Niedźwiedź i aktor, czyli dwa światy
W ten labirynt łatwo wejść, nie zawsze jednak wiadomo, jak się z niego wydostać. Drogi są kręte, czasami schowane w przepastnych tunelach albo ukryte wśród drzew. Bywają tak samo zaskakujące i nieoczywiste jak ludzie, którzy tutaj mieszkają. Z jednej strony z lekka wybuchowi, sycylijsko-neapolitańscy, z drugiej - do bólu rozsądni, pracowici i twardzi. Ale także nieufni. Żeby ich poznać i do siebie przekonać, trzeba się trochę natrudzić.
Abruzja nie ma nic wspólnego z wyrafinowaną Toskanią ani z modną i elegancką Lombardią, gdzie wszyscy są uprzejmi i oficjalni, nikt w sklepie czy w restauracji nie powie "cześć" - zawsze "dzień dobry". To harmonijny, przejrzysty świat, pozbawiony ostentacyjnych ozdób. Bezpośredni, praktyczny, pomocny. Tutaj nawet psy nie marnują czasu na szczekanie, tylko chodzą po górach i szukają zaginionych turystów albo węszą trufle, legalnie i nielegalnie. Trufla to skarb nie tylko piemoncki, lecz także abruzyjski. Doskonały dodatek, między innymi do pasty czy gnocchi. Ale o jedzeniu nie rozmawia się tutaj tak chętnie jak w innych częściach kraju. Jedzenie jest do zjedzenia.
Angelo z Collelongo, miasteczka położonego w górach niedaleko Trasacco, opowiada o tym, jak jego dobry znajomy, rzymianin, konsumując rybę w restauracji w Pescarze, na głos wyrażał dezaprobatę z powodu niewielkiej ilości przypraw, których użył kucharz do przygotowania potrawy. I rozprawiał o tym prawie godzinę.
- Na co to komu? Zjedz i idź do domu...
Mężczyźni z abruzyjskiej prowincji siedzą na placach i patrzą przed siebie. Prawie nie mówią. Bo rozmawia się o rzeczach nieodzownych, niezbędnych do życia. Nie strzępi się języka niepotrzebnie. W jednej wsi, parę kilometrów od L'Aquili - stolicy regionu - chłopi nie witają się buon giorno, tylko gwiżdżą: "fiuuuu".
Miejscowe dialekty są ostre i poszarpane jak górskie szczyty. Trochę nawet szeleszczą. Spółgłoski półotwarte idą tu na zwarcie ze szczelinowymi.
Flavia, przewodniczka górska, fotografka, która realizuje także liczne projekty ekologiczne, śmieje się, kiedy pytam ją, jak ona sama, jako osoba tutaj wychowana, scharakteryzowałaby Abruzyjczyków.
- Zbyt dużo pozytywnego nie powiem. Jesteśmy narodem dziwnym i nieco irytującym. Mnie osobiście najbardziej przeszkadza nasz samozachwyt. Mówimy, że mamy piękne góry, kilka fantastycznych miast, parę produktów regionalnych, których nam zazdroszczą, tyle tylko że to jest dziedzictwo. A ja się zastanawiam, co my robimy, by je jeszcze wzbogacić. Nic. Gospodarka jest słaba, przedsiębiorcy pogrążeni w marazmie, stawiamy wyłącznie na przetrwanie, a nie na inwencję.
Według Flavii Abruzyjczycy nie potrafią jeszcze działać zespołowo. Widać wprawdzie niewielkie zmiany, bo zwłaszcza młodzi ludzie zaczynają unowocześniać swoje firmy i wymyślać nowe strategie mające promować region, niemniej na efekty trzeba będzie trochę poczekać.
- No a ta mityczna abruzyjska twardość? - pytam. - Ten znak rozpoznawczy Abruzji?
Flavia jest sceptyczna.
- Tak się o nas mówi, to prawda, ale to broń obosieczna, bo sprawia, że zasklepiamy się w swoich sprawach.
- Czyli otwarci nie jesteście?
- Niby jesteśmy, ale nie tak bardzo, by świat o nas cokolwiek wiedział. Wszyscy kojarzą z grubsza, że mamy dzikie zwierzęta, naturę. I prawie nic ponadto...
Oglądamy zdjęcia, które Flavia zrobiła podczas ostatnich wypraw w góry. Wilki, lisy, ptaki, niedźwiedzie.
- Nie wiem, czy wiesz, ale u nas niedźwiedzie mają swoje imiona, nawet jeżeli żyją na wolności. A w takim Trydencie nazywa się je jak maszyny do szycia albo roboty, na przykład M57. Yogę, która umarła nie tak dawno temu, traktowaliśmy jak członka rodziny. Na początku mieszkała na wolności, w lasach, ale pod koniec życia, gdy dostała przepukliny, trafiła do małego rezerwatu w pobliżu Pescasseroli. Była naszym symbolem. Podobnie jak Sandrino, jej towarzysz, również już nieżyjący, nazwany tak na cześć byłego prezydenta republiki Sandra Pertiniego.
Po śmierci Yogi i Sandrina na abruzyjskiej scenie pojawił się młody Juan Carrito, który niecałe dwa lata temu wsławił się zuchwałą kradzieżą słodyczy w Roccaraso. 24 listopada 2021 roku, tuż po dziewiątej wieczorem, jednym ruchem łapy wybił okno w cukierni Dolci Momenti, wszedł do środka i zjadł dosłownie wszystkie biszkopty i herbatniki przygotowane do sprzedaży na następny dzień. Klienci zostali bez śniadania.
Zaalarmowani karabinierzy kilka dni później złapali misia i odholowali go w góry. Ten jednak powrócił na miejsce przestępstwa, albowiem najlepiej czuł się w stronach, w których się wychował. No i gdzie łatwo zdobywał pożywienie. Jak twierdzą naukowcy - za łatwo.
Pisały o tym nie tylko wszystkie włoskie gazety, lecz także światowe. Marina Valentini, właścicielka cukierni, mówiła reporterce "Guardiana", że po włamaniu do sklepu zamontowała w oknach kraty: "To była katastrofa, musieliśmy wyrzucić cały sprzęt i zdezynfekować pomieszczenie [...]. Teraz natomiast zmagam się z turystami, którzy namiętnie odwiedzają cukiernię z pytaniem: "Macie te biszkopty, co je miś skonsumował?"".
Juan lubił ludzi, psy, bywało nawet, że pozował do zdjęć turystom (oczywiście z dystansu) jak aktor, stając na tylnych łapach, co stwarzało wiele zagrożeń. Pozwalał się fotografować podczas zabaw na śniegu. Dlatego też ponownie został odstawiony na kilka miesięcy do rezerwatu w Palenie, żeby nauczyć się samodzielnego życia.
Po czym wychowawcy niedźwiedzia zdecydowali, że wypuszczą go na wolność. Niestety, nie cieszył się nią zbyt długo. W styczniu 2023 roku został potrącony przez samochód na niebezpiecznej drodze w okolicach Castel di Sangro. Zmarł w wyniku ciężkich obrażeń. Akcja reanimacyjna trwała podobno ponad godzinę. Flavia mówi, że wcześniej na tej samej trasie zostało poturbowanych kilku kuzynów Juana. Niemniej winą za te wypadki nie obarcza wyłącznie kierowców. Abruzyjskie niedźwiedzie zachowują się bowiem bardzo ryzykownie. Nie tylko na drogach. Często, zwłaszcza w nocy, odwiedzają miasteczka w celach rabunkowych. Zabijają kury, kradną owoce, włamują się do piwnic. Dobijają się nawet do domów.
- Ale nikt im krzywdy z tego powodu nie robi. Gospodarze są wyrozumiali. Wiedzą, że niedźwiedzie muszą jakoś przeżyć. My się tutaj szanujemy. Szkoda, że Juan miał takiego pecha.
Siedzimy w schronisku na przełęczy. Pod nami rozciąga się wschodnia część regionu. Na dole temperatura przekracza trzydzieści stopni. Na górze sięga zaledwie dwudziestu. Powietrze jest niemal krystaliczne, w przeciwieństwie do rzymskiego. A Rzym przecież niedaleko. Z Marsyki (wł. Marsica), prowincji Abruzji położonej między niecką nieistniejącego już dzisiaj jeziora Fucino, wyżyną Carsoli i doliną wiodącą do Sulmony, autostradą do stolicy jedzie się zaledwie godzinę. Z L'Aquili - niewiele dłużej.
Chociaż region znajduje się mniej więcej w środku Półwyspu Apenińskiego, to wszyscy uważają, że to już południe kraju, zwłaszcza sami mieszkańcy, którzy od północy lekko się dystansują. Ma to, oczywiście, związek z historią. Do momentu zjednoczenia kraju Abruzja należała do Królestwa Obojga Sycylii. Dzisiaj młodzi często jeżdżą na studia do Rzymu, w Rzymie szukają pracy, tam też kupują mieszkania. Do niedawna takim punktem odniesienia był Neapol. Starsze pokolenie Abruzyjczyków jeszcze w latach czterdziestych i pięćdziesiątych XX wieku za najpiękniejsze i najważniejsze miasto świata uważało obecną stolicę Kampanii, która kiedyś była też stolicą Królestwa.
Oni naprawdę jeździli tam przed śmiercią, żeby zobaczyć Wezuwiusza - jak zrobił ojciec Angela.
Jeszcze w XIX wieku Abruzje były dwie: Ultra i Citra, czyli Dalsza i Bliższa. Dodatkowo Ultra także składała się z dwóch dzielnic. To dlatego wtedy mówiło się nie "jedziemy do Abruzji", tylko "do Abruzzów". Po proklamowaniu Królestwa Włoch w 1861 roku region scalono, po II wojnie światowej połączono go zaś z Molise. I ten stan trwał do roku 1963. Dzisiaj Abruzja znowu jest pojedyncza.
Abruzzo forte e gentile - Abruzja twarda i uprzejma. Tak o swoim regionie mówią sami mieszkańcy. Wielu z nich nie pamięta, że zwrot ów wymyślił Włoch z północy kraju - Primo Levi. Nie, nie chodzi mi o autora Pogrążonych i ocalonych, znakomitego pisarza, więźnia Auschwitz. Zanim Primo Levi stał się słynny na cały świat, żył przed nim mniej znany Primo Levi, redaktor gazety "La Riforma", współpracownik Francesca Crispiego (dwukrotnego premiera kraju), a także dyplomata i pisarz mający w swoim dorobku dzieło pod tytułem Abruzzo forte e gentile. Ta wydana po raz pierwszy w 1883 roku książka to rodzaj dziennika, w którym Levi notował swoje wrażenia z podróży po Abruzji. W dwudziestu dwóch rozdziałach opisał widziane miejsca, spotykanych chłopów. Był pod wielkim wrażeniem ich odwagi, pracowitości, wytrwałości i niespotykanej w innych regionach Italii życzliwości.
Oryginalną okładkę tomu zaprojektował sam Francesco Paolo Michetti, Abruzyjczyk, malarz, przyjaciel Gabriele D'Annunzia, który w swoich pracach bardzo chętnie wykorzystywał motywy ludowe. Uwielbiał rustykalne krajobrazy. Szkicował też znakomite portrety bezimiennych kobiet i mężczyzn z okolic Pescary czy Tocco da Casauria, gdzie się urodził. Wymyślił, że obwolutę ozdobi wizerunek prostego chłopaka o twarzy zdecydowanej, ale jednocześnie bardzo łagodnej. Trafił w dziesiątkę. Podobnie jak autor książki wiedział doskonale, że największym skarbem Abruzji są ludzie.
Primo Levi, co oczywiste, nie był pierwszym, który w czasach nowożytnych tak ciekawie i pozytywnie sportretował ten położony na uboczu włoski region. Przed nim był chociażby Ferdynand Gregorovius, urodzony w Neidenburgu, czyli w dzisiejszej Nidzicy, autor Wędrówek po Włoszech. W drugiej połowie XIX wieku przemierzył on prawie całą Italię. I zajrzał do Abruzji na dłużej. Wyjeżdżał zachwycony, oczarowany wręcz "rajem nieopisanym", pełnym kolorowych kwiatów, bandytów, ale i romantycznych zamków na wzgórzach, z których można podziwiać cały region.
Według Gregoroviusa sens tej ziemi najłatwiej dostrzec wtedy, kiedy się nad nią wzniesiemy i wejdziemy na przykład na górę, gdzie zbudowano twierdzę Cantelmo nieopodal Popoli, albo dotrzemy na płaskowyż w okolicach Corfinio. Z niego rozciąga się wspaniały widok na Sulmonę, a także na Gran Sasso.
Krajobrazu w tak wielkim stylu jak ów zamykający ze wszystkich stron Corfinium nie widziałem nigdzie w głębi lądu, toteż nie można go porównywać z krajobrazami Sycylii. Tu jesteśmy niejako w samym środku potężnego świata alpejskiego, ale zawsze włoskiego, co trwa w szmaragdowym, czarodziejskim blasku Południa. Na tych zalanych słońcem górach leży jak w Alpach szwajcarskich wieczny śnieg: ale nie stanowi tu groźnego żywiołu, wyzwalającego nieposkromioną potęgę lawin, lecz leży, jak gdyby skrzydlate duchy tylko owiały nim lśniące szczyty...[1]
W tych kilku zaledwie zdaniach uchwycił Gregorovius istotę Abruzji. Czuć w nich nie tylko ostry, dotkliwy chłód, ale też żar słońca. Widać świat niewidoczny dla ludzi żyjących w dolinach, słychać ciszę przerywaną przez jazgot ptaków. Cywilizacja istnieje, owszem, jednak w sposób nieoczywisty i domyślny.
Nie mam pojęcia, czy popularny dzisiaj w całych Włoszech aktor Lino Guanciale czytał Gregoroviusa, niemniej ponad sto lat później wpadł na podobny pomysł. Chciał, tak jak autor Wędrówek..., zobaczyć Abruzję (gdzie się urodził i wychował) z lotu ptaka. Tyle tylko że on wdrapał się na Corno Grande, najwyższy szczyt Apeninów, położony w masywie Gran Sasso. To prawdziwa górska katedra, która dominuje nad płaskowyżem Campo Imperatore, nazywanym też włoskim Tybetem, gdyż ciągnie się on w nieskończoność, meandrując pod szczytami, wznosząc się i opadając jak wielka jasnozielona chmura.
Całkiem niedawno w jednym z odcinków programu dokumentalnego Meraviglie - la penisola dei tesori [Cuda - półwysep skarbów], który prowadzi Alberto Angela, znany dziennikarz i pisarz, Guanciale wspominał swoją młodzieńczą wyprawę. Żartował: "Z Corno Grande faktycznie można ogarnąć wszystko [...], łatwiej tam też zrozumieć, dlaczego Abruzyjczycy są tak twardzi".
No właśnie: dlaczego? Tego już nie wyjaśnił. Prawdopodobnie chodziło mu o to, że ze szczytu widać jak na dłoni strukturę regionu, która wręcz przytłacza, bo to prawdziwy ocean skał. Żyjąc pośród nich, nie można sobie pozwalać na słabości i sentymenty. Śmierć wtedy pewna jak w banku. Jedynym rozwiązaniem jest codzienna walka ze skałami, podczas której człowiek sam staje się skałą.
Oglądały go prawie cztery miliony Włochów. W Collelongo, gdzie Lino ma rodzinę, w trakcie emisji na dworze było cicho jak makiem zasiał. Wszyscy siedzieli przed telewizorami.
Parę lat temu spotkałem Lina po raz pierwszy w Collelongo właśnie, podczas wakacji. Ale rozmowa była prawie niemożliwa. Każdy chciał do niego podejść, poklepać go po plecach, na moment zagadać, zapytać o zdrowie matki czy ojca. Umówiliśmy się zatem w Rzymie, gdzie występował w Teatro Argentina w spektaklu na podstawie powieści Pasoliniego Ragazzi di vita [Ulicznicy]. Było tak samo. Po przedstawieniu, kiedy wyszedł na papierosa, został szczelnie otoczony, głównie przez fanki, które prosiły o autograf, dopraszały się o wspólne selfie, pytały, w jakim filmie będzie teraz grał... Cóż, jest już celebrytą, na dodatek przystojnym. Grał w filmach Carlosa Saury, Michele Placida i braci Tavianich. Ba, pojawił się nawet, aczkolwiek tylko na chwilę, w Zakochanych w Rzymie Woody'ego Allena. Dzisiaj występuje w hitowym serialu Il commissario Ricciardi [Komisarz Ricciardi] opartym na powieściach Maurizia de Giovanniego, śpiewa na festiwalu w San Remo, reżyseruje też autorskie przedstawienia. W 2021 roku w Casa del Jazz w Rzymie wystawił spektakl Fuggi la terra e l'onde [Uciekaj od ziemi i fal]. Poruszony lekturą książki Stanotte guardiamo le stelle [W nocy patrzymy na gwiazdy] afgańskiego uchodźcy Alego Ehsaniego, napisał na jej podstawie scenariusz, na który składały się też fragmenty dawnych kronik arabskich, Eneidy i prozy Josepha Conrada. W rezultacie opowiedział historię ucieczki i alienacji, braku domu i samotności. Sam mówi, że mało kto tak dobrze rozumie współczesnych uchodźców jak mieszkańcy Abruzji, którzy jeszcze nie tak dawno temu sami musieli opuszczać własne domy, by szukać lepszego życia - z powodu biedy czy trzęsień ziemi, od wieków będących zmorą regionu.
Lino do dzisiaj dokładnie pamięta ten dzień w 2009 roku, gdy doszło do wielkiego kataklizmu w L'Aquili. Był wtedy w Avezzano (najważniejszym mieście Marsyki, odległym od stolicy regionu o ponad pięćdziesiąt kilometrów) na meczu rugby, grał w nim jego brat. Po krótkim spotkaniu towarzyskim Lino wrócił do domu i zasnął jak zabity. Pierwszy wstrząs, który dotarł z L'Aquili do Avezzano, nie zbudził go. Śniło mu się, że jest w pociągu i że wszystko się w nim trzęsie. Kiedy po chwili otworzył oczy, zobaczył, że w stronę jego łóżka leci szafka z książkami.
Dziesięć lat po tej tragedii wziął udział w filmie dokumentalnym L'Aquila, 3:32 - La generazione dimenticata [L'Aquila, 3.32 - Zapomniane pokolenie], na którego potrzeby spotkał się z kilkorgiem studentów. Opowiadali mu o tym, w jaki sposób uratowali się z pożogi, jak godzinami poszukiwali swoich znajomych pod gruzami zniszczonych domów, wreszcie jak zapamiętali swoje pierwsze chwile życia, gdy już doszli do siebie. W jednym z wywiadów tuż po premierze Lino podkreślał, że "kręcenie tego obrazu oznaczało zmierzenie się z niezagojoną jeszcze raną, z bólem i ogromnym poczuciem straty".
Gdyby miał swój herb rodowy, empatia byłaby jego dewizą i zawołaniem. Bez wątpienia. Bo oprócz prowadzenia działalności artystycznej od lat angażuje się w różne akcje pomocowe i charytatywne związane nie tylko z Abruzją. Współpracuje z Organizacją Narodów Zjednoczonych i Czerwonym Krzyżem, jeździ z misjami humanitarnymi w różne części świata. Pomagał młodym studentom z Etiopii. Odwiedził też Liban. Tam w obozie dla uchodźców jeden z mężczyzn zadał mu pytanie, które będzie pamiętał do końca życia: "Możesz mnie zabrać do Włoch?". Kiedy usłyszał odpowiedź odmowną, zapytał po raz drugi: "Więc po co tu jesteś?". Lino zrozumiał wtedy, jak mało wie o świecie, do którego przyjechał. I jak niewiele sam może zrobić. Nie zrezygnował jednak z misji. Ciągle nagrywa filmy promocyjne, zbiera pieniądze, prowadzi kampanie informacyjne.
Obecnie zaś namawia Włochów do przyjmowania Ukraińców. I, naturalnie, czas mu się skurczył jeszcze bardziej. Nie dość, że zagrał ostatnio we włoskiej wersji amerykańskiego serialu Tacy jesteśmy, to jeszcze ma za sobą dwie premiery teatralne.
Ale obiecuje, że do Collelongo znowu wpadnie. Przynajmniej na chwilę. W sierpniu. Żeby pojeździć rowerem po górskich labiryntach. Bo poza rugby to jego drugi ulubiony sport. W zeszłym roku na prośbę redaktorów specjalnego rowerowego przewodnika po Italii opisał trzy abruzyjskie trasy. Jedna z nich prowadzi z Cerchio do Castel di Sangro. Nie jest ani krótka, ani łatwa. To ponad osiemdziesiąt kilometrów ostrych podjazdów i szybkich zjazdów. Rajd tylko dla wytrwałych. Bonusem są, oczywiście, widoki, równie spektakularne jak te z Gran Sasso.
Trzeba tylko uważać na niedźwiedzie, bo żyje ich w Abruzji ponad pięćdziesiąt i nie każdy jest tak sympatyczny i przyjazny, że da sobie zdjęcie zrobić i jeszcze łapą na pożegnanie pomacha. Zwłaszcza kiedy głodny, bo nie udało mu się zwędzić kury.