Prolog. Rzeź w dolinie Eufratu
Prolog
Rzeź w dolinie Eufratu
Najpierw zaatakowały bombowce,
a potem posprzątali przy pomocy Apaczów.
Jewgienij Szabajew (2018)
- Idiom! Dawaj, bladź! - wydane półgłosem polecenie błyskawicznie
rozeszło się po domostwach podupadłej arabskiej mieściny, jak i ciężarówkach stojących w wąskich uliczkach Chaszam. Nawet ci o bliskowschodniej aparycji nie mieli problemu ze zrozumieniem rosyjskiego
rozkazu. Byli tam w mniejszości, szyiccy ochotnicy z Afganistanu czy
Iraku, ale nie niecierpliwili się tak, jak ich biali towarzysze broni. -
W końcu mamy zielone światło. Za długo już siedzimy w tej dziurze. Cud,
że jeszcze nas nie wypatrzyli - mruknął jeden z Rosjan, wsiadając do
czołgu. Czuli siłę. Ponad pół tysiąca ludzi, blisko trzydzieści
pojazdów, w tym trzy T-72, jak też transportery opancerzone i ciężarówki. A cel bliski i łatwy, jakaś banda Kurdów. Najemnicy nie
przejmowali się, że jest pogodna, gwiaździsta noc nad pustynią. Mylili
się pod każdym względem.
Feralnej dla wagnerowców nocy z 7 na 8 lutego 2018 roku w tej części
Syrii panowała pogoda idealna z punktu widzenia każdego pilota.
Szczególnie amerykańskiego. A Amerykanie już od dawna nie tylko znali
każdy ich ruch (kamery na dronach), ale też słowo - nad tą częścią
doliny Eufratu krążył już od paru dni samolot naszpikowany odpowiednią
aparaturą. Cel też wcale nie był tak łatwy. Wagnerowcy i ich
bliskowschodni sojusznicy nie mieli pojęcia, że oprócz bojowników
kurdyjskich, jest tam też około trzydziestu amerykańskich specjalsów z Delta Force i sił podległych Joint Special Operations Command. Co
więcej, jakieś 30 km dalej znajdowało się centrum wsparcia, obsadzone
przez zespół amerykańskich komandosów i marines. Jankesi z niepokojem
już od tygodnia obserwowali gromadzenie się sił nieprzyjaciela, wśród
których zidentyfikowano żołnierzy syryjskich i - będących w zdecydowanej
większości - najemników rosyjskich. Wtedy, na początku 2018 roku, w północno-wschodniej Syrii, w prowincji Dajr az-Zaur trwały dwie
oddzielne ofensywy przeciwko dżihadystom z Państwa Islamskiego. Na lewym
brzegu rzeki Eufrat operacja kurdyjsko-arabskiej koalicji SDF ze
wsparciem Amerykanów; na prawym brzegu syryjskiej armii rządowej
wspieranej przez Irańczyków i Rosjan. Zgodnie z ustaleniami jeszcze z 2015 roku, obszar był podzielony na dwie strefy: syryjsko-rosyjską i kurdyjsko-amerykańską. Umowna granica przebiegała po rzece Eufrat. Z początkiem lutego amerykański wywiad zwrócił uwagę na tereny lotniska
wojskowego na południowych obrzeżach miasta Dajr az-Zaur (stolica
prowincji o tej samej nazwie). Ruszyła tam niepokojąca koncentracja
uzbrojonych oddziałów. W pobliżu na Eufracie działał niewielki most
pontonowy o długości 210 metrów. Zbudowali go we wrześniu 2017 roku, po
wyparciu stamtąd dżihadystów, rosyjscy saperzy. Przez ten właśnie most
przeprawiła się kolumna najemników. Zdążyli w ostatniej chwili. Już
dzień wcześniej zaczął podnosić się poziom wody w rzece, nurt z godziny
na godzinę był silniejszy. Zaraz po przeprawie na lewy brzeg Eufratu,
woda zerwała most. Wagnerowcy, choć odcięci od zaplecza, ruszyli
naprzód. Rosyjscy wojskowi uważali później, że na polecenie Amerykanów
Kurdowie zrzucili w tym czasie duże ilości wody ze zbiornika wodnego
przy elektrowni At-Tabaka, w górze Eufratu. To było kolejne ostrzeżenie
pod adresem Rosjan. Zignorowane. Kiedy kolumna przeprawiła się przez
Eufrat, w amerykańskim dowództwie włączono tryb alarmowy.
Gdy najemnicy ruszali wieczorem 7 lutego z Chaszam, po raz kolejny
zadzwonił telefon na biurku oficera dyżurnego w Chmejmim. Kolejny raz na
specjalną "gorącą linię" dzwonili Amerykanie. Już kilka razy ostrzegali,
że są obecni na polu naftowym Conoco, które było celem czających się
kilkuset napastników. Przechwycone rozmowy telefoniczne i stały nasłuch
łączności nie pozostawiały tu żadnych wątpliwości. Rosyjskie dowództwo
za każdym razem zapewniało, że jeśli są jakieś siły w tamtym rejonie, to
nie jest to wojsko rosyjskie i dowództwo nie ma wpływu na to, co ci
ludzie czynią. To samo Amerykanie usłyszeli także tego wieczora. Kilka
tygodni później, zeznając w Senacie, szef Pentagonu Jim Mattis
powiedział, że dowództwo rosyjskie w Syrii zapewniło stronę amerykańską,
że w siłach przygotowujących się do natarcia na pole Conoco "nie ma ich
ludzi". Wobec takiego zapewnienia Przewodniczącemu Kolegium Połączonych
Szefów Sztabów gen. Josephowi Dunfordowi wydano polecenie "zniszczenia
tych sił". Gdy z Chaszam wyruszała pod osłoną zmroku kolumna najemników,
z bazy powietrznej w Katarze startowały bombowce strategiczne B-52.
Sytuację śledzono na bieżąco nie tylko w Al Udeid, ale też w samym
Pentagonie. W "bazie wsparcia misji" przygotowano mały oddział -
szesnastu żołnierzy w czterech niewielkich pojazdach wojskowych,
uzbrojonych w broń przeciwpancerną - na wypadek, gdyby trzeba było
wysłać posiłki na pole Conoco, mające być celem ataku. Bo przeciwnik już
się zbliżał.
- Cel 1500 metrów od nas - zameldował dowódca załogi T-72, jadącego na
czele kolumny. Było w pół do dziewiątej wieczorem. Na rozkaz dowódcy
zatrzymały się wszystkie trzy czołgi. Mieli zaczekać na dotarcie reszty
kolumny. Stanęli wśród opuszczonych, na wpół zrujnowanych domów, które
nie widziały ludzi chyba jeszcze na długo przed pojawieniem się tutaj
brodatych bojowników pod czarnym sztandarem ISIS. Około dziesiątej
wieczorem wszystko już było gotowe do uderzenia. Do ataku rozwinięto
około połowy kolumny. W pierwszej linii mieli iść syryjscy żołnierze, w tym słynni ISIS Hunters, oraz bojownicy kontrolowanych przez Irańczyków
szyickich brygad Fatimiyoun i Zainabiyoun.
Na biurku oficera dyżurnego w rosyjskiej bazie Chmejmim znów zadzwonił
telefon. Znów gorąca linia od Amerykanów. Znów usłyszeli to samo - czego
się zresztą spodziewali. Wszak B-52 zbliżały się już do doliny Eufratu.
Było w pół do jedenastej. - Zaczynajcie - rzucił do słuchawki Siergiej
Kim, szef sztabu Grupy Wagnera w Syrii. Chwilę wcześniej rozmawiał z Pierwszym. Zadzwonił do Moskwy, bo zaniepokoiła go cisza po stronie
rosyjskiej armii. Na pytanie, czy wszystko jest pod kontrolą, po prostu
nie odpowiedzieli. Krótka rozmowa z Moskwą uspokoiła Kima. Chwilę
później podkomendni gdzieś na pustyni niedaleko Eufratu dostali ten sam
przekaz. Kolejną chwilę później na pozycje obrońców instalacji Conoco
runął grad pocisków z czołgów i podprowadzonych przez najemników
moździerzy. Kolejny kwadrans był kluczowy dla losów tego starcia.
Amerykanie nie mogli się dodzwonić do rosyjskiego dowództwa, oddali też
ostrzegawcze strzały z tej artylerii, którą mieli na polu Conoco - którą
ściągnęli w ostatnich dniach, a o czym pojęcia nie mieli atakujący
wagnerowcy.
- Job twoju mać! - to były ostatnie słowa dowódcy jednego z T-72. Czołg
dosłownie zamienił się w słup ognia. I nie był to pocisk artylerii, ale
precyzyjne uderzenie z drona, a dokładniej z Reapera. - Atakują z powietrza! - ten paniczny okrzyk szybko rozszedł się po całej kolumnie
najemników. Paniczny, bo ci bardziej doświadczeni, weterani z Donbasu,
Czeczenii, a nawet niektórzy z Afganistanu, doskonale zdawali sobie
sprawę, co to oznacza. Nie mieli żadnej przeciwlotniczej broni. Nie
mogli liczyć na wsparcie powietrzne Rosjan czy Syryjczyków.
W momencie otwarcia ognia przez Rosjan w tej okolicy były początkowo
tylko Reapery i Raptory. Czyli rutyna w tym regionie Syrii, gdzie wciąż
jeszcze walczono z resztkami Państwa Islamskiego. F-22 czekały też
zapewne, czy nie wystartują z bazy w Chmejmim rosyjskie samoloty.
Amerykanie nie wiedzieli do końca, czy najemnicy nie dostaną wsparcia z powietrza. Rosjanie nie nadlecieli. Za to nadleciała imponująca fala
uderzeniowa Amerykanów: szturmowe F-15E, bombowce B-52, "latające
czołgi" AC-130 i na deser śmigłowce AH-64 Apache. Amerykanie rzucili do
boju wszystko, co mieli tam i wtedy do dyspozycji. Myśliwce i bombowce z US Air Force. Śmigłowce z lotnictwa wojsk lądowych, z kolei wspierający
uderzenie na przeciwnika z ziemi system artylerii rakietowej HIMARS to
marines.
Gdy na kolumnę zaczęły spadać pociski artyleryjskie i nadleciały
samoloty, dopiero połowa zgrupowania zdążyła rozwinąć szyk bojowy. Byli
to głównie Syryjczycy, którzy mieli iść w pierwszej linii. Większość
najemników wciąż siedziała w ciężarówkach i transporterach w kolumnie
rozciągniętej na niczym nie osłoniętej drodze. Przez następne trzy
godziny na ciężarówki, transportery i czołgi spadły setki pocisków. Po
fali ataków powietrznych, jakąś godzinę po północy, swe pozycje w instalacji Conoco opuściła grupa amerykańskich marines i specjalsów.
Zaczął się ostrzał najemników z usianych wokół gniazd karabinów
maszynowych i Javelinów. Wagnerowcy podjęli jednak raz jeszcze próbę
natarcia, przerzucając na czoło ataku najemników dotąd skupionych w drugiej części kolumny. Ale wtedy nadziali się na kolejny atak z powietrza. Dwa helikoptery atakowały czoło kolumny, dwa uderzyły z tyłu.
Jak powiedział potem Jewgienij Szabajew, lider rosyjskich Kozaków,
mający wielu znajomych w Grupie Wagnera, "najpierw zaatakowały bombowce,
a potem posprzątali przy pomocy Apaczów". Amerykanie wiedzieli, że
przeciwnik nie ma żadnej broni przeciwlotniczej. Stroną amerykańską w bitwie, zarówno jeśli chodzi o ziemię, jak i powietrze, dowodził dowódca
oddziału w Conoco. Bo był najlepiej zorientowany w sytuacji. To jego
ludzie naprowadzali lotnictwo na cele. Na pokładzie AC-130U była stacja
walki radioelektronicznej - Amerykanie kompletnie zakłócili najemnikom
łączność. - Walili do nas ze wszystkiego, co było. Jechaliśmy w trzy
kompanie zakłady zajmować. W pierwszej 200 strat. W drugiej około 20. W naszej - 75. Od 2014 roku takich strat nie było. Mówię wam, zdradzili
nas. Jeśli nie pacany z Arbackiego wojskowego (tak wojskowi mówią
potocznie o siedzibie ministerstwa obrony i sztabu generalnego w Moskwie
- G.K.), to miejscowi. Na sto procent". Masakra trwała nieco ponad trzy
godziny, ok. 5.30 nad ranem było po wszystkim.
Wstęp
Wstęp
Historia najemników jest niemal tak długa, jak historia pierwszych
państw na świecie. Na przestrzeni wieków nosili różne nazwy, ale
generalnie robili zawsze to samo: wojowali dla tego, kto im dobrze
zapłacił. Jeśli zaś mowa o nieco bliższych nam czasach, to byli do
wynajęcia, żeby na przykład przeprowadzić jakiś pucz w głębi Afryki, ale
też osłaniają biznesowe interesy w niebezpiecznych miejscach świata,
ochraniają statki przed piratami, wykonują zadania dla państwa - vide
Irak po interwencji amerykańskiej. Skrót PMC (private military
contractor) znają wszyscy. To dobrze zorganizowany i dobrze płatny
biznes, w wielu krajach zupełnie legalny. Ale nie w Rosji. Dlaczego więc
to pewna spółka najemnicza z tym krajem związana stała się tak znana na
całym świecie?
Niewidzialna armia Putina. Hybrydowa formacja. Ni to prywatna, ni
państwowa. Służąca Rosji? Nie, raczej obecnemu gospodarzowi Kremla i jego przyjacielowi. O wagnerowcach znów głośno - wszak podobno to oni
dostali zadanie zabicia prezydenta Wołodymyra Zełenskiego po inwazji
Rosji na Ukrainę w lutym 2022. Mało to prawdopodobne, choć brzmi
efektownie. Wagnerowcy nie są specjalistami od tak ryzykownych i skomplikowanych operacji. Łatwiej im mordować cywilną ludność i walczyć
ze słabym przeciwnikiem. W świetle prawa - i to rosyjskiego! - działają
nielegalnie, jednak państwo chętnie po nich sięga, realizując swą
politykę zagraniczną. Choć na różnych frontach - od Donbasu po Afrykę -
walczą i giną wykonując rozkazy rosyjskich polityków, generałów i oligarchów, oficjalnie Moskwa nie ma z nimi nic wspólnego.
Dlatego Grupa Wagnera nie jest konkretną firmą, jest tylko marką. Nie
istnieje jako oficjalna struktura. To bardziej sieć różnych spółek i grup, które trudno wyśledzić. Nawet UE nie mogła nałożyć sankcji na
konkretny podmiot noszący nazwę Grupa Wagnera. Objęto nimi konkretnych
ludzi i kilka firm. W czerwcu 2017 roku Grupa Wagnera została jednak
dodana do amerykańskich list sankcyjnych, co w pewnym sensie
zalegalizowało tę nazwę.
Wagnerowcy to formacja hybrydowa, z jednej strony podmiot prywatny z prywatnym sponsorem, zarazem jednak służąca zawsze i wszędzie celom
polityki państwa rosyjskiego. Ściśle powiązana z armią i wywiadem
wojskowym, zarówno na poziomie logistyki i szkolenia, jak też na polu
walki. O wagnerowcach mówi się, że Kreml wysyła ich tam, gdzie nie chce
lub nie może posłać wojska. To miniaturowa armia, uzbrojona w moździerze, haubice, czołgi, bojowe wozy piechoty i pojazdy opancerzone.
Różnie sobie jednak radzi z przeciwnikiem. W Syrii poniosła ciężkie
straty, gdy uderzyli na nią Amerykanie. Niewiele lepiej było, gdy potem
w Libii trafiła pod ogień tureckich dronów. W obu przypadkach
potwierdziło się, że w starciu z silnie zmotywowanym, technologicznie
przewyższającym wrogiem bez wsparcia rosyjskich sił zbrojnych Grupa
Wagnera dostaje baty. Nawet na Ukrainie, w kampanii rozpoczętej w lutym
2022, wagnerowcy radzili sobie poprawnie tylko do momentu, gdy
przeciwnik uzyskał technologiczną przewagę.
Historia wagnerowców nie należy do szczególnie długich, ale na pewno
bardzo bogatych. To niewątpliwie historia najnowsza. Artykuły prasowe,
doniesienia w Internecie, wpisy w mediach społecznościowych. Ale bez
ogromnej pracy dziennikarzy śledczych, z Denisem Korotkowem czy Ilją
Barabanowem na czele, bez wielu artykułów Meduzy, Fontanki, "Nowej
Gaziety", BBC, oraz analiz Bellingcat, CIT czy The Insider - nie byłoby
możliwe tak obszerne opisanie aktywności CzWK Wagnera. Ogromną pracę w usystematyzowaniu tej wiedzy odegrały takie ośrodki analityczne, jak
Center for Strategic and International Studies (CSIS) czy Jamestown
Foundation z analizami wybitnego znawcy tematyki Siergieja Suchankina.
Intencją autora było zebranie i uporządkowanie całej tej wiedzy w jednym
miejscu. Wystarczy szybki przegląd tytułów kolejnych rozdziałów tej
książki, by dostrzec jak bogata jest to opowieść. Opowieść tak naprawdę
nie tylko o Grupie Wagnera, o jej sponsorach, jej zleceniodawcach. To
również opowieść o krajach i konfliktach, w których wagnerowcy brali i biorą udział. Bez tego tła trudno zrozumieć rolę, jaką najemnicy z Rosji
we współczesnym świecie odgrywają.
Grzegorz Kuczyński,
Tomice, 11 września 2022
Rozdział I. Psy wojny
Rozdział I
Psy wojny
Tego rodzaju spółki są sposobem na realizację
narodowych interesów bez bezpośredniego
zaangażowania państwa
Władimir Putin (2012)
Era postzimnowojenna przyniosła renesans prywatnych firm ochroniarskich
i prywatnych firm wojskowych (private military company, PMC). Zarówno
podmioty państwowe, jak i niepaństwowe często korzystają z ich usług,
ponieważ firmy te są bardziej elastyczne, tańsze, i w pewnych sytuacjach
o wiele bardziej sprawne niż regularne wojska. W konfliktach XXI wieku,
zwłaszcza w wojnach w Afganistanie i Iraku, PMC angażowały się na
wszystkich poziomach, od zapewnienia wsparcia
logistycznego po operacje o dużej intensywności zbrojnej. Z roku na rok
wartość tego biznesu rośnie. Jeśli w 2006 roku globalny rynek usług PMC
szacowano na 20 mld dolarów, to w 2012 roku wynosił już 100 mld dolarów,
w 2018 roku blisko 250 mld dolarów, a teraz może przekraczać nawet 400
mld. Typowe zadania wojskowe generują około połowy dochodów, reszta
pochodzi z ochrony, szkoleń, rozminowywania i innych usług. Jaki kawałek
tego tortu przypada na Rosję? W mało którym kraju na świecie kryje się
taki potencjał dla tworzenia firm najemniczych. Według różnych ocen,
Rosja jest w stanie dostarczyć na światowy rynek usług wojskowych nawet
ponad 100 tysięcy ludzi z wojskowym przygotowaniem, często naprawdę
dobrych specjalistów w swej dziedzinie (snajperzy, saperzy). Założyciel
i szef najemniczej spółki RBS-Group Oleg Krynicyn nie przesadzał, mówiąc
kiedyś: "Jeśli trzeba, gdy dostanę rozkaz, mogę w tydzień wystawić
tysiąc ludzi gotowych wziąć broń do ręki. Wszyscy to byli oficerowie
wojska, ludzie z prawdziwym bojowym doświadczeniem". Dlaczego więc
rosyjski udział w globalnym rynku PMC szacuje się na zaledwie jakieś
pięć procent?
Rosja postsowiecka stosunkowo późno podążyła za trendem, głównie z powodu oporu sił zbrojnych i służb specjalnych, wynikającego nie tyle z chęci utrzymania monopolu na przemoc, co wewnętrznej rywalizacji o to,
kto więcej zyska na działalności najemników. Dla porównania, w warunkach
rynkowych sektor agencji ochrony rozwinął się nadzwyczaj szybko. Dziś w Rosji działają tysiące prywatnych firm, w tym takie, które strzegą
infrastruktury (swe prywatne armie mają chociażby największe koncerny
energetyczne) czy świadczą usługi oligarchom. Klasyczne prywatne agencje
ochrony zalegalizowano w 1992 roku. Mogą działać w kraju i za granicą.
Na przykład kilka takich firm było zaangażowanych w ochronę należących
do rosyjskich koncernów instalacji gazowych i naftowych w Iraku już
jakieś 20 lat temu. W 2007 roku z kolei nowa ustawa pozwoliła dwóm
kontrolowanym przez państwo monopolistom w obszarze transportu surowców
rurociągami - Gazpromowi (gaz ziemny) i Transniefti (ropa naftowa) -
utworzyć własne zbrojne formacje uprawnione do użycia siły "w trakcie
pościgu za osobami, które popełniły przestępstwa lub wykroczenia cywilne
w strzeżonych obiektach". W 2008 roku wprowadzono zaś poprawki do ustawy
"O uzbrojeniu" dające zagranicznym strukturom ochrony Transnieftu,
Łukoilu i Gazpromu prawo wykorzystania broni służbowej dla zapewnienia
bezpieczeństwa obiektów. Ale typowa prywatna firma wojskowa - czyli
частная военная компания (CzWK) - do dziś pozostaje nielegalna.
Konstytucja Federacji Rosyjskiej wyraźnie stanowi, że wszystkie sprawy
bezpieczeństwa i obrony należą wyłącznie do państwa. W związku z tym
zakładanie prywatnych firm wojskowych jest w Rosji nielegalne.
Najemników można ścigać z dwóch artykułów kodeksu karnego: 359.
("Najemnictwo") i 208. ("Organizacja nielegalnej zbrojnej formacji"). Z pierwszego można dostać nawet 15 lat więzienia, z drugiego pięć lat. W rosyjskim systemie prawnym istnieje jednak kilka luk ułatwiających
faktyczne działanie CzWK. Dajmy na to wspomniany już kodeks karny,
według którego osoby fizyczne nie mogą służyć jako najemnicy, ale
przedsiębiorstwa państwowe mogą posiadać swoje formacje zbrojne i fundacje ochrony. W połączeniu z gęstą siecią podwykonawców, pozwala to
obywatelom Rosji pracować dla prywatnych firm wojskowych pomimo
nominalnego zakazu. Innym obejściem jest rejestracja firm za granicą, co
pozwala rosyjskim władzom ignorować działalność "zagranicznej" CzWK.
Taka spółka prowadzi działalność administracyjną, utrzymuje główne biura
i werbuje pracowników w Rosji, ale jeśli chodzi o stronę formalną,
zarejestrowana jest w innym kraju. Dlatego np. Moran Security Group
zarejestrowała się w Belize, zaś RSB-Group na Brytyjskich Wyspach
Dziewiczych. Jak stwierdził swego czasu przewodniczący komitetu Rady
Federacji ds. bezpieczeństwa i obrony (2001-2017) Wiktor Ozierow,
"prywatne spółki wojskowe są i pozostaną nielegalne w Rosji. Lecz jeśli
są zarejestrowane za granicą, Rosja nie odpowiada prawnie za nic". Ten
pułkownik w stanie spoczynku (zdążył zaliczyć służbę w sowieckiej armii
stacjonującej na Węgrzech) chyba wie co mówi. Wszak prób legalizacji
CzWK w Rosji było już kilka - wszystkie nieudane.
Po bolesnej lekcji, jaką dla armii rosyjskiej okazała się pięciodniowa
wojna z Gruzją, minister obrony Anatolij Sierdiukow, doświadczony
handlarz meblami z Sankt Petersburga, wziął się za reformę sił
zbrojnych. To były tak naprawdę pierwsze poważne zmiany instytucji,
która wciąż nie wyszła z sowieckiego letargu (choć już wojny czeczeńskie
wskazywały, że jest poważny problem). Jednym z istotniejszych elementów
tzw. reformy Sierdiukowa było pozbawienie wywiadu wojskowego komendy nad
jednostkami specnazu1. W 2009 roku kilka z nich
podporządkowano bezpośrednio szefowi Sztabu Generalnego, generałowi
Nikołajowi Makarowowi. Choć nie ma na to bezpośrednich dowodów,
jednostki te miały prawdopodobnie stać się źródłem kadr dla mających
powstać w przyszłości prywatnych firm wojskowych. Sam gen. Makarow rok
później publicznie mówił o konieczności wykorzystania CzWK do
"delikatnych misji za granicą". Skończyło się na zapowiedziach, choć w 2011 roku w rosyjskiej prasie zaczęto dyskutować o konieczności
sformowania "ochotniczych oddziałów rezerwistów w FSB, SWR i siłach
zbrojnych FR". Wyraźnie była to odgórna inicjatywa i nawet przyjęto
ustawę dotyczącą tworzenia "bojowych rezerw w strukturach siłowych". W kwietniu 2012 roku, gdy ówczesny premier Władimir Putin został zapytany
w Dumie o to, czy popiera ideę stworzenia sieci rosyjskich prywatnych
firm wojskowych, odpowiedział pozytywnie i podkreślił, że CzWK mogą być
narzędziami wpływu za granicą, pozwalającymi na realizację interesów
narodowych bez bezpośredniego zaangażowania państwa. Pierwszy projekt
ustawy, zatytułowany "O państwowej regulacji tworzenia i działania
prywatnych przedsiębiorstw wojskowych", został przedstawiony 24 kwietnia
2012 roku przez deputowanego Dumy Aleksieja Mitrofanowa. W uzasadnieniu
podano, że "w latach 2011-2012 nastąpił gwałtowny wzrost liczby
prywatnych firm wojskowych w państwach obcych, jednocześnie funkcje
prywatnych firm wojskowych zostały rozszerzone o ochronę obiektów
wojskowych, instytucji państwowych i wysokich rangą urzędników państw
obcych. Przewiduje się, że roczna wielkość usług świadczonych przez
prywatne firmy wojskowe i ochroniarskie wzrośnie z 200 mld USD w 2010
roku do 350 mld USD w 2012 roku". Projekt Mitrofanowa miał bardzo krótki
żywot - nie przeszedł nawet przez odpowiedni komitet parlamentarny i po
miesiącu, 25 maja 2012 roku, wylądował (formalnie) w koszu.
Wybuch wojny na Ukrainie spowodował, że temat legalizacji najemników
wrócił z jeszcze większą siłą. W 2014 roku ustawy w tej sprawie nie
przyjęto, bo zablokowali ją lobbyści ministerstwa obrony. Dlaczego?
Licencjonowanie i kontrola działalności CzWK miały przypaść FSB. To FSB
odpowiadałaby za rejestrację najemniczej organizacji i śledziłaby jej
działania tak w Rosji, jak i poza granicami. Projekt ustawy przewidywał
wprowadzenie jednego systemu informacyjnego, w którym byłyby numery
licencji wydanych CzWK oraz szczegóły na temat działalności prywatnych
spółek wojskowych. Taki pomysł nie spodobał się nie tylko resortowi
obrony (kwestie najemników nadzorował tam wówczas generał Arkadij
Bachin, zresztą zwolennik legalizacji CzWK, który jednak odszedł na
emeryturę w 2015 roku), ale też wielu osobom w administracji prezydenta
i w rządzie, które bały się wzrostu potęgi FSB. Krytycy ustawy
wskazywali, że dałaby ona Łubiance prywatną armię tysięcy doświadczonych
żołnierzy. Kolejną próbę legalizacji CzWK w Rosji podjęto w marcu 2016
roku - już na fali doniesień o udziale rosyjskich najemników w wojnie w Syrii. Projekt deputowanych Sprawiedliwej Rosji, Giennadija Nosowki i Olega Michiejewa został jednak negatywnie zaopiniowany zarówno przez GU,
jak i FSB. W efekcie rząd był przeciwko, więc autorzy ustawy sami
wycofali projekt.
Sprawa wróciła 15 stycznia 2018 roku. Podczas konferencji prasowej
Siergiej Ławrow został zapytany o los dwóch Rosjan, członków Grupy
Wagnera, którzy wpadli w ręce ISIS i zostali zabici. Szef MSZ
przedstawił oficjalne stanowisko, że w tej sprawie całkowicie polega na
wojskowych, którzy wcześniej oświadczyli, że wzięci do niewoli Rosjanie
nie mają nic wspólnego z armią. Ale zaczął też dywagować na temat
legalizacji sił najemnych: "W tym wypadku należy wyraźnie poprawić bazę
ustawodawczą tak, by ci ludzie byli chronieni w obszarze prawnym".
Natychmiast podjęli temat deputowani Dumy. "Działalność prywatnych
spółek wojskowych potrzebuje prawnego uregulowania, gdyż półlegalne
funkcjonowanie takich spółek jest zbyt niebezpieczne" - oznajmił Andriej
Isajew (Jedna Rosja). Już po kilku dniach do parlamentu trafił projekt
ustawy autorstwa lidera Sprawiedliwej Rosji Siergieja Mironowa i jego
zastępcy Michaiła Jemelianowa. Nowe prawo miało pozwolić angażować
członków prywatnych spółek wojskowych "do udziału w kontrterrorystycznych operacjach za granicą, do obrony suwerenności
państw sojuszniczych przed zewnętrzną agresją, a także obrony różnych
obiektów". 23 stycznia projekt skierowano do rządu w celu zaopiniowania.
Jeszcze 14 lutego inicjatywę poparł sam generał Władimir Szamanow, były
dowódca wojsk powietrznodesantowych, weteran wojen na Kaukazie (słynny
"Rzeźnik Czeczenii") wtedy przewodniczący komitetu Dumy ds. obrony:
"Należy przeprowadzić legalizację CzWK poprzez oddzielną ustawę w zgodzie ze światową praktyką". Entuzjazm byłych wojskowych nietrudno
zrozumieć. W nowym projekcie funkcje licencjonowania i kontroli CzWK
proponowano przekazać ministerstwu obrony. Co więcej, szef komitetu
obrony w Radzie Federacji, generał Wiktor Bondariew (także były
wojskowy) poszedł jeszcze dalej, rzucając pomysł, by CzWK umieścić w wertykalnym systemie wojskowym i po prostu podporządkować ministerstwu
obrony. Nic dziwnego, że projekt zyskał potężnych wrogów. Przeciwko
legalizacji najemników opowiedziała się FSB, która w 2014 roku była za
legalizacją, tyle że w tamtym projekcie to ona miała kontrolować CzWK.
Lobbing siłowików z Łubianki zapewne przesądził o losie ustawy. Pod
koniec marca okazało się, że rząd nie popiera tego projektu. W wydanej
opinii napisano, że postanowienia projektu są sprzeczne z częścią 5.
artykułu 13. Konstytucji FR, zgodnie z którą zabrania się działalności
społecznych stowarzyszeń, których cele i działania są ukierunkowane na
tworzenie zgrupowań zbrojnych. Autorzy opinii wskazują też na artykuł
71. Konstytucji mówiący, że kwestie obrony i bezpieczeństwa, wojny i pokoju, polityki zagranicznej i relacji międzynarodowych Rosji znajdują
się w gestii państwa. Opinia rządu nie mogła być inna - wcześniej
projekt negatywnie oceniły ministerstwo sprawiedliwości, prokuratura
generalna, ministerstwo finansów, FSB, SWR, FSO, Rosgwardia, ale też dwa
resorty, które na początku mocno lobbowały za jego przyjęciem: MSZ i ministerstwo obrony. Najwyraźniej uznano tam, że nie warto narażać się
Kremlowi.
Krytycy projektu wskazywali na ogólnikowość jego zapisów, co mogłoby w przyszłości budzić poważne problemy. Ale chyba ważniejsze było to, że
zbyt wiele wpływowych osób i grup interesów uznało, że projekt w takim
kształcie nie odpowiada ich oczekiwaniom. Po raz kolejny konflikt między
FSB a GU o kontrolę nad nowym sektorem siłowym okazał się tak poważny i tak wyrównany, że utrącono projekt, by odłożyć regulację tego problemu
na później. Walczą tu ze sobą dwie potężne lobbingowe organizacje. Z ministerstwem obrony i GU związane jest Ochotnicze Stowarzyszenie
Wsparcia Armii, Lotnictwa i Floty (DOSAAF), z FSB zaś Związek Ochotników
Donbasu. Łubianka zawsze podejrzliwie podchodziła do wszelkich aspektów
działalności GU. To wywiad wojskowy po zakończeniu zimnej wojny utrzymał
dużo zagranicznych aktywów, to w GU miało być najwięcej spisków
przeciwko Putinowi. Niewykluczone, że ludzie z FSB przekonali samego
Putina, iż najemnicy kontrolowani przez wojskowy wywiad to potencjalne
poważne zagrożenie dla jego władzy. We wrześniu 2018 roku Putin jeszcze
bardziej skomplikował środowisko prawne, w którym funkcjonują CzWK.
Podpisał dekret, który uznaje za tajne wszystkie informacje o osobach
"współpracujących z zagranicznymi służbami [wywiadowczymi] Federacji
Rosyjskiej, które nie są pracownikami służb". Czołowi rosyjscy analitycy
(w tym Andriej Sołdatow) uznali, że ma to dotyczyć konkretnie Grupy
Wagnera, ze względu na jej współpracę z rosyjskim wywiadem wojskowym.
Jeśli działalność CzWK, takich jak wagnerowcy, zostaje uznana za
tajemnicę państwową, wówczas dziennikarze mogą być ścigani za
informowanie o niej, nawet jeśli same CzWK nie są w Rosji legalne.
Podczas swojej corocznej konferencji prasowej na koniec roku, w grudniu
2018 roku Putin stwierdził, że "jeśli Grupa Wagnera coś narusza,
prokurator generalny powinien to ocenić. Ale jeśli nie łamią rosyjskich
praw, mogą prowadzić swoją działalność w dowolnym miejscu na świecie".
Temat wrócił, a jakże, wraz z wybuchem regularnej wojny z Ukrainą. Z końcem marca 2022 roku w Rosji zaczęto pracować nad częściową
legalizacją działalności najemniczej. Oto w momencie, gdy zachodnie
wywiady poinformowały, że Moskwa sięga po wagnerowców, aby wsparli
regularną armię na Ukrainie, do Dumy wniesiono projekt ustawy o prywatnych spółkach wojskowych, zgodnie z którym dopuszcza się ich
działalność poza granicami Federacji Rosyjskiej. Projekt wnieśli
"eserowcy" z liderem Siergiejem Mironowem na czele. To zresztą ciekawe,
że po raz trzeci pomysłodawcami legalizacji CzWK są przedstawiciele
Sprawiedliwej Rosji. Dokument określa stosunki prawne związane z tworzeniem i działalnością CzWK. Kwestie licencyjne, zgodnie z dokumentem, mają być regulowane przez rosyjskie Ministerstwo Obrony. -
Pomimo trudnej sytuacji międzynarodowej, prywatne organizacje wojskowe i wojskowe organizacje bezpieczeństwa nie mają statusu prawnego w Federacji Rosyjskiej - wyjaśniał Mironow. Autorzy projektu ustawy
zwracają uwagę, że zgodnie z ich propozycjami CzWK będą mogły:
uczestniczyć w operacjach pokojowych za pośrednictwem organizacji
międzynarodowych, świadczyć usługi doradcze w zakresie wojskowości,
zaangażować się w tłumienie międzynarodowej działalności terrorystycznej
poza granicami Federacji Rosyjskiej. Wśród zapisów są też: ochrona
suwerenności i integralności obcego państwa, szkolenie personelu obcych
sił zbrojnych, konserwacja sprzętu wojskowego, budowa obiektów
wojskowych, świadczenie usług bezpieczeństwa i wykorzystanie w operacjach zwalczania handlu narkotykami i przestępczości
zorganizowanej, udział w działaniach mających na celu przywrócenie
porządku publicznego i konstytucyjnego. Tyle że minęło pięć miesięcy, a projekt wciąż leżał sobie w jakiejś szufladzie jakiegoś gabinetu w Białym Domu (siedziba rządu Rosji) - co sugerowało, że podzieli los
poprzedników. Państwo bowiem nie chce legalizacji prywatnych firm
wojskowych, gdyż prawna nieprzejrzystość otaczająca te podmioty zwiększa
swobodę manewru władz w ich wykorzystywaniu dla swych celów.
Definicja prywatnej spółki wojskowej formułowana przez rosyjskich
autorów wyraźnie różni się od tej zachodniej. Choćby tym, że CzWK
przypisuje się role niemal równorzędne regularnej armii i zakłada się
dla nich coraz ważniejsze zadania w strefach konfliktu - czego
najlepszym przykładem jest udział wagnerowców w obecnej wojnie Rosji z Ukrainą. Specjalizujący się w tym obszarze analityk Jamestown
Foundation, Siergiej Suchankin, cytuje rosyjskich teoretyków,
wskazujących, że biorąc pod uwagę fakt, iż państwo jest de facto głównym
zleceniodawcą i koordynatorem działań CzWK, firmy te tak naprawdę wcale
nie są "prywatne". To kolejne "pewnego rodzaju struktury rządowe i narzędzie polityki zagranicznej państwa". Generał Siergiej Kanczukow,
były szef wywiadu Syberyjskiego Okręgu Wojskowego i weteran GRU,
wskazuje, że połączenie zaawansowanego sprzętu technicznego i wysokich
umiejętności zawodowych, bezpośrednio kontrolowanych przez państwo,
pozwala rosyjskim CzWK podejmować zadania wykonywane zwykle przez
regularne siły armii rosyjskiej. Ponadto argumentuje on, że w przeciwieństwie do regularnych sił zbrojnych, struktury te mają swobodę
wyboru dowolnych środków do realizacji określonych celów. To w kręgach
wywiadu wojskowego przez lata budowano mit o rzekomo kluczowej roli
prywatnych firm wojskowych we współczesnych działaniach wojennych.
Główna teza sprowadzała się do tego, że w Iraku i Afganistanie prywatne
firmy zastąpiły regularne jednostki i stały się głównym wykonawcą
najtrudniejszych, najbardziej niebezpiecznych i tajnych operacji. I najwyższy czas, aby Rosja przyjęła tę praktykę swojego największego
przeciwnika i pozyskała własne prywatne armie do prowadzenia "aktywnej"
polityki zagranicznej. W rzeczywistości jednak zachodniemu sektorowi
prywatnemu powierza się prace czysto logistyczne, przede wszystkim w zakresie bezpieczeństwa i doradztwa. Operacje specjalne i kombinowane
prowadzone są przez regularne jednostki sił zbrojnych. To, do czego
nawiązują Rosjanie, było typowe raczej dla epoki Kompanii
Wschodnioindyjskiej i afrykańskich awantur Cecila Rhodesa.
Wojna domowa w Syrii i konflikt z Ukrainą dały nowy impuls rozwojowi
rosyjskich CzWK w myśl zasady "asymetrii". Tacy autorzy, jak choćby
Aleksandr Dugin, zaczęli cytować takich klasyków w obszarze strategii
wojennej, jak prof. Aleksandr Swieczin czy marszałek Nikołaj Ogarkow.
Obaj ci panowie w różnych okresach przewidywali niekonwencjonalne formy
prowadzenia wojny jako trzon przyszłych konfliktów. To szczególnie godne
uwagi ze względu na konieczność, zdaniem współczesnych rosyjskich
analityków i intelektualistów wojskowych, planowania i zapewnienia
asymetrycznych form odpowiedzi (асимметричный ответ). Jak stwierdził
szef Sztabu Generalnego gen. Walerij Gierasimow, bezpośrednie połączenie
między "partyzanckimi i wywrotowymi metodami" a "kolorowymi rewolucjami"
wymaga utrzymywania równowagi między "komponentem zaawansowanych
technologii" a koniecznością przygotowania sił zbrojnych do działań w "nietradycyjnych okolicznościach" w czasie kolorowych rewolucji
sponsorowanych przez Zachód. Pod tym względem rosyjskie CzWK są wyraźnie
siłą zdolną do pełnienia zarówno funkcji gospodarczych, jak i geopolitycznych. Jako takie, mają zarówno szerszy zakres zadań, jak i stosują inną taktykę w porównaniu ze standardowymi PMC, zwłaszcza na
Zachodzie. W związku z tym rosyjskie CzWK regularnie przejmują kontrolę
nad "szarymi strefami" w celu stworzenia "stref sztucznej stabilności" -
podkreśla Suchankin. Celem misji jest eksploatacja zasobów naturalnych i przejęcie częściowej kontroli politycznej nad obszarem (obszarami), przy
czym istniejący reżim polityczny nadal pozostaje "u władzy", aby
zachować legitymizację terytorium.
Kreml wypracował własny pogląd na CzWK. Zamiast podchodzić do tej
kwestii z perspektywy budżetowej - a mianowicie, że najemnicy są
bardziej elastyczni i tańsi niż regularne wojsko - państwo postrzega je
przede wszystkim jako swe polityczno-wojskowe narzędzie. Po raz pierwszy
na dużą skalę potwierdziło się to w 2014 roku. Wraz z wybuchem walk na
Ukrainie, przy nieoficjalnym charakterze zaangażowania militarnego Rosji
w Donbasie, formacje zbrojne niezwiązane formalnie z państwem rosyjskim
stały się bardzo wygodne. Innym motywem korzystania z CzWK jest
możliwość ukrywania przez państwo strat ludzkich przed społeczeństwem.
Ponieważ formacje te są formalnie prywatnymi firmami, ich straty nie są
uwzględniane w oficjalnych raportach rosyjskiego ministerstwa obrony o liczbie poległych lub rannych żołnierzy. Ta sama logika pozwala Rosji
zaprzeczać zaangażowaniu najemników w jej konflikty. Jest to o tyle
istotne, że rosyjscy operatorzy CzWK często walczą w pierwszej linii i atakują trudne pozycje, a więc ich straty są znacznie wyższe niż
regularnych wojskowych. Tak było w Syrii, Libii, a ostatnio na Ukrainie.
Wykorzystywanie najemników przez państwo rosyjskie doskonale pasuje do
stosowanej od 2014 roku przez Kreml retoryki zaprzeczania,
rozpowszechnionej w mediach pod hasłem "ichtamniet". CzWK stają się też
źródłem sił ludzkich, które można wysłać na front w celu uzupełniania
strat i wykorzystania do działań, dla których szkoda narażać regularne
jednostki ("пушечное мясo"). Złe warunki życia, szerząca się
przestępczość i różne trudności uniemożliwiające rosyjskim żołnierzom
przystosowanie się do życia w cywilu stworzyły ogromną pulę rekrutów
(zwłaszcza mężczyzn w średnim wieku) chętnych do udziału w konfliktach
regionalnych i nie tylko - co pokazuje wojna z Ukrainą. CzWK mogą być
zaangażowane we wrażliwe działania mające na celu rozszerzenie
rosyjskich wpływów - od operacji wojskowych po zbieranie informacji
wywiadowczych. Jeśli państwo nie chce być kojarzone ze swoim udziałem w konflikcie lub projekcie, to najemnicy będą doskonałymi wykonawcami.
Poza tym, inaczej opinia publiczna odbiera straty wśród najemników
(jeśli w ogóle się o nich dowie) niż wśród regularnego wojska. Pokazuje
to dobrze stosunek do wojny w Syrii. W jednym z badań ponad 50 proc.
ankietowanych Rosjan poparło rosnące zaangażowanie ich kraju w Syrii.
Ale tylko 19 proc. było za zwiększeniem wojskowej obecności na lądzie.
Choć CzWK są często wykorzystywane przez rosyjskie siły zbrojne (lub w połączeniu z nimi), jednym z ich kluczowych celów jest wspieranie
biznesowych interesów skorumpowanej kliki osób skupionych wokół Putina.
Grupa Wagnera i udowodnione powiązania z tymi najemnikami spółek
kontrolowanych i kojarzonych z Jewgienijem Prigożynem, są tego
najlepszym dowodem. Wraz z realizacją celów polityczno-militarnych
państwa najemnicy ci dają biznesowi dostęp do rynków i koncesji czy to
na Bliskim Wschodzie czy w Afryce.
Części z CzWK - a już zwłaszcza wagnerowcom - odpowiada obecna sytuacja,
bo legalizacja działalności najemniczej w Rosji byłaby równoznaczna z silniejszą kontrolą ze strony państwowych instytucji siłowych. A to
ograniczałoby swobodę działania takich firm. Z drugiej jednak strony
obecny de facto półlegalny status powoduje, że nad najemnikami ciągle
wisi groźba pociągnięcia do odpowiedzialności karnej. Za udział w konflikcie zbrojnym na terytorium obcego państwa grozi kara do siedmiu
lat pozbawienia wolności, za werbowanie zaś, szkolenie i finansowanie
najemników - do 15 lat. To z kolei wykorzystują służby specjalne czy
nawet politycy i wpływowi biznesmeni, wykorzystując najemników do
ryzykownych działań. W efekcie, oprócz sprzedaży swych usług poza
granicami kraju na czysto komercyjnych zasadach, firmy najemnicze muszą
spłacać rodzaj haraczu rosyjskiemu państwu - najczęściej w postaci
wykonywania zadań bojowych poza Rosją. Rosja od wielu lat wykorzystuje
prywatne grupy wojskowe - czy to formalne czy nie - zarówno w konfliktach na obszarze byłego Sojuza (Ukraina, Naddniestrze, Kaukaz),
jak i tam, gdzie robi interesy polityczne i gospodarcze: głównie na
Bliskim Wschodzie i w Afryce. CzWK są też zatrudniane przez rosyjskie
koncerny państwowe - Gazprom, Rosatom, Rosnieft, Koleje Rosyjskie,
Rostech - do ochrony inwestycji (kopalnie, rurociągi, budowy) i konwojowania transportów w różnych krajach Afryki, Azji, Ameryki
Południowej i Bliskiego Wschodu. Należy zresztą pamiętać, że Rosja
eksportowała najemników już w pierwszej połowie lat dziewięćdziesiątych
ubiegłego wieku. Wojowali choćby po stronie Serbów w konfliktach, jakie
ogarnęły byłą Jugosławię. Wtedy to doświadczenia bojowe zdobywał Igor
Girkin, znany później z walk w Donbasie. W latach 1992-1995 w Bośni i Hercegowinie stale działało kilkuset rosyjskich "ochotników". Wiadomo,
że brali udział w etnicznej czystce w mieście Višegrad. Trzon tego
oddziału stanowili weterani wojskowi zatrudnieni w firmie ochroniarskiej
Rubikon z Sankt Petersburga, nadzorowanej przez Federalną Służbę
Kontrwywiadu (w 1995 roku zmieniła nazwę na Federalna Służba
Bezpieczeństwa). Bez zgody państwa rosyjskiego aktywność tych
"ochotników" byłaby niemożliwa.
Obecnie trudno określić dokładną liczbę prywatnych spółek wojskowych
działających w Rosji, tym bardziej że niektóre zarejestrowały się jako
agencje ochrony, ale prowadzą też działalność typowo najemniczą,
korzystając z kryszy czy to wojska, czy służb specjalnych. Normą jest
też dość częsta zmiana nazwy lub formalne rozwiązanie jednej
działalności gospodarczej, by niemal w tym samym kształcie za chwilę
zarejestrować kolejną. Można jednak zakładać, że takich znaczących
podmiotów jest około dwudziestu. Nazwy większości z nich nie są żadną
tajemnicą. Prywatne spółki wojskowe (CzWK) w Rosji można generalnie
podzielić na dwie grupy. W pierwszej działalność organizują weterani
specnazu FSB z jednostek Alfa i Wympieł. W drugiej dominują byli
żołnierze specnazu GRU i wojsk powietrznodesantowych. Choć są też duże i wszechstronnie działające firmy, gdzie nie brakuje weteranów specnazu
zarówno z wojska, jak i z FSB, a także MSW. Najbardziej znaną jest
RSB-Group (ros. РСБ-Групп; Российские Системные Безопасности). Ta
jedna z najbardziej rozpoznawalnych obok wagnerowców sił najemniczych z Rosji założona została przez byłych oficerów GRU i FSB (jej szef Oleg
Krinicyn jest absolwentem Wyższej Szkoły KGB i byłym oficer wojsk
pogranicznych). Specjalizuje się w ochronie gazociągów i ropociągów oraz
statków, a w jej skład wchodzi ok. 250 "ekspertów". RSB-Group chwali
się, że działa w strefach niestabilnych politycznie, ale tylko w porozumieniu z legalnym rządem danego kraju. Pozostaje oczywiście
kwestia interpretacji legalności rządu... W Libii na przykład ta CzWK
zawarła kontrakt z generałem Chalifą Haftarem, dowódcą sił zbrojnych
jednego z dwóch zwalczających się politycznych obozów. Jakby nie
kombinować, nie jest to legalna władza w kraju, wręcz przeciwnie,
zwalcza uznawany przez społeczność międzynarodową rząd w Trypolisie. Tak
czy owak, stu saperów z RSB-Group wiosną 2017 roku rozminowało
instalacje przemysłowe w Bengazi - zarobiła aż 10 mln dolarów. Dla tej
firmy legalnymi są też na przykład "rządy" tak zwanych "republik
ludowych" w okupowanej przez Rosję części Donbasu. Co nie przeszkodziło
RSB-Group stać się oficjalnym partnerem ONZ w zakresie dostarczania
usług bezpieczeństwa i współpracować z nowozelandzką spółką najemniczą
NavSec Int Ltd. Swego czasu zresztą rosyjskie firmy najemnicze pracowały
często jako podwykonawcy zachodnich PMC (głównie amerykańskich i brytyjskich), przede wszystkim w Iraku i Afganistanie. W tej sferze
działalności specjalizowały się Centr-Antiterror, Tigr Top-Rent
Security, Ruskorp czy Fort Defense Group.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki