Tęsknota za południem
Tak się składa, że w żeńskiej linii naszej rodziny reprezentuję czwarte pokolenie emigrantek. Sto lat temu moja prababka wyemigrowała z Królestwa Jugosławii do Królestwa Bułgarii. Jej jedyna córka, moja babka, wyjechała z Socjalistycznej Federacyjnej Republiki Jugosławii do Ludowej Republiki Bułgarii. Moja matka, jej jedyne dziecko, wyemigrowała z rodziną z Bułgarii do Nowej Zelandii, a ja - z Nowej Zelandii do Szkocji. Również moja siostra wróciła do Europy. Dla każdej z nas wyjazd oznaczał rozstanie z rodzicami.
Zmieniające się nazwy państw pokazują, że nasza rodzina, podobnie jak mnóstwo innych, była zmuszana do tułaczki przez historyczne kataklizmy: upadek Imperium Osmańskiego i Austro-Węgier, dekolonizację, powstanie narodowych państw na Bałkanach, wojny bałkańskie (1912-1913) oraz dwie wojny światowe, zimną wojnę, jej koniec i globalizację.
W bardziej osobistej perspektywie tamta seria migracji przypomina mi, że pragnienie podróżowania, eksploracji i - tak właśnie - ucieczki czułam już od wczesnego dzieciństwa. A może jeszcze wcześniej - w brzuchu matki kręciłam się nieustannie i wydostając się z niego, omal nie udusiłam się pępowiną, którą zaplątałam w supeł. Od pierwszych lat życia pociągały mnie opowieści o przygodach i dalekich morzach, tęskniłam za miejscem, w którym byłabym wolna - od kotła, jakim było nasze ciasne mieszkanie, od szkoły i organizowanych przez nią przymusowych patriotycznych parad, od łagodnej opresji wszechobecnej w domu i w ojczyźnie. Tęskniłam za wolnością, zanim jeszcze zrozumiałam, czym ona jest i kim jestem ja sama.
Tęskniła za nią również Anastasija, moja babka ze strony matki. A w każdym razie o czymś marzyła. Była obecna w moim życiu przez trzynaście lat, z których ostatnie pięć spędziła, chorując na raka piersi. Bardzo ją kochałam. Gdy zachorowała, miała pięćdziesiąt kilka lat. Nosiła perukę i malowała usta, ale pod jej ubraniem działy się straszne rzeczy. Poza tym traciła wzrok. Czasem jej czytałam, tak jak ona kiedyś czytała mnie. Moją pierwszą książkę przeczytałam właśnie w mieszkaniu dziadków w Sofii, z którego widać było oprawioną w kadr okna błękitną górę. Miałam wtedy pięć lat.
Babcia miała książkę z tekstami setek pieśni ludowych spisanych przez dwóch folklorystów i językoznawców znanych jako bracia Miładinowowie, którzy w połowie XIX wieku przewędrowali ziemie Macedonii i Bułgarii, czyli południowe Bałkany, i zebrali wspaniałą kolekcję utworów ludowych. Bracia pochodzili ze Strugi, miasta położonego niedaleko Ochrydy, która wzięła swoją nazwę od samego Jeziora. Babcia opowiedziała mi ich historię. Zauważyłam, że tak jak większość "naszych" historii kończyła się ona brutalną niesprawiedliwością, która jednak po latach została odkupiona mocą wyznawanej przez braci idei - wyzwolenia poprzez naukę i edukację. Młodszy brat był poetą. W czasie studiów w dalekiej, zimnej Moskwie napisał wiersz Tęsknota za południem (Tyga za jug), zainspirowany wspomnieniem ojczystego jeziora.
Czy słońce także i tam
ponuro świeci jako i wam?
Dla późniejszych pokoleń wiersz stał się symbolem Jeziora, wygnania i straty, trudnego do wysłowienia smutku związanego z Macedonią, z "naszymi miejscami", z Bałkanami i Południem. Wniknął w nasze kości - tak jak pogoda. Znaczące jest to, że słowo tyga znaczy jednocześnie "tęsknota" i "smutek". Oto ostatnie linijki tego utworu:
Niechbym tam [nad jeziorem] zagrał na fujarce,
a kiedy słońce za lasy zajdzie, i ja z nim zajdę.
I ja z nim zajdę. Był to jeden z moich pierwszych kontaktów z poezją. Już wtedy czułam, że w otaczającej mnie atmosferze jest coś ciężkiego, splątanego. To coś emanowało z mamy będącej następczynią babci, która przybyła znad Jeziora.
Przybyła tutaj, żeby zamieszkać w niedoskonałej rzeczywistości miasta, ale często mówiła o tamtym miejscu, o pełni graniczącego z wodą świata, w którym została jej rodzina. Gdzie ludzie, chociaż wyglądają tak jak my, mówią nieco inaczej, tak jakby posługiwali się jakimś dawnym dialektem. Dzieliła nas twarda granica. Często przeglądałam ciężki sowiecki atlas geograficzny, w którym nasz socjalistyczny świat był pokolorowany na różowo. Można było w nim zobaczyć ukształtowanie terenu dalekich lądów. Na zajmującej całą rozkładówkę głównej mapie Europa wyglądała jak bezładna mieszanina stłoczonych barw obciążonych rozmaitymi znaczeniami.
Z oficjalnej historii można było się dowiedzieć, że nasi południowi sąsiedzi nie są tacy jak my, że są inni, bo w swoich dziejach byli reprezentantami sił perfidii (Grecy) i tyranii (Turcy). My natomiast jesteśmy cierpiącymi od dawna męczennikami, poetyckimi, ożywianymi szlachetnymi namiętnościami, niesprawiedliwie krzywdzonymi. Ale sąsiedzi moich dziadków, mieszkający na tym samym piętrze Wasilopulowowie, byli nietypowi. Ona była Bułgarką. Biła córki i wystawiała je za karę na klatkę schodową, a jej mąż, Grek, stawał w ich obronie. On miał jakiś związek z czymś, co określano tajemniczą nazwą "wydarzenia greckie". Mój ojciec, profesor uniwersytetu, miał greckiego studenta, który bardzo mi się podobał. A jeśli chodzi o Turków, babcia dobrze wspominała Turczynkę, od której wynajmowała mieszkanie w Ochrydzie, ulubionymi kolegami ojca byli zaś tureccy chłopcy z sąsiedztwa. Poza tym w wierszu Miładinowa Stambuł został nazwany jednym z "naszych miejsc". Moskwa, wbrew temu, co nam wmawiano, z pewnością nim nie była. Wiersz powstał ponad sto lat temu i od tamtego czasu wiele się zmieniło, ale wciąż wybrzmiewa w nim, nietknięte przez upływ czasu, dojmujące poczucie oderwania i tęsknoty.
Na przykrytym welwetową tkaniną okrągłym stole w salonie dziadków stał słój wypełniony kamykami z Jeziora. Były to zwykłe, wygładzone przez wodę kamienie, różowe i białe, pełniły jednak funkcję talizmanów przynoszących stamtąd powiew jaśniejszego, bardziej przestronnego świata.
Greckie imię Anastasija pochodzi od słowa oznaczającego zmartwychwstanie. Dziewczęca intuicja pozwoliła mi zrozumieć, że babcia była kobietą wielkiego ducha - i wielkiej urody. Takie połączenie zapamiętano w historii mojej rodziny dwukrotnie, u Anastasii i u jej ukochanej bratanicy Tatiany, która zmarła na nowotwór mózgu w wieku trzydziestu sześciu lat.
W ostatnich latach życia babci trudno było z nią przebywać. W komunistycznej Bułgarii nie funkcjonowały hospicja, więc chorzy byli zdani na łaskę rodziny. Babcia już wcześniej była wymagająca, a teraz zaczęła tyranizować męża i córkę, która nie mogła zrobić dla niej dość dużo nawet wtedy, gdy robiła zbyt wiele, szyjąc dla niej dopasowane ubrania i organizując urodzinowe przyjęcia - bo Anastasija zawsze lubiła przyjmować gości. Babcia cierpiała i wydawało się, że pragnie uprzykrzyć życie również swoim ukochanym - to było ulubione słowo kobiet w mojej rodzinie.
Mama wciąż miała szansę doświadczać różnych drobnych przyjemności, ale się ich wyrzekła. Przez kilka ostatnich straszliwych miesięcy życia babci prawie nic nie jadła, więc wycieńczona przez infekcje stała się cieniem człowieka, gotowa dołączyć w zaświatach do matki. Gdyby umarła, ja też bym umarła, ponieważ byłyśmy jedną osobą. Czułyśmy tak samo i myślałyśmy tak samo. Powtarzałam jak w lustrze jej ruchy, przeżywałam każdy jej nastrój i wyczekując jej uśmiechu, tłumiłam w sobie gwałtowne emocje. Gdy miałam dziesięć lat, imitowałam jej śmiertelnie poważny ton głosu i chodziłam jak ona ze ściągniętą twarzą. Za nasze nieszczęścia obwiniałam ojca, nadwyrężając moją naturalną miłość do niego. Podobnie jak mój dziadek, ojciec był jako mężczyzna w mniejszości, musiał więc codziennie tłumaczyć się i odpokutowywać nie wiadomo jakie błędy. Emocjonalna równowaga w domu była nieustannie zagrożona.
Mam z tamtego czasu wciąż wyraźne wspomnienie. Siedziałyśmy z mamą w autobusie odjeżdżającym spod domu dziadków, u których byłyśmy z wizytą. Machałyśmy do nich z okna - do małych figurek stojących na balkonie na siódmym piętrze. Babcia ledwo już widziała, więc machała w inną stronę. Dziadek łagodnie przesunął jej rękę. Uśmiechnęłam się i pomachałam jeszcze raz. Mama rozpłakała się. Zapłakałam razem z nią.
Robiła, co mogła, żeby mnie chronić, a ja robiłam wszystko, żeby chronić ją, ale nie mogłyśmy nic na to poradzić - strata była nieunikniona. Podtrzymywałyśmy się wzajemnie, żeby utrzymać usta nad powierzchnią wody, tak jak potępieńcy z cerkiewnych fresków, którzy tonąc w płomienistej zupie, wynurzają z niej tylko głowy. Mimo że żyłyśmy w całkowicie świeckiej kulturze i nigdy nie słyszałam słowa "potępienie", czułam je cieleśnie. W wieku dziesięciu lat pisałam wiersze pełne bolesnych rozstań na dworcach kolejowych, wyniszczającej tęsknoty i pewności, że wszystko już minęło. To było tak, jakby ktoś inny pisał je moją ręką.
Nie chodziło o to, że umiera babcia - byłam w stanie zaakceptować czyjeś odejście, dzieci to potrafią - ale o niemożliwy do zniesienia ból rozstania, który wyczuwałam w mamie. Mama mówiła, że zawsze żyła w strachu, że coś się stanie jej rodzicom. Ja bałam się tego samego. Pożegnałyśmy Anastasiję pod koniec lata tego roku, w którym wydarzyła się katastrofa w Czarnobylu. Widziałam mamę wśród niesionych przez wiatr złotoczerwonych liści. Była cieniem prześwitującym przez fioletowo-czarny strój. Silniejszy podmuch mógł ją ponieść ze sobą jak liść. Zawsze wydawała mi się słabo osadzona w życiu, tak jakby urodziła się bez korzeni, jakby potrzebowała zewnętrznej siły, by trzymać się ziemi.
Następnego lata zapadłam na chorobę autoimmunologiczną i spędziłam tygodnie w popadającym w ruinę szpitalu z nieczynnymi toaletami, gdzie pisałam wiersze, tłumaczyłam Kwiaty zła Baudelaire'a i tęskniłam za Południem. Ojciec był na zagranicznym stypendium, ale codziennie odwiedzała mnie mama, która po pracy - była analityczką danych - docierała do szpitala przez zakurzone ulice, żeby przywieźć mi domowe jedzenie i wziąć mnie na powolny spacer po szpitalnym dziedzińcu. W szpitalu był cygański chłopiec, który mi się podobał, ale kiedy przeczytałam potem stworzone tam przez siebie wiersze, stwierdziłam zdumiona, że kierowałam je do swojej mamy. Równie zdziwiona byłam, gdy odkryłam miłosne listy babci Anastasii - napisane pięknym językiem, opowiadające o tęsknocie za chwilą spotkania z ukochaną osobą, za widokiem jej zielonych oczu i jedwabistych włosów falujących w morskiej wodzie lub na tle nieba. Słońce zajdzie, a ja z nim zajdę. Listy były zaadresowane do jej kilkunastoletniej córki.
Chciałam przeczytać całą korespondencję między matką a córką, ale musiałam przerwać. Dobrze znałam te romantyczne uczucia, intensywne jak u kochanki - zostały mi przekazane w postaci skondensowanej, podobnie jak potrzeba wyrażania ich w słowach. Babcia pisała wiersze z okazji urodzin krewnych i przyjaciół. Wciąż mam wiersz napisany na moje dziesiąte urodziny. Ma pięć wersów, po jednym na każdą literę mojego imienia. Nie mogła już napisać go na maszynie, ledwo widziała, więc podyktowała go dziadkowi. Pracowała jako dziennikarka w rozgłośni nadającej dla Bułgarów mieszkających za granicą - to było coś w rodzaju BBC World Service, tyle że w komunistycznym kontekście - a fale radiowe niosły jej głos jak zaklęcie.
- Drodzy rodacy - mówiła swoim uwodzicielskim altem - ta piosenka jest dla was.
I zaraz potem jakaś chwytająca za serce melodia docierała do członków bułgarskiej diaspory na całym świecie. Wielu z nich nie mogło oczywiście wrócić do kraju, ponieważ znajdowali się na czarnej liście emigrantów politycznych. Czasami odwiedzałam babcię w siedzibie Radio Sofia, zbudowanej w stylu Bauhaus. Zwykle czekałam w głównym holu przy budce strażnika, przyglądając się mozaice na ścianie. Przedstawiała coś w rodzaju proletariackiego rozbłysku słońca, a może to była mapa Bułgarii. Można się też było na niej dopatrzyć pokazanych z profilu głów Marksa i Engelsa, być może wraz z Leninem, ponieważ często występowali jako trójca. A potem babcia wypadała z windy jak pierwszy dzień lata. Potrafiła wypełnić swoją obecnością przestrzeń i roztaczać wokół siebie fale niepowstrzymanego śmiechu. Otoczona miernością, konformizmem i zakłamaniem, którymi żywił się system totalitarny, Anastasija żyła z pasją i wyrażała swoje myśli w społeczeństwie, którego jedna połowa nie myślała wcale, a druga była na tyle ostrożna, by zachowywać własne opinie dla siebie.
Zanim zachorowała, była jak Demeter, bogini płodności i urodzaju, jak źródło obfitości i piękna. Miała półki zastawione książkami i szafę pełną skórzanych płaszczy i futer, które dziadek zdobywał w państwowych zakładach, gdzie pracował jako księgowy. Później była zbyt chora, by je nosić. Jeden z płaszczy zabrałam ze sobą do Szkocji, ale nigdy w nim nie chodziłam. Wyglądał tak, jakby był zrobiony z selkie, mitycznego szkockiego stworzenia, które zrzuca foczą skórę, by wyjść na ląd i poślubić człowieka, ale prędzej czy później powraca do swojego morskiego domu.
Próbowałam odtworzyć przepisy kulinarne babci. Ciasto filo ze szpinakiem, pieczone jagnię z jogurtem, czyli Elbasan tava, imam bay?ld?, czyli faszerowany bakłażan. Wiecie, co znaczy ta ostatnia nazwa po turecku? Omdlały imam. My też, podobnie jak imam, objadałyśmy się razem do nieprzytomności. Czasem razem spałyśmy i dziadek zostawał wtedy sam w pokoju obok. Babcia jadła, ile się dało, a nawet więcej, mnóstwo paliła, przeżywała wszystko głęboko, a gdy odkrywała coś przyjemnego, pragnęła tego do bólu. Nie znała neutralności. Jej zdrowie, podobnie jak emocje, było chwiejne na długo przed chorobą nowotworową. Podobnie było z mamą. Ja kontynuowałam tę tradycję. Gdy stałam się kobietą, czepiały się mnie wszelkie dolegliwości. Nie wiedziałam, jak to jest czuć się dobrze. Kiedy zaczynałam nowe życie w Nowej Zelandii - byłam wtedy starszą nastolatką - wkręcałam się w lęki, które sprawiały, że każde doświadczenie doprowadzało mnie do rozpaczy. Gdy rodzice wyjeżdżali, wyobrażałam sobie, że mają jakiś okropny wypadek, i martwiłam się na zapas. Surowo osądzałam samą siebie i innych z powodu wydumanych czasem niedoskonałości. Od ostatecznej autodestrukcji ratowała mnie literatura. A później mamę przygniotła ciężka depresja, którą przenosiła na swoich ukochanych. Bo przecież to my byliśmy odpowiedzialni za to, by była szczęśliwa. Gdy spoglądam wstecz, widzę, że moja babcia, mama i ja odgrywałyśmy po kolei role w napisanym wcześniej dramacie. Mimo że próbowałyśmy chronić się - same siebie i siebie nawzajem - przed jakimś nieokreślonym zagrożeniem, ochrona nie działała. Wydawało się wręcz, że przyciąga niebezpieczeństwa, przed którymi miała nas osłaniać. Coś spychało nas w dół i nie pozwalało cieszyć się zdrowiem. Pacjentki się zmieniały, ale choroba trwała.
Na zdjęciach z mojego dzieciństwa dotykamy się z babcią rękoma w gestach wyrażających wzajemną przynależność. Podobnie jest na wcześniejszych o pokolenie zdjęciach babci z jej bratanicami i z mamą robionych w Ochrydzie na tle Jeziora: jesteście moim przedłużeniem. Ale również: nie pozwólcie mi nigdy odejść.
Dorośli zadają dzieciom podstępne pytania: kogo bardziej kochasz, mamę czy tatę? Babcię czy dziadka? Babcię czy mamę? Ja w tajemnicy kochałam się w chłopcach. Nie miałam jeszcze dziesięciu lat, gdy babcia Anastasija wyczuła to i ostrzegła mnie, żebym nigdy nie spotykała się z kimś, kto ma "chłopską stopę" albo... Nie pamiętam, co było dalej, ale to była długa lista, z której wynikało, że babcia tak naprawdę nie chce, abym spotykała się z jakimkolwiek chłopcem. W każdym razie nie bez niej, bo przecież byłam jej oczkiem w głowie. Bycie oczkiem w jej głowie sprawiało, że czułam się jak napromieniowana - z jednej strony jaśniałam, z drugiej ogarniało mnie zmęczenie. Chciałam zamknąć drzwi, ale to ona miała klucz.
Gdzieś wewnątrz niej kryła się otchłań, której nie dało się wypełnić. Wyglądało na to, że ma ona swoje źródła w Macedonii, w Jeziorze. To było tak, jakby Anastasija nie była jedną osobą, lecz gwarnym narodem dusz z porzuconej prowincji. Nosiła w sobie pierwotną krainę, w której masy lądu wciąż się poruszały, uskoki tektoniczne przesuwały się pod powierzchnią ziemi, woda wzbierała i opadała, gdzie działały zwalczające się, niemożliwe do pogodzenia siły.
Kiedy byłam dzieckiem, krewni z Jugosławii przysłali nam trójwymiarową pocztówkę przedstawiającą niebieskie jezioro i miasto na wzgórzu. Kiedy się nią poruszało, pojawiały się nowe elementy pejzażu. To było zniewalające. Mogłam na nią patrzeć w nieskończoność. Zachwycałam się błękitem jeziora, wielkiego jak morze, i otwieranymi przez nie możliwościami. Nie rozumiałam, dlaczego babcia opuściła miejsce tak magiczne. Dlaczego opuściła swoich ukochanych. Kiedy ją o to spytałam, odpowiedziała, że teraz my jesteśmy jej ukochanymi. Teraz naszą rolą, jej ukochanych, było uczynić ją szczęśliwą.
- Żyję między dwoma światami - powiedziała. - Kiedy jestem w Ochrydzie, tęsknię za Sofią. Kiedy jestem w Sofii, tęsknię za Ochrydą.
Zawsze za czymś tęskniła, tak jak moja matka, tak jak ja. Bycie kobietą oznaczało opłakiwanie nieobecności, brak, nieuchronną stratę. Mówiąc krótko - cierpienie. Szybko nabrałam pewności, że nie chcę być niczyją matką ani żoną. Chciałam podróżować do dalekich krajów i nie wracać do szkoły, chciałam prowadzić spokojne życie bez otaczającej mnie rodziny. Jednak pewne sprawy podążają za nami niezależnie od tego, dokąd się udamy.
Sny o wodzie zaczęły mnie nawiedzać niedługo po tym, jak moja rodzina osiedliła się w Oceanii, mniej więcej wtedy, gdy zaczął się rozpad Jugosławii. Byłam wówczas dojrzewającą nastolatką. W snach widzę na horyzoncie wznoszącą się ścianę wody. Chcę uciekać, ale coś mnie tam trzyma. Muszę przekazać świadectwo. Woda zalewa brzeg, potem domy, słupy elektryczne, ludzi. Pływają w niej wymarłe dawno zwierzęta. Góry są stare jak piramidy, ale one też zostają zalane. To wody Ziemi, przedwieczne, wzburzone. Pochłaniają znany świat. Serce wali mi w piersi. Płynę między ruinami, wypatrując tych, którzy przeżyli, próbuję im pomóc.
Według Junga woda jest symbolem zbiorowej nieświadomości. Katastrofa, której zapowiedzią są moje sny, wydaje się bezosobowa. Nie lubię ich jednak i wolałabym, żeby się skończyły, ale ostatnio stały się jeszcze częstsze.
Trzy lata po śmierci Anastasii, latem trudnego roku 1989, pojechaliśmy nad Jezioro Ochrydzkie - moi rodzice, młodsza siostra, ja i dziadek ubrany na tę okazję w elegancki garnitur. Czuło się, że coś się kończy. Teraz, po latach, wiem, że to były nasze dwa kraje, chociaż w tamtym czasie wydawało się, że chodzi o naszą rodzinę. Po tym jak Anastasija i jej bratanica Tatiana odeszły, nic nie mogło już być takie jak kiedyś. Złożyliśmy trudną wizytę mężczyźnie mieszkającemu z dwoma chłopcami - mężowi Tatiany i ich synom, moim dalekim kuzynom. Zapamiętałam z niej długie chwile milczenia i jugosłowiańskie czekoladki w złotej folii topniejące w upale. Moja fascynacja tragicznym trio Tatiany była jak miłość. Miałam piętnaście lat i byłam dziewicą, ale rozumiałam już, o co chodzi w całej tej historii z seksem i śmiercią. Jezioro wypełniało się dojrzewającymi figami i nieznośną tęsknotą. Przez całe życie ciągnęło mnie do pokiereszowanych ludzi i poranionych miejsc.
Rodzina babci od niepamiętnych czasów miała sady. Mój pradziadek nazywał się Bahczewandżijew, od tureckiego słowa bahçe oznaczającego ogród. Rodzice zabrali mnie i siostrę do brzoskwiniowego sadu wciąż należącego do naszego wujka. To właśnie było Jezioro - południowa kraina obfitości, schyłku, pełna światła, ale również trudnej do nazwania niemocy. Kilka lat później Jugosławia stała się ziemią ruin. Macedonia po raz pierwszy została w pełni niepodległym państwem narodowym. Jako jedyna ze wszystkich byłych republik Jugosławii osiągnęła to bez jednego strzału oddanego na jej terytorium, chociaż wojna zaczęła się od śmierci zamordowanego przez tłum macedońskiego chłopaka, który miał tego pecha, że kierował w Splicie czołgiem Jugosłowiańskiej Armii Ludowej (Jugoslovenska narodna armija - JNA). Kiedy werbownicy JNA przybyli do Ochrydy, szukając ochotników, spotkała ich niespodzianka - przy każdych drzwiach słyszeli: "Nie tutaj". Widząc, skąd wieje wiatr, rodziny młodych mężczyzn wysyłały ich za granicę, do krewnych w innych miastach albo chowały w piwnicach. Nowe kłopoty pojawiły się kilka lat później, gdy rok po wojnie w Kosowie przemoc zaczęła przelewać się przez granicę Macedonii, jednak jej mieszkańcy raz jeszcze powiedzieli: "Nie tutaj".
Macedonia, kraina Jeziora, nie miała apetytu na wojnę. I udawało jej się jakimś cudem przeżyć.
Niedługo po wyprawie nad Jezioro wyemigrowaliśmy do Nowej Zelandii. Rodzice zapuścili tam korzenie. My z siostrą próbowałyśmy zrobić to samo, ale w końcu wróciłyśmy do Europy. Ja w wieku trzydziestu lat zamieszkałam w Szkocji, ona wyjechała do Szwajcarii. Z czasem życie naszej rodziny ułożyło się, a trud wielokrotnych emigracji ustał. Jednak kolejne rozpoczynanie życia na nowo w miejscach, gdzie ludzie nie potrafią przeliterować twojego nazwiska, sprawia, że spokój staje się czymś perwersyjnie ulotnym. Zawsze gdy się spotykaliśmy, coś było nie tak, coś sprawiało ból, i musieliśmy z całych sił starać się to naprawić. Każde spotkanie stawało się kryzysem, który trzeba było zażegnać.
Powtarzające się fale trudnych emocji nie zawsze są powodowane bieżącą sytuacją. Przyczyna czasem powraca. Psychologowie badający międzypokoleniowe dziedziczenie przeżyć uważają, że jest to skutek nieprzepracowanej traumy, efekt załamania czasu. Tak, czas się załamuje. Moja matka stoi wśród ruin - znowu - a ja biegnę do niej. Wysłuchuję jej gorzkich lamentów i płaczę razem z nią, jakbyśmy właśnie zostały osierocone. Zygmunt Freud określał masochistyczny przymus ponownego przeżywania bolesnych doświadczeń "diabolicznym", ponieważ odciąga nas on od życia. I tak właśnie jest - w takich chwilach chodzi tylko o to, żeby przetrwać. Ten wyniszczający cykl powtarzał się tak długo, że w końcu przestałam odgrywać w nim swoją rolę i zaczęłam wytyczać granicę, która miała mnie chronić. Matka i ja rosłyśmy daleko od siebie, a dzieląca nas ziemia niczyja była jałowa. Raz po raz, jak w sennym koszmarze, zaglądałam jej w oczy i zamiast własnej matki widziałam maskę ze starożytnej tragedii.
Trzydzieści lat po śmierci babci, niedługo przed wyruszeniem w tę podróż, zmagałam się z kryzysem zdrowotnym objawiającym się tajemniczymi bólami i zmęczeniem, który jednak - podobnie jak sny o wodzie - wydawał się dziwnie bezosobowy. Czułam się, jakbym była podłączona do zbiornika złej energii, która z nieodgadnionych dla mnie powodów zalewała mnie falami. Doświadczałam bliskości wszechobecnej śmierci. Powoli jednak wyleczyłam się. Kiedy o tym teraz myślę, jestem pewna, że gdybym nie doświadczyła tego mokrego mroku duszy, nie starczyłoby mi odwagi i desperacji, by wyprawić się do Jeziora.
Mniej więcej w tym samym czasie mama zapadła na nieuleczalną chorobę. Jednym z jej symptomów była ostra newralgia, którą nazywała bólem - i która wkrótce stała się Bólem. Nocami rządziła życiem rodziców. Nie było nic poza nią. Tak, coś narastało jak wznosząca się mroczna fala uderzająca raz za razem o brzeg, by dać o sobie znać, jak zmieniająca postać istota z dalekiej przeszłości. Ponieważ nigdy nie została należycie odparta, z chwilą, gdy mama została zdiagnozowana, newralgia stała się pełnoprawnym członkiem naszej rodziny. Wtedy miałam tego wszystkiego tak dosyć, że pragnęłam tylko, by to się skończyło.
Podczas mojej ostatniej wizyty u rodziców w Auckland stwierdziłam, że przebywanie w jednym domu z mamą stało się jeszcze bardziej dławiące niż kiedykolwiek wcześniej. Żadni lekarze ani cudotwórcy nie potrafili zwalczyć Bólu - był odporny, narcystyczny, zawładnął całym jej istnieniem. Miałam takie samo przytłaczające poczucie, jakie nawiedzało mnie przy babci - poczucie obecności podziemnych sił deformujących krajobraz. Myślałam wtedy o geologicznej wizji Jamesa Huttona, który w połowie XVIII wieku opisał procesy erozji i sedymentacji działające od czasów o eony wcześniejszych niż ludzka pamięć, "bez śladu początku i bez nadziei na koniec". Przerażająca myśl.
Nie pierwszy raz miałam ochotę po prostu odejść. Wiedziałam jednak, że nie mogę. A poza tym odejście i tak by nie wystarczyło. Pod słońcem antypodów, przed którym mama chowała się za zamkniętymi okiennicami, dotarło do mnie, że jeśli nie zrozumiem, dlaczego dwie kobiety, które kochałam i które dostały od życia tak wiele (w tym troskliwych mężów), stały się tragicznymi Furiami i dlaczego byłyśmy męczennicami cierpiącymi za nie wiadomo jaką sprawę - to będę następna w kolejce. Maska czaiła się już pod moją twarzą.
Kiedy po przejściu bramek na lotnisku w Auckland machałam rodzicom na pożegnanie, a oni stali tam, po pięćdziesięciu latach wciąż razem - moja widmowa, wycieńczona Bólem mama i podtrzymujący ją wciąż krzepki ojciec - machałam i uśmiechałam się. Twarz mamy była zapadnięta, w oczach ojca szkliły się łzy, ale on również uśmiechał się, żeby dodać nam wszystkim otuchy. Wkrótce rozdzieli nas ocean. Machaj i uśmiechaj się. Tylko raz płakałam, przechodząc przez lotniskowe bramki.
Podróżowałam do dalekich krain. Szukałam wolności. Ale teraz jestem tu, nad Jeziorem. Szukam odpowiedzi.