PROLOG
Pokój Nabokowa
Biblioteka to brzemię. Składają się na nią zapiski, które boję się utracić, zanim zrobię z nich jakiś użytek. Muszę zatem to wszystko zapisać. W ten sposób uda mi się pozbyć biblioteki i ograniczyć swój stan posiadania - największe upokorzenie podeszłego wieku.
Jedna książka to wolność, za dużo książek to przeszkoda w dalszym odkrywaniu świata. Jeżeli każdej nowej rzeczy, jaka pojawia ci się przed oczami, możesz przypisać gotowy cytat, nie jesteś już w stanie widzieć wyraźnie.
Wydania w twardych okładkach przeznaczono dla tych, którzy prowadzą życie osiadłe. Mam ich stosunkowo niewiele, a jeszcze mniej pierwszych wydań. Nie zrobiłbym wrażenia na żadnym bibliofilu. Moja biblioteka składa się głównie z podniszczonych książek w miękkich okładkach, zabazgranych robionymi przez lata notatkami. Mimo to każda z nich jest dla mnie cenna. Skromne możliwości finansowe sprawiają, że delektujemy się pojedynczymi książkami, długo się zastanawiając, którą z nich kupić. Aż do pięćdziesiątego trzeciego roku życia nie miałem stałej pracy. Potem miałem kilka, jedną po drugiej, czasami równocześnie. W tej sytuacji w wieku średnim zacząłem gromadzić coraz więcej książek, a każda z nich znaczyła dla mnie coraz mniej. Naprawdę ważne są te książki, w których posiadanie wszedłem przed dziesiątkami lat. Niczym dawni przyjaciele, z którymi utraciliśmy kontakt, ale, mimo ich wad, nie potrafimy o nich zapomnieć.
Problem w tym, że przedmioty kiedyś drogie memu sercu dzisiaj trafiają do lamusa, niczym stare wspomnienia, wypierane przez świeższe.
Ikona, którą dostałem od pewnego rumuńskiego artysty i która w swoim czasie miała swoje honorowe miejsce, teraz wciśnięta jest między książkę o Bałkanach a kambodżański posążek, a za nim tkwi rycina, kupiona przeze mnie w muzeum w Lahaur wieki temu. Muszę zrobić z tym porządek. Wystrzegajmy się narcyzmu kolekcjonowania!
Ale to nie jest łatwe. Jedna wartościowa książka w miękkiej okładce potrafi uświetnić nawet najbardziej obskurny pokój hotelowy. Gdy w 1931 roku gawiedź spaliła jego bibliotekę, sir Ronald Storrs, brytyjski gubernator Cypru, napisał, że "nawet przedmioty powszechnie zwane martwymi, z którymi obcowaliśmy często i intensywnie, mogą stać się niemal jak ukochane istoty, których żadna pozorna śmierć nigdy nie potrafi nam odebrać. Wciąż mogę zamknąć oczy i zobaczyć każdą książkę stojącą na swoim miejscu...". Ten cytat pochodzi z jednego z nielicznych pierwszych wydań, jakie mam1.
Książka jest najmilszym w dotyku przedmiotem martwym. Trzymam w ręku wydane w miękkiej okładce w 1977 roku przez Hutchinson The Portuguese Seaborne Empire 1415-1825 pióra C.R. Boxera (pierwsze wydanie pochodzi z roku 1969). To święta księga dla tych, którzy uwielbiają wszystko, co portugalskie. Przyglądam się okładce: górna połowa wypełniona eleganckim czarno-białym pismem, w dolnej obraz karaweli na niespokojnym turkusowym morzu, nałożony na mapę. Ta książka ma fakturę średniowiecznej wazy.
Przez całe lata pracę nad nowym projektem rozpoczynałem od nabycia pięknej książki na ten temat: ilustrowane wydania w miękkich okładkach The White Nile (1960) i The Blue Nile (1962) Alana Mooreheada2 towarzyszyły pracy nad książką poświęconą Rogowi Afryki. W The Pathans autorstwa Olafa Caroe'a, wydane przez Oxford University Press i Karachi, zaopatrzyłem się, pracując nad książką o Afganistanie; pierwsze wydanie The War in Eastern Europe (1916) Johna Reeda - rzadkie szaleństwo - kupiłem, pisząc o Bałkanach; The Opium Clippers Basila Lubbocka, wydana przez Charles E. Luriat Company (1933), również szaleństwo - gdy tworzyłem książkę o Oceanie Indyjskim, i tak dalej. Książki, które całymi latami znajdują się w naszym posiadaniu z jakiegoś konkretnego powodu, nie tylko niosą ze sobą wspomnienia, co jest oczywiste, ale też rzucają pewne światło na charakter swego właściciela. Albowiem nasze książki mogą powiedzieć o nas coś całkiem innego niż to, co sami sądzimy.
Nie deprecjonujmy jednak całkowicie wartości wspomnień związanych z naszymi książkami. Książka lepiej niż stara fotografia potrafi wywołać z pamięci miejsce, gdzie była czytana. W moim przypadku Buddenbrookowie przywołują na myśl Pragę na początku zimy 1981 roku, gdy zimna wojna spowiła miasto wyniszczającą ciszą, sprawiając, że place opustoszały, przez co posągi i gargulce budziły jeszcze większą grozę. Pamiętam, jak śledzony przez agenta tajnej policji wracałem do hotelu po przeprowadzeniu wywiadu z członkiem komunistycznego rządu, a potem czytałem w pokoju hotelowym o małym domku na wybrzeżu meklemburskim, który pachniał kawą i w którym Antonina Buddenbrook zakochała się w młodym studencie medycyny; ten romans skończył się wraz z nadejściem lata, ze względu na rodzinne zobowiązania. Mój egzemplarz Ojców i dzieci, których czytałem latem 1973 roku podczas dwudniowej ulewy, mieszkając samotnie w rumuńskiej chacie, wydobywa z pamięci tamtejszy las z jego dębami, świerkami i brzozami. Ponure, modernistyczne przesłanie Turgieniewa, ubrane w kostium idyllicznej powieści o dziewiętnastowiecznej Rosji, sprawiło, że doświadczałem wówczas raczej samotności niż osamotnienia.
Błogosławieństwem młodości jest umiejętność życia w czasie teraźniejszym; ludzie w wieku średnim i starsi, trapieni niepokojami, desperacko próbują ją odzyskać. Książki są aktem oporu, nie tylko wobec szaleństw wieku elektroniki, ale i wobec naszych własnych ambicji. W powieści Turgieniewa celem jest nie sukces, ale obecność, odzyskiwanie tych długich chwil, a nawet godzin absolutnej koncentracji. Turgieniew ukazał mi zlodowaciałe serca, niszczone namiętnością, dzięki czemu po raz pierwszy zrozumiałem, w jaki sposób ideologia ze wszystkimi swoimi abstrakcjami tonie w szekspirowskiej głębi.
Podobnie jak stare płyty, stare wydania w miękkich okładkach z początku są urocze i doskonałe, lecz wraz z upływem lat zaczynają przypominać rupiecie na strychu. Stęchłe, pożółkłe stronice nie przeżyją w wieku ciekłego kryształu. Uwolnij się od książek, mówię sobie. Zatrzymaj tylko te najważniejsze. Zdziesiątkuj bibliotekę. Zostaw to, co istotne.
Jest takie opowiadanie Władimira Nabokowa zatytułowane Obłok, jezioro, zamek. Główny bohater za wszelką cenę pragnie odłączyć się od hałaśliwych towarzyszy wycieczki - a właściwie od całego świata, który domaga się przeraźliwego konformizmu. Natrafia na coś w rodzaju gospody. "Na piętrze był pokój dla przyjezdnych. - Wie pan, wynajmę go na całe życie", mówi gospodarzowi. Pokój "nie odznaczał się niczym szczególnym", był "całkiem zwyczajny", "ale z okna widziało się wyraźnie jezioro z jego obłokiem i jego zamkiem w nieruchomej i doskonałej współzależności szczęścia". "W jednej promiennej chwili" bohater pojmuje, "że tu, w tym pokoiku z pięknym aż do łez widokiem, życie w końcu potoczy się tak, jak zawsze pragnął". Do wypełnienia tego pokoju będzie potrzebował tylko "paru rzeczy", w tym kilku książek3.
Jakie książki - najwyżej dwa tuziny, żeby zapełnić całą półkę - zabrałbym do pokoju, w którym zamierzałbym spędzić resztę życia? Każda z nich musiałaby być dla mnie bardzo ważna - musiałaby być książką, która mnie zmieniła, wywarła zasadniczy wpływ na moje życie, niekoniecznie dobroczynny, ponieważ życie, aby być życiem, wymaga trudów, a nawet nieprzyjemności.
Wiem, które książki bym wybrał. Oto historia jednej z nich.
*
Zdejmuję z półki mocno sponiewieraną książkę H. Gordona Skillinga The Governments of Communist East Europe, w miękkim wydaniu z 1971 roku, po raz pierwszy opublikowaną pięć lat wcześniej. Kartkuję ją ze wzruszeniem. Tytuł jest suchy, akademicki, podobnie okładka: cała szara z brązowym napisem i bez ilustracji. Nie ma na niej nic, co mogłoby mieć jakąś wartość estetyczną bądź literacką. W odróżnieniu od książki o imperium portugalskim, nie jest piękna. Ale znalazłaby się wśród tych, które zabrałbym do wyobrażonego pokoju Nabokowa.
Pod koniec lata 1981 roku spacerowałem ulicą King George w Jerozolimie. Świeciło ostre, męczące słońce. Byłem zmęczony, spocony i na dodatek bolała mnie trochę głowa. Włóczyłem się bez celu aż do chwili, gdy zaledwie kilka przecznic od hotelu King David ujrzałem księgarnię. Był to nieco zakurzony skład książek z szarymi metalowymi półkami i bez miejsca, żeby usiąść. Książki leżały dość bezładnie, nieuporządkowane. Podobnie jak moja przechadzka, moje życie w tamtym momencie nie miało żadnego celu.
Za kilka tygodni miałem skończyć służbę w izraelskiej armii i nie wiedziałem, co robić dalej. Miałem dwadzieścia dziewięć lat. Nie mogłem się pochwalić dyplomem takiego college'u, który pomógłby mi w karierze dziennikarskiej. Wcześniej pracowałem jako wolny strzelec w różnych częściach świata arabskiego i Izraela, a także zachłannie czytałem i podróżowałem, ale niewiele udało mi się opublikować. Od kilku lat mieszkałem w Izraelu i zafascynował mnie nie tylko jako państwo, ale też jako "Ziemia Święta" oraz mozaika jej religii. Intrygowały mnie synagogi, greckie monastyry na Pustyni Judzkiej i średniowieczne zabytki muzułmańskie. W tej sytuacji jako murzyn pisałem teksty do ilustrowanych książek o archeologii i prawosławiu, przeznaczonych dla izraelskich wydawców. Nakłady były małe. W zasadzie byłem więc bezrobotny. Ponadto w Jerozolimie już się dusiłem i znów chciałem podróżować.
Fakt, że zdjąłem z półki The Governments of Communist East Europe, gdy tylko padł na nią mój wzrok, nie był przypadkiem, nawet jeśli było nim trafienie na tę książkę w tamtym momencie. Autor, H. Gordon Skilling, był liczącym się kanadyjskim ekspertem od zimnowojennej Europy Wschodniej. Wykładał na uniwersytecie w Toronto i wspierał antykomunistycznych dysydentów. Interesował się zwłaszcza ówczesną Czechosłowacją i opisywał głównie jej dwudziestowieczne dzieje4. Ale wtedy nie miałem o tym pojęcia. Dla mnie był tylko nazwiskiem na okładce burej, taniej książki. Postanowiłem ją przejrzeć, ponieważ przywołała pewne wspomnienie.
Latem 1971 roku przez kilka dni podróżowałem pociągiem po Jugosławii. Zainspirowany tą krótką wizytą, po ukończeniu college'u w 1973 roku, wybrałem się w trzymiesięczną podróż po komunistycznej Europie. Zacząłem od Niemieckiej Republiki Demokratycznej, skąd udałem się do Polski i Czechosłowacji, następnie zaś na południowy wschód, na Węgry, do Rumunii i Bułgarii. Nocowałem w schroniskach młodzieżowych i u ludzi, których poznawałem po drodze. W tym czasie zimna wojna osiągnęła apogeum, a wszystkie te kraje były wrzucane przez zachodnie media do jednego worka jako "państwa satelickie" Związku Sowieckiego. Jednak gdy ze wschodniego Berlina przyjechałem do Warszawy, od razu zacząłem dostrzegać olbrzymie różnice między tymi krajami i sposobami sprawowania w nich władzy. Podczas gdy NRD była państwem zamkniętym niczym więzienie, w Polsce atmosfera była o wiele bardziej liberalna. Węgry, podobnie jak Polska, pełne były towarzyskich i życzliwych młodych ludzi, z którymi łatwo było mi się zaprzyjaźnić, lecz leżąca tuż obok Rumunia była znacznie biedniejsza i w pewnym sensie niedostępna dla zachodniego gościa. Tu z nikim nie mogłem się zaprzyjaźnić. Wreszcie Bułgaria, gdzie na prowincji czułem się tak, jakbym opuścił już Europę i dotarł do tego, co wówczas wyobrażałem sobie jako Bliski Wschód.
Z podróży w 1973 roku nic nie wynikło. Wysiłki, aby opublikować jakieś sprawozdania, spełzły na niczym z powodu moich braków w warsztacie pisarskim, ale chyba też ze względu na znikome zainteresowanie regionem, o którym w tym czasie rzadko informowano. Powróciwszy do Stanów Zjednoczonych, znalazłem sobie pracę w niewielkiej gazecie i zaoszczędziłem dość pieniędzy, żeby znów ruszyć w podróż, tym razem przez świat arabski aż do Izraela, bez żadnego wyraźnego celu. Bałem się, że zmarnuję życie.
Oparty o metalowe półki w zakurzonym składzie książek, zacząłem czytać książkę Skillinga. Na stronie piątej ożywiłem się, dowiedziawszy się, że polityka ustępstw wobec hitlerowskich Niemiec, prowadzona przez Wielką Brytanię i Francję w latach trzydziestych, zepsuła reputację Zachodu w oczach Europy Wschodniej jeszcze przed drugą wojną światową, w czasie kiedy nazistom przeciwstawiali się głównie komuniści. A zatem utrata Europy Wschodniej na rzecz Stalina miała swoje korzenie w traktacie, który w 1938 roku w Monachium Chamberlain zawarł z Hitlerem. Na stronie siódmej zdałem sobie sprawę, że podziały wśród krajów wschodnioeuropejskich ułatwiły Stalinowi podbój i sprawowanie kontroli nad tym obszarem. Podziały w grupie państw satelickich widziałem na własne oczy w Europie Wschodniej osiem lat wcześniej. Zbyt zmęczony, żeby czytać dalej w sklepie, kupiłem tę książkę i zabrałem ją na swoje poddasze w jerozolimskim osiedlu Morasza, w pobliżu Starego Miasta.
W ciągu kilku następnych dni Skilling ukazał mi świat intensywnych konfliktów narodowych, wewnętrznej słabości politycznej, o ostro zakreślonych granicach geograficznych oddzielających jedną grupę od drugiej, lecz tak łatwych do spenetrowania przez siłę zewnętrzną: Austro-Węgry w poprzednich stuleciach czy Związek Sowiecki w tym stuleciu. "Węgierskie niziny były drogą migrujących ludów i najeźdźczych armii. [...] Ponad dwanaście narodowości tworzy mozaikę etniczną tak różnorodną jak geografia. [...] Chociaż Słowianie w większości pochodzili z Azji, pokrewieństwo kulturowe nigdy nie przerodziło się w unię polityczną: konflikty między Słowianami oraz Słowian z innymi ludami wyrastały z odmiennych tradycji religijnych i doświadczeń okupacji". Przepisuję tu krótkie notatki nabazgrane w książce, która już wtedy była dziesięcioletnim egzemplarzem w miękkiej okładce. "Religia nigdy nie doprowadziła do jedności, ponieważ kościoły prawosławne były autokefaliczne, a między katolikami a protestantami istniał wyraźny rozłam". Oczywiście katolików i prawosławnych też dzieliły różne sprawy, które nawiązywały jeszcze do sporów między Rzymem a Bizancjum. Gdy w książce Skillinga natrafiałem na słowo "prawosławny", mój umysł dryfował w kierunku greckich monastyrów w głębi Pustyni Judzkiej: oszałamiających, pachnących piżmem miejsc odosobnienia, pełnych ikon i fresków wykonanych techniką tempery jajecznej, usadowionych w rozpłomienionym, zeskorupiałym krajobrazie, wyprażonym na cynkową biel.
W tych krajach, ciągnął Skilling, demokracja zapuściła wątłe korzenie w międzywojniu. Z drugiej wojny światowej w Europie Wschodniej wyłonili się etniczni zwycięzcy i pokonani na niespotykaną dotąd skalę, a historia praktycznie zakończyła się w 1945 roku. Tymczasem Rumuni i Albańczycy byli wciąż w znacznej mierze chłopami - wyjaśnienie Skillinga tłumaczy jakoś mój szok spowodowany stanem Rumunii w 1973 roku, gdy porównałem to państwo z Węgrami. Przez kilka minut przyglądałem się etnicznej mapie na stronie trzynastej, tak różnej od map z czasu zimnej wojny, które trochę znałem.
Jak większość wartościowych pomysłów, istota jakiegoś planu pojawia się w umyśle w ułamku sekundy. Izrael, choć dyplomatycznie odizolowany od Układu Warszawskiego, utrzymywał oficjalne stosunki z komunistyczną Rumunią, a także, co ważniejsze dla moich zamiarów, miał bezpośrednie połączenie lotnicze z Bukaresztem, jej stolicą. Już następnego dnia po zwolnieniu z wojska postanowiłem polecieć do Rumunii i rozpocząć podróż przez Europę Wschodnią.
Pracując jako ghostwriter, zaoszczędziłem nieco pieniędzy. Powiedziałem sobie, że tym razem nie zmarnuję okazji. Ta podróż, podczas której moim przewodnikiem będzie książka Skillinga, zaowocuje artykułami sprzedawanymi do gazet, które wzbogacą moje curriculum vitae. W 1981 roku z dziennikarskiego punktu widzenia Europa Wschodnia była niewyobrażalnym zaściankiem. Klasyfikacja Skillinga, który wydzielił "nierówny i górzysty Półwysep Bałkański" jako jeden z subregionów komunistycznej Europy Wschodniej (pozostałe to region północnoeuropejski i niziny węgierskie), nadała w końcu temu obszarowi, przez całe dekady nieobecnemu w nagłówkach gazet - a także samej nazwie - odpowiednią rangę. W tamtym czasie "Bałkany" były przeciwieństwem Izraela i Bliskiego Wschodu, gdzie dziesiątki dziennikarzy rezydujących w Jerozolimie opisywały tę samą historię i uczestniczyły w tych samych konferencjach prasowych. A tu okazało się, że jest region w samym środku Europy, którym nie zajmował się niemal nikt, region, który pod względem historycznym i kulturowym był równie interesujący jak miejsce mojego ówczesnego pobytu. Postanowiłem, że motywem przewodnim moich reportaży będzie sugestia Skillinga wypowiedziana pod koniec jego książki, że pomimo wcielenia do imperium sowieckiego wszystkie te państwa zachowały swoją "niepowtarzalną specyfikę", a każde z nich praktykuje komunizm na swój sposób, zgodnie ze swoją własną kulturą i doświadczeniem historycznym. To właśnie dostrzegalne różnice między nami, w równym stopniu jak podobieństwa, czynią nas ludźmi5.
*
Zacząłem przeglądać prasę, poszukując jakichkolwiek informacji o Europie Wschodniej, zwłaszcza o Bałkanach, a także badać archiwa gazetowe na mikrofilmach, zebrane w bibliotece United States Information Center w Jerozolimie Zachodniej. Szybko dostrzegłem pewien wzór. Kilka głównych agencji informacyjnych miało korespondentów w Warszawie lub Wiedniu. Pod koniec lat siedemdziesiątych i na początku osiemdziesiątych ci ludzie, mniej więcej raz do roku, odbywali podróż przez południowe rejony komunistycznej Europy Wschodniej, wysyłając wiadomości z Jugosławii, Rumunii i tak dalej. Natrafiłem na informacje o tym, jak bezwartościowa jest rumuńska waluta, i o ludziach używających papierosów marki Kent w ramach wymiany bezgotówkowej. Chociaż było to ciekawe, męczyło mnie czytanie w kółko tej samej informacji podawanej przez kolejnego korespondenta. W tym kraju z pewnością działo się coś więcej.
W końcu moją uwagę przykuła depesza na samym dole jednej ze środkowych stron "Jerusalem Post". Pochodziła z Belgradu, stolicy Jugosławii. Najwyraźniej Związek Sowiecki ograniczył subwencje paliwowe dla krajów Europy Wschodniej, co skutkowało okresowymi przerwami w dostawach energii elektrycznej w całym regionie. Nie mogłem wtedy wiedzieć, że oznacza to początek dekady gospodarczego upadku, który w końcu doprowadził do niepokojów społecznych, a także sporów między przywódcami na samych szczytach władzy. W październiku 1981 roku znalazłem inną, umieszczoną w niemal niezauważalnym miejscu depeszę z Belgradu na temat niepokojów wśród etnicznych Albańczyków w Kosowie, autonomicznej prowincji na południu Jugosławii. Do czasu, gdy byłem gotowy opuścić Izrael, zebrałem około tuzina wycinków prasowych.
W dniu zwolnienia z wojska, oddawszy mundur i plecak w BAKUM, wojskowym centrum niedaleko Tel Awiwu, złożyłem zwykły wniosek o wyjazd za granicę, co było teraz konieczne, gdyż zostałem przeniesiony do rezerwy. Dziewczyna w mundurze zapytała mnie, dokąd się wybieram. Odpowiedziałem, że do Rumunii. Trochę ją to zaskoczyło. Rumunia należała do Układu Warszawskiego i utrzymywała bliskie kontakty z Organizacją Wyzwolenia Palestyny oraz radykalnymi państwami arabskimi.
- Niewielu Izraelczyków tam jeździ - zauważyła, po czym spytała: - Dlaczego? I to na początku zimy?
Powiedziałem jej, że chcę obejrzeć prawosławne monastyry, o których pisałem w swoich książkach.
- Proszę zadzwonić do Ministerstwa Spraw Zagranicznych w Jerozolimie. Tam podadzą panu adres i telefon ambasady izraelskiej w Rumunii na wypadek, gdyby na miejscu miał pan jakieś problemy związane z bezpieczeństwem - powiedziała monotonnym, pozbawionym wyrazu tonem, wydając mi zezwolenie na podróż. Następnie dodała, że zezwolenie dotyczy tylko Rumunii i nie mam zgody Sił Obronnych Izraela, żeby podróżować po innych krajach Europy Wschodniej, gdzie Izrael nie ma ambasad. Zaakceptowałem te warunki, wiedząc, że nie mam zamiaru się do nich stosować. Choć byłoby to nieznacznym naruszeniem przepisów, w tej właśnie chwili pomyślałem, że być może nie wrócę już do Izraela.
Następnego ranka, już na pokładzie samolotu El Al lecącego do Bukaresztu, schowałem izraelski paszport na samym dnie torby podróżnej. Po przylocie zamierzałem wyrzucić bilet powrotny, wyjąć paszport amerykański i posłużyć się nim, żeby dostać wizy do innych krajów komunistycznych w ich ambasadach w stolicy Rumunii. Książka Skillinga dała mi powołanie, krótko mówiąc, wyznaczyła mój los. Czytanie to poznawanie historycznego tła, w którym się dorastało. Przez następne dziewięć lat z przerwami Skilling, który wprowadził mnie w świat zimnowojennej Europy, bardziej niż ktokolwiek inny uświadamiał mi, w jakiej epoce się urodziłem. Ta książka uczyniła mnie korespondentem zagranicznym, mimo że nikt do tej pracy mnie nie wynajął.