Kwestionariusz "Kontynentów"
Agna Bielecka
Himalaistka i podróżniczka. Kierowniczka bazy podczas wyprawy zakończonej pierwszym zimowym wejściem na Gaszerbrum I, którego dokonali jej brat, Adam Bielecki, oraz Janusz Gołąb. Wyczyn został nagrodzony Kolosem 2012 w kategorii Alpinizm.
Podróż to...?
Przygoda
Droga?
To cel sam w sobie, proces wyjścia ze strefy komfortu, rutyny, spotkanie z czymś nowym, przełamanie strachu w celu samorealizacji, zaspokojenie ciekawości skonfrontowania się z nieoczekiwanym.
Północ-południe-wschód-zachód - co wybierasz? Dlaczego?
Nie wybieram, zobaczę, gdzie droga mnie zaprowadzi.
W świat sama, z towarzyszem/towarzyszką, czy w grupie? Bo?
Czasem sama - tak jest intensywniej, łatwiej się otworzyć na nowe. Czasem z towarzyszem lub towarzyszką, bo miło się dzielić doświadczeniem. A czasem w grupie, najczęściej jako lider, bo pokazywanie świata innym daje mi satysfakcję.
Najpiękniejsze miejsce na Ziemi.
Nie mam jednego ulubionego miejsca. Uwielbiam naturę, zawsze najpiękniejsze będą dla mnie góry, ale nie chcę porównywać Himalajów z Beskidem Żywieckim czy lodowcami Spitzbergenu. Wszędzie możliwe są chwile zachwytu nad pięknem Ziemi i liczy się, że tu i teraz jestem w najpiękniejszym z możliwych miejsc - bo tam właśnie jestem.
Gdybyś mogła się narodzić po raz wtóry, które miejsce byś wybrała?
Nowa Zelandia.
Którego miejsca na swoje powtórne narodziny byś nie wybrała?
Oj - tu byłaby długa lista.
Gdzie chciałabyś umrzeć?
W górach - z pięknym widokiem i w sędziwym wieku.
Miejsce, w którym jeszcze nie byłaś, a chciałabyś.
Antarktyda.
Miejsce, którego odwiedzić nie chcesz.
Nigdy nie myślałam o tym, wiele zależy od okoliczności i pewnie są miejsca, w które w danych okolicznościach bym się nie wybrała. Jednak każde nowe miejsce kusi, a do znajomych wracam z sentymentem.
Miejsce, do którego lubisz wracać.
Nepal i Indie. Wiem, że ciężko tam mieszkać, ale gdy długo nie ma mnie w Indiach lub Nepalu, zaczynam trochę tęsknić.
O czym marzysz najczęściej, będąc w drodze?
Nie umiem odpowiedzieć na to pytanie. W drodze chyba jestem za bardzo skupiona na tu i teraz, żeby marzyć.
Za czym tęsknisz w podróży?
Za polskimi przysmakami: chlebem, kiszonymi ogórkami, barszczem i bigosem i za bliskimi - jeśli ich ze mną nie ma.
Jaką jedną książkę, jeden film, jeden obraz albo jedną płytę zabrałabyś na bezludną wyspę?
"Autostopem przez Galaktykę" - trylogia w pięciu częściach Douglasa Adamsa.
Kogo chciałabyś mieć przy sobie na pustyni/na oceanie?
Tutaj przychodzi mi do głowy kilka osób i trochę nie umiem się zdecydować. Mój partner życiowy jest na tej liście, ale nie jestem pewna, czy on by się chciał znaleźć na pustyni lub na oceanie. Moi przyjaciele, z którymi już podróżowałam i dobrze się uzupełnialiśmy. Mój brat, z którym mam zbieżne poglądy życiowe i dobrze nam się dyskutuje. Najchętniej zmontowałabym taki pustynno-oceaniczny Agnowy dream team.
Czego szukasz w świecie?
Piękna, zachwytu, doznań, przygody, ludzi, wiedzy, smacznego jedzenia. Niekoniecznie wszystkiego jednocześnie.
Lubisz wracać?
Uwielbiam! Czasem wydaje mi się, że najfajniejsze w podróży są powroty. Spotkanie z bliskimi i przyjaciółmi. Ponieważ zwykle podróżuję w mało komfortowych warunkach, cieszy mnie ogromnie powrót do ciepłego domu i wanny, czyste ubrania etc. Z każdym powrotem doceniam coraz bardziej małe luksusy codzienności.
Twoja pierwsza wielka podróż.
Drogą lądową przez Rosję, Kazachstan, Kirgistan, Chiny i Pakistan do Indii. Z próbą wejścia na Pik Lenina po drodze. To była pierwsza wielka zupełnie samodzielna podróż poza Europę. A pierwsza, którą pamiętam, to wędrówka z ojcem przez Beskid Śląski i Żywiecki z namiotem i plecakiem, gdy miałam pięć lat.
Książka/film/muzyka/człowiek - kto/co Cię inspiruje?
Nigdy nie miałam jednej inspiracji. Zawsze najbardziej mnie inspirowały książki. Ostatnio dostrzegam, że spotkania na wszelkiego typu festiwalach i spotkaniach górskich i podróżniczych też ładują mnie potężną dawką motywacji. Przyglądanie się fantastycznym projektom realizowanym przez innych jest dla mnie bardzo motywujące.
Nad Zanskarem. Lato, zima, lato
Jedenasty sierpnia, sporo przed świtem. Obóz trzeci na Nunie. Rozległy płaskowyż, ok. 6500 m n.p.m. Przeraźliwie zimno, choć bezwietrznie i bezchmurnie, noc jasna i gwieździsta. Ja, Krzysiek i nikogo więcej. Na niebie pod nami błyska się.
Już pora. Wychodzimy ze szturmowego namiotu i ruszamy w kierunku zachodniej ściany. Musimy ją pokonać w drodze na szczyt. Idziemy szybko, trzeba się rozgrzać. Poprzedniego dnia, przy dobrej widoczności, ustaliliśmy mniej więcej, którędy obejść szczeliny w dolnej partii ściany. Używać telefonu satelitarnego i krótkofalówki w tym regionie nie wolno, jesteśmy więc pozbawieni jakiejkolwiek komunikacji z resztą świata. Ma to swój urok - czujemy się trochę jak odkrywcy, pomimo że góra już dawno straciła status dziewiczej.
Po około stu metrach wspinaczki stromą ścianą staje się jasne, że zabrnęliśmy w ślepy zaułek, labirynt szczelin okazuje się nie do pokonania. Robi się jasno, ale nadal jest przeraźliwie zimno. Dzisiejszy atak szczytowy nie jest szczególnie rozsądny. To w zasadzie nasze pierwsze wyjście powyżej bazy, nie mamy porządnej aklimatyzacji ani najcieplejszych ubrań. W planach było założenie obozu drugiego - najwyżej trzeciego, a teraz jesteśmy tutaj, marznąc w drodze do szczytu.
Musimy się cofnąć. Idę pierwsza w kierunku, w którym, jak się wydawało, wczoraj były jakieś stare ślady. Faktycznie, docieram do poręczówki, która prowadzi do góry lekko przewieszoną lodowo-śnieżną ścianką. Czekam na Krzyśka zrezygnowana - już późno, jestem przemarznięta do szpiku kości i nie mogę się rozgrzać. Podejmuję decyzję o wycofie.
* * *
Zimą 2018 roku na wypadzie wspinaczkowym w Kotlinie Kłodzkiej dowiedziałam się od Krzyśka, że planuje z kolegami wyprawę na siedmiotysięcznik w Afganistanie. Pełna entuzjazmu dla powrotu w góry wysokie i Afganistanu wprosiłam się na wyprawę i zostałam zaakceptowana. W kwietniu, uwięziona przez fatalną pogodę w Tasilaq na Grenlandii, zostałam poinformowana, że plany uległy zmianie - jedziemy na Nun, trekkingowy siedmiotysięcznik w Ladakhu. Delikatnie mówiąc, nie byłam zachwycona zmianą planów, ale koniec końców i tak pojechałam.
Pod koniec lipca wylecieliśmy z Polski do Delhi i dalej do Leh - stolicy Ladakhu, zwanego również Małym Tybetem. Byłam ciekawa, jak wygląda latem. Po raz pierwszy Leh - położone na wysokości około 3500 m n.p.m. - zobaczyłam zimą 2014 roku. Sprawiało wtedy wrażenie sennego, mroźnego, nieco opustoszałego, pustynnego miasta, nad którym góruje imponujący XVI-wieczny pałac - nie dość, że ma aż dziewięć pięter, to został wybudowany na wzgórzu Tsemo nad miastem. Jeszcze wyżej na tym wzgórzu znajduje się niewielki klasztor - Nagyal Tsemo Gompa, nazwany od imienia króla, budowniczego pałacu i gompy. A w klasztorze stoi wysoki na trzy piętra złoty posąg Buddy.
Dolina Indusu, nieco oddalona od miasta, wiła się między nagimi skalistymi zboczami stromych gór. Latem dolina była bujnie zielona - podobnie jak irygowane miasto, które widziane z samolotu było plamą zieleni w suchym, skalistym krajobrazie. Miasto - gwarne i niezwykle ludne w sezonie letnim - zobaczyłam jednakże dopiero po powrocie z Nuna.
Nun, a w zasadzie Kun-Nun - bo te dwa bliźniacze szczyty często wymienia się razem - wznoszący się na wysokość 7135 m n.p.m. to najwyższy szczyt Ladakhu - historycznego himalajskiego królestwa (obecnie w stanie Dżammu i Kaszmir w północno-zachodnich Indiach). Sam szczyt jest położony w zachodnich Himalajach na południu malowniczej doliny Suru. Najbliższą aglomeracją jest drugie co do wielkości miasto Ladakhu - Kargil, oddalone od Leh o ponad dwieście kilometrów. Prawie o połowę mniej kilometrów jest do Skardu, w którym również znajduje się duże, cywilne lotnisko. Jest tylko jeden problem: Skardu, choć historycznie to część Ladakhu, jest de facto częścią Pakistanu, a Kargil znajduje się w Indiach. Drugiego sierpnia wyruszamy więc samochodem z Leh do Kargil, czeka nas cały dzień podróży. Pierwszy przystanek - około trzydziestu kilometrów na zachód od Leh, w miejscu, gdzie rzeka Zanskar wpada do Indusu - prowokuje wspomnienia, które przenoszą mnie cztery i pół roku wstecz w zimowy mroźny poranek na zamarzniętej rzece...
* * *
Zbliżało się południe, słońce powoli zaczynało wpadać do głębokiego kanionu rzeki, trzaskający mróz w promieniach słońca robi się nieznacznie mniej dokuczliwy. Po zamarzniętej tafli rzeki idzie nas cała gromada: dwójka moich towarzyszy i dwójka naszych tragarzy oraz para Brazylijczyków z całym zastępem ludzi do ich obsługi.
Za zakrętem tafla lodu zmienia się z gładkiej i twardej w pomarszczoną i nierówną, środkiem płynie wartki nurt. Dorjee, ubrany w bordowy wełniany płaszcz zapięty niesymetrycznie pod pachą i pomarańczową, śmieszną - i dość brudną - czapkę z wywiniętymi uszami, wchodzi ostrożnie na lód i ostukuje go kijem. Po chwili lód pod nim pęka, Dorjee wpada po kolana. Na szczęście pod spodem jest jeszcze jedna warstwa lodu i Dorjee w porę się wycofuje. Mamy problem, tragarze rozpierzchają się w poszukiwaniu przejścia na drugą stronę rzeki. Po półgodzinie, ubrany nieco mniej malowniczo w brudną puchówkę i takież spodnie, tragarz znajduje względnie bezpieczne przejście na drugi brzeg. Lód jednak i po drugiej stronie jest zbyt niepewny, by ryzykować przejście po nim grupy ludzi ciągnących sanki załadowane trzydziestoma kilogramami. Zapada decyzja przekroczenia wąskiego, niezamarzniętego nurtu przy brzegu i wyjścia na stromy, niewygodny brzeg. Tragarze podają sobie sanki przez wartki nurt i pomagają w zarzuceniu ich na plecy. Brzeg jest stromy i kamienisty, ale do przejścia. Po około dwustu metrach niewygodnej przeprawy po śliskich, oprószonych śniegiem kamieniach, umykających spod nóg na stromym zboczu, rzeka ponownie zaprasza taflą twardego, płaskiego lodu przy brzegu. Można wygodnie ciągnąć sanki, przed nami jeszcze około pół dnia drogi do pierwszej wioski w rozległej dolinie Zanskaru - Pidmo.
[...]