać, jeśli nie rozbiór naszego kraju? Te wieści były
dla wszystkich sygnałem, aby przerwać wakacje i wracać.
Matka czytała Przeminęło z wiatrem Margaret Mitchell i chciała, abym i ja przeczytał tę książkę. Powiedziała, że w jej odczuciu wojna jest
nieunikniona. Miała sen, że nasza rodzina rozproszy się po świecie.
Wydarzenia ostatnich dni trochę ją zmartwiły, ale wciąż jest opanowana i twierdzi, że nie będzie wyjeżdżać w pośpiechu, lecz poczeka, aż zrobi to
większość letników. Obawia się jednakowoż, iż Feliks może zostać znowu
powołany do wojska. Staram się ją przekonać, że jeśli już raz tak się
stało, to jest mało prawdopodobne, że zostanie powołany ponownie w najbliższym czasie. Z drugiej strony wiadomo, że niektórzy oficerowie
rezerwy powołani w lecie na sześć tygodni jeszcze nie zostali zwolnieni.
Dziś otrzymaliśmy list od Feliksa, w którym pisze, że ma się dobrze i korzysta z kąpieli. To było oczywiście dwa dni temu.
Dzisiaj Hitler mianował swojego gauleitera w Gdańsku, co jest rażącym
pogwałceniem traktatów oraz wyzwaniem dla Polski. Wszyscy zastanawiają
się, jak nasz rząd zareaguje na tę jawną potwarz. Gazety piszą także o rosnącej liczbie niemieckich agentów, którzy przybywają do Gdańska jako
"turyści". Będzie to spory problem, szczególnie gdy zechcą zająć
kluczowe pozycje w mieście. Lecz z pewnością nasze władze wojskowe
dobrze o tym wiedzą i trzymają rękę na pulsie. Co więcej, jest jeszcze
Francja i Anglia i wydaje się, że tym razem podchodzą one do tego
poważnie.
Piątek, 25 sierpnia
Cały kurort stopniowo się wyludnia. Nikt już nie myśli o tenisie czy
uzdrawiających kąpielach, lecz tylko o tym, jak zdobyć bilet do
Warszawy, Lwowa czy Krakowa. Kolej stanęła na wysokości zadania, jeśli
chodzi o pasażerów, ale bagaże zostaną dostarczone później.
Cała ta panika wydaje się śmieszna, ale jesteśmy o rzut kamieniem od
granicy i gdyby Niemcy zaatakowali od strony Słowacji, byliby tu w pół
godziny. Jednak nie sądzę, by do tego doszło. Hitler stara się stworzyć
wielkie międzynarodowe napięcie, ale napotkawszy zdecydowany sprzeciw,
będzie musiał szukać porozumienia.
Polscy żołnierze obsadzili mosty, w wielu miejscach zostały rozstawione
straże. Nie rzucają się w oczy, lecz wyczuwa się obecność wielkich,
sprawnych kontyngentów.
Nieliczne osoby, które pozostały w hotelu, uważają się za bardzo
dzielne. Wśród tych, którzy nie zwracają uwagi na najnowsze doniesienia,
jest tajemniczy niemiecki doktor z Warszawy. Wydaje się bardzo aktywny i nie ma zamiaru opuszczać hotelu. Jednak ostatni z nas wyjeżdżają jutro i hotel nie będzie otwarty tylko dla niego.
Sobota, 26 sierpnia
Ponieważ pociągi były bardzo zatłoczone, postanowiliśmy pojechać trochę
dalej, do Krynicy, która była stacją końcową. Jeśli - mieliśmy nadzieję
- uda nam się zająć tam miejsca siedzące, dojedziemy do Warszawy we
względnym komforcie.
W Krynicy również pozostało niewiele osób i były one bardzo zdenerwowane
i podekscytowane całą sytuacją, szczególnie Żydzi. Spotkałem starego
znajomego, który pracował w Ministerstwie Handlu. Był opanowany.
- Jak twoim zdaniem rozwinie się sytuacja?
- Jestem pełen nadziei. Myślę, że Stalin zrobi z Hitlera idiotę, gdyż ma
tajne porozumienie z Anglią i to wszystko jest tylko po to, aby trzymać
Japonię w szachu. Jeśli oni się przekonają, że Niemcy wspierają Rosję,
dwa razy pomyślą, nim zrażą do siebie Wielką Brytanię.
Mówił o tym z takim przekonaniem, jakby miał jakąś tajemną wiedzę o tym
pakcie.
Niedziela, 27 sierpnia
Tego ranka krążyły bardzo niepokojące wiadomości. Mówiono, że wiele
mostów zostało wysadzonych i z tego powodu pociąg z Krynicy nie wyruszy.
Nawet na stacji nie byliśmy w stanie uzyskać żadnych konkretnych
informacji, ale na szczęście pociąg odjechał wieczorem, zgodnie z rozkładem, i nasze obawy zostały rozwiane. Będziemy w Warszawie rano.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki
Por. Franciszek Stefan Neuman (1913-1966) - prawdopodobnie jemu
dedykowana jest książka. Jeśli nie zostało to oznaczone inaczej,
wszystkie przypisy pochodzą od tłumacza. [wróć]
Wanda Maria Neuman (1884-1944). O losach rodziny Neumanów patrz
Posłowie. [wróć]
Bulwar, o którym mowa, nie został ukończony. Do dziś istnieje wyryta na
kamiennej tablicy przewidywana data ukończenia budowy "194...". Wybuch
wojny pokrzyżował te plany. [wróć]
Jan Żabiński (1897-1974) - zoolog, fizjolog, wieloletni dyrektor
warszawskiego ogrodu zoologicznego, powstaniec warszawski, Sprawiedliwy
wśród Narodów Świata. [wróć]
Antonina Zofia Neuman (1909-?) - znana tenisistka, zaginęła podczas
okupacji. [wróć]
Zbąszynek. Stacja oddana do użytku w 1925 roku, aż do wybuchu wojny w 1939 służyła Niemcom jako stacja graniczna z Polską. [wróć]
Stephen King-Hall (1893-1966) - oficer Royal Navy, polityk i pisarz. W swoich K-H News-Letter Service krytykował reżim Hitlera, przez co
wywołał wojnę na słowa z ministrem propagandy Goebbelsem. [wróć]
Autor ma zapewne na myśli helską 31. Baterię im. Heliodora Laskowskiego
z jej czterema działami kal. 152 mm. Westerplatte dysponowało jednym
starym działem kal. 75 mm. [wróć]