2
"Pogranicze śmierci"
Dwa wieczory później w progu mieszkania na East Side na Manhattanie powitała mnie wysoka, niezwykle piękna kobieta, która za sprawą długich włosów upiętych na czubku głowy przypominała dziewczęta z obrazów Renoira.
Podała mi rękę.
- Pan Davis? Jestem Marna Anderson, córka Nate'a Kline'a. Proszę wejść. - Odwróciła się dość gwałtownie i poprowadziła mnie nieskazitelnie białym korytarzem. Natomiast gdy otwarła drzwi dużego pokoju, ujrzałem rój kolorów.
Miałem przed sobą olbrzymi stół; siedzący u jego szczytu niski mężczyzna w białym lnianym garniturze i staroświeckiej kamizelce z brokatu wstał i ruszył w moją stronę.
- Zapewne pan Wade Davis. Jestem Nate Kline, cieszę się, że znalazł pan czas, by mnie odwiedzić.
W pokoju było łącznie dziewięć osób. Kline przedstawił mi każdą z nich, ale zrobił to pospiesznie i niedbale, by dać mi do zrozumienia, że nie muszę nikogo zapamiętywać. Wyjątek uczynił tylko dla starszawego pana, siedzącego sztywno w kącie.
- Chciałbym, żeby pan poznał jednego z moich najstarszych współpracowników, profesora Heinza Lehmanna. Heinz był dawniej szefem wydziału psychiatrii i psychofarmakologii na Uniwersytecie McGilla.
- Ach, pan Davis - powiedział Lehmann cichym głosem. - Bardzo się cieszę, że postanowił pan wziąć udział w naszym małym przedsięwzięciu.
- Jeszcze nie wiem, czy postanowiłem.
- Tak, słusznie, zaczekajmy, co się wydarzy.
Kline zaprosił mnie, żebym usiadł na sofie w towarzystwie trzech uprzejmych, lecz niezbyt interesujących kobiet, które sączyły koktajle i prowadziły żywą rozmowę, przeskakując z tematu na temat. Powymieniały się plotkami, po czym zaczęły mnie wypytywać, czym się zajmuję. Ich entuzjazm sprawił, że poczułem się dość niekomfortowo i przy pierwszej nadarzającej się okazji uciekłem do baru, by zrobić sobie drinka. Pokój był pełen dzieł sztuki: podziwiałem haitańskie obrazy, kolekcję zabytkowych gier, pozłacaną perską skrzynię oraz wczesnoamerykańskie wiatrowskazy z motywami koni zastygłych w kłusie.
Potem światła wielkiego miasta zwabiły mnie na balkon. Niskie chmury sunęły przez korytarze ciemności, przesłaniając szczyty wieżowców, z dołu dolatywał szum opon toczących się po lśniącym asfalcie. Obejrzałem się za siebie i zobaczyłem, że Kline odprowadza gości do drzwi. Jego ruchy zdawały się ostentacyjnie dynamiczne i dziarskie; przywodziły na myśl pewien typ starszego pana, który w obecności innych domaga się, żeby położyć mu dłoń na piersi i poczuć, jak mocno bije jego serce. Nie pasował do roli lekarza, przejawiał próżność właściwą raczej poetom. Natomiast Lehmann, wysoki, chudy i wątły, był wręcz urodzonym psychiatrą i mimowolnie zacząłem się zastanawiać, czym mógłby się zajmować, gdyby przyszedł na świat w dawniejszej epoce, zanim jeszcze ludzie decydowali się poddawać analizie swoje myśli i uczucia.
Marna wzięła Kline'a pod rękę i razem z nim żegnała ostatnich gości. Łatwo było dostrzec silną więź łączącą ojca i córkę. Byli jak jedna osoba - wystarczyło szybkie spojrzenie Kline'a, by Marna przywołała mnie gestem.
O dziwo, gdy goście sobie poszli, pokój nabrał życia. Lehmann poczuł się teraz dużo swobodniej. Zasiadł za stołem i spojrzał na mnie z uśmiechem.
- Nie będziemy dłużej trzymać pana w napięciu, panie Davis. Profesor Schultes zapewnia, że pociągają pana podróże w niezwykłe miejsca. Chcemy zatem wysłać pana na pogranicze śmierci. Otóż sądzimy, że istnieją ludzie, którzy funkcjonują wyłącznie w nieprzerwanym tu i teraz. Ich przeszłość umarła, przyszłość zaś to jedynie strach i niezaspokajalne pragnienia.
Spojrzałem na niego sceptycznie. Potem przeniosłem wzrok na Kline'a, który natychmiast podjął wątek.
- Niełatwo stwierdzić, czy martwy człowiek naprawdę jest martwy - oznajmił i zrobił pauzę, wpatrując się we mnie badawczo. - Stwierdzenie zgonu to odwieczny problem. Weźmy choćby Petrarkę; niewiele brakowało, a zostałby pochowany żywcem. Starożytni Rzymianie straszliwie bali się takiego losu. W pismach Pliniusza Starszego znajdziemy wiele wzmianek o ludziach, których w ostatniej chwili uratowano ze stosu pogrzebowego. Ostatecznie jeden z cesarzy postanowił zapobiec tego rodzaju błędom i zarządził, że od śmierci do pochówku musi upłynąć siedem dni.
- Może należałoby wrócić do tej zasady? - wtrącił Lehmann. - Pamiętasz przypadek z Sheffield?
Kline pokiwał głową i wyjaśnił mi:
- Niecałe piętnaście lat temu angielscy lekarze postanowili poeksperymentować z przenośnym kardiografem na trupach w kostnicy w Sheffield i wykryli znaki życia u młodej kobiety, którą uznano za zmarłą z powodu przedawkowania.
Lehmann uśmiechnął się i dodał:
- Tu, w Nowym Jorku, doszło do jeszcze bardziej sensacyjnego zdarzenia. W kostnicy miejskiej przeprowadzano sekcję zwłok. Chirurg zrobił pierwsze nacięcie, a wtedy zmarły nagle się zerwał i chwycił go za gardło. Nieszczęsny lekarz umarł z powodu szoku.
Spojrzałem na nich obu, próbując ukryć lęk, który we mnie wzbierał. Miałem przed sobą dwóch starych ludzi, ich głosy były twarde i rzeczowe. Czyżby bliskość śmierci tak bardzo zaprzątała ich myśli, że teraz, u schyłku życia, zaczęła ich bawić? Musiałem powtórzyć sobie w duchu, że przecież rozmawiają ze mną wybitni specjaliści, laureaci najważniejszych amerykańskich nagród naukowych.
- Zgodnie z ogólnie przyjętą definicją śmierć to ustanie podstawowych czynności życiowych. - Kline oparł się na krześle, złączył dłonie i się uśmiechnął. - Ale które czynności życiowe należy uznać za podstawowe? Jak je badać?
- Zatrzymuje się oddech, zanika tętno, spada temperatura ciała... Mięśnie sztywnieją... Tego typu rzeczy - odpowiedziałem dość niezręcznie. Nadal nie miałem pojęcia, do czego zmierzają moi rozmówcy.
- Nie zawsze da się to stwierdzić. Czasami podczas oddychania ruchy przepony są tak nieznaczne, że wręcz niewykrywalne. Poza tym może po prostu nastąpiła przerwa w oddychaniu? Co do spadku temperatury, to musi pan pamiętać, że ratownicy często wyciągają żywych ludzi z zamarzniętych jezior lub z zasp.
- Oczy zmarłego nic panu nie powiedzą - dorzucił Lehmann. - Mięśnie tęczówki sztywnieją pomału przez wiele godzin po śmierci. Kolor skóry dostarcza nieco bardziej użytecznych informacji...
- Nie w przypadku, o którym mówimy - przerwał mu Kline. - Trupią bladość możemy przecież zaobserwować wyłącznie u osób o jasnej skórze. A bicie serca? Dowolny lek powodujący hipotensję może sprawić, że puls stanie się niewyczuwalny. Tak naprawdę, kiedy wprowadzamy człowieka w głęboką narkozę, mamy do czynienia ze wszystkimi objawami śmierci. Płytki, niewyczuwalny oddech, słaby puls, drastyczny spadek temperatury ciała, kompletny bezruch... - Kline nalał sobie brandy. - "Ni dech, ni ciepło nie wskaże, że żyjesz". Tak mówi ojciec Laurenty do Julii, moi panowie. To bodaj najsłynniejsza wzmianka na temat anabiozy wywołanej farmakologicznie.
- Tak naprawdę istnieją tylko dwa sposoby stwierdzania zgonu - podsumował Lehmann. - Pierwszy jest mocno zawodny: trzeba zrobić skan mózgu i kardiogram, co wymaga użycia kosztownych urządzeń. Drugi polega na tym, że czekamy i patrzymy, czy zacznie się proces gnilny. Ale to oczywiście musi trochę potrwać.
Kline wyszedł na moment i wrócił, niosąc dokument, który wręczył mi bez słowa. Był to akt zgonu niejakiego Clairviusa Narcisse'a, sporządzony w języku francuskim. Pochodził z 1962 roku.
- Sęk w tym - wyjaśnił Kline - że Narcisse nadal żyje. Mieszka w wiosce w dolinie rzeki Artibonite w środkowym Haiti. On i jego rodzina twierdzą, że padł ofiarą kultu vodoun i że zaraz po pogrzebie został zabrany z grobu jako zombie.
- Zombie... - Przez głowę przeleciały mi dziesiątki typowych pytań, mimo to milczałem.
- Żywy trup - dodał Kline. - Wyznawcy vodoun wierzą, że czarownicy potrafią przywrócić życie niewinnej osobie i uczynić z niej niewolnika na sprzedaż. Aby zapobiec takiemu losowi, rodzina zmarłego często zabija jego ciało po raz wtóry. Na przykład zadają mu cios nożem w serce lub leżącemu w trumnie obcinają głowę.
Spojrzałem najpierw na Kline'a, a potem na Lehmanna i próbowałem wczytać się w wyraz twarzy każdego z nich. Wyglądało na to, że świetnie się uzupełniali. Kline z rozmachem prezentował idee sięgające granic rzeczywistości, Lehmann natomiast od czasu do czasu ściągał go na ziemię i był głosem rozsądku. Tym bardziej zaskoczyło mnie, gdy on również podjął temat zombifikacji.
- Sprawa Narcisse'a nie była pierwszą, na którą zwróciliśmy uwagę. Mój były student, doktor Lamarque Douyon, piastuje obecnie stanowisko dyrektora Centrum Psychiatrii i Neurologii w Port-au-Prince. Od 1961 roku we współpracy z Douyonem systematycznie analizowaliśmy wszelkie doniesienia na temat zombifikacji. Przez wiele lat nie zdołaliśmy potwierdzić ani jednego przypadku, lecz w 1979 roku nastąpił przełom. Dowiedzieliśmy się wówczas o całej serii tego typu zdarzeń. Narcisse nie był jedyny.
Według Lehmanna ostatni interesujący przypadek dotyczył około sześćdziesięcioletniej kobiety, Natagette Joseph. W 1966 roku została zamordowana w wyniku sporu o ziemię, lecz w 1980 roku widziano ją, jak błąka się po swojej rodzimej wiosce. Rozpoznał ją policjant, który czternaście lat wcześniej musiał stwierdzić jej zgon, bo nie udało się ściągnąć lekarza.
Była też Francina Illeus zwana Ti Femme. Zmarła 23 lutego 1976 roku w wieku trzydziestu lat; przed śmiercią cierpiała z powodu dolegliwości układu pokarmowego i trafiła do szpitala w Saint-Michel-de-l'Atalaye. Lekarze zdecydowali się ją wypisać - umarła kilka dni po powrocie do domu. Miejscowy sędzia podpisał akt zgonu. Mówiono, że winnym śmierci kobiety był jej zazdrosny mąż. Trzy lata później matka Francine ujrzała ją żywą i rozpoznała po bliźnie na skroni, powstałej jeszcze w dzieciństwie. Gdy rozkopano grób, okazało się, że w trumnie są tylko kamienie.
Pod koniec 1980 roku haitańskie radio doniosło, że na północnym wybrzeżu kraju zatrzymano dziwną grupę ludzi: błąkali się bez celu i zdawali się pogrążeni w psychozie. Miejscowi chłopi uznali, że to z pewnością zombie, i zaalarmowali lokalną administrację. Nieznajomych zabrano do Cap-Ha?tien, drugiego pod względem znaczenia miasta na Haiti, i oddano pod nadzór dowódcy tamtejszych władz wojskowych. Ponieważ sprawa nabrała rozgłosu medialnego, armia zdołała ustalić, skąd pochodzą rzekomi zombie, i odstawić ich do domu - przy czym w wielu przypadkach rodzinne wioski tych nieszczęśników leżały bardzo daleko od miejsca, w którym ich zatrzymano.
- Te trzy przypadki - podkreślił Lehmann - są bardzo interesujące, ale nie były bardziej wiarygodne niż inne dawniejsze historie tego rodzaju, opisywane od czasu do czasu przez haitańską prasę.
- Natomiast przypadek Narcisse'a różni się od pozostałych, gdyż umarł on jako pacjent placówki medycznej kierowanej przez Amerykanów, która, tak się składa, gromadzi precyzyjne i wiarygodne informacje na temat pacjentów. - I tu Kline zaczął prezentować mi niezwykłą historię Clairviusa Narcisse'a.
Wiosną 1962 roku haitański rolnik, na oko czterdziestoletni, zjawił się na izbie przyjęć Szpitala imienia Alberta Schweitzera w Deschapelles w dolinie rzeki Artibonite. Przyjęto go 30 kwietnia o godzinie dwudziestej pierwszej czterdzieści pięć. Skarżył się na gorączkę, ból całego ciała i ogólne osłabienie. Wkrótce potem zaczął pluć krwią. Jego stan szybko się pogorszył i 2 maja o godzinie trzynastej piętnaście dwie osoby z personelu medycznego, w tym jeden Amerykanin, stwierdziły zgon. Siostra pacjenta, Angelina Narcisse, była obecna przy jego śmierci i od razu zawiadomiła resztę rodziny. Zjawiła się starsza siostra zmarłego, Marie Claire, która zidentyfikowała ciało i złożyła podpis - a ściślej odcisk palca - na oficjalnym akcie zgonu. Ciało umieszczono w chłodni na dwadzieścia cztery godziny. 3 maja 1962 roku o dziesiątej rano Clairvius Narcisse został pochowany na niewielkim cmentarzu na północ od swojej rodzinnej wioski L'Est?re. Dziesięć dni później rodzina umieściła na grobie ciężką betonową płytę.
W 1980 roku, czyli osiemnaście lat później, na targu w L'Est?re pojawił się pewien człowiek. Podszedł do Angeliny Narcisse i przedstawił się przydomkiem, którym dawno temu w rodzinie nazywano Clairviusa. Przydomek ten znali tylko najbliżsi; nie używano go, odkąd Clairvius dorósł. Dziwny mężczyzna twierdził, że brat zmienił go w zombie z powodu sporu o ziemię. Na Haiti obowiązują zapisy Kodeksu Napoleona, zgodnie z którymi ziemia jest dzielona między męskich potomków. Narcisse twierdził, że nie chciał sprzedać swojej części spadku i brat w napadzie gniewu postanowił się zemścić.
Gdy tylko wyciągnięto Clairviusa z grobu, został pobity i związany. Następnie grupa ludzi wywiozła go na północ. Przez dwa lata wraz z innymi zombie wykonywał tam niewolniczą pracę. Potem ich pan został zamordowany, a uwolnieni spod jego władzy zombie rozpierzchli się po całym kraju. Clairvius błąkał się przez szesnaście lat, bo wciąż bał się zemsty brata. Dopiero gdy usłyszał o jego śmierci, odważył się wrócić do rodzinnej wioski.
Historia ta stała się niezwykle głośna, przyciągnęła nawet uwagę BBC. W 1981 roku brytyjska telewizja przysłała ekipę filmową, by nakręciła krótki film dokumentalny o Clairviusie. Douyon tymczasem rozważał, w jaki sposób można zbadać wiarygodność jego opowieści. Rozkopanie grobu niewiele by dało. Jeśli Clairvius był oszustem, on lub jego współpracownicy mogli przecież dawno usunąć kości. Z drugiej strony, jeżeli faktycznie został zmieniony w zombie, winowajcy mogli podrzucić inne zwłoki, niemożliwe obecnie do zidentyfikowania. Zamiast tego Douyon we współpracy z rodziną Clairviusa opracował serię pytań na temat jego dzieciństwa, tak szczegółowych, że nawet bliski przyjaciel nie mógłby na nie odpowiedzieć. Człowiek podający się za Clairviusa bez trudu poradził sobie z tym zadaniem. Przeszło dwustu mieszkańców L'Est?re uważało, że Clairvius wrócił do świata żywych. Ostatecznie Douyon również w to uwierzył. Dziennikarze z BBC pokazali kopię aktu zgonu śledczym ze Scotland Yardu, a ci potwierdzili, że odcisk palca należy do Marie Claire.
Minęło kilka chwil, nim w pełni pojąłem doniosłość tych wniosków. Wstałem i zacząłem chodzić po pokoju. Chciałem uciec od białych kłębów papierosowego dymu, uwolnić się od dziesiątek myśli i pytań.
- Skąd wiadomo, że wszystko to nie jest jednym wielkim oszustwem?
- Któż miałby go dokonać? I w jakim celu? - odparł Kline. - Na Haiti zombie to wyrzutek. Czy wyobraża pan sobie, że człowiek cierpiący na trąd stanąłby w londyńskim Hyde Parku i zaczął się chwalić swą chorobą?
- Twierdzicie zatem, że Narcisse został pogrzebany za życia?
- Tak, chyba że wierzy pan w czary.
- A co z dostępnością tlenu w trumnie?
- Szanse przeżycia zależą od tempa przemiany materii. Medycyna zna przypadek indyjskiego fakira, który potrafi obniżyć zapotrzebowanie swojego organizmu na tlen i przeżyć dziesięć godzin w całkowicie szczelnej skrzyni, niewiele większej od trumny.
- Warto dodać - wtrącił Lehmann - że uszkodzenia spowodowane brakiem tlenu miałyby charakter postępujący.
- W jakim sensie?
- Jeśli pewne komórki mózgowe nie otrzymują tlenu choćby przez parę sekund, umierają i odtąd mózg nie jest już w stanie poprawnie funkcjonować. Jego tkanka się nie regeneruje, o czym z pewnością pan wie. Ale bardziej prymitywne części mózgu, odpowiedzialne za kontrolowanie podstawowych procesów zachodzących w organizmie, są bardziej odporne. Może się zdarzyć, że człowiek zupełnie straci osobowość, zdolność myślenia lub świadomego poruszania się, zamieni się w warzywo, a mimo to przeżyje.
- Ciało pozbawione indywidualności, pozbawione woli. Właśnie tak Haitańczycy definiują zombie - zauważył Kline.
Odwróciłem się w jego stronę, nadal nie wierząc w to, co usłyszałem.
- Twierdzi pan, że zombifikacja to kwestia uszkodzenia mózgu?
- Ależ nie, w każdym razie nie bezpośrednio. Trzeba pamiętać, że Narcisse'a uznano za zmarłego. Skoro tak, musi istnieć jakiegoś rodzaju wyjaśnienie o charakterze chemicznym. Naszym zdaniem chodzi o toksynę.
Wreszcie zrozumiałem, dlaczego mnie tu zaproszono.
- Pogłoski na temat trucizny, która zmienia ludzi w zombie, usłyszałem po raz pierwszy jakieś trzydzieści lat temu - powiedział Kline. - W początkowym okresie mojego pobytu na Haiti bez powodzenia starałem się uzyskać choćby niewielką próbkę. Rozmawiałem ze starym kapłanem vodoun, który zapewniał mnie, że truciznę rozsypuje się na progu domu upatrzonej ofiary. Toksyna rzekomo wchłania się przez skórę stóp. Podczas ceremonii ożywienia ciała ofiara otrzymuje inny środek, pełniący funkcję antidotum. Zarówno dziennikarze z BBC, jak i Douyon dotarli do podobnych informacji.
- Kilka miesięcy temu Douyon przekazał nam próbkę rzekomej toksyny - powiedział Lehmann. - Testowaliśmy tę substancję na szczurach, okazała się jednak zupełnie neutralna. Ciekawszy jest natomiast brązowy proszek, który dostaliśmy niedawno od jednego z korespondentów BBC. Przygotowaliśmy emulsję i wstrzyknęliśmy ją w brzuch kilku rezusom. Spowodowała wyraźny spadek ich aktywności. Nie mamy pojęcia, co to za proszek ani skąd pochodzi.
Ciemna, poważna twarz Lehmanna nagle się zmieniła. Stary lekarz promieniał, był podekscytowany. Jego podniecenie zaczęło mi się udzielać. "Przecież to całkiem możliwe - pomyślałem - że istnieje związek chemiczny, który w odpowiedniej dawce spowolni metabolizm ofiary do tego stopnia, że nawet doświadczony lekarz orzeknie zgon". Mogło też istnieć antidotum zdolne wskrzesić ofiarę, o ile poda się je we właściwym momencie. Z perspektywy medycyny taki związek miałby ogromny potencjał. Kline również to dostrzegł.
- Niech pan pomyśli o chirurgii - powiedział. - Pacjent szykuje się do operacji. Co najbardziej spędza mu sen z powiek? - Zanim zdążyłem odpowiedzieć, ciągnął: - Oczywiście zdolności i kwalifikacje chirurga, prawda? Ludzie chcą mieć pewność, że lekarz przeprowadzający zabieg jest odpowiednio wykwalifikowany. W rzeczywistości jednak większość operacji to czysta rutyna. Nikt nie zwraca uwagi na prawdziwe ryzyko, ukryte niebezpieczeństwo, przyczynę setek zgonów każdego roku.
Lehmann wyraźnie palił się, by dokończyć myśl Kline'a, ten jednak mu na to nie pozwolił.
- Znieczulenie - powiedział. - Za każdym razem, gdy usypia się pacjenta, mamy do czynienia z eksperymentem z zakresu farmakologii stosowanej. Anestezjolog ma swoje metody, dysponuje środkami zwiotczającymi i znieczulającymi, które stosuje na co dzień, ale dawki ustala dopiero podczas zabiegu, zależnie od rodzaju operacji i stanu pacjenta. Każdy przypadek jest więc wyjątkowy.
- I wiąże się z dużym ryzykiem - dodał Lehmann.
Kline uniósł w górę pusty kieliszek do brandy.
- Ukrywamy niewygodne prawdy za zasłoną eufemizmów - powiedział i znów usiadł za stołem naprzeciwko mnie. - Znieczulenie ogólne jest niezwykle ważną procedurą medyczną, której często nie da się uniknąć, zawsze jednak oznacza poważne zagrożenie dla pacjenta. Nikt nie lubi o tym myśleć, zwłaszcza lekarze. Dlatego żartujemy na temat "głupiego Jasia" i udajemy przed sobą, że podanie komuś narkozy to bułka z masłem. W pewnym sensie to prawda. Wybudzenie pacjenta nastręcza jednak licznych trudności. - Znów przerwał na moment, po czym kontynuował. - Gdyby udało nam się odkryć nowy lek, dzięki któremu pacjent leżałby bez ruchu, całkowicie niewrażliwy na ból, oraz drugi lek, zdolny bez żadnych szkód przywrócić pacjentowi świadomość, w chirurgii nastąpiłaby prawdziwa rewolucja.
Tym razem to ja pozwoliłem sobie na mały wtręt.
- A przy tym ktoś zarobiłby sporo pieniędzy.
- Interesuje nas rozwój medycyny - oznajmił Lehmann. - Właśnie dlatego musimy badać wszelkie doniesienia na temat farmaceutyków mogących znaleźć zastosowanie w anestezjologii. Jeśli toksyna zmieniająca ludzi w zombie faktycznie istnieje, należy się jej uważnie przyjrzeć.
Kline zaczął chodzić po pokoju jak człowiek, który zmaga się z niezwykłym wyzwaniem.
- Narkoza to dopiero początek. NASA zwróciła się do mnie kiedyś z pytaniem o możliwe zastosowania substancji psychoaktywnych w programie kosmicznym. Oczywiście nie chcieli powiedzieć tego wprost, ale tak naprawdę szukają sposobu, by zapanować nad niespokojnymi astronautami podczas długich lotów międzyplanetarnych. Toksyna zombie mogłaby posłużyć do fascynujących eksperymentów ze sztuczną hibernacją.
Lehmann posłał Kline'owi zniecierpliwione spojrzenie.
- Panie Davis, chcemy, żeby odkrył pan, czym jest ta toksyna.
Jego bezceremonialność mnie zaskoczyła, choć oczywiście spodziewałem się, że właśnie o to im chodzi. Wstałem, odwróciłem się od nich plecami i podszedłem do drzwi balkonowych. Czułem jednak na sobie ich spojrzenia. Wiedziałem, że zostałem schwytany niczym mucha w pajęczą sieć. Spojrzałem na obu swoich rozmówców.
- Czy przekażą mi panowie jakieś kontakty?
- Odezwiemy się do Douyona. Powinien pan też zadzwonić do korespondenta BBC - poinstruował mnie Kline.
- To wszystko?
- Nie znamy żadnych innych osób, z którymi moglibyśmy pana skontaktować.
- A koszty podróży?
- Utworzyliśmy specjalny fundusz. Wystarczy, że będzie nam pan przysyłał rachunki.
Nie miałem innych pytań. Znów pomyślałem, jak różni wydają się ci dwaj ludzie. Kline był pełen zapału i energii, Lehmann zaś nieco bierny i spokojny, połączyli jednak siły, gdyż zależało im na rozwiązaniu zagadki. Misja, którą mi powierzyli, przedstawiała się prosto. Miałem pojechać na Haiti, odnaleźć czarowników zdolnych zmieniać ludzi w zombie, pozyskać próbki toksyny i antidotum, odkryć, jak przygotowuje się jedno i drugie, oraz, o ile to będzie możliwe, udokumentować przypadki stosowania obu związków.
Przy pożegnaniu Kline wręczył mi zaklejoną kopertę. Najwyraźniej on i Lehmann ani przez moment nie wątpili, że podejmę się zadania. Ruszyłem korytarzem bez oglądania się za siebie, choć nadal słyszałem za plecami ich głosy.
Po chwili dogoniła mnie Marna. Było późno, więc poprosiła, żebym odprowadził ją do jej mieszkania przy Sześćdziesiątej Szóstej ulicy. Słaba mżawka sprawiła, że na chodnikach rozlewały się kałuże żółtego światła. Wcześniej szalała burza, ale dawno minęła i dokoła znów słyszeliśmy wyłącznie odgłosy miasta. Szliśmy w milczeniu. Zapytałem o fotografię, którą zauważyłem w mieszkaniu jej ojca. Przedstawiała wątłego, siwowłosego mężczyznę siedzącego za biurkiem i trzymającego dłoń na dwóch rewolwerach z kolbami z kości słoniowej.
- To François Duvalier. Eugene Smith zrobił mu zdjęcie, kiedy towarzyszył mojemu ojcu podczas pobytu na Haiti.
- Pani ojciec znał Papę Doca?
Skinęła głową.
- Jak się poznali?
- To było wtedy, gdy założyli instytut, w którym Douyon bada zombie. Nazwali go na jego cześć.
- Na cześć Duvaliera?
- Nie - zaśmiała się. - Na cześć mojego ojca. Czyżby nie powiedział panu, że od dwudziestu pięciu lat jeździ na Haiti?
- Owszem, powiedział. Wybrała się tam pani kiedyś razem z nim?
- Tak, wiele razy, ale...
- Kraj się pani nie spodobał?
- Och, Haiti to cudowne miejsce. Chodzi mi o coś innego. Musi pan zrozumieć, że ojciec naprawdę wierzy w istnienie zombie.
- A pani nie wierzy?
- Nie o to mi chodzi.
Stanęliśmy pod jej domem. Zatrzymałem przejeżdżającą taksówkę i pożegnałem się z Marną. Ostatni samolot do Bostonu już odleciał, pojechałem więc na Grand Central Station, żeby złapać nocny pociąg. W przedziale otworzyłem kopertę otrzymaną od Kline'a i znalazłem tam trochę pieniędzy, bilet lotniczy na Haiti oraz bladą polaroidową fotografię przedstawiającą ubogiego czarnego chłopa. Był to Clairvius Narcisse. Egzotyczny świat, o którym opowiadali mi Kline i Lehmann, stał się naraz zdumiewająco realny. Odłożyłem fotografię, gdy pociąg ruszył, i dopiero wtedy przyjrzałem się biletom. Okazało się, że mam zaledwie tydzień, by sformułować hipotezę pasującą do nielicznych dostępnych na razie danych.