Wprowadzenie
Dzień nad portem
Okno mojej sypialni na pierwszym piętrze wychodzi na dwadzieścia parę łodzi rybackich. Pięć z nich to trawlery o wysokich drewnianych dziobach, na których granatową farbą namalowano "oczy". Wypływają w morze około siedemnastej: jeden po drugim suną ku wieczornej zorzy.
Z ich śródokręcia wyginają się ku niebu metalowe rury, największą wysokość osiągając nad burtą. Właśnie stamtąd, już na morzu, pomarańczowe sieci opadają na wodę kaskadami jak olbrzymie jasne rozpryski. Każdy, kto na Shiraishi przygląda się z plaży trawlerom niknącym za horyzontem na tle mandarynkowego zachodu, nie może nie czuć tęsknoty za idyllicznym życiem rybackim, jakie wciąż trwa na tych wysepkach na Morzu Wewnętrznym.
Pozostałe łodzie widoczne z okna są płaskodenne, zbudowane z włókna szklanego. Czekają w szeregu przycumowane dziobami i na kotwicach rufowych, a ich kadłuby uderzają o siebie huśtane portowym ruchem. Właśnie na nich rybacy mkną między pułapkami połowowymi i wydobywają sieci z głębin. Dzięki niskim nadburciom łatwo wyciągają zdobycz na pokład, a potem zrzucają bezceremonialnie do ładowni. Podczas gdy trawlery wypływają o zachodzie słońca, płaskodenne łodzie wyślizgują się na morze, kiedy ciemne barwy nocy blakną i przechodzą w ulotne pastele brzasku. Rybacy wyprawiają się i powracają niespiesznie, ukradkowo, jak odpływ i przypływ. Moje życie jest dostrojone do ich całodobowego rytmu.
W letnie noce, leżąc w łóżku przy szeroko otwartym oknie, zanurzam się w sen owiewana łagodną morską bryzą, która muska mnie delikatnie niby czyste prześcieradło wywieszone do schnięcia.
W piątki po północy towarzyszy mi we śnie dźwięk kotwicy statku towarowego Kaisei Maru opuszczanej już na otwartym morzu. Kawał metalu mknie w dół, grube ogniwa łańcucha w windzie kotwicznej terkoczą "brzęk-brzęk, brzęk-brzęk", aż nagle wszystko spowija cisza oznaczająca, że kotwica dosięgła dna. Przy bul-bul-bulgoczącej dyskretnie śrubie napędowej kapitan manewruje biegami i towarowiec sunie w tył, w tył, w tył, dopóki napięty łańcuch kotwiczny całkiem go nie unieruchomi. Silnik milknie i znów zapada cisza. Kapitan Towarowca gasi światła pozycyjne, włącza pojedyncze białe światło kotwiczne na wierzchołku masztu, wchodzi ze swoim bratem do bączka i opuszcza go żurawikiem na wodę przy dwustustopowym (pięćdziesięcioośmiometrowym) statku. Kiedy łódka zakołysze się już na falach, kapitan wypina ją z want i bezgłośnie płynie przez mrok do bezpiecznego portu.
O świcie wyrywa mnie z głębin snu cichy gulgot obracającej się śruby napędowej. Niczym nurek wynurzam się powoli na powierzchnię jawy. Zaczerpuję tchu i siadam. Zasłony są rozsunięte, tak zostawiłam je wieczorem. Obserwuję, jak widok za oknem stopniowo nabiera ostrości niby film naświetlany w ciemni.
Śruba napędowa, która mnie zbudziła, to część łodzi spod okna, pracującej teraz na jałowym biegu. Zastawiacz Pułapek - w żółtym T-shircie i jasnobrązowych spodniach wpuszczonych w białe gumowce - szykuje się do wyruszenia w morze. Właśnie odcumowuje i wrzuca wsteczny bieg, a płaskodenna łódź wyślizguje się ospale ze swojego miejsca postoju. Cofając się ze szmerem po lekko wzburzonej wodzie, Zastawiacz Pułapek, zwinny jak na rybaka przystało, wsuwa po kolei obie nogi w wodoodporne ochraniacze, po czym naciąga osłony na spodnie. Zmienia bieg na przedni i rozsiada się na fotelu kapitańskim, a łódź niespiesznie mija migające czerwienią światło przy wyjściu z portu.
Sam port jest nieduży, ma ćwierć mili (391 metrów) długości, a szerokości niespełna połowę tego. Wprawny japoński łucznik mógłby wypuścić strzałę z jednej strony portu i ugodzić w któryś z budynków po drugiej stronie. Kiedy z przystani promowej spogląda się w kierunku mojego domu, nie sposób na szczycie wznoszącej się za nim góry nie zauważyć głazu, który sterczy jak drogocenny kamień wyswobodzony ze swojej złotej oprawy. Głaz ten, zwany Bikuni, jest pierwszym kawałkiem granitu na tej upstrzonej kamieniami wyspie, który czuje pieszczotę słońca o brzasku, i ostatnim, który odbija słoneczne promienie o zachodzie. Zgodnie z rdzennie japońską religią shint? pozycja ta czyni z Bikuni świętą skałę. Każde wpłynięcie do portu i każde wypłynięcie odbywają się pod strażą Bikuni.
Kiedy japoński poeta haiku Matsuo Bash? pisał słynny dziennik podróży Oku no hosomichi (Ścieżki na daleką północ), robotnicy na Shiraishi rozłupywali tutejszy granit za pomocą żelaznych bolców wbijanych młotami. Uzyskane w ten sposób mniejsze skały ociosywano ręcznie na bloki, które układano jeden na drugim, żeby wzmocnić nabrzeże i zbudować dwa mola po przeciwległych stronach portu. Szczypce te dzieli przestrzeń na tyle duża, żeby mógł nią przepłynąć pojedynczy prom lub by minęły się w niej ostrożnie dwie małe łodzie rybackie. Za każdym z mol wyrasta góra, tworząc zalesioną bramę przystani.
Kiedy łódka Zastawiacza Pułapek zniknie już w oddali, po pasie bitumicznej nawierzchni pomiędzy moim domem a portem zjeżdża, klekocząc, nieduży motocykl z przypiętą z tyłu starą skrzynką na ryby. Pan Kawata precyzyjnie wprowadza swoją hondę super cub po kładce na pomost pływający i gasi silnik. Zgrabnie zsuwa się z siodełka, obcasem gumiaka opuszcza podpórkę motocykla i zeskakuje do łódki tak małej, że niewidocznej za pomostem. Tam czeka już jego szwagier Ma-kun, z papierosem w ustach obserwuje nadejście świtu. Starszy mężczyzna zrzuca zapętloną linę z dziobu i rufy, przekręca kluczyk, silnik rusza z prychnięciem i oto pan Kawata i Ma-kun mijają latarnię morską, mknąc terkotliwie w ślad za Zastawiaczem Pułapek.
Jest kwadrans po szóstej. Słońce wspięło się już na górę za moim domem i ozłaca teraz wzgórze Tomiyama po drugiej stronie portu. Słoneczne pocałunki budzą czaple gniazdujące w wierzchołkach drzew i podbarwiają na złoto ich alabastrowe skrzydła.
Podczas gdy wieczorem nadchodzą fale przypływu, rankiem panuje bezruch, jak gdyby czas zatrzymał się w swoim nieustępliwym dążeniu naprzód. Pomiędzy moim domem a przeciwległym brzegiem trwa woda pogodna jak poranna rosa. Jej lustro odbija wszystko, co ponad nią: bursztynowe niebo, przepływający obłok, mewę kreślącą powietrzne ósemki. W tych wczesnych godzinach życie migawkowo się odzwierciedla, powiela i kopiuje tysiąc razy na minutę, dając obraz o łagodniejszych liniach, urzekający spokojem. Jest to chwilowe wyciszenie i moja ulubiona pora dnia.
Stoję teraz na parterze przy otwartych oknach. Patrzę, jak kurtyna światła zsuwa się po górskim zboczu. Już dotarła poniżej czaplich gniazd na wierzchołkach drzew. Kiedy słońce tak napiera na mrok, wyłania się zarys Bikuni: poszarpany, pełzający cień na przeciwległym wzniesieniu. Nazwa Shiraishi znaczy "biały kamień", a pochodzi od skał podobnych do Bikuni, często spotykanych tu w górskich rejonach. A skoro na szczycie jest tyle głazów, na wybrzeżu oczywiście też ich nie brakuje. Pobrużdżone przez wodę kolosy opasują tysiące wysepek Morza Wewnętrznego, osłaniając je przed kaprysami wichrów i fal. Mój dom na falochronie zbudowano właśnie na takich skałach, z których część na pewno runęła kiedyś z wysokości. Na ten nieunikniony upadek wskazują stulecia tajfunów i osuwisk, sprzyjających pozbywaniu się nadmiaru górskiego materiału. Dzisiaj także większy lub mniejszy głaz przetacza się od czasu do czasu przez czyjś salon.
Kormoran na burcie łodzi rybackiej potrząsa kuprem i rozkłada skrzydła, żeby wysuszyć je w nadchodzącym cieple dnia. Kołysze się z nogi na nogę w sobie znanym rytmie, poruszając piórami ogona, jak gdyby to sama japońska bogini słońca właśnie odemknęła wejście do swojej niebiańskiej jaskini i przywróciła ziemi światło. Teraz wydarzy się coś magicznego.
Kiedy ciepło słońca zderza się z nocnym powietrzem zalegającym między górskimi ścianami portu, chłodne masy zaczynają się przemieszczać. Świeżo ogrzane powietrze wypełnia coraz więcej przestrzeni, sprężając nocny chłód w pojedyncze tchnienie bryzy, które mknie ku mnie nad powierzchnią wody i przez otwarte okno wpada do salonu. Trwa to zaledwie chwilę, ale owo wzbierające, nabrzmiałe spiętrzenie chłodu jest jednym z codziennych cudów natury na tej małej wyspie.
Wobec tej oficjalnej inauguracji dnia ryba bora, cefal, wyskakuje z wody ukośnie, jak deszcz ze śniegiem zacinający przy silnym wietrze, i śmiga na powrót w dół - prask! - żeby się pozbyć wczepionych w nią pasożytów. Długonogie czaple siwe obejmują wartę na nadburciu zacumowanych łodzi rybackich i na tych chybotliwych posterunkach czekają nieruchomo, aż Zastawiacz Pułapek, pan Kawata i Ma-kun przypłyną z połowów ze swoją zdobyczą i być może poczęstunkiem na śniadanie. Kormorany już nurkują w głębinie, wynurzają się po pół minucie i znowu znikają pod powierzchnią.
Słońce, teraz wysoko na niebie, odbija się w wodzie jak milion trzepotliwych oczu odmykających powieki z samego rana. Zmarszczki formujące się na powierzchni sygnalizują początek odpływu: port opróżnia się stopniowo na wzór butelki zacnego wina. Odpływ, choć niewidoczny dla niewprawnego oka, w ciągu najbliższych sześciu godzin sprawi, że łodzie opadną o trzynaście stóp (cztery metry).
Pierwsze łodzie komercyjne docierają z Honsh? tuż przed siódmą. Zatrzymują się na krótko, żeby wędkarze amatorzy mogli z pomostu przed Związkiem Rybackim pobrać żywą przynętę na całodzienny połów. Każda z łodzi wiezie od czterech do ośmiu klientów w żółtych kamizelkach ratunkowych. Opierają się wygodnie o nadburcie, kiedy kapitan podprowadza łódź do platformy, a wysoki rybak o lekko kręconych, szpakowatych włosach zgarnia wiadrem drobnicę z ładowni trawlera i wręcza pojemnik swojej energicznej żonie, która z uśmiechem przekazuje go kapitanowi. Łódź odbija od nabrzeża, a do pomostu już zbliża się następna, pełna klientów.
Mniej więcej w tym czasie pojawia się w porcie chudy młody człowiek w podniszczonych białych gumowcach i turkusowych spodniach nieprzemakalnych, palący niedbale papierosa - istny rybacki wariant Marlboro Mana. To Łowca Ośmiornic. Właśnie wyrusza na przegląd swoich pułapek na ośmiornice. Wróci za godzinę z kilkunastoma nowymi zdobyczami, które poprzekłada do pomarańczowych siatek utrzymujących te przebiegłe głowonogi przy życiu w sieciach zwieszonych z burty. Później sprzeda ośmiornice w gospodach, które serwują świeże owoce morza swoim gościom w trakcie ich weekendowego wypadu na wyspę.
Jeśli jest to czwartek, za moim oknem zaczynają teraz sunąć wyspiarze z pustymi kanistrami na paliwo załadowanymi na ręczne wózki. Tylko w czwartki mieszkańcy Shiraishi mogą kupić benzynę do swoich pojazdów bądź naftę do piecyków używanych w zimie. Przy Związku Rybackim ustawią oznaczone kanistry w szeregu przed dystrybutorami i rozejdą się do domów na śniadanie. Pracownica dotrze tu promem za kwadrans ósma, naleje paliwo, pobierze zapłatę, kiedy właściciele zgłoszą się po swoje pojemniki, a w południe odpłynie na Honsh?, znikając na kolejny tydzień.
Zastawiacz Pułapek i pan Kawata wracają po sprawdzeniu pułapek połowowych. Zastawiacz Pułapek trzyma zdobycz w ładowni, pan Kawata przy nabrzeżu okłada lodem ryby, które zdążyły już wyzionąć ducha. Ma-kun właśnie przechodzi za moim oknem, niosąc plastikową torbę. Nad jej krawędzią kiwają się czarne ogony dwóch wielkich ryb. Pan Kawata wkrótce też opuści port na motocyklu, wioząc ryby ułożone na bagażniku.
Dla osób nietrudniących się rybołówstwem dzień rozpoczyna się z przybyciem personelu odpowiedzialnego za sprzedaż biletów na prom. W małej kasie biletowej zasiada Yakutoshi, który niedawno powrócił na Shiraishi, żeby opiekować się swoją dziewięćdziesięciopięcioletnią matką, lub Takanori, od pięciu lat na emeryturze, ponownie zamieszkały (wraz z żoną) na ojczystej wyspie. Ci dwaj reemigranci obsługują kasę na zmianę.
Pierwszy prom pasażerski zmierzający na Honsh? przybija do Shiraishi pięć po siódmej. Wypływa z Manabe (liczba mieszkańców: 120, w tym kapitan promu), najdalej wysuniętej wyspy w łańcuchu Kasaoka. Zatrzymuje się krótko przy wyspach Kitagi (liczba mieszkańców: 700), Shiraishi (liczba mieszkańców: 430), Takashima (liczba mieszkańców: 100) i K?noshima (liczba mieszkańców: 10 000), po czym zawija do portu miasta Kasaoka na Honsh?. Stamtąd od razu rusza w kurs powrotny, podczas którego przystaje na moment przy każdej z wysp łańcucha.
Jako następna oznajmia syreną swoje przybycie łódź, która zabiera na pokład czworo dzieci i zawozi je do szkoły podstawowej na pobliskiej wyspie K?noshima. Do portu tę gromadkę odprowadzają dwaj dziadkowie i jeden ojciec, Amano Makoto; trzecie jego dziecko, niemowlę, spoczywa w nosidełku na jego piersi. Dorośli stoją na pomoście, dopóki łódź nie zniknie im z oczu.
Dokładnie za trzynaście ósma wpływa do portu pierwszy prom z Honsh?. Z pokładu zostaje zrzucona paczka gazet i worek pocztowy, a na brzeg schodzi sześcioro pracowników szkoły, w tym czworo nauczycieli dwojga nastolatków uczęszczających do tutejszego gimnazjum.
Wszystkich przybywających na Shiraishi wita kamienny monument z informacją, że oto znaleźli się w ojczyźnie "Tańca Shiraishi Bon - niematerialnego dziedzictwa kultury ludowej". W tę potężną płytę skalną, której płaska, oszlifowana strona zwrócona jest ku przystani, wkomponowano czarno-białe zdjęcie miejscowych wykonujących swój tradycyjny taniec kostiumowy ku czci poległych w bitwie morskiej na Morzu Wewnętrznym w 1185 roku, opisanej w eposie Heike monogatari.
Ostatnią szansą na poranną przeprawę na Honsh? jest prom samochodowy - z duetem ojca i syna jako kapitanów - wypływający z portu o godzinie ósmej. Prom przewozi głównie pasażerów wybierających się na całodniowe zakupy, a także osoby, które opuszczają wyspę po krótkim pobycie. Mieszkańcy Shiraishi na ogół nie posiadają samochodów, a ci, którzy je mają, pozostawiają je zwykle na lądzie, żeby uniknąć opłat za ich transport w obie strony. Bagaże i większe zakupy łatwiej jest załadować i wyładować, korzystając z rampy promowej. Kapłan Buddyjski, gdy przeprawia się na Honsh?, żeby przewodniczyć obrzędom pogrzebowym, dostaje się na prom bez zsiadania ze skutera, a Taiko-san (Matka Jedenaściorga) zjeżdża w Kasaoce z pokładu na swoim czterokołowym wózku elektrycznym i udaje się nim na umówioną wizytę u lekarza. Mimiko, która na wyspie spędza lato, w drodze powrotnej do Tokio chętnie decyduje się na ten właśnie rejs, bo obsługa promu wysyła jej walizki do stolicy prosto z portu i dzięki temu Mimiko - już tylko z dwoma kotami w transporterach - może swobodnie przemieścić się na dworzec kolejowy, żeby odbyć swoją czterogodzinną podróż shinkansenem.
Wkrótce po odpłynięciu promu słyszę szelest i pacnięcie: to Doręczyciel Gazet przesuwa drzwi mojego domu i upuszcza gazetę na stopień u wejścia. Kiedy przeglądam poranne wiadomości, od nabrzeża odbija brodaty mężczyzna z suczką beagle o imieniu Hime (Księżniczka) węszącą na rufie jego prywatnej łodzi rybackiej. Pośrodku portu brodacz wrzuca jałowy bieg. Łódź cierpliwie czeka, a on przechodzi na rufę, zwraca się twarzą ku zachodowi, klaszcze dwukrotnie i kłania się buddyjskiemu bóstwu namikiri fud? (przecinającemu fale Fud? My??), wizerunkowi wyrytemu przed ponad ośmiuset laty w skale po zachodniej stronie przystani - wczesnemu przejawowi czci, jaką na wyspie otacza się głazy. Po modlitwie o spokojne morze, zgodnej z pradawną tradycją, pan i pies wypływają z portu. Mężczyzna za każdym razem powraca bezpiecznie, ale nie zawsze tak bywa z rybakami. Ten należy do grona szczęśliwców.
Za kwadrans dziesiąta we wtorki i czwartki schodzi na nabrzeże lekarz z Honsh?, który od dziesiątej do szesnastej przyjmuje pacjentów w tutejszej przychodni.
Przed jedenastą aktywność w porcie niemal zamiera poza sporadycznym przejazdem wózka lub jednego czy dwóch rowerów i przemknięciem kilku pieszych. Zacumowanymi łodziami władają teraz mewy, zadowolone z leniwego przedpołudnia. W porze lunchu zapada niezwykła cisza: życie nie płynie już naprzód, lecz biernie poddaje się nurtowi czasu. Nie przybija tu ani nie odbija żaden prom, żadna łódź nie napręża cumy, a jeśli pojawi się jakiś mały kuter rybacki, to wślizguje się do przystani jak kaczka sunąca po gładkiej wodzie. Wrażenie bezruchu nie mija, nawet kiedy do brzegu zawija pierwszy popołudniowy prom; z przypływem niesie się melodyjka i komunikat o krótkim postoju na wyspie Shiraishi.
Tak przed moim domem toczą się dni. Buczenie przypływających i odpływających promów oraz przewidywalny ruch ich pasażerów narastają i cichną niby podkład muzyczny. W każdej chwili mogę spojrzeć przez okno i odczytać poszczególne sceny jak pozycje wskazówek zegara. Sygnały dźwiękowe, chlupot wody przy zmianie obrotów śruby napędowej, rozchodząca się nad portem melodia zwiastująca przybycie promu - wszystko to łącząc się, czyni z dnia na wyspie harmonijną całość.